Profesor Wilczur - Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Kup ebooka

27.00 zł
22.41 zł (22,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Profe­sor Jerzy Dobra­niecki powol­nym ruchem odło­żył słu­chawkę i nie patrząc na żonę, powie­dział pozor­nie obo­jęt­nym tonem:

- W sobotę mamy ogólne zebra­nie Związku Leka­rzy.

Pani Nina, nie spusz­cza­jąc zeń oczu, zapy­tała:

- I cze­góż jesz­cze chciał Bier­nacki? Bo to on tele­fo­no­wał?

- Ach, dro­biazg. Pewne kom­bi­na­cje orga­ni­za­cyjne - mach­nął ręką Dobra­niecki.

Zbyt dobrze znała męża, by maska obo­jęt­no­ści na jego twa­rzy była dla niej nie­prze­nik­niona. Prze­czu­wała, że oto znowu spadł na jego głowę jakiś cios, że oto znów poniósł klę­skę, a przy­naj­mniej dotkliwą porażkę, że oto znowu spo­tkało go nie­po­wo­dze­nie, które chce przed nią ukryć.

Ach, ten słaby czło­wiek, ten czło­wiek, który nie umie wal­czyć, który pozy­cję po pozy­cji oddaje innym i coraz bar­dziej spy­chany jest w cień, w szare sze­regi dru­go­pla­no­wych leka­rzy. Nie­na­wi­dziła go pra­wie w tej chwili.

- O co cho­dziło Bier­nac­kiemu? - zapy­tała z naci­skiem.

Wstał i cho­dząc po pokoju, zaczął mówić tonem wyro­zu­mia­łej per­swa­zji:

- Zapewne... Oni mają rację... Należy się to Wil­czu­rowi... A i mnie odpo­czy­nek. Przez tyle lat byłem pre­ze­sem związku... A przy tym nie możemy zapo­mnieć, że Wil­czu­rowi należy się jakaś rekom­pen­sata moralna za wszyst­kie jego nie­szczę­ścia...

Pani Nina zaśmiała się krót­kim, ostrym śmie­chem. Jej wiel­kie, zie­lone oczy bły­snęły pogar­dliwą iro­nią. W skrzy­wie­niu ust, tych pięk­nych ust, któ­rych wizji nie mógł się pozbyć nawet pod­czas swej pracy, zary­so­wała się linia nie­mal wstrętu:

- Rekom­pen­sata?... Ale już od dawna otrzy­mał ją z nad­wyżką! Chyba jesteś ślepy! Odbiera ci jedno sta­no­wi­sko po dru­gim. Wydarł ci kie­row­nic­two lecz­nicy, słu­cha­czy, pacjen­tów, dochody... Rekom­pen­sata!

Dobra­niecki zmarsz­czył brwi i powie­dział tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu:

- Wszystko to mu się należy. Wil­czur jest wiel­kim uczo­nym, genial­nym chi­rur­giem.

- Tak, więc czymże ty jesteś? Gdy przed sze­ściu laty wycho­dzi­łam za cie­bie, wie­rzy­łam, że ty sam myślisz, iż jesteś naj­lep­szym chi­rur­giem i sławą w nauce.

Dobra­niecki zmie­nił ton. Oparł się o brzeg biurka, pochy­lił się nad żoną i zaczął łagod­nie:

- Kochana Nino, musisz prze­cież zro­zu­mieć, że są pewne gra­da­cje, jest pewna hie­rar­chia, są różne stop­nie uzdol­nień i war­to­ści ludz­kich... Jakże możesz mi robić zarzut z tego, że mam dość samo­kry­ty­cy­zmu, by oce­nić, że Wil­czu­rowi ustę­puję i muszę ustę­po­wać pod wielu wzglę­dami?... A zresztą...

- Zresztą - wpa­dła mu w słowo - nie mamy o czym mówić. Znasz dobrze moje zda­nie w tej mate­rii. Jeżeli tobie brak ambi­cji i woli zwy­cię­stwa, ja mam jej aż nadto. Nie pogo­dzę się z rolą żony jakie­goś zera. I ostrze­gam cię, że jeśli doj­dzie do tego, że w końcu będziesz zmu­szony prze­nieść się na prak­tykę do jakie­goś Pikut­kowa, ja z tobą nie pojadę.

- Nino, nie prze­sa­dzaj.

- O, bo na tym się skoń­czy. Myślisz, że nie wiem. Już teraz Wil­czur fory­tuje docenta Bier­nac­kiego. Zepchną cię na sam dół! Ja nie mam za co wyku­pić mego futra od kuśnie­rza! Cie­bie to oczy­wi­ście nic nie obcho­dzi, ale ja tego nie ścier­pię, ja nie jestem stwo­rzona do tego, by być żoną jakie­goś nędza­rza. I ostrze­gam cię...

Nie dokoń­czyła, lecz w gło­sie jej zabrzmiała aż nazbyt wyraźna groźba.

Pro­fe­sor Dobra­niecki powie­dział cicho:

- Nie kochasz mnie, Nino, ni­gdy mnie nie kocha­łaś...

Potrzą­snęła głową.

- Mylisz się. Ale kochać mogę tylko praw­dzi­wego męż­czy­znę. Praw­dzi­wego, to zna­czy wal­czą­cego, zwy­cię­skiego, takiego, który nie zna gra­nic ofiar­no­ści dla swo­jej kobiety.

- Nino - ode­zwał się z wyrzu­tem w gło­sie. - Czyż nie robię wszyst­kiego, co w mojej moż­no­ści?

- Nic nie robisz. Jeste­śmy coraz bied­niejsi, coraz mniej z nami się liczą, jeste­śmy usu­wani w cień. A ja nie jestem stwo­rzona do życia w cie­niu i pamię­taj, że cię o tym ostrze­głam!

Wstała i skie­ro­wała się do drzwi. Gdy już miała rękę na klamce, zawo­łał:

- Nino!

Odwró­ciła głowę. W jej oczach, które przed chwilą jesz­cze jarzyły się gnie­wem, dostrzegł prze­ra­ża­jący chłód.

- Co mi chcesz jesz­cze powie­dzieć? - zapy­tała.

- Czego ode mnie żądasz?... Jak mam postę­po­wać?...

- Jak?...

Zro­biła trzy kroki ku niemu i powie­działa dobit­nie:

- Zniszcz go! Usuń z drogi! Stań się tak bez­względ­nym jak on, a potra­fisz zacho­wać swoją pozy­cję!

Zatrzy­mała się przez chwilę i dodała:

- I mnie... Jeżeli ci na tym zależy.

Gdy został sam, opadł ciężko na fotel i zamy­ślił się. Nina nie rzu­cała ni­gdy słów na próżno. A tak dobrze zda­wał sobie sprawę z tego, że ją kocha, że bez niej życie stra­ci­łoby dlań cały urok i całą war­tość. Gdy przed sze­ściu laty pro­sił o jej rękę, mógł uwa­żać, że nie prosi o łaskę. Wpraw­dzie bowiem był znacz­nie star­szy od niej, ale znaj­do­wał się w pełni powo­dze­nia, roz­głosu, ba, sławy. No i zdro­wia.

Ostat­nie trzy lata i pod tym wzglę­dem odbiły się na nim fatal­nie. Nie­po­wo­dze­nia zawo­dowe i pie­niężne pode­rwały sys­tem ner­wowy. Ukry­wał wpraw­dzie przed Niną powta­rza­jące się coraz czę­ściej ataki wątro­biane, ale nie mógł ukryć ich skut­ków. Tył coraz bar­dziej, źle sypiał, na obrzmia­łej twa­rzy wystą­piły zie­lon­kawe worki pod oczyma.

Nina nawet nie domy­ślała się, jak ciężko prze­żywa swoje porażki. Zarzu­cała mu brak ambi­cji, jemu, który przez całe życie wła­śnie ambi­cją tylko się kie­ro­wał, któ­rego ambi­cja wynio­sła na szczyty!

Upa­dek zaczął się owego fatal­nego dnia, gdy odna­le­ziono, gdy on sam odna­lazł zagi­nio­nego pro­fe­sora Rafała Wil­czura. Jakże dobrze pamię­tał ten dzień! Mroczna sala sądowa i na ławie oskar­żo­nych bro­daty chłop w znisz­czo­nej suk­ma­nie, zna­chor, wiej­ski zna­chor z dale­kich kre­sów, sądzony za nie­do­zwo­lone prak­tyki, za ope­ra­cje prze­pro­wa­dzane przy pomocy pry­mi­tyw­nych, zardze­wia­łych narzę­dzi ślu­sar­skich, za ope­ra­cje, które ura­to­wały życie wielu bied­nym chło­pom na zapa­dłej wsi...

Zna­chor...

Pro­fe­sor Jerzy Dobra­niecki pierw­szy i jedyny poznał w nim swego daw­nego szefa i nauczy­ciela, pro­fe­sora Rafała Wil­czura, po zagi­nię­ciu któ­rego w ciągu lat kil­ku­na­stu stop­niowo, lecz stale zaj­mo­wał, zdo­by­wał i osią­gał jego sta­no­wi­ska w nauce, w prak­tyce i w życiu.

Czyż miał wtedy prawo zataić swoje odkry­cie, czyż miał prawo tym samym ska­zać Wil­czura na dal­szą wege­ta­cję w nędzy i w nie­świa­do­mo­ści wła­snej oso­bo­wo­ści, nazwi­ska, tytu­łów, pocho­dze­nia?... Dziś pro­fe­sor Dobra­niecki nie chciał zasta­na­wiać się nad tym. Wie­dział jedno: ów pamiętny dzień przed trzema laty stał się prze­kleń­stwem jego życia.

Rafał Wil­czur łatwo wyle­czył się z wie­lo­let­niej amne­zji. Pamięć odzy­skał tak szybko, jak ją nie­gdyś utra­cił, a wraz z pamię­cią odzy­skał wszystko to, co było jego świa­tem przed tra­gicz­nym wypad­kiem. Powró­cił na swoją kate­drę, przy czym Dobra­niecki w zamian otrzy­mał dru­go­rzędną, objął kie­row­nic­two lecz­nicy, a także uni­wer­sy­tec­kiej kli­niki chi­rur­gicz­nej, a gło­śne jego odna­le­zie­nie jesz­cze wię­cej przy­spo­rzyło mu sławy. Sławy, pie­nię­dzy, zaszczy­tów.

Ot, i dziś znowu doma­gano się od Dobra­niec­kiego, by dobro­wol­nie ustą­pił z pre­ze­sury związku i zapro­po­no­wał kan­dy­da­turę Wil­czura, która może liczyć na przy­ję­cie przez akla­ma­cję. Tak, oni wszy­scy uwa­żają to za rzecz zupeł­nie zro­zu­miałą. Oni, to zna­czy kole­dzy, oni, to zna­czy pacjenci, oni, to zna­czy słu­cha­cze wydziału medycz­nego. Dla nich wszyst­kich jest rze­czą oczy­wi­stą, że pry­mat należy się Wil­czu­rowi. I prze­cież on sam, Jerzy Dobra­niecki, przed chwilą powie­dział żonie, że i on to uznaje.

Ale to nie była prawda.

Wszystko w nim bun­to­wało się prze­ciw rze­czy­wi­sto­ści, prze­ciw koniecz­no­ści usta­wicz­nego rezy­gno­wa­nia ze zdo­by­tych pozy­cji. Im bar­dziej przy­gi­nały go do ziemi nie­po­wo­dze­nia, tym pręż­niej i potęż­niej rósł w nim gniew, rosła roz­pacz, rosła nie­na­wiść. I dla­tego bał się roz­mów z Niną na ten temat. Bał się, by z jej namięt­nej i nie­po­ha­mo­wa­nej natury nie prze­rzu­ciła się iskra wybu­chu na zgro­ma­dzone w nim pokłady buntu.

A gro­ma­dziło się ich coraz wię­cej. Dziś Nina po raz pierw­szy powie­działa mu wyraź­nie, powie­działa mu bez­li­to­śnie, że nie ma za co wyku­pić futra. Wpraw­dzie miała ich wiele i bez nowego mogłaby się dosko­nale obyć, ale pomimo to jej słowa odczuł jak poli­czek. Prze­cież dumny był z tego, że nie odma­wiał jej ni­gdy niczego, że zasy­py­wał ją kosz­tow­nymi podar­kami, że dla niej kupił ten pała­cyk we Fra­scati, że dla niej trzy­mał liczną służbę, luk­su­sowe samo­chody, że dla niej wyda­wał wspa­niałe przy­ję­cia. Może nie tylko dla niej, może i dla sie­bie, ale w tym bogac­twie naj­więk­szą roz­kosz znaj­do­wał wtedy, gdy w jej oczach odnaj­do­wał ów znany błysk dumy, dumy z pano­wa­nia, dumy z pierw­szeń­stwa, jakie zapew­niało jej w świe­cie sta­no­wi­sko i sława męża.

Nina... Utra­cić ją... To byłoby dla Dobra­niec­kiego wręcz nie­po­do­bień­stwem, a wie­dział, że jeżeli nie sta­nie się jakiś cud, kata­strofa będzie nie­unik­niona. Od trzech lat nie­ustan­nie top­niały jego dochody, nato­miast ni­gdy nie mógł się zde­cy­do­wać na zmniej­sze­nie stopy życio­wej swego domu. Jeżeli brak pie­nię­dzy zmu­szał go do ogra­ni­czeń, ogra­ni­czał wła­śnie wydatki, sta­ra­jąc się to ukryć przed żoną. Pra­co­wał coraz wię­cej, przyj­mo­wał coraz wię­cej ope­ra­cji, nie gar­dząc nawet drob­nymi hono­ra­riami, które kapały mu czę­sto nawet ratami od pra­wie nie­za­moż­nych pacjen­tów. Jed­no­cze­śnie długi rosły. Na hipo­tekę pała­cyku trzeba było zacią­gnąć poważną pożyczkę, lecz nie było z czego pła­cić pro­cen­tów.

"Mniej­sza zresztą o to - myślał ponuro. - Umiał­bym się z tym pogo­dzić, a nawet prze­nieść się do jakie­goś skrom­nego miesz­ka­nia, gdyby Nina mogła to przy­jąć bez dra­matu".

Sam Dobra­niecki bar­dziej cier­piał nad utratą swo­jej wyso­kiej pozy­cji w świe­cie, którą, jak zda­wało mu się, zdo­był na zawsze pod­czas nie­obec­no­ści Wil­czura.

Nie dalej jak wczo­raj prze­żył nowe upo­ko­rze­nie. Na wykład nie sta­wił się ani jeden stu­dent. Uciekł z auli, jakby go goniły szy­der­cze spoj­rze­nia pustych ścian. Bli­ski był myśli o samo­bój­stwie. Skoń­czyło się na bole­snym ataku wątro­bia­nym i póź­niej przez cały dzień szu­mach w uszach po nad­mier­nych daw­kach bel­la­donny. Na szczę­ście dnia tego miał sze­reg łatwych i pro­stych ope­ra­cji, które nie wyma­gały szcze­gól­niej­szego napię­cia uwagi i inwen­cji i udały się zupeł­nie.

- Zniszcz go...

Tak powie­działa Nina. Zaśmiał się krót­kim, smut­nym śmie­chem. Jakże mógł znisz­czyć Wil­czura!... Czy na kory­ta­rzach uni­wer­sy­tec­kich łapać stu­den­tów za poły, by ścią­gać ich na swoje wykłady, czy mścić się na tych mło­dych leka­rzach, któ­rzy wolą asy­sto­wać przy ope­ra­cjach w kli­nice Wil­czura, czy wykra­dać mu boga­tych pacjen­tów, bo prze­cie kon­ku­ren­cja i tak tu nie skut­ko­wała, cho­ciaż wszy­scy wie­dzieli, że Dobra­niecki znacz­nie taniej bie­rze za ope­ra­cje i - o wsty­dzie - poniża się do ustępstw w cenie. Spoj­rzał na zega­rek. Zbliża się piąta. Dziś był dzień przy­jęć Niny. Nie­długo zaczną scho­dzić się goście. Coraz mniej gości. Ich salon sta­wał się coraz mniej atrak­cyjny dla zna­jo­mych. Tłum­niej bywało tylko wów­czas, gdy uprzed­nio roz­cho­dziła się wieść, że przyj­dzie pro­fe­sor Wil­czur...

- Zniszcz go - powie­działa Nina.

Znisz­czyć Wil­czura to zna­czyło znisz­czyć jego sławę, to zna­czyło znisz­czyć wiarę pacjen­tów w nie­omyl­ność jego dia­gnozy, w nie­chyb­ność jego ręki.

Wstał i zaczął cho­dzić po pokoju. Były i inne spo­soby. Spo­soby mrów­czej, a raczej kre­ciej pracy pod­ry­wa­nia, żmud­nego pod­ko­py­wa­nia tej wiary przy pomocy wyko­rzy­sty­wa­nia tych sła­bo­ści, które pozo­stały Wil­czu­rowi z okresu jego amne­zji. Lecz Dobra­niecki brzy­dził się takimi środ­kami walki. Wie­dział, że Wil­czur zacho­wał ze swo­jej prak­tyki zna­chor­skiej szcze­gól­niej­sze zami­ło­wa­nie do róż­nych ziół i maści wąt­pli­wej war­to­ści, wie­dział jed­nak rów­nież, że owe pry­mi­tywne środki nie mogą wyrzą­dzić szkody cho­rym i nie pochwa­lał postę­po­wa­nia Niny, która wyzy­ski­wała każdą spo­sob­ność, by wyśmie­wać się z tego zna­chor­stwa i uży­wać wszyst­kich swo­ich uro­ków, by zara­zić wła­sną iro­nią róż­nych mło­dych, a bawią­cych w ich domu leka­rzy.

Upra­wiana przez nią w ten spo­sób agi­ta­cja prze­ciw Wil­czu­rowi dawała jed­nak pewne nikłe rezul­taty. Po szpi­ta­lach i kli­ni­kach zaczęły krą­żyć liczne aneg­doty, w któ­rych, gdy do niego docie­rały, Dobra­niecki pozna­wał zło­śliwy dow­cip swo­jej żony. Naj­młod­szy nary­bek lekar­ski z wła­ściwą swemu wie­kowi nie­chę­cią do wszyst­kiego, co nie tchnie nowo­cze­sno­ścią, chęt­nie pod­chwy­ty­wał te iro­niczne nuty, by przez umniej­sze­nie pre­stiżu uzna­nego mistrza pod­nieść wła­sny. Zda­rzało się też cza­sem, że tacy wła­śnie kate­go­rycz­nie odra­dzali swym pacjen­tom wzy­wa­nia na kon­sy­lia Wil­czura, lecz były to wypadki rzad­kie.

Przed paru tygo­dniami w kilku dzien­ni­kach war­szaw­skich uka­zały się wzmianki i felie­to­niki wyko­rzy­stu­jące mate­riał aneg­do­tyczny. Nie poda­wano tam wpraw­dzie nazwi­ska Wil­czura, ale i tak wszy­scy łatwo mogli się domy­ślić, o kogo cho­dzi. O autor­stwo tych rze­czy Dobra­niecki rów­nież, i nie bez słusz­no­ści, posą­dzał Ninę. W ostat­nich cza­sach spo­ty­kał w domu kilku dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy przed­tem u nich nie bywali. Nagłe zain­te­re­so­wa­nie się Niny ludźmi z prasy nie mogło ujść uwagi Dobra­nieckiego.

Nie tylko nie­smak wzbu­dzała w nim cała ta akcja Niny. Wzbu­dzała w nim rów­nież i smutne prze­świad­cze­nie o bez­sil­no­ści tych pół­środ­ków w walce o byt.

- Zniszcz go - powie­działa - jeżeli zależy ci na mnie...

Dobra­niecki przy­gryzł wargi i zatrzy­mał się przy oknie. Przez nagie gałę­zie jesien­nych drzew prze­świe­cały gęste, białe świa­tła latarń, coraz jaskraw­sze w gęst­nie­ją­cym mroku. Dale­kie mia­sto mru­czało jed­no­staj­nym szu­mem. W pobliżu na mokrym asfal­cie zaświer­go­tały pneu­ma­tyki i przed drzwiami pała­cyku zatrzy­mał się samo­chód.

Pierwsi goście. Nale­żało się prze­brać.

Roz­dział 2

Profe­sor Wil­czur umilkł na chwilę. Jego oczy z wolna prze­su­wały się przez wypeł­nioną po brzegi aulę. Pano­wała zupełna cisza. Czuł w tym audy­to­rium, że każde jego słowo tra­fia wprost do serc, że każde serce odpo­wiada mu żywym oddźwię­kiem.

- Bo powo­ła­nie leka­rza - zabrzmiał znów jego głos - jest two­rem tej naj­więk­szej i naj­szczyt­niej­szej miło­ści, miło­ści bliź­niego, jaką Bóg zasiał w naszych oschłych ser­cach. Powo­ła­nie leka­rza to wiara w bra­ter­stwo, to szczytne świa­dec­two wspól­noty ludz­kiej. I gdy pój­dzie­cie w świat, by swe posłan­nic­two peł­nić, pamię­taj­cie przede wszyst­kim o jed­nym: kochaj­cie.

Stał jesz­cze chwilę nie­ru­chomy i mil­czący, póź­niej uśmiech­nął się, lekko ski­nął głową i swoim cięż­kim, sprę­ży­stym kro­kiem wyszedł z auli.

Ileż to razy, ileż setek razy po skoń­czo­nym wykła­dzie prze­mie­rzał ten sze­roki kory­tarz, goniony gło­śną falą wrzawy, która wybu­chała w auli po jego wyj­ściu. Ale dziś nie był to zwy­kły wykład i nie o zwy­kłych rze­czach mówił pro­fe­sor Wil­czur swoim słu­cha­czom. I sam nie był w zwy­kłym nastroju.

W ciągu ostat­nich tygo­dni docie­rały do niego coraz dlań dziw­niej­sze i coraz bole­śniej­sze wia­do­mo­ści. Pier­wot­nie zasko­czyły go tak dalece, że nie mógł się w nich zorien­to­wać. Wydały mu się czymś przy­pad­ko­wym, nie­zro­zu­mia­łym, wręcz absur­dal­nym. Nie dla­tego, że doty­czyły jego osoby: gdyby podob­nie uwła­cza­jące rze­czy opo­wia­dano o pro­fe­so­rze Dobra­niec­kim, o dok­to­rze Ran­ce­wi­czu, Bier­nac­kim czy bodaj o mło­dym Kol­skim, wstrzą­snę­łoby to Wil­czu­rem rów­nie sil­nie.

Do dziś dnia nie chciał i nie mógł uwie­rzyć, by ta kam­pa­nia oszczerstw prze­ciw niemu była akcją zor­ga­ni­zo­waną i wycho­dziła z jed­nego źró­dła. Nie wie­rzył, gdyż nie miał prze­cie wro­gów. Nikomu zła nie życzył, nikomu krzywdy nie wyrzą­dził. Przez całe swoje życie wierny był tym wska­za­niom, któ­rymi zakoń­czył dzi­siej­szy wykład.

- To nie­moż­liwe - powta­rzał sobie, idąc jasnym kory­ta­rzem.

Dopiero przed drzwiami dzie­ka­natu spoj­rzał na zega­rek. Była jede­na­sta. W pierw­szym pokoju ku swemu zdu­mie­niu zoba­czył kilku nie­zna­nych sobie panów. Wstali, gdy wszedł, a sekre­tarz obja­śnił:

- Wła­śnie to pano­wie z prasy. Chcieli pro­sić pana pro­fe­sora o wywiad.

Wil­czur uśmiech­nął się.

- Jesz­cze panom mało? Sądzi­łem, że po trzech latach już wresz­cie zdo­ła­li­ście nasy­cić cie­ka­wość waszych czy­tel­ni­ków. Zanu­dzi­cie ich moją osobą i moimi prze­ży­ciami.

- Nie, panie pro­fe­so­rze - ode­zwał się jeden z dzien­ni­ka­rzy. - Tym razem cho­dzi nam o pań­skiego nowego pacjenta.

- O pacjenta? O któ­rego pacjenta?

- O Leona Donata.

Wil­czur roz­ło­żył ręce.

- Cóż ja panom o tym mogę powie­dzieć... To nic poważ­nego. O ile wiem z rela­cji moich medio­lań­skich kole­gów, ope­ra­cja będzie łatwa i nie grozi żad­nymi, nawet bła­hymi następ­stwami.

- Jed­nak, panie pro­fe­so­rze, to jest ope­ra­cja gar­dła, gar­dła, które daje kilka milio­nów zło­tych rocz­nie. No i popu­lar­ność Donata. Pan pro­fe­sor rozu­mie, że ta ope­ra­cja jest zda­rze­niem naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cym dziś nie tylko War­szawę, lecz i całą Europę, ba, cały świat. Cokol­wiek by pan pro­fe­sor nam o niej zechciał powie­dzieć, będzie zawsze sen­sa­cją.

- No, dobrze - zgo­dził się Wil­czur. - Muszę jed­nak już jechać do lecz­nicy i po dro­dze służę wam wszyst­kimi infor­ma­cjami.

Na dole cze­kała wielka czarna limu­zyna pro­fe­sora. Zajęli w niej miej­sce i pod­czas gdy auto sunęło zatło­czo­nymi uli­cami, dzien­ni­ka­rze skrzęt­nie zapi­sy­wali w note­sach wywody Wil­czura.

W nawale zajęć teraz dopiero uświa­do­mił sobie, że istot­nie na jego lecz­nicę w dniu tym będą zwró­cone oczy milio­no­wych rzesz wiel­bi­cieli wiel­kiego śpie­waka. Dok­tor Łucja Kań­ska już wczo­raj mu mówiła, że cała prasa pol­ska z wiel­kim zado­wo­le­niem zano­to­wała wia­do­mość o decy­zji Donata, który nie ufa­jąc chi­rur­gom wło­skim, fran­cu­skim i nie­miec­kim, posta­no­wił powie­rzyć ope­ra­cję swego gar­dła wła­śnie jemu, pro­fe­so­rowi Wil­czu­rowi, i dla­tego zde­cy­do­wał się na daleką podróż do War­szawy.

Cho­ciaż z opi­sów i zdjęć wyni­kało, że ope­ra­cja w isto­cie była błaha i łatwa, Wil­czur nie mógł się dzi­wić oba­wom śpie­waka, dla któ­rego głos był całą racją ist­nie­nia, a maleń­kie drgnię­cie ręki chi­rurga pod­czas zabiegu pozba­wi­łoby go sławy i kolo­sal­nych docho­dów.

Po przy­by­ciu do kli­niki Wil­czur zauwa­żył, że i tu panuje pod­nie­ce­nie. Przede wszyst­kim przed bramą zebrał się ogromny tłum w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd śpie­waka. W hallu i na kory­ta­rzach pano­wał wielki ruch. Wil­czur poże­gnał się z dzien­ni­ka­rzami i po dro­dze do swego gabi­netu zaj­rzał jesz­cze do pokoju dyżur­nego inter­ni­sty. Zastał tu pie­lę­gniarkę i zapy­tał:

- Kto dziś ma dyżur?

- Dok­tor Kań­ska, panie pro­fe­so­rze.

Ski­nął głową.

- To dobrze.

U sie­bie zastał pro­fe­sora Dobra­niec­kiego dys­ku­tu­ją­cego o czymś z mło­dym Kol­skim. Obaj byli jakby pod­nie­ceni roz­mową, lecz umil­kli, gdy Wil­czur wszedł. Przy­wi­tali się w mil­cze­niu, po czym Kol­ski w krót­kich i rze­czo­wych zda­niach zre­fe­ro­wał Wil­czurowi stan zdro­wia kilku pacjen­tów i zakoń­czył:

- Inży­niera Lignisa pan pro­fe­sor miał sam dziś zba­dać. Pani Laskow­ska i pan Rzym­ski rów­nież pro­sili, by pan pro­fe­sor ich odwie­dził oso­bi­ście. To wszystko na trze­cim pię­trze. Ten bie­dak, któ­rego przy­wie­ziono wie­czo­rem z pogru­cho­taną mied­nicą, miał nad ranem wylew wewnętrzny i jest w ago­nii. Zdaje się, że już mu nic nie pomoże.

- Dzię­kuję panu, kolego - dolna zwy­kla­brak Wil­czur i spoj­rzaw­szy na zega­rek, dodał: - Muszę przede wszyst­kim obej­rzeć gar­dło Donata. Czy mała sala ope­ra­cyjna przy­go­to­wana?

- Tak jest, panie pro­fe­so­rze.

- Dużą pan dzi­siaj, kolego, zaj­mie na dobre cztery godziny, prawda? - zwró­cił się Wil­czur do Dobra­niec­kiego. - Cie­szył­bym się, gdyby pan go zdo­łał ura­to­wać.

Dobra­niecki wzru­szył ramio­nami.

- Rzecz zupeł­nie bez­na­dziejna. Jedna szansa na sto.

Pod­czas gdy Wil­czur nakła­dał kitel, pod oknami roz­le­gały się okrzyki coraz gło­śniej­sze i gło­śniej­sze. Leka­rze uśmiech­nęli się do sie­bie. Zro­zu­mieli się bez słów. Kol­ski jed­nak zauwa­żył:

- Ludzie jed­nak wyżej cenią sztukę niż zdro­wie. Żad­nemu z nas nie robiono by takich owa­cji.

- Zapo­mina pan, kolego, o pro­fe­so­rze Wil­czu­rze i o jego popu­lar­no­ści - lekko rzu­cił Dobra­niecki.

- Popu­lar­ność tę zawdzię­czam nie temu, że jestem leka­rzem, lecz temu, że byłem pacjen­tem - odpo­wie­dział Wil­czur i wyszedł z gabi­netu. Zaraz po nim wyszedł Kol­ski.

Dobra­niecki ciężko opadł na fotel. Jego twarz jakby zasty­gła w sku­pie­niu. Po chwili naci­snął dzwo­nek. Weszła pie­lę­gniarka.

- W któ­rym pokoju umiesz­czono Donata? - zapy­tał krótko.

- W czter­na­stym, panie pro­fe­so­rze.

- Moja ope­ra­cja o pierw­szej?... Pro­szę dopil­no­wać, by zawia­do­miono dok­tora Bier­nac­kiego. Dzię­kuję pani.

Gdy wyszła, wstał i spoj­rzał na zega­rek. Prze­cze­kał pół godziny, po czym wyszedł. Na pierw­sze pię­tro pro­wa­dziły sze­ro­kie mar­mu­rowe schody. Numer czter­na­sty był tuż przy nich. Zapu­kał i wszedł. Donat prze­bie­rał się przy pomocy pie­lę­gniarki. Ujrzaw­szy Dobra­niec­kiego, zawo­łał wesoło:

- O, pro­fe­so­rze! Jakże się cie­szę, że pana widzę. Będzie­cie mnie dziś zarzy­nali.

- Dzień dobry, mistrzu. Wygląda pan świet­nie - przy­trzy­mał rękę śpie­waka w swo­jej - ale dla­czego pan używa liczby mno­giej? Prze­cież wyraź­nie pan zażą­dał, by ope­ro­wał pana Wil­czur. Nie ma pan zaufa­nia, drogi mistrzu, do swego daw­nego leka­rza.

- Pełne zaufa­nie mam do pana, pro­fe­so­rze - z przy­mu­sem zaśmiał się Donat.

- Dajmy pokój tym spra­wom - swo­bod­nym tonem odpo­wie­dział Dobra­niecki. - Niech­że mi pan powie, co się z panem działo, oczy­wi­ście nie o swo­ich suk­ce­sach arty­stycz­nych, bo tego jest pełna prasa, ale jak tam z pań­skimi pry­wat­nymi histo­ryj­kami. Czy wciąż pan tak nie­po­ha­mo­wa­nie korzy­sta ze swo­ich suk­ce­sów miło­snych?

Donat wybuch­nął szcze­rym śmie­chem:

- Ach, tego ni­gdy nie dosyć! - Zaświe­ciły mu się oczy.

- Powi­nien pan bar­dziej oszczę­dzać serca kobiet w prze­no­śni i wła­sne bez prze­no­śni - zażar­to­wał Dobra­niecki.

Nie mówił tego bez pod­staw. Donat mimo swego kwit­ną­cego wyglądu, nie­mal atle­tycz­nej budowy i żywio­ło­wego tem­pe­ra­mentu już od lat mło­dzień­czych nie odzna­czał się zbyt moc­nym ser­cem. Jego matka, korzy­sta­jąc z zaży­łych sto­sun­ków z Dobra­niec­kim, nie­raz zwra­cała się doń w owych cza­sach po poradę dla syna.

Donat z oży­wie­niem opo­wia­dał wła­śnie o jakiejś swo­jej nowej przy­go­dzie, gdy zapu­kano do drzwi. Była to dok­tor Kań­ska. Zgod­nie z regu­la­mi­nem miała zba­dać pacjenta przed ope­ra­cją. Zastaw­szy tu jed­nak pro­fe­sora i pacjenta już przy­go­to­wa­nego do stołu ope­ra­cyj­nego, zatrzy­mała się w progu.

- Pani mnie szuka? - zapy­tał Dobra­niecki. - To bar­dzo dobrze, że panią widzę. Niech pani będzie łaskawa, kole­żanko, zba­dać tego mego sta­ruszka. Pani wie, pokój 62. Wkrótce idzie na stół. Parę zastrzy­ków wzmac­nia­ją­cych, o ile uzna to pani za wska­zane, przy­da­łoby się. Dzię­kuję pani, niech się pani pośpie­szy.

Dok­tor Łucja chciała o coś zapy­tać, lecz Dobra­niecki odwró­cił się już do Donata ze sło­wami:

- I cóż dalej, mistrzu?

- Bar­dzo ładna dziew­czyna - zacie­ka­wił się Donat. - Czy to lekarka?

- Tak, to nasza młoda inter­nistka - wyja­śnił Dobra­niecki.

Po kilku minu­tach zja­wił się dok­tor Kol­ski z pie­lę­gnia­rzem.

- Już czas, mistrzu, na salę ope­ra­cyjną.

Punk­tu­al­nie roz­po­częła się ope­ra­cja.

Zabieg nie nale­żał ani do cięż­kich, ani do trud­nych. Ze względu jed­nak na bez­pie­czeń­stwo gar­dła pacjenta zasto­so­wa­nie miej­sco­wego znie­czu­le­nia nie było wska­zane i Donata pod­dano ogól­nej nar­ko­zie.

Przy ope­ra­cji asy­sto­wali dok­tor Janu­szew­ski i dok­tor Kol­ski. Silne świa­tło pro­jek­tora odbi­jało się w lustrza­nej tar­czy i zwie­lo­krot­nione oświe­tlało wnę­trze gar­dła ope­ro­wa­nego. Z pra­wej strony, poza gru­czo­łem wystę­po­wała nieco ciem­niej­sza od ota­cza­ją­cej błony ślu­zo­wej narośl w kształ­cie połowy orze­cha lasko­wego. Na razie wpraw­dzie nie zagra­żała ona gło­sowi Donata, a ni­gdy jako nowo­twór dobro­tliwy nie mogła zagra­żać jego zdro­wiu, jed­nakże wciąż się w ostat­nich cza­sach powięk­szała i bez­piecz­niej było ją usu­nąć. Przy spo­sob­no­ści trzeba było zała­twić się z nie­du­żymi zro­stami, pozo­sta­ło­ścią po zeszło­rocz­nym zapa­le­niu gar­dła. Wszystko razem według prze­wi­dy­wań pro­fe­sora Wil­czura nie powinno było zająć wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć do trzy­dzie­stu minut.

W ciszy sali ope­ra­cyj­nej elek­tryczny zegar wybi­jał takty sekund z nie­zmienną ści­sło­ścią. Dłuż­sza strzała zbli­żała się wła­śnie do jede­na­stej minuty, gdy dok­tor Kol­ski, czu­wa­jący nad pul­sem pacjenta, szybko odwró­cił się do sto­ją­cej za nim sani­ta­riuszki i dał ręką nie­cier­pliwy znak.

Nie trzeba było słów.

Wprawne palce sani­ta­riuszki już napeł­niły strzy­kawkę i po chwili igła zanu­rzyła się pod skórę pacjenta. Minęły dwie dal­sze minuty i zabieg trzeba było powtó­rzyć.

W osiem­na­stej minu­cie pro­fe­sor Wil­czur musiał prze­rwać ope­ra­cję.

Sala wypeł­niła się tupo­tem szyb­kich kro­ków. Wózek z apa­ra­tem tle­no­wym. Sztuczne oddy­cha­nie. Nowe zastrzyki.

W dwu­dzie­stej pią­tej minu­cie pacjent nie żył.

Przy­czyna śmierci nie wyma­gała żad­nych wyja­śnień. Dla wszyst­kich było jasne: serce ope­ro­wa­nego nie znio­sło nar­kozy. Pro­fe­sor Wil­czur zdjął ręka­wice i maskę, jego twarz zasty­gła w jakimś kamien­nym wyra­zie. Nie miał sobie nic do wyrzu­ce­nia, a jed­nak śmierć czło­wieka w jego lecz­nicy pod­czas prze­pro­wa­dza­nej prze­zeń ope­ra­cji, ope­ra­cji w dodatku tak bła­hej, była dlań cio­sem.

Nie zasta­na­wiał się jesz­cze w tej chwili nad tym, jakie echa ten tra­giczny wypa­dek wywoła, jakie skutki za sobą pocią­gnie. Dla niego oso­bi­ście było rze­czą straszną, że w lecz­nicy, któ­rej był kie­row­ni­kiem, przez jakieś nie­zro­zu­miałe zanie­dba­nie, przez czyjś błąd czy nie­su­mien­ność zadano śmierć czło­wie­kowi, który jesz­cze przed pół­go­dziną uśmiech­nięty i pełen ufno­ści powie­rzał mu tro­skę o swoje zdro­wie i życie.

W spoj­rze­niu per­so­nelu Wil­czur odkrył odbi­cie wła­snych myśli. Bez słowa wyszedł z sali ope­ra­cyj­nej. W ubie­ralni powoli zdej­mo­wał kitel jakby przy­gnie­ciony ogrom­nym zmę­cze­niem.

Gdy przy­szedł do swego gabi­netu, zastał w nim nie­mal cały wyż­szy per­so­nel zakładu: dok­tora Ran­ce­wi­cza, docenta Bier­nac­kiego, który dostał swego ner­wo­wego tiku, Dobra­niec­kiego w mil­cze­niu palą­cego papie­rosa, Kol­skiego, bla­dego i z ponurą twa­rzą, Żuka, dok­tor Łucję Kań­ską i jesz­cze kilka osób. Pano­wało zupełne mil­cze­nie. Pro­fe­sor Wil­czur zbli­żył się do okna i po dłuż­szej chwili, nie patrząc na nich, zapy­tał:

- Który z kole­gów inter­ni­stów miał dziś dyżur?

Ode­zwał się po krót­kiej pau­zie drżący i cichy głos dok­tor Kań­skiej:

- Ja, panie pro­fe­so­rze.

- Pani? - jakby z lek­kim zdzi­wie­niem zapy­tał Wil­czur. - Badała go pani przed ope­ra­cją?

Teraz odwró­cił się i patrzył na nią z wyrzu­tem w oczach. Wła­śnie ona, dla któ­rej żywił naj­wię­cej sym­pa­tii, którą darzył naj­więk­szym zaufa­niem, któ­rej roko­wał jako mło­dziut­kiej lekarce naj­lep­szą przy­szłość, wła­śnie ona popeł­niła to strasz­liwe zanie­dba­nie...

- Czy pani zapo­mniała go zba­dać?

Dok­tor Łucja potrzą­snęła głową.

- Nie zapo­mnia­łam, panie pro­fe­so­rze, ale kiedy przy­szłam do jego pokoju, zasta­łam tam pana pro­fe­sora Dobra­niec­kiego. Pan pro­fe­sor Dobra­niecki kazał mi zba­dać innego pacjenta... więc sądzi­łam, że Donata zba­dał już sam... Tak zro­zu­mia­łam, takie odnio­słam wra­że­nie.

Oczy obec­nych zwró­ciły się na Dobra­niec­kiego, który zaczer­wie­nił się z lekka i wzru­szył ramio­nami.

- Czy kolega badał go? - zapy­tał go Wil­czur.

W spoj­rze­niu Dobra­niec­kiego bły­snął gniew.

- Ja? Z jakiej racji. Prze­cież to należy do obo­wiąz­ków dyżur­nego inter­ni­sty.

Jego wynio­śle pod­nie­siona głowa i ścią­gnięte rysy wyra­żały obu­rze­nie.

- Zda­wało mi się... - zaczęła dok­tor Łucja ze łzami w gło­sie - odnio­słam wra­że­nie...

- I cóż z tego? - iro­nicz­nie zapy­tał Dobra­niecki. - Czy pani zawsze speł­nia swoje obo­wiązki, obo­wiązki, od któ­rych zależy życie pacjenta, tylko wtedy, gdy się pani nic nie zdaje, gdy pani nie odnosi jakichś tam wra­żeń?...

Dok­tor Łucja przy­gry­zła wargi, by nie wybuch­nąć pła­czem. W ciszy ode­zwał się wzbu­rzony głos dok­tora Kol­skiego:

- Spo­tka­łem kole­żankę na kory­ta­rzu i powie­działa mi, że pan pro­fe­sor to zała­twił... Że pan pro­fe­sor jest oso­bi­stym zna­jo­mym Donata...

Dobra­niecki zmarsz­czył brwi.

- Wła­śnie, wstą­pi­łem doń jako do daw­nego zna­jo­mego, by zamie­nić kilka zdań. Oczy­wi­ście zba­dał­bym mu serce, gdyby mi mogło przyjść na myśl, że pani tak lek­ko­myśl­nie zanie­dba wyko­na­nia swego obo­wiązku.

Po twa­rzy Łucji spły­wały łzy. Wargi jej drgały, gdy mówiła:

- Nie zanie­dba­łam... Byłam prze­ko­nana, że... Nie mogę przy­siąc, ale nie­mal jestem pewna, że dał mi pan do zro­zu­mie­nia, że się sam tym zaj­mie, bo prze­cie... Ja... ni­gdy...

Ostat­nie słowa zagma­twały się i roz­pły­nęły się w łka­niu.

- Jeżeli tu jest czy­jaś wina - wybuch­nął Kol­ski - to w każ­dym razie nie panny Łucji!

Na twa­rzy pro­fe­sora Dobra­niec­kiego wystą­piły ciemne wypieki. Cof­nął się o krok i zawo­łał:

- Ach, tak? Więc to są takie metody? Widzę, że knuje się tu prze­ciw mnie jakaś intryga! To na mnie chce­cie zwa­lić swoje winy! To może ja mam być odpo­wie­dzialny za brak dys­cy­pliny w lecz­nicy, za nie­obo­wiąz­ko­wość nie­któ­rych uprzy­wi­le­jo­wa­nych osób z per­so­nelu?... Byłoby to obu­rza­jące, gdyby nie tkwił w tym zbyt oczy­wi­sty absurd. O, nie, moi dro­dzy pań­stwo! Nie boję się intrygi i kłam­stwa. Nie boję się odpo­wie­dzial­no­ści, wtedy gdy istot­nie spada ona na mnie, ale teraz, gdy mnie zmu­sza­cie, nie zamie­rzam dłu­żej ukry­wać tego, co myślę. Tak, powiem otwar­cie. Przez sze­reg lat kie­ro­wa­łem tą insty­tu­cją i u mnie podobne wypadki były abso­lut­nie wyklu­czone. U mnie pano­wała abso­lutna dys­cy­plina, u mnie nikt nie cie­szył się jaki­miś spe­cjal­nymi wzglę­dami, u mnie każdy pono­sić musiał pełną odpo­wie­dzial­ność za wyko­na­nie swo­ich ści­śle okre­ślo­nych obo­wiąz­ków. Może uwa­żano mnie z tego powodu za zwierzch­nika zbyt suro­wego, wyma­ga­ją­cego, bez­względ­nego, ale za to nie igrało się wów­czas życiem ludz­kim!... Otóż Donat to ofiara tych porząd­ków, które teraz tu panują. One zabiły Donata i, na Boga, nie ja jestem za to odpo­wie­dzialny!...

Nie tylko wypo­wie­dziane słowa, lecz cała postawa, wzrok i wyraz twa­rzy Dobra­niec­kiego jakby tchnęły oskar­że­niem, oskar­że­niem skie­ro­wa­nym prze­ciw wszyst­kim zebra­nym.

W ciszy roz­legł się głos pro­fe­sora Wil­czura.

- Pro­sił­bym kolegę o wię­cej spo­koju i o nie­fe­ro­wa­nie wyro­ków. Nikt tu prze­ciw panu nie intry­guje, nikt nie podaje w wąt­pli­wość pań­skich zasług, nikt nie obciąża pana winą. Za wszystko, co się dzieje w lecz­nicy, odpo­wia­dam ja, ja pono­szę odpo­wie­dzial­ność.

- Wła­śnie. I ja tak sądzę - z iro­nicz­nym pół­u­śmie­chem odpo­wie­dział Dobra­niecki, ski­nął głową i wyszedł z pokoju.

W całej lecz­nicy na wieść o śmierci Donata na stole ope­ra­cyj­nym zapa­no­wał nastrój przy­gnę­bie­nia. Oczy­wi­ście wia­do­mo­ści szybko wydo­stały się na mia­sto i w nie­spełna godzinę póź­niej hall lecz­nicy pełen już był dzien­ni­ka­rzy i foto­gra­fów redak­cyj­nych.

Śmierć Leona Donata, tenora, któ­rego sława znaj­do­wała się wła­śnie u szczytu, musiała wywrzeć na całym świe­cie wstrzą­sa­jące wra­że­nie. Ponie­waż zaś zgon nastą­pił w oko­licz­no­ściach tak wyjąt­ko­wych, wypa­dek nabie­rał wszyst­kich cech wiel­kiej sen­sa­cji. Skrzęt­nie pra­co­wały ołówki repor­te­rów; zbie­ra­jąc strzępy infor­ma­cji od leka­rzy, pie­lę­gnia­rzy, a nawet od służby szpi­tal­nej. Tylko pro­fe­sor Wil­czur nie chciał przy­jąć żad­nego z repor­te­rów, oświad­cza­jąc, że nie ma nic do powie­dze­nia. Nato­miast jego zastępca, pro­fe­sor Dobra­niecki, chęt­nie udzie­lił wywiadu.

Pod­kre­ślił w nim z całą lojal­no­ścią swój sza­cu­nek i uzna­nie dla pro­fe­sora Wil­czura jako świet­nego chi­rurga i dodał, że prze­pro­wa­dzona prze­zeń ope­ra­cja w żad­nym wypadku nie mogła zakoń­czyć się wyni­kiem śmier­tel­nym i nie zakoń­czy­łaby się, gdyby nie pewne nie­do­cią­gnię­cia w orga­ni­za­cji pracy na tere­nie lecz­nicy. Mimo­cho­dem zazna­czył też, że daw­niej podobne wypadki nie zda­rzały się ni­gdy, ani za owych cza­sów, gdy lecz­nicą kie­ro­wał młody wów­czas i niedź­wi­ga­jący na swych bar­kach cię­żaru prze­żyć pro­fe­sor Wil­czur, ani wów­czas, gdy on sam, pro­fe­sor Dobra­niecki, był tu dyrek­to­rem.

- Chcę, by mnie pano­wie dobrze zro­zu­mieli - mówił. - Kie­ro­wa­nie taką insty­tu­cją wymaga bar­dzo wielu wysił­ków, nie­na­dwą­tlo­nej ener­gii, nie­nad­nisz­czo­nej tra­gicz­nymi prze­ży­ciami sprę­ży­sto­ści. Każdy z nas, leka­rzy, zdaje sobie sprawę, a przy­naj­mniej zda­wać sobie sprawę powi­nien, że ponosi wielką odpo­wie­dzial­ność za życie powie­rzo­nych nam pacjen­tów, że szczytną swą misję god­nie speł­niać może tylko wów­czas, gdy jest pewien pełni swo­ich sił ducho­wych i umy­sło­wych, które prze­cież z bie­giem lat wyczer­pują się, nawet wtedy gdy życie pły­nie nor­mal­nie. Dla­tego z całą sta­now­czo­ścią muszę sta­nąć w obro­nie pro­fe­sora Wil­czura i sądzę, że mam prawo wyma­gać dlań wyro­zu­mia­ło­ści.

Pano­wie i wasi czy­tel­nicy wie­dzą dobrze, jak cięż­kie prze­ży­cia wyrwały go na dłu­gie lata z nor­mal­nego trybu egzy­sten­cji. Pro­szę mi wie­rzyć, że nie może pozo­stać bez śladu na psy­chice, na umy­śle i na woli czło­wieka fakt kil­ku­na­sto­let­niej amne­zji, utraty pamięci i wege­to­wa­nia w strasz­nych warun­kach wśród pospól­stwa, w nędzy. I tak godne podziwu jest, że pro­fe­sor Wil­czur zdo­był się na tak wspa­niały dowód siły i żywot­no­ści ducha, że po tylu latach potra­fił przejść od prak­tyki zna­chor­skiej, od naj­pry­mi­tyw­niej­szych spo­so­bów lecze­nia do kie­ro­wa­nia wielką lecz­nicą, gdzie i naj­młod­szego, naj­bar­dziej ener­gicz­nego czło­wieka mógłby prze­ra­zić nad­miar skom­pli­ko­wa­nych zagad­nień orga­ni­za­cyj­nych wyma­ga­ją­cych usta­wicz­nej czuj­no­ści, usta­wicz­nej kon­troli. Z naci­skiem pro­szę panów o pod­kre­śle­nie mego wiel­kiego sza­cunku dla pro­fe­sora Wil­czura, który będąc już w tych latach, gdy nawet każdy inny lekarz, któ­remu życie upły­nęło nor­mal­nie i spo­koj­nie, szuka odpo­czynku, wciąż jesz­cze trwa na sta­no­wi­sku.

Żegna­jąc się z dzien­ni­ka­rzami pro­fe­sor Dobra­niecki uwa­run­ko­wał umiesz­cze­nie wywiadu tym, że będzie wydru­ko­wany jak naj­ści­ślej.

- Nie mam oczy­wi­ście i nie mogę mieć wpływu na rodzaj i jakość komen­ta­rzy, któ­rymi pano­wie zechcą ten wywiad i cały wypa­dek opa­trzyć. Nie chciał­bym jed­nak, by wsku­tek znie­kształ­ce­nia wypo­wie­dzia­nych tu przeze mnie słów kto­kol­wiek z czy­tel­ni­ków mógł wyro­bić sobie błędne zda­nie o moim sto­sunku do sprawy.

O godzi­nie pią­tej po połu­dniu na uli­cach War­szawy uka­zały się nad­zwy­czajne dodatki przy­no­szące wieść o śmierci zna­ko­mi­tego tenora. Kore­spon­denci pism zagra­nicz­nych wysłali dłu­gie depe­sze, wszyst­kie linie tele­fo­nów mię­dzy­mia­sto­wych na Ber­lin, Wie­deń, Paryż przez długi czas były zajęte.

W mie­ście o niczym innym nie mówiono. W dodat­kach nad­zwy­czaj­nych podano tylko suche fakty, ale same tytuły zawie­rały już osąd: "Wielki śpie­wak Leon Donat zmarł pod nożem pro­fe­sora Wil­czura", "Nie zba­dano przed ope­ra­cją serca", "Ofiara kary­god­nego nie­dbal­stwa w lecz­nicy pro­fe­sora Wil­czura"...

War­szawa się trzę­sła. Przed gma­chem lecz­nicy zgro­ma­dził się kil­ku­ty­sięczny tłum wiel­bi­cieli zmar­łego śpie­waka, z gęstwy ludz­kiej raz po raz padały gło­śne okrzyki pod adre­sem pro­fe­sora Wil­czura i w ogóle leka­rzy. Omal nie potur­bo­wano wycho­dzą­cego z lecz­nicy dok­tora Żuka, a poli­cja z tru­dem zdo­łała tłum roz­pro­szyć, by dać prze­jazd karetce pogo­to­wia, która przy­wio­zła jakie­goś pacjenta.

W samej lecz­nicy pano­wał nastrój pogrze­bowy. Jeden tylko bodaj pro­fe­sor Wil­czur nie prze­rwał swo­ich codzien­nych zajęć. Zda­wał się nie dostrze­gać wyrazu twa­rzy pod­wład­nych ani ich zde­ner­wo­wa­nia, zda­wał się nie wie­dzieć o wzbu­rze­niu na mie­ście, zda­wał się nie sły­szeć hała­su­ją­cego pod oknami tłumu.

Koń­czył wła­śnie wie­czorną wizy­ta­cję pacjen­tów i scho­dził na dół, w chwili gdy przy­wie­ziono nowego. Asy­stu­jący pro­fe­so­rowi dok­tor Kol­ski chciał zająć się jego przy­ję­ciem, lecz Wil­czur sam zbli­żył się do leka­rza pogo­to­wia, by pacjenta ode­brać. Z noszy, z któ­rymi dwaj sani­ta­riu­sze skie­ro­wali się do sali przy­jęć, roz­le­gły się ciche poję­ki­wa­nia, drogę zna­czyły gęste kro­ple czar­nej krwi.

- Co to jest? - zapy­tał pro­fe­sor Wil­czur.

Lekarz pogo­to­wia wyja­śnił: roz­prawa nożowa, stan bez­na­dziejny, kilka głę­bo­kich ran klatki pier­sio­wej i brzu­cha. Tylko natych­mia­stowa ope­ra­cja może coś pomóc. Dla­tego wła­śnie przy­wiózł go tu, bo było naj­bli­żej.

- Pro­szę go od razu na stół - zwró­cił się Wil­czur do Kol­skiego.

Kol­ski zatrzy­mał się przez sekundę.

- Czy ma go ope­ro­wać dok­tor Ran­ce­wicz?

- Nie, ja sam się tym zajmę - odpo­wie­dział Wil­czur.

Kol­ski pobiegł wydać dys­po­zy­cje, po czym dopil­no­wał roze­bra­nia ran­nego z jego łach­ma­nów. Był to jakiś włó­częga o dawno nie­go­lo­nej twa­rzy prze­cię­tej zresztą teraz kil­koma nie­głę­bo­kimi, lecz krwa­wią­cymi ranami. Dogo­ry­wał. Nie­równy oddech prze­siąk­nięty odo­rem alko­holu ustał pra­wie zupeł­nie.

Sala ope­ra­cyjna była gotowa. Przy­szła dok­tor Łucja, blada jak papier, o oczach zaczer­wie­nio­nych od dłu­go­trwa­łego pła­czu.

- Niech­że pani idzie do domu - pro­sząco ode­zwał się Kol­ski. - Już ja wszyst­kiego dopil­nuję. A tutaj nie ma nawet po co badać. Nie wiem, czy go doniosą do sali ope­ra­cyj­nej.

Zja­wił się pro­fe­sor Wil­czur. Pochy­lił się nad pacjen­tem i wypro­sto­wał się, prze­cie­ra­jąc ręką oczy.

- Kto to jest? Ja znam tego czło­wieka. Ja go na pewno kie­dyś widzia­łem.

- Pogo­to­wie podało tylko imię i nazwi­sko - wyja­śnił Kol­ski. - Nazywa się Cyprian Jemioł.

- Jemioł? - powtó­rzył pro­fe­sor. - Skąd ja go znam?

Na progu zja­wił się sani­ta­riusz i oznaj­mił, że wszystko gotowe. Po zdję­ciu pro­wi­zo­rycz­nych opa­trun­ków oka­zało się, że rany nie są ani tak głę­bo­kie, ani tak groźne, jak to okre­ślił lekarz pogo­to­wia. Jedna tylko była wysoce nie­bez­pieczna. Ostrze noża roz­pła­tało mię­sień brzuszny i dość sze­roko żołą­dek. Płuca były nie­na­ru­szone, nato­miast upływ krwi znaczny i dłu­go­trwały był naj­istot­niej­szym nie­bez­pie­czeń­stwem.

- Drugi trup w ciągu jed­nego dnia na tej sali - powie­działa szep­tem jedna z pie­lę­gnia­rek do dok­tora Kol­skiego. - Dla­czego pro­fe­sor sam robi tę ope­ra­cję?

Kol­ski nic nie odpo­wie­dział. Tym­cza­sem pro­fe­sor Wil­czur swymi wiel­kimi, nie­zgrab­nymi rękami ze zdu­mie­wa­jącą wprawą zaszy­wał jedną ranę po dru­giej. Myśl jego jed­nak wciąż pra­co­wała, jakby szu­ka­jąc w pamięci podo­bi­zny tego czło­wieka.

"Jemioł - powta­rzał w myśli. - Cyprian Jemioł... Znam go z całą pew­no­ścią".

Ope­ra­cja była skoń­czona. Pacjenta zabrano żywego ze stołu. Iskierka życia, która się w nim tliła, rów­nie łatwo mogła zga­snąć, jak i ponow­nie się roz­ża­rzyć. Umiesz­czono go na czwar­tym pię­trze w oddziale nie­pła­cą­cych pacjen­tów, zaś pro­fe­sor Wil­czur musiał wprost z sali ope­ra­cyj­nej udać się do kan­ce­la­rii, gdzie ocze­ki­wał już go komi­sarz poli­cji i sędzia śled­czy.

Wła­dze pod naci­skiem opi­nii publicz­nej musiały grun­tow­nie zba­dać sprawę śmierci Donata. Pro­fe­sor Wil­czur został poin­for­mo­wany, że w aktach znaj­dują się już zezna­nia wszyst­kich waż­niej­szych w grę wcho­dzą­cych osób, a sędzia śled­czy dał mu do zro­zu­mie­nia, że cię­żar oskar­że­nia kie­ruje się ku dok­tor Łucji Kań­skiej, która pod­czas bada­nia nie zaprze­czyła zresztą swo­jej winie. Potwier­dzają to rów­nież zezna­nia pro­fe­sora Dobra­niec­kiego, ten jed­nak winę przy­pi­suje w ogóle nie­po­rząd­kom orga­ni­za­cyj­nym panu­ją­cym w lecz­nicy.

Wiele trudu i argu­men­tów zużyć musiał pro­fe­sor Wil­czur po to, by prze­ko­nać ich, że dok­tor Kań­ska nie ponosi tu żad­nej odpo­wie­dzial­no­ści, że pro­fe­sor Dobra­niecki rów­nież nie może być posta­wiony pod jakim­kol­wiek zarzu­tem. Wszyst­kiemu winno jest nie­po­ro­zu­mie­nie i tylko nie­po­ro­zu­mie­nie. O czy­jej­kol­wiek złej woli nie może tu być mowy, ale nie­po­ro­zu­mie­nia podob­nego typu istot­nie nie mogą zda­rzać się w lecz­nicy i Dobra­niecki ma rację, przy­pi­su­jąc winę śmierci Donata złej orga­ni­za­cji.

- Za orga­ni­za­cję zaś ja tu jestem odpo­wie­dzialny - zakoń­czył pro­fe­sor Wil­czur - i ja jeden jestem wino­wajcą.

- Oczy­wi­ście, panie pro­fe­so­rze - powie­dział sędzia śled­czy, skła­da­jąc papiery do teczki - nie może być tu mowy o jakimś pro­ce­sie kar­nym. Musi pan być jed­nak przy­go­to­wany na ewen­tu­al­ność, że rodzina śp. Leona Donata lub też towa­rzy­stwa ase­ku­ra­cyjne, w któ­rych nie­bosz­czyk był ubez­pie­czony, mogą rościć sobie poważne pre­ten­sje finan­sowe. Radził­bym też panu pro­fe­so­rowi zawczasu poro­zu­mieć się co do tych spraw ze swoim adwo­ka­tem.

- Dzię­kuję panu sędziemu - powie­dział Wil­czur.

Była już godzina dzie­siąta, gdy Wil­czur wyszedł z lecz­nicy. Na dole zoba­czył ocze­ku­jącą nań Łucję. Wzru­szył go jej wygląd. Przez myśl mu prze­szło, że ta biedna dziew­czyna zroz­pa­czona i przy­bita zda­rze­niami, w któ­rych kręgu mimo woli się zna­la­zła, może popeł­nić jakieś sza­leń­stwo.

Uśmiech­nął się i wziął ją pod rękę.

- No, droga pani, wię­cej hartu, wię­cej hartu. Nie można tak się przej­mo­wać. Żaden czło­wiek nie może być abso­lut­nie pewien nie­omyl­no­ści wszyst­kich swo­ich dzia­łań. I żaden lekarz. Stało się, trzeba nad tym ubo­le­wać, trzeba odtąd zdwoić uwagę, ale nie można popa­dać w depre­sję.

Łucja potrzą­snęła głową.

- Nie, panie pro­fe­so­rze. To nie jest depre­sja. To jest roz­pacz na myśl o tym, że pan pro­fe­sor może być istot­nie prze­ko­nany o moim nie­dbal­stwie. Wszyst­kie oko­licz­no­ści skła­dają się prze­ciwko mnie... Tak chcia­ła­bym, by pan pozwo­lił mi się wytłu­ma­czyć...

Wil­czur moc­niej przy­ci­snął jej rękę.

- Ależ, droga panno Łucjo...

- Nie, nie, panie pro­fe­so­rze - prze­rwała mu. - Obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, zasłu­guję na potę­pie­nie i wiem, że nie może pan na­dal korzy­stać z mojej współ­pracy. Nara­żać się na współ­pracę ze mną. Jestem na wszystko przy­go­to­wana. Cho­dzi mi tylko o to, by pan mi uwie­rzył, by pan nie wąt­pił... Moją winą nie jest ani nie­dbal­stwo, ani nawet lek­ko­myśl­ność... Może tylko nad­miar zaufa­nia do dobrej woli i lojal­no­ści... pro­fe­sora Dobra­niec­kiego... Poniosę wszyst­kie kon­se­kwen­cje... Jeżeli mi nawet prawo prak­tyki odbiorą, niech będzie!... Ale niech mi pan uwie­rzy...

- Ależ wie­rzę, wie­rzę, droga pani - zapew­nił Wil­czur. - I może pani być spo­kojna, nikt pani niczego nie odbie­rze, zosta­nie pani po daw­nemu w lecz­nicy i nie zmniej­szy się moje zaufa­nie do pani ani odro­binę.

Szli przez chwilę w mil­cze­niu i Wil­czur ode­zwał się nie­zwy­kłym u niego suro­wym tonem:

- Pani jest młoda, bar­dzo młoda i dla­tego wyba­czę pani i to jedyne praw­dziwe prze­wi­nie­nie, które pani popeł­niła. Które pani popeł­niła teraz... Posta­ram się zapo­mnieć, że mogła pani przez chwilę bodaj wąt­pić o dobrej woli pro­fe­sora Dobra­niec­kiego, o dobrej woli jakie­go­kol­wiek leka­rza. Lekarz może się mylić, ale nie ma takiego na świe­cie, sły­szy pani, nie ma takiego, który by dla jakich­kol­wiek powo­dów mógł dopu­ścić się nara­że­nia na nie­bez­pie­czeń­stwo śmierci pacjenta. To pani jako lekarka powinna zro­zu­mieć... Pani powinna w to wie­rzyć! Z chwilą, gdy się prze­staje w to wie­rzyć - trzeba prze­stać być leka­rzem.

Łucja ode­zwała się tonem wyja­śnie­nia:

- Ja tylko chcia­łam zazna­czyć, panie pro­fe­so­rze, że pro­fe­sor Dobra­niecki...

- Nie mówmy o tym wię­cej - prze­rwał jej sta­now­czo. - Niech panią Bóg broni przed kim­kol­wiek zwie­rzać się z jakichś swo­ich... No, dajmy temu spo­kój. Niech pani patrzy, jaką piękną mamy noc. Ile gwiazd.

Pochy­lił się ku niej z uśmie­chem.

- Lubię jesień. Lubię jesień. A pani?

Roz­dział 3

Treść poran­nych gazet przy­pra­wiła panią Ninę Dobra­niecką o wypieki. Kazała sobie przy­nieść wszyst­kie i nie było wśród nich takiej, która by nie poda­wała wywiadu z jej mężem. Pra­wie wszyst­kie też zawie­rały ostre, potę­pia­jące komen­ta­rze o kary­god­nym nie­dbal­stwie w lecz­nicy, która od lat sły­nęła z wzo­ro­wego porządku i z wyso­kiego poziomu lekar­skiego. Nie­które pisma wystę­po­wały wręcz z żąda­niem ustą­pie­nia pro­fe­sora Wil­czura, inne wyra­żały obawy, że jeżeli w tej lecz­nicy w tak nie­dbały spo­sób odnie­siono się do pacjenta boga­tego i słyn­nego na całym świe­cie, to w jakiż spo­sób trak­tuje się tam ludzi zwy­kłych. Wszyst­kie dzien­niki przy­po­mi­nały rów­nież, że wie­lo­let­nia amne­zja pro­fe­sora Wil­czura nie mogła pozo­stać bez wpływu na stan obecny jego władz ducho­wych, czego dowo­dem są cho­ciażby pozo­sta­ło­ści zna­chor­skich upodo­bań w sto­so­wa­niu ziół, nawet takich, które ofi­cjal­nie nauka od dawna już uznała za bez­war­to­ściowe lub wręcz szko­dliwe.

Wywiad udzie­lony przez męża wydał się pani Ninie za słaby. Ten czło­wiek pomi­nął oto naj­świet­niej­szą oka­zję do zdru­zgo­ta­nia, do osta­tecz­nego zdru­zgo­ta­nia prze­ciw­nika i usu­nię­cia go z widowni. Nie­po­trzebne były te prze­sadne kom­ple­menty pod adre­sem Wil­czura. Nale­żało wyraź­niej pod­kre­ślić jego wiek i przy­to­czyć coś na dowód obja­wów nawrotu amne­zji. Prze­wer­to­waw­szy pisma, pani Nina naci­snęła guzik dzwonka.

- Czy pan pro­fe­sor już wstał? - zapy­tała poko­jówkę.

- Pan pro­fe­sor wyszedł już przed godziną.

- Przed godziną? - zdzi­wiła się pani Nina.

Wczo­raj nie widziała męża. O śmierci Donata dowie­działa się z dodat­ków nad­zwy­czaj­nych. Kil­ka­krot­nie pró­bo­wała połą­czyć się tele­fo­nicz­nie z mężem, w lecz­nicy jed­nak odpo­wia­dano jej zawsze, że nie może podejść. Wró­cił do domu późną nocą, gdy już spała. A teraz przed ósmą wyszedł z domu, czego pra­wie ni­gdy nie robił.

- Możesz odejść i przy­go­tuj mi kąpiel - odpra­wiła poko­jówkę.

Pani Nina posta­no­wiła nie próż­no­wać. Przede wszyst­kim nale­żało się dowie­dzieć, jaki rezo­nans wśród zna­jo­mych wywo­łały arty­kuły poran­nej prasy, i posta­rać się o to, by uspo­so­bić różne wpły­wowe oso­bi­sto­ści jak naj­kry­tycz­niej do osoby Wil­czura. Nie było to zbyt trudne zada­nie w tej atmos­fe­rze, jaką wytwo­rzyły wypadki. Każdy z inter­lo­ku­to­rów pani Niny zda­wał sobie prze­cież sprawę, że pani Dobra­niecka, jako żona zastępcy i naj­bliż­szego współ­pra­cow­nika Wil­czura, może posia­dać znacz­nie ści­ślej­sze i obfit­sze infor­ma­cje o prze­biegu ope­ra­cji i przy­czy­nach śmierci Donata niż prasa.

I pani Nina nie zawio­dła tych ocze­ki­wań.

Miała roz­le­głe sto­sunki i umiała mówić prze­ko­ny­wa­jąco. W rezul­ta­cie plotki i komen­ta­rze dookoła tra­gicz­nego zda­rze­nia wciąż nara­stały, przy­bie­ra­jąc formę naj­bar­dziej fan­ta­stycz­nych hipo­tez, domy­słów i podej­rzeń. War­szawa tak była nasiąk­nięta tą sprawą, że nie mogła ona znik­nąć rów­nież i z łamów prasy. Nie była to kam­pa­nia skie­ro­wana wprost prze­ciw oso­bie pro­fe­sora Wil­czura, lecz w isto­cie godziła w jego pozy­cję w świe­cie lekar­skim i w jego sławę chi­rurga.

Pani Nina nie nale­żała do osób, które prze­bie­rają w środ­kach walki, nie nale­żała do osób cofa­ją­cych się przed jakim­kol­wiek kro­kiem, jeżeli krok ten mógł zbli­żyć ją do celu. Po kilku dniach z tego wła­śnie powodu mię­dzy nią i mężem doszło do ostrej scy­sji.

Pro­fe­sor Dobra­niecki pod­czas kon­sy­lium u jed­nego z pacjen­tów usły­szał od dok­tora Hry­nie­wi­cza tak non­sen­sowny zarzut pod adre­sem Wil­czura, że przez samo poczu­cie przy­zwo­ito­ści musiał mu zaprze­czyć. Zarzut pole­gał na tym, że rze­komo Wil­czur w nie­któ­rych wypad­kach zamiast lecze­nia sto­suje zna­chor­skie "zama­wia­nie". Dobra­niecki przez moment przy­pusz­czał nawet, że w sto­sunku do niego Hry­nie­wicz ucieka się do pod­stęp­nej pro­wo­ka­cji.

- Non­sens, panie kolego - powie­dział, krzy­wiąc się. - Jak pan może wie­rzyć podob­nym nie­do­rzecz­no­ściom?

- Moja sio­stra sły­szała to od pań­skiej żony - odpo­wie­dział lekarz.

Dobra­niecki bąk­nął coś o nie­po­ro­zu­mie­niu, które tu musiało zajść, jed­nak po powro­cie do domu zaczął robić żonie gwał­towne wymówki.

- Ty doprawdy nie znasz miary i nie masz poczu­cia zdro­wego sensu. Prze­cież w ten spo­sób tylko mnie kom­pro­mi­tu­jesz. Prze­cież nie można ludziom wma­wiać absur­dów, w które nikt roz­sądny nie uwie­rzy.

Pani Nina wzru­szyła ramio­nami.

- A jed­nak widzisz, że uwie­rzyli.

- Albo uda­wali, że wie­rzą - pod­kre­ślił z naci­skiem.

- Mój drogi, bądź prze­ko­nany, że jeżeli o kimś mówisz źle, zawsze ci uwie­rzą.

- A jed­nak pro­szę cię, Nino, byś poha­mo­wała swoją akcję. Wil­czur dosko­nale się orien­tuje, komu może zale­żeć na psu­ciu jego opi­nii. W jego zacho­wa­niu się w sto­sunku do mnie w ostat­nich dniach dostrze­gam coraz wię­cej rezerwy i chłodu. Gdy zosta­nie wypro­wa­dzony z rów­no­wagi, może mi bar­dzo zaszko­dzić.

- W jaki spo­sób?

- W bar­dzo pro­sty. Może mnie oskar­żyć o kam­pa­nię oszczer­czą prze­ciw niemu.

Uśmiech­nęła się iro­nicz­nie.

- Przed kim oskar­żyć?

- To obo­jętne. W sena­cie aka­de­mic­kim, w związku, a bodaj w pra­sie. Nie zapo­mi­naj, że cie­szy się on wciąż jesz­cze wiel­kim auto­ry­te­tem. A jedna ope­ra­cja śmier­telna... nie może takiego auto­ry­tetu oba­lić.

Pro­fe­sor Dobra­niecki miał rację. Śmierć Donata nie zdo­łała oba­lić auto­ry­tetu pro­fe­sora Wil­czura, zachwiała nim jed­nak poważ­nie. Naj­do­bit­niej wyra­ziło się to na dorocz­nym zebra­niu związku pod­czas wybo­rów.

Pozy­cja Wil­czura była wciąż jesz­cze tak mocna, że Dobra­niecki uwa­żał za rzecz wska­zaną cof­nąć swoją kan­dy­da­turę na sta­no­wi­sko pre­zesa i wysu­nąć kan­dy­da­turę Wil­czura. Nastą­piło gło­so­wa­nie i Wil­czur został wybrany. Lecz o ile przed dwoma tygo­dniami wybór nastą­piłby jed­no­myśl­nie, tym razem prze­szedł tylko nie­znaczną więk­szo­ścią kilku gło­sów przy wielu wstrzy­mu­ją­cych się od gło­so­wa­nia.

Na zebra­niu Wil­czur nie był obecny. Głę­boko prze­jęty swo­imi tro­skami po pro­stu o nim zapo­mniał, zaś zawia­do­miony o wyni­kach napi­sał krótki list do związku, oświad­cza­jąc, że wyboru przy­jąć nie może. Tłu­ma­czył się zmę­cze­niem i tym, że sta­no­wi­ska publiczne powinni zaj­mo­wać ludzie młodsi. W isto­cie przej­mo­wała go wstrę­tem myśl, że przyj­mu­jąc wybór, musiałby usta­wicz­nie sty­kać się z tymi ludźmi, któ­rzy gło­so­wali prze­ciw niemu, któ­rzy uwie­rzyli hanieb­nym plot­kom i oszczer­stwom krą­żą­cym po mie­ście i znaj­du­ją­cym echa w wielu dzien­ni­kach, ba, nawet w pismach facho­wych.

Miał jesz­cze i inne kło­poty. Mia­no­wi­cie pew­nego dnia zgło­sił się doń przed­sta­wi­ciel towa­rzy­stwa ase­ku­ra­cyj­nego, w któ­rym Donat był ubez­pie­czony na kolo­salną sumę. Towa­rzy­stwo stało na sta­no­wi­sku, że odpo­wie­dzial­ność za śmierć śpie­waka ponosi pro­fe­sor Wil­czur i że on też winien uiścić kwotę ubez­pie­cze­nia. A to dla Wil­czura rów­nało się ruinie.

Pomimo to bez namy­słu oświad­czył, iż gotów jest pokryć całą sumę. Czy mógł nara­żać się na pro­ces, na eks­per­tyzy, na wywle­ka­nie na świa­tło dzienne tych wszyst­kich podej­rzeń, które się nagro­ma­dziły prze­cież nie tylko w nim samym, ale Łucji Kań­skiej i w Kol­skim, i zapewne w wielu innych? Musie­liby sta­nąć przed sądem i na pewno ktoś z nich poru­szyłby te sprawy, wystą­piłby z tymi podej­rze­niami, na myśl o któ­rych ogar­nęło Wil­czura prze­ra­że­nie i obrzy­dze­nie.

Nie, na to się zgo­dzić nie mógł.

W ten spo­sób z dnia na dzień utra­cił nie­mal cały mają­tek. Lecz­nica, willa, kamie­nica na Puław­skiej - wszystko to prze­szło na wła­sność towa­rzy­stwa ase­ku­ra­cyj­nego. Dyrek­cja tego towa­rzy­stwa wyka­zała i tak wiele życz­li­wo­ści i dobrej woli, pozo­sta­wia­jąc Wil­czura na czele lecz­nicy i wyzna­cza­jąc mu względ­nie wyso­kie pobory oraz pozo­sta­wia­jąc mu prawo doży­wot­niego zaj­mo­wa­nia willi. Dzięki tym oko­licz­no­ściom sprawa została zała­twiona cicho i bez roz­głosu, na czym Wil­czu­rowi naj­bar­dziej zale­żało. Pozor­nie nic się nie zmie­niło. O tym, że Wil­czur prze­stał być w lecz­nicy wszech­wład­nym panem i zale­żał teraz od pre­zesa Towa­rzy­stwa Ase­ku­ra­cyj­nego Tuchwica, nikt nie wie­dział.

I sam Wil­czur zresztą nie odczu­wał tej zmiany. Od wielu lat nie przy­wią­zy­wał do pie­nię­dzy wiel­kiej wagi. Kie­dyś, gdy była z nim jesz­cze jego żona, śp. Beata, umiał pra­co­wać po kil­ka­na­ście godzin na dobę, wie­rzył, że prze­py­chem luk­su­so­wych samo­cho­dów, dro­gich futer i biżu­te­rii może dać jej radość, dać szczę­ście. I oto pew­nego dnia zosta­wiła to wszystko, zosta­wiła i ode­szła, zabie­ra­jąc małą Mariolę. Wraz z jej odej­ściem roz­wiały się jego złu­dze­nia. Wszyst­kie dotych­cza­sowe wysiłki, cała ciężka i zawzięta walka o byt wydała się śmiesz­nym nie­po­ro­zu­mie­niem, bez­sen­sow­nym tru­dem, tra­giczną pomyłką.

A potem przy­szły lata... zupeł­nie inne lata... Kto wie, czy nie należy ich bło­go­sła­wić, tych lat spę­dzo­nych na szla­kach włó­częgi, lat spę­dzo­nych wśród dobrych ludzi, gdy praca z sie­kierą w ręku lub z cięż­kim wor­kiem na ple­cach była pracą dla zwy­kłego kawałka chleba... Utrata pamięci. Tak. Przez dłu­gie lata nie wie­dział, kim jest, skąd pocho­dzi, jak się nazywa. A czyż utrata pamięci wów­czas nie była dlań dobro­dziej­stwem? Czyż nie powi­nien bło­go­sła­wić Boga za to, że mu ode­brał świa­do­mość prze­szło­ści, świa­do­mość śmier­tel­nej rany zada­nej w serce, w nie­przy­tom­nie kocha­jące serce, przez kobietę, przez ponad wszystko kochaną kobietę...

Popiół czasu przy­pró­szył prze­szłość, popiół czasu przy­pró­szył włosy...

Z prze­szło­ści została mu tylko Mariola... Czy została?...

Od trzech lat, odkąd wyszła za mąż, widział ją tylko jeden raz. Nie miał do niej ani do Leszka o to żalu. Cóż, każdy ma wła­sne życie. Młode ptaki wyla­tują z gniazd, zakła­da­jąc wła­sne, i już ni­gdy do daw­nych nie powra­cają. Lesz­ko­wie zamiesz­kali w Ame­ryce, a cho­ciaż pisują czę­sto, coraz bar­dziej znać w ich listach tę odle­głość wielu tysięcy kilo­me­trów, tę prze­grodę wielu tysięcy innych, odmien­nych, obcych warun­ków bytu, jakie ich dzielą od niego.

"Nie jestem im potrzebny - myślał Wil­czur - a przy ich bogac­twie nie odczują nawet tej straty, że w spadku po mnie nic nie dostaną".

W spadku. Pierw­szy raz mu to przy­szło na myśl, że jest już stary. Dotych­czas nawał codzien­nej pracy i jego nie­zmor­do­wana ener­gia zasła­niały mu przed oczyma fakt, że dobiega już tego wieku, w któ­rym więk­szość ludzi myśli tylko o śmierci. Gdy prze­czy­tał te słowa w wywia­dzie Dobra­niec­kiego, wydały mu się tak śmieszne i tak nik­czemne, jak i reszta jego per­fid­nych wynu­rzeń. Mijały jed­nak dni i tygo­dnie, a coraz wię­cej myślał o swo­jej sta­ro­ści.

Wpraw­dzie po daw­nemu codzien­nie już o siód­mej rano był na nogach, a o ósmej w lecz­nicy, ale już popo­łu­dnia naj­czę­ściej spę­dzał w domu. Prze­waż­nie samot­nie.

Czuł się zmę­czony. W związku z nie­usta­ją­cymi napa­ściami, na które nie odpo­wia­dał, pogar­szał się wciąż jego stan ner­wowy, a to odbi­jało się na zdro­wiu i samo­po­czu­ciu.

W tym to okre­sie zaczął pić. Nie był to nałóg. Po pro­stu stary, doświad­czony Józef, słu­żący Wil­czura, któ­re­goś dnia zapro­po­no­wał mu wypi­cie kie­liszka koniaku.

- Zmarzł pan tro­chę, panie pro­fe­so­rze. Dobrze to panu zrobi.

Od tego dnia, gdy po obie­dzie zasia­dał przed komin­kiem w gabi­ne­cie, zawsze obok czar­nej kawy na sto­liku stała butelka z konia­kiem. Kilka kie­lisz­ków roz­grze­wało go zna­ko­mi­cie, pozwa­lało ode­rwać myśl od przy­krej rze­czy­wi­sto­ści, dawało złu­dze­nie pogody i zado­wo­le­nia. A przede wszyst­kim usy­piało nerwy; nerwy, które w ostat­nich cza­sach naprawdę potrze­bo­wały spo­koju.

Nie­usta­jące ataki na Wil­czura musiały wywrzeć swój wpływ nawet na naj­bliż­sze jego oto­cze­nie. W lecz­nicy, jak to zdo­łał zauwa­żyć, część per­so­nelu odno­siła się doń kry­tycz­nie i wyraź­nie oscy­lo­wała ku Dobra­niec­kiemu czy to z prze­ko­na­nia, czy po to, by pozy­skać jego względy w prze­wi­dy­wa­niu, że zbliża się ponow­nie okres jego wła­dzy.

Sto­su­nek Wil­czura do Dobra­niec­kiego nie zmie­nił się pozor­nie w niczym. Zmu­szeni do codzien­nego sty­ka­nia się na tere­nie lecz­nicy, po daw­nemu kon­fe­ro­wali z sobą, odby­wali kon­sy­lia i narady. Obaj jed­nak sta­rali się ogra­ni­czyć wza­jemny kon­takt do mini­mum. Uni­kali też jakie­go­kol­wiek zatargu. Toteż gdy pro­fe­sor Dobra­niecki zapo­wie­dział sekre­ta­rzowi, by odtąd nie dawano mu pacjen­tów z czwar­tego pię­tra (oddział bez­płatny), Wil­czur przy­jął to do wia­do­mo­ści bez pro­te­stu i odtąd sam wizy­to­wał ten oddział.

Na tym wła­śnie oddziale spo­tkało go nie­spo­dzie­wane prze­ży­cie. Pod­czas jed­nej z wizy­ta­cji poznał czło­wieka, któ­rego przy­wie­ziono mu pod nazwi­skiem Cypriana Jemioła, a raczej Jemioł poznał Wil­czura.

Było to tak: pro­fe­so­rowi dano znać, że pacjent ten odzy­skał przy­tom­ność. Gdy Wil­czur wszedł do jego pokoju i pochy­lił się nad cho­rym, ten uniósł powieki i przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wał się przy­tom­nym wzro­kiem w twarz pro­fe­sora, potem lekko się uśmiech­nął i powie­dział:

- How do you do, dar­ling?

- Skąd ja pana znam? - zapy­tał Wil­czur.

Pacjent w uśmie­chu odsło­nił spróch­niałe zęby.

- Przed­sta­wił nas sobie mistrz cere­mo­nii na przy­ję­ciu u księż­nej Mon­te­cu­culi.

Pro­fe­sor zaśmiał się.

- Natu­ral­nie, poznaję też pań­ski głos i spo­sób mówie­nia.

- To nie­trudno, mon cher. Mam zwy­czaj zmie­niać głos tylko jeden raz w życiu. W okre­sie pacho­lę­cej muta­cji. Co zaś doty­czy spo­sobu mówie­nia, nie prze­staję ni­gdy być wytworny.

Pro­fe­sor przy­su­nął sobie krze­sło i usiadł.

- A jed­nak musiało to być dawno, bar­dzo dawno - powie­dział w zamy­śle­niu.

Jemioł przy­mknął oczy.

- Gdy­bym się jesz­cze umiał dzi­wić cze­mu­kol­wiek na tym świe­cie, to bym się dzi­wił, że nie spo­ty­kamy się wła­śnie na tam­tym. Cóż za zbieg oko­licz­no­ści! Dobro­dzieja, o ile mnie pamięć nie myli, wiele lat temu pozba­wiono moż­no­ści kon­ty­nu­owa­nia docze­snego żywota i wypra­wiono ad patres. Mnie kilku ser­decz­nych przy­ja­ciół wyeks­pe­dio­wało w tymże kie­runku nie­dawno. I oto spo­ty­kamy się w cie­płym szpi­talu. Pan jest dok­to­rem?

- Tak - potwier­dził Wil­czur. - Ope­ro­wa­łem pana. Był pan nie­ludzko pokra­jany.

- Bar­dzo mi przy­kro, że pana tru­dzi­łem, signore. Mille graz­zia. Ale skoro pan jest leka­rzem, niech­że mi pan przede wszyst­kim powie, czy mi nie ucięto jakiejś koń­czyny.

- Nie. Będzie pan zupeł­nie zdrów.

- To jest dość przy­jemna wia­do­mość. Przy­jemna dla Droż­dżyka, który tam na pewno tęskni za mną i wypła­kuje swoje piękne oczy. Przy­po­mina pan sobie Droż­dżyka, dot­tore?

- Droż­dżyka? - pro­fe­sor zmarsz­czył brwi.

- Tak, my dear, mówię o słyn­nym établissement Droż­dżyk, rue Witeb­ska quinze... Restau­ra­cja z punktu widze­nia fiskal­nego zali­czona do trze­ciego rzędu, ale pierw­szo­rzędna pod wzglę­dem towa­rzy­skim, oby­cza­jo­wym i moral­nym. Établissement Droż­dżyk. Nic to panu nie mówi? Ren­dez-vous ele­ganc­kiej War­szawy. High life... Tam wła­śnie mie­li­śmy zaszczyt i przy­jem­ność.

Pro­fe­sor Wil­czur prze­tarł czoło.

- Czyżby?... To pan... pan mnie wtedy zacze­pił na ulicy?...

- Si, amico. Toczno tak, tak imienno. Wstą­pi­li­śmy do Droż­dżyka, by przy czter­dzie­sto­pię­cio­pro­cen­to­wym roz­two­rze alko­holu poru­szyć pewne zagad­nie­nia abs­trak­cyjne, co się nam też w zupeł­no­ści udało. O ile sobie przy­po­mi­nam, miał pan wów­czas jakieś przy­kro­ści i nie­stety zbyt opa­sły pugi­la­res w kie­szeni. Od owego dnia uży­wa­łem pań­skiego przy­kładu jako argu­mentu, ile­kroć gło­si­łem cnotę ubó­stwa. Zawsze byłem zda­nia, że bogac­two nie daje szczę­ścia. Gdyby pan nie miał wów­czas tyle pie­nię­dzy, nie zdzie­lono by pana łomem po gło­wie i nie topiono w gli­niance.

Jemioł spoj­rzał w oczy Wil­czu­rowi i dodał:

- Nein, mein Herr, vous vous trom­pez. Ja nie bra­łem w tym udziału. Dowie­dzia­łem się o wszyst­kim naza­jutrz. Wieść gminna. Legenda. Jesz­cze jedna legenda do roz­my­ślań nad zni­ko­mo­ścią rze­czy ludz­kich.

Wil­czur odru­chowo się­gnął ręką do cie­mie­nia, na któ­rym pozo­stała bli­zna.

- Więc to tak było?

- Tak, wodzu. Nie śniło mi się ni­gdy, że ujrzę cię kie­dyś jesz­cze.

Od owego dnia pro­fe­sor dość czę­sto odwie­dzał Jemioła, który zresztą szybko powra­cał do zdro­wia. Pole­cił go też szcze­gól­niej­szej opiece panny Łucji, która zajęła się nim ze zdwo­joną gor­li­wo­ścią. Wil­czur nie mógł nie zauwa­żyć, że ta młoda dziew­czyna z nad­zwy­czaj­nym poświę­ce­niem oddaje się pracy, jakby chcąc wyna­gro­dzić błąd, który popeł­niła. Nie mógł rów­nież nie dostrzec, że Łucja darzy go szcze­gól­niej­szą sym­pa­tią, że w jej wzroku znaj­duje wiele cie­pła, ser­decz­nego współ­czu­cia, przy­jaźni i jakby jakiejś prośby.

Cza­sami wycho­dzili razem z lecz­nicy i wów­czas odpro­wa­dzała go do domu. Mówił naj­czę­ściej o spra­wach zawo­do­wych, zda­rzało się jed­nak, że roz­mowa scho­dziła na kwe­stie oso­bi­ste. Dowie­dział się, że Łucja jest sie­rotą. Pocho­dziła z San­do­mie­rza, lecz od dziecka wycho­wy­wała się w War­sza­wie. Na wycho­wa­nie jej i wykształ­ce­nie łożyła stry­jenka, która rów­nież umarła przed kilku laty. Opo­wie­działa mu też, że kie­dyś była zarę­czona, lecz po nie­dłu­gim cza­sie prze­ko­nała się, że młody inży­nier, który uda­wał przed nią miłość, był czło­wie­kiem bez­war­to­ścio­wym, i wtedy z nim zerwała.

- A teraz widzę - zauwa­żył Wil­czur - że kolega Kol­ski jest panią bar­dzo zajęty.

Lekko wzru­szyła ramio­nami.

- Kol­ski, pro­fe­so­rze, jest wła­śnie kolegą, jest bar­dzo porząd­nym chłop­cem, lubię go i uznaję jego war­to­ści, ale to nie są te war­to­ści, które mogłyby wywo­łać jakieś głęb­sze uczu­cie.

Przez chwilę szli w mil­cze­niu.

- A czyż w kobie­cie wywo­łują uczu­cia jakieś war­to­ści?... Nie uroda, nie mło­dość, nie... czy ja wiem... wdzięk?...

Zaprze­czyła ruchem głowy.

- Nie, pro­fe­so­rze. To, o czym pan wspo­mniał, może zain­te­re­so­wać tylko bar­dzo płyt­kie kobiety. Sądzę, że my... że ja szu­ka­ła­bym w męż­czyź­nie przede wszyst­kim bogac­twa jego duszy, że chcia­ła­bym w nim zna­leźć jakby wielką biblio­tekę prze­żyć, prze­my­śleń, tra­ge­dii i wzlo­tów, jakby muzeum, żywe muzeum... Nie umiem tego okre­ślić. Może to są złe porów­na­nia. Powiem tak: chcę, by jego dusza była instru­men­tem wie­lo­stron­nym, by zawie­rała w sobie tyle cech i dźwię­ków, ilu bym przez całe swoje życie w nim odkryć i poznać nie mogła, i nie wydaje mi się, bym miała być pod tym wzglę­dem wyjąt­kiem. Zdaje mi się, że to jest bar­dzo kobiece, ogól­no­ko­biece... Ta chci­wość, to pra­gnie­nie czu­wa­nia nad wie­loma, wie­loma skar­bami, któ­rych nasz umysł nie ogar­nia, a które można cenić i czcić... Bo tylko czcząc, można kochać.

Biały śnieg pokrył ulice War­szawy i lekko skrzy­piał pod ich sto­pami. Świa­tło latarń zała­my­wało się w sina­wych smu­gach cie­nia. Upie­rzone drzewa stały ciche, nie­ru­chome, dostojne.

- To nie­prawda - powie­dział po dłuż­szej pau­zie Wil­czur. - Prze­kona się pani kie­dyś, że to nie­prawda.

- Ni­gdy się o tym nie prze­ko­nam - zaprze­czyła z prze­ko­na­niem, lecz on zda­wał się jej słów nie sły­szeć i mówił dalej:

- To mło­dość dyk­tuje pani te słowa, to mło­dość pod­suwa te myśli. Brak doświad­cze­nia. Miłość... miłość posłuszna jest ciału... posłuszna pra­wom natury, a duch? Duch jest duchem, jego miej­sce w abs­trak­cji i nic na to nie pomoże.

W jego gło­sie zabrzmiała nuta gory­czy i Łucja powie­działa:

- Nie prze­ko­na­łam się o tym i sądzę, że pro­fe­sor zbyt pesy­mi­stycz­nie patrzy na te rze­czy.

- Bo ja się prze­ko­na­łem - uśmiech­nął się ze smut­kiem. - Może kie­dyś opo­wiem to pani, może kie­dyś. Ku prze­stro­dze. A teraz: oto mój dom. Dzię­kuję pani za miły spa­cer i roz­mowę. Pani jest dobra, panno Łucjo.

Poca­ło­wał ją w rękę na poże­gna­nie.

Zdej­mu­jąc futro w przed­po­koju przej­rzał się w lustrze i stwier­dził, że jest nie­ogo­lony.

- Niech mi Józef - powie­dział do słu­żą­cego - codzien­nie rano przy­po­mina, że muszę się ogo­lić.

- Codzien­nie wszystko jest przy­go­to­wane - z urazą w gło­sie zauwa­żył słu­żący.

- Tak, ale ja nie zawsze o tym pamię­tam, nie zawsze pamię­tam...

Wypo­wie­dziane słowa przy­wio­dły mu na myśl dzi­siej­szy arty­kuł w jed­nym z pism, znowu wał­ku­jący sprawę śmierci Donata. Jakiś obsku­rant ukry­wa­jący się pod lite­rami dok­tor X. Y. dowo­dził tam, iż cał­ko­wite ule­cze­nie z amne­zji jest pra­wie nie­moż­liwe. Pamięć ni­gdy, zda­niem tego igno­ranta, cał­ko­wi­cie nie wraca i muszą się powta­rzać napady.

Co za absurd. I posłu­gu­jąc się takimi sztucz­kami, usi­łują go zmu­sić do rezy­gna­cji. Gdyby wie­dzieli, że lecz­nica jest obec­nie wła­sno­ścią towa­rzy­stwa ase­ku­ra­cyj­nego, na pewno zna­leź­liby spo­soby nowych intryg.

Prze­brał się w szla­frok i zasiadł przed komin­kiem. Józef przy­niósł gorącą, pach­nącą kawę i wie­czorne gazety. Może umyśl­nie je tak poło­żył, a może był to tylko przy­pa­dek, że rzu­ciw­szy na nie okiem Wil­czur odczy­tał na pierw­szej stro­nie zło­żo­nego dzien­nika tytuł:

"Pro­fe­sor Wil­czur wypła­cił rodzi­nie śp. Leona Donata milio­nowe odszko­do­wa­nie".

Upły­nęło kilka minut, zanim wycią­gnął rękę po pismo.

"Dowia­du­jemy się - czy­tał - że towa­rzy­stwo, w któ­rym był ubez­pie­czony tra­gicz­nie zmarły w lecz­nicy pro­fe­sora Wil­czura świa­to­wej sławy śpie­wak pol­ski Leon Donat, zagro­ziło nie­for­tun­nemu chi­rur­gowi pro­ce­sem o odszko­do­wa­nie. Wobec tego, że pro­ces taki pro­fe­sor Wil­czur oczy­wi­ście by prze­grał, gdyż śmierć wiel­kiego tenora nastą­piła wsku­tek kary­god­nego nie­dbal­stwa i nie­po­rząd­ków panu­ją­cych w zakła­dzie pro­fe­sora, musiał on uiścić należ­ność ase­ku­ra­cyjną, się­ga­jącą zawrot­nej sumy dwóch i pół miliona zło­tych. Jako pokry­cie tej sumy na wła­sność towa­rzy­stwa prze­szła lecz­nica pro­fe­sora, jego willa, nie­mal wszystko, co posia­dał. Trudno nie współ­czuć zna­ko­mi­temu chi­rur­gowi, że dotknęła go nagła ruina, z dru­giej jed­nak strony niech wypa­dek ten będzie prze­strogą dla wszyst­kich tych leka­rzy, któ­rzy lek­ko­myśl­nie trak­tują życie powie­rzo­nych im pacjen­tów... "

Wil­czur odło­żył gazetę i szep­nął do sie­bie:

- A więc stało się...

Znowu dolano oliwy do ognia. Czy­jaś nie­dy­skre­cja spra­wiła, czy­jaś nie­dy­skre­cja albo zawzięte szpie­go­stwo, że pod­sy­cono znowu plotkę, że zacznie się nowa orgia napa­ści...

- Nie będę jadł, nie jestem głodny - powie­dział słu­żą­cemu, gdy ten oznaj­mił, że kola­cja jest na stole.

- Może cho­ciaż fili­żanka bulionu?

- Nie, dzię­kuję. Niech mi Józef jesz­cze da kawy... Tak, i koniaku.

Tej nocy pro­fe­sor Wil­czur wcale nie poło­żył się do łóżka. Nad­miar wypi­tej kawy i alko­holu spra­wił, że ran­kiem ujrzał w lustrze swą twarz posza­rzałą, zmę­czoną i obrzmiałą. Pomimo zmę­cze­nia zmu­sił się do tego, by ogo­lić się sta­ran­nie, i punk­tu­al­nie zja­wił się w lecz­nicy.

Nie­trudno było zauwa­żyć, że wczo­raj­sza wia­do­mość z pisma była tu już wszyst­kim znana. Dok­tor Żuk, refe­ru­jąc pro­gram dnia i stan cho­rych, nie ośmie­lił się wpraw­dzie zapy­tać Wil­czura o nic, ale jego spoj­rze­nia świad­czyły, że pyta­nia miał na końcu języka.

Pro­gram prze­wi­dy­wał sześć ope­ra­cji: jedna tre­pa­na­cja czaszki, trzy zesta­wie­nia zła­ma­nych kości w koń­czy­nach i wycię­cie wyrostka robacz­ko­wego czter­na­sto­let­niej dziew­czynce, którą przy­wie­ziono w nocy. Poza pierw­szą wszyst­kie ope­ra­cje były łatwe i zwy­kłe.

Po godzin­nej wizy­ta­cji pro­fe­sor prze­szedł do sali ope­ra­cyj­nej. Od pamięt­nego wypadku z Dona­tem każ­dego pacjenta dodat­kowo badał oso­bi­ście, spraw­dza­jąc stan jego serca i bada­jąc, czy nie cierpi na idio­syn­kra­zję do któ­re­go­kol­wiek z środ­ków usy­pia­ją­cych. Zabie­rało to sporo czasu, lecz wolał pole­gać tylko na sobie.

Pierw­sza ope­ra­cja trwała prze­szło godzinę i udała się dosko­nale. Pogry­powy wrzód w mózgu został prze­cięty i oczysz­czony. Następne poszły rów­nież łatwo. Ostat­nią jed­nak Wil­czur posta­no­wił prze­su­nąć o pół godziny. Musiał odpo­cząć. Nie­prze­spana noc i napię­cie ner­wowe zro­biły swoje. Gdy sie­dział w ubie­ralni, przy­szedł Dobra­niecki, przy­wi­tał się i powie­dział:

- Mówił mi Ran­ce­wicz, że jest pan zmę­czony. Może do tego wycię­cia wyrostka robacz­ko­wego wyzna­czyć kogoś innego?

- Nie, dzię­kuję panu - blado uśmiech­nął się Wil­czur.

- Bo ja jestem teraz wolny... Ewen­tu­al­nie...

- Nie. Dzię­kuję bar­dzo - nie mógł opa­no­wać poiry­to­wa­nego tonu Wil­czur.

Wstał i naci­snął dzwo­nek.

- Pacjentkę na salę - roz­legł się za drzwiami głos sani­ta­riu­sza.

Dobra­niecki wyszedł. Wil­czur otwo­rzył pod­ręczną szafkę, wyjął z niej słoik z bro­mem, wsy­pał dość dużą dawkę do szklanki, nalał wody i wypił.

Gdy przy­stę­po­wał do ope­ra­cji, był już zupeł­nie opa­no­wany i pewny każ­dego swego ruchu. Sko­śne cię­cie było traf­nie wymie­rzone. Kilka kro­pel krwi na bia­łym pod­kła­dzie tłusz­czo­wym i sino­fio­le­towa gma­twa­nina kiszek. Roz­ża­rzony drut apa­ratu elek­trycz­nego krót­kim, ostrym sykiem speł­nił swoje zada­nie i obrzmiały wyro­stek robacz­kowy zna­lazł się w szklance z for­ma­liną. Ope­ra­cja dobie­gała końca. W czter­dzie­stej pią­tej minu­cie pro­fe­sor Wil­czur zało­żył klamry.

- ...dwa­na­ście, trzy­na­ście, czter­na­ście, pięt­na­ście - liczył dok­tor Żuk narzę­dzia.

Chorą wywo­żono z sali.

- Brak jed­nej sztuki - spo­koj­nie powie­dział dok­tor Żuk.

Moment kon­ster­na­cji. Pro­fe­sor Wil­czur, który już zdej­mo­wał maskę, powie­dział ochry­płym gło­sem:

- Z powro­tem na stół.

Trzeba było po raz drugi otwie­rać jamę brzuszną dla wydo­by­cia ze zwo­jów kiszek małego meta­lo­wego przed­miotu poły­sku­ją­cego niklem. Upał na sali ope­ra­cyj­nej i zmę­cze­nie spra­wiały, że Wil­czur tylko ostat­nim wysił­kiem woli utrzy­my­wał swój mózg w świa­do­mo­ści, a ręce w spraw­no­ści. Czuł, że jest bli­ski omdle­nia. Na szczę­ście wytrwał do końca.

Pacjentkę zabrano już w chwili, gdy budziła się z nar­kozy. Zata­cza­jąc się wyszedł za nią Wil­czur na chłodny kory­tarz. Zdarł maskę i stał przez kilka minut oparty o para­pet okna. Powoli odzy­ski­wał przy­tom­ność i siły. Zro­zu­miał też, że ten szum, który sły­szy, jest skut­kiem zbyt wiel­kiej dawki bromu. Z wolna skie­ro­wał się do roz­bie­ralni. Przy pomocy sani­ta­riu­sza prze­brał się, kazał sobie przy­nieść tu futro i kape­lusz i nawet nie wstę­pu­jąc do swego gabi­netu, wyszedł na ulicę.

Tym­cza­sem w lecz­nicy wrzało jak w ulu. Wpraw­dzie pozo­sta­wie­nie narzę­dzi ope­ra­cyj­nych w jamie brzusz­nej jest dość czę­stym wypad­kiem, który się przy­tra­fia wielu chi­rur­gom, powo­du­jąc koniecz­ność powtór­nej ope­ra­cji, pro­fe­sor Wil­czur jed­nak sły­nął z tak nie­sły­cha­nej przy­tom­no­ści umy­słu i spo­strze­gaw­czo­ści, że ni­gdy mu się coś podob­nego nie zda­rzyło.

Oczy­wi­ście osoby asy­stu­jące przy ope­ra­cji dostrze­gły rów­nież osła­bie­nie pro­fe­sora, a dok­tor Żuk, obser­wu­jąc go uważ­nie, prze­wi­dy­wał nawet omdle­nie i przy­go­to­wał się do tego, że oso­bi­ście zastąpi pro­fe­sora przy dokoń­cze­niu ope­ra­cji w razie wypadku.

Teraz cała elita zakładu zebrała się w gabi­ne­cie pro­fe­sora Dobra­niec­kiego, który mówił:

- Sza­nu­jemy go wszy­scy, uzna­jemy jego zasługi, mamy dlań wiele sym­pa­tii, ale to nie powinno nam zamy­kać oczu na fakty: to jest stary czło­wiek, należy mu się odpo­czy­nek, a nie daje sobie tego w żaden spo­sób wytłu­ma­czyć. Prze­cież podobne wypadki będą mu się zda­rzały teraz coraz czę­ściej. Nie wiem doprawdy, co począć.

Wśród ogól­nych pota­ki­wań roz­legł się drżący głos dok­tor Łucji Kań­skiej:

- Tu nie trzeba nic robić. Tu trzeba pootwie­rać okna i wywie­trzyć tę ohydną atmos­ferę, nad któ­rej wytwo­rze­niem pra­cują ludzie złej woli. Trzeba prze­ciw­dzia­łać wstręt­nym plot­kom, kłam­stwom i oszczer­stwom. Nie wiem, czy kto­kol­wiek zdo­łałby zacho­wać spo­kój i rów­no­wagę wśród tych kalum­nii, pod­łych, pod­stęp­nych intryg i kre­cich pod­ko­pów, któ­rymi oto­czono pro­fe­sora Wil­czura. To hańba! To wstyd! Ale mylą się ci, któ­rzy dla wła­snych brud­nych korzy­ści chcą zmu­sić pro­fe­sora Wil­czura do upadku. Prze­li­czą się. Taki czło­wiek jak on nie ugnie się przed pod­ło­ścią nik­czem­nych intry­gan­tów, wszy­scy uczciwi staną po jego stro­nie!...

Pro­fe­sor Dobra­niecki przy­bladł i zmarsz­czył brwi.

- Wszy­scy sto­imy po jego stro­nie - powie­dział dobit­nie.

- Tak? Czy i pan też, panie pro­fe­so­rze? - spoj­rzała mu wprost w oczy.

Dobra­niecki nie umiał ukryć wzbu­rze­nia.

- Moja droga pani. Wów­czas kiedy pani jesz­cze cho­dziła w pen­sjo­nar­skim mun­durku, ja wyda­łem bio­gra­fię pro­fe­sora Wil­czura! Jest pani za młoda i zanadto pozwala pani sobie lek­ce­wa­żyć pewne dystansy. Nie uwa­żam, bym potrze­bo­wał wyja­śniać to pani dobit­niej.

Dok­tor Łucja zmie­szała się: rze­czy­wi­ście mię­dzy nią a Dobra­niec­kim był taki dystans, jak mię­dzy gene­ra­łem a sze­re­gow­cem i tylko nagłe obu­rze­nie pozwo­liło jej o tym zapo­mnieć na chwilę.

Korzy­sta­jąc z tego, że Dobra­niecki po ostat­nim sło­wie odwró­cił się do docenta Bier­nac­kiego, Łucja wyszła z gabi­netu. Kol­skiego zna­la­zła na dru­gim pię­trze, koń­czył wła­śnie opa­tru­nek. Była tak roz­trzę­siona, że powie­dział:

- Czy się coś stało?

Potrzą­snęła głową.

- Nie, nic. Nic waż­nego. Tylko oni znowu coś knują... Chcia­łam z panem pomó­wić.

- Dobrze - ski­nął głową. - Za pięć minut będę wolny. Niech pani zaczeka w moim pokoju.

W jego oczach był smu­tek i nie­po­kój.

Gdy przy­szedł, sie­działa przy biurku i pła­kała.

- Jakiż obrzy­dliwy, jakiż wstrętny jest świat.

Kol­ski deli­kat­nie wziął końce jej pal­ców i ode­zwał się tonem per­swa­zji:

- Zawsze był taki. Walka o byt nie jest dzie­cinną zabawą ani grą towa­rzy­ską, tylko wojną, nie­usta­jącą wojną, w któ­rej zarówno zęby, jak i pazury są rów­nie dobrą bro­nią jak słowa. Trudno. Tak już widocz­nie musi być. No, niech­że się pani uspo­koi, panno Łucjo, niech­że się pani uspo­koi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki