Profesor Jerzy Dobraniecki
powolnym ruchem odłożył słuchawkę telefonu i nie patrząc na żonę
powiedział pozornie obojętnym tonem:
- W sobotę mamy ogólne zebranie Związku Lekarzy.
Pani Nina nie spuszczając zeń oczu zapytała:
- I czegóż jeszcze chciał Biernacki? Bo to pewnie on
telefonował?
- Ach, drobiazg. Pewne kombinacje organizacyjne - machnął
ręką Dobraniecki.
Zbyt dobrze znała męża, by maska obojętności na jego twarzy
była dla niej nieprzenikniona. Przeczuwała, że oto znowu spadł na
jego głowę jakiś cios, że oto znów poniósł klęskę, a przynajmniej
dotkliwą porażkę, że oto znowu spotkało go niepowodzenie, które
chce przed nią ukryć.
Ach, ten słaby człowiek, ten człowiek, który nie umie
walczyć, który pozycję po pozycji oddaje innym i coraz bardziej
spychany jest w cień, w szare szeregi drugoplanowych lekarzy.
Nienawidziła go prawie w tej chwili.
- O co chodziło Biernackiemu? - zapytała z naciskiem.
Wstał i chodząc po pokoju zaczął mówić tonem łagodnym:
- Zapewne... Oni mają rację... Należy się to Wilczurowi... A i
mnie odpoczynek. Przez tyle lat byłem prezesem Związku... A przy tym
nie możemy zapominać, że Wilczurowi należy się jakaś nagroda
moralna za wszystkie jego nieszczęścia...
Pani Nina zaśmiała się krótkim, ostrym śmiechem. Jej wielkie
zielone oczy błysnęły pogardliwą ironią. W skrzywieniu ust, tych
pięknych ust, których wizji nie mógł się pozbyć nawet podczas swej
pracy, zarysowała się linia niemal wstrętu:
- Nagroda?... Toć już od dawna otrzymał ją z nadwyżką! Chyba
jesteś ślepy! Odbiera ci jedno stanowisko po drugim. Wydarł ci
kierownictwo lecznicy, słuchaczy, pacjentów, dochody...
Dobraniecki zmarszczył brwi i powiedział tonem, nie
znoszącym sprzeciwu:
- Wszystko to mu się należy. Wilczur jest wielkim uczonym,
genialnym chirurgiem.
- Tak, więc czymże ty jesteś? Gdy przed sześciu laty
wychodziłam za ciebie, wierzyłam, że ty sam myślisz, że jesteś
najlepszym chirurgiem i sławą w nauce.
Dobraniecki zmienił ton. Oparł się o brzeg biurka, pochylił
się nad żoną i zaczął łagodnie:
- Kochana Nino, musisz przecież zrozumieć, że są pewne
stopniowania, jest pewna hierarchia, są różne stopnie uzdolnień i
wartości ludzkich... Jakże możesz mi robić zarzut z tego, że mam
dość samokrytycyzmu, by ocenić, że Wilczurowi ustępuję i muszę
ustępować pod wielu względami?... A zresztą...
- Zresztą - wpadła mu w słowo - nie mamy o czym mówić. Znasz
dobrze moje zdanie w tej materii. Jeżeli tobie brak ambicji i woli
zwycięstwa, ja mam jej aż nadto. Nie pogodzę się z rolą żony
jakiegoś zera. I ostrzegam cię, że jeżeli dojdzie do tego, że w
końcu będziesz zmuszony przenieść się na praktykę do jakiegoś
Pikutkowa - ja z tobą nie pojadę.
- Nino, nie przesadzaj.
- O, bo na tym się skończy. Myślisz, że nie wiem. Już teraz
Wilczur forytuje docenta Biernackiego. Zepchną cię na sam dół. Ja
nie mam za co wykupić mego futra od kuśnierza! Ciebie to oczywiście
nic nie obchodzi, ale ja tego nie cierpię, ja nie jestem stworzona
do tego, by być żoną jakiegoś nędzarza. I ostrzegam cię...
Nie dokończyła, lecz w głosie jej zabrzmiała aż nazbyt
wyraźna groźba.
Profesor Dobraniecki powiedział cicho:
- Nie kochasz mnie, Nino, nigdy mnie nie kochałaś...
Potrząsnęła głową:
- Mylisz się. Ale kochać mogę tylko prawdziwego mężczyznę.
Prawdziwego, to znaczy walczącego, zwycięskiego, takiego, który nie
zna granic ofiarności dla swojej kobiety.
- Nino - odezwał się z wyrzutem w głosie. - Czyż nie robię
wszystkiego, co w mojej możności?
- Nic nie robisz. Jesteśmy coraz biedniejsi, coraz mniej z
nami się liczą, jesteśmy usuwani w cień. A ja nie jestem stworzona
do życia w cieniu i pamiętaj, że cię o tym ostrzegłam!
Wstała i skierowała się do drzwi. Gdy już miała rękę na
klamce, zawołał:
- Nino!
Odwróciła głowę. W jej oczach, które przed chwilą, jeszcze
jarzyły się gniewem, dostrzegł przerażający chłód.
- Co mi chcesz jeszcze powiedzieć? - zapytała.
- Czego ode mnie żądasz?... Jak mam postępować?...
- Jak?... - zrobiła trzy kroki ku niemu i powiedziała
dobitnie: - Zniszcz go! Zniszcz! Usuń z drogi! Stań się tak
bezwzględnym, jak on, a potrafisz zachować swoją pozycję!
Zatrzymała się przez chwilę i dodała:
- I mnie... Jeżeli ci na tym zależy.
Gdy został sam, opadł ciężko na fotel i zamyślił się. Nina
nie rzucała nigdy słów na próżno. A tak dobrze zdawał sobie sprawę
z tego, że ją kocha, że bez niej życie straciłoby dlań cały urok i
całą wartość. Gdy przed sześciu laty prosił o jej rękę, mógł
uważać, że nie prosi o łaskę. Wprawdzie bowiem był znacznie starszy
od niej, ale znajdował się w pełni powodzenia, rozgłosu, ba, sławy.
No i zdrowia.
Ostatnie trzy lata i pod tym względem odbiły się na nim
fatalnie. Niepowodzenia zawodowe i pieniężne poderwały system
nerwowy. Ukrywał wprawdzie przed Niną powtarzające się coraz
częściej ataki wątrobiane, ale nie mógł ukryć ich skutków. Tył
coraz bardziej, źle sypiał, na obrzmiałej twarzy wystąpiły
zielonawe worki pod oczyma.
Nina nawet nie domyślała się, jak ciężko przeżywa swoje
porażki. Zarzucała mu brak ambicji, jemu, który przez całe życie
właśnie ambicją tylko się kierował, którego ambicja wyniosła na
szczyty!
Upadek zaczął się owego fatalnego dnia, gdy odnaleziono, gdy
on sam odnalazł zaginionego profesora Rafała Wilczura. Jakże dobrze
pamiętał ten dzień! Mroczna sala sądowa i na ławie oskarżonych
brodaty chłop w zniszczonej sukmanie, znachor, wiejski znachor z
dalekich kresów, sądzony za niedozwolone praktyki, za operacje,
przeprowadzane przy pomocy prymitywnych, zardzewiałych narzędzi
ślusarskich, za operacje, które uratowały życie wielu biednym
chłopom na zapadłej wsi.
Znachor...
Profesor Jerzy Dobraniecki pierwszy i jedyny poznał w nim
swego dawnego szefa i nauczyciela, profesora Rafała Wilczura, po
zaginięciu którego w ciągu lat kilkunastu stopniowo lecz stale
zajmował, zdobywał i osiągał jego stanowiska w nauce, w praktyce i
w życiu.
Czyż miał wtedy prawo zataić swoje odkrycie, czyż miał prawo
tym samym skazać Wilczura na dalszą wegetację w nędzy i w
nieświadomości własnej osobowości, nazwiska, tytułów,
pochodzenia... Dziś profesor Dobraniecki nie chciał zastanawiać się
nad tym. Wiedział jedno: ów pamiętny dzień przed trzema laty stał
się przekleństwem jego życia.
Rafał Wilczur łatwo wyleczył się z wieloletniej amnezji
(utraty pamięci). Pamięć odzyskał tak szybko, jak ją niegdyś
utracił, a wraz z pamięcią odzyskał wszystko to, co było jego
światem przed tragicznym wypadkiem. Powrócił na swą katedrę
profesorską, przy czym Dobraniecki w zamian otrzymał drugorzędną,
objął kierownictwo lecznicy, a także uniwersyteckiej kliniki
chirurgicznej, a głośne jego odnalezienie jeszcze więcej
przysporzyło mu sławy. Sławy, pieniędzy, zaszczytów.
Ot i dziś znowu domagano się od Dobranieckiego, by
dobrowolnie ustąpił z prezesury Związku i zaproponował kandydaturę
Wilczura, która może liczyć na przyjęcie przez aklamację. Tak, oni
wszyscy uważają to za rzecz zupełnie zrozumiałą. Oni, to znaczy
koledzy, oni, to znaczy pacjenci, oni, to znaczy studenci wydziału
medycznego. Dla nich wszystkich jest rzeczą oczywistą, że
pierwszeństwo należy się Wilczurowi. I przecież on sam. Jerzy
Dobraniecki, przed chwilą powiedział żonie, że i on to uznaje.
Ale to nie była prawda.
Wszystko w nim buntowało się przeciw rzeczywistości, przeciw
konieczności ustawicznego rezygnowania ze zdobytych pozycyj. Im
bardziej przyginały go do ziemi niepowodzenia, tym prężniej i
potężniej rósł w nim gniew, rosła rozpacz, rosła nienawiść. I
dlatego bał się rozmów z Niną na ten temat. Bał się, by z jej
namiętnej i niepohamowanej natury nie przerzuciła się iskra wybuchu
na zgromadzone w nim pokłady buntu.
A gromadziło się ich coraz więcej. Dziś Nina po raz pierwszy
powiedziała mu wyraźnie, powiedziała mu bezlitośnie, że nie ma za
co wykupić futra. Wprawdzie miała ich wiele i bez nowego mogłaby
się doskonale obyć, ale pomimo to jej słowa odczuł jak policzek.
Przecież dumny był z tego, że nie odmawiał jej nigdy i niczego, że
zasypywał ją kosztownymi podarkami, że dla niej kupił ten pałacyk
we Frascati, że dla niej trzymał liczną służbę, luksusowe
samochody, że dla niej, może i dla siebie, ale w tym bogactwie
największą rozkosz znajdował wtedy, gdy w jej oczach odnajdował ów
znany błysk dumy, dumy z panowania, dumy z pierwszeństwa, jakie
zapewniało jej w świecie stanowisko i sława męża.
Nina... Utracić ją... To byłoby dla Dobranieckiego wręcz
niepodobieństwem, a wiedział, że jeżeli nie stanie się jakiś cud,
katastrofa będzie nieunikniona. Od trzech lat nieustannie topniały
jego dochody, natomiast nigdy nie mógł się zdecydować na
zmniejszenie stopy życiowej swego domu. Jeżeli brak pieniędzy
zmuszał go do ograniczeń, ograniczał własne wydatki starając się to
ukryć przed żoną. Pracował coraz więcej, przyjmował coraz więcej
operacyj, nie gardząc nawet drobnymi honorariami, które kapały mu
często nawet ratami od prawie niezamożnych pacjentów. Jednocześnie
długi rosły. Na hipotekę pałacyku trzeba było zaciągnąć poważną
pożyczkę, lecz nie było z czego płacić procentów.
- Mniejsza zresztą o to - myślał ponuro. - Umiałbym się z
tym pogodzić, a nawet przenieść się do jakiegoś skromnego
mieszkania, gdyby Nina mogła to przyjąć bez dramatu.
Sam Dobraniecki bardziej cierpiał nad utratą swojej wysokiej
pozycji w świecie, którą, jak zdawało mu się, zdobył na zawsze
podczas nieobecności Wilczura.
Nie dalej jak wczoraj przeżył nowe upokorzenie. Na wykład
nie stawił się ani jeden student. Uciekł z auli jakby go goniły
szydercze spojrzenia pustych ścian. Bliski był myśli o
samobójstwie. Skończyło się na bolesnym ataku wątrobianym. Na
szczęście dnia tego miał szereg łatwych i prostych operacyj, które
nie wymagały szczególniejszego napięcia uwagi i udały się zupełnie.
- Zniszcz go...
Tak powiedziała Nina. Zaśmiał się krótkim, smutnym śmiechem.
Jakże mógł zniszczyć Wilczura!... Czy na korytarzach
uniwersyteckich łapać studentów za poły, by ściągać ich na swoje
wykłady, czy mścić się na tych młodych lekarzach, którzy wolą
asystować przy operacjach na klinice Wilczura, czy wykradać mu
bogatych pacjentów, bo przecie konkurencja i tak tu nie skutkowała,
chociaż wszyscy wiedzieli, że Dobraniecki znacznie taniej bierze za
operacje i - o wstydzie - poniża się do ustępstw w cenie.
Spojrzał na zegarek. Zbliża się piąta. Dziś był dzień
przyjęć Niny. Niedługo zaczną schodzić się goście. Coraz mniej
gości. Ich salon stawał się coraz mniej atrakcyjny dla znajomych.
Tłumniej bywało wówczas, gdy uprzednio rozchodziła się wieść, że
przyjdzie profesor Wilczur...
- Zniszcz go - powiedziała Nina.
Zniszczyć Wilczura to znaczyło zniszczyć jego sławę, to
znaczyło zniszczyć wiarę pacjentów w nieomylność jego diagnozy, w
niechybność jego ręki.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Były i inne sposoby.
Sposoby mrówczej, a raczej kreciej pracy podrywania, żmudnego
podkopywania tej wiary, przy pomocy wykorzystywania tych słabości,
które pozostały Wilczurowi z okresu jego amnezji. Lecz Dobraniecki
brzydził się takimi środkami walki. Wiedział, że Wilczur zachował
ze swojej praktyki znachorskiej szczególniejsze zamiłowanie do
różnych ziół i maści wątpliwej wartości, wiedział jednak również,
że owe prymitywne środki nie mogą wyrządzić szkody chorym i nie
pochwalał postępowania Niny, która wyzyskiwała każdą sposobność, by
wyśmiewać się z tego znachorstwa, i korzystała ze wszystkich swoich
uroków, by zarazić własną ironią różnych młodych, a bywających w
ich domu lekarzy.
Uprawiana przez nią w ten sposób agitacja przeciw Wilczurowi
dawała jednak pewne nikłe rezultaty. Po szpitalach i klinikach
zaczęły krążyć liczne anegdoty, w których gdy do niego docierały,
Dobraniecki poznawał złośliwy dowcip swojej żony. Najmłodszy
narybek lekarski z właściwą swemu wiekowi niechęcią do wszystkiego,
co nie tchnie nowoczesnością, chętnie podchwytywał te ironiczne
nuty, by przez umniejszenie powagi uznanego mistrza podnieść
własną. Zdarzało się też czasem, że tacy właśnie kategorycznie
odradzali swym pacjentom wzywania na konsylia Wilczura, lecz były
to wypadki rzadkie.
Przed paru tygodniami w kilku dziennikach warszawskich
ukazały się wzmianki i felietoniki, wykorzystujące te plotki. Nie
podawano tam wprawdzie nazwiska Wilczura, ale i tak wszyscy łatwo
mogli się domyślić o kogo chodzi. O autorstwo tych rzeczy
Dobraniecki również i nie bez słuszności posądzał Ninę. W ostatnich
czasach spotykał w domu kilku dziennikarzy, którzy przedtem u nich
nie bywali. Nagłe zainteresowanie się Niny ludźmi z prasy nie mogło
ujść uwagi Dobranieckiego.
Nie tylko niesmak wzbudzała w nim cała ta akcja Niny.
Wzbudzała w nim również i smutne przeświadczenie o bezsilności tych
półśrodków w walce o byt.
- Zniszcz go - powiedziała - jeżeli zależy ci na mnie...
Dobraniecki przygryzł wargi i zatrzymał się przy oknie.
Przez nagie gałęzie jesiennych drzew przeświecały gęste, białe
światła latarń, coraz jaskrawsze w gęstniejącym mroku. Dalekie
miasto mruczało jednostajnym szumem. W pobliżu na mokrym asfalcie
zaświergotały pneumatyki i przed drzwiami pałacyku zatrzymał się
samochód.
Pierwsi goście. Należało się
przebrać.