Rozdział 1
Profesor Jerzy Dobraniecki powolnym ruchem
odłożył słuchawkę i nie patrząc na żonę, powiedział pozornie obojętnym
tonem:
- W sobotę mamy ogólne zebranie Związku Lekarzy.
Pani Nina, nie spuszczając zeń oczu, zapytała:
- I czegóż jeszcze chciał Biernacki? Bo to on telefonował?
- Ach, drobiazg. Pewne kombinacje organizacyjne - machnął ręką
Dobraniecki.
Zbyt dobrze znała męża, by maska obojętności na jego twarzy była dla
niej nieprzenikniona. Przeczuwała, że oto znowu spadł na jego głowę
jakiś cios, że oto znów poniósł klęskę, a przynajmniej dotkliwą porażkę,
że oto znowu spotkało go niepowodzenie, które chce przed nią ukryć.
Ach, ten słaby człowiek, ten człowiek, który nie umie walczyć, który
pozycję po pozycji oddaje innym i coraz bardziej spychany jest w cień, w szare szeregi drugoplanowych lekarzy. Nienawidziła go prawie w tej
chwili.
- O co chodziło Biernackiemu? - zapytała z naciskiem.
Wstał i chodząc po pokoju, zaczął mówić tonem wyrozumiałej perswazji:
- Zapewne... Oni mają rację... Należy się to Wilczurowi... A i mnie
odpoczynek. Przez tyle lat byłem prezesem związku... A przy tym nie możemy
zapomnieć, że Wilczurowi należy się jakaś rekompensata moralna za
wszystkie jego nieszczęścia...
Pani Nina zaśmiała się krótkim, ostrym śmiechem. Jej wielkie, zielone
oczy błysnęły pogardliwą ironią. W skrzywieniu ust, tych pięknych ust,
których wizji nie mógł się pozbyć nawet podczas swej pracy, zarysowała
się linia niemal wstrętu:
- Rekompensata?... Ale już od dawna otrzymał ją z nadwyżką! Chyba jesteś
ślepy! Odbiera ci jedno stanowisko po drugim. Wydarł ci kierownictwo
lecznicy, słuchaczy, pacjentów, dochody... Rekompensata!
Dobraniecki zmarszczył brwi i powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu:
- Wszystko to mu się należy. Wilczur jest wielkim uczonym, genialnym
chirurgiem.
- Tak, więc czymże ty jesteś? Gdy przed sześciu laty wychodziłam za
ciebie, wierzyłam, że ty sam myślisz, iż jesteś najlepszym chirurgiem i sławą w nauce.
Dobraniecki zmienił ton. Oparł się o brzeg biurka, pochylił się nad żoną
i zaczął łagodnie:
- Kochana Nino, musisz przecież zrozumieć, że są pewne gradacje, jest
pewna hierarchia, są różne stopnie uzdolnień i wartości ludzkich... Jakże
możesz mi robić zarzut z tego, że mam dość samokrytycyzmu, by ocenić, że
Wilczurowi ustępuję i muszę ustępować pod wielu względami?... A zresztą...
- Zresztą - wpadła mu w słowo - nie mamy o czym mówić. Znasz dobrze moje
zdanie w tej materii. Jeżeli tobie brak ambicji i woli zwycięstwa, ja
mam jej aż nadto. Nie pogodzę się z rolą żony jakiegoś zera. I ostrzegam
cię, że jeśli dojdzie do tego, że w końcu będziesz zmuszony przenieść
się na praktykę do jakiegoś Pikutkowa, ja z tobą nie pojadę.
- Nino, nie przesadzaj.
- O, bo na tym się skończy. Myślisz, że nie wiem. Już teraz Wilczur
forytuje docenta Biernackiego. Zepchną cię na sam dół! Ja nie mam za co
wykupić mego futra od kuśnierza! Ciebie to oczywiście nic nie obchodzi,
ale ja tego nie ścierpię, ja nie jestem stworzona do tego, by być żoną
jakiegoś nędzarza. I ostrzegam cię...
Nie dokończyła, lecz w głosie jej zabrzmiała aż nazbyt wyraźna groźba.
Profesor Dobraniecki powiedział cicho:
- Nie kochasz mnie, Nino, nigdy mnie nie kochałaś...
Potrząsnęła głową.
- Mylisz się. Ale kochać mogę tylko prawdziwego mężczyznę. Prawdziwego,
to znaczy walczącego, zwycięskiego, takiego, który nie zna granic
ofiarności dla swojej kobiety.
- Nino - odezwał się z wyrzutem w głosie. - Czyż nie robię wszystkiego,
co w mojej możności?
- Nic nie robisz. Jesteśmy coraz biedniejsi, coraz mniej z nami się
liczą, jesteśmy usuwani w cień. A ja nie jestem stworzona do życia w cieniu i pamiętaj, że cię o tym ostrzegłam!
Wstała i skierowała się do drzwi. Gdy już miała rękę na klamce, zawołał:
- Nino!
Odwróciła głowę. W jej oczach, które przed chwilą jeszcze jarzyły się
gniewem, dostrzegł przerażający chłód.
- Co mi chcesz jeszcze powiedzieć? - zapytała.
- Czego ode mnie żądasz?... Jak mam postępować?...
- Jak?...
Zrobiła trzy kroki ku niemu i powiedziała dobitnie:
- Zniszcz go! Usuń z drogi! Stań się tak bezwzględnym jak on, a potrafisz zachować swoją pozycję!
Zatrzymała się przez chwilę i dodała:
- I mnie... Jeżeli ci na tym zależy.
Gdy został sam, opadł ciężko na fotel i zamyślił się. Nina nie rzucała
nigdy słów na próżno. A tak dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że ją
kocha, że bez niej życie straciłoby dlań cały urok i całą wartość. Gdy
przed sześciu laty prosił o jej rękę, mógł uważać, że nie prosi o łaskę.
Wprawdzie bowiem był znacznie starszy od niej, ale znajdował się w pełni
powodzenia, rozgłosu, ba, sławy. No i zdrowia.
Ostatnie trzy lata i pod tym względem odbiły się na nim fatalnie.
Niepowodzenia zawodowe i pieniężne poderwały system nerwowy. Ukrywał
wprawdzie przed Niną powtarzające się coraz częściej ataki wątrobiane,
ale nie mógł ukryć ich skutków. Tył coraz bardziej, źle sypiał, na
obrzmiałej twarzy wystąpiły zielonkawe worki pod oczyma.
Nina nawet nie domyślała się, jak ciężko przeżywa swoje porażki.
Zarzucała mu brak ambicji, jemu, który przez całe życie właśnie ambicją
tylko się kierował, którego ambicja wyniosła na szczyty!
Upadek zaczął się owego fatalnego dnia, gdy odnaleziono, gdy on sam
odnalazł zaginionego profesora Rafała Wilczura. Jakże dobrze pamiętał
ten dzień! Mroczna sala sądowa i na ławie oskarżonych brodaty chłop w zniszczonej sukmanie, znachor, wiejski znachor z dalekich kresów,
sądzony za niedozwolone praktyki, za operacje przeprowadzane przy pomocy
prymitywnych, zardzewiałych narzędzi ślusarskich, za operacje, które
uratowały życie wielu biednym chłopom na zapadłej wsi...
Znachor...
Profesor Jerzy Dobraniecki pierwszy i jedyny poznał w nim swego dawnego
szefa i nauczyciela, profesora Rafała Wilczura, po zaginięciu którego w ciągu lat kilkunastu stopniowo, lecz stale zajmował, zdobywał i osiągał
jego stanowiska w nauce, w praktyce i w życiu.
Czyż miał wtedy prawo zataić swoje odkrycie, czyż miał prawo tym samym
skazać Wilczura na dalszą wegetację w nędzy i w nieświadomości własnej
osobowości, nazwiska, tytułów, pochodzenia?... Dziś profesor Dobraniecki
nie chciał zastanawiać się nad tym. Wiedział jedno: ów pamiętny dzień
przed trzema laty stał się przekleństwem jego życia.
Rafał Wilczur łatwo wyleczył się z wieloletniej amnezji. Pamięć odzyskał
tak szybko, jak ją niegdyś utracił, a wraz z pamięcią odzyskał wszystko
to, co było jego światem przed tragicznym wypadkiem. Powrócił na swoją
katedrę, przy czym Dobraniecki w zamian otrzymał drugorzędną, objął
kierownictwo lecznicy, a także uniwersyteckiej kliniki chirurgicznej, a głośne jego odnalezienie jeszcze więcej przysporzyło mu sławy. Sławy,
pieniędzy, zaszczytów.
Ot, i dziś znowu domagano się od Dobranieckiego, by dobrowolnie ustąpił
z prezesury związku i zaproponował kandydaturę Wilczura, która może
liczyć na przyjęcie przez aklamację. Tak, oni wszyscy uważają to za
rzecz zupełnie zrozumiałą. Oni, to znaczy koledzy, oni, to znaczy
pacjenci, oni, to znaczy słuchacze wydziału medycznego. Dla nich
wszystkich jest rzeczą oczywistą, że prymat należy się Wilczurowi. I przecież on sam, Jerzy Dobraniecki, przed chwilą powiedział żonie, że i on to uznaje.
Ale to nie była prawda.
Wszystko w nim buntowało się przeciw rzeczywistości, przeciw
konieczności ustawicznego rezygnowania ze zdobytych pozycji. Im bardziej
przyginały go do ziemi niepowodzenia, tym prężniej i potężniej rósł w nim gniew, rosła rozpacz, rosła nienawiść. I dlatego bał się rozmów z Niną na ten temat. Bał się, by z jej namiętnej i niepohamowanej natury
nie przerzuciła się iskra wybuchu na zgromadzone w nim pokłady buntu.
A gromadziło się ich coraz więcej. Dziś Nina po raz pierwszy powiedziała
mu wyraźnie, powiedziała mu bezlitośnie, że nie ma za co wykupić futra.
Wprawdzie miała ich wiele i bez nowego mogłaby się doskonale obyć, ale
pomimo to jej słowa odczuł jak policzek. Przecież dumny był z tego, że
nie odmawiał jej nigdy niczego, że zasypywał ją kosztownymi podarkami,
że dla niej kupił ten pałacyk we Frascati, że dla niej trzymał liczną
służbę, luksusowe samochody, że dla niej wydawał wspaniałe przyjęcia.
Może nie tylko dla niej, może i dla siebie, ale w tym bogactwie
największą rozkosz znajdował wtedy, gdy w jej oczach odnajdował ów znany
błysk dumy, dumy z panowania, dumy z pierwszeństwa, jakie zapewniało jej
w świecie stanowisko i sława męża.
Nina... Utracić ją... To byłoby dla Dobranieckiego wręcz niepodobieństwem, a wiedział, że jeżeli nie stanie się jakiś cud, katastrofa będzie
nieunikniona. Od trzech lat nieustannie topniały jego dochody, natomiast
nigdy nie mógł się zdecydować na zmniejszenie stopy życiowej swego domu.
Jeżeli brak pieniędzy zmuszał go do ograniczeń, ograniczał właśnie
wydatki, starając się to ukryć przed żoną. Pracował coraz więcej,
przyjmował coraz więcej operacji, nie gardząc nawet drobnymi
honorariami, które kapały mu często nawet ratami od prawie niezamożnych
pacjentów. Jednocześnie długi rosły. Na hipotekę pałacyku trzeba było
zaciągnąć poważną pożyczkę, lecz nie było z czego płacić procentów.
"Mniejsza zresztą o to - myślał ponuro. - Umiałbym się z tym pogodzić, a nawet przenieść się do jakiegoś skromnego mieszkania, gdyby Nina mogła
to przyjąć bez dramatu".
Sam Dobraniecki bardziej cierpiał nad utratą swojej wysokiej pozycji w świecie, którą, jak zdawało mu się, zdobył na zawsze podczas
nieobecności Wilczura.
Nie dalej jak wczoraj przeżył nowe upokorzenie. Na wykład nie stawił się
ani jeden student. Uciekł z auli, jakby go goniły szydercze spojrzenia
pustych ścian. Bliski był myśli o samobójstwie. Skończyło się na
bolesnym ataku wątrobianym i później przez cały dzień szumach w uszach
po nadmiernych dawkach belladonny. Na szczęście dnia tego miał szereg
łatwych i prostych operacji, które nie wymagały szczególniejszego
napięcia uwagi i inwencji i udały się zupełnie.
- Zniszcz go...
Tak powiedziała Nina. Zaśmiał się krótkim, smutnym śmiechem. Jakże mógł
zniszczyć Wilczura!... Czy na korytarzach uniwersyteckich łapać studentów
za poły, by ściągać ich na swoje wykłady, czy mścić się na tych młodych
lekarzach, którzy wolą asystować przy operacjach w klinice Wilczura, czy
wykradać mu bogatych pacjentów, bo przecie konkurencja i tak tu nie
skutkowała, chociaż wszyscy wiedzieli, że Dobraniecki znacznie taniej
bierze za operacje i - o wstydzie - poniża się do ustępstw w cenie.
Spojrzał na zegarek. Zbliża się piąta. Dziś był dzień przyjęć Niny.
Niedługo zaczną schodzić się goście. Coraz mniej gości. Ich salon stawał
się coraz mniej atrakcyjny dla znajomych. Tłumniej bywało tylko wówczas,
gdy uprzednio rozchodziła się wieść, że przyjdzie profesor Wilczur...
- Zniszcz go - powiedziała Nina.
Zniszczyć Wilczura to znaczyło zniszczyć jego sławę, to znaczyło
zniszczyć wiarę pacjentów w nieomylność jego diagnozy, w niechybność
jego ręki.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Były i inne sposoby. Sposoby mrówczej,
a raczej kreciej pracy podrywania, żmudnego podkopywania tej wiary przy
pomocy wykorzystywania tych słabości, które pozostały Wilczurowi z okresu jego amnezji. Lecz Dobraniecki brzydził się takimi środkami
walki. Wiedział, że Wilczur zachował ze swojej praktyki znachorskiej
szczególniejsze zamiłowanie do różnych ziół i maści wątpliwej wartości,
wiedział jednak również, że owe prymitywne środki nie mogą wyrządzić
szkody chorym i nie pochwalał postępowania Niny, która wyzyskiwała każdą
sposobność, by wyśmiewać się z tego znachorstwa i używać wszystkich
swoich uroków, by zarazić własną ironią różnych młodych, a bawiących w ich domu lekarzy.
Uprawiana przez nią w ten sposób agitacja przeciw Wilczurowi dawała
jednak pewne nikłe rezultaty. Po szpitalach i klinikach zaczęły krążyć
liczne anegdoty, w których, gdy do niego docierały, Dobraniecki poznawał
złośliwy dowcip swojej żony. Najmłodszy narybek lekarski z właściwą
swemu wiekowi niechęcią do wszystkiego, co nie tchnie nowoczesnością,
chętnie podchwytywał te ironiczne nuty, by przez umniejszenie prestiżu
uznanego mistrza podnieść własny. Zdarzało się też czasem, że tacy
właśnie kategorycznie odradzali swym pacjentom wzywania na konsylia
Wilczura, lecz były to wypadki rzadkie.
Przed paru tygodniami w kilku dziennikach warszawskich ukazały się
wzmianki i felietoniki wykorzystujące materiał anegdotyczny. Nie
podawano tam wprawdzie nazwiska Wilczura, ale i tak wszyscy łatwo mogli
się domyślić, o kogo chodzi. O autorstwo tych rzeczy Dobraniecki
również, i nie bez słuszności, posądzał Ninę. W ostatnich czasach
spotykał w domu kilku dziennikarzy, którzy przedtem u nich nie bywali.
Nagłe zainteresowanie się Niny ludźmi z prasy nie mogło ujść uwagi
Dobranieckiego.
Nie tylko niesmak wzbudzała w nim cała ta akcja Niny. Wzbudzała w nim
również i smutne przeświadczenie o bezsilności tych półśrodków w walce o byt.
- Zniszcz go - powiedziała - jeżeli zależy ci na mnie...
Dobraniecki przygryzł wargi i zatrzymał się przy oknie. Przez nagie
gałęzie jesiennych drzew przeświecały gęste, białe światła latarń, coraz
jaskrawsze w gęstniejącym mroku. Dalekie miasto mruczało jednostajnym
szumem. W pobliżu na mokrym asfalcie zaświergotały pneumatyki i przed
drzwiami pałacyku zatrzymał się samochód.
Pierwsi goście. Należało się przebrać.
Rozdział 2
Profesor Wilczur umilkł na chwilę. Jego
oczy z wolna przesuwały się przez wypełnioną po brzegi aulę. Panowała
zupełna cisza. Czuł w tym audytorium, że każde jego słowo trafia wprost
do serc, że każde serce odpowiada mu żywym oddźwiękiem.
- Bo powołanie lekarza - zabrzmiał znów jego głos - jest tworem tej
największej i najszczytniejszej miłości, miłości bliźniego, jaką Bóg
zasiał w naszych oschłych sercach. Powołanie lekarza to wiara w braterstwo, to szczytne świadectwo wspólnoty ludzkiej. I gdy pójdziecie
w świat, by swe posłannictwo pełnić, pamiętajcie przede wszystkim o jednym: kochajcie.
Stał jeszcze chwilę nieruchomy i milczący, później uśmiechnął się, lekko
skinął głową i swoim ciężkim, sprężystym krokiem wyszedł z auli.
Ileż to razy, ileż setek razy po skończonym wykładzie przemierzał ten
szeroki korytarz, goniony głośną falą wrzawy, która wybuchała w auli po
jego wyjściu. Ale dziś nie był to zwykły wykład i nie o zwykłych
rzeczach mówił profesor Wilczur swoim słuchaczom. I sam nie był w zwykłym nastroju.
W ciągu ostatnich tygodni docierały do niego coraz dlań dziwniejsze i coraz boleśniejsze wiadomości. Pierwotnie zaskoczyły go tak dalece, że
nie mógł się w nich zorientować. Wydały mu się czymś przypadkowym,
niezrozumiałym, wręcz absurdalnym. Nie dlatego, że dotyczyły jego osoby:
gdyby podobnie uwłaczające rzeczy opowiadano o profesorze Dobranieckim,
o doktorze Rancewiczu, Biernackim czy bodaj o młodym Kolskim,
wstrząsnęłoby to Wilczurem równie silnie.
Do dziś dnia nie chciał i nie mógł uwierzyć, by ta kampania oszczerstw
przeciw niemu była akcją zorganizowaną i wychodziła z jednego źródła.
Nie wierzył, gdyż nie miał przecie wrogów. Nikomu zła nie życzył, nikomu
krzywdy nie wyrządził. Przez całe swoje życie wierny był tym wskazaniom,
którymi zakończył dzisiejszy wykład.
- To niemożliwe - powtarzał sobie, idąc jasnym korytarzem.
Dopiero przed drzwiami dziekanatu spojrzał na zegarek. Była jedenasta. W pierwszym pokoju ku swemu zdumieniu zobaczył kilku nieznanych sobie
panów. Wstali, gdy wszedł, a sekretarz objaśnił:
- Właśnie to panowie z prasy. Chcieli prosić pana profesora o wywiad.
Wilczur uśmiechnął się.
- Jeszcze panom mało? Sądziłem, że po trzech latach już wreszcie
zdołaliście nasycić ciekawość waszych czytelników. Zanudzicie ich moją
osobą i moimi przeżyciami.
- Nie, panie profesorze - odezwał się jeden z dziennikarzy. - Tym razem
chodzi nam o pańskiego nowego pacjenta.
- O pacjenta? O którego pacjenta?
- O Leona Donata.
Wilczur rozłożył ręce.
- Cóż ja panom o tym mogę powiedzieć... To nic poważnego. O ile wiem z relacji moich mediolańskich kolegów, operacja będzie łatwa i nie grozi
żadnymi, nawet błahymi następstwami.
- Jednak, panie profesorze, to jest operacja gardła, gardła, które daje
kilka milionów złotych rocznie. No i popularność Donata. Pan profesor
rozumie, że ta operacja jest zdarzeniem najbardziej interesującym dziś
nie tylko Warszawę, lecz i całą Europę, ba, cały świat. Cokolwiek by pan
profesor nam o niej zechciał powiedzieć, będzie zawsze sensacją.
- No, dobrze - zgodził się Wilczur. - Muszę jednak już jechać do
lecznicy i po drodze służę wam wszystkimi informacjami.
Na dole czekała wielka czarna limuzyna profesora. Zajęli w niej miejsce
i podczas gdy auto sunęło zatłoczonymi ulicami, dziennikarze skrzętnie
zapisywali w notesach wywody Wilczura.
W nawale zajęć teraz dopiero uświadomił sobie, że istotnie na jego
lecznicę w dniu tym będą zwrócone oczy milionowych rzesz wielbicieli
wielkiego śpiewaka. Doktor Łucja Kańska już wczoraj mu mówiła, że cała
prasa polska z wielkim zadowoleniem zanotowała wiadomość o decyzji
Donata, który nie ufając chirurgom włoskim, francuskim i niemieckim,
postanowił powierzyć operację swego gardła właśnie jemu, profesorowi
Wilczurowi, i dlatego zdecydował się na daleką podróż do Warszawy.
Chociaż z opisów i zdjęć wynikało, że operacja w istocie była błaha i łatwa, Wilczur nie mógł się dziwić obawom śpiewaka, dla którego głos był
całą racją istnienia, a maleńkie drgnięcie ręki chirurga podczas zabiegu
pozbawiłoby go sławy i kolosalnych dochodów.
Po przybyciu do kliniki Wilczur zauważył, że i tu panuje podniecenie.
Przede wszystkim przed bramą zebrał się ogromny tłum w oczekiwaniu na
przyjazd śpiewaka. W hallu i na korytarzach panował wielki ruch. Wilczur
pożegnał się z dziennikarzami i po drodze do swego gabinetu zajrzał
jeszcze do pokoju dyżurnego internisty. Zastał tu pielęgniarkę i zapytał:
- Kto dziś ma dyżur?
- Doktor Kańska, panie profesorze.
Skinął głową.
- To dobrze.
U siebie zastał profesora Dobranieckiego dyskutującego o czymś z młodym
Kolskim. Obaj byli jakby podnieceni rozmową, lecz umilkli, gdy Wilczur
wszedł. Przywitali się w milczeniu, po czym Kolski w krótkich i rzeczowych zdaniach zreferował Wilczurowi stan zdrowia kilku pacjentów i zakończył:
- Inżyniera Lignisa pan profesor miał sam dziś zbadać. Pani Laskowska i pan Rzymski również prosili, by pan profesor ich odwiedził osobiście. To
wszystko na trzecim piętrze. Ten biedak, którego przywieziono wieczorem
z pogruchotaną miednicą, miał nad ranem wylew wewnętrzny i jest w agonii. Zdaje się, że już mu nic nie pomoże.
- Dziękuję panu, kolego - dolna zwyklabrak Wilczur i spojrzawszy na
zegarek, dodał: - Muszę przede wszystkim obejrzeć gardło Donata. Czy
mała sala operacyjna przygotowana?
- Tak jest, panie profesorze.
- Dużą pan dzisiaj, kolego, zajmie na dobre cztery godziny, prawda? -
zwrócił się Wilczur do Dobranieckiego. - Cieszyłbym się, gdyby pan go
zdołał uratować.
Dobraniecki wzruszył ramionami.
- Rzecz zupełnie beznadziejna. Jedna szansa na sto.
Podczas gdy Wilczur nakładał kitel, pod oknami rozlegały się okrzyki
coraz głośniejsze i głośniejsze. Lekarze uśmiechnęli się do siebie.
Zrozumieli się bez słów. Kolski jednak zauważył:
- Ludzie jednak wyżej cenią sztukę niż zdrowie. Żadnemu z nas nie
robiono by takich owacji.
- Zapomina pan, kolego, o profesorze Wilczurze i o jego popularności -
lekko rzucił Dobraniecki.
- Popularność tę zawdzięczam nie temu, że jestem lekarzem, lecz temu, że
byłem pacjentem - odpowiedział Wilczur i wyszedł z gabinetu. Zaraz po
nim wyszedł Kolski.
Dobraniecki ciężko opadł na fotel. Jego twarz jakby zastygła w skupieniu. Po chwili nacisnął dzwonek. Weszła pielęgniarka.
- W którym pokoju umieszczono Donata? - zapytał krótko.
- W czternastym, panie profesorze.
- Moja operacja o pierwszej?... Proszę dopilnować, by zawiadomiono doktora
Biernackiego. Dziękuję pani.
Gdy wyszła, wstał i spojrzał na zegarek. Przeczekał pół godziny, po czym
wyszedł. Na pierwsze piętro prowadziły szerokie marmurowe schody. Numer
czternasty był tuż przy nich. Zapukał i wszedł. Donat przebierał się
przy pomocy pielęgniarki. Ujrzawszy Dobranieckiego, zawołał wesoło:
- O, profesorze! Jakże się cieszę, że pana widzę. Będziecie mnie dziś
zarzynali.
- Dzień dobry, mistrzu. Wygląda pan świetnie - przytrzymał rękę śpiewaka
w swojej - ale dlaczego pan używa liczby mnogiej? Przecież wyraźnie pan
zażądał, by operował pana Wilczur. Nie ma pan zaufania, drogi mistrzu,
do swego dawnego lekarza.
- Pełne zaufanie mam do pana, profesorze - z przymusem zaśmiał się
Donat.
- Dajmy pokój tym sprawom - swobodnym tonem odpowiedział Dobraniecki. -
Niechże mi pan powie, co się z panem działo, oczywiście nie o swoich
sukcesach artystycznych, bo tego jest pełna prasa, ale jak tam z pańskimi prywatnymi historyjkami. Czy wciąż pan tak niepohamowanie
korzysta ze swoich sukcesów miłosnych?
Donat wybuchnął szczerym śmiechem:
- Ach, tego nigdy nie dosyć! - Zaświeciły mu się oczy.
- Powinien pan bardziej oszczędzać serca kobiet w przenośni i własne bez
przenośni - zażartował Dobraniecki.
Nie mówił tego bez podstaw. Donat mimo swego kwitnącego wyglądu, niemal
atletycznej budowy i żywiołowego temperamentu już od lat młodzieńczych
nie odznaczał się zbyt mocnym sercem. Jego matka, korzystając z zażyłych
stosunków z Dobranieckim, nieraz zwracała się doń w owych czasach po
poradę dla syna.
Donat z ożywieniem opowiadał właśnie o jakiejś swojej nowej przygodzie,
gdy zapukano do drzwi. Była to doktor Kańska. Zgodnie z regulaminem
miała zbadać pacjenta przed operacją. Zastawszy tu jednak profesora i pacjenta już przygotowanego do stołu operacyjnego, zatrzymała się w progu.
- Pani mnie szuka? - zapytał Dobraniecki. - To bardzo dobrze, że panią
widzę. Niech pani będzie łaskawa, koleżanko, zbadać tego mego staruszka.
Pani wie, pokój 62. Wkrótce idzie na stół. Parę zastrzyków
wzmacniających, o ile uzna to pani za wskazane, przydałoby się. Dziękuję
pani, niech się pani pośpieszy.
Doktor Łucja chciała o coś zapytać, lecz Dobraniecki odwrócił się już do
Donata ze słowami:
- I cóż dalej, mistrzu?
- Bardzo ładna dziewczyna - zaciekawił się Donat. - Czy to lekarka?
- Tak, to nasza młoda internistka - wyjaśnił Dobraniecki.
Po kilku minutach zjawił się doktor Kolski z pielęgniarzem.
- Już czas, mistrzu, na salę operacyjną.
Punktualnie rozpoczęła się operacja.
Zabieg nie należał ani do ciężkich, ani do trudnych. Ze względu jednak
na bezpieczeństwo gardła pacjenta zastosowanie miejscowego znieczulenia
nie było wskazane i Donata poddano ogólnej narkozie.
Przy operacji asystowali doktor Januszewski i doktor Kolski. Silne
światło projektora odbijało się w lustrzanej tarczy i zwielokrotnione
oświetlało wnętrze gardła operowanego. Z prawej strony, poza gruczołem
występowała nieco ciemniejsza od otaczającej błony śluzowej narośl w kształcie połowy orzecha laskowego. Na razie wprawdzie nie zagrażała ona
głosowi Donata, a nigdy jako nowotwór dobrotliwy nie mogła zagrażać jego
zdrowiu, jednakże wciąż się w ostatnich czasach powiększała i bezpieczniej było ją usunąć. Przy sposobności trzeba było załatwić się z niedużymi zrostami, pozostałością po zeszłorocznym zapaleniu gardła.
Wszystko razem według przewidywań profesora Wilczura nie powinno było
zająć więcej niż dwadzieścia pięć do trzydziestu minut.
W ciszy sali operacyjnej elektryczny zegar wybijał takty sekund z niezmienną ścisłością. Dłuższa strzała zbliżała się właśnie do
jedenastej minuty, gdy doktor Kolski, czuwający nad pulsem pacjenta,
szybko odwrócił się do stojącej za nim sanitariuszki i dał ręką
niecierpliwy znak.
Nie trzeba było słów.
Wprawne palce sanitariuszki już napełniły strzykawkę i po chwili igła
zanurzyła się pod skórę pacjenta. Minęły dwie dalsze minuty i zabieg
trzeba było powtórzyć.
W osiemnastej minucie profesor Wilczur musiał przerwać operację.
Sala wypełniła się tupotem szybkich kroków. Wózek z aparatem tlenowym.
Sztuczne oddychanie. Nowe zastrzyki.
W dwudziestej piątej minucie pacjent nie żył.
Przyczyna śmierci nie wymagała żadnych wyjaśnień. Dla wszystkich było
jasne: serce operowanego nie zniosło narkozy. Profesor Wilczur zdjął
rękawice i maskę, jego twarz zastygła w jakimś kamiennym wyrazie. Nie
miał sobie nic do wyrzucenia, a jednak śmierć człowieka w jego lecznicy
podczas przeprowadzanej przezeń operacji, operacji w dodatku tak błahej,
była dlań ciosem.
Nie zastanawiał się jeszcze w tej chwili nad tym, jakie echa ten
tragiczny wypadek wywoła, jakie skutki za sobą pociągnie. Dla niego
osobiście było rzeczą straszną, że w lecznicy, której był kierownikiem,
przez jakieś niezrozumiałe zaniedbanie, przez czyjś błąd czy
niesumienność zadano śmierć człowiekowi, który jeszcze przed półgodziną
uśmiechnięty i pełen ufności powierzał mu troskę o swoje zdrowie i życie.
W spojrzeniu personelu Wilczur odkrył odbicie własnych myśli. Bez słowa
wyszedł z sali operacyjnej. W ubieralni powoli zdejmował kitel jakby
przygnieciony ogromnym zmęczeniem.
Gdy przyszedł do swego gabinetu, zastał w nim niemal cały wyższy
personel zakładu: doktora Rancewicza, docenta Biernackiego, który dostał
swego nerwowego tiku, Dobranieckiego w milczeniu palącego papierosa,
Kolskiego, bladego i z ponurą twarzą, Żuka, doktor Łucję Kańską i jeszcze kilka osób. Panowało zupełne milczenie. Profesor Wilczur zbliżył
się do okna i po dłuższej chwili, nie patrząc na nich, zapytał:
- Który z kolegów internistów miał dziś dyżur?
Odezwał się po krótkiej pauzie drżący i cichy głos doktor Kańskiej:
- Ja, panie profesorze.
- Pani? - jakby z lekkim zdziwieniem zapytał Wilczur. - Badała go pani
przed operacją?
Teraz odwrócił się i patrzył na nią z wyrzutem w oczach. Właśnie ona,
dla której żywił najwięcej sympatii, którą darzył największym zaufaniem,
której rokował jako młodziutkiej lekarce najlepszą przyszłość, właśnie
ona popełniła to straszliwe zaniedbanie...
- Czy pani zapomniała go zbadać?
Doktor Łucja potrząsnęła głową.
- Nie zapomniałam, panie profesorze, ale kiedy przyszłam do jego pokoju,
zastałam tam pana profesora Dobranieckiego. Pan profesor Dobraniecki
kazał mi zbadać innego pacjenta... więc sądziłam, że Donata zbadał już
sam... Tak zrozumiałam, takie odniosłam wrażenie.
Oczy obecnych zwróciły się na Dobranieckiego, który zaczerwienił się z lekka i wzruszył ramionami.
- Czy kolega badał go? - zapytał go Wilczur.
W spojrzeniu Dobranieckiego błysnął gniew.
- Ja? Z jakiej racji. Przecież to należy do obowiązków dyżurnego
internisty.
Jego wyniośle podniesiona głowa i ściągnięte rysy wyrażały oburzenie.
- Zdawało mi się... - zaczęła doktor Łucja ze łzami w głosie - odniosłam
wrażenie...
- I cóż z tego? - ironicznie zapytał Dobraniecki. - Czy pani zawsze
spełnia swoje obowiązki, obowiązki, od których zależy życie pacjenta,
tylko wtedy, gdy się pani nic nie zdaje, gdy pani nie odnosi jakichś tam
wrażeń?...
Doktor Łucja przygryzła wargi, by nie wybuchnąć płaczem. W ciszy odezwał
się wzburzony głos doktora Kolskiego:
- Spotkałem koleżankę na korytarzu i powiedziała mi, że pan profesor to
załatwił... Że pan profesor jest osobistym znajomym Donata...
Dobraniecki zmarszczył brwi.
- Właśnie, wstąpiłem doń jako do dawnego znajomego, by zamienić kilka
zdań. Oczywiście zbadałbym mu serce, gdyby mi mogło przyjść na myśl, że
pani tak lekkomyślnie zaniedba wykonania swego obowiązku.
Po twarzy Łucji spływały łzy. Wargi jej drgały, gdy mówiła:
- Nie zaniedbałam... Byłam przekonana, że... Nie mogę przysiąc, ale niemal
jestem pewna, że dał mi pan do zrozumienia, że się sam tym zajmie, bo
przecie... Ja... nigdy...
Ostatnie słowa zagmatwały się i rozpłynęły się w łkaniu.
- Jeżeli tu jest czyjaś wina - wybuchnął Kolski - to w każdym razie nie
panny Łucji!
Na twarzy profesora Dobranieckiego wystąpiły ciemne wypieki. Cofnął się
o krok i zawołał:
- Ach, tak? Więc to są takie metody? Widzę, że knuje się tu przeciw mnie
jakaś intryga! To na mnie chcecie zwalić swoje winy! To może ja mam być
odpowiedzialny za brak dyscypliny w lecznicy, za nieobowiązkowość
niektórych uprzywilejowanych osób z personelu?... Byłoby to oburzające,
gdyby nie tkwił w tym zbyt oczywisty absurd. O, nie, moi drodzy państwo!
Nie boję się intrygi i kłamstwa. Nie boję się odpowiedzialności, wtedy
gdy istotnie spada ona na mnie, ale teraz, gdy mnie zmuszacie, nie
zamierzam dłużej ukrywać tego, co myślę. Tak, powiem otwarcie. Przez
szereg lat kierowałem tą instytucją i u mnie podobne wypadki były
absolutnie wykluczone. U mnie panowała absolutna dyscyplina, u mnie nikt
nie cieszył się jakimiś specjalnymi względami, u mnie każdy ponosić
musiał pełną odpowiedzialność za wykonanie swoich ściśle określonych
obowiązków. Może uważano mnie z tego powodu za zwierzchnika zbyt
surowego, wymagającego, bezwzględnego, ale za to nie igrało się wówczas
życiem ludzkim!... Otóż Donat to ofiara tych porządków, które teraz tu
panują. One zabiły Donata i, na Boga, nie ja jestem za to
odpowiedzialny!...
Nie tylko wypowiedziane słowa, lecz cała postawa, wzrok i wyraz twarzy
Dobranieckiego jakby tchnęły oskarżeniem, oskarżeniem skierowanym
przeciw wszystkim zebranym.
W ciszy rozległ się głos profesora Wilczura.
- Prosiłbym kolegę o więcej spokoju i o nieferowanie wyroków. Nikt tu
przeciw panu nie intryguje, nikt nie podaje w wątpliwość pańskich
zasług, nikt nie obciąża pana winą. Za wszystko, co się dzieje w lecznicy, odpowiadam ja, ja ponoszę odpowiedzialność.
- Właśnie. I ja tak sądzę - z ironicznym półuśmiechem odpowiedział
Dobraniecki, skinął głową i wyszedł z pokoju.
W całej lecznicy na wieść o śmierci Donata na stole operacyjnym
zapanował nastrój przygnębienia. Oczywiście wiadomości szybko wydostały
się na miasto i w niespełna godzinę później hall lecznicy pełen już był
dziennikarzy i fotografów redakcyjnych.
Śmierć Leona Donata, tenora, którego sława znajdowała się właśnie u szczytu, musiała wywrzeć na całym świecie wstrząsające wrażenie.
Ponieważ zaś zgon nastąpił w okolicznościach tak wyjątkowych, wypadek
nabierał wszystkich cech wielkiej sensacji. Skrzętnie pracowały ołówki
reporterów; zbierając strzępy informacji od lekarzy, pielęgniarzy, a nawet od służby szpitalnej. Tylko profesor Wilczur nie chciał przyjąć
żadnego z reporterów, oświadczając, że nie ma nic do powiedzenia.
Natomiast jego zastępca, profesor Dobraniecki, chętnie udzielił wywiadu.
Podkreślił w nim z całą lojalnością swój szacunek i uznanie dla
profesora Wilczura jako świetnego chirurga i dodał, że przeprowadzona
przezeń operacja w żadnym wypadku nie mogła zakończyć się wynikiem
śmiertelnym i nie zakończyłaby się, gdyby nie pewne niedociągnięcia w organizacji pracy na terenie lecznicy. Mimochodem zaznaczył też, że
dawniej podobne wypadki nie zdarzały się nigdy, ani za owych czasów, gdy
lecznicą kierował młody wówczas i niedźwigający na swych barkach ciężaru
przeżyć profesor Wilczur, ani wówczas, gdy on sam, profesor Dobraniecki,
był tu dyrektorem.
- Chcę, by mnie panowie dobrze zrozumieli - mówił. - Kierowanie taką
instytucją wymaga bardzo wielu wysiłków, nienadwątlonej energii,
nienadniszczonej tragicznymi przeżyciami sprężystości. Każdy z nas,
lekarzy, zdaje sobie sprawę, a przynajmniej zdawać sobie sprawę
powinien, że ponosi wielką odpowiedzialność za życie powierzonych nam
pacjentów, że szczytną swą misję godnie spełniać może tylko wówczas, gdy
jest pewien pełni swoich sił duchowych i umysłowych, które przecież z biegiem lat wyczerpują się, nawet wtedy gdy życie płynie normalnie.
Dlatego z całą stanowczością muszę stanąć w obronie profesora Wilczura i sądzę, że mam prawo wymagać dlań wyrozumiałości.
Panowie i wasi czytelnicy wiedzą dobrze, jak ciężkie przeżycia wyrwały
go na długie lata z normalnego trybu egzystencji. Proszę mi wierzyć, że
nie może pozostać bez śladu na psychice, na umyśle i na woli człowieka
fakt kilkunastoletniej amnezji, utraty pamięci i wegetowania w strasznych warunkach wśród pospólstwa, w nędzy. I tak godne podziwu
jest, że profesor Wilczur zdobył się na tak wspaniały dowód siły i żywotności ducha, że po tylu latach potrafił przejść od praktyki
znachorskiej, od najprymitywniejszych sposobów leczenia do kierowania
wielką lecznicą, gdzie i najmłodszego, najbardziej energicznego
człowieka mógłby przerazić nadmiar skomplikowanych zagadnień
organizacyjnych wymagających ustawicznej czujności, ustawicznej
kontroli. Z naciskiem proszę panów o podkreślenie mego wielkiego
szacunku dla profesora Wilczura, który będąc już w tych latach, gdy
nawet każdy inny lekarz, któremu życie upłynęło normalnie i spokojnie,
szuka odpoczynku, wciąż jeszcze trwa na stanowisku.
Żegnając się z dziennikarzami profesor Dobraniecki uwarunkował
umieszczenie wywiadu tym, że będzie wydrukowany jak najściślej.
- Nie mam oczywiście i nie mogę mieć wpływu na rodzaj i jakość
komentarzy, którymi panowie zechcą ten wywiad i cały wypadek opatrzyć.
Nie chciałbym jednak, by wskutek zniekształcenia wypowiedzianych tu
przeze mnie słów ktokolwiek z czytelników mógł wyrobić sobie błędne
zdanie o moim stosunku do sprawy.
O godzinie piątej po południu na ulicach Warszawy ukazały się
nadzwyczajne dodatki przynoszące wieść o śmierci znakomitego tenora.
Korespondenci pism zagranicznych wysłali długie depesze, wszystkie linie
telefonów międzymiastowych na Berlin, Wiedeń, Paryż przez długi czas
były zajęte.
W mieście o niczym innym nie mówiono. W dodatkach nadzwyczajnych podano
tylko suche fakty, ale same tytuły zawierały już osąd: "Wielki śpiewak
Leon Donat zmarł pod nożem profesora Wilczura", "Nie zbadano przed
operacją serca", "Ofiara karygodnego niedbalstwa w lecznicy profesora
Wilczura"...
Warszawa się trzęsła. Przed gmachem lecznicy zgromadził się
kilkutysięczny tłum wielbicieli zmarłego śpiewaka, z gęstwy ludzkiej raz
po raz padały głośne okrzyki pod adresem profesora Wilczura i w ogóle
lekarzy. Omal nie poturbowano wychodzącego z lecznicy doktora Żuka, a policja z trudem zdołała tłum rozproszyć, by dać przejazd karetce
pogotowia, która przywiozła jakiegoś pacjenta.
W samej lecznicy panował nastrój pogrzebowy. Jeden tylko bodaj profesor
Wilczur nie przerwał swoich codziennych zajęć. Zdawał się nie dostrzegać
wyrazu twarzy podwładnych ani ich zdenerwowania, zdawał się nie wiedzieć
o wzburzeniu na mieście, zdawał się nie słyszeć hałasującego pod oknami
tłumu.
Kończył właśnie wieczorną wizytację pacjentów i schodził na dół, w chwili gdy przywieziono nowego. Asystujący profesorowi doktor Kolski
chciał zająć się jego przyjęciem, lecz Wilczur sam zbliżył się do
lekarza pogotowia, by pacjenta odebrać. Z noszy, z którymi dwaj
sanitariusze skierowali się do sali przyjęć, rozległy się ciche
pojękiwania, drogę znaczyły gęste krople czarnej krwi.
- Co to jest? - zapytał profesor Wilczur.
Lekarz pogotowia wyjaśnił: rozprawa nożowa, stan beznadziejny, kilka
głębokich ran klatki piersiowej i brzucha. Tylko natychmiastowa operacja
może coś pomóc. Dlatego właśnie przywiózł go tu, bo było najbliżej.
- Proszę go od razu na stół - zwrócił się Wilczur do Kolskiego.
Kolski zatrzymał się przez sekundę.
- Czy ma go operować doktor Rancewicz?
- Nie, ja sam się tym zajmę - odpowiedział Wilczur.
Kolski pobiegł wydać dyspozycje, po czym dopilnował rozebrania rannego z jego łachmanów. Był to jakiś włóczęga o dawno niegolonej twarzy
przeciętej zresztą teraz kilkoma niegłębokimi, lecz krwawiącymi ranami.
Dogorywał. Nierówny oddech przesiąknięty odorem alkoholu ustał prawie
zupełnie.
Sala operacyjna była gotowa. Przyszła doktor Łucja, blada jak papier, o oczach zaczerwienionych od długotrwałego płaczu.
- Niechże pani idzie do domu - prosząco odezwał się Kolski. - Już ja
wszystkiego dopilnuję. A tutaj nie ma nawet po co badać. Nie wiem, czy
go doniosą do sali operacyjnej.
Zjawił się profesor Wilczur. Pochylił się nad pacjentem i wyprostował
się, przecierając ręką oczy.
- Kto to jest? Ja znam tego człowieka. Ja go na pewno kiedyś widziałem.
- Pogotowie podało tylko imię i nazwisko - wyjaśnił Kolski. - Nazywa się
Cyprian Jemioł.
- Jemioł? - powtórzył profesor. - Skąd ja go znam?
Na progu zjawił się sanitariusz i oznajmił, że wszystko gotowe. Po
zdjęciu prowizorycznych opatrunków okazało się, że rany nie są ani tak
głębokie, ani tak groźne, jak to określił lekarz pogotowia. Jedna tylko
była wysoce niebezpieczna. Ostrze noża rozpłatało mięsień brzuszny i dość szeroko żołądek. Płuca były nienaruszone, natomiast upływ krwi
znaczny i długotrwały był najistotniejszym niebezpieczeństwem.
- Drugi trup w ciągu jednego dnia na tej sali - powiedziała szeptem
jedna z pielęgniarek do doktora Kolskiego. - Dlaczego profesor sam robi
tę operację?
Kolski nic nie odpowiedział. Tymczasem profesor Wilczur swymi wielkimi,
niezgrabnymi rękami ze zdumiewającą wprawą zaszywał jedną ranę po
drugiej. Myśl jego jednak wciąż pracowała, jakby szukając w pamięci
podobizny tego człowieka.
"Jemioł - powtarzał w myśli. - Cyprian Jemioł... Znam go z całą
pewnością".
Operacja była skończona. Pacjenta zabrano żywego ze stołu. Iskierka
życia, która się w nim tliła, równie łatwo mogła zgasnąć, jak i ponownie
się rozżarzyć. Umieszczono go na czwartym piętrze w oddziale
niepłacących pacjentów, zaś profesor Wilczur musiał wprost z sali
operacyjnej udać się do kancelarii, gdzie oczekiwał już go komisarz
policji i sędzia śledczy.
Władze pod naciskiem opinii publicznej musiały gruntownie zbadać sprawę
śmierci Donata. Profesor Wilczur został poinformowany, że w aktach
znajdują się już zeznania wszystkich ważniejszych w grę wchodzących
osób, a sędzia śledczy dał mu do zrozumienia, że ciężar oskarżenia
kieruje się ku doktor Łucji Kańskiej, która podczas badania nie
zaprzeczyła zresztą swojej winie. Potwierdzają to również zeznania
profesora Dobranieckiego, ten jednak winę przypisuje w ogóle
nieporządkom organizacyjnym panującym w lecznicy.
Wiele trudu i argumentów zużyć musiał profesor Wilczur po to, by
przekonać ich, że doktor Kańska nie ponosi tu żadnej odpowiedzialności,
że profesor Dobraniecki również nie może być postawiony pod jakimkolwiek
zarzutem. Wszystkiemu winno jest nieporozumienie i tylko
nieporozumienie. O czyjejkolwiek złej woli nie może tu być mowy, ale
nieporozumienia podobnego typu istotnie nie mogą zdarzać się w lecznicy
i Dobraniecki ma rację, przypisując winę śmierci Donata złej
organizacji.
- Za organizację zaś ja tu jestem odpowiedzialny - zakończył profesor
Wilczur - i ja jeden jestem winowajcą.
- Oczywiście, panie profesorze - powiedział sędzia śledczy, składając
papiery do teczki - nie może być tu mowy o jakimś procesie karnym. Musi
pan być jednak przygotowany na ewentualność, że rodzina śp. Leona Donata
lub też towarzystwa asekuracyjne, w których nieboszczyk był
ubezpieczony, mogą rościć sobie poważne pretensje finansowe. Radziłbym
też panu profesorowi zawczasu porozumieć się co do tych spraw ze swoim
adwokatem.
- Dziękuję panu sędziemu - powiedział Wilczur.
Była już godzina dziesiąta, gdy Wilczur wyszedł z lecznicy. Na dole
zobaczył oczekującą nań Łucję. Wzruszył go jej wygląd. Przez myśl mu
przeszło, że ta biedna dziewczyna zrozpaczona i przybita zdarzeniami, w których kręgu mimo woli się znalazła, może popełnić jakieś szaleństwo.
Uśmiechnął się i wziął ją pod rękę.
- No, droga pani, więcej hartu, więcej hartu. Nie można tak się
przejmować. Żaden człowiek nie może być absolutnie pewien nieomylności
wszystkich swoich działań. I żaden lekarz. Stało się, trzeba nad tym
ubolewać, trzeba odtąd zdwoić uwagę, ale nie można popadać w depresję.
Łucja potrząsnęła głową.
- Nie, panie profesorze. To nie jest depresja. To jest rozpacz na myśl o tym, że pan profesor może być istotnie przekonany o moim niedbalstwie.
Wszystkie okoliczności składają się przeciwko mnie... Tak chciałabym, by
pan pozwolił mi się wytłumaczyć...
Wilczur mocniej przycisnął jej rękę.
- Ależ, droga panno Łucjo...
- Nie, nie, panie profesorze - przerwała mu. - Obiektywnie rzecz biorąc,
zasługuję na potępienie i wiem, że nie może pan nadal korzystać z mojej
współpracy. Narażać się na współpracę ze mną. Jestem na wszystko
przygotowana. Chodzi mi tylko o to, by pan mi uwierzył, by pan nie
wątpił... Moją winą nie jest ani niedbalstwo, ani nawet lekkomyślność...
Może tylko nadmiar zaufania do dobrej woli i lojalności... profesora
Dobranieckiego... Poniosę wszystkie konsekwencje... Jeżeli mi nawet prawo
praktyki odbiorą, niech będzie!... Ale niech mi pan uwierzy...
- Ależ wierzę, wierzę, droga pani - zapewnił Wilczur. - I może pani być
spokojna, nikt pani niczego nie odbierze, zostanie pani po dawnemu w lecznicy i nie zmniejszy się moje zaufanie do pani ani odrobinę.
Szli przez chwilę w milczeniu i Wilczur odezwał się niezwykłym u niego
surowym tonem:
- Pani jest młoda, bardzo młoda i dlatego wybaczę pani i to jedyne
prawdziwe przewinienie, które pani popełniła. Które pani popełniła
teraz... Postaram się zapomnieć, że mogła pani przez chwilę bodaj wątpić o dobrej woli profesora Dobranieckiego, o dobrej woli jakiegokolwiek
lekarza. Lekarz może się mylić, ale nie ma takiego na świecie, słyszy
pani, nie ma takiego, który by dla jakichkolwiek powodów mógł dopuścić
się narażenia na niebezpieczeństwo śmierci pacjenta. To pani jako
lekarka powinna zrozumieć... Pani powinna w to wierzyć! Z chwilą, gdy się
przestaje w to wierzyć - trzeba przestać być lekarzem.
Łucja odezwała się tonem wyjaśnienia:
- Ja tylko chciałam zaznaczyć, panie profesorze, że profesor
Dobraniecki...
- Nie mówmy o tym więcej - przerwał jej stanowczo. - Niech panią Bóg
broni przed kimkolwiek zwierzać się z jakichś swoich... No, dajmy temu
spokój. Niech pani patrzy, jaką piękną mamy noc. Ile gwiazd.
Pochylił się ku niej z uśmiechem.
- Lubię jesień. Lubię jesień. A pani?
Rozdział 3
Treść porannych gazet przyprawiła panią
Ninę Dobraniecką o wypieki. Kazała sobie przynieść wszystkie i nie było
wśród nich takiej, która by nie podawała wywiadu z jej mężem. Prawie
wszystkie też zawierały ostre, potępiające komentarze o karygodnym
niedbalstwie w lecznicy, która od lat słynęła z wzorowego porządku i z wysokiego poziomu lekarskiego. Niektóre pisma występowały wręcz z żądaniem ustąpienia profesora Wilczura, inne wyrażały obawy, że jeżeli w tej lecznicy w tak niedbały sposób odniesiono się do pacjenta bogatego i słynnego na całym świecie, to w jakiż sposób traktuje się tam ludzi
zwykłych. Wszystkie dzienniki przypominały również, że wieloletnia
amnezja profesora Wilczura nie mogła pozostać bez wpływu na stan obecny
jego władz duchowych, czego dowodem są chociażby pozostałości
znachorskich upodobań w stosowaniu ziół, nawet takich, które oficjalnie
nauka od dawna już uznała za bezwartościowe lub wręcz szkodliwe.
Wywiad udzielony przez męża wydał się pani Ninie za słaby. Ten człowiek
pominął oto najświetniejszą okazję do zdruzgotania, do ostatecznego
zdruzgotania przeciwnika i usunięcia go z widowni. Niepotrzebne były te
przesadne komplementy pod adresem Wilczura. Należało wyraźniej
podkreślić jego wiek i przytoczyć coś na dowód objawów nawrotu amnezji.
Przewertowawszy pisma, pani Nina nacisnęła guzik dzwonka.
- Czy pan profesor już wstał? - zapytała pokojówkę.
- Pan profesor wyszedł już przed godziną.
- Przed godziną? - zdziwiła się pani Nina.
Wczoraj nie widziała męża. O śmierci Donata dowiedziała się z dodatków
nadzwyczajnych. Kilkakrotnie próbowała połączyć się telefonicznie z mężem, w lecznicy jednak odpowiadano jej zawsze, że nie może podejść.
Wrócił do domu późną nocą, gdy już spała. A teraz przed ósmą wyszedł z domu, czego prawie nigdy nie robił.
- Możesz odejść i przygotuj mi kąpiel - odprawiła pokojówkę.
Pani Nina postanowiła nie próżnować. Przede wszystkim należało się
dowiedzieć, jaki rezonans wśród znajomych wywołały artykuły porannej
prasy, i postarać się o to, by usposobić różne wpływowe osobistości jak
najkrytyczniej do osoby Wilczura. Nie było to zbyt trudne zadanie w tej
atmosferze, jaką wytworzyły wypadki. Każdy z interlokutorów pani Niny
zdawał sobie przecież sprawę, że pani Dobraniecka, jako żona zastępcy i najbliższego współpracownika Wilczura, może posiadać znacznie ściślejsze
i obfitsze informacje o przebiegu operacji i przyczynach śmierci Donata
niż prasa.
I pani Nina nie zawiodła tych oczekiwań.
Miała rozległe stosunki i umiała mówić przekonywająco. W rezultacie
plotki i komentarze dookoła tragicznego zdarzenia wciąż narastały,
przybierając formę najbardziej fantastycznych hipotez, domysłów i podejrzeń. Warszawa tak była nasiąknięta tą sprawą, że nie mogła ona
zniknąć również i z łamów prasy. Nie była to kampania skierowana wprost
przeciw osobie profesora Wilczura, lecz w istocie godziła w jego pozycję
w świecie lekarskim i w jego sławę chirurga.
Pani Nina nie należała do osób, które przebierają w środkach walki, nie
należała do osób cofających się przed jakimkolwiek krokiem, jeżeli krok
ten mógł zbliżyć ją do celu. Po kilku dniach z tego właśnie powodu
między nią i mężem doszło do ostrej scysji.
Profesor Dobraniecki podczas konsylium u jednego z pacjentów usłyszał od
doktora Hryniewicza tak nonsensowny zarzut pod adresem Wilczura, że
przez samo poczucie przyzwoitości musiał mu zaprzeczyć. Zarzut polegał
na tym, że rzekomo Wilczur w niektórych wypadkach zamiast leczenia
stosuje znachorskie "zamawianie". Dobraniecki przez moment przypuszczał
nawet, że w stosunku do niego Hryniewicz ucieka się do podstępnej
prowokacji.
- Nonsens, panie kolego - powiedział, krzywiąc się. - Jak pan może
wierzyć podobnym niedorzecznościom?
- Moja siostra słyszała to od pańskiej żony - odpowiedział lekarz.
Dobraniecki bąknął coś o nieporozumieniu, które tu musiało zajść, jednak
po powrocie do domu zaczął robić żonie gwałtowne wymówki.
- Ty doprawdy nie znasz miary i nie masz poczucia zdrowego sensu.
Przecież w ten sposób tylko mnie kompromitujesz. Przecież nie można
ludziom wmawiać absurdów, w które nikt rozsądny nie uwierzy.
Pani Nina wzruszyła ramionami.
- A jednak widzisz, że uwierzyli.
- Albo udawali, że wierzą - podkreślił z naciskiem.
- Mój drogi, bądź przekonany, że jeżeli o kimś mówisz źle, zawsze ci
uwierzą.
- A jednak proszę cię, Nino, byś pohamowała swoją akcję. Wilczur
doskonale się orientuje, komu może zależeć na psuciu jego opinii. W jego
zachowaniu się w stosunku do mnie w ostatnich dniach dostrzegam coraz
więcej rezerwy i chłodu. Gdy zostanie wyprowadzony z równowagi, może mi
bardzo zaszkodzić.
- W jaki sposób?
- W bardzo prosty. Może mnie oskarżyć o kampanię oszczerczą przeciw
niemu.
Uśmiechnęła się ironicznie.
- Przed kim oskarżyć?
- To obojętne. W senacie akademickim, w związku, a bodaj w prasie. Nie
zapominaj, że cieszy się on wciąż jeszcze wielkim autorytetem. A jedna
operacja śmiertelna... nie może takiego autorytetu obalić.
Profesor Dobraniecki miał rację. Śmierć Donata nie zdołała obalić
autorytetu profesora Wilczura, zachwiała nim jednak poważnie.
Najdobitniej wyraziło się to na dorocznym zebraniu związku podczas
wyborów.
Pozycja Wilczura była wciąż jeszcze tak mocna, że Dobraniecki uważał za
rzecz wskazaną cofnąć swoją kandydaturę na stanowisko prezesa i wysunąć
kandydaturę Wilczura. Nastąpiło głosowanie i Wilczur został wybrany.
Lecz o ile przed dwoma tygodniami wybór nastąpiłby jednomyślnie, tym
razem przeszedł tylko nieznaczną większością kilku głosów przy wielu
wstrzymujących się od głosowania.
Na zebraniu Wilczur nie był obecny. Głęboko przejęty swoimi troskami po
prostu o nim zapomniał, zaś zawiadomiony o wynikach napisał krótki list
do związku, oświadczając, że wyboru przyjąć nie może. Tłumaczył się
zmęczeniem i tym, że stanowiska publiczne powinni zajmować ludzie
młodsi. W istocie przejmowała go wstrętem myśl, że przyjmując wybór,
musiałby ustawicznie stykać się z tymi ludźmi, którzy głosowali przeciw
niemu, którzy uwierzyli haniebnym plotkom i oszczerstwom krążącym po
mieście i znajdującym echa w wielu dziennikach, ba, nawet w pismach
fachowych.
Miał jeszcze i inne kłopoty. Mianowicie pewnego dnia zgłosił się doń
przedstawiciel towarzystwa asekuracyjnego, w którym Donat był
ubezpieczony na kolosalną sumę. Towarzystwo stało na stanowisku, że
odpowiedzialność za śmierć śpiewaka ponosi profesor Wilczur i że on też
winien uiścić kwotę ubezpieczenia. A to dla Wilczura równało się ruinie.
Pomimo to bez namysłu oświadczył, iż gotów jest pokryć całą sumę. Czy
mógł narażać się na proces, na ekspertyzy, na wywlekanie na światło
dzienne tych wszystkich podejrzeń, które się nagromadziły przecież nie
tylko w nim samym, ale Łucji Kańskiej i w Kolskim, i zapewne w wielu
innych? Musieliby stanąć przed sądem i na pewno ktoś z nich poruszyłby
te sprawy, wystąpiłby z tymi podejrzeniami, na myśl o których ogarnęło
Wilczura przerażenie i obrzydzenie.
Nie, na to się zgodzić nie mógł.
W ten sposób z dnia na dzień utracił niemal cały majątek. Lecznica,
willa, kamienica na Puławskiej - wszystko to przeszło na własność
towarzystwa asekuracyjnego. Dyrekcja tego towarzystwa wykazała i tak
wiele życzliwości i dobrej woli, pozostawiając Wilczura na czele
lecznicy i wyznaczając mu względnie wysokie pobory oraz pozostawiając mu
prawo dożywotniego zajmowania willi. Dzięki tym okolicznościom sprawa
została załatwiona cicho i bez rozgłosu, na czym Wilczurowi najbardziej
zależało. Pozornie nic się nie zmieniło. O tym, że Wilczur przestał być
w lecznicy wszechwładnym panem i zależał teraz od prezesa Towarzystwa
Asekuracyjnego Tuchwica, nikt nie wiedział.
I sam Wilczur zresztą nie odczuwał tej zmiany. Od wielu lat nie
przywiązywał do pieniędzy wielkiej wagi. Kiedyś, gdy była z nim jeszcze
jego żona, śp. Beata, umiał pracować po kilkanaście godzin na dobę,
wierzył, że przepychem luksusowych samochodów, drogich futer i biżuterii
może dać jej radość, dać szczęście. I oto pewnego dnia zostawiła to
wszystko, zostawiła i odeszła, zabierając małą Mariolę. Wraz z jej
odejściem rozwiały się jego złudzenia. Wszystkie dotychczasowe wysiłki,
cała ciężka i zawzięta walka o byt wydała się śmiesznym
nieporozumieniem, bezsensownym trudem, tragiczną pomyłką.
A potem przyszły lata... zupełnie inne lata... Kto wie, czy nie należy ich
błogosławić, tych lat spędzonych na szlakach włóczęgi, lat spędzonych
wśród dobrych ludzi, gdy praca z siekierą w ręku lub z ciężkim workiem
na plecach była pracą dla zwykłego kawałka chleba... Utrata pamięci. Tak.
Przez długie lata nie wiedział, kim jest, skąd pochodzi, jak się nazywa.
A czyż utrata pamięci wówczas nie była dlań dobrodziejstwem? Czyż nie
powinien błogosławić Boga za to, że mu odebrał świadomość przeszłości,
świadomość śmiertelnej rany zadanej w serce, w nieprzytomnie kochające
serce, przez kobietę, przez ponad wszystko kochaną kobietę...
Popiół czasu przyprószył przeszłość, popiół czasu przyprószył włosy...
Z przeszłości została mu tylko Mariola... Czy została?...
Od trzech lat, odkąd wyszła za mąż, widział ją tylko jeden raz. Nie miał
do niej ani do Leszka o to żalu. Cóż, każdy ma własne życie. Młode ptaki
wylatują z gniazd, zakładając własne, i już nigdy do dawnych nie
powracają. Leszkowie zamieszkali w Ameryce, a chociaż pisują często,
coraz bardziej znać w ich listach tę odległość wielu tysięcy kilometrów,
tę przegrodę wielu tysięcy innych, odmiennych, obcych warunków bytu,
jakie ich dzielą od niego.
"Nie jestem im potrzebny - myślał Wilczur - a przy ich bogactwie nie
odczują nawet tej straty, że w spadku po mnie nic nie dostaną".
W spadku. Pierwszy raz mu to przyszło na myśl, że jest już stary.
Dotychczas nawał codziennej pracy i jego niezmordowana energia
zasłaniały mu przed oczyma fakt, że dobiega już tego wieku, w którym
większość ludzi myśli tylko o śmierci. Gdy przeczytał te słowa w wywiadzie Dobranieckiego, wydały mu się tak śmieszne i tak nikczemne,
jak i reszta jego perfidnych wynurzeń. Mijały jednak dni i tygodnie, a coraz więcej myślał o swojej starości.
Wprawdzie po dawnemu codziennie już o siódmej rano był na nogach, a o ósmej w lecznicy, ale już popołudnia najczęściej spędzał w domu.
Przeważnie samotnie.
Czuł się zmęczony. W związku z nieustającymi napaściami, na które nie
odpowiadał, pogarszał się wciąż jego stan nerwowy, a to odbijało się na
zdrowiu i samopoczuciu.
W tym to okresie zaczął pić. Nie był to nałóg. Po prostu stary,
doświadczony Józef, służący Wilczura, któregoś dnia zaproponował mu
wypicie kieliszka koniaku.
- Zmarzł pan trochę, panie profesorze. Dobrze to panu zrobi.
Od tego dnia, gdy po obiedzie zasiadał przed kominkiem w gabinecie,
zawsze obok czarnej kawy na stoliku stała butelka z koniakiem. Kilka
kieliszków rozgrzewało go znakomicie, pozwalało oderwać myśl od przykrej
rzeczywistości, dawało złudzenie pogody i zadowolenia. A przede
wszystkim usypiało nerwy; nerwy, które w ostatnich czasach naprawdę
potrzebowały spokoju.
Nieustające ataki na Wilczura musiały wywrzeć swój wpływ nawet na
najbliższe jego otoczenie. W lecznicy, jak to zdołał zauważyć, część
personelu odnosiła się doń krytycznie i wyraźnie oscylowała ku
Dobranieckiemu czy to z przekonania, czy po to, by pozyskać jego względy
w przewidywaniu, że zbliża się ponownie okres jego władzy.
Stosunek Wilczura do Dobranieckiego nie zmienił się pozornie w niczym.
Zmuszeni do codziennego stykania się na terenie lecznicy, po dawnemu
konferowali z sobą, odbywali konsylia i narady. Obaj jednak starali się
ograniczyć wzajemny kontakt do minimum. Unikali też jakiegokolwiek
zatargu. Toteż gdy profesor Dobraniecki zapowiedział sekretarzowi, by
odtąd nie dawano mu pacjentów z czwartego piętra (oddział bezpłatny),
Wilczur przyjął to do wiadomości bez protestu i odtąd sam wizytował ten
oddział.
Na tym właśnie oddziale spotkało go niespodziewane przeżycie. Podczas
jednej z wizytacji poznał człowieka, którego przywieziono mu pod
nazwiskiem Cypriana Jemioła, a raczej Jemioł poznał Wilczura.
Było to tak: profesorowi dano znać, że pacjent ten odzyskał przytomność.
Gdy Wilczur wszedł do jego pokoju i pochylił się nad chorym, ten uniósł
powieki i przez dłuższą chwilę wpatrywał się przytomnym wzrokiem w twarz
profesora, potem lekko się uśmiechnął i powiedział:
- How do you do, darling?
- Skąd ja pana znam? - zapytał Wilczur.
Pacjent w uśmiechu odsłonił spróchniałe zęby.
- Przedstawił nas sobie mistrz ceremonii na przyjęciu u księżnej
Montecuculi.
Profesor zaśmiał się.
- Naturalnie, poznaję też pański głos i sposób mówienia.
- To nietrudno, mon cher. Mam zwyczaj zmieniać głos tylko jeden raz w życiu. W okresie pacholęcej mutacji. Co zaś dotyczy sposobu mówienia,
nie przestaję nigdy być wytworny.
Profesor przysunął sobie krzesło i usiadł.
- A jednak musiało to być dawno, bardzo dawno - powiedział w zamyśleniu.
Jemioł przymknął oczy.
- Gdybym się jeszcze umiał dziwić czemukolwiek na tym świecie, to bym
się dziwił, że nie spotykamy się właśnie na tamtym. Cóż za zbieg
okoliczności! Dobrodzieja, o ile mnie pamięć nie myli, wiele lat temu
pozbawiono możności kontynuowania doczesnego żywota i wyprawiono ad
patres. Mnie kilku serdecznych przyjaciół wyekspediowało w tymże
kierunku niedawno. I oto spotykamy się w ciepłym szpitalu. Pan jest
doktorem?
- Tak - potwierdził Wilczur. - Operowałem pana. Był pan nieludzko
pokrajany.
- Bardzo mi przykro, że pana trudziłem, signore. Mille grazzia. Ale
skoro pan jest lekarzem, niechże mi pan przede wszystkim powie, czy mi
nie ucięto jakiejś kończyny.
- Nie. Będzie pan zupełnie zdrów.
- To jest dość przyjemna wiadomość. Przyjemna dla Drożdżyka, który tam
na pewno tęskni za mną i wypłakuje swoje piękne oczy. Przypomina pan
sobie Drożdżyka, dottore?
- Drożdżyka? - profesor zmarszczył brwi.
- Tak, my dear, mówię o słynnym établissement Drożdżyk, rue
Witebska quinze... Restauracja z punktu widzenia fiskalnego zaliczona do
trzeciego rzędu, ale pierwszorzędna pod względem towarzyskim,
obyczajowym i moralnym. Établissement Drożdżyk. Nic to panu nie mówi?
Rendez-vous eleganckiej Warszawy. High life... Tam właśnie mieliśmy
zaszczyt i przyjemność.
Profesor Wilczur przetarł czoło.
- Czyżby?... To pan... pan mnie wtedy zaczepił na ulicy?...
- Si, amico. Toczno tak, tak imienno. Wstąpiliśmy do Drożdżyka, by
przy czterdziestopięcioprocentowym roztworze alkoholu poruszyć pewne
zagadnienia abstrakcyjne, co się nam też w zupełności udało. O ile sobie
przypominam, miał pan wówczas jakieś przykrości i niestety zbyt opasły
pugilares w kieszeni. Od owego dnia używałem pańskiego przykładu jako
argumentu, ilekroć głosiłem cnotę ubóstwa. Zawsze byłem zdania, że
bogactwo nie daje szczęścia. Gdyby pan nie miał wówczas tyle pieniędzy,
nie zdzielono by pana łomem po głowie i nie topiono w gliniance.
Jemioł spojrzał w oczy Wilczurowi i dodał:
- Nein, mein Herr, vous vous trompez. Ja nie brałem w tym udziału.
Dowiedziałem się o wszystkim nazajutrz. Wieść gminna. Legenda. Jeszcze
jedna legenda do rozmyślań nad znikomością rzeczy ludzkich.
Wilczur odruchowo sięgnął ręką do ciemienia, na którym pozostała blizna.
- Więc to tak było?
- Tak, wodzu. Nie śniło mi się nigdy, że ujrzę cię kiedyś jeszcze.
Od owego dnia profesor dość często odwiedzał Jemioła, który zresztą
szybko powracał do zdrowia. Polecił go też szczególniejszej opiece panny
Łucji, która zajęła się nim ze zdwojoną gorliwością. Wilczur nie mógł
nie zauważyć, że ta młoda dziewczyna z nadzwyczajnym poświęceniem oddaje
się pracy, jakby chcąc wynagrodzić błąd, który popełniła. Nie mógł
również nie dostrzec, że Łucja darzy go szczególniejszą sympatią, że w jej wzroku znajduje wiele ciepła, serdecznego współczucia, przyjaźni i jakby jakiejś prośby.
Czasami wychodzili razem z lecznicy i wówczas odprowadzała go do domu.
Mówił najczęściej o sprawach zawodowych, zdarzało się jednak, że rozmowa
schodziła na kwestie osobiste. Dowiedział się, że Łucja jest sierotą.
Pochodziła z Sandomierza, lecz od dziecka wychowywała się w Warszawie.
Na wychowanie jej i wykształcenie łożyła stryjenka, która również umarła
przed kilku laty. Opowiedziała mu też, że kiedyś była zaręczona, lecz po
niedługim czasie przekonała się, że młody inżynier, który udawał przed
nią miłość, był człowiekiem bezwartościowym, i wtedy z nim zerwała.
- A teraz widzę - zauważył Wilczur - że kolega Kolski jest panią bardzo
zajęty.
Lekko wzruszyła ramionami.
- Kolski, profesorze, jest właśnie kolegą, jest bardzo porządnym
chłopcem, lubię go i uznaję jego wartości, ale to nie są te wartości,
które mogłyby wywołać jakieś głębsze uczucie.
Przez chwilę szli w milczeniu.
- A czyż w kobiecie wywołują uczucia jakieś wartości?... Nie uroda, nie
młodość, nie... czy ja wiem... wdzięk?...
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie, profesorze. To, o czym pan wspomniał, może zainteresować tylko
bardzo płytkie kobiety. Sądzę, że my... że ja szukałabym w mężczyźnie
przede wszystkim bogactwa jego duszy, że chciałabym w nim znaleźć jakby
wielką bibliotekę przeżyć, przemyśleń, tragedii i wzlotów, jakby muzeum,
żywe muzeum... Nie umiem tego określić. Może to są złe porównania. Powiem
tak: chcę, by jego dusza była instrumentem wielostronnym, by zawierała w sobie tyle cech i dźwięków, ilu bym przez całe swoje życie w nim odkryć
i poznać nie mogła, i nie wydaje mi się, bym miała być pod tym względem
wyjątkiem. Zdaje mi się, że to jest bardzo kobiece, ogólnokobiece... Ta
chciwość, to pragnienie czuwania nad wieloma, wieloma skarbami, których
nasz umysł nie ogarnia, a które można cenić i czcić... Bo tylko czcząc,
można kochać.
Biały śnieg pokrył ulice Warszawy i lekko skrzypiał pod ich stopami.
Światło latarń załamywało się w sinawych smugach cienia. Upierzone
drzewa stały ciche, nieruchome, dostojne.
- To nieprawda - powiedział po dłuższej pauzie Wilczur. - Przekona się
pani kiedyś, że to nieprawda.
- Nigdy się o tym nie przekonam - zaprzeczyła z przekonaniem, lecz on
zdawał się jej słów nie słyszeć i mówił dalej:
- To młodość dyktuje pani te słowa, to młodość podsuwa te myśli. Brak
doświadczenia. Miłość... miłość posłuszna jest ciału... posłuszna prawom
natury, a duch? Duch jest duchem, jego miejsce w abstrakcji i nic na to
nie pomoże.
W jego głosie zabrzmiała nuta goryczy i Łucja powiedziała:
- Nie przekonałam się o tym i sądzę, że profesor zbyt pesymistycznie
patrzy na te rzeczy.
- Bo ja się przekonałem - uśmiechnął się ze smutkiem. - Może kiedyś
opowiem to pani, może kiedyś. Ku przestrodze. A teraz: oto mój dom.
Dziękuję pani za miły spacer i rozmowę. Pani jest dobra, panno Łucjo.
Pocałował ją w rękę na pożegnanie.
Zdejmując futro w przedpokoju przejrzał się w lustrze i stwierdził, że
jest nieogolony.
- Niech mi Józef - powiedział do służącego - codziennie rano przypomina,
że muszę się ogolić.
- Codziennie wszystko jest przygotowane - z urazą w głosie zauważył
służący.
- Tak, ale ja nie zawsze o tym pamiętam, nie zawsze pamiętam...
Wypowiedziane słowa przywiodły mu na myśl dzisiejszy artykuł w jednym z pism, znowu wałkujący sprawę śmierci Donata. Jakiś obskurant ukrywający
się pod literami doktor X. Y. dowodził tam, iż całkowite uleczenie z amnezji jest prawie niemożliwe. Pamięć nigdy, zdaniem tego ignoranta,
całkowicie nie wraca i muszą się powtarzać napady.
Co za absurd. I posługując się takimi sztuczkami, usiłują go zmusić do
rezygnacji. Gdyby wiedzieli, że lecznica jest obecnie własnością
towarzystwa asekuracyjnego, na pewno znaleźliby sposoby nowych intryg.
Przebrał się w szlafrok i zasiadł przed kominkiem. Józef przyniósł
gorącą, pachnącą kawę i wieczorne gazety. Może umyślnie je tak położył,
a może był to tylko przypadek, że rzuciwszy na nie okiem Wilczur
odczytał na pierwszej stronie złożonego dziennika tytuł:
"Profesor Wilczur wypłacił rodzinie śp. Leona Donata milionowe
odszkodowanie".
Upłynęło kilka minut, zanim wyciągnął rękę po pismo.
"Dowiadujemy się - czytał - że towarzystwo, w którym był ubezpieczony
tragicznie zmarły w lecznicy profesora Wilczura światowej sławy śpiewak
polski Leon Donat, zagroziło niefortunnemu chirurgowi procesem o odszkodowanie. Wobec tego, że proces taki profesor Wilczur oczywiście by
przegrał, gdyż śmierć wielkiego tenora nastąpiła wskutek karygodnego
niedbalstwa i nieporządków panujących w zakładzie profesora, musiał on
uiścić należność asekuracyjną, sięgającą zawrotnej sumy dwóch i pół
miliona złotych. Jako pokrycie tej sumy na własność towarzystwa przeszła
lecznica profesora, jego willa, niemal wszystko, co posiadał. Trudno nie
współczuć znakomitemu chirurgowi, że dotknęła go nagła ruina, z drugiej
jednak strony niech wypadek ten będzie przestrogą dla wszystkich tych
lekarzy, którzy lekkomyślnie traktują życie powierzonych im pacjentów... "
Wilczur odłożył gazetę i szepnął do siebie:
- A więc stało się...
Znowu dolano oliwy do ognia. Czyjaś niedyskrecja sprawiła, czyjaś
niedyskrecja albo zawzięte szpiegostwo, że podsycono znowu plotkę, że
zacznie się nowa orgia napaści...
- Nie będę jadł, nie jestem głodny - powiedział służącemu, gdy ten
oznajmił, że kolacja jest na stole.
- Może chociaż filiżanka bulionu?
- Nie, dziękuję. Niech mi Józef jeszcze da kawy... Tak, i koniaku.
Tej nocy profesor Wilczur wcale nie położył się do łóżka. Nadmiar
wypitej kawy i alkoholu sprawił, że rankiem ujrzał w lustrze swą twarz
poszarzałą, zmęczoną i obrzmiałą. Pomimo zmęczenia zmusił się do tego,
by ogolić się starannie, i punktualnie zjawił się w lecznicy.
Nietrudno było zauważyć, że wczorajsza wiadomość z pisma była tu już
wszystkim znana. Doktor Żuk, referując program dnia i stan chorych, nie
ośmielił się wprawdzie zapytać Wilczura o nic, ale jego spojrzenia
świadczyły, że pytania miał na końcu języka.
Program przewidywał sześć operacji: jedna trepanacja czaszki, trzy
zestawienia złamanych kości w kończynach i wycięcie wyrostka
robaczkowego czternastoletniej dziewczynce, którą przywieziono w nocy.
Poza pierwszą wszystkie operacje były łatwe i zwykłe.
Po godzinnej wizytacji profesor przeszedł do sali operacyjnej. Od
pamiętnego wypadku z Donatem każdego pacjenta dodatkowo badał osobiście,
sprawdzając stan jego serca i badając, czy nie cierpi na idiosynkrazję
do któregokolwiek z środków usypiających. Zabierało to sporo czasu, lecz
wolał polegać tylko na sobie.
Pierwsza operacja trwała przeszło godzinę i udała się doskonale.
Pogrypowy wrzód w mózgu został przecięty i oczyszczony. Następne poszły
również łatwo. Ostatnią jednak Wilczur postanowił przesunąć o pół
godziny. Musiał odpocząć. Nieprzespana noc i napięcie nerwowe zrobiły
swoje. Gdy siedział w ubieralni, przyszedł Dobraniecki, przywitał się i powiedział:
- Mówił mi Rancewicz, że jest pan zmęczony. Może do tego wycięcia
wyrostka robaczkowego wyznaczyć kogoś innego?
- Nie, dziękuję panu - blado uśmiechnął się Wilczur.
- Bo ja jestem teraz wolny... Ewentualnie...
- Nie. Dziękuję bardzo - nie mógł opanować poirytowanego tonu Wilczur.
Wstał i nacisnął dzwonek.
- Pacjentkę na salę - rozległ się za drzwiami głos sanitariusza.
Dobraniecki wyszedł. Wilczur otworzył podręczną szafkę, wyjął z niej
słoik z bromem, wsypał dość dużą dawkę do szklanki, nalał wody i wypił.
Gdy przystępował do operacji, był już zupełnie opanowany i pewny każdego
swego ruchu. Skośne cięcie było trafnie wymierzone. Kilka kropel krwi na
białym podkładzie tłuszczowym i sinofioletowa gmatwanina kiszek.
Rozżarzony drut aparatu elektrycznego krótkim, ostrym sykiem spełnił
swoje zadanie i obrzmiały wyrostek robaczkowy znalazł się w szklance z formaliną. Operacja dobiegała końca. W czterdziestej piątej minucie
profesor Wilczur założył klamry.
- ...dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście - liczył doktor Żuk
narzędzia.
Chorą wywożono z sali.
- Brak jednej sztuki - spokojnie powiedział doktor Żuk.
Moment konsternacji. Profesor Wilczur, który już zdejmował maskę,
powiedział ochrypłym głosem:
- Z powrotem na stół.
Trzeba było po raz drugi otwierać jamę brzuszną dla wydobycia ze zwojów
kiszek małego metalowego przedmiotu połyskującego niklem. Upał na sali
operacyjnej i zmęczenie sprawiały, że Wilczur tylko ostatnim wysiłkiem
woli utrzymywał swój mózg w świadomości, a ręce w sprawności. Czuł, że
jest bliski omdlenia. Na szczęście wytrwał do końca.
Pacjentkę zabrano już w chwili, gdy budziła się z narkozy. Zataczając
się wyszedł za nią Wilczur na chłodny korytarz. Zdarł maskę i stał przez
kilka minut oparty o parapet okna. Powoli odzyskiwał przytomność i siły.
Zrozumiał też, że ten szum, który słyszy, jest skutkiem zbyt wielkiej
dawki bromu. Z wolna skierował się do rozbieralni. Przy pomocy
sanitariusza przebrał się, kazał sobie przynieść tu futro i kapelusz i nawet nie wstępując do swego gabinetu, wyszedł na ulicę.
Tymczasem w lecznicy wrzało jak w ulu. Wprawdzie pozostawienie narzędzi
operacyjnych w jamie brzusznej jest dość częstym wypadkiem, który się
przytrafia wielu chirurgom, powodując konieczność powtórnej operacji,
profesor Wilczur jednak słynął z tak niesłychanej przytomności umysłu i spostrzegawczości, że nigdy mu się coś podobnego nie zdarzyło.
Oczywiście osoby asystujące przy operacji dostrzegły również osłabienie
profesora, a doktor Żuk, obserwując go uważnie, przewidywał nawet
omdlenie i przygotował się do tego, że osobiście zastąpi profesora przy
dokończeniu operacji w razie wypadku.
Teraz cała elita zakładu zebrała się w gabinecie profesora
Dobranieckiego, który mówił:
- Szanujemy go wszyscy, uznajemy jego zasługi, mamy dlań wiele sympatii,
ale to nie powinno nam zamykać oczu na fakty: to jest stary człowiek,
należy mu się odpoczynek, a nie daje sobie tego w żaden sposób
wytłumaczyć. Przecież podobne wypadki będą mu się zdarzały teraz coraz
częściej. Nie wiem doprawdy, co począć.
Wśród ogólnych potakiwań rozległ się drżący głos doktor Łucji Kańskiej:
- Tu nie trzeba nic robić. Tu trzeba pootwierać okna i wywietrzyć tę
ohydną atmosferę, nad której wytworzeniem pracują ludzie złej woli.
Trzeba przeciwdziałać wstrętnym plotkom, kłamstwom i oszczerstwom. Nie
wiem, czy ktokolwiek zdołałby zachować spokój i równowagę wśród tych
kalumnii, podłych, podstępnych intryg i krecich podkopów, którymi
otoczono profesora Wilczura. To hańba! To wstyd! Ale mylą się ci, którzy
dla własnych brudnych korzyści chcą zmusić profesora Wilczura do upadku.
Przeliczą się. Taki człowiek jak on nie ugnie się przed podłością
nikczemnych intrygantów, wszyscy uczciwi staną po jego stronie!...
Profesor Dobraniecki przybladł i zmarszczył brwi.
- Wszyscy stoimy po jego stronie - powiedział dobitnie.
- Tak? Czy i pan też, panie profesorze? - spojrzała mu wprost w oczy.
Dobraniecki nie umiał ukryć wzburzenia.
- Moja droga pani. Wówczas kiedy pani jeszcze chodziła w pensjonarskim
mundurku, ja wydałem biografię profesora Wilczura! Jest pani za młoda i zanadto pozwala pani sobie lekceważyć pewne dystansy. Nie uważam, bym
potrzebował wyjaśniać to pani dobitniej.
Doktor Łucja zmieszała się: rzeczywiście między nią a Dobranieckim był
taki dystans, jak między generałem a szeregowcem i tylko nagłe oburzenie
pozwoliło jej o tym zapomnieć na chwilę.
Korzystając z tego, że Dobraniecki po ostatnim słowie odwrócił się do
docenta Biernackiego, Łucja wyszła z gabinetu. Kolskiego znalazła na
drugim piętrze, kończył właśnie opatrunek. Była tak roztrzęsiona, że
powiedział:
- Czy się coś stało?
Potrząsnęła głową.
- Nie, nic. Nic ważnego. Tylko oni znowu coś knują... Chciałam z panem
pomówić.
- Dobrze - skinął głową. - Za pięć minut będę wolny. Niech pani zaczeka
w moim pokoju.
W jego oczach był smutek i niepokój.
Gdy przyszedł, siedziała przy biurku i płakała.
- Jakiż obrzydliwy, jakiż wstrętny jest świat.
Kolski delikatnie wziął końce jej palców i odezwał się tonem perswazji:
- Zawsze był taki. Walka o byt nie jest dziecinną zabawą ani grą
towarzyską, tylko wojną, nieustającą wojną, w której zarówno zęby, jak i pazury są równie dobrą bronią jak słowa. Trudno. Tak już widocznie musi
być. No, niechże się pani uspokoi, panno Łucjo, niechże się pani
uspokoi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki