Prochy Babilonu. Cykl Expanse. Tom 6 - James S.A. Corey

Kup ebooka

39.50 zł
33.58 zł (32,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Namono

Kamie­nie spa­dły trzy mie­siące temu, a Namono wresz­cie zoba­czyła tro­chę błę­kit­nego nieba. Ude­rze­nie w Lagho­uat - pierw­sze z trzech, które znisz­czyły świat - wyrzu­ciło w powie­trze tyle Sahary, że przez całe tygo­dnie nie widziała gwiazd ani księ­życa. Przez brudne chmury nawet czer­wo­nawy dysk słońca pra­wie się nie prze­bi­jał. Popiół i pył spa­dały na Więk­szą Abuję, zbie­ra­jąc się w zaspy, nada­jąc mia­stu takie same sza­ro­żółte barwy jak kolor nieba. Poma­ga­jąc gru­pom ochot­ni­ków sprzą­tać gruz i opie­ko­wać się ran­nymi, wie­działa, że wstrzą­sa­jący nią kaszel i wyplu­wana czarna flegma są wyni­kiem wdy­cha­nia pro­chów zabi­tych.

Kra­ter w miej­scu byłego Lagho­uat dzie­liło od Abuji trzy i pół tysiąca kilo­me­trów, ale fala ude­rze­niowa i tak wybiła okna i powa­liła budynki. Według repor­te­rów w mie­ście zgi­nęło dwie­ście osób, a ran­nych było około czte­rech tysięcy. Szpi­tale były prze­peł­nione. Jeśli obra­że­nia nie gro­ziły utratą życia, zale­cano pozo­sta­nie w domu.

Szybko poja­wiły się pro­blemy z zasi­la­niem: bra­ko­wało świa­tła sło­necz­nego do zasi­la­nia paneli sło­necz­nych, a zapy­lone powie­trze nisz­czyło farmy wia­trowe szyb­ciej, niż ekipy tech­niczne mogły je czy­ścić. Do czasu, gdy na pół­noc dowie­ziono reak­tor fuzyjny ze stoczni w Kin­sza­sie, połowa mia­sta przez pięt­na­ście dni cze­kała pogrą­żona w mroku. Ponie­waż pierw­szeń­stwo dostaw prądu przy­pa­dało szklar­niom, szpi­ta­lom i budyn­kom rzą­do­wym, wciąż bar­dzo czę­sto zda­rzały się wyłą­cze­nia zasi­la­nia. Ręczne ter­mi­nale miały trud­no­ści w łącze­niu się z sie­cią i czę­sto nie dzia­łały, bywało, że byli odcięci od świata nawet po kilka dni. Powta­rzała sobie, że nale­żało tego ocze­ki­wać, jakby któ­rąś z tych rze­czy dało się prze­wi­dzieć.

A jed­nak po trzech mie­sią­cach poja­wiła się prze­rwa w olbrzy­miej zasło­nie na nie­bie. Gdy czer­wone słońce zbli­żało się do zachodu, na wscho­dzie roz­ja­rzyły się świa­tła miast na Księ­życu, jak klej­noty na nie­bieskim polu. Ow­szem, brud­nym, ska­żo­nym i nie­peł­nym, ale nie­bieskim. Nono ten widok bar­dzo pod­niósł na duchu.

Dziel­nica mię­dzy­na­ro­dowa była, histo­rycz­nie rzecz bio­rąc, bar­dzo młoda. Tylko nie­liczne budynki miały wię­cej niż sto lat. Kró­lo­wały tu typowe dla poprzed­niego poko­le­nia sze­ro­kie aleje roz­dzie­la­jące labi­rynty wąskich uli­czek mię­dzy powy­krzy­wia­nymi, pseu­do­or­ga­nicz­nymi budyn­kami. Nad wszyst­kim wzno­siła się Zuma Rock, wysoki cha­rak­te­ry­styczny ele­ment mia­sta. Pył i popiół mogły pobru­dzić kamień, ale nie zdo­łały go zmie­nić. Rodzinne mia­sto Nono, miej­sce, w któ­rym dora­stała i gdzie spro­wa­dziła swą nie­wielką rodzinę po zakoń­cze­niu przy­gód. Jej dom spo­koj­nej sta­ro­ści.

Roze­śmiała się gorzko, ze śmie­chem prze­cho­dzą­cym w kaszel.

Ośrod­kiem pomocy była fur­go­netka zapar­ko­wana na skraju parku. Na boku miała wyma­lo­waną koni­czynę, logo farmy hydro­po­nicz­nej. Nie ONZ, nawet nie lokal­nej admi­ni­stra­cji. Potrzeba szyb­kiego dzia­ła­nia w zaist­nia­łej sytu­acji spra­wiła, że zatarły się gra­nice pomię­dzy poszcze­gól­nymi war­stwami biu­ro­kra­cji. Wie­działa, że powinna czuć wdzięcz­ność, bo były takie miej­sca, gdzie fur­go­netki nie docie­rały.

Popiół zbity z pyłem pokry­wał sko­rupą łagodne pagórki, na któ­rych wcze­śniej rosła trawa. Miej­scami widać było nie­równe pęk­nię­cia i rowy podobne do śla­dów olbrzy­mich węży w miej­scach, gdzie dzieci mimo wszystko pró­bo­wały się bawić, ale teraz nikt po nich nie zjeż­dżał. Two­rzyła się tylko kolejka. Zajęła w niej swoje miej­sce. Pozo­stali cze­ka­jący mieli takie same, puste spoj­rze­nia. Szok, wyczer­pa­nie i głód. Oraz pra­gnie­nie. W dziel­nicy mię­dzy­na­ro­do­wej znaj­do­wały się duże enklawy Nor­we­gów i Wiet­nam­czy­ków, ale nie­za­leż­nie od koloru skóry i wło­sów, pył i kata­strofa uczy­niły z nich jedno ple­mię.

Z boku fur­go­netki otwo­rzyły się drzwi i kolejka poru­szyła się w ocze­ki­wa­niu. Racje na kolejny tydzień, choćby mizerne. Gdy zbli­żała się jej kolej, Nono poczuła ukłu­cie wstydu. Całe życie, aż do tego momentu, prze­szła bez potrzeby korzy­sta­nia z pod­sta­wo­wego utrzy­ma­nia. Była jedną z osób, które poma­gały innym, nie kimś, kto potrze­bo­wał wspar­cia. Tyle że teraz go potrze­bo­wała.

Dotarła na czoło kolejki. Widziała już wcze­śniej męż­czy­znę wyda­ją­cego paczki. Miał sze­roką twarz, brą­zową z czar­nymi pie­gami. Zapy­tał ją o adres, odpo­wie­działa. Chwilę póź­niej, grze­biąc w sto­sie pude­łek, wyćwi­czo­nym gestem podał jej białe pla­sti­kowe opa­ko­wa­nie, które od niego przy­jęła. Wyda­wało się nie­sa­mo­wi­cie lek­kie. Spoj­rzał jej w oczy dopiero, gdy nie ode­szła.

- Mam żonę - powie­działa Namono. - I córkę.

W jego oczach poja­wił się błysk zło­ści, twardy jak ude­rze­nie.

- Jeśli zdo­łają przy­śpie­szyć wzrost zboża albo przy­wo­łać ryż z powie­trza, to nam je przy­ślą. A na razie zatrzy­mu­jesz kolejkę.

Poczuła, jak w oczach zbie­rają jej się pie­kące łzy.

- Jeden na rodzinę - wark­nął męż­czy­zna. - Odejdź.

- Ale...

- Odejdź! - krzyk­nął, strze­la­jąc jej pal­cami przed nosem. - Za tobą cze­kają inni.

Ode­szła, sły­sząc, jak mam­ro­cze pod nosem coś obe­lży­wego. Łez nie było dużo, led­wie tyle, by zdą­żyła szybko je wycie­rać, za to bar­dzo pie­kły.

Wci­snęła sobie pudełko pod pachę i gdy tylko jej wzrok odzy­skał ostrość na tyle, by mogła widzieć, opu­ściła głowę i ruszyła do domu. Nie mogła tu zostać, bo byli ludzie bar­dziej zde­spe­ro­wani lub o słab­szych zasa­dach moral­nych, cze­kali na rogach i w drzwiach na oka­zję, by ukraść nie­ostroż­nym fil­try do wody i żyw­ność. Jeśli nie będzie szła ener­gicz­nie, mogą ją uznać za ofiarę. Przez kilka prze­cznic jej wygło­dzony i wyczer­pany umysł zaba­wiał się fan­ta­zjami walki ze zło­dzie­jami. Jakby oczysz­cze­nie w prze­mocy mogło w jakiś spo­sób zapew­nić jej spo­kój.

Wycho­dząc z miesz­ka­nia, obie­cała Annie, że w dro­dze do domu wstąpi do sta­rego Gina i upewni się, że sta­ru­szek wybrał się do fur­go­netki z pomocą, ale gdy dotarła do wła­ści­wego zakrętu, poszła dalej pro­sto. Zmę­cze­nie wżarło się już głę­boko w jej kości i wizja pod­pie­ra­nia sta­ruszka i cze­ka­nia z nim w kolejce zde­cy­do­wa­nie prze­ra­stała jej moż­li­wo­ści. Powie, że zapo­mniała, co będzie pra­wie prawdą.

Na łuku pro­wa­dzą­cym z sze­ro­kiej alei do śle­pej uliczki, przy któ­rej stał ich dom, odkryła, że pełne prze­mocy fan­ta­zje w jej gło­wie ule­gły zmia­nie. Ludzie, któ­rych bicie sobie wyobra­żała, aż prze­pro­szą i będą bła­gać o wyba­cze­nie, nie byli zło­dzie­jami, a pie­go­wa­tym męż­czy­zną z fur­go­netki. Jeśli zdo­łają przy­śpie­szyć wzrost zboża. Co to w ogóle miało zna­czyć? Żar­to­wał sobie o uży­wa­niu ich ciał jako nawozu? Ośmie­lił się gro­zić jej rodzi­nie? Za kogo on się, u dia­bła, uwa­żał?

"Nie", głos w jej gło­wie zabrzmiał tak wyraź­nie, jakby Anna zro­biła to oso­bi­ście. "Nie, był zły, ponie­waż chciał pomóc, zro­bić coś wię­cej, ale nie mógł. Świa­do­mość, że to, co dajesz, nie wystar­cza, też jest cię­ża­rem. To wszystko. Wybacz mu".

Namono wie­działa, że powinna, ale nie potra­fiła.

Ich dom był mały: sześć pokoi ści­śnię­tych razem jak mokry piach zgnie­ciony dło­nią dziecka. Nic tu nie było równe, żaden kąt nie był pro­sty. Nada­wało to prze­strzeni wra­że­nie cze­goś natu­ral­nego, bar­dziej jaskini lub groty niż budynku wznie­sio­nego przez ludzi. Zatrzy­mała się na chwilę przed otwar­ciem drzwi, pró­bu­jąc oczy­ścić myśli. Zacho­dzące słońce scho­wało się za Zuma Rock, a pył i dym w powie­trzu zdra­dzały, gdzie prze­bi­jały się przez nie sze­ro­kie pro­mie­nie. Wyglą­dało to tak, jakby kamień ota­czała aure­ola. A na ciem­nie­ją­cym nie­bie poja­wiła się jasna iskra. Wenus. Dziś w nocy może będzie widać gwiazdy. Chwy­ciła się tej myśli jak sza­lupy na morzu. Mogą być gwiazdy.

W środku dom był czy­sty. Dywany wytrze­pano, ceglane pod­łogi zamie­ciono. Powie­trze pach­niało bzem dzięki małej świeczce zapa­cho­wej - pre­zent od jed­nego z para­fian Anny. Namono starła resztki łez. Mogła uda­wać, że zaczer­wie­nie­nie oczu to efekt powie­trza na zewnątrz. Nawet jeśli jej nie uwie­rzą, to mogą uda­wać, że uwie­rzyły.

- Halo? - zawo­łała. - Jest ktoś w domu?

Z sypialni na tyłach wybie­gła z piskiem Nami, pla­ska­jąc bosymi sto­pami po cegłach. Jej mała dziew­czynka nie była już taka mała, się­gała jej pra­wie pod pachę. I do ramie­nia Anny. Znik­nęła łagodna pulch­ność dziecka i zaczy­nała się przez nią prze­bi­jać nie­zręczna uroda nasto­latki. Skórę miała nie­wiele jaśniej­szą niż Nono, a włosy gęste i skrę­cone, ale uśmie­chała się jak Rosjanka.

- Wró­ci­łaś!

- Oczy­wi­ście, że tak - potwier­dziła Nono.

- Co mamy?

Namono wyjęła spod pachy białe opa­ko­wa­nie i wci­snęła je w dło­nie córki. Nachy­liła się do niej z uśmie­chem spra­wia­ją­cym wra­że­nie współ­udziału.

- Może sama spraw­dzisz, a potem mi powiesz?

Nami odpo­wie­działa sze­ro­kim uśmie­chem i popę­dziła do kuchni, jakby fil­try do wody i szybko rosnący owies były naj­lep­szym moż­li­wym pre­zen­tem. Dziew­czyna miała w sobie olbrzy­mie pokłady szcze­rego entu­zja­zmu, ale jej zacho­wa­nie po czę­ści wyni­kało też z chęci dowie­dze­nia mat­kom, że nic jej nie jest, że nie muszą się o nią mar­twić. Tak wiele ich siły - wspól­nej dla całej rodziny - brało się z prób zapew­nie­nia sobie wza­jem­nie ochrony. Nie wie­działa, czy tak jest lepiej, czy gorzej.

Anna leżała na łóżku w sypialni, z roz­ło­żo­nym obok gru­bym tomem znie­kształ­co­nym od wie­lo­krot­nego czy­ta­nia. Wojna i pokój. Miała sza­rawą, wymi­ze­ro­waną skórę. Nono usia­dła przy niej ostroż­nie, kła­dąc dłoń na odsło­nię­tej skó­rze uda żony tuż nad zmiaż­dżo­nym kola­nem. Skóra nie była już gorąca ani nacią­gnięta jak na bęb­nie. To musiał być dobry znak.

- Dzi­siaj widzia­łam błę­kitne niebo - ode­zwała się Nono. - W nocy mogą się poja­wić gwiazdy.

Anna posłała jej swój rosyj­ski uśmiech, taki sam, jaki jej geny prze­ka­zały Nami.

- To bar­dzo dobrze. Jest jakaś poprawa.

- Bóg wie, że mamy mnó­stwo miej­sca na poprawę - odpo­wie­działa Namono, od razu żału­jąc nega­tyw­nego nasta­wie­nia w gło­sie. Spró­bo­wała je zła­go­dzić, ujmu­jąc dłoń Anny. - Ty też lepiej wyglą­dasz.

- Dzi­siaj nie mia­łam gorączki - potwier­dziła Anna.

- W ogóle?

- No, tylko nie­wielką.

- Wielu mia­łaś gości? - spy­tała, sta­ra­jąc się utrzy­mać lekki ton.

Para­fia­nie Anny bar­dzo prze­jęli się jej wypad­kiem, zapew­niali róż­nego rodzaju pomoc i ofe­ro­wali wspar­cie tak czę­sto, że Anna nie miała szansy na odpo­czy­nek. Namono w końcu tup­nęła i ich ode­słała. Anna prze­waż­nie pozwa­lała im na wizyty, ponie­waż powstrzy­my­wało to też jej trzódkę przed odda­wa­niem zaopa­trze­nia, bez któ­rego by sobie nie pora­dzili.

- Wstą­pił Amiri - przy­znała Anna.

- Doprawdy? I czego chciał mój kuzyn?

- Orga­ni­zu­jemy jutro krąg modli­tewny, tylko kil­ka­na­ście osób. Nami pomo­gła przy­go­to­wać fron­towy pokój. Wiem, że powin­nam była cię naj­pierw zapy­tać, ale...

Anna kiw­nęła głową w stronę nabrzmia­łej, opuch­nię­tej nogi, jakby jej nie­zdol­ność do sta­nię­cia za kazal­nicą była naj­gor­szym, co jej się przy­tra­fiło. I może tak było.

- Jeśli masz dość sił - powie­działa Namono.

- Prze­pra­szam.

- Wyba­czam ci. Znowu. Zawsze.

- Jesteś dla mnie dobra, Nono. - A potem cicho, żeby nie usły­szała jej Nami. - Kiedy cię nie było, ogło­szono alarm.

Namono zamarło serce.

- Gdzie ude­rzy?

- Ni­gdzie. Prze­chwy­cili go, ale...

Cisza nio­sła całe zna­cze­nie. Ale był kolejny. Kolejny kamień rzu­cony w dół studni gra­wi­ta­cyj­nej, w stronę deli­kat­nych pozo­sta­ło­ści Ziemi.

- Nie mówi­łam Nami - wyznała Anna, jakby ochrona ich dziecka przed stra­chem była kolej­nym grze­chem wyma­ga­ją­cym wyba­cze­nia.

- Nic nie szko­dzi - odparła Namono. - Ja to zro­bię, jeśli będzie trzeba.

- Jak radzi sobie Gino?

"Zapo­mnia­łam" wylą­do­wało już na końcu języka Namono, ale nie potra­fiła skła­mać. Może mogła to zro­bić sobie, ale nie pozwa­lały na to czy­ste oczy Anny.

- Za chwilę do niego pójdę.

- To ważne - przy­po­mniała Anna.

- Wiem, po pro­stu jestem taka zmę­czona...

- Dla­tego wła­śnie to takie ważne - potwier­dziła Anna. - W cza­sach kry­zysu natu­ral­nie się do sie­bie zbli­żamy. Wtedy to łatwe. Dopiero gdy wszystko się prze­ciąga, musimy się wysi­lić. Musimy dopil­no­wać, żeby wszy­scy widzieli, że jeste­śmy w tym razem.

Chyba że nad­leci kolejny kamień, któ­rego flota nie zła­pie na czas. Chyba że farmy hydro­po­niczne prze­staną dzia­łać pod aktu­al­nym obcią­że­niem i wszy­scy zostaną bez jedze­nia. Chyba że zawiodą recy­klery wody. Chyba że sta­nie się jedna z tysiąca rze­czy, z któ­rych każda ozna­czała śmierć.

Dla Anny nawet to nie byłoby porażką. Przy­naj­mniej tak długo, jak długo byliby wszy­scy dla sie­bie dobrzy i mili. Jeśli z życz­li­wo­ścią poma­ga­liby sobie wza­jem­nie wejść do gro­bów, Anna uzna­łaby, że postę­puje zgod­nie z powo­ła­niem. Może miała rację.

- Oczy­wi­ście - zapew­niła Namono. - Chcia­łam po pro­stu naj­pierw przy­nieść tu zapasy.

Chwilę póź­niej do pokoju wpa­dła Nami, z recy­kle­rem wody w ręce.

- Patrz­cie! Kolejny cudowny tydzień picia oczysz­czo­nych sików i brud­nej desz­czówki! - oznaj­miła z uśmie­chem, a Namono po raz milio­nowy ude­rzyło, jak ide­al­nym połą­cze­niem swo­ich matek jest ta dziew­czynka.

Resztę pakietu sta­no­wiły gotowe do goto­wa­nia bry­kiety owsiane, paczuszki cze­goś, co według napi­sów po chiń­sku i w hindi było gula­szem z kur­czaka, oraz garść table­tek. Wita­miny dla całej rodziny, środki prze­ciw­bó­lowe dla Anny. Przy­naj­mniej coś.

Namono sie­działa z żoną, trzy­ma­jąc ją za rękę, aż powieki Anny zaczęły opa­dać, a jej policzki przy­brały miękki wygląd świad­czący o nad­cho­dzą­cym śnie. Za oknem sza­rzały resztki czer­wieni zachodu. Ciało Anny się roz­luź­niło, ustą­piło napię­cie ramion. Wygła­dziły się zmarszczki na czole. Anna nie narze­kała, ale ból rany i obcią­że­nie nagłego oka­le­cze­nia łączyły się z dzie­lo­nym przez nie obie stra­chem. Miło było zoba­czyć, jak to wszystko ustę­puje, choćby na chwilę. Anna zawsze była ładną kobietą, ale pod­czas snu robiła się piękna.

Nono wstała od łóżka dopiero, gdy oddech jej żony zro­bił się równy i głę­boki. Była już pra­wie przy drzwiach, gdy zabrzmiał roze­spany głos Anny.

- Nie zapo­mnij o Gino.

- Wła­śnie tam idę - zapew­niła cicho Nono, a oddech Anny wró­cił do rytmu snu.

- Mogę iść z tobą? - zapy­tała Nami, gdy Nono pod­cho­dziła do drzwi miesz­ka­nia. - Ter­mi­nale znowu nie dzia­łają i nie mam tu nic do zro­bie­nia.

Przez głowę Nono prze­mknęło "tam jest zbyt nie­bez­piecz­nie" oraz "mama może cię potrze­bo­wać", ale w oczach córki kryło się tyle nadziei.

- Tak, ale załóż buty.

Marsz do Gina był jak taniec w cie­niach. Panele sło­neczne oświe­tle­nia awa­ryj­nego zła­pały dość świa­tła, by połowa mija­nych domów jarzyła się słabo od środka. Nie­wiele bar­dziej niż od świa­tła świecy, ale i tak było lepiej niż wcze­śniej. Samo mia­sto wciąż było czarne. Żad­nych ulicz­nych latarni, bla­sku wie­żow­ców, tylko kilka jaśniej­szych punk­tów wzdłuż orga­nicz­nej krzy­wi­zny arko­lo­gii na połu­dniu.

Namono dopa­dło żywe wspo­mnie­nie z cza­sów, gdy była młod­sza od swo­jej córki teraz i po raz pierw­szy leciała na Lunę. Jaskra­wość gwiazd i urze­ka­jąca uroda Drogi Mlecz­nej. Nawet z pyłem wciąż uno­szą­cym się w powie­trzu nad nimi, teraz widać było w górze wię­cej gwiazd niż w cza­sach, gdy ukry­wał je blask miej­skich świa­teł. Błysz­czał też srebrny pół­księ­życ Luny z roz­cią­gnię­tymi w czerni paję­czy­nami świa­teł. Ujęła dłoń córki.

Palce dziew­czyny wyda­wały się takie grube i solidne w porów­na­niu z tym, jakie były kie­dyś. Dora­stała. Nie była już ich małą dziew­czynką. Miały tak wiele pla­nów wspól­nego podró­żo­wa­nia i nauki na uni­wer­sy­te­cie. Teraz wszyst­kie prze­pa­dły. Znik­nął świat, dla któ­rego spo­dzie­wały się ją wycho­wać. Poczuła ukłu­cie winy, jakby mogła coś zro­bić, żeby nie dopu­ścić do tego wszyst­kiego. Jakby to w jakiś spo­sób było jej winą.

W pogłę­bia­ją­cym się mroku roz­brzmie­wały głosy, choć nie było ich tak wiele jak wcze­śniej. Wcze­śniej ta oko­lica tęt­niła boga­tym życiem noc­nym. Puby, uliczni arty­ści i ostra, modna ostat­nio grze­cho­tliwa muzyka, wyle­wa­jąca się stru­mie­niami na ulice. Teraz ludzie spali w ciem­no­ści i wsta­wali wraz ze słoń­cem. Poczuła woń goto­wa­nego jedze­nia. Dziwne było to, że nawet goto­wany owies mógł się koja­rzyć z kom­for­tem. Miała nadzieję, że stary Gino poszedł do fur­go­netki albo że zro­bił to za niego jeden z para­fian Anny, bo ina­czej Anna będzie nale­gać, żeby oddać mu część ich żyw­no­ści, a Namono jej na to pozwoli.

Ale jesz­cze do tego nie doszło, nie trzeba się źle nasta­wiać. I tak miała za dużo na swo­ich bar­kach. Kiedy dotarły do skrzy­żo­wa­nia z uliczką sta­rego Gina, zga­sły ostat­nie resztki świa­tła słońca. Jedy­nym śla­dem dal­szego ist­nie­nia Zuma Rock był ciem­niej­szy mrok, który uno­sił się na tysiące metrów nad mia­stem. Sama zie­mia wyzy­wa­jąco wzno­sząca pięść ku niebu.

- Och - ode­zwała się Nami. Nawet nie było to słowo, a wcią­gnię­cie powie­trza. - Widzia­łaś to?

- Co takiego? - zapy­tała Namono.

- Spa­da­jąca gwiazda. Tam jest następna. Patrz!

Fak­tycz­nie, pośród miga­ją­cych gwiazd poja­wiła się na chwilę smuga świa­tła. A potem następna. Kiedy tak stały, trzy­ma­jąc się za ręce, zoba­czyły jesz­cze kilka. Potrze­bo­wała całej siły woli i opa­no­wa­nia, by nie wepchnąć córki pod osłonę naj­bliż­szych drzwi i nie pró­bo­wać jej zasło­nić. Ogło­szono alarm, ale pozo­sta­ło­ści floty ONZ prze­chwy­ciły ten głaz. Smugi mknące przez górną atmos­ferę mogły nawet nie być jego pozo­sta­ło­ściami. Ale nie można było wyklu­czyć takiej moż­li­wo­ści.

Tak czy siak, spa­da­jące gwiazdy kie­dyś były czymś pięk­nym, nie­win­nym. Nie teraz. Nie dla niej, nie dla nikogo na Ziemi. Każda jaskrawa smuga była szep­tem śmierci. Sykiem poci­sku. Przy­po­mnie­niem gło­śnym jak głos. "To wszystko może prze­paść i nie zdo­ła­cie tego powstrzy­mać".

Kolejna smuga, jasna jak pro­mień latarki, zakoń­czona cichą kulą ognia wiel­ko­ści jej paznok­cia.

- Ten był duży - sko­men­to­wała Nami.

Nie, pomy­ślała Namono. Wcale nie był.

Rozdział pierwszy

Pa

- Nie macie do tego pie­przo­nego prawa! - wykrzyk­nął nie po raz pierw­szy wła­ści­ciel Horn­blo­wera. - Pra­co­wa­li­śmy na to, co mamy. Jest nasze.

- Już to prze­ra­bia­li­śmy, pro­szę pana - odpo­wie­działa Michio Pa, kapi­tan Con­nau­ghta. - Pań­ski sta­tek i jego ładu­nek zostają prze­jęte z roz­kazu Wol­nej Floty.

- Te wasze bzdury o pomocy? Jeśli Pasia­rze potrze­bują zaopa­trze­nia, to niech je sobie kupią. Moje jest moje.

- To wszystko jest potrzebne. Gdyby pan postą­pił zgod­nie z roz­ka­zami...

- Strze­li­li­ście do nas! Znisz­czy­li­ście nam dyszę sil­nika!

- Pró­bo­wał pan przed nami ucie­kać. Pań­scy pasa­że­ro­wie i załoga...

- Wolna Flota, do chuja pana! Jeste­ście zło­dzie­jami. Pira­tami.

Sie­dzący z jej lewej strony Evans - pierw­szy ofi­cer i naj­now­szy czło­nek rodziny - sap­nął, jakby został ude­rzony. Michio zer­k­nęła na niego i napo­tkała spoj­rze­nie jego błę­kit­nych oczu. Uśmiech­nął się: białe zęby i zbyt przy­stojna twarz. Był ładny i dobrze o tym wie­dział. Michio wyci­szyła mikro­fon, pozwa­la­jąc, by stru­mień obelg wyle­wał się z Horn­blo­wera bez jej udziału i kiw­nęła do niego głową. "O co cho­dzi?".

Evans wska­zał kon­solę kciu­kiem.

- Tyle zło­ści - rzu­cił. - Rzuca się, jak­by­śmy zra­nili uczu­cia bied­nego coyo.

- Bądź poważny - odpo­wie­działa Michio, choć z uśmie­chem.

- Jestem poważny. Fragé bist.

- Ty? Wraż­liwy?

- W głębi serca - zapew­nił Evans, przy­ci­ska­jąc dłoń do umię­śnio­nej piersi. - Mały chło­piec, ja.

W gło­śni­kach wła­ści­ciel Horn­blo­wera na­dal pie­klił się, rzu­ca­jąc wyzwi­skami. Według niego Pa była zło­dziejką, kurwą i osobą, któ­rej nie obcho­dziło, czyje dzieci zginą, byle tylko dostała swoją wypłatę. Gdyby był jej ojcem, prę­dzej by ją zabił, niż pozwo­lił tak zbez­cze­ścić rodowe nazwi­sko. Evans zachi­cho­tał.

Wbrew sobie Michio też się roze­śmiała.

- Wiesz, że twój akcent przy­biera na sile, gdy flir­tu­jesz?

- Ow­szem - potwier­dził Evans. - Sta­no­wię zło­żone połą­cze­nie uczuć i występ­ków. Ale udało mi się odcią­gnąć twoją uwagę od niego. Zaczy­na­łaś tra­cić pano­wa­nie.

- Jesz­cze go nie stra­ci­łam - rzu­ciła, a potem z powro­tem włą­czyła mikro­fon. - Pro­szę pana. Pro­szę pana! Czy możemy się przy­naj­mniej zgo­dzić, że jestem piratką, która ofe­ruje zamknię­cie pana w pań­skiej kabi­nie na czas podróży do Kali­sto, cho­ciaż mogła­bym wyrzu­cić pana w kosmos? Może być?

W odbior­niku na chwilę zapa­no­wała pełna obu­rze­nia cisza, a potem z gło­śnika dobiegł ryk furii, z któ­rego wyło­niły się zwroty w rodzaju "wypiję twoją pie­przoną pasiar­ską krew" oraz "zabiję cię, jeśli spró­bu­jesz". Michio unio­sła trzy palce. Z dru­giej strony mostka Oksana Busch mach­nęła ręką w potwier­dze­niu i stuk­nęła przy­ci­ski ste­ro­wa­nia uzbro­je­niem.

Con­nau­ght nie był pasiar­skim okrę­tem. Przy­naj­mniej pier­wot­nie. Został zbu­do­wany przez flotę Mar­sjań­skiej Repu­bliki Kon­gre­so­wej i wypo­sa­żono go w róż­no­rodne eks­perc­kie sys­temy bojowe i tech­niczne. Prze­by­wali na jego pokła­dzie już pra­wie od roku, z początku szko­ląc się w tajem­nicy, a potem nad­szedł dzień, gdy popro­wa­dzili go do boju. Teraz Michio przy­glą­dała się na moni­to­rze, jak Con­nau­ght iden­ty­fi­kuje sześć punk­tów na uno­szą­cym się frach­towcu; w namie­rzo­nych miej­scach stru­mień poci­sków z dzia­łek obrony punk­to­wej prze­bije kadłub. Włą­czyły się lasery celow­ni­cze, oświe­tla­jąc Horn­blo­wera. Michio cze­kała. Uśmiech Evansa zro­bił się mniej pewny sie­bie. Wyraź­nie nie miał ochoty na zabi­ja­nie cywili. Szcze­rze mówiąc, Michio też wola­łaby tego unik­nąć, ale Horn­blo­wer nie miał szans na odby­cie swo­jej podróży przez wrota i do obcych pla­net, które jego pasa­że­ro­wie zamie­rzali sko­lo­ni­zo­wać. Teraz nego­cja­cje spro­wa­dzały się już tylko do warun­ków kapi­tu­la­cji.

- Mam wystrze­lić, bos­smang? - zapy­tała Busch.

- Jesz­cze nie - odparła Michio. - Ale uwa­żaj na sil­nik. Jeśli spró­bują go włą­czyć, strze­laj.

- Jeśli spró­bują go odpa­lić z tą uszko­dzoną dyszą, rów­nie dobrze możemy sobie oszczę­dzić amu­ni­cję - sko­men­to­wała szy­der­czo Busch.

- Ludzie liczą na ten ładu­nek.

- Ja savvy - potwier­dziła Busch. - Wciąż nie akty­wują - dodała po chwili.

Z trza­skiem obu­dziło się radio, potem dobie­gło z niego coś jesz­cze. Na dru­gim statku ktoś krzy­czał, ale nie do niej. Potem zabrzmiał inny głos, cały chór wza­jem­nie prze­krzy­ku­ją­cych się osób. Gło­śny wystrzał z pisto­letu, dźwięki ataku spłasz­czone i uniesz­ko­dli­wione przez gło­śniki.

Roz­legł się nowy głos.

- Con­nau­ght? Jeste­ście tam?

- Cze­kamy - potwier­dziła Michio. - Z kim roz­ma­wiam?

- Nazy­wam się Ser­gio Plant - przed­sta­wił się czło­wiek po dru­giej stro­nie. - Peł­nię obo­wiązki kapi­tana Horn­blo­wera. Ofe­ruję pod­da­nie się, tylko niech nikomu nie sta­nie się krzywda, dobra?

Evans wyszcze­rzył się do niej z rado­ścią i ulgą.

- Besse pana sły­szeć, kapi­ta­nie Plant - odpo­wie­działa Michio. - Przyj­muję pań­skie warunki. Pro­szę się przy­go­to­wać do abor­dażu.

Roz­łą­czyła się.

***

Zda­niem Michio histo­ria była długą serią nie­spo­dzia­nek, które z per­spek­tywy czasu wyda­wały się nie­unik­nione. A to, co było prawdą dla naro­dów, pla­net i potęż­nych orga­ni­zmów kor­po­ra­cyjno-pań­stwo­wych, doty­czyło też pomniej­szych losów kobiet i męż­czyzn. Jak w górze, tak na dole. Co doty­czyło SPZ, Ziemi i Mar­sjań­skiej Repu­bliki Kon­gre­so­wej, było też prawdą dla Oksany Busch, Evansa Gar­nera-Choi i Michio Pa. Wła­ści­wie to wszyst­kich żyją­cych i pra­cu­ją­cych na Con­nau­gh­cie i jego bliź­nia­czych jed­nost­kach. Drobne oso­bi­ste histo­rie załogi Con­nau­ghta wyda­wały się mieć więk­sze zna­cze­nie wyłącz­nie z powodu tego, gdzie sie­działa, czym dowo­dziła i za sprawą obcią­że­nia, jakim było zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa kobie­tom i męż­czy­znom jej załogi oraz dopil­no­wa­nie, by zna­leźli się po wła­ści­wej stro­nie histo­rii.

Dla niej pierw­szą nie­spo­dzianką z wielu było sta­nie się ele­men­tem zbroj­nego ramie­nia Pasa. Jako młoda kobieta spo­dzie­wała się zostać inży­nierką lub admi­ni­stra­torką na jed­nej z dużych sta­cji. I może tak by się stało, gdyby oka­zy­wała tro­chę więk­sze zami­ło­wa­nie do mate­ma­tyki. Prze­bi­jała się przez uni­wer­sy­tet, bo sądziła, że tak powinna zro­bić, i zawio­dła, ponie­waż mogła zro­bić to z hono­rem. Poczuła wstrząs po ode­bra­niu wia­do­mo­ści, że została skre­ślona z listy stu­den­tów. Z per­spek­tywy czasu było to oczy­wi­ste. Szkło powięk­sza­jące histo­rii.

Lepiej paso­wała do SPZ, a przy­naj­mniej do tego odłamu, do któ­rego przy­stą­piła. W ciągu pierw­szego mie­siąca stało się jasne, że Sojusz Pla­net Zewnętrz­nych jest nie tyle zjed­no­czoną biu­ro­kra­cją rewo­lu­cji, co swego rodzaju fran­czy­zową marką przyj­mo­waną przez oby­wa­teli Pasa, któ­rzy uwa­żali, że coś takiego powinno ist­nieć. Kolek­tyw Vol­ta­ire uwa­żał się za SPZ, ale to samo doty­czyło grupy Freda John­sona z bazą na sta­cji Tycho. Ander­son Dawes peł­nił funk­cję guber­na­tora Ceres pod zna­kiem roze­rwa­nego kręgu, a Zig Ochoa zwal­czała go pod tą samą flagą.

Michio przez lata wyra­biała sobie opi­nię kobiety z karierą woj­skową, choć w głębi duszy dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że struk­tura dowo­dze­nia była bar­dzo płynna. Z tego też powodu zda­rzało się jej, że odru­chowo bro­niła wła­dzy - jej wła­dzy nad pod­wład­nymi oraz wła­dzy prze­ło­żo­nych nad nią. Dzięki temu wła­śnie wylą­do­wała na fotelu pierw­szej ofi­cer Behe­mota, co z kolei zapro­wa­dziło ją do powol­nej strefy, gdy ludz­kość po raz pierw­szy prze­kro­czyła wrota, dosta­jąc się do prze­strzeni kon­tro­lu­ją­cej odzie­dzi­czone przez nich impe­rium tysiąca trzy­stu ukła­dów gwiezd­nych. To wła­śnie zabiło jej uko­chaną, Sam Rosen­berg. Po tam­tych wyda­rze­niach jej wiara w struk­tury dowo­dze­nia zna­cząco osła­bła.

Co z per­spek­tywy czasu znowu wydało się oczy­wi­ste.

Jeśli cho­dzi o dru­gie zasko­cze­nie, nie potra­fiła go pre­cy­zyj­nie okre­ślić. Zbio­rowe mał­żeń­stwo, rekru­ta­cja przez Marco Ina­rosa, a może prze­ję­cie dowo­dze­nia nad nowym stat­kiem i jego rewo­lu­cyjną misją w Wol­nej Flo­cie. Punk­tów zwrot­nych w życiu czło­wieka było wię­cej niż zia­ren pia­sku na pustyni i nie każdy był oczy­wi­sty, nawet w retro­spek­ty­wie.

***

- Oddział abor­da­żowy gotowy - oznaj­mił Car­mondy gło­sem spłasz­czo­nym przez mikro­fon ska­fan­dra. - Mamy doko­nać prze­bi­cia?

Jako dowódca oddziału sztur­mo­wego tech­nicz­nie Car­mondy nie pod­le­gał bez­po­śred­nio Michio, ale uznał jej auto­ry­tet zaraz po wej­ściu na pokład ze swo­imi ludźmi. Przez kilka lat miesz­kał na Mar­sie, nie był człon­kiem gru­po­wego mał­żeń­stwa two­rzą­cego rdzeń załogi Con­nau­ghta i miał w sobie dość pro­fe­sjo­na­li­zmu, by zaak­cep­to­wać wła­sny sta­tus out­si­dera. Lubiła go przy­naj­mniej za to.

- Pozwólmy im być mili - odpo­wie­działa Michio. - Jeśli zaczną do nas strze­lać, zrób, co będzie trzeba.

- Savvy - potwier­dził Car­mondy, a potem prze­łą­czył kanały.

Oba statki uno­siły się teraz w nie­waż­ko­ści, więc nie mogła się roz­siąść w swo­jej pry­czy prze­cią­że­nio­wej. A zro­bi­łaby to, gdyby tylko się dało.

Kiedy nade­szła wia­do­mość, że Wolna Flota przej­muje kon­trolę nad Ukła­dem, a pier­ścień wrót zostaje zamknięty dla ruchu, statki kolo­ni­za­cyjne lecące w stronę nowych pla­net po dru­giej stro­nie sta­nęły przed wybo­rem. Pod­dać się i prze­ka­zać swoje zasoby do roz­pro­wa­dze­nia na sta­cje i statki, które ich naj­bar­dziej potrze­bo­wały, dzięki czemu mogli zacho­wać swoje jed­nostki, albo ucie­kać, a wtedy je stracą.

Horn­blo­wer - jak Bóg wie ile innych jed­no­stek - doko­nał kal­ku­la­cji i zde­cy­do­wał, że ryzyko jest warte nagrody. Wyłą­czyli trans­pon­der, obró­cili statki i ruszyli peł­nym cią­giem, krótko. Potem znowu obrót, ciąg, obrót, ciąg. Nazy­wali to Hotaru. Stra­te­gia świe­ce­nia dyszą z sil­nika tylko przez chwilę, a potem lot bez żad­nych emi­sji w nadziei, że bez­miar prze­strzeni ukryje ich do czasu zmiany sytu­acji poli­tycz­nej. Statki miały dość żyw­no­ści i zapa­sów, by utrzy­mać kolo­ni­stów przez wiele lat. Układ był tak wielki, że jeśli uda im się unik­nąć wykry­cia na samym początku, zna­le­zie­nie ich póź­niej mogło potrwać całe dzie­się­cio­le­cia.

Nie­stety, gazy wylo­towe z sil­nika Horn­blo­wera zostały wykryte przez tele­skopy Wol­nej Floty na Gani­me­de­sie i Tyta­nie. Naj­bar­dziej nie podo­bało jej się to, że pościg zabrał ich poza płasz­czy­znę eklip­tyki. Zde­cy­do­wana więk­szość helios­fery roz­cią­gała się powy­żej i poni­żej cien­kiego dysku, w któ­rego obrę­bie mie­ściły się orbity pla­net i pasa aste­roid. Michio żywiła prze­sądną nie­chęć do tych otchłani, olbrzy­miej pustki, która, w jej umy­śle, uno­siła się nad i pod ludzką cywi­li­za­cją.

Pier­ścień wrót i nie­rze­czy­wi­sta prze­strzeń po jego dru­giej stro­nie mogły być dziw­niej­sze - były dziw­niej­sze - ale jej nie­po­kój doty­czący lotów poza eklip­tyką naro­dził się, gdy była jesz­cze dziec­kiem. Był ele­men­tem jej oso­bi­stej mito­lo­gii, zwia­stu­nem nie­szczę­ścia.

Usta­wiła moni­tor na wyświe­tla­nie obra­zów z kamer oddziału abor­da­żo­wego i włą­czyła łagodną muzykę. Horn­blo­wer oglą­dany rów­no­cze­śnie z dwu­dzie­stu per­spek­tyw przy akom­pa­nia­men­cie koją­cych harf i bęben­ków. W ślu­zie stał ciem­no­skóry Zie­mia­nin z sze­roko roz­sta­wio­nymi rękami. Patrzyło na niego sześć kamer z widocz­nymi lufami broni. Pozo­stali się prze­su­nęli, roz­glą­da­jąc się za ruchem na obrze­żach lub nad­cho­dzą­cym spoza statku. Męż­czy­zna się­gnął do góry i użył uchwytu do odwró­ce­nia się, wycią­ga­jąc ręce za plecy do nało­że­nia kaj­da­nek. Jego ruchy świad­czyły o tym, że kapi­tan Plant - czy kto­kol­wiek to był - bywał już zatrzy­my­wany przez poli­cję.

Oddział abor­da­żowy ruszył w głąb statku, ostroż­nie prze­miesz­cza­jąc się gru­pami przez kory­ta­rze. Ruch na ekra­nie powią­zany z posta­cią widoczną na innym obra­zie. Załogę Horn­blo­wera zastali cze­ka­jącą kar­nie rzę­dami w kam­bu­zie, z rękami wycią­gnię­tymi w goto­wo­ści na los przy­go­to­wany im przez Con­nau­ghta. Nawet w bar­dzo małych okien­kach kamer widziała lśniącą powłokę łez roz­cho­dzą­cych się po twa­rzach poszcze­gól­nych poj­ma­nych. Maski żalu z soli fizjo­lo­gicz­nej i napię­cia powierzch­nio­wego.

- Nic im nie będzie - ode­zwał się Evans. - Esá? To twoje zada­nie, prawda?

- Wiem - rzu­ciła Michio ze spoj­rze­niem utkwio­nym w ekra­nie.

Oddział abor­da­żowy prze­miesz­czał się przez pokłady, blo­ku­jąc ste­ro­wa­nie jed­nostki. Ich koor­dy­na­cja nada­wała im pozór jed­nego orga­ni­zmu z dwu­dzie­stoma parami oczu. Gru­powa, wyćwi­czona świa­do­mość pro­fe­sjo­na­li­zmu. Mostek wyglą­dał na źle utrzy­many. Przy kratce wyciągu powie­trza tkwił ręczny ter­mi­nal i bańka do picia, wyraź­nie zosta­wione w powie­trzu. Bez cią­że­nia ciągu do sko­or­dy­no­wa­nia usta­wień pry­cze prze­cią­że­niowe ster­czały pod róż­nymi kątami. Widok sko­ja­rzył się jej ze sta­rymi nagra­niami z wra­ków stat­ków na sta­rej Ziemi. Sta­tek kolo­ni­za­cyjny tonący w nie­skoń­czo­nej próżni.

Wie­działa, że Car­mondy wezwie ją, jesz­cze zanim to zro­bił, i przy­go­to­wała się, ści­sza­jąc muzykę. Prośba o połą­cze­nie zabrzmiała uprzej­mym sygna­łem dźwię­ko­wym.

- Prze­ję­li­śmy kon­trolę nad stat­kiem, kapi­ta­nie - oznaj­mił. Dwóch jego ludzi przy­glą­dało mu się, gdy to mówił, więc zoba­czyła ruchy jego warg i szczęki for­mu­jące słowa z dwóch kątów. - Żad­nego oporu, żad­nych pro­ble­mów.

- Ofi­cer Busch? - rzu­ciła Michio.

- Ich zapory ogniowe są już wyłą­czone - zgło­siła Oksana. - Toda y alles.

Michio kiw­nęła głową, bar­dziej do sie­bie niż do Car­mondy'ego.

- Con­nau­ght prze­jął kon­trolę nad sys­te­mami wro­giego statku.

- Usta­na­wiamy pery­metr i zabez­pie­czamy więź­niów. Usta­wi­li­śmy auto­ma­tyczne zgła­sza­nie.

- Zro­zu­miano - potwier­dziła Michio. Następ­nie zwró­ciła się do Evansa. - Odsuńmy się na tyle, żeby zna­leźć się poza zasię­giem wybu­chu, gdyby się oka­zało, że ukryli ato­mówkę w zbożu.

- Tak jest - odpo­wie­dział Evans.

Sil­niki manew­rowe prze­su­nęły ją na pasy bez­pie­czeń­stwa, nawet nie z siłą jed­nej dzie­sią­tej g, a i to zale­d­wie przez kilka sekund. Odbie­ra­nie rze­czy, które inni ludzie uwa­żali za nale­żące się im, było nie­bez­piecz­nym zada­niem. Con­nau­ght oczy­wi­ście będzie czu­wał nad oddzia­łem abor­da­żo­wym, deli­kat­nie trzy­ma­jąc rękę na pul­sie zda­rzeń. A dodat­kowo Car­mondy będzie się zgła­szał co pół godziny za pomocą jed­no­ra­zo­wych pro­to­ko­łów łącz­no­ści. Jeśli się nie zgłosi, Michio zmieni Horn­blo­wera w roz­sze­rza­jącą się chmurę gorą­cego gazu jako ostrze­że­nie dla następ­nej jed­nostki. A kilka tysięcy osób na Kali­sto, Io i Euro­pie będzie musiało mieć nadzieję, że uda się zre­ali­zo­wać inne misje rekwi­zy­cyjne Wol­nej Floty.

Pas zrzu­cił wresz­cie jarzmo pla­net wewnętrz­nych. Mieli sta­cję Medyna w sercu pier­ścieni wrót, mieli jedyną sprawną flotę w Ukła­dzie Sło­necz­nym i wdzięcz­ność milio­nów Pasia­rzy. Na dłuż­szą metę było to naj­więk­sze oświad­cze­nie nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści, jakiego kie­dy­kol­wiek doko­nała rasa ludzka. Na krótką metę jej zada­niem było dopil­no­wać, by zwy­cię­stwo nie dopro­wa­dziło ich do śmierci gło­do­wej.

Przez następne dwa dni Car­mondy i jego ludzie dopil­nują, by poten­cjalni kolo­ni­ści zostali bez­piecz­nie zamknięci na wydzie­lo­nych pokła­dach, gdzie prze­cze­kają lot na sta­bilną orbitę wokół Jowi­sza. Potem doko­nają peł­nej inwen­ta­ry­za­cji wszyst­kiego, co zdo­byli, przej­mu­jąc Horn­blo­wera. Gdy skoń­czą, i tak upły­nie jesz­cze tydzień, zanim uda się uru­cho­mić odzy­skane sil­niki. W tym cza­sie Con­nau­ght będzie z nimi jako straż­nik i pory­wacz, a Michio nie będzie miała do zro­bie­nia nic poza ska­no­wa­niem czerni w poszu­ki­wa­niu innych ucie­ki­nie­rów.

Wcale nie miała na to ochoty i była pewna, że inni człon­ko­wie zbio­ro­wego mał­żeń­stwa także dzie­lili jej odczu­cia. Mimo wszystko, kiedy Oksana się ode­zwała, w jej gło­sie brzmiało coś wię­cej.

- Bos­smang. Mamy potwier­dze­nie z Ceres.

- Dobrze - rzu­ciła Michio, ale tonem głosu zasu­ge­ro­wała, że usły­szała to, czego Oksana nie powie­działa.

Oksana Busch była jej żoną nie­mal tak długo, jak cała grupa pozo­sta­wała razem. Dosko­nale znały swoje nastroje.

- Mam coś jesz­cze. Wia­do­mość od niego.

- Czego chce Dawes? - zapy­tała Michio.

- Nie Dawes, sam Naj­wyż­szy we wła­snej oso­bie.

- Ina­ros? - zdzi­wiła się Michio. - Odtwórz.

- Zaszy­fro­wane klu­czem kapi­tań­skim - wyja­śniła Oksana. - Mogę to prze­słać do two­jej kabiny albo ter­mi­nala, jeśli...

- Odtwórz, Oksana.

Na ekra­nie poja­wił się Marco Ina­ros. Sądząc po tym, jak ukła­dały się jego włosy, był na Ceres albo leciał z cią­giem. W tle nie było widać dość, żeby stwier­dzić, czy znaj­duje się na statku, czy w biu­rze. Jego cza­ru­jący uśmiech się­gał cie­płych, ciem­nych oczu. Michio poczuła, jak lekko przy­śpie­sza jej puls, i powie­działa sobie, że to nie­po­kój, a nie jego atrak­cyj­ność. Co w więk­szo­ści było prawdą. Choć musiała przy­znać, że drań miał cha­ry­zmę.

- Kapi­tan Pa - ode­zwał się Marco. - Miło mi sły­szeć, że czy­sto prze­jęła pani Horn­blo­wera, co sta­nowi kolejny dowód pani umie­jęt­no­ści. Mie­li­śmy rację, przy­dzie­la­jąc pani dowo­dze­nie nad akcjami rekwi­zy­cyj­nymi. Sytu­acja roz­wija się na tyle dobrze, że jeste­śmy gotowi przejść do następ­nego etapu naszego planu.

Michio zer­k­nęła na Evansa i Oksanę. Męż­czy­zna sku­bał brodę i pró­bo­wał nie oglą­dać się na Michio.

- Chcemy, żeby skie­ro­wała pani Horn­blo­wera bez­po­śred­nio na Ceres - oznaj­mił Marco. - Ale wcze­śniej orga­ni­zuję spo­tka­nie. Wyłącz­nie wewnętrzny krąg. Pani, ja, Dawes, Rosen­feld, Sanj­rani. Na sta­cji Ceres. - Uśmiech­nął się sze­rzej. - Teraz, gdy kon­tro­lu­jemy Układ, powin­ni­śmy wpro­wa­dzić pewne zmiany, prawda? Pella twier­dzi, że może tam pani dotrzeć za dwa tygo­dnie. Dobrze będzie zoba­czyć panią oso­bi­ście.

Wyko­nał ener­giczny salut Wol­nej Floty, ten wymy­ślony przez niego. Ekran zgasł. Nie­ła­two było jej się poła­pać w ogar­nia­ją­cym ją zmie­sza­niu, nie­po­koju i uldze. Tak nie­spo­dzie­wana, rap­towna i podana prak­tycz­nie bez wyja­śnie­nia zmiana jej misji spra­wiła, że poczuła się nie­pew­nie. Z kolei wybra­nie się na spo­tka­nie wewnętrz­nego kręgu wciąż wią­zało się z poczu­ciem zagro­że­nia, które towa­rzy­szyło im, zanim Wolna Flota ujaw­niła się światu. Lata poru­sza­nia się w cie­niach wyro­biły pewne nawyki i odczu­cia, które trudno było zigno­ro­wać nawet po wygra­nej. Choć przy­naj­mniej wrócą do płasz­czy­zny eklip­tyki i nie będą dłu­żej tkwić w czerni, gdzie działy się złe rze­czy. Bar­dzo złe.

"Takie", ode­zwał się cichy głos w głębi głowy, "jak wezwa­nie na nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie".

- Dwa tygo­dnie? - zapy­tała Michio.

- Moż­liwe. - Busch odpo­wie­działa, pra­wie zanim prze­brzmiało pyta­nie. Już zdą­żyła prze­ana­li­zo­wać kurs. - Ale to ozna­cza ostry ciąg i ani chwili cze­ka­nia na Horn­blo­wera.

- Car­mondy'emu się to nie spodoba - sko­men­to­wała Pa.

- Ale co ma powie­dzieć? - stwier­dziła Oksana. - To roz­kaz z samej góry.

- To prawda - zgo­dziła się Michio.

Evans odchrząk­nął.

- Czyli lecimy?

Michio unio­sła pięść. "Tak".

- To Ina­ros - powie­działa, uci­na­jąc nad­cho­dzący pro­test jego nazwi­skiem.

- Cóż. Bien - ustą­pił Evans, choć ton jego głosu suge­ro­wał coś innego.

- Masz coś do powie­dze­nia? - zapy­tała Pa.

- Po pro­stu to nie pierw­szy raz, gdy zmie­niają się plany - rzu­cił Evans z twa­rzą pomarsz­czoną nie­po­ko­jem. W ten spo­sób nie wyglą­dał ład­nie, ale był jej naj­now­szym mężem, więc tego nie sko­men­to­wała. Ładni męż­czyźni bywali tacy deli­katni.

- Mów dalej - powie­działa zamiast tego.

- No cóż, była ta sprawa z pie­niędzmi i Sanj­ra­nim. I pre­mier Marsa w końcu bez­piecz­nie dotarł do Luny, choć sta­rała się go zała­twić połowa Wol­nej Floty. A sły­sza­łem też, że pró­bo­wał zabić Freda John­sona i Jamesa Hol­dena, ale obaj cią­gle cie­szą się dobrym zdro­wiem. Zaczy­nam się zasta­na­wiać.

- Że może Marco nie jest tak nie­omylny, za jakiego się podaje? - zasu­ge­ro­wała Michio.

Przez chwilę nie odpo­wia­dał. Pomy­ślała, że może tego nie zro­bić.

- Coś w tym stylu - przy­znał w końcu Evans. - Ale nawet takie myśle­nie spra­wia wra­że­nie, jakby mogło się zro­bić nie­przy­jem­nie, nie?

- Coś w tym stylu - zgo­dziła się Michio.

Rozdział drugi

Filip

Nie ist­niał nikt, kogo nie­na­wi­dziłby bar­dziej niż Jamesa Hol­dena. Hol­den, roz­jemca, który ni­gdy nie dopro­wa­dzał do pokoju. Hol­den, czem­pion spra­wie­dli­wo­ści, który ni­gdy dla niej niczego nie poświę­cił. James Hol­den, który latał z Mar­sja­nami i Pasia­rzami - z jedną Pasiarką - i prze­miesz­czał się przez Układ, jakby był lep­szy od wszyst­kich innych. Neu­tral­nie i ponad zawie­ru­chą, pod­czas gdy pla­nety wewnętrzne rzu­cały zasoby ludz­ko­ści na tysiąc trzy­sta nowych pla­net, pozo­sta­wia­jąc Pasia­rzy na śmierć. Który, wbrew wszyst­kiemu, nie zgi­nął wraz z Chet­ze­moką.

Fred John­son, Zie­mia­nin, który zna­tu­ra­li­zo­wał się w Pasie i zaczął prze­ma­wiać w jego imie­niu, był tuż za nim, na dru­gim miej­scu. Rzeź­nik sta­cji Ander­son, który zro­bił karierę na mor­do­wa­niu nie­win­nych Pasia­rzy i kon­ty­nu­ował ją przez pro­tek­cjo­nalne trak­to­wa­nie ich wszyst­kich w spo­sób pro­wa­dzący do śmierci kul­tury i ludzi. Zasłu­gi­wał z tego powodu na nie­na­wiść i pogardę. A jed­nak matka Filipa nie zgi­nęła bez­po­śred­nio z powodu John­sona, więc to Hol­den - James pinché Hol­den - zdo­był pierw­szą nagrodę.

Minęły mie­siące, odkąd Filip obił sobie ręce do krwi o wewnętrzne drzwi śluzy, gdy jego matka, z umy­słem wykrzy­wio­nym przez zbyt dużo czasu spę­dzo­nego przy Hol­de­nie, wystrze­liła się w próż­nię wraz z Cynem. Głu­pie śmierci. Nie­po­trzebne. Powta­rzał sobie, że wła­śnie dla­tego tak bolały. Że nie musiała zgi­nąć, ale i tak posta­no­wiła to zro­bić. Zła­mał sobie rękę, pró­bu­jąc ją powstrzy­mać, ale to nic nie dało. Naomi Nagata wolała złą śmierć w próżni od życia z jej praw­dzi­wym ludem. Co było dowo­dem na wła­dzę, jaką miał nad nią Hol­den. Jak głę­bo­kie pra­nie mózgu prze­szła i jak słaby od początku miała umysł.

Nikomu na Pelli nie powie­dział, że wciąż śni o tym każ­dej nocy: zamknięte drzwi, pew­ność, że po ich dru­giej stro­nie znaj­duje się coś cen­nego - coś waż­nego - i poczu­cie olbrzy­miej straty przez to, że nie potra­fił ich otwo­rzyć. Gdyby wie­dzieli, jak bar­dzo go to drę­czy, uzna­liby go za sła­bego, a jego ojciec nie miał miej­sca dla ludzi, któ­rzy nie potra­fili robić tego, co do nich nale­żało. Nawet jeśli był to jego wła­sny syn. Filip zaj­mie swoje miej­sce jako Pasiarz i czło­nek Wol­nej Floty albo mógł zna­leźć sobie miej­sce na sta­cji i zostać tam jako chło­piec. Miał już pra­wie sie­dem­na­ście lat i pomógł znisz­czyć cie­mię­ży­cieli z Ziemi. Jego dzie­ciń­stwo nale­żało do prze­szło­ści.

***

Sta­cja Pal­las była jedną z naj­star­szych w Pasie. Tam znaj­do­wały się pierw­sze kopal­nie, a po nich pierw­sze rafi­ne­rie. Następ­nie powstały nowe obiekty, ponie­waż tutaj znaj­do­wała się baza prze­my­słowa. A także dla­tego, że łatwo było użyć sta­rych, cią­gle jesz­cze dzia­ła­ją­cych urzą­dzeń do mie­le­nia i wiró­wek w cha­rak­te­rze zapa­so­wego sprzętu. Oraz z przy­zwy­cza­je­nia. Pal­las ni­gdy nie nadano ruchu wiro­wego. Ist­nie­jące tam cią­że­nie było natu­ralną mikro­gra­wi­ta­cją jego masy i wyno­siło dwa pro­cent peł­nego cią­że­nia Ziemi. W zasa­dzie był to jedy­nie stały kie­ru­nek dry­fo­wa­nia. Sta­cja wzno­siła się powy­żej i opa­dała poni­żej płasz­czy­zny eklip­tyki, jakby pró­bo­wała się wyrwać z Układu Sło­necz­nego. Ceres i Vesta były więk­sze i bar­dziej zalud­nione, ale to stąd pocho­dził metal na poszy­cia i reak­tory, pokłady sta­cji i kon­te­nery trans­por­towe, na działa osa­dzane na zdo­bycz­nych okrę­tach Wol­nej Floty oraz wystrze­li­wane przez nie poci­ski. Jeśli Gani­me­des był spi­chle­rzem Pasa, to Pal­las była jego kuź­nią.

Oczy­wi­ście, miało sens, żeby w nie­ustan­nej podróży przez uwol­niony Układ Wolna Flota wstę­po­wała tu i pil­no­wała, żeby na sta­cji nie zostały żadne zapo­mniane zasoby.

- S'yaha­minda, que? - powie­dział kapi­tan portu, uno­sząc się w szer­szym końcu sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Było to typowe pomiesz­cze­nie Pasia­rzy: żad­nych sto­łów ani krze­seł, nie­wiele odnie­sień do góry i dołu. Po tak dłu­gim cza­sie spę­dzo­nym na statku zbu­do­wa­nym z uwzględ­nie­niem cią­że­nia ciągu Filip czuł się tu jak w domu, auten­tycz­nie, w spo­sób, w jaki ni­gdy nie mógł się poczuć w prze­strze­niach zapro­jek­to­wa­nych przez Mar­sjan.

Taki też był sam kapi­tan portu. Ciało miał dłuż­sze niż u kogoś, kto spę­dził dzie­ciń­stwo nawet w nie­wiel­kim, sta­łym cią­że­niu. Jego głowa była więk­sza w sto­sunku do ciała niż u Filipa, Marco czy Karala. Lewe oko miał białe i ślepe, ponie­waż nawet mie­szanka far­ma­ceu­ty­ków, które umoż­li­wiały ludziom życie w nie­waż­ko­ści, nie wystar­czyła, by utrzy­mać przy życiu kapi­lary. Był jed­nym z ludzi, któ­rzy ni­gdy nie zdo­ła­liby prze­żyć na powierzchni pla­nety, nawet przez krótki czas. Naj­bar­dziej eks­tre­malny koniec zakresu fizjo­lo­gicz­nego Pasia­rzy. Wolna Flota powstała wła­śnie po to, by chro­nić i repre­zen­to­wać takich ludzi.

I praw­do­po­dob­nie dla­tego wyda­wał się teraz tak zmie­szany i zdra­dzony.

- Czy to pro­blem? - zapy­tał Marco, wzru­sza­jąc dłońmi.

Powie­dział to w spo­sób suge­ru­jący, że wyrzu­ce­nie zawar­to­ści maga­zy­nów w próż­nię było czymś naj­zu­peł­niej nor­mal­nym. Filip uniósł brwi, naśla­du­jąc wyraz nie­do­wie­rza­nia na twa­rzy ojca. Karal tylko patrzył ponuro i trzy­mał dłoń opartą o kaburę.

- Per es esá min­dan hoy - powie­dział.

- Wiem, że to wszystko - potwier­dził Marco. - Wła­śnie o to cho­dzi. Jak długo to wszystko tu będzie, Pal­las będzie celem dla wewnętrz­nych, a jeśli wsa­dzisz wszystko, co macie, do kon­te­ne­rów i je wystrze­lisz, tylko my będziemy znać ich wek­tory. Wyśle­dzimy ich loka­li­za­cję i zbie­rzemy wszystko, czego potrze­bu­jemy, gdy będzie to konieczne. Nie cho­dzi tylko o to, żeby to nie wpa­dło w ich ręce, cho­dzi o poka­za­nie, że maga­zyny sta­cji są puste, jesz­cze zanim spró­bują po nie się­gnąć, nie?

- Per min­dan... - stwier­dził kapi­tan portu, mru­ga­jąc ner­wowo.

- Zapła­cimy za to wszystko - zapew­nił Filip. - Dobra waluta Wol­nej Floty.

- Dobra, ow­szem - rzu­cił kapi­tan. - Aber...

Jego mru­ga­nie się nasi­liło i odwró­cił wzrok od Marco, jakby admi­rał pierw­szych praw­dzi­wych sił zbroj­nych Pasa uno­sił się pół metra w lewo od fak­tycz­nej loka­li­za­cji. Obli­zał wargi.

- Aber? - pod­su­nął Marco, naśla­du­jąc jego akcent.

- Kla­sy­fi­ka­tory wiró­wek v'reist neue ganga, nie?

- Jeśli potrze­bu­jesz nowych czę­ści, to je kup - oświad­czył Marco, przy­bie­ra­jąc groźny ton głosu.

- Aber... - Kapi­tan portu prze­łknął ślinę.

- Ale do tej pory kupo­wa­łeś od Ziemi - dokoń­czył Marco. - A oni nie przyjmą naszych pie­nię­dzy.

Kapi­tan portu uniósł pięść w potwier­dze­niu.

Uśmiech Marco był łagodny i otwarty. Współ­czu­jący.

- Nikt tam już nie będzie nic kupo­wał. Już nie. Teraz będziesz kupo­wał w Pasie. Tylko.

- Pas nie robi dobrych czę­ści - zapro­te­sto­wał płacz­li­wie kapi­tan portu.

- Robimy naj­lep­sze dostępne - rzu­cił Marco. - Wiele się zmie­niło, przy­ja­cielu, spró­buj za tymi zmia­nami nadą­żyć. I zapa­kuj wszystko do wypchnię­cia, sa sa?

Kapi­tan portu spoj­rzał w oczy Marco i ponow­nie uniósł pięść w potwier­dze­niu. W sumie i tak nie miał wyboru. Zaletą posia­da­nia wszyst­kich dział był fakt, że nie­za­leż­nie od tego, jak uprzej­mie się o coś popro­siło, i tak był to roz­kaz. Marco pchnął się lekko, z nie­znacz­nym cią­że­niem Pal­las zakrzy­wia­ją­cym tor jego lotu. Zatrzy­mał ruch, łapiąc uchwyt obok kapi­tana portu, a potem go objął. Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział tym samym. Wyglą­dał jak czło­wiek wstrzy­mu­jący oddech w nadziei, że nie zosta­nie zauwa­żony przez coś bar­dzo nie­bez­piecz­nego prze­cho­dzą­cego obok.

Kory­ta­rze i przej­ścia pro­wa­dzące z biura kapi­tana portu do doków sta­no­wiły mie­sza­ninę sta­rych powłok cera­micz­nych i nowych koro­nek węglowo-krze­mo­wych. Mijane płyty koron­kowe, będące jed­nym z pierw­szych nowych mate­ria­łów wpro­wa­dzo­nych do pro­duk­cji po tym, jak poja­wie­nie się pro­to­mo­le­kuły pchnęło che­mię fizyczną o kilka poko­leń do przodu, miały dziwny, tęczowy poblask. Jak war­stewka oleju na powierzchni wody. Podobno były wytrzy­mal­sze od cera­miki i tytanu, tward­sze, a rów­no­cze­śnie bar­dziej ela­styczne. Nikt nie wie­dział, jak będą się sta­rzeć, choć jeśli wie­rzyć rapor­tom z innych pla­net, praw­do­po­dob­nie prze­trwają przy­naj­mniej o rząd wiel­ko­ści dłu­żej niż two­rzący je ludzie. Przy zało­że­niu, że robili je pra­wi­dłowo. Trudno powie­dzieć.

Prom Pal­las już cze­kał, gdy dotarli do niego z Bastie­nem przy­pię­tym do fotela pilota.

- Bist bien? - zapy­tał, gdy Marco zamknął za nimi właz śluzy powietrz­nej.

- Na ile można było mieć nadzieję - odpo­wie­dział Marco, roz­glą­da­jąc się po małym pojeź­dzie.

Sześć prycz plus zaj­mo­wane przez Bastiena sta­no­wi­sko pilota. Karal przy­pi­nał się do jed­nej z prycz, Filip zajął inną, ale Marco powoli przed­ry­fo­wał do pod­łogi promu, z wło­sami opa­da­ją­cymi na ramiona. Pyta­jąco uniósł pod­bró­dek.

- Rosen­feld już przy­le­ciał - zgło­sił Bastien. - Jest na Pelli od trzech godzin.

- No pro­szę - rzu­cił Marco tonem, w któ­rym chyba tylko Filip usły­szał lekką ner­wo­wość. Wsu­nął się na swoją pry­czę i zapiął taśmy. - To dobrze. Dołączmy.

Bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z potrzeby Bastien prze­szedł pro­ce­durę uzy­ska­nia zgody na wyj­ście z doku. Marco był kapi­ta­nem Pelli, admi­ra­łem Wol­nej Floty i jego prom miał pierw­szeń­stwo nad całym pozo­sta­łym ruchem. Jed­nak Bastien i tak popro­sił o zgodę, a potem ponow­nie prze­pro­wa­dził kon­trolę uszczel­nień i śro­do­wi­ska, zapewne już po raz dzie­siąty. Dla wszyst­kich uro­dzo­nych w Pasie spraw­dza­nie powie­trza i uszcze­lek stat­ków i ska­fan­drów było jak oddy­cha­nie. Nie trzeba było o tym nawet myśleć, po pro­stu się to robiło. Ludzie, któ­rzy nie żyli w ten spo­sób, zwy­kle wcze­śnie opusz­czali pulę genową.

W chwili startu promu zro­bili się odro­binę ciężsi, a potem wszyst­kie zawie­sze­nia prycz rów­no­cze­śnie syk­nęły, gdy Bastien odpa­lił sil­niki manew­rowe. Ciąg nie się­gał nawet jed­nej czwar­tej g, a i tak dotarli do Pelli po kilku minu­tach. Prze­szli przez śluzę - tę samą, którą Naomi wybrała na miej­sce śmierci - a potem zna­leźli się w zna­jo­mym powie­trzu Pelli.

Rosen­feld Guoliang już na nich cze­kał.

Przez całe życie Filipa, od naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień, Pas ozna­czał Sojusz Pla­net Zewnętrz­nych, a SPZ ozna­czało ludzi, któ­rzy zna­czyli naj­wię­cej. Jego ludzi. Dopiero gdy dorósł i pozwo­lono mu przy­słu­chi­wać się roz­mo­wom ojca z innymi doro­słymi, zaczął lepiej rozu­mieć SPZ, jego niu­anse, a sło­wem, które na nowo zde­fi­nio­wało jego ludzi, stało się sojusz. Nie repu­blika, nie zjed­no­czony rząd, nie naród. Sojusz. SPZ było nie­po­li­czalną zbie­ra­niną róż­no­rod­nych grup nie­ustan­nie powsta­ją­cych, roz­pa­da­ją­cych się i two­rzo­nych na nowo, z któ­rych wszyst­kie po cichu zga­dzały się, że nie­za­leż­nie od dzie­lą­cych je róż­nic, jed­no­czą się prze­ciw opre­sji pla­net wewnętrz­nych. Pod flagą SPZ ist­niało kilka więk­szych ugru­po­wań - sta­cja Tycho kie­ro­wana przez Freda John­sona i sta­cja Ceres pod rzą­dami Ander­sona Dawesa (każdy ze swoją mili­cją), pro­wo­ka­to­rzy ide­olo­giczni Kolek­tywu Vol­ta­ire, otwar­cie prze­stęp­cza Złota Gałąź, wyrze­ka­jący się prze­mocy, pra­wie kola­bo­ra­to­rzy Marut­tuva Kulu. Dla każ­dej z tych grup ist­niały dzie­siątki - może nawet setki - mniej­szych orga­ni­za­cji i sto­wa­rzy­szeń, klik i grup wza­jem­nych inte­re­sów. Łączyło je w zasa­dzie jedy­nie nie­ustanne cie­mię­że­nie eko­no­miczne i woj­skowe ze strony Ziemi i Marsa.

Wolna Flota nie była SPZ i ni­gdy nie miała nią być. Wolną Flotę two­rzyli naj­sil­niejsi ze sta­rego porządku, zebrani w potęgę, która nie potrze­bo­wała wroga, by się zde­fi­nio­wać. Sta­no­wiła obiet­nicę przy­szło­ści, w któ­rej jarzmo prze­szło­ści nie tylko zosta­nie zrzu­cone, lecz także znisz­czone.

Co nie zna­czyło, że była wolna od prze­szło­ści.

Rosen­feld był szczu­płym czło­wie­kiem, który gar­bił się nawet w nie­waż­ko­ści. Jego skóra była ciemna i dziw­nie pobruż­dżona, oczy głę­boko zapad­nięte w oczo­doły. Miał tatu­aże roze­rwa­nego kręgu SPZ i podobną do noża literę V Kolek­tywu Vol­ta­ire, uśmie­chał się pro­mien­nie i ema­no­wał wra­że­niem led­wie kon­tro­lo­wa­nej prze­mocy. Był też powo­dem, dla któ­rego ojciec Filipa przy­był na Pal­las.

- Marco Ina­ros - ode­zwał się Rosen­feld, roz­kła­da­jąc ręce. - Zobacz, co zro­bi­łeś, coyo mis!

Marco pchnął się w obję­cia męż­czy­zny, wiru­jąc z nim, gdy się objęli i zwal­nia­jąc po odsu­nię­ciu się. Znik­nął cały brak zaufa­nia Marco wzglę­dem Rosen­felda. A raczej nie tyle znik­nął, co został prze­nie­siony na Filipa i Karala, żeby on mógł odczu­wać czy­stą radość ze spo­tka­nia.

- Dobrze wyglą­dasz, stary przy­ja­cielu - stwier­dził Marco.

- Wcale nie - odparł Rosen­feld - ale doce­niam kłam­stwo.

- Mamy tu prze­nieść two­ich ludzi?

- Już zała­twione - powie­dział Rosen­feld, a Filip zer­k­nął na Karala i zauwa­żył lek­kie wykrzy­wie­nie kąci­ków jego ust.

Rosen­feld był przy­ja­cie­lem i sojusz­ni­kiem, jed­nym z wewnętrz­nego kręgu Wol­nej Floty, ale nie powi­nien był móc spro­wa­dzić na okręt swo­jej pry­wat­nej gwar­dii pod nie­obec­ność Marco. W końcu Pella była jed­nostką fla­gową Wol­nej Floty, a pokusa to pokusa. Marco i Rosen­feld razem wycią­gnęli ręce, zwal­nia­jąc obroty zbli­żo­nych ciał, a potem zatrzy­mali je cał­ko­wi­cie dzięki uchwy­tom przy szaf­kach i skie­ro­wali się kory­ta­rzem w głąb okrętu. Filip i Karal ruszyli za nimi.

- Będziemy musieli lecieć z dużym cią­giem, żeby zdą­żyć na spo­tka­nie na Ceres - ode­zwał się Marco.

- To twoja wina. Mogłem pole­cieć wła­snym stat­kiem.

- Nie masz okrętu.

- Całe życie spę­dzi­łem w skocz­kach...

Nawet widząc tylko tył głowy ojca, Filip i tak usły­szał uśmiech w jego gło­sie.

- To było całe twoje życie do tej pory. Zmie­ni­li­śmy zasady gry. Nie możemy pozwo­lić, żeby naj­wyżsi rangą dowódcy poru­szali się bez ochrony. Nawet tutaj nie wszy­scy są z nami. Jesz­cze nie.

Dotarli do windy bie­gną­cej wzdłuż całego okrętu, obró­cili się przy niej i poszy­bo­wali gło­wami do przodu w stronę pokła­dów załogi. Karal obej­rzał się, w stronę pokła­dów mostka i ste­rówki, jakby chciał się upew­nić, że nie mają za ple­cami ochrony Rosen­felda.

- I dla­tego cze­ka­łem - odpo­wie­dział Rosen­feld. - Jak dobry żoł­nie­rzyk. Choć szkoda, że John­son i Smith dotarli bez­piecz­nie na Lunę. Zała­twi­łeś tylko jeden cel z trzech?

- Tak naprawdę liczyła się tylko Zie­mia - rzu­cił Marco. Przed nimi poja­wiła się Sárta, leciała w stronę mostka. Mija­jąc ich, kiw­nęła głową na powi­ta­nie. - Zie­mia zawsze była głów­nym celem.

- No cóż, sekre­tarz gene­ralna Gao dołą­czyła do swo­ich bogów i mam nadzieję, że zgi­nęła z wrza­skiem - mówiąc to, Rosen­feld udał splu­nię­cie - ale ta Ava­sa­rala, która zajęła jej miej­sce...

- To biu­ro­kratka - stwier­dził Marco, gdy zatrzy­mali się w wej­ściu i wypchnęli z szybu windy do mesy.

Stoły i ławy przy­ni­to­wano tam do pod­łogi, w powie­trzu uno­sił się zapach woj­sko­wych racji mar­sjań­skich, a kolory wnę­trza były typowe dla wroga. Wszystko to sta­no­wiło wyraźny kon­trast do wypeł­nia­ją­cych prze­strzeń ludzi. Choć wszy­scy byli Pasia­rzami, Filip i tak bez pro­blemu potra­fił odróż­nić Wolną Flotę od gwar­dzi­stów Rosen­felda. Swo­ich od nie swo­ich. Mogli uda­wać, że podział nie ist­nieje, ale wszy­scy zda­wali sobie z niego sprawę. Razem około dwu­na­stu osób, jak w porze zmiany wachty. Jeden czło­nek załogi Pelli na każ­dego z ludzi Rosen­felda, czyli nie tylko Karal uwa­żał, że należy zacho­wać czuj­ność w obec­no­ści przy­ja­ciół.

Jeden ze straż­ni­ków rzu­cił Rosen­fel­dowi bańkę. Kawa, her­bata, whi­sky - nie mieli jak spraw­dzić. Rosen­feld zła­pał ją, nawet na chwilę nie tra­cąc wątku roz­mowy.

- Wydaje się biu­ro­kratką z dużą dozą nie­na­wi­ści. Myślisz, że sobie z nią pora­dzisz? To nic oso­bi­stego, coyo, ale wydaje się, że masz skłon­ność do nie­do­ce­nia­nia kobiet.

Marco znie­ru­cho­miał. Widząc to, Filip poczuł mie­dziany smak w ustach. Karal sap­nął cicho, a gdy Filip odwró­cił się w jego stronę, zoba­czył wysu­niętą do przodu szczękę i dło­nie zaci­śnięte w pię­ści.

Rosen­feld zajął miej­sce pomię­dzy swo­imi ludźmi przy ścia­nie, na jego twa­rzy malo­wał się wyraz współ­czu­cia i prze­pro­sin.

- Ale to chyba nie jest miej­sce na takie tek­sty. Prze­pra­szam za dep­ta­nie po odci­skach.

- Nic się nie stało - rzu­cił Marco. - Będziemy się wszy­scy przez to prze­gry­zać na Ceres.

- Zebra­nie ple­mion - sko­men­to­wał Rosen­feld. - Nie mogę się docze­kać. Następna faza powinna być cie­kawa.

- Będzie - zapew­nił Marco. - Karal może wam poka­zać wasze kajuty. Powin­ni­ście się ich trzy­mać, będziemy lecieć z dużym cią­giem.

- Zrobi się, admi­rale.

Marco wycią­gnął się z pomiesz­cze­nia i opadł w stronę warsz­tatu i maszy­nowni, nawet na moment nie spo­glą­da­jąc w oczy Filipa.

Chło­pak pocze­kał chwilę nie­pewny, czy powi­nien iść za nim, czy też zostać tutaj - czy został zwol­niony ze służby, czy wciąż znaj­do­wał się na sta­no­wi­sku. Rosen­feld uśmiech­nął się i mru­gnął do niego, a potem odwró­cił się do swo­ich ludzi. Coś się tu stało, czuł to w powie­trzu i w spo­so­bie, w jaki zacho­wy­wał się Karal. Coś waż­nego. A sądząc po spo­so­bie zacho­wa­nia ojca, praw­do­po­dob­nie miało to zwią­zek z nim.

Dotknął pal­cami nad­garstka Karala.

- O co cho­dzi?

- O nic - skła­mał Karal nie­zbyt wia­ry­god­nie. - Nie masz się czym przej­mo­wać.

- Karal?

Star­szy męż­czy­zna zaci­snął wargi i krę­cił głową, uni­ka­jąc spo­glą­da­nia na Filipa.

- Karal. Mam ich zapy­tać?

Karal powoli pokrę­cił głową. Nie powi­nien pytać. Karal ner­wowo obli­zał wargi, znowu pokrę­cił głową, wes­tchnął i ode­zwał się cicho i spo­koj­nie.

- Jakiś czas temu dosta­li­śmy raport. Dane obser­wa­cji z... uch... z Chet­ze­moki. W związku z tym, że statki z John­so­nem i Smi­them nie zostały znisz­czone...

- I?

- I - powie­dział Karal, a słowo zabrzmiało, jakby zro­biono je z oło­wiu.

A potem wyja­śnił resztę, dzięki czemu Filip Ina­ros w obec­no­ści Rosen­felda i sze­ściu jego uśmie­cha­ją­cych się zło­śli­wie ochro­nia­rzy dowie­dział się, że jego mama wciąż żyje. Włącz­nie z tym, że wie­dzieli o tym wszy­scy na Pelli oprócz niego.

***

Pod­czas lotu śnił.

Stał przed tymi samymi drzwiami, co wcze­śniej. Pomimo tego, że zmie­niały wygląd, zawsze były to te same drzwi. Krzy­czał i walił w nie rękami, pró­bu­jąc dostać się do środka. Wcze­śniej czuł strach, bez­kre­sny smu­tek nad­cho­dzą­cej straty, żal. Teraz było tylko upo­ko­rze­nie. Wście­kłość wybu­chała w nim jak ogień i napie­rała, by prze­do­stać się przez drzwi, do pomiesz­cze­nia za nimi - nie po to, by oca­lić coś cen­nego, ale by to znisz­czyć.

I budził się, krzy­cząc. W żel wci­skał go cię­żar peł­nego g. Pella pomru­ki­wała wokół niego, z wibra­cją sil­nika i szu­mem wymien­ni­ków powie­trza skła­da­ją­cymi się na głos szep­czący coś zbyt cicho, by go zro­zu­mieć. Wytar­cie łez wyma­gało dużego wysiłku. To nie były łzy żalu. Do tego musiałby czuć smu­tek. Odczu­wał tylko pew­ność.

Jed­nak był ktoś, kogo nie­na­wi­dził bar­dziej niż Jamesa Hol­dena.

Rozdział trzeci

Hol­den

Trzeba przy­znać, że życie bez dłu­gich prze­słu­chań miało swoje uroki. Przy­naj­mniej według tego stan­dardu Hol­den nie prze­żył swo­jego zbyt dobrze. Kiedy wraz z resztą załogi Rosy­nanta zgo­dził się na udział w odpra­wie, spo­dzie­wał się, że będzie ona doty­czyć cze­goś wię­cej niż tylko wyda­rzeń zwią­za­nych z ata­kiem na Zie­mię prze­pro­wa­dzo­nym przez Wolną Flotę. W końcu zde­cy­do­wa­nie było o czym roz­ma­wiać. Główny inży­nier sta­cji Tycho, który oka­zał się agen­tem Marco Ina­rosa, porwa­nie i ura­to­wa­nie Moniki Stu­art, utrata próbki pro­to­mo­le­kuły, atak, który pra­wie zabił Freda John­sona. A to tylko jeśli cho­dzi o niego. Naomi i Aleks, a nawet Amos, musieli mieć całe mnó­stwo wła­snych histo­rii.

Nie spo­dzie­wał się jed­nak, że pyta­nia rozejdą się od tego jak gaz, wypeł­nia­jąc całą dostępną prze­strzeń. Już od kilku tygo­dni jego dni wypeł­niały trwa­jące od dwu­na­stu do szes­na­stu godzin roz­mowy, które doty­czyły wszyst­kich i wszyst­kiego w jego życiu. Imiona, nazwi­ska i histo­rie każ­dego z ośmiorga rodzi­ców. Szkolne oceny. Gwał­tow­nie prze­rwana kariera we flo­cie. Co wie­dział na temat Naomi, Aleksa, Freda John­sona. Jego związki z SPZ, Dimi­trim Have­loc­kiem, detek­ty­wem Mil­le­rem. Nawet po wielu godzi­nach prze­słu­chań nie był pewien co do tego ostat­niego. Sie­dząc w małym pokoju naprze­ciw śled­czych z ONZ, Hol­den robił, co mógł, by roz­mon­to­wać swoje życie do tego punktu i roz­ło­żyć je przed nimi.

Ten pro­ces go iry­to­wał. Pyta­nia wra­cały do wcze­śniej­szych zda­rzeń i ska­kały z tematu na temat, jakby pró­bo­wali go zła­pać na kłam­stwie. Zagłę­biali się w dziwne zaka­marki: jak nazy­wali się ludzie, z któ­rymi słu­żył we flo­cie? Co wie­dział o każ­dym z nich? A potem pytali o te sprawy znacz­nie dłu­żej, niż wyda­wało się uza­sad­nione. Jego prze­słu­cha­nia pro­wa­dziła przede wszyst­kim jasno­skóra kobieta z długą, poważną twa­rzą; nazy­wała się Mar­kov, i niski, pulchny męż­czy­zna, Glen­n­ding, o tak samo brą­zo­wej skó­rze i wło­sach. Na zmianę doci­skali go i sta­rali się nawią­zać nić sym­pa­tii, sub­tel­nie go sku­biąc, by spraw­dzić, czy się zezło­ści i co wtedy powie, a potem robili się nie­mal nie­przy­jem­nie życz­liwi.

Przy­no­sili mu do jedze­nia mięk­kie, tłu­ste kanapki lub świeże ciastka z jedną z naj­lep­szych kaw, jakie pijał w życiu. Świa­tła skrę­cali pra­wie do cał­ko­wi­tej ciem­no­ści albo roz­ja­śniali je tak, że nie­mal ośle­piały. Masze­ro­wali pod­ska­ku­ją­cym księ­ży­co­wym szu­ra­niem przez kory­ta­rze pro­wa­dzące do doków albo trzy­mali go w cia­snym sta­lo­wym pokoju. Hol­den miał wra­że­nie, jakby histo­ria jego życia była wyci­skana na suchą masę, jak cytryna w bar­dzo tanim barze. Jeśli została w nim jesz­cze choćby kro­pelka soku, znajdą spo­sób, by ją wydu­sić. Łatwo było zapo­mnieć, że to sojusz­nicy, że sam się na to zgo­dził. Nie­raz zwi­jał się na pry­czy po dłu­gim dniu, uno­sząc się na skraju snu, i stwier­dzał, że jego umysł snuje plany wyrwa­nia się na sta­tek i ucieczki z tego wię­zie­nia.

W niczym nie poma­gał fakt, że w tym samym cza­sie na ciem­nym nie­bie nad nimi Zie­mia umie­rała po kawałku. Dzia­ła­jące jesz­cze kanały infor­ma­cyjne prze­waż­nie prze­nio­sły się do sta­cji w punk­tach Lagrange'a i na Lunę, ale kilka pozo­stało na powierzchni pla­nety. Mię­dzy sesjami prze­słu­chań i snem Hol­den nie miał wiele czasu na ich oglą­da­nie, ale wystar­czyły mu wyła­py­wane w prze­lo­cie frag­menty. Prze­cią­żona infra­struk­tura, znisz­cze­nia eko­sys­temu, zmiany che­miczne w oce­anach i atmos­fe­rze. Na prze­lud­nio­nej Ziemi miesz­kało trzy­dzie­ści miliar­dów ludzi, pole­ga­jąc na olbrzy­miej sieci maszyn zapew­nia­ją­cych im żyw­ność, wodę i usu­wa­ją­cych odpady. Według tych bar­dziej pesy­mi­stycz­nych ocen zgi­nęła już jedna trze­cia z tej liczby. Hol­den zła­pał kilka sekund raportu oma­wia­ją­cego spo­sób oceny liczby zgo­nów w Euro­pie Zachod­niej na pod­sta­wie pomia­rów zmian w atmos­fe­rze. Poziom metanu i kada­we­ryny w powie­trzu pozwa­lał osza­co­wać liczbę ludzi gni­ją­cych na znisz­czo­nych uli­cach zruj­no­wa­nych miast. Tak wielka była skala kata­strofy.

Poczuł się winny, wyłą­cza­jąc raport. Mógł przy­naj­mniej oglą­dać. Obser­wo­wać, jak zapada się ekos­fera, która wykar­miła jego, rodzinę i wszyst­kich innych wiele poko­leń wstecz. Zie­mia zasłu­gi­wała na świad­ków. Jed­nak był zmę­czony i prze­stra­szony. Nie potra­fił usnąć nawet po wyłą­cze­niu pro­gramu.

Choć nie wszyst­kie infor­ma­cje były złe. Mama Elise prze­słała mu wia­do­mość, że farma w Mon­ta­nie, choć została mocno znisz­czona, oka­zała się dosta­tecz­nie samo­wy­star­czalna, by utrzy­mać jego rodzi­ców przy życiu. Mieli nawet wystar­cza­jąco dużo zapa­sów, by uczest­ni­czyć w pomocy dla Boze­man. A w miarę jak błot­ni­ste chmury pyłu i popiołu opa­dały, zatru­wa­jąc oce­any, coraz wię­cej lotów docie­rało w dół studni gra­wi­ta­cyj­nej i wra­cało na górę z uchodź­cami.

Z dru­giej strony baza Luna zaczy­nała osią­gać kres swo­ich moż­li­wo­ści prze­trwa­nia. Wymien­niki powie­trza pra­co­wały na gra­nicy wydaj­no­ści, więc każdy oddech Hol­dena w kory­ta­rzach i salach sta­cji spra­wiał wra­że­nie, jakby wła­śnie został wypusz­czony z ust kogoś innego. W kafe­te­riach i prze­strze­niach publicz­nych stało mnó­stwo prycz i namio­tów. Załoga Rosy­nanta zre­zy­gno­wała ze swo­ich kwa­ter na sta­cji i prze­nio­sła się z powro­tem na sta­tek, żeby zwol­nić tro­chę prze­strzeni. Oraz żyć we wła­snej bańce czy­stego powie­trza i dobrze prze­fil­tro­wa­nej wody. Tro­chę nie­szczere byłoby uda­wa­nie, że zro­bili to z altru­istycz­nych pobu­dek. Sta­tek był cichy, pusty i zna­jomy. Jedyne, co nie pozwa­lało Hol­de­nowi czuć się tam cał­kiem kom­for­towo, to cisza zwią­zana z wyłą­czo­nym reak­to­rem oraz obec­ność zacho­wu­ją­cej się tro­chę jak duch Cla­rissy Mao.

- Dla­czego ona ci tak bar­dzo prze­szka­dza? - zapy­tała Naomi.

Byli w swo­jej wspól­nej kabi­nie, przy­trzy­my­wani na pry­czy przez nie­wiel­kie cią­że­nie Księ­życa i wła­sne wyczer­pa­nie.

- Zabiła mnó­stwo ludzi - odpo­wie­dział Hol­den, przez sen­ność nie­zdolny do jasnego myśle­nia. - To nie wystar­czy? Wydaje mi się, że powinno wystar­czyć.

Kabina była słabo oświe­tlona. Pry­cza prze­cią­że­niowa obej­mo­wała ich przy­tu­lone ciała. Czuł na skó­rze oddech Naomi, zna­jomy, cie­pły i bli­ski. Jej głos był rów­nie roze­spany, co jego. Oboje byli pra­wie zbyt zmę­czeni, by spać.

- Była wtedy inną osobą.

- Wszy­scy wydają się być tego pewni, choć nie wiem, skąd się to wzięło.

- Hm, wydaje mi się, że Aleks też cią­gle nie jest prze­ko­nany.

- Ale Amos jest. I ty.

Naomi wydała nie­zo­bo­wią­zu­jący dźwięk z głębi gar­dła. Miała zamknięte oczy. Nawet w pół­mroku widział głęb­szą czerń jej powiek. Przez chwilę sądził, że udało jej się usnąć, ale potem się ode­zwała.

- Wie­rzę, że ona może się zmie­nić. Że ludzie mogą.

- Ty nie byłaś taka jak ona - zauwa­żył Hol­den. - Nawet gdy... nawet, gdy zgi­nęli ludzie, ty nie byłaś taka. Nie jesteś kimś, kto zabija z zimną krwią.

- Ale Amos jest.

- Prawda. Ale Amos to Amos. Dla mnie to coś innego.

- Ponie­waż?

- Ponie­waż to Amos. On jest jak pit­bull. Wiesz, że może ci roz­szar­pać gar­dło, ale jest bez­gra­nicz­nie lojalny i po pro­stu masz ochotę go przy­tu­lać. - Na jej ustach z wolna poja­wił się uśmiech.

Potra­fiła to robić. Powolne nacią­gnię­cie mię­śni twa­rzy, a Hol­dena napeł­niała nadzieja, cie­pło i nawet coś w rodzaju ponu­rego opty­mi­zmu gło­szą­cego, że wszech­świat nie mógł być cał­kiem zły, skoro była w nim taka kobieta. Poło­żył dłoń na jej bio­drze.

- Nie zako­cha­łaś się we mnie z powodu spój­no­ści moich prze­ko­nań etycz­nych, prawda?

- Pomimo jej - zaśmiała się, a po chwili powie­działa: - mia­łeś fajny tyłek.

- Mia­łem? Czas prze­szły?

- Muszę się z powro­tem dostać do sys­temu - powie­działa, zmie­nia­jąc temat. - Nie pozwól mi zasnąć, dopóki nie spraw­dzę aktu­ali­za­cji.

- Zagi­nione statki? - zapy­tał, a ona potwier­dziła ski­nię­ciem.

Choć jego prze­słu­cha­nia były cięż­kie, te Naomi były jesz­cze gor­sze. Ni­gdy nie mówiła o swo­jej prze­szło­ści, o tym, jak stała się obecną kobietą. Teraz oddała swoją pry­wat­ność w zamian za amne­stię dla załogi i sie­bie samej. Jej wer­sje Mar­kov i Glen­n­dinga nie pytały tylko o nie­udaną karierę we flo­cie i zle­ce­nia dla Freda John­sona. Była ich oknem pro­sto na Marco Ina­rosa. Była jego kochanką, matką jego dziecka. Hol­den wciąż pró­bo­wał się przy­zwy­czaić do tej myśli. Była prze­trzy­my­wana na jego okrę­cie fla­go­wym przed i po tym, jak młot ude­rzył w Zie­mię. Wie­dział, jak bar­dzo wyczer­pu­jący był dla niego mara­ton prze­słu­chań, który dla niej musiał być tysiąc razy gor­szy.

I zakła­dał, że dla­tego wła­śnie rzu­ciła całą pozo­stałą jej ener­gię na roz­wią­zy­wa­nie zagadki zagi­nio­nych stat­ków. To ona jako pierw­sza zauwa­żyła, że zbiór stat­ków, które znik­nęły pod­czas prze­lotu przez pier­ście­nie wrót i skra­dzione okręty mar­sjań­skie, które stały się pod­stawą Wol­nej Floty, w żaden spo­sób się nie pokry­wają. Nie­które jed­nostki zostały skra­dzione przez Marco i jego ludzi, inne po pro­stu znik­nęły bez śladu. Działy się tu dwie kom­plet­nie nie­za­leżne rze­czy i nie potra­fił mieć do niej pre­ten­sji, że spę­dza wolny czas na roz­wią­zy­wa­niu tej zagadki.

Ale musiała spać. Jeśli nie z żad­nego innego powodu, to choćby dla jego wiary, że jeśli ona uśnie, uda się to i jemu.

- Niczego nie obie­cuję - odpo­wie­dział.

- Dobrze - rzu­ciła. - W takim razie obudź mnie wcze­śniej, żebym miała czas to spraw­dzić przed sesją.

- Obie­cuję.

Leżał przy niej w pół­mroku, aż jej oddech zwol­nił, pogłę­bił się i prze­szedł w regu­larny, głę­boki rytm snu. Kiedy wciąż nie usnął po pię­ciu minu­tach wsłu­chi­wa­nia się w jej oddech, zro­zu­miał, że jego odpo­czy­nek nie nad­cho­dzi. Wstał i na chwilę Naomi uci­chła, pra­wie się budząc, ale po chwili głę­boki oddech powró­cił. Wyszedł.

Kory­ta­rze Rosy­nanta też były ciemne, usta­wione na tryb nocy. Hol­den doszedł do windy. Z kam­buza dobie­gły go głosy: życz­liwy bas Amosa i cich­szy, piskliwy głos Cla­rissy. Znie­ru­cho­miał, przez chwilę nasłu­chi­wał, a potem wspiął się po dra­bi­nie na mostek. Cią­że­nie Luny było na tyle małe, że uru­cha­mia­nie windy wydało się bez sensu, więc po pro­stu użył szcze­bli i pod­cią­gał się ręka za ręką, aż dotarł na miej­sce. Świa­tła były zga­szone, więc Aleksa oświe­tlał tylko blask ekranu.

- Cześć - rzu­cił z cięż­kim akcen­tem Aleks, gdy Hol­den opadł na pry­czę. - Nie możesz spać?

- Naj­wy­raź­niej. - Hol­den wes­tchnął. - A ty?

- Nie zno­szę tutej­szego cią­że­nia. Cią­gle mam wra­że­nie, jak­by­śmy lecieli za wolno i mam ochotę pod­krę­cić sil­niki. Ale tu nie ma żad­nych sil­ni­ków i ni­gdzie nie lecimy. Powi­nien mnie trzy­mać sil­nik, a to tylko cho­ler­nie wielki kawał skały. - Aleks wska­zał w stronę wia­do­mo­ści odtwa­rza­nych na ekra­nie przed nim. Do kamery z emo­cją prze­ma­wiała kobieta w jaskra­wo­czer­wo­nym hidża­bie. Hol­den roz­po­znał w niej sza­no­waną mar­sjań­ską dzien­ni­karkę, ale nie pamię­tał jej nazwi­ska. - Cią­gle o tym mówią. Nazy­wają to bun­tem. Nie­ustan­nie gadają o zanie­dba­niu obo­wiąz­ków, porzu­ce­niu sta­no­wisk i sprze­daży sprzętu na czar­nym rynku.

- To nie brzmi naj­le­piej.

- Wła­ści­wie to lepiej niż to, co fak­tycz­nie się stało - sko­men­to­wał Aleks. - To był prze­wrót. Wojna domowa, tylko że zamiast wal­czyć, jedna piąta woj­ska po pro­stu spa­ko­wała się i odle­ciała przez pier­ście­nie wrót z całym swoim sprzę­tem. A przy­naj­mniej całym sprzę­tem, któ­rego nie sprze­dali tym dup­kom z Wol­nej Floty.

- Wiemy coś o tym, gdzie pole­cieli?

- Nie - rzu­cił Aleks. - A przy­naj­mniej niczego o tym nie mówią.

Kobieta w hidża­bie - Fatim Wil­son, tak się nazy­wała - znik­nęła, zastą­piły ją uję­cia pustych doków na Mar­sie, a potem grupy ludzi demon­stru­ją­cych przed nimi i wykrzy­ku­ją­cych do kamery. Nie potra­fił nawet stwier­dzić, za czym lub prze­ciwko czemu demon­stro­wali. W obec­nej sytu­acji wła­ści­wie nie był pewien, czy sami umie­liby to okre­ślić.

- Jeśli kie­dyś wrócą, wszy­scy zostaną osą­dzeni za zdradę - ode­zwał się Aleks. - W związku z czym nasuwa się myśl, że nie pla­nują tego zbyt szybko.

- No dobrze - ode­zwał się Hol­den. - Zamach stanu na Mar­sie. Wolna Flota kopie Zie­mię w jaja. Piraci ogra­biają wszyst­kie wyla­tu­jące stąd statki kolo­ni­za­cyjne. Sta­cja Medyna nie odpo­wiada. Oraz nie-wia­domo-co zjada część stat­ków prze­la­tu­ją­cych przez wrota.

Aleks otwo­rzył usta do odpo­wie­dzi, ale jego ekran zami­go­tał i wyemi­to­wał sygnał dźwię­kowy. Prio­ry­te­towe żąda­nie połą­cze­nia.

- Jedna cho­lerna rzecz za drugą - rzu­cił Aleks i ode­brał połą­cze­nie - kiedy i tak już mamy całe mnó­stwo kło­po­tów.

Na ekra­nie poja­wiła się Chri­sjen Ava­sa­rala. Miała ide­al­nie uło­żone włosy, a jej sari świe­ciło bla­skiem migo­tli­wej zie­leni. Tylko oczy i wykrzy­wie­nie kąci­ków ust zdra­dzały sto­pień jej zmę­cze­nia.

- Kapi­ta­nie Hol­den - ode­zwała się. - Muszę się spo­tkać z panem i pań­ską załogą. Natych­miast.

- Naomi śpi - odpo­wie­dział Hol­den bez chwili namy­słu. Ava­sa­rala się uśmiech­nęła. Nie był to przy­jemny widok. - Tak, pójdę ją obu­dzić. Zaraz tam będziemy.

- Dzię­kuję, kapi­ta­nie - odpo­wie­działa kobieta rzą­dząca Zie­mią, po czym się roz­łą­czyła.

Na pokła­dzie zapa­dła cisza.

- Zauwa­ży­łeś, że nie powie­działa niczego obe­lży­wego ani nie­przy­jem­nego? - zapy­tał Hol­den.

- Ow­szem, zauwa­ży­łem.

Hol­den głę­boko wcią­gnął powie­trze.

- To nie może wró­żyć nic dobrego.

***

Salka kon­fe­ren­cyjna mie­ściła się bli­sko powierzchni Księ­życa i zbu­do­wano ją jak salę w szkole albo kościół: podium z przodu i rzędy krze­seł przed nim, ale podium było teraz puste i kil­ka­na­ście krze­seł usta­wiono mniej wię­cej w kręgu. Ava­sa­rala sie­działa z Fre­dem John­so­nem - sze­fem sta­cji Tycho i kie­dyś rzecz­ni­kiem SPZ - oraz mar­sjań­skim pre­mie­rem Smi­them z pra­wej i Bob­bie Dra­per z lewej strony. Smith i John­son byli w koszu­lach i wszy­scy wyglą­dali na zmę­czo­nych. Hol­den, Naomi, Aleks i Amos usie­dli razem w gru­pie naprze­ciw nich, oddzie­leni z obu stron kil­koma pustymi krze­słami. Dopiero gdy usie­dli, do Hol­dena dotarło, że nie przy­szła z nimi Cla­rissa. Nawet nie pomy­ślał o zabra­niu jej. W końcu było to zebra­nie załogi Rosy­nanta, a ona była...

Ava­sa­rala stuk­nęła w swój ter­mi­nal. W prze­strzeni wewnątrz kręgu krze­seł poja­wił się sche­mat. Zie­mia, Luna i sta­cje w punk­tach Lagrange'a jarzyły się na złoto. Okręty floty, które two­rzyły blo­kadę prze­chwy­tu­jącą i nisz­czącą kamie­nie wysy­łane przez Wolną Flotę, ozna­czono na zie­lono. Osobny model poka­zy­wał wewnętrzną część Układu Sło­necz­nego - Słońce, Mer­ku­rego, Wenus, Zie­mię, Marsa i główne sta­cje Pasa, takie jak Ceres i Pal­las - z roz­pro­szo­nymi czer­wo­nymi krop­kami koja­rzą­cymi się z wysypką.

- Czer­wone to Wolna Flota - wyja­śniła Ava­sa­rala. Na żywo jej głos brzmiał chra­pli­wie, jakby kasz­lała. Hol­den nie potra­fił stwier­dzić, czy po pro­stu za dużo mówiła, czy też był to wynik prze­by­wa­nia na Księ­życu i wdy­cha­nia pyłu o zapa­chu pro­chu, zbyt drob­nego, by pora­dziły sobie z nim nawet naj­lep­sze fil­try. - Śle­dzi­li­śmy ich ruchy. Poja­wiła się ano­ma­lia. Ta.

Stuk­nęła w coś na ter­mi­nalu i dwa obrazy połą­czyły się: jeden się powięk­szył, drugi skur­czył, aż poka­zy­wały ten sam obszar prze­strzeni. Czer­wona kropka wyróż­niała się, uno­sząc się ponad sta­cjami i pla­ne­tami w olbrzy­miej pustce prze­strzeni, gdzie mecha­nika orbi­talna nie zapew­niała jej towa­rzy­stwa. Naomi nachy­liła się, sta­ra­jąc się sku­pić wzrok. Była na to zbyt zmę­czona.

- Co oni tam robią? - spy­tała dosta­tecz­nie wyraź­nym gło­sem.

- Wypa­trują - wyja­śnił Fred. - Mają wyłą­czony trans­pon­der, ale wydaje się, że to sta­tek zwia­dow­czy. Lazu­rowy smok z Ceres. Należy do rady­kal­nej frak­cji SPZ.

- Czyli teraz może być z Wolną Flotą. Rzu­cają kamie­niami? - zapy­tał Hol­den.

- Koor­dy­nuje to ten mały skur­wiel - stwier­dziła Ava­sa­rala. A potem, z peł­nym zmę­cze­nia wzru­sze­niem ramion: - Tak sądzimy. Nato­miast wiemy jedno: jak długo ci kozo­jebcy będą w nas rzu­cać kamie­niami, będziemy unie­ru­cho­mieni. Nasze okręty nie odważą się ruszyć z miej­sca, a Marco Ina­ros może zaj­mo­wać, co tylko zechce w pla­ne­tach zewnętrz­nych.

Smith nachy­lił się do przodu, odzy­wa­jąc się spo­koj­nym, pra­wie prze­pra­sza­ją­cym gło­sem.

- Jeśli wywiad Chri­sjen ma rację i ten sta­tek fak­tycz­nie kie­ruje ata­kami, sta­nowi klu­czowy cel w walce z Wolną Flotą. Wie­cie, że puł­kow­nik John­son, sekre­tarz gene­ralna Ava­sa­rala i ja two­rzymy wspólną grupę bojową? To będzie ich pierw­sza akcja bojowa. Prze­chwy­ce­nie lub znisz­cze­nie Lazu­ro­wego smoka i ogra­ni­cze­nie moż­li­wo­ści wroga do wypro­wa­dza­nia ata­ków prze­ciwko Ziemi. Zapew­nie­nie odro­biny swo­body połą­czo­nej flo­cie.

Hol­den pierw­szy raz sły­szał okre­śle­nie połą­czona flota i spodo­bało mu się brzmie­nie tych słów.

Nie tylko jemu.

- Cho­lera - sko­men­to­wał Amos. - A ja tu sobie sie­dzia­łem z pal­cem w dupie i cie­szy­łem się z bycia bez­u­ży­tecz­nym.

- Grzeb sobie, gdzie chcesz, to twoja sprawa - odpo­wie­działa Ava­sa­rala. - Ale możesz to robić na pry­czy prze­cią­że­nio­wej. Rosy­nant nie sta­nowi czę­ści floty, więc utrata statku nie zrobi wyłomu w naszej obro­nie. Rozu­miem, że zain­sta­lo­wa­li­ście tro­chę dodat­ko­wego wypo­sa­że­nia...

- Stęp­kowe działo szy­nowe - potwier­dził Aleks z sze­ro­kim uśmie­chem.

- ...które suge­ruje rekom­pen­so­wa­nie sobie malut­kich fiut­ków, ale może oka­zać się przy­datne. Dowódca misji popro­sił o was i wasz sta­tek, a szcze­rze mówiąc, ponie­waż w tej chwili i tak poza panną Nagatą żadne z was nie jest nic warte...

- Chwi­leczkę - wtrą­cił się Hol­den. - Dowódca misji? Nie.

Ava­sa­rala popa­trzyła mu w oczy i przy­brała kamienny wyraz twa­rzy.

- Nie?

Hol­den nie drgnął.

- Rosy­nant nie lata pod niczy­imi roz­ka­zami oprócz naszych. Rozu­miem, że to duże, połą­czone siły i sie­dzimy w tym wszyst­kim razem, ale Ros to nie tylko sta­tek, to nasz dom. Jeśli chcesz nas wyna­jąć, pro­szę bar­dzo. Przyj­miemy zle­ce­nie i wyko­namy je. Ale jeśli chcesz nam wci­snąć dowódcę i ocze­ku­jesz, że będziemy wyko­ny­wać jego roz­kazy, to odpo­wiedź brzmi nie.

- Kapi­ta­nie Hol­den... - zaczęła Ava­sa­rala.

- To nie są nego­cja­cje. Po pro­stu mówię, jak jest - oświad­czył Hol­den.

Troje naj­po­tęż­niej­szych ludzi w Ukła­dzie Sło­necz­nym, głowy naj­waż­niej­szych frak­cji zma­ga­ją­cych się ze sobą przez poko­le­nia, popa­trzyły po sobie. Brwi Smi­tha powę­dro­wały wysoko na czoło i rozej­rzał się ner­wowo po sali. Fred nachy­lił się do przodu, patrząc na Hol­dena, jakby był nim roz­cza­ro­wany. Tylko w oczach Ava­sa­rali poja­wił się błysk roz­ba­wie­nia. Hol­den zer­k­nął na swoją załogę. Naomi sie­działa ze skrzy­żo­wa­nymi rękami. Aleks uniósł głowę i wysu­nął do przodu pod­bró­dek. Amos uśmie­chał się dokład­nie tak, jak zawsze. Zjed­no­czony front.

Bob­bie odchrząk­nęła.

- To ja.

- Co teraz? - zapy­tał Hol­den.

- To ja - powtó­rzyła Bob­bie. - Ja jestem dowódcą misji. Ale jeśli naprawdę nie chcesz...

- Och - rzu­cił Hol­den. - Nie. Nie, to co innego.

- O tak! - rzu­cił Aleks, a Naomi roz­ło­żyła sple­cione ręce.

Bob­bie się roz­luź­niła.

- Nale­żało to od razu powie­dzieć, Chrissy - sko­men­to­wał Amos.

- Pieprz się, Bur­ton. Docho­dzi­łam do tego.

- No dobrze, Bob­bie - ode­zwał się Hol­den. - Jak chcesz to zro­bić?

Rozdział czwarty

Salis

- Cze­kaj, cze­kaj, cze­kaj! - Salis krzy­czał do radia.

Pod­stawa działa szy­no­wego miała dzie­sięć metrów sze­ro­ko­ści na pla­nie sze­ścio­kąta, a masę nie mniej­szą niż mały sta­tek. Na jego słowa odpa­liło kilka sil­nicz­ków kon­struk­cyj­nych wzdłuż boku bestii, wypusz­cza­jąc w prze­strzeń masę reak­cyjną. Mier­nik kali­bra­cyjny na mechu Salisa wyświe­tlił zero: mini­malny ruch olbrzyma ustał. Uno­sili się razem - nie­ludzko wielka broń, łagod­nie jarząca się sta­cja obcych i Salis w podob­nym do pająka mechu kon­struk­cyj­nym w żółte pasy.

- A que, coyo? - W jego uszach zabrzmiało pyta­nie Jakul­skiego, kie­row­nika zmiany.

- Odczy­ta­łem dryf - wyja­śnił Salis, oświe­tla­jąc lase­rem dal­mie­rza działo szy­nowe i gniazdo mon­ta­żowe, w któ­rym miało zostać osa­dzone.

Ople­ce­nie sta­cji obcych trzema sze­ro­kimi pasami cera­miki, koronki węglowo-krze­mo­wej i stali było ciężką pracą. Teraz to wszystko wyglą­dało jak olbrzy­mia nie­bie­ska piłka objęta gum­kami recep­tur­kami, każda pod kątem pro­stym do pozo­sta­łych dwóch. A na prze­cię­ciach linii przy­sia­dły sta­no­wi­ska dział szy­no­wych. Prze­ko­nali się, że nie da się nawier­cić sta­cji obcych. Spa­wa­nie też nie dzia­łało, bo powierzch­nia się nie topiła. Owi­nię­cie cało­ści oka­zało się jedy­nym real­nym spo­so­bem na zamo­co­wa­nie na niej cze­goś.

- Que mas que? - zapy­tał Jakul­ski.

- Prze­su­nię­cie jedna minuta dzie­sięć sekund wzglę­dem z, minus osiem sekund wzglę­dem y.

- Savvy - potwier­dził Jakul­ski.

Sil­niczki kon­struk­cyjne wzdłuż działa szy­no­wego zami­go­tały, emi­tu­jąc impulsy i kontr­im­pulsy. Wszę­dzie wokół nich niebo upstrzone było wro­tami z nieco ponad tysią­cem trzy­stoma jasnych pla­mek, poza tym puste, nagie i nie­bez­piecz­nie regu­larne. Jedy­nym innym obiek­tem była sta­cja Medyna, ale znaj­do­wała się na tyle daleko, że Salis mógł zasło­nić całą jej struk­turę - z cylin­drem, sil­ni­kiem i modu­łem dowo­dze­nia - wycią­gnię­tym kciu­kiem. Wciąż nazy­wali to powolną strefą. Choć ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści zostało usu­nięte, nazwa była nazwą, a przy tym nio­sła ze sobą poczu­cie obco­ści i groźby. Więk­szość pracy wyko­ny­wał wewnątrz Medyny. Wyj­ścia w próż­nię były rzad­kie, a teraz, gdy to zro­bił, wcale mu się nie podo­bało. Cią­gle odry­wał wzrok od pracy i oglą­dał się na czerń. Minął pra­wie tydzień, zanim dotarło do niego, że roz­glą­dał się za Drogą Mleczną i wciąż patrzył, bo jej tam nie było.

- Bist bien? - zapy­tał Jakul­ski.

- Chwila - odpo­wie­dział Salis, ponow­nie spraw­dza­jąc odczyty lasera.

Zer­k­nął na wielką lufę, cze­ka­jąc, aż mech zdoła doko­nać pre­cy­zyj­nego odczytu z gniazda i powłoki obiektu. Nie­liczne widziane przez niego wcze­śniej działa szy­nowe zro­biono z tytanu i cera­miki, ale nowe mate­riały przy­sy­łane przez Duarte z wrót Lako­nii były super­no­wo­cze­sne. I nie cho­dziło tylko o lśnie­nie płyt z koronki węglowo-krze­mo­wej. Rdze­nie zasi­la­jące działa oraz ich bez­tar­ciowe podaj­niki amu­ni­cji były... dziwne.

Wyglą­dały nie­wąt­pli­wie ele­gancko, ale w zasa­dzie były tylko szy­nami magne­tycz­nymi zasi­la­nymi przez reak­tory fuzyjne, jak na każ­dym statku. I robiły to, co do nich nale­żało, tylko że było coś dziw­nego w tym, jak wyglą­dały i jak się łączyły, jakby nie tyle je pro­du­ko­wano, co hodo­wano. Miały w sobie swo­istą nie­zgrab­ność i urodę, która Sali­sowi bar­dziej niż z maszy­nami koja­rzyła się z rośli­nami. Nie cho­dziło też wyłącz­nie o nowe mate­riały, z któ­rych je stwo­rzono. Od kiedy tylko pier­ścień wrót uniósł się z Wenus, co chwila poja­wiały się jakieś udo­sko­na­le­nia. To była raczej kwe­stia skali. I może jesz­cze cze­goś.

Wresz­cie poja­wił się odczyt dal­mie­rza.

- Bien - rzu­cił Salis. - Zapro­wadź­cie dra­nia do domu.

Jakul­ski nie odpo­wie­dział, ale włą­czyły się sil­niczki. Salis wciąż mie­rzył z lasera w działo i gniazdo, co chwila doko­nu­jąc kolej­nych ręcz­nych odczy­tów. Coś takiego zwy­kle zosta­wiał sys­te­mom mecha, ale nowe mate­riały cza­sami spra­wiały, że laser zgła­szał dziwne błędy, a lepiej było mieć pew­ność. Przez lata, które minęły od czasu otwar­cia wrót, sta­cja pozo­sta­wała nie­ru­choma jak kamień, ale to nie zna­czyło, że wbi­cie w nią cho­ler­nie wiel­kiej maszyny nie mogło spro­wo­ko­wać reak­cji.

Wpro­wa­dze­nie wiel­kiego działa na sta­no­wi­sko zajęło więk­szą część zmiany, ale w końcu lufa osia­dła na miej­scu. Wie­życzka roz­płasz­czyła się, pochła­nia­jąc nie­wielki moment pędu lufy, a potem gniazdo zamknęło się wokół niej, wywo­łu­jąc w Sali­sie nie­przy­jemny obraz olbrzy­mich ust zaci­ska­ją­cych się wokół gigan­tycz­nej słomki.

- Wyco­fuję się - oznaj­mił Salis.

- Clar a test, ty?

- Moment - rzu­cił Salis, odpy­cha­jąc się od sta­cji.

Pod­le­ciał powoli przez pustkę do miej­sca, gdzie cze­kali Roberts i Van­der­caust, przy­pięci do wła­snych mechów. Sil­ni­czek manew­rowy maszyny zatrzy­mał go przy nich i odwró­cił, pozwa­la­jąc mu przyj­rzeć się wyni­kowi pracy. Na kanale gru­po­wym roz­le­gło się par­sk­nię­cie Roberts.

- Víse ca bácter - rzu­ciła.

Co było prawdą. Z dzia­łami przy­mo­co­wa­nymi u góry i u dołu we wszyst­kich trzech osiach sta­cja fak­tycz­nie wyglą­dała jak coś oglą­da­nego przez mikro­skop. Może jakiś wirus. Albo mini­ma­li­styczny pacior­ko­wiec.

- Zamon­to­wane - stwier­dził Salis. - Clar a test.

- Trzy - zabrzmiał głos Jakul­skiego - dwa, jeden.

Działo szy­nowe pod nimi poru­szyło się w gnieź­dzie jak coś budzą­cego się ze snu. Przez chwilę wyda­wało się dry­fo­wać jak wodo­rost porwany prą­dem eteru, ale potem zesztyw­niało, prze­su­wa­jąc się z pozy­cji na pozy­cję za szybko, by Salis nadą­żył śle­dzić ruch mię­dzy nimi, szyb­ciej niż drga­nia nogi owada. Lufa poru­szała się, mie­rząc kolejno do wszyst­kich wrót w jej polu widze­nia. Przy obec­nym ukła­dzie przy­naj­mniej dwa działa mogły celo­wać w każde wrota, a więk­szość znaj­do­wała się w polu widze­nia trzech. Salis widział kie­dyś zdję­cia sta­rych for­ty­fi­ka­cji nad­mor­skich na Ziemi. Ni­gdy wcze­śniej nie miały dla niego sensu - były zbyt pła­skie, by paso­wały do jego doświad­czeń - ale to było coś bar­dzo podob­nego. Działa na zawsze chro­niące sta­cję Medyna przed ata­kiem. Poczuł, jak budzą się w nim jakieś emo­cje, i nie wie­dział, czy to duma, czy obawa.

- Bien - rzu­cił Jakul­ski.

Wyda­wał się pra­wie zasko­czony, jakby spo­dzie­wał się, że działo wyrwie się z obsady i odleci w puste niebo. - Odsu­nąć się przed strza­łem.

- Wyco­fu­jemy się, my - odpo­wie­dział Van­der­caust. - Nie pusz­czaj w nas poci­sku, sa sa?

- Daj znać, jeśli to zro­bię, co? - zaśmiał się Jakul­ski.

Jemu było łatwo się śmiać, prze­cież nie było go tu z nimi. Choć z dru­giej strony te działa mogły z łatwo­ścią podziu­ra­wić i Medynę. Salis i pozo­stali cof­nęli się o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów, doko­nali zwrotu i hamo­wali przez kolejne pięć­dzie­siąt. Ciem­ność była nie­po­ko­jąca. Po dru­giej stro­nie wrót ni­gdy nie było tak ciemno, zawsze było słońce i gwiazdy.

- Nie­ru­chomi i sta­bilni - zgło­siła Roberts. - Hast du dui ozna­czył nas jako przy­ja­ciół.

- Jasne. Jeśli do was strzeli, to będzie zna­czyć, że coś jest nie tak. Usta­wiam cel - powie­dział Jakul­ski, a Salis pod­cią­gnął powięk­sze­nie w swoim mechu.

Na sztucz­nie pod­ko­lo­ro­wa­nym wyświe­tla­czu zoba­czył sta­cję obcych. Jak na razie widział trzy z sze­ściu dział.

- Zestawy czuj­ni­ków bist bien. Strze­lam za trzy, dwa, jeden...

Z czubka działa wystrze­liła chmurka pary - nała­do­wane gazy roz­sze­rzyły się w lufie, nada­jąc poci­skowi odro­binę więk­szą pręd­kość. Kon­tro­lki w mechu Salisa zami­go­tały, nawet z tej odle­gło­ści reagu­jąc na pole magne­tyczne wytwo­rzone przez działo. Nie zoba­czył poci­sków wystrze­lo­nych przez broń. W cza­sie, któ­rego impuls elek­tro­ma­gne­tyczny potrze­bo­wał na prze­do­sta­nie się z radia do gło­śniczka przy uchu, wol­fra­mowy pocisk zdą­żył wyle­cieć przez doce­lowe wrota. Albo w dziwną nie-prze­strzeń mię­dzy nimi. Na sztucz­nie pod­ko­lo­ro­wa­nym wyświe­tla­czu zoba­czył falę prze­cho­dzącą przez sta­cję obcych, jak to, co działo się po dotknię­ciu uno­szą­cej się w nie­waż­ko­ści kuli wody. Fala zga­sła, jesz­cze zanim cał­kiem okrą­żyła sta­cję.

- La que vist? - zapy­tał Jakul­ski.

- Nic - rzu­cił Salis. - Wygląda dobrze. Tu?

- Był tylko blask sta­cji - potwier­dził Jakul­ski.

Pod­czas wszyst­kich ich testów jedyną reak­cją sta­cji na popy­cha­nie przez wystrzały z dział szy­no­wych była emi­sja foto­nów.

- Nic wię­cej?

- Nie.

- Dryf?

- Bez dryfu.

To wła­śnie chcieli zoba­czyć. Działa szy­nowe były dosta­tecz­nie duże i na tyle potężne, że nawet przy zamon­to­wa­niu ich w osi okrętu strze­la­nie byłoby trudne. Zamon­to­wane na wie­życz­kach powinny być w rów­nym stop­niu napę­dem, co bro­nią, odsu­wa­jąc się od ostrze­li­wa­nego celu na tyle szybko, że trudno byłoby je dogo­nić.

Ale nie doty­czyło to sta­cji.

Cokol­wiek obcy zro­bili, żeby zigno­ro­wać iden­tyczną reak­cję o prze­ciw­nym zwro­cie, gene­ro­wało to tylko tyle ener­gii, by wyemi­to­wać tro­chę świa­tła i zda­wało się nie akty­wo­wać żad­nych innych sys­te­mów. Mimo wszystko Salis nie do końca cie­szył się na powrót i kon­trolę gniazd i pod­staw.

- Sły­sze­li­ście, co mówił Casil? - zapy­tał Van­der­caust. - O tym, dla­czego się nie poru­sza, gdy ją popy­chamy?

- Nie - odpo­wie­działa Roberts.

- Powie­dział, że się poru­sza, ale razem z nią prze­suwa się cała prze­strzeń wrót pier­ścieni, więc nie widzimy tego.

- Casil świ­ruje.

- Sí ai.

- Wysy­łasz nas tam z powro­tem? - zapy­tał Salis przez radio.

- Moment - rzu­cił Jakul­ski, a po chwili: - Bien. Może­cie lecieć. Ale trzy­maj­cie tus augen z daleka, jeśli coś będzie nie tak.

"Nie tak" ozna­czało pęk­nię­cia na obu­do­wach, wyciek płynu ze zbior­ni­ków, uszko­dze­nia reak­to­rów lub podaj­ni­ków amu­ni­cji.

Ozna­czało patrzące na nich oczy sta­ro­żyt­nego boga. Albo coś jesz­cze gor­szego.

- Savvy - rzu­cił Salis, spraw­dza­jąc sil­niczki. - Lecimy.

Trójka ope­ra­to­rów mechów zmie­niła pozy­cje i ruszyła z powro­tem w stronę sta­cji. Medyna uno­siła się po pra­wej: nie­ru­chomy sto­żek dyszy, obra­ca­jący się cylin­der. Salis popa­trzył dalej, jakby szu­kał zna­jo­mej twa­rzy, ale nie zoba­czył gwiazd.

***

Wnę­trze obro­to­wego cylin­dra Medyny zawie­rało liniowe słońce pło­nące w osi obrotu, od cen­trum dowo­dze­nia aż do pokła­dów maszy­nowni. Emi­to­wane przez nie peł­no­za­kre­sowe świa­tło padało na zakrzy­wione farmy i sze­ro­kie, wygięte jezioro, które kie­dyś miały nieść mia­sto wier­nych Mor­mo­nów do gwiazd. Salis sie­dział w barze na wol­nym powie­trzu z Van­der­cau­stem i Roberts, pijąc piwo i jedząc białe kib­ble sma­ku­jące sprosz­ko­wa­nym serem i grzy­bami. Z tyłu i przed nim kra­jo­braz wykrzy­wiał się w górę, gubiąc się w jaskra­wej kre­sce słońca. Po pra­wej i lewej roz­cią­gał się cylin­der, wiru­jąc z cią­że­niem mniej wię­cej rów­nym temu na Lunie. Łagodna bryza piesz­cząca go po karku wiała z kie­runku obrotu, jak zawsze.

Jesz­cze jako dziecko Salis widział jaski­nie Wiel­kiego Pokoju na Jape­cie. Cho­dził pod fał­szy­wym nie­bem Ceres. Cylin­der Medyny był naj­bliż­szy temu, jak jego zda­niem mogło wyglą­dać sie­dze­nie na Ziemi, zanim spa­dły na nią kamie­nie: nie­re­gu­lo­wana atmos­fera w górze i cienka war­stwa płasz­cza utrzy­mu­jąca go nad rdze­niem ze sto­pio­nych skał. Nie­za­leż­nie od tego, ile razy tu przy­cho­dził, zawsze czuł pewien rodzaj egzo­tyki.

- Lot­nicy znowu w górze - rzu­ciła Roberts, patrząc w słońce.

Salis spoj­rzał do góry. W powie­trzu uno­siło się pięć obry­so­wa­nych bla­skiem syl­we­tek z roz­cią­gnię­tymi rękami i nogami. Wyda­wali się lecieć zza Salisa, po tra­jek­to­rii zakrzy­wio­nej jak pola soi i kuku­ry­dzy, choć tak naprawdę tkwili bez ruchu. Jakieś pięć mie­sięcy temu pewien nie­doj­rzały idiota wymy­ślił spo­sób na uło­że­nie tym­cza­so­wych szyn, które mogły wystrze­lić ludzi w stronę prze­ciwną do kie­runku obrotu, z pręd­ko­ścią równą rota­cji cylin­dra, i wybić ich w górę, nie­waż­kich w powie­trzu. Miała to być świetna zabawa, o ile tylko nikt nie pod­leci za bli­sko do sztucz­nego słońca i zdoła dopa­so­wać pręd­kość do obro­tów cylin­dra przed lądo­wa­niem.

Z pokładu maszy­nowni wystrze­liły w ich stronę dwie smużki pary, a Salis wska­zał na nich.

- Ochrona ich zła­pie.

Van­der­caust pokrę­cił siwą, kudłatą głową.

- Ton muer­tas.

- Mło­dzi i głupi. Ale tak jak powie­dział Roman: Fihi m'fihi - sko­men­to­wała Roberts. W jej gło­sie brzmiało wię­cej sym­pa­tii, ale też wie­kiem było jej bli­żej do nie­le­gal­nych lot­ni­ków. - Uro­dzi­łeś się poważny i ponury, que?

- Uro­dzi­łem się z sza­cun­kiem - odpo­wie­dział Van­der­caust. - Moja głu­pota zabije tylko mnie.

Wzru­sze­nie ramion Roberts było pod­da­niem się. Na stat­kach - praw­dzi­wych stat­kach - po wła­ści­wej stro­nie wrót, zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa śro­do­wi­ska zawsze sta­no­wiło naj­wyż­szy prio­ry­tet. Robiło się dodat­kowe kon­trole tego, co zostało już dodat­kowo skon­tro­lo­wane, i czy­ściło to, co było już wyczysz­czone. Nie­dba­łość i pośpiech były spo­so­bem na szybką śmierć, i rodziny, i załogi. W dużych sta­cjach - takich jak Ceres, Hygeia, Gani­me­des, a teraz i Medyna - było coś, co pozwa­lało dzie­cia­kom na głu­pie zacho­wa­nia. Na lek­ko­myśl­ność.

Salis pomy­ślał, że to sta­bil­ność. Posia­da­nie prze­strzeni tak wiel­kiej jak cylin­der robiło coś z ludz­kimi gło­wami. On też to czuł, cylin­der wyda­wał się zbyt olbrzymi, by się popsuć. Nie miało zna­cze­nia, że tak naprawdę nic nie było tak duże. Wszystko można było zepsuć. Prze­cież zepsuli Zie­mię. Zacho­wy­wa­nie się, jakby ryzyko nie było zagro­że­niem, nara­żało wszyst­kich na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Mimo wszystko jakiejś jego czę­ści było przy­kro na widok ochrony aresz­tu­ją­cej lot­ni­ków. W końcu to tylko dzie­ciaki. Gdzieś powinno ist­nieć miej­sce na takie rze­czy. Mieli je na Mar­sie, mieli je na Ziemi. Tylko Pasia­rze, któ­rzy spę­dzili zbyt wiele poko­leń, umie­ra­jąc z powodu pierw­szego błędu, nie pozwa­lali swoim dzie­ciom na oka­zjo­nalne wygłupy.

Zmru­żył oczy, patrząc w blask. Ochrona z lot­ni­kami kie­ro­wała się już ku powierzchni, mgli­ste smugi sil­nicz­ków ska­fan­drów zosta­wiały sze­ro­kie, powolne spi­rale wyśrod­ko­wane na jasnej kre­sce słońca.

- Szkoda - rzu­cił.

Van­der­caust wyszcze­rzył zęby.

- Sły­sza­łeś o prysz­ni­cach w sek­cji F? - ode­zwała się Roberts. - Znowu zatkane.

- Alles zapro­jek­to­wane con pełne g - sko­men­to­wał Van­der­caust. - To samo z far­mami. Woda z pól nie scho­dzi tak, jak powinna. Zadzia­ła­łoby, gdyby roz­krę­cić cylin­der tak, jak chcieli tego los Mor­mons.

Roberts się roze­śmiała.

- Sprzęt by dzia­łał, my nie. Wszyst­kich nas by roz­gnio­tło.

- Lepiej to zmie­nić - powie­dział Van­der­caust z ustami peł­nymi kib­ble.

- Jeśli zro­bimy dość, będzie dzia­łać - odpo­wie­dział Salis. - Jeśli nie zdo­łamy dostroić statku z taką redun­dan­cją, to na niego nie zasłu­gu­jemy.

Dopił piwo i wstał, uno­sząc rękę, żeby zapy­tać, czy jego towa­rzy­sze chcą jesz­cze jedną kolejkę. Van­der­caust chciał, Roberts nie. Salis prze­szedł po ubi­tej ziemi do baru. Uznał, że to jeden z ele­men­tów tego, co ich ota­czało. Rośliny i fał­szywe słońce oraz wiatr pach­nący liśćmi, zbu­twia­łymi reszt­kami i świe­żym wzro­stem. Cylin­der Medyny był jedy­nym miej­scem, jakie odwie­dził, gdzie mógł cho­dzić po gle­bie. Nie tylko po pyle i pia­chu - to było wszę­dzie - a po gle­bie. Salis nie wie­dział, dla­czego to robiło róż­nicę, ale tak było.

Bar­man zgar­nął bańkę Salisa i dał mu pełną, a potem drugą, dla Van­der­cau­sta. Kiedy wró­cił do stołu, roz­mowa zmie­niła temat z lot­ni­ków na kolo­nie. Co w sumie nie było wielką zmianą. Z ludzi podej­mu­ją­cych głu­pie ryzyko na ludzi podej­mu­ją­cych głu­pie ryzyko.

- Aldo mówi, że z wrót Jero­zo­limy znowu prze­słali całą lita­nię pogró­żek - mówiła Roberts. - Albo im wyślemy ich reak­tor, albo tu po niego przy­lecą.

- Tro­chę się zdzi­wią, jeśli tego spró­bują - sko­men­to­wał Van­der­caust, przyj­mu­jąc od Salisa świeżą bańkę. - Działa już sprawne i minął czas na alles la.

- Może - zgo­dziła się Roberts, a potem zakasz­lała. - Może powin­ny­śmy im go oddać, nie?

Van­der­caust zmarsz­czył brwi.

- Po co?

- Oni go potrze­bują, a my go mamy, to wszystko - wyja­śniła Roberts.

Van­der­caust nie­dbale mach­nął ręką. "Kogo obcho­dzi, czego potrze­bują?". Ale coś w gło­sie Roberts przy­cią­gnęło uwagę Salisa. Jakby powie­działa wię­cej, niż wyra­ziły słowa. Spoj­rzał w jej ciemne oczy i pyta­jąco uniósł pod­bró­dek. Słowa, które pró­bo­wała wypo­wie­dzieć, pchnęły jej głowę do przodu jak przy­tak­nię­cie.

- Możemy pomóc, jeśli zechcemy. Więc dla­czego nie, sí no? Nie ma powodu, żeby odma­wiać, skoro nie jeste­śmy już tym, kim byli­śmy - stwier­dziła. Van­der­caust zmarsz­czył brwi, ale Roberts mówiła dalej. - Zro­bi­li­śmy to. My. Dzi­siaj.

- Que zro­bi­li­śmy que, my? - zapy­tał Van­der­caust.

Jego głos brzmiał ostro, ale nawet jeśli Roberts to usły­szała, nie prze­stała mówić. Jej oczy błysz­czały, jakby miała się roz­pła­kać. Kiedy się ode­zwała, jej głos przy­po­mi­nał wodę lejącą się z pęk­nię­tej rury. Try­skał, pul­so­wał i znowu try­skał.

- Zawsze mówi­li­śmy, że kie­dyś znaj­dziemy swoje miej­sce. Ceres o Pal­las i te duże sta­cje Lagrange'a, któ­rych ni­gdy nie zbu­do­wano. Mi tía mówiła o zbu­do­wa­niu sta­cji dla wszyst­kich Pasia­rzy alles. Sto­lica a te void. To tutaj. Zbu­do­wana przez Pasia­rzy. Żyją w niej Pasia­rze. Pasia­rze dali jej potęgę. Y z powodu dział, które my zamon­to­wa­li­śmy, jest nasza na zawsze. Dzi­siaj zro­bi­li­śmy z tego miej­sca nasz dom. Nie tylko nasz nasz. Nas wszyst­kich. Teraz esá es ojczy­zna. Dzięki nam trojgu.

Po jej policz­kach spły­wały łzy, powolne w jed­nej szó­stej g. Radość roz­świe­tlała ją od wewnątrz jak ogień i Salis poczuł zawsty­dze­nie. Oglą­da­nie Roberts w takim sta­nie przy­po­mi­nało tra­fie­nie na kogoś sika­ją­cego - było intymne i złe. Ale kiedy odwró­cił wzrok, wokół nich roz­cią­gał się cylin­der. Rośliny, gleba, zie­mia nad nim patrząca z góry jak niebo.

Był na Medy­nie już od pięt­na­stu mie­sięcy. Dłu­żej niż na jakiej­kol­wiek innej sta­cji w całym życiu. Przy­był dla­tego, że Marco Ina­ros i Wolna Flota potrze­bo­wali tu ludzi. Nie myślał o tym, co to zna­czy, choć w głębi ducha wie­dział, że jest bar­dziej SPZ niż SPZ, a to wła­śnie zna­czyła Wolna Flota. Teraz może zoba­czył prze­błysk tego, co się za tym kryło. Nie wieczna wojna, a miej­sce.

- Ojczy­zna - powie­dział ostroż­nie. Jakby to słowo było ze szkła i mógł się pora­nić, gdyby wypowie­dział je za ostro. - Dzięki dzia­łom szy­no­wym.

- Dzięki cze­muś naszemu - stwier­dziła Roberts. - I ponie­waż teraz nie mogą nam tego zabrać.

Salis poczuł coś w piersi i pozwo­lił sobie to zba­dać. Zde­cy­do­wał, że to duma. Czuł dumę. Zary­zy­ko­wał uśmiech i skie­ro­wał go do Roberts, która szcze­rzyła się do niego. Miała rację. To było to miej­sce. Ich miej­sce. Cokol­wiek się sta­nie, będą mieli Medynę.

Van­der­caust wzru­szył rami­nami, pocią­gnął sporą por­cję z bańki i bek­nął.

- Besse dla nas - rzu­cił. - Ale wie­cie co? Jeśli kie­dyś zdo­łają nam to ode­brać, to pewne jak cho­lera, że ni­gdy wię­cej go nie dosta­niemy.

Rozdział piąty

Pa

- Nic mi się w tym nie podoba - oznaj­miła Michio Pa.

Josep ziew­nął i dźwi­gnął się na łok­ciu, patrząc na nią z góry. Był pięk­nym męż­czy­zną w nieco zepsuty spo­sób. Włosy nosił dłuż­sze niż reszta załogi, pra­wie do ramion. Wid­nie­jące w nich pasma sza­ro­ści wciąż były tylko roz­ja­śnie­niem czerni. Dzie­się­cio­le­cia pobruź­dziły mu skórę, a histo­rię jego życia można było wyczy­tać z tuszu: na szyi tatuaż roze­rwa­nego kręgu SPZ, przy­sło­nięty póź­niej wznie­sioną pię­ścią rady­kal­nego kolek­tywu, który roz­padł się dawno temu. Wyszu­kany krzyż na ramie­niu wydzier­gany w chwili reli­gij­nego zapału i zacho­wany długo po tym, gdy wiara wyga­sła. Frazy wypi­sane wzdłuż nad­garst­ków i boku - Skoń­czyła się woda, następ­nym razem ogień oraz Kochać kogoś, to widzieć go takim, jakiego zapla­no­wał Bóg i Ölüm y chuma pas pas fóvos - świad­czyły o róż­nych ludziach, któ­rymi był w ciągu życia. Jego wcie­le­niach. Było to w czę­ści powo­dem, dla któ­rego Pa czuła z nim taką bli­skość. Była od niego młod­sza o pra­wie dzie­sięć lat, ale też prze­szła przez wiele wcie­leń.

- W czym? - spy­tał. - Jest wiele rze­czy, które się nie podo­bają.

- Mówię o zwo­ła­niu kla­nów przez Ina­rosa - wyja­śniła, obra­ca­jąc się i owi­ja­jąc przy tym kocem.

Nie cho­dziło o to, że czuła się nie­kom­for­towo naga, po pro­stu gdy prze­stali się kochać, była gotowa wró­cić do bar­dziej for­mal­nych ról. A przy­naj­mniej cze­goś zbli­żo­nego do nich. Josep to zauwa­żył i bez komen­ta­rza prze­szedł z bycia mężem do roli głów­nego inży­niera. Zło­żył ręce na piersi i oparł się o ścianę.

- Cho­dzi o spo­tka­nie czy o czło­wieka? - zapy­tał.

- O wszystko. Coś tu nie gra.

- Skoro tak mówisz, to ci wie­rzę.

- Wiem. To ta część, kiedy zawsze to robię. Dowo­dzący coyo zmie­nia plan, a ja zaczy­nam się w nim doszu­ki­wać następ­nego Ash­forda. Następ­nego Freda-pie­przo­nego-John­sona. To mój wzór postę­po­wa­nia.

- Prawda, ale to nie zna­czy, że nie ma w nim sensu. Co ci sie­dzi w gło­wie?

Pa nachy­liła się, zagry­za­jąc wargę. Czuła myśli obi­ja­jące się w jej gło­wie jak ślepe ryby, szu­ka­jące słów, które nada­łyby im postać. Josep cze­kał.

Zgod­nie z warun­kami ich ketu­bah, grupa mał­żeń­ska liczyła sie­dem osób: ona, Josep, Nadia, Ber­told, Alura, Evans i Oksana. Wszy­scy zacho­wali swoje nazwi­ska i sta­no­wili trwałą załogę Con­nau­ghta. Pozo­stali słu­żący pod jej roz­ka­zami przy­cho­dzi i odcho­dzili, sza­no­wali fakt, że jest kapi­tan, że wyda­wała spra­wie­dliwe roz­kazy i nie wyka­zy­wała jaw­nego fawo­ry­zo­wa­nia mał­żon­ków, ale zawsze wszy­scy rozu­mieli, że pod­stawą statku jest jej rodzina i żadne zagro­że­nia nie będą tole­ro­wane. Idea roz­dzie­le­nia rodziny i załogi była czymś pocho­dzą­cym z pla­net wewnętrz­nych, kolej­nym przy­kła­dem pod­świa­do­mych uprze­dzeń, przez które Zie­mia­nie i Mar­sja­nie trak­to­wali życie na pokła­dzie statku jako coś odręb­nego od praw­dzi­wego życia.

Dla nich z chwilą zamknię­cia śluzy zasady się zmie­niały, nawet jeśli nie znali sie­bie na tyle, żeby to zro­zu­mieć. Dla Pasia­rzy nie ist­niały podziały. Sły­szała, że nazy­wają to Dok­tryną jed­nego statku. Że ist­nieje tylko jeden sta­tek skła­da­jący się z nie­zli­czo­nych czę­ści, tak jak ciało skła­dało się z nie­zli­czo­nych komó­rek. Con­nau­ght był jedną czę­ścią, tak jak wszyst­kie pozo­stałe, pod­le­ga­jące jej jed­nostki: Pan­shin, Solano, Wiedźma z Endoru, Ser­rio Mal i kil­ka­na­ście innych. Z kolei jej flota była tylko czę­ścią Wol­nej Floty: olbrzy­miego orga­ni­zmu prze­ka­zu­ją­cego infor­ma­cje mię­dzy komór­kami wiąz­kami kie­run­ko­wymi i radiem, pochła­nia­ją­cego jedze­nie i paliwo, pra­cu­ją­cego nad wła­snym powol­nym prze­zna­cze­niem pośród pla­net jak olbrzy­mia ryba w jesz­cze więk­szym oce­anie nieba.

Według nie­któ­rych inter­pre­ta­cji nawet statki Zie­mian i Mar­sjan sta­no­wiły część tego samego jed­nego statku, ale dla niej to zawsze pro­wa­dziło do roz­mów o nowo­two­rach i cho­ro­bach auto­im­mu­no­lo­gicz­nych i meta­fora zawo­dziła.

Mimo wszystko ist­niał powód, dla któ­rego przy­szło jej to teraz do głowy.

- Nie jeste­śmy sko­or­dy­no­wani - powie­działa, pró­bu­jąc słów w miarę ich wypo­wia­da­nia. - Gdy wysu­wasz stopę, się­gasz też ręką. Jed­nym ruchem. My tak nie dzia­łamy. Ina­ros i woj­sko. Sanj­rani i finanse. Rosen­feld, i jego pro­duk­cja i pro­jekty. My. Nie jeste­śmy jesz­cze jed­nym.

- Jeste­śmy w tym nowi - przy­po­mniał Josep.

Jego słowa mogły być pro­te­stem, spo­so­bem na wyja­śnie­nie jej nie­po­koju. Ale z jego strony była to ofiara. Coś, na co mogła zare­ago­wać, co pomo­głoby jej zebrać myśli.

- Może - przy­znała. - Trudno powie­dzieć. Może powin­ni­śmy być mario­net­kami, któ­rych wszyst­kie nitki bie­gną do Pelli. Jeśli Naj­wyż­szy zmieni zda­nie, wszy­scy ska­czemy.

Josep wzru­szył ramio­nami i zmru­żył oczy.

- Zro­bił to, co obie­cał. Statki, paliwo, amu­ni­cja, sil­niki. Wol­ność. Zro­bił to, co powie­dział, że zrobi.

Wyczu­wała w jego sło­wach łagodną pro­wo­ka­cję i tego wła­śnie było jej potrzeba.

- Zro­bił to, co twier­dzi, że powie­dział. Jego praw­dziwe osią­gnię­cia nie są wcale tak dobre. John­son żyje, tak samo jak Smith. Gani­me­des zro­bił się led­wie neu­tralny. Wciąż rzu­camy kamie­niami w Zie­mię, ale nie wygląda na to, żeby mieli się pod­dać. Przyj­rzyj się wszyst­kiemu, co obie­cał, to sam zoba­czysz, że wcale nie tak wiele mu wyszło.

- Poli­tycy od immer i zawsze, tacy. To i tak wię­cej, niż kto­kol­wiek zro­bił dla Pasa. Wewnętrzni są teraz na kola­nach. A z Horn­blo­we­rem i podob­nymi stat­kami mamy zapasy na całe lata. To nasza część. Zapew­nić wszyst­kim żyw­ność i zaopa­trze­nie. Dać nam szansę stwo­rze­nia Pasa bez buta na kar­kach.

Pa wes­tchnęła i podra­pała się po kola­nie, szu­ra­jąc paznok­ciami po skó­rze z dźwię­kiem cichym i suchym jak piach. Wymien­nik powie­trza klik­nął i zaszu­miał. Przy­ci­ska­jący ich do pokładu sil­nik pul­so­wał.

- Jasne - powie­działa.

- Ale?

- Ale - stwier­dziła i na tym ucięła.

Jej nie­po­kój nie zna­lazł żad­nych bar­dziej pasu­ją­cych słów. Może przyjdą z cza­sem, a może znaj­dzie wewnętrzny spo­kój bez koniecz­no­ści ich wypo­wia­da­nia.

Josep prze­su­nął się i kiw­nął głową w stronę pry­czy prze­cią­że­nio­wej.

- Mam zostać?

Pa zasta­na­wiała się przez chwilę. Zgoda mogła być prze­ja­wem bli­sko­ści, ale tak naprawdę, nie­za­leż­nie od tego, z kim dzie­liła ciało, lepiej spało jej się samej. Uśmiech Josepa ozna­czał, że i tak usły­szał jej odpo­wiedź. Była to jedna z rze­czy, które w nim kochała. Wstał, pod­szedł do niej, poca­ło­wał w czoło na gra­nicy wło­sów i zaczął zakła­dać kom­bi­ne­zon.

- Może her­baty?

- Raczej nie - odpo­wie­działa.

- Powin­naś - zasu­ge­ro­wał Josep.

Zwy­kle nie pró­bo­wał inge­ro­wać tak bar­dzo.

- No dobrze.

Zrzu­ciła z sie­bie koc, obmyła się i też się ubrała. Kiedy weszli do kam­buza mar­sjań­skiego okrętu, oparła się o niego. W końcu nie było tam nikogo z innych człon­ków załogi, tylko Oksana i Laura doja­da­jące por­cje grzy­bów w sosie. Tylko rodzina. Josep ruszył w stronę innej ławki, a ona pozwo­liła mu się usa­do­wić tro­chę dalej od ich żon. Oksana zaśmiała się z cze­goś. Laura powie­działa coś ostrego i jado­wi­tego, ale bez wkła­da­nia w to serca. Pa nie usły­szała słów.

Josep wycią­gnął dla nich bańki z her­batą, a potem usie­dli w przy­ja­znej ciszy. Popi­jała napar, a lekka cierp­kość her­baty w połą­cze­niu z wciąż odczu­wal­nym odu­rze­niem po sek­sie wresz­cie ją uspo­ko­iła, choć dotąd nawet nie zda­wała sobie sprawy z nie­po­koju. Josep uniósł brwi, gdy wes­tchnęła.

- Tak - ode­zwała się. - Jesteś mądry. Wła­śnie tego było mi potrzeba.

Ukło­nił się lekko, a potem spo­waż­niał.

- Pomy­ślisz o tym, co powie­dzia­łem? O koor­dy­na­cji?

- Nie martw się - rzu­ciła, ale mówił dalej.

- Zosta­łaś zdra­dzona przez ludzi, któ­rzy powinni byli być two­imi przy­wód­cami. Przez John­sona, gdy byli­śmy SPZ. Ash­forda na Behe­mo­cie. Okul­skiego w związku. Wła­śnie dla­tego wybra­li­śmy nie­za­leż­ność, nie? Tylko że teraz znowu nie jeste­śmy nie­za­leżni. Teraz jeste­śmy Wolną Flotą, bo prze­ko­nał nas do tego Ina­ros. Nie tylko cie­bie. Nas.

- Masz rację - odpo­wie­działa Pa. - Zapewne po pro­stu reaguję na to, co już się stało. Powin­nam sobie odpu­ścić.

- Nie powin­naś sobie odpusz­czać wyuczo­nych lek­cji - stwier­dził. - Wszech­świat spę­dził sporo czasu, mówiąc ci coś, a teraz zaczy­nasz mieć co do tego wąt­pli­wo­ści. Może te wszyst­kie inne lek­cje miały cię na to przy­go­to­wać.

Coś tro­chę moc­niej ści­snęło Pa w piersi.

- Ty też mu nie ufasz.

- Ja? Raczej nie chcesz nikogo oce­niać według moich stan­dar­dów. Ja nie ufam nawet Bogu.

- Jesteś abso­lut­nie naj­gor­szym misty­kiem świata - sko­men­to­wała Pa ze śmie­chem.

- Wiem - potwier­dził Josep, krę­cąc głową. - Smętny nie­udany pro­rok, ja. Ale - uniósł palec - znam cie­bie. I wiem, że jesteś rodza­jem czło­wieka lubią­cego uda­wać, że nie wie rze­czy, które wie, żeby unik­nąć tarć. Jeśli więc myślisz, że może się mylisz, że może wszystko jest w porządku, lepiej sprawdź jesz­cze raz i upew­nij się, że fak­tycz­nie tak jest. Jeśli wszech­świat potrze­buje noża, two­rzy go sobie. A nikt nie jest ostrzej­szy od cie­bie.

- A jeśli okaże się, że wszech­świat to tylko mnó­stwo ato­mów i ener­gii zde­rza­ją­cych się ze sobą aż do wyczer­pa­nia świa­tła?

- To i tak dopa­so­wa­nie wzor­ców jest nie­złym spo­so­bem na to, żeby nie dać się zde­rzyć. Powiedz mi, czy Naj­wyż­szy pasuje do wzorca. Widzia­łaś wię­cej ode mnie.

- Wąt­pię - sko­men­to­wała, ale ujęła jego dłoń.

Uści­snął jej rękę. Po chwili Laura pode­szła i usia­dła z nimi, potem Oksana. Roz­mowa prze­nio­sła się na mniej nie­bez­pieczne tematy - wszyst­kie spo­soby, na które mar­sjań­skie pro­jekty były gor­sze od pasiar­skich, naj­now­sze wie­ści o prze­chwy­ce­niu przez Wiedźmę z Endoru kolej­nego statku kolo­ni­za­cyj­nego, raport Car­mondy'ego z prze­ró­bek Horn­blo­wera. Sprawy zwią­zane z zarzą­dza­niem Con­nau­gh­tem. Jed­nak za jej żebrami wciąż czaił się nie­wielki splot, przy­po­mi­na­jąc, że coś jest nie tak.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki