Proces norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem - Joe J. Heydecker, Johannes Leeb

Kup ebooka

69.99 zł
55.99 zł (35,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Proces norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem

Joe J. Heydecker, Johannes Leeb

Tłumaczenie: Marek Zeller

Originally published in the German language as "Der Nürnberger Prozess" by Joe J. Heydecker and Johannes Leeb Copyright ? 1958, 2006 Verlag Kiepenhauer & Witsch GmbH & Co. KG All rights reserved.

This edition copyright ? Wydawnictwo RM, Poland 2015

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-336-3 ISBN 978-83-7773-494-0 (e-Pub) ISBN 978-83-7773-495-7 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-Pęgierska Redakcja: Jadwiga Smolińska, Ludwika Szumna (wyd. KiW, 1979), Ryszarda Witkowska-Krzeska (wyd. Świat Książki, 2006), Longina Kalisz (Wydawnictwo RM, 2015) Nadzór graficzny: Grażyna Jędrzejec Projekt okładki: Mariusz Kula Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Weryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

SPIS TREŚCI

Co pozostało z procesu norymberskiego

Uwaga wstępna Eugena Kogona

Robert M.W. Kempner: Proces norymberski

Od Autorów

Rozdział 1. Wielkie polowanie

1. Czy wolno zastrzelić Hitlera?

2. Minister spraw wewnętrznych Wilhelm Frick zostaje "przymknięty" - Komentator radiowy Hans Fritzsche wysuwa propozycję kapitulacji Berlina - Dr Josef Goebbels poza ławą oskarżonych

3. Oskarżony numer jeden, marszałek Rzeszy Hermann Göring, zdołał uniknąć śmierci i dostał się do alianckiej niewoli

4. Wielki admirał Karl Dönitz przejmuje ster rządów

5. Bezwarunkowa kapitulacja

6. Koniec świetności - wraz z Dönitzem do niewoli dostają się: szef OKW Wilhelm Keitel, szef sztabu dowodzenia Wehrmachtu w OKW Alfred Jodl oraz minister Rzeszy do spraw uzbrojenia i amunicji Albert Speer

7. Wicekanclerz Franz von Papen czuje się zbyt stary - Generalny gubernator Hans Frank chce popełnić samobójstwo

8. W rękach aliantów: prezes Banku Rzeszy Hjalmar Schacht, protektor Rzeszy Constantin von Neurath, minister gospodarki Rzeszy Walther Funk, szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Ernst Kaltenbrunner, komisarz Rzeszy Arthur Seyss-Inquart, przemysłowiec branży zbrojeniowej Gustav Krupp von Bohlen und Halbach, generalny pełnomocnik ds. wykorzystania siły roboczej Fritz Sauckel

9. Szef Frontu Pracy Robert Ley twierdzi, że nazywa się Distelmeyer - Ideolog partii Alfred Rosenberg leży w szpitalu - Niewinny artysta - gauleiter Frankonii Julius Streicher

10. Koniec reichsführera SS Heinricha Himmlera

11. Minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop aresztowany w łóżku - Przywódca młodzieży Rzeszy Baldur von Schirach zgłasza się sam - Wielki admirał Erich Raeder czeka na moskiewskiej wyspie

12. Tajemnica i sensacja: Rudolf Hess, zastępca Führera, leci do Szkocji

Rozdział 2. Droga do Norymbergi

1. Gdzieś w Europie - pytania, pytania, pytania

2. Aż do najdalszych krańców ziemi...

3. Toast Stalina - sprzeciw Churchilla

4. Napoleon i Robert H. Jackson

5. W celach Norymbergi

6. Umknęli sądowi: Robert Ley, Gustav Krupp, Martin Bormann

Rozdział 3. Władza i obłęd

1. Początek procesu

2. Hitler u władzy

3. Krwawy siew

4. Wiedeń, 25 lipca 1934 roku

5. Hitler ujawnia swoje plany

6. Kto nie z nami, musi zniknąć

7. Anszlus

8. Pokój dla naszego czasu

9. Noc kryształowa

10. Hiszpania. Próba generalna

Rozdział 4. Wojna

1. Stalin i kanibale

2. Ostatnie iskierki nadziei

3. Godzina 4.45

4. Potwór

5. "Lew Morski" - początek końca

6. Plan "Barbarossa"

Rozdział 5. Za linią frontu

1. Program szatana

2. Menedżerowie Hitlera

3. Honor żołnierza

4. Zbrodnia katyńska

5. Technika wyludniania

6. Eksterminacja Żydów

7. Koniec getta w Warszawie

Rozdział 6. Ostatni rozdział

1. Ostatnie słowo i wyrok

2. Jak doszło do uzgodnienia stanowisk

3. Śmierć przez powieszenie

4. Spandau i potem

5. Gdyby Hitler wygrał wojnę

Aneksy. Postanowienie - oskarżenie - wyrok

Deklaracja moskiewska

Akt oskarżenia

Wyrok

Kalendarz wydarzeń

Bibliografia

Co pozostało z procesu norymberskiego

Mogłoby się wydawać, że w pięćdziesiąt lat po głównym procesie zbrodniarzy wojennych powinna być możliwa - zważywszy na dystans historyczny - lepsza ocena tamtego wydarzenia.

Tak jednak nie jest.

Często wprawdzie przywołuje się w pamięci "Norymbergę", gdy przychodzi potępić okropności dziejące się na całym świecie, ale po 1945 roku narody zdecydowanie zbyt długo odrzucały ideę powołania stałego trybunału międzynarodowego. Pierwsze idące w tym kierunku próby podejmowane przez młodą jeszcze wtedy ONZ przepadały w głosowaniu lub na skutek czyjegoś weta. Większość obawiała się chyba ryzyka dla własnego kraju czy sił sprawujących w nim władzę, choć oficjalnie wysuwała zastrzeżenia natury prawnomiędzynarodowej. Suwerenność ciągle jest jeszcze listem żelaznym dla wewnętrznej samowoli.

Gdy w 1938 roku w Niemczech na oczach wszystkich stanęły w płomieniach synagogi, znaleźli się widzowie, którzy fakt ten przyjęli z aprobatą. Nie zabrakło aprobaty także w 1993 roku, gdy na oczach wszystkich i przed kamerami telewizyjnymi stanęły w płomieniach domy azylantów w Hoyerswerda. Nie ma potrzeby wymieniania tutaj innych jeszcze miejsc i miejscowości; kto wie, która będzie ostatnia.

A inni? Francuskie okropności w ówczesnym Algierze, amerykańskie w Wietnamie, i tak dalej i dalej. I oczywiście Drezno. A kto zaczął bombardowania? Guernica, Amsterdam, Coventry? Kto w berlińskim Pałacu Sportu ogłaszał wojnę totalną?

I tak dalej i dalej. Wyliczanka tego rodzaju nie miałaby końca. Choćbyśmy cofając się, dotarli do epoki lodowcowej. Przeszłości nie możemy zmienić, ale przyszłość owszem. Tego próbowano w Norymberdze.

Pięćdziesiąt lat później Narody Zjednoczone ponownie ożywiły spuściznę prawną Norymbergi w postaci Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Hadze. Procesy przeciw serbskiemu podżegaczowi wojennemu Slobodanowi Miloševiciowi i jego pomagierom pozwalają przeczuć nie tylko skalę trudności, lecz także sukcesy i kierunek. I nic nie zmieni tu także paradoksalny fakt, że właśnie Stany Zjednoczone, które w Norymberdze były siłą napędową całego procesu, za prezydentury Busha odmówiły uznania Międzynarodowego Trybunału Karnego. Zresztą także w stosunku do tego Trybunału moc obowiązującą ma stare frankońskie porzekadło: Norymberczyk nie powiesi, jeśli przedtem nie schwyta.

Otóż w 1945 roku zdołano ich schwytać. I dlatego w sprawie procesu norymberskiego w Niemczech do dziś panuje przekonanie, że był to sąd zwycięzców nad zwyciężonymi.

Prawdą jest jednak, że w 1918 roku Rzesza Niemiecka zobowiązała się postawić niemieckich zbrodniarzy wojennych przed sądami. W praktyce jednak nikogo nie postawiono w stan oskarżenia, nikomu nie spadł włos z głowy. Historia Republiki Federalnej dowodzi jak pobłażliwe były jej sądy, jak skandalicznie łagodne były po 1949 roku wyroki na hitlerowskich oprawców, jak wielu uratowało skórę, także z grona "kolegów", sędziów o rękach splamionych krwią.

Dlatego określenie "sąd zwycięzców nad zwyciężonymi" jest dzisiaj (bardziej niż kiedykolwiek) niczym więcej jak tylko nacjonalistyczną propagandą. Mało kto spośród tych, którzy je wypowiadają, kiedykolwiek zajmował się zbrodniczymi czynami, których popełnienie udowodniono skazanym w Norymberdze, lub samym procesem, o którym można powiedzieć jedno: trudno sobie wyobrazić proces prowadzony bardziej fair.

Fakty zasługują na to, by uwolnić je od propagandowej otoczki i pokusić się o pogłębienie ich we współczesnej świadomości. Taki jest - jak i był w roku 1958, gdy ta książka ukazała się po raz pierwszy - sens i cel tego nowego wydania, które - mam nadzieję - zaktualizowałem także po myśli mego zmarłego przyjaciela i jego współautora, Joe J. Heydeckera.

Johannes Leeb

Monachium, wiosna 2003

Uwaga wstępna Eugena Kogona

Ta książka spełnia podwójne zadanie.

Z jednej strony uczy o najtrudniejszym rozdziale nowszej historii Niemiec - o narodowym socjalizmie. Czyni to w sposób zupełnie wyjątkowy: w formie sprawozdania z procesu, który sądowym wyrokiem zakończył dwunastoletnie trwanie Trzeciej Rzeszy. Coś, na co zazwyczaj historiografia potrzebuje dziesiątków, niekiedy nawet setek lat, zostało tu zrealizowane w wielkiej dramatycznej scenie przy zastosowaniu niesamowitego aparatu jako akt polityczny o dalekosiężnych, historycznych skutkach: dokumentacja czynów i osądzenie sprawców. Alianci, którzy pokonali Hitlera i podległe mu organizacje w wyniku potężnego starcia zbrojnego, przygotowali na moment kapitulacji listy z nazwiskami miliona poszukiwanych osób. Spośród owego miliona dwadzieścia jeden osób znalazło się w końcu na ławie oskarżonych w głównym procesie. Kilku innym udało się ujść przed rozprawą: albo popełniły samobójstwo, albo z innych jeszcze powodów były poza zasięgiem międzynarodowego trybunału.

Nie znam żadnej innej pracy, która młodym Niemcom (niemającym przecież nic wspólnego ani jako sprawcy, ani jako ofiary z historią swojego narodu sprzed kilkudziesięciu lat) przybliżyłaby w sposób żywy i przekonujący wiedzę o tamtych wydarzeniach. Dystans dzielący młode pokolenia od tamtych wydarzeń pozwala im spojrzeć na ich aspekt awanturniczy, w wielu sprawach odbiegający od normy, jako na polityczną i moralną sztukę dydaktyczną, którą w istocie obecnie się stała. Dzięki niej możemy dostrzec coś, co bez niej musiałoby zdawać się czymś nieprawdopodobnym: dokąd możemy dojść, jeśli nie zwrócimy uwagi na początki.

Mówiłem o podwójnym zadaniu. Drugim zadaniem jest uzupełnienie wiedzy, jej wkład w zrozumienie, że proces norymberski, choć przeprowadzony przez zwycięskich przeciwników wojennych narodowego socjalizmu, był ważnym krokiem na historycznej drodze poskramiania przemocy przez prawo. To, co z biegiem lat i stuleci stało się normą w poszczególnych państwach, mianowicie że groźby i samowolne używanie siły dla regulowania stosunków międzyludzkich uchodzi za przestępcze i jest prawnie karane, winno się obecnie stać normą prawa międzynarodowego. Podstawą legitymizującą wszelką politykę jest wspomaganie ludzkości, bezpieczeństwo jej rozwoju.

Robert M.W. Kempner: Proces norymberski

Historyczny już dzisiaj proces przeciw głównym przestępcom wojennym, który odbył się przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, miał przede wszystkim sprawiedliwe ukarać winnych. Ale sens i oddziaływanie zarówno tego, jak i dwunastu dalszych procesów[1] mają znacznie szerszy zasięg.

Procesy te umożliwiły pokazanie Niemcom i światu ponurego obrazu Trzeciej Rzeszy - odsłoniły go tysiące urzędowych dokumentów niemieckich: rozkazy napaści na inne narody, mordowania jeńców wojennych, lotników ratujących się na spadochronach, Żydów, księży katolickich, słowiańskich "podludzi", "darmozjadów", osób mniej wartościowych rasowo oraz rzeczywistych i rzekomych przeciwników narodowosocjalistycznego reżimu. Książka, którą prezentujemy Czytelnikom, zawiera liczne przykłady tych spraw. Rozkazy te i zarządzenia, a niekiedy również dzienniki pisane przez samych oskarżonych - na przykład dziennik generalnego gubernatora Polski Hansa Franka - stanowiły oskarżenie sporządzone ich własną ręką przeciwko sobie samym.

Przeprowadzenie procesu pokazało jednocześnie światowej opinii publicznej, kto oprócz Hitlera, Goebbelsa, Himmlera i innych, którzy w chwili katastrofy popełnili samobójstwo, ponosi główną winę. Podczas trzynastu procesów na ławie oskarżonych w Norymberdze zasiadło 199 oskarżonych, z których 38 zostało uniewinnionych. To najlepszy dowód na to, że w Norymberdze alianci nie przyjęli założenia o zbiorowej winie narodu niemieckiego.

Ponadto zaś "Norymberga" stała się kamieniem milowym na ciernistej drodze prawa międzynarodowego i mane, tekel, fares dla mężów stanu i polityków na całym świecie. Konwencje o prawach człowieka i przeciw ludobójstwu są wymownym przykładem oddziaływania Norymbergi, miasta, którego nazwa stała się pojęciem międzynarodowoprawnym. Takie słowa jak agresorzy, wojny napastnicze, ludobójstwo (genocide) - przejęte również jako novum przez niemieckie prawo karne - zbrodnie przeciw ludzkości i godności ludzkiej, "eutanazja", tzn. eksterminacja "darmozjadów", likwidacja mniejszości stały się dziś częścią powszechnie używanego języka politycznego i prawniczego, podobnie jak "ostateczne rozwiązanie" kwestii żydowskiej. Protokół z 20 stycznia 1942 roku w sprawie organizacji "ostatecznego rozwiązania" został odnaleziony w aktach Ribbentropowskiego Urzędu Spraw Zagranicznych. Od czasu procesu przeciw głównym przestępcom wojennym w Norymberdze nikt już nie chce być agresorem, nad którym wisi Damoklesowy miecz egzekucji.

Niniejsza książka, rzeczowo i obiektywnie napisana, jest ważna i pouczająca właśnie ze względu na dzisiejsze znaczenie procesu przeciw głównym przestępcom wojennym dla polityki i prawa międzynarodowego, zwłaszcza zaś dla pokolenia, które nie zna z własnego doświadczenia Trzeciej Rzeszy i okresu procesów norymberskich. Ponownie przez autorów odtworzony obraz tamtych wydarzeń pozwoli mu - i to jest ważne - na uzupełnienie wiedzy w tym zakresie.

Zasady norymberskie powinny mieć zastosowanie - jak podkreślili na sali sądowej główny oskarżyciel amerykański Robert H. Jackson i jego następca generał Telford Taylor - wobec wszystkich zbrodni wojennych, nie tylko w Niemczech. Bez wątpienia od czasu zakończenia procesu norymberskiego popełniono inne zbrodnie wojenne, choć nigdy w takim wymiarze i choć nie były one tak zaplanowane i udokumentowane jak w Trzeciej Rzeszy. Nasuwa się więc pytanie, czy międzynarodowe prawo karne ma rzeczywistą wartość - podobnie jak zwyczajne prawo karne, które również można odnieść tylko do ograniczonej liczby przestępców. W Norymberdze generał Telford Taylor mówił na ten temat (VI proces), co następuje:

- Niezależnie jak smutna i zniechęcająca jest dzisiejsza sytuacja, wykazuje ona nie tyle słabość prawa, ile niedostatki w jego realizacji. Nie jest to niczym nowym w historii prawa. Spokój publiczny nigdy nie był łatwy do zrealizowania. Przez całe stulecia raubritterzy czyhali w swoich zamkach na podróżujących kupców, aby ich ograbić i zamordować, igrali z życiem i szczęściem swoich niewolników i bezkarnie umierali we własnych łóżkach. Mimo że nasza epoka nie jest spokojna, trudno dziś usłyszeć głosy, które brałyby w obronę działania agresywne i twierdziły, że nie są one zbrodnią. Nikt dziś już poważnie nie podaje w wątpliwość istnienia prawa, które piętnuje napaść wojenną, podobnie jak w czasach Henry'ego de Bractona nikt poważnie nie podawał w wątpliwość istnienia zasad prawnych potępiających mord i rabunek. Sędziowie w czasach Bractona często byli świadkami nieprzestrzegania pokoju królewskiego, ale możemy być im wdzięczni za to, że nigdy nie zwątpili i nie zarzucili prawa, które dawało ludziom nadzieję na pokój i bezpieczeństwo w przyszłości.

Ta pouczająca książka na temat procesu norymberskiego, procesu o znaczeniu historycznym w skali światowej, którą obecnie oddajemy do rąk Czytelnikowi, powinna - dzięki szerokiemu rozpowszechnieniu - przyczynić się do rozkrzewienia idei międzynarodowego ścigania karnego poprzez stworzenie Międzynarodowego Trybunału Karnego i międzynarodowego organu wykonawczego policji. Należy też intensywniej niż dotychczas przeciwdziałać, w skali międzynarodowej, łamaniu praw człowieka. W czasach satelitów, komunikacji międzynarodowej, handlu międzynarodowego zakaz nieingerencji w wewnętrzne sprawy innych państw jest już od dawna przestarzały. Stworzenie energicznej międzynarodowej egzekutywy dla ochrony praw człowieka jest pilnie potrzebne.

Dr Robert W.M. Kempner

były członek sztabu oskarżycielskiego głównego oskarżyciela amerykańskiego Roberta H. Jacksona i główny oskarżyciel w "sprawie Wilhelmstrasse"

Przypis

[1] W latach 1946-1949 przed Amerykańskimi Trybunałami Wojskowymi toczyło się 12 procesów przeciwko oskarżonym przestępcom wojennym tzw. drugiego stopnia. Były to: proces I - tzw. sprawa lekarzy; proces II - tzw. sprawa Erharda Milcha; proces III - tzw. sprawa prawników; proces IV - tzw. sprawa WVHA (Głównego Urzędu Gospodarki i Administracji SS) lub proces Pohla; proces V - tzw. sprawa Friedricha Flicka (koncernu stalowego); proces VI - tzw. sprawa IG Farben; proces VII - tzw. sprawa generałów z północnego wschodu (proces o sprawę zakładników); proces VIII - tzw. sprawa RuSHA (Głównego Urzędu SS do spraw Rasy i Osiedleń) lub proces Ulricha Greifelta i innych; proces IX - tzw. sprawa Einsatzgruppen; proces X - tzw. sprawa Kruppa; proces XI - tzw. sprawa Wilhelmstrasse (przy tej ulicy w Berlinie mieściły się siedziby głównych ministerstw Trzeciej Rzeszy) lub proces Ernsta Weizsäckera i innych; proces XII - tzw. sprawa OKW (Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu). Procesy te objęły łącznie 177 oskarżonych - było ich 185, ale czterech popełniło samobójstwo, a czterech poważnie zachorowało, tak że sprawy ich nie doszły do skutku. (Przypis redakcji przekładu polskiego, dalej: Red.).

Od Autorów

- Chcielibyśmy jasno stwierdzić, że nie zamierzamy obwiniać narodu niemieckiego. Gdyby szerokie rzesze narodu niemieckiego chętnie przyjęły program partii narodowosocjalistycznej, niepotrzebne byłyby SA, niepotrzebne byłyby również obozy koncentracyjne i gestapo.

Te słowa wypowiedział główny oskarżyciel amerykański Robert H. Jackson w czasie otwarcia procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze w 1945 roku.

Autorzy zgadzają się z nim w tym punkcie.

Oddawana do rąk Czytelników książka jest próbą udostępnienia szerokiej publiczności materiałów z procesu norymberskiego w przekroju i w przystępnej formie. Pełny protokół postępowania sądowego obejmuje czterdzieści dwa tomy. Dochodzą do tego dziesiątki tysięcy stron rękopisów i maszynopisów, zawierających relacje niedostępne lub jeszcze nienapisane w czasie trwania przewodu sądowego, które jednak obecnie należało uwzględnić, jeśli prezentacja tych wydarzeń ma mieć walor obiektywizmu. Autorom przyświecał również cel ożywienia przed oczyma Czytelnika tamtej epoki i ogólnego kontekstu związanych z nią spraw - zwłaszcza ze względu na młodsze pokolenie, nieznające owego okresu z własnego doświadczenia - oraz naświetlenia prapoczątków procesu, które są w Niemczech prawie nieznane.

Autorzy sądzą, że dzięki swej pracy przyczyniają się do wypełnienia poważnej luki, gdyż podjęta przez nich próba jest prezentacją przebiegu samego procesu na podstawie dokumentów, zeznań świadków, protokołów przy uwzględnieniu chronologii historycznej w całej jej złożoności. Być może istnieją głębsze przyczyny, dla których nie stało się to dotychczas. Proces norymberski nabrał w świadomości czy też może podświadomości narodu niemieckiego cech groźnego, niejasnego, mglistego, a w każdym razie bolesnego wspomnienia. Zamiast działać oczyszczająco, został wyrugowany z pamięci wraz z całą nieprzyjemną przeszłością. Z pewnością w znacznym stopniu przyczyniły się do tego okoliczności zewnętrzne. W czasie trwania procesu istniały w Niemczech poważne kłopoty z papierem; gazety ukazywały się zazwyczaj tylko dwa razy w tygodniu, a ich objętość nie przekraczała na ogół czterech stron. Informowanie opinii publicznej na temat przebiegu wydarzeń w Norymberdze ograniczone było zatem do minimum i już choćby z tego powodu było suche i niekompletne. Ponadto ówczesna sprawozdawczość stała pod znakiem powszechnych resentymentów, nominalnie zaś wolna prasa musiała do pewnego stopnia uwzględniać stanowisko okupacyjnych zarządów wojskowych. Późniejsze publikacje popadły w inną skrajność. Stały się mniej lub bardziej próbami rehabilitacji oskarżonych i generalnego dyskredytowania całego procesu przy faktycznym pominięciu materiału dowodowego. Ostatnimi czasy obfita literatura wspomnieniowa ze zrozumiałych względów często popełnia ten sam błąd. Pod takim obciążeniem cały ten kompleks zagadnień musiał wreszcie zniknąć z horyzontu.

Znaczenie procesu norymberskiego polegało także na tym, że działał on miarkująco w okresie, gdy wśród zwycięzców dawały jeszcze mocno o sobie znać silne emocje negatywne i myśli o zemście. Kto zresztą może mieć za złe alianckim żołnierzom i reporterom, którzy uczestniczyli w wyzwalaniu Auschwitz czy Mauthausen i na własne oczy widzieli ten koszmar, że chcieli dać w jakiś sposób upust swemu bezsilnemu gniewowi. Proces norymberski uspokajał owe antyniemieckie nastroje; właśnie dlatego, że wbrew temu, o czym w naszych czasach niektórzy autorzy usiłują przekonać opinię publiczną, trybunał norymberski nie był "trybunałem zwycięzców". Jego sędziowie dołożyli starań, by był to proces uczciwy, czego my, Niemcy, w owym czasie nie moglibyśmy chyba zagwarantować. Nawet jeśli zdarzyły się błędne orzeczenia i niektórzy (Schacht i Papen) zostali ukarani zbyt łagodnie, a inni (Sauckel i Rosenberg) zbyt surowo. Trybunał nie zdecydował się na ryczałtowe potępienie organizacji nazistowskich, oszczędzając tym samym miliony niemieckich sympatyków reżimu. Ustrzegł się także przed nadaniem zbyt szerokiego sensu pojęciom leżącym u podstaw wszystkich czterech rozdziałów aktu oskarżenia. Wyrok norymberski nie zdołał zapobiec agresywnym wojnom i zbrodniom przeciw ludzkości, ale zostały one jaśniej zdefiniowane, a więc stały się także łatwiej rozpoznawalne. Tak oto proces norymberski wyświadczył światu i Niemcom nieocenioną przysługę.

W czasach gdy na skutek uwarunkowanej także względami komercyjnymi mody na Hitlera, "Führer" znów znalazł się w centrum zainteresowania, proces norymberski ma szanse w znacznym stopniu przyczynić się do ukazania monstrualnej jednorazowości tego charakteru. Bo choć Hitlera zabrakło na liście oskarżonych, gdyż popełniając samobójstwo, zdołał uniknąć sprawiedliwości, to przecież w ciągu prawie roku trwania procesu stale był na nim obecny. Był człowiekiem, który od samego początku wszystko to zaplanował i z niezwykłą brutalnością przeprowadził. A udało mu się to również dlatego, że w osobach dwudziestu dwóch oskarżonych znalazł mniej lub bardziej bezwolnych i bezkrytycznych popleczników. Zbrodnie, których za sprawą Hitlera doznał świat i Niemcy (które pod koniec wojny świadomie chciał pociągnąć za sobą w przepaść), stały się wyraziste poprzez winę jego wspólników. Oni to dopiero w trakcie procesu - przynajmniej kilku z nich - potrafili się wyrwać spod demonicznej fascynacji jego osobą i zbrodniczymi ideami, które głosił, zasłaniając się "dobrem narodu niemieckiego".

Opracowując temat, autorzy nie pozwolili sobie na puszczenie wodzy fantazji lub wysuwanie przypuszczeń i konsekwentnie trzymali się z dala od bele­trystycznych upiększeń i dodatków. Toteż wszystko w tej relacji jest historycznie udokumentowane. Każda widoczna na zewnątrz reakcja którejkolwiek osoby została przekazana przez naocznych świadków, każda okoliczność jest możliwa do sprawdzenia, a każde zacytowane słowo zostało rzeczywiście wypowie­dziane. Aby osiągnąć dokładność i dokumentarną wierność, autorzy nie tylko przestudiowali materiały z procesu i właściwą literaturę, lecz także odbyli liczne podróże w kraju i za granicą w celu dotarcia do źródeł i archiwów. Odwiedzili uczestników procesu - adwokatów, świadków, personel sądowy i więzienny, aby zapoznać się ze wszystkimi szczegółami, dotarli do starych taśm z nagranymi na sali sądowej wystąpieniami i wykorzystali niepublikowane dotychczas akta z przesłuchań. Ponadto jeden z nich, Joe Heydecker, wykorzystał własne doświadczenia i znajomość środowiska, gdyż przez cały dziesięciomiesięczny okres trwania procesu był obecny na sali rozpraw jako korespondent radia i prasy. Uwzględniono także najnowszy stan wiedzy dotyczący procesu (pożar Reichstagu i tajne narady sędziów w sprawie sentencji wyroków). Autorzy są przekonani, że uczynili wszystko, co służy beznamiętnemu i rzetelnemu przedstawieniu nagich faktów, by wyrok sądu mógł się spotkać z obiektywną, indywidualną oceną Czytelnika.

Proces przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze należy już dziś do przeszłości, ale jego znaczenie dla teraźniejszości i przyszłości nie zmalało. W marcu 1975 roku odbyła się w Waszyngtonie konferencja wybitnych naukowców na temat historycznych i politycznych jego konsekwencji. Idee, które wiązały się z tym procesem, w każdym razie w 1945 roku, wyraził Jackson we wspomnianym już przemówieniu wstępnym:

- Współczesna cywilizacja daje człowiekowi do rąk nieograniczone bronie zniszczenia... Każdy akt uciekania się do wojny, do każdego rodzaju wojny, jest uciekaniem się do środków, które w swej istocie są zbrodnicze. Wojna jest w sposób nieunikniony pasmem zabójstw, napaści, pozbawiania wolności i bezprawnego niszczenia własności... Rozum ludzki domaga się, aby prawo nie poprzestawało na karaniu drobnych przestępstw, popełnianych przez zwykłych ludzi. Prawo musi dosięgać również tych, którzy zagarnęli wielką władzę i z rozmysłem, po wspólnym uzgodnieniu, posłużyli się nią, by wywołać nieszczęście, które nie ominie żadnego zakątka Ziemi... Ostatnim krokiem dla powstrzymania okresowo powracających wojen, które są nieuniknione wobec braku międzynarodowych regulacji prawnych, winno być obarczenie mężów stanu odpowiedzialnością przed prawem.

I podniesionym głosem:

- Chciałbym zaś z naciskiem podkreślić, że wprawdzie prawo to znajduje w tej chwili zastosowanie do agresorów niemieckich, dotyczy ono jednak i w razie potrzeby musi być zastosowane do agresji dokonanej przez każdy inny naród, nie wyłączając tych, których przedstawiciele zasiadają tutaj za stołem sędziowskim...

Od tamtego czasu często wysuwa się zarzut - niesłusznie, a także wbrew logice, jak mimo Korei, Indochin, Suezu, Węgier, Pragi i Wietnamu sądzą autorzy - że norymberska międzynarodowoprawna próba karania zbrodni wojennych nie spełniła pokładanych w niej nadziei, podobnie jak nie spełniły się oczekiwania, które legły u podstaw powstania Narodów Zjednoczonych i planów stworzenia rządu światowego. "Norymbergi" nie da się już wykreślić z historii prawa i historii świata. Dopóki narody będą starały się budować swe stosunki na prawie i sprawiedliwości, aby nie dopuścić do samozagłady, dopóty proces nie straci na znaczeniu, mimo wydarzeń dnia codziennego i nawrotów do przeszłości.

Niemiecki specjalista prawa międzynarodowego prof. dr Hermann Jahrreiß w swej zasadniczej mowie przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym powiedział:

- Przepisy statutu tego Trybunału antycypują prawo państwa światowego. Są one rewolucyjne. Być może do nich należy przyszłość pełnych nadziei i tęs­knot narodów.

I na tym poprzestańmy. W mowie Jacksona znalazły się bowiem również słowa skierowane do współczesności, do naszego pokolenia, do gnębionych przez dwanaście lat, okrytych hańbą i niesławą, wykrwawionych, a wreszcie zniszczonych Niemiec, a także do tych, których myśl tylko niechętnie zwraca się w stronę dalekiej i niepewnej przyszłości, którzy pytają, czemu ma służyć ponowne przywoływanie do życia ponurych obrazów przeszłości:

- Zaprawdę, Niemcy - w nie mniejszym stopniu niż świat zewnętrzny - mają do uregulowania rachunki z oskarżonymi.

Joe J. Heydecker, Johannes Leeb

Monachium, wiosna 1985

ROZDZIAŁ 1

Wielkie polowanie

1. Czy wolno zastrzelić Hitlera?

- Czy żołnierz brytyjski, który natknąłby się na Hitlera, miałby obowiązek zastrzelić go, czy wziąć do niewoli? - 28 marca 1945 roku takie pytanie postawił w brytyjskiej Izbie Gmin poseł laburzystowski z Keighley, Ivor Thomas.

Kilka minut wcześniej ówczesny minister spraw zagranicznych Anthony Eden podał do wiadomości, że alianci uważają Adolfa Hitlera za głównego zbrodniarza wojennego. Figuruje on na pierwszym miejscu listy sporządzonej przez londyńską Komisję do spraw Zbrodni Wojennych.

- Jestem skłonny pozostawić temu żołnierzowi brytyjskiemu całkowitą swobodę wyboru - odpowiedział Eden.

Śmiechy i brawa.

W brytyjskiej Izbie Gmin, w Anglii i na całym świecie było już wiadomo, że dla Niemiec wybiła ostatnia godzina. Ofensywy wojsk amerykańskich, brytyjskich i radzieckich nie da się już powstrzymać. Wraz z wojskami na teren Niemiec wkraczają specjaliści służb wywiadowczych z zadaniem odszukania i aresztowania dygnitarzy nazistowskich.

Na liście poszukiwań Komisji do spraw Zbrodni Wojennych znalazło się milion Niemców. Należało przeczesać każdą zrujnowaną piwnicę, każdą zagrodę chłopską, każdy obóz jeniecki i każdą kolumnę uchodźców na drogach.

- Od Norwegii po Alpy Bawarskie odbywa się największe w historii polowanie na ludzi - powiedział Eden w Izbie Gmin.

I wiedział, co mówi.

Nigdy dotąd nie poszukiwano i nie ścigano miliona osób jednocześnie. Tymczasem jednak nie udało się znaleźć tych, którzy w przyszłości zasiądą na ławie oskarżonych w Norymberdze. Z chaosem, jaki powstał po załamaniu się Niemiec, nie mogą sobie poradzić nawet kryminolodzy ze sztabów generała Eisenhowera i marszałka Montgomery'ego. W tym momencie nikt jeszcze nie wie, co się dzieje z Hitlerem, Goebbelsem, Ribbentropem, Bormannem czy Göringiem.

2. Minister spraw wewnętrznych Wilhelm Frick zostaje "przymknięty" - Komentator radiowy Hans Fritzsche wysuwa propozycję kapitulacji Berlina - Dr Josef Goebbels poza ławą oskarżonych

Wilhelm Frick, były minister spraw wewnętrznych Rzeszy, został "przymknięty" w pobliżu Monachium przez oficerów amerykańskiej 7 Armii - tak brzmiał pierwszy meldunek na ten temat. Ani śladu pozostałych poszukiwanych.

A jak przedstawiała się sytuacja w Berlinie?

Dwudziestego pierwszego kwietnia 1945 roku o godzinie 11 przed południem miasto spowite jest szarą chmurą pyłu, gęstego dymu i lepkiej mgły. Po ulicach błądzą zrozpaczeni ludzie; dziesiątki, setki tysięcy uciekinierów. Krwawy rosyjski walec spycha ich na zachód.

Młodzież z Hitlerjugend, kobiety i starcy ustawiają zapory uliczne. Groźny grzmot obwieszcza bliskość frontu. Z ruin zburzonych dzielnic miasta unosi się gęsty dym. Nad Berlinem zawisł gryzący swąd zagłady.

Do prywatnego salonu filmowego ministra propagandy Rzeszy przy Hermann-Göring-Strasse przez szpary w zabitych gwoździami oknach przeciska się chłodny wiatr kwietniowy. Wstrząsy wywoływane pobliskimi eksplozjami powodują, że tu i ówdzie ze ścian i sufitu odpada tynk. Kosztowne fotele pokryte są kurzem i sprawiają wrażenie mocno podniszczonych.

W półmroku tego ponurego pomieszczenia zebrało się kilkudziesięciu mężczyzn. Migotliwe światło pięciu dopalających się ogarków świec pada na poważne, zapadnięte twarze obecnych; prądu elektrycznego nie ma.

Tak się przedstawia sceneria ostatniej konferencji, którą odbył dr Josef Goeb­bels ze swymi współpracownikami. Każdy szczegół, każde słowo, które tu padło, zostały przekazane nam przez naocznego świadka - późniejszego oskarżonego w procesie norymberskim, Hansa Fritzschego.

Minister ma na sobie nieskazitelny ciemny garnitur. W półmroku lśni biały kołnierzyk. Dla komentatora radiowego Fritzschego stanowi to krzyczący kontrast z posępną atmosferą salonu i straszliwymi spustoszeniami w całym mieście. Dr Goebbels zasiada w fotelu, niedbale zakłada nogę na nogę i zaczyna mówić.

To, o czym mówi, ma niewiele wspólnego z roboczą odprawą. Jego mowa jest właściwie przeznaczona dla innego forum. To wyrok potępiający cały naród niemiecki, zawierający słowa o zdradzie, reakcji i tchórzostwie.

- Naród niemiecki zawiódł! - wybucha Goebbels. - Na wschodzie ucieka, na zachodzie utrudnia żołnierzom walkę i wywiesza białe flagi w obliczu zbliżającego się wroga.

Głos jego nabrzmiewa do krzyku, jak gdyby przemawiał w Pałacu Sportu.

- Co mam począć z narodem, którego mężczyźni nie walczą, nawet gdy się gwałci ich kobiety? Potem znów wraca do normalnego tonu. Tylko kąciki ust drgają ironicznie.

- Cóż - mówi cicho - naród niemiecki sam sobie przecież wybrał ten los. Przypomnijcie sobie, panowie, referendum z listopada 1933 roku na temat wystąpienia Niemiec z Ligi Narodów. Wtedy naród niemiecki, mając swobodę wyboru, zdecydował się wypowiedzieć przeciw poddańczej polityce i za polityką śmiałego ryzyka.

Z lekkim skinieniem ręki dodał:

- No cóż, teraz właśnie to ryzyko zakończyło się niepowodzeniem.

Dwóch spośród obecnych poderwało się z miejsc, chcąc przerwać Goebbelsowi. Minister zmierzył ich lodowatym spojrzeniem i nie zwracając uwagi na tę demonstrację, kontynuował:

- Tak, dla niektórych osób może to być zaskoczeniem, nawet dla moich współpracowników. Ale przecież nie zmuszałem nikogo do współpracy ze mną, tak jak nie zmuszaliśmy narodu niemieckiego. On sam powierzył nam misję. Dlaczego panowie ze mną pracowali? Teraz poderżną wam gardziołka.

Goebbels wstał z miejsca i uśmiechnął się nieznacznie, widząc spurpurowiałe lub pobladłe twarze obecnych - skutek jego ostatnich, cynicznych słów. Utykając, podszedł do wysokich, czerwonozłotych, dwuskrzydłowych drzwi salonu filmowego, odwrócił się jeszcze raz i powiedział patetycznie:

- Ale jeśli mamy odejść, to niech zadrży ziemia!

Na razie zadrżały tylko drzwi, które zatrzasnął za sobą. Zebrani podnieśli się z miejsc. Nie padło ani jedno słowo. Spoglądali po sobie z zakłopotaniem. Dla wszystkich stało się jasne, że nadszedł koniec. Podnosząc kołnierze okryć, wyszli pospiesznie na ulicę.

Ciężka artyleria radziecka ostrzeliwuje dzielnicę rządową. Skulony Fritzsche biegnie wzdłuż ścian zrujnowanych domów, z trudem przedziera się przez rumowiska i boczne uliczki. Czuje się jak wyrwany ze snu. Przemierza ulice Berlina w poszukiwaniu ludzi, którzy mogliby udzielić dokładnych informacji na temat sytuacji, wreszcie bezradny zawraca do willi dr. Goebbelsa.

Tutaj spotyka jeszcze tylko klnących esesmanów, kilka zdenerwowanych sekretarek, puste pokoje, rozgrzebane biurka i szafy oraz pozostawione walizki. Szef Urzędu Ministerialnego Curt Hamel stoi bezradnie. Ma na sobie kapelusz i płaszcz. Widząc Fritzschego, mówi bezbarwnym głosem:

- Goebbels pojechał do bunkra Führera. "To już koniec" - to były jego ostatnie słowa. Rosjanie są na Alexanderplatz. Spróbuję przedostać się do Hamburga. Chce pan jechać ze mną? Mam wolne miejsce w samochodzie.

Fritzsche odmawia. Pozostanie w Berlinie. Spieszy do Ministerstwa Propagandy, rozwiązuje wydział radia i zwalnia swych współpracowników. Następnie udaje się do garażu, wyprowadza swoje bmw i jedzie na Alexanderplatz, aby sprawdzić, czy Rosjanie rzeczywiście już tam są. Ogień artyleryjski i czołgi między Danziger Strasse a Ringbahn skłaniają go do zaniechania dalszej jazdy. W gmachu radia dowiaduje się, że obrona Berlina ma być kontynuowana.

Śródmieście trzyma się jeszcze przez kilka dni. O śmierci Hitlera Fritzsche dowiaduje się z komunikatu rozgłośni w Hamburgu, słuchając swego cichnącego na skutek wyczerpywania się baterii radioodbiornika. Z sekretarzem stanu z Ministerstwa Propagandy Wernerem Naumannem biegną natychmiast do Kancelarii Rzeszy. Fritzsche podejmuje stanowczy plan. Berlin musi natychmiast skapitulować. Na razie jednak zachowuje ostrożność wobec Martina Bormanna, by nie zdradzić się z tym planem. Fritzsche chce tylko osiągnąć u niego zgodę na zaniechanie bezsensownych akcji w Berlinie. Ryzykuje głową, ale wreszcie udaje mu się przekonać wszechwładnego zausznika Hitlera.

W ogrodzie przed kwaterą Führera, wśród poczerniałych od dymu murów, pośród beczek na benzynę i palących się tajnych akt - bo cóż innego mogłoby to być? - Bormann zwołuje kilku esesmanów i rozkazuje im w obecności Fritzschego:

- Organizacja Werwolf zostaje rozwiązana. Należy wstrzymać wszelkie akcje tej organizacji, jak również wykonywanie wyroków śmierci.

Fritzsche z trudem powraca do Ministerstwa Propagandy. O godzinie 21 wszyscy pozostali jeszcze w bunkrze Kancelarii Rzeszy decydują się podjąć próbę wydostania się z miasta. Tak oto Fritzsche będzie, jako dyrektor ministerialny, ostatnim wysokim urzędnikiem administracji Trzeciej Rzeszy pozostającym w stolicy. W tej roli chce wystąpić wobec marszałka Gieorgija Żukowa z propozycją kapitulacji Berlina.

O swej decyzji powiadamia kilka szpitali polowych, bunkrów dowodzenia i jednostek Wehrmachtu. Następnie pisze list do radzieckiego marszałka. Tłumacz Junius z Niemieckiego Biura Informacji przekłada tekst pisma na język rosyjski.

W tym momencie gwałtownie otwierają się drzwi. Z błyskiem w oczach wpada do piwnicy generał Wilhelm Burgdorf, ostatni adiutant Hitlera.

- Pan chce kapitulować? - zwraca się władczym tonem do Fritzschego.

- Tak - sucho odpowiada dyrektor ministerialny.

- W takim razie muszę pana zastrzelić! - krzyczy Burgdorf. - Führer w swoim testamencie zabronił wszelkiej kapitulacji. Mamy walczyć do ostatniego mężczyzny!

- Czy do ostatniej kobiety również? - pyta Fritzsche.

Generał wyciąga pistolet, lecz Fritzsche i jego technik radiowy są szybsi. Rzucają się na Burgdorfa. Pada strzał, odbity rykoszetem od sufitu. Wspólnymi siłami wypychają Burgdorfa za drzwi.

Generał próbuje jeszcze powrócić do Kancelarii Rzeszy. W drodze popełnia jednak samobójstwo.

Tymczasem list Fritzschego rzeczywiście trafia do Rosjan, na drugą stronę linii frontu. O świcie 2 maja do Ministerstwa Propagandy przybywają parlamentariusze: radziecki podpułkownik oraz kilku innych oficerów, a także niemiecki pułkownik jako przewodnik. Marszałek Żukow każe zakomunikować Fritzschemu, że go przyjmie.

Grupa ta w milczeniu przemierza Berlin. Miasto w niczym nie przypomina dawnej stolicy. Wzdłuż drogi, którą podążają parlamentariusze, co krok widać padłe konie, zwłoki poległych żołnierzy i chłopców z Hitlerjugend, ruiny, zwisające druty, porzucone pancerfausty, rozbity sprzęt domowy, śmierdzące lochy piwniczne. W pobliżu Anhalter Bahnhof przekraczają linię frontu. Czeka tu na nich rosyjski gazik.

Co się dzieje po drugiej stronie, tam gdzie dotarła już Armia Czerwona?

"W ciągu dwóch wojen światowych widziałem wiele pobojowisk - stwierdza w swych wspomnieniach Fritzsche. - Ale żadnego z nich nie można porównać z tym, co ujrzałem podczas krótkiej drogi od Wilhelmplatz do Tempelhof, której pokonanie zajęło nam kilka godzin... Ze zgliszcz i pożarów, ze stosów trupów i twarzy zabitych odczytywałem tragedie, które się tu rozgrywały. Ogarnęło mnie przemożne pragnienie, aby któryś z licznie jeszcze padających granatów uwolnił mnie od tego bolesnego widoku".

Fritzsche zostaje wprowadzony do znajdującej się naprzeciw wejścia na lotnis­ko Tempelhof willi, gdzie zakwaterował się sztab radziecki. Dyrektor mini­sterialny dowiaduje się, że tymczasem przybył tu również ostatni komendant Berlina, generał Helmut Weidling, aby wezwać miasto do kapitulacji:

- Trzydziestego kwietnia 1945 roku Führer, któremu przysięgaliśmy wierność, zostawił nas na łasce losu. Ciągle jeszcze wierzycie w rozkaz Führera, że trzeba walczyć o Berlin, chociaż brak ciężkiej broni i amunicji oraz sytuacja ogólna każą uważać dalszą walkę za bezsensowną. Każda dalsza godzina walki przedłuża cierpienia ludności cywilnej i naszych rannych. W porozumieniu z najwyższym dowództwem wojsk radzieckich wzywam was zatem do natychmiastowego zaprzestania walki.

W ten sposób, dzięki Weidlingowi, samorzutna misja Fritzschego została skończona. Rosjanie chcą teraz od niego czegoś całkiem innego. Czwartego maja zawożą go samochodem do małej miejscowości między Berlinem a Bernau. Fritzsche zostaje wprowadzony do zatęchłej i wilgotnej piwnicy. Oficerowie, którzy go tu przywieźli, kierują go do słabo oświetlonego pomieszczenia. Przed nimi roztacza się okropny widok. Na podłodze leżą prawie nagie zwłoki mężczyzny. Czaszka jest po części zwęglona, ale reszta ciała nienaruszona. Z ubrania pozostał jedynie brunatny kołnierz i klapa munduru ze Złotą Odznaką Partyjną.

Obok ciała mężczyzny leżą zwłoki pięciorga dzieci. Odziane w koszule nocne, wyglądają, jakby spokojnie spały.

Hans Fritzsche bez trudu identyfikuje zwłoki: dr Goebbels i jego dzieci. Jest wstrząśnięty tym widokiem, lecz także rozgoryczony, że jego szef wybrał tak tani sposób wyjścia z sytuacji. Tak go to poruszyło, że nawet nie dostrzega leżących w tym samym pomieszczeniu siódmych zwłok - kobiety, prawdopodobnie Magdy Goebbels.

Rosjan zadowala ta identyfikacja. Fritzsche zostaje wyprowadzony na zewnątrz, co bynajmniej nie oznacza wolności. Rosjanie zatrzymują go wraz z innymi Niemcami jako jeńca i umieszczają w piwnicy w Friedrichshagen. Jego sytuacja jest początkowo niejasna. Dopiero w kilka dni później zostaje prawnie określona.

U Fritzschego zjawia się podoficer radziecki, wyjmuje z kieszeni pomiętą kartkę i mozolnie odczytuje po niemiecku trzy słowa: - Jest pan aresztowany.

Upłynie wiele czasu, zanim Fritzsche znajdzie się znów na wolności. Jego droga będzie wiodła przez Moskwę i więzienie na Łubiance na ławę oskarżonych w Norymberdze.

3. Oskarżony numer jeden, marszałek Rzeszy Hermann Göring, zdołał uniknąć śmierci i dostał się do alianckiej niewoli

Wielkie polowanie na ludzi odbywa się z ogromnym rozmachem. Jest ono szczególnie intensywne w Alpach Bawarskich. Na mapach alianckich specjalnych grup poszukiwawczych zaznaczone są dwa główne obszary. Jeden z nich, na północy, obejmuje rejon między Hamburgiem a Flensburgiem, drugi, na południu - okolice Monachium aż do Berchtesgaden. Z chylącego się ku upadkowi Berlina część ważnych osobistości Rzeszy podejmuje próbę przebicia się do wielkiego admirała Dönitza. Przypuszcza się, że do grupy tej należą Himmler, Ribbentrop, Rosenberg i Bormann. Pozostali mają się jakoby ukrywać w Bawarii.

Zaskoczenie jest ogromne, gdy rankiem 9 maja na jednym z wysuniętych posterunków 36 Dywizji amerykańskiej 7 Armii zjawia się niemiecki pułkownik, chociaż wiadomo, że w tej części Alp roi się jeszcze od oddziałów niemiec­kich, które chcą prowadzić akcje na własną rękę. Poddadzą się dopiero, gdy beznadziejność sytuacji stanie się również dla nich oczywista. Tym razem jednak chodzi o co innego.

Przybyły oficer wymienia swoje nazwisko: Bernd von Brauchitsch. Następnie zaś dodaje:

- Przybywam jako parlamentariusz z misją od marszałka Rzeszy Hermanna Göringa.

Po tym oświadczeniu Amerykanów ogarnia zapał. Zdają sobie sprawę, że to właśnie ich dywizji przypadną laury za schwytanie jednej z najgrubszych ryb nazistowskich. Natychmiast pakują więc Brauchitscha do dżipa i wiozą do sztabu dywizji.

Sztab jest już telefonicznie poinformowany o przybyciu niemieckiego parlamentariusza. Wszystko odbywa się błyskawicznie. Dowódca dywizji generał major John E. Dahlquist i jego zastępca generał brygady Robert J. Stack są natychmiast do dyspozycji.

Bernd von Brauchitsch oświadcza, że został upoważniony przez Göringa do pertraktacji w sprawie oddania się marszałka w ręce aliantów. Według słów pułkownika marszałek ukrywa się w pobliżu Radstadt pod Zell am See.

Rzeczywiście sytuacja Göringa była bardzo niewesoła. Przede wszystkim grozi mu wyrok wydany nań przez Hitlera i jest całkiem prawdopodobne, że mimo ogólnego krachu znajdzie się garstka fanatycznych esesmanów, którzy zechcą wykonać rozkaz rozstrzelania marszałka.

Kilka dni wcześniej Göring przekazał telegraficznie do oblężonej Kancelarii Rzeszy następującą wiadomość: "Mein Führer, czy zgadza się pan, że w związku z pańską decyzją wytrwania w twierdzy Berlin przejmę, na podstawie ustawy z 29 czerwca 1941 roku, kierowanie sprawami Rzeszy wraz z wszelkimi pełnomocnictwami w sprawach wewnętrznych i zagranicznych? Jeśli nie otrzymam odpowiedzi do godziny 22, będę uważał, że został pan pozbawiony swobody działania, i uznam warunki ustawy za spełnione".

Odpowiedź nadeszła przed godziną 22, ale otrzymał ją inny adresat. Jej tekst brzmiał: "Göring zostaje zwolniony ze swoich wszystkich urzędów i pozbawiony prawa sukcesji po Hitlerze. Należy go natychmiast aresztować pod za­rzutem zdrady stanu". W dalszej części rozkazuje się "zdrajcę z 23 kwietnia 1945 roku zlikwidować w razie śmierci Führera".

Ostatni szef sztabu generalnego Luftwaffe, generał Karl Koller, powie później:

- Wydaje się, że SS nie ważyła się jednak zastosować przemocy wobec marszałka Rzeszy.

- Zostałem wprowadzony do pokoju, w którym był jakiś oficer - opowie Göring podczas przesłuchania w Norymberdze. - Przed drzwiami stał posterunek SS. Czwartego lub 5 maja, po nalocie na Berchtesgaden, zostałem przewieziony wraz z rodziną do Austrii. Przez miasto - nazywało się ono Mauterndorf - przechodziły oddziały wojsk lotniczych, które uwolniły mnie z rąk SS.

Generał Koller, który od tej chwili sprawował pieczę nad Göringiem, znał rozkaz rozstrzelania marszałka.

- Byłem jednak przeciwny morderstwu - powiedział norymberskiemu obrońcy Wernerowi Brossowi - tak jak zawsze byłem nastawiony negatywnie do uśmiercania przeciwników politycznych.

Tak więc również wtedy nie doszło do wykonania tego rozkazu. Sierżant Luftwaffe Anton Kohnle, pełniący straż przed pałacykiem myśliwskim w Mauterndorf, gdzie umieszczono Göringa z żoną, córką, kamerdynerem, pokojówką i osobistym kucharzem, miał wkrótce możność zobaczenia marszałka. Oto jego relacja:

- Gdy mu się zameldowałem, stanął zdumiony i badawczo mi się przyjrzał. Potem zapytał, skąd pochodzę, i zaczął opowiadać, całkiem niesłużbowo, że wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby jego słuchano. Dał mi do zrozumienia, że Hitler cierpiał na manię wielkości. Lecz teraz, wraz z zakończeniem wojny, on sam, marszałek Rzeszy, chce przejąć rządy nad Niemcami.

W dalszym ciągu relacji Kohnle opowiada:

- Gdy po tej rozmowie Göring oddalił się ode mnie na dwadzieścia kroków, upadł nagle na podłogę. Trzeba było porządnie się natrudzić, aby postawić na nogi tego kolosa. Göring był morfinistą i wydaje mi się, że jego złe samopoczucie należało tłumaczyć pozbawieniem go tej trucizny w okresie, gdy był aresztowany przez SS.

Tak oto wyglądało aresztowanie i uwolnienie Göringa w trzeźwej relacji osób uczestniczących w tych wydarzeniach. W każdym razie marszałek Rzeszy nie mógł jeszcze w tym momencie wiedzieć, jak się potoczą dalsze wypadki. Czy SS będzie jeszcze mogła dokonać kontruderzenia i ponownie go aresztować? W tych warunkach niewątpliwie rozsądniej było poszukać schronienia u aliantów.

I oto nadszedł ten moment.

Na miejsce spotkania, które określił pułkownik von Brauchitsch, generał brygady Stack udaje się osobiście. Dżip Amerykanina i kuloodporny mercedes Göringa zbliżają się do siebie na zakręcie wąskiej szosy.

Oba samochody zatrzymują się w stosownej odległości. Generał szybko wyskakuje na szosę, Göring wydostaje się ze swego pojazdu z pewnym trudem.

Następnie unosi buławę marszałkowską, co ma oznaczać powitanie, i idzie w kierunku Amerykanina. Generał Stack podnosi dłoń do czapki i również wykonuje kilka kroków. Wszystko odbywa się z należytą poprawnością.

Obaj mężczyźni spotykają się w połowie drogi, oficjalnie się przedstawiają i wymieniają uścisk dłoni.

Nie przysporzy to chwały generałowi brygady Stackowi. Wiadomość o tym wydarzeniu wywoła powszechnie oburzenie.

"Podanie ręki zbrodniarzowi wojennemu!". "Wymiana uścisków dłoni z mor­dercą!".

W Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, prasa bardzo żywo zajmie się tą sprawą. Wrzawa będzie tak duża, że generał Eisenhower poczuje się w obowiązku oficjalnie wyrazić swoją dezaprobatę. Także rząd brytyjski da wyraz swemu stanowisku za pośrednictwem ministra odbudowy lorda Wooltona, który w Izbie Lordów stwierdzi:

- Wojna nie jest zabawą, którą się kończy podaniem ręki.

Generał brygady Stack nie wie jeszcze oczywiście, jak bardzo sprawa ta zatruje mu życie w przyszłości. Na razie uważa, że formalnościom stało się zadość. Göring zostaje przewieziony do sztabu dywizji, gdzie prominentnym jeńcem zajmie się osobiście generał major Dahlquist. Kwatera główna 7 Armii jest już powiadomiona, a tamtejszy szef kontrwywiadu, generał brygady William W. Quinn, obiecał, że niezwłocznie przybędzie do dywizji i osobiście odbierze stamtąd cennego ptaszka.

Tymczasem dowódca 36 Dywizji ma czas, aby trochę porozmawiać z Göringiem. John E. Dahlquist jest starym, wypróbowanym w boju żołnierzem, naiwnym w sprawach polityki. Jest jednak zaskoczony tym, co już w pierwszych minutach rozmowy słyszy z ust Göringa.

- Hitler miał ciasne horyzonty - mówi marszałek Rzeszy. - Rudolf Hess był ekscentrykiem, a Ribbentrop łajdakiem. Dlaczego Ribbentrop został ministrem spraw zagranicznych? Kiedyś usłyszałem zdanie Churchilla na mój temat, które brzmiało mniej więcej tak: "Dlaczego stale przysyła mi się Ribbentropa zamiast takiego wspaniałego faceta jak Göring?". Teraz oto jestem tutaj. Kiedy skieruje mnie pan do Kwatery Głównej Eisenhowera?

Dahlquist dowiaduje się, że Göring rzeczywiście sądzi, iż będzie mógł prowadzić pertraktacje z aliantami jako reprezentant Niemiec. Jak absurdalna jest ta myśl, nie przychodzi mu w ogóle do głowy. Czy ten najpotężniejszy niegdyś po Hitlerze człowiek nie zdaje sobie sprawy z rzeczywistej sytuacji?

Długo rozwodzi się na temat potęgi swojej Luftwaffe i nawet nie przeczuwa, że w tym samym czasie jego następca na stanowisku naczelnego dowódcy Luftwaffe, feldmarszałek Robert kawaler von Greim, zostaje wzięty do niewoli w Kitzbühel i przedstawiając się, dodaje:

- Jestem szefem niemieckiej Luftwaffe - ale nie mam Luftwaffe.

- Kiedy zostanę przyjęty przez Eisenhowera? - powtarza pytanie Göring.

- Zobaczymy - wymijająco odpowiada Dahlquist.

Po tej rozmowie Göring oddaje się całkowicie spożywaniu posiłku złożonego z kurczęcia, ziemniaczanego purée i fasolki z apetytem, który wprawia w zdumienie generała Dahlquista. Następnie z dużą przyjemnością zjada sałatkę z owoców i chwali amerykańską kawę.

"Był to posiłek, jaki tego dnia otrzymali wszyscy żołnierze amerykańscy" - będzie brzmiał późniejszy oficjalny komunikat Kwatery Głównej Eisenhowera, gdyż wiadomość o tym menu również wywołała oburzenie w świecie.

Szef kontrwywiadu 7 Armii, generał brygady Quinn, po swym przybyciu do dywizji zarządził umieszczenie Göringa w prywatnym domu w pobliżu Kitz­bühel. Do nowej kwatery eskortowało marszałka siedmiu żołnierzy z Teksasu, starych zabijaków spod Salerno i Monte Cassino. Po drodze Göring zwrócił się z uśmiechem do eskorty:

- Tylko pilnujcie mnie dobrze!

Powiedział to po angielsku, ale z tymi żołnierzami nie ma żartów.

- To, co mu odpowiedzieli, nie nadaje się do przekazania - stwierdził reporter amerykański, który towarzyszył tej grupie. Bo na miejscu znaleźli się oczywiście reporterzy. Wiadomość o ujęciu Göringa zaalarmowała rzesze korespondentów wojennych, którzy przybyli pospiesznie, gdyż niestroniący od rozgłosu prasowego Quinn obiecał im wywiad z marszałkiem Rzeszy.

Tymczasem Hermann Göring z zadowoleniem oglądał pomieszczenia, które przeznaczono do jego dyspozycji. Na miejscu jest już także rodzina marszałka oraz bagaż, przywieziony na siedemnastu ciężarówkach. Wszystko toczy się prawie hotelowym trybem. Marszałek Rzeszy zażywa długiej kąpieli, a następnie, z przydługą nieco ceremonią, wkłada swój ulubiony jasnopopielaty mundur, którego kapiący od złota szamerunek jest mu szczególnie miły.

Jak bardzo wszystko to różni się od warunków w obozach, w których w tym samym czasie upycha się dziesiątki i setki tysięcy żołnierzy niemieckich. Ale Göring nie zaprząta sobie głowy takimi problemami. Świeżo ogolony, w dobrym humorze, krokiem prawie sprężystym wychodzi przed dom na przyjemnie grzejące popołudniowe słońce. Niedbałym gestem kiwa ręką w stronę kilkunastu dziennikarzy.

Korespondenci ustawiają się półkolem. Mały, okrągły stolik oraz fotel z obiciem w kwieciste wzory, na którym ma zająć miejsce znamienity jeniec, znajdują się tuż pod ścianą. Ktoś instaluje mikrofon. Trzaskają migawki aparatów fotograficznych.

- Halo, panie marszałku, proszę się uśmiechnąć!

- Tutaj, proszę tu zwrócić głowę!

- Jeszcze jedno zdjęcie w czapce!

Göring nakłada swą czapkę z daszkiem grubo obrzeżonym złotem. Jest zniecierpliwiony.

- Proszę, pospieszcie się, panowie - zwraca się do fotografów - jestem głodny.

Za chwilę posypią się pytania. Najpierw jak zwykle: Gdzie jest Hitler? Czy sądzi pan, że Hitler nie żyje? Dlaczego nie próbowano lądowania w Anglii? Jaką siłę stanowiła Luftwaffe na początku wojny?

- Sądzę, że była najsilniejszym lotnictwem na świecie - z dumą odpowiada Göring.

- Ile miała w przybliżeniu samolotów? - precyzuje pytanie reporter.

- Minęło sześć lat - odpowiada Göring - i nie jestem przygotowany na takie pytania. Nie mogę panu w tym momencie odpowiedzieć, ile wówczas mieliśmy samolotów.

- Czy to pan wydał rozkaz bombardowania Coventry?

- Tak, Coventry było centrum przemysłowym, a według przekazanych mi informacji znajdowały się tam wielkie zakłady lotnicze.

- A Canterbury?

- Rozkaz bombardowania Canterbury był wydany przez najwyższe czynniki jako odwet za nalot na uniwersyteckie miasto w Niemczech.

- Jakie to było miasto?

- Nie przypominam sobie.

- Kiedy po raz pierwszy przyszło panu na myśl, że wojna jest przegrana?

- Wkrótce po inwazji oraz dokonanym przez Rosjan przełamaniu frontu na Wschodzie.

- Co najbardziej przyczyniło się do takiego końca?

- Nieprzerwane ataki lotnictwa.

- Czy Hitler był poinformowany o beznadziejności sytuacji wojskowej?

- Tak. O tym, że wojna ewentualnie może być przegrana, mówili mu różni wojskowi. Reakcja Hitlera była zawsze bardzo negatywna, później zaś rozmowy na ten temat zostały zakazane.

- Kto zakazał tych rozmów?

- Sam Hitler. Wzbraniał się przed wzięciem pod uwagę ewentualności przegrania wojny.

- Kiedy doszło do tego zakazu?

- Gdy ludzie zaczęli o tym mówić, mniej więcej w połowie 1944 roku.

- Czy wierzy pan, że Hitler wyznaczył na swego następcę admirała Dönitza?

- Nie! Telegram do Dönitza był podpisany przez Bormanna.

- Dlaczego tak bezbarwna postać jak Bormann miała tak duży wpływ na Hitlera?

- Bormann sterczał dzień i noc u boku Hitlera i stopniowo tak bardzo podporządkował go swojej woli, że zdominował całe jego życie.

- Kto wydał rozkaz zaatakowania Rosji?

- Sam Hitler.

- Kto był odpowiedzialny za obozy koncentracyjne?

- Hitler osobiście. Wszyscy, którzy mieli cokolwiek wspólnego z tymi obozami, podlegali bezpośrednio Hitlerowi. Organy państwowe nie miały z tym nic wspólnego.

- Jakiej przyszłości oczekuje pan dla Niemiec?

- Jeśli dla narodu niemieckiego nie zostanie znaleziona jakaś droga wyjścia z sytuacji, widzę w czarnych barwach przyszłość Niemiec i całego świata. Wszyscy ludzie chcą pokoju, ale trudno przewidzieć, co się jeszcze zdarzy.

- Czy marszałek Rzeszy ma jeszcze coś na sercu, co chciałby przekazać?

- Chciałbym wzbudzić zrozumienie dla faktu, że zachodzi potrzeba udzielenia pomocy narodowi niemieckiemu. Jestem bardzo wdzięczny temu narodowi, że pozostał pod bronią nawet wtedy, gdy już wiedział, że sytuacja stała się beznadziejna.

Korespondenci oddalili się, aby możliwie jak najszybciej przekablować wywiad do swoich gazet. Mieli jednak pecha. Cenzor w Kwaterze Głównej aliantów na rozkaz generała Eisenhowera nie przepuścił telegramów. I tak już zostało. Dopiero dziewięć lat później, w maju 1954 roku, generał brygady Quinn pozwolił na publikację trzymanego w tajemnicy stenogramu tej konferencji w jednym z amerykańskich magazynów informacyjnych.

Wszelako jedno pytanie, które zostało skierowane do Göringa jeszcze przed konferencją prasową, prześlizgnęło się do prasy amerykańskiej mimo cenzury.

- Czy wie pan, że znajduje się pan na liście zbrodniarzy wojennych?

- Nie - odpowiedział Göring. - Jestem tym bardzo zaskoczony, gdyż nie wiem, dlaczego.

Zapada noc. Marszałek udaje się na spoczynek. To już po raz ostatni będzie spał w miękkim, dobrze sprężynowanym łóżku. Przed drzwiami jego pokoju straż pełni podporucznik Jerome Shapiro z Nowego Jorku.

4. Wielki admirał Karl Dönitz przejmuje ster rządów

O godzinie 22.30 w dniu 1 maja 1945 roku świat i Niemcy ze zdumieniem dowiadują się z rozgłośni Rzeszy w Hamburgu, że: "Według doniesień z Kwatery Głównej Führera dziś po południu nasz Führer, Adolf Hitler, poległ za Niemcy, do ostatniego tchnienia walcząc z bolszewizmem na swym stanowisku dowodzenia w Kancelarii Rzeszy. 30 kwietnia Führer mianował swym następcą wielkiego admirała Dönitza".

Wraz z tym meldunkiem, który samobójczą śmierć Hitlera próbował przedstawić jako śmierć bohatera, kończy się narodowosocjalistyczna tragedia narodu niemieckiego. W tym samym momencie zaczyna się nowy akt, rozgrywany w starej, rozpadającej się już scenerii: krótkotrwały epizod rządów "prezydenta Rzeszy" Karla Dönitza.

Tragedia zamienia się w tragikomedię.

W tym ostatnim, operetkowym akcie historii Wielkoniemieckiej Rzeszy uczestniczą cztery osoby, które zasiądą później na ławie oskarżonych w Norymberdze. Są to: naczelny dowódca Kriegsmarine wielki admirał Dönitz, szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (OKW) feldmarszałek Wilhelm Keitel, szef sztabu dowodzenia Wehrmachtu w OKW generał pułkownik Alfred Jodl oraz minister Rzeszy do spraw uzbrojenia i amunicji Albert Speer.

W tych dniach w Niemczech panuje chaos. Wojska amerykańskie, brytyjskie, francuskie i radzieckie zajmują ostatnie skrawki obszaru Rzeszy. Miliony Niemców uciekają przed nacierającą Armią Czerwoną. Szosami płynie niekończący się potok ludzi pozbawionych dachu nad głową. W miastach naloty dywanowe stłumiły życie. Bezładne gromady żołnierzy byłego Wehrmachtu podążają bez celu w kierunku zachodnim. Fanatyczne komanda egzekucyjne wieszają dezerterów na przydrożnych drzewach. Wylatują w powietrze wysadzane mosty.

Ale we Flensburgu nadal sprawuje się rządy.

Tu nie ma ruin. Tutaj nie panuje atmosfera chylącego się ku upadkowi świata. Tu panuje ład i porządek. Przed niepozornym budynkiem z cegły zaciąga wartę batalion Dönitza. Wszystko jak za czasów dawnej świetności. Budynek przypomina swym wyglądem małomiasteczkową szkołę. Obecnie kwateruje tu rząd Rzeszy i Naczelne Dowództwo Wehrmachtu. Jest to siedziba ostatniej głowy państwa.

Jak doszło do tego osobliwego epizodu niemieckiej historii? Oto szybki przegląd wydarzeń:

Szesnastego kwietnia 1945 roku Dönitz jest w Berlinie. Rankiem tego dnia stolicą Rzeszy wstrząsnął potężny grzmot. To, co do sekundy, jednocześnie otworzyły ogień wszystkie baterie radzieckie rozmieszczone wzdłuż Odry od Kostrzyna po Frankfurt.

Na całej długości frontu na każdy kilometr przypada ponad sześćset dział. Początek długo oczekiwanej ofensywy zapowiada Berlinowi rychły koniec.

W bunkrze Führera w Kancelarii Rzeszy Hitler drżącą ręką wodzi niespokojnie po mapie. Szuka wyjścia, przeprowadza operacje armiami, które istnieją tylko w jego wyobraźni. Walter Lüdde-Neurath, adiutant wielkiego admirała Dönitza, miał możność obserwowania Hitlera w czasie tych upiornych godzin. Według jego relacji "Hitler robił wrażenie człowieka rozbitego i załamanego: z obrzękniętą twarzą, przygarbiony, bezsilny i zdenerwowany".

Sytuacja jest beznadziejna. Wojska Eisenhowera otoczyły Zagłębie Ruhry i rozbiły dywizje Grupy Armii "B". Do niewoli dostało się tutaj 325 tysięcy ludzi. Czołgi amerykańskie są już w pobliżu Magdeburga, Norymbergi i Stuttgartu. Oddziały brytyjskie nacierają w kierunku na Bremę i Lauenburg. Wokół Berlina zaciska się żelazny pierścień Armii Czerwonej.

Radziecka nawała ogniowa przez trzy dni orze każdy metr ziemi, na której niemieckie siły - artyleria przeciwlotnicza, piechota, Volkssturm, siły pomocnicze, marynarze i policjanci - stawiają jeszcze opór. Trzy długie dni.

Hitler ponownie uwierzył w zwycięstwo. Z tonem pogardy w głosie wyraża swoje przekonanie:

- Rosjanie wyczerpali swoje siły. Walczą już tylko dzięki żołnierzom najemnym, uwolnionym jeńcom wojennym, rekrutom ze zdobytych terenów. To sama zbieranina. Ostatni szturm Azji zostanie złamany, tak jak również natarcie naszych przeciwników na Zachodzie skończy się klęską...

Keitel podejmuje optymistyczny ton Hitlera i ogłasza pewnym siebie głosem:

- Panowie, stara wojskowa reguła wsparta doświadczeniem mówi, że atak ugrzęźnie, jeśli do trzeciego dnia nie nastąpi skuteczny przełom.

- Nie wydaje mi się - mruczy w odpowiedzi Dönitz i rozkazuje swemu adiu­tantowi Lüdde-Neurathowi przeniesienie w ciągu najbliższych sześćdziesięciu minut Naczelnego Dowództwa Kriegsmarine (OKM) ze strefy zagrożonej do bezpieczniejszego miejsca.

Armia Czerwona nie spełnia proroctw Hitlera ani nie trzyma się starych żołnierskich reguł Keitla. Dokonuje przełomu czwartego dnia. Ostatni front niemiecki przestaje istnieć.

Postępowanie Dönitza było słuszne. Hitler powierzył mu zadanie obrony rejonu północnoniemieckiego w celu przeciwdziałania rozbiciu Niemiec na dwie części przez nacierające wojska radzieckie i amerykańskie. W nocy opuszcza Berlin niewielka kolumna samochodów, na której czele znalazła się ciężka, pięciotonowa, opancerzona limuzyna wielkiego admirała. Po niebie przemykają blade smugi reflektorów. W oddali rozbłyskuje horyzont, nieomylny znak, że front jest tuż-tuż. Do uszu jadących nieprzerwanie docierają odgłosy kanonady artyleryjskiej.

W mieszkaniu służbowym Dönitza w Dahlem - w przejściach cywilnego schronu przeciwlotniczego, między zebranymi tu sprzętami domowymi, wystraszonymi kobietami z sąsiednich domów i krzyczącymi dziećmi - zainstalował się ostatni prowizoryczny sztab dowodzenia Naczelnego Dowództwa Kriegsmarine.

Z czasem i to miejsce przestało być bezpieczne, w związku z czym Dönitz przeniósł swoje naczelne dowództwo do Plön. Dwa dni później także Naczelne Dowództwo Wehrmachtu ucieka z rejonu Berlina w kierunku północnym. Keitel i Jodl w asyście adiutantów, oficerów, ministrów Rzeszy i sekretarzy stanu ściągają do Rheinsbergu, by następnie przenieść się do Flensburga. Tym samym sceną ostatniego aktu stanie się Szlezwik-Holsztyn.

Trzydziestego kwietnia do urzędującego w Plön Dönitza dociera z Kancelarii Rzeszy radiotelegram zaskakującej treści:

"Na miejsce byłego marszałka Rzeszy Göringa Führer mianował pana, panie wielki admirale Dönitz, swoim następcą. Pisemne pełnomocnictwa są w drodze. Proszę natychmiast podjąć wszelkie środki wynikające z obecnej sytuacji".

Radiotelegram jest podpisany przez Bormanna.

Następnego dnia o godzinie 15.18 drogą radiową dociera do Plön kolejna wiadomość:

"Wielki admirał Dönitz. Do rąk własnych! Tylko przez oficera! Hitler zmarł wczoraj o godzinie 15.30. Zgodnie z testamentem z 29 kwietnia otrzymuje pan urząd prezydenta Rzeszy, minister Rzeszy Goebbels - urząd kanclerza Rzeszy, reichsleiter Bormann - urząd ministra Partii, minister Rzeszy Seyss-Inquart - urząd ministra spraw zagranicznych Rzeszy. Reichsleiter Bormann będzie usiłował jeszcze dziś dotrzeć do pana w celu poinformowania go o sytuacji. Forma i moment przekazania siłom zbrojnym i opinii publicznej tej informacji pozostają sprawą do rozstrzygnięcia przez pana".

Podpisy: Goebbels, Bormann.

"Lew" - jak w całej marynarce nazywają Dönitza, byłego dowódcę floty podwodnej - potrafi natychmiast umocnić swoją pozycję. Instancje cywilne i wojskowe uznają w nim głowę państwa. Naczelne Dowództwo Wehrmachtu, a nawet Heinrich Himmler i SS poddają się rozkazom "radiowego prezydenta". Przebywający w Szlezwiku-Holsztynie członkowie dawnego rządu Rzeszy - wśród nich ideolog partyjny i minister Rzeszy do spraw okupowanych terytoriów wschodnich Alfred Rosenberg oraz minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop - ustępują ze swoich stanowisk, by dać Dönitzowi swobodę manewru.

Dönitz tworzy nowy gabinet. Chodzi o to, by był to gabinet możliwie apolityczny. Określi się on skromnie mianem "tymczasowego rządu Rzeszy". Najważniejsze stanowisko w tym gremium zajmuje były minister finansów Rzeszy Lutz hrabia Schwerin von Krosigk. Powierzono mu misję kierowania całością prac nowego rządu, zostaje więc kimś w rodzaju kanclerza Rzeszy, sprawując jednocześnie pieczę nad finansami i sprawami zagranicznymi. Albert Speer, późniejszy oskarżony w procesie norymberskim, otrzymuje tekę ministra gospodarki i produkcji. Co prawda zarówno te, jak i inne stanowiska w nowym rządzie Rzeszy istnieją jedynie na papierze. Ministerstwa cieni prezydenta Dönitza nie mają praktycznie żadnego znaczenia. Ścieśnione na wąskim obszarze niezajętym jeszcze przez wojska alianckie, w maleńkiej enklawie i w przededniu klęski Niemiec - owe szumnie nazywane urzędy nowo mianowanego gabinetu są żałosną farsą: minister Rzeszy do spraw wyżywienia, rolnictwa i leśnictwa, minister komunikacji Rzeszy, minister poczty Rzeszy, minister oświaty, wychowania i kultury Rzeszy, minister pracy i spraw społecznych...

Karl Dönitz stoi przed trudnymi decyzjami.

Jest on w posiadaniu sporządzonej przez Abwehrę fotokopii mapy pochodzącej z tajnego rozkazu brytyjskiego "Eclipse". Na tej mapie w sposób bardzo precyzyjny naniesiono linię demarkacyjną między Wschodem a Zachodem, tak jak została ona uzgodniona między Rooseveltem, Churchillem a Stalinem na konferencji jałtańskiej, jako zasadniczy schemat przyszłego podziału Niemiec na strefy okupacyjne.

Dzięki temu dokumentowi Dönitz oraz Naczelne Dowództwo Wehrmachtu doskonale wiedzą, które obszary zostaną zajęte przez wojska radzieckie, a które przez siły amerykańskie, brytyjskie i francuskie. I wiedzę tę postanawiają wykorzystać w trakcie dalszych rokowań w sprawie kapitulacji.

W toku wewnętrznych narad, toczących się w nowej kwaterze głównej kierownictwa państwa i sił zbrojnych we Flensburgu, kilka spraw rysuje się jasno:

1. Na Zachodzie ludność wita wojska brytyjsko-amerykańskie jako wyzwolicieli od opresji wojennej i nocnych bombardowań.

2. Natomiast na Wschodzie ludność ucieka ze strachu przed Rosjanami. Tak­że stacjonujące tam jednostki Wehrmachtu nie chcą się dostać w ręce Rosjan.

3. Wojska niemieckie na Zachodzie posłuchają rozkazu o kapitulacji, ale wojska na Wschodzie rozkazu takiego nie posłuchają i będą próbowały przebić się zbrojnie na zachodnią stronę zbawczej linii demarkacyjnej.

4. Ludność na Zachodzie przywita kapitulację z zadowoleniem, ale ludność na Wschodzie potraktuje ją jako zdradę i wydanie na łup milionowych rzesz ciągle jeszcze uciekających ludzi.

Tym samym kurs przyjęty przez rząd Dönitza wydaje się ustalony. Należy podtrzymywać walkę na Wschodzie w celu umożliwienia jak największej liczbie ludzi i wojska przedostanie się za linię wyznaczoną przez "Eclipse" i ucieczkę przed Rosjanami. Jednocześnie należy kontynuować pertraktacje w sprawie kapitulacji na Zachodzie, i to jak najszybciej, by uniknąć dalszych ofiar na tym froncie. We Flensburgu sądzi się, że możliwe jest pozyskanie generała Eisenhowera dla takiego rozwiązania, choć wiadomo, że alianci chcą przyjąć tylko jednoczesną kapitulację wszystkich wojsk niemieckich na wszystkich frontach.

W tej sytuacji Dönitz opowiedział się - jak sam to ujął - "przeciw azjatyckiemu Wschodowi", a "za chrześcijańskim Zachodem".

Ale wydarzenia rozgrywają się błyskawicznie.

Po południu 2 maja 1945 roku przebywający we Flensburgu adiutant wielkiego admirała, komandor podporucznik Lüdde-Neurath, telefonuje w jakiejś przypadkowej sprawie do pewnej firmy w Lubece. Jego rozmówca prosi, by mówił głośniej.

- Nic nie mogę zrozumieć! - krzyczy. - Z ulicy dochodzi straszliwy hałas. Przejeżdżają czołgi. Jeden za drugim.

- Jakie czołgi? - pyta Lüdde-Neurath.

- Angielskie, chce pan usłyszeć?

Rozmówca z Lubeki przysuwa aparat do otwartego okna. W ten sposób naczelne dowództwo niemieckie dowiedziało się o przełamaniu dokonanym przez Brytyjczyków.

5. Bezwarunkowa kapitulacja

Nadszedł czas, aby poważnie pomyśleć o kapitulacji. Do Kwatery Głównej marszałka Montgomery'ego koło Lüneburga Dönitz wysyła admirała Hansa-Georga von Friedeburga, generała Eberharda Kinzla, kontradmirała Gerharda Wagnera i jeszcze trzech oficerów.

Montgomery przyjmuje propozycję kapitulacji nieomal w milcze­niu. Porozumienie, podpisane później przez von Friedeburga, przewiduje zakończenie działań wojennych w całym rejonie północnym 5 maja o godzinie 8.

Następnie Friedeburg leci samolotem do Francji i w Reims podejmuje pertraktacje ze sztabem Eisenhowera. Wkrótce potem przybywa do Reims również generał pułkownik Jodl.

Przybycie Jodla i osób mu towarzyszących do budynku szkoły rzemiosł, w której mieścił się główny sztab aliantów, ujrzała przypadkowo mała dziewczynka, która znajdowała się jeszcze o tej późnej wieczorowej porze na ulicy.

Z krzykiem: Les Allemands! Les Allemands!, pobiegła dalej. Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy - znacznie szybciej niż komunikat oficjalny. Tym razem przybycie Niemców może oznaczać jedynie potwierdzenie klęski i pokój w Europie. Z ust dziecka świat dowiaduje się, że sześć lat nędzy, zniszczeń i śmierci dobiega końca.

W tym samym czasie Jodl pertraktuje z szefem sztabu Eisenhowera Bedellem Smithem na temat kapitulacji na Wschodzie.

"Było dla nas zupełnie jasne - pisze Eisenhower w swoich wspomnieniach - że Niemcy grają na zwłokę, aby przeprowadzić za nasze linie możliwie jak największą liczbę żołnierzy niemieckich znajdujących się jeszcze na froncie. Kazałem generałowi Smithowi poinformować Jodla, że jeśli natychmiast nie zaprzestaną wszelkich wybiegów i nie przestaną opóźniać sprawy, zamknę cały front aliancki i nie pozwolę, by uciekinierzy przekroczyli nasze linie. Nie ścierpię już żadnej zwłoki"[1].

Jodl wysyła do Dönitza radiotelegram następującej treści: "Generał Eisenhower nalega, aby podpisać jeszcze dzisiaj. W przeciwnym razie fronty aliantów zostaną zamknięte również dla tych osób, które będą próbowały poddać się indywidualnie, a wszelkie rokowania zostaną zerwane. Nie widzę innego rozwiązania niż podpisanie, w przeciwnym razie czeka nas chaos".

Podpisanie bezwarunkowej kapitulacji nastąpiło nocą 7 maja 1945 ro­ku w ogo­łoconej klasie szkolnej w Reims. Amerykański korespondent wojenny Drew Middleton należał do grona nielicznych osób, którym było dane uczestniczyć w tym historycznym momencie. Oto jego relacja:

"W pokoju znajduje się długi drewniany stół niczym nieprzykryty. Wszystkie miejsca zaopatrzone są w zatemperowany ołówek i popielniczkę, mimo że nikt nie pali. Obecni są generał porucznik Walter Bedell Smith w imieniu generała Eisenhowera, generał major François Sevez w imieniu generała Alphonse'a-Pierre'a Juina oraz generał major Iwan Susłoparow w imieniu dowództwa radzieckiego.

Jodl nosi Krzyż Rycerski. Patrzy przed siebie szklanym wzrokiem, ma twarz aro­gancką, lecz bez wyrazu. Przed złożeniem podpisu prostuje się i mówi po niemiecku:

- Panie generale, chciałbym powiedzieć kilka słów. Wraz z tym podpisem naród niemiecki i niemieckie siły zbrojne zdają się na łaskę i niełaskę zwycięzców. W tej godzinie mogę tylko wyrazić nadzieję, że zwycięzcy okażą się wielkoduszni.

Generał Smith patrzy na Jodla zmęczonym wzrokiem i nic nie odpowiada. Następuje złożenie podpisów. Jest godzina 2.41".

Następnie Jodl zostaje zaprowadzony do pokoju służbowego Eisenhowera. Naczelny dowódca amerykański przez tłumacza zadaje kilka pytań.

- Czy wszystkie punkty dokumentu są dla pana jasne?

- Tak - odpowiada Jodl.

- Służbowo i osobiście będzie pan pociągnięty do odpowiedzialności - mówi Eisenhower - jeśli dokument w sprawie kapitulacji zostanie naruszony, również w tych punktach, które dotyczą oficjalnej kapitulacji wobec Związku Radzieckiego. To wszystko.

Jodl salutuje, robi zwrot i wychodzi.

Wojna się skończyła.

To, co następuje dzień później w radzieckiej Kwaterze Głównej w berlińskiej dzielnicy Karlshorst, jest już właściwie tylko potwierdzeniem. Z Flensburga do Berlina udaje się samolotem feldmarszałek Wilhelm Keitel celem podpisania drugiego dokumentu o kapitulacji. Towarzyszą mu generał pułkownik H.J. Strumpff, reprezentujący Luftwaffe, i admirał von Friedeburg w imieniu Kriegsmarine.

Dziesięć minut po północy 9 maja 1945 roku Niemcy zostają wprowadzeni do pokoju, gdzie ma zostać podpisany dokument.

Przy szerokim stole zasiadają marszałek Żukow i minister spraw zagranicznych Związku Radzieckiego Andriej Wyszynski; obok zajmuje miejsce brytyjski marszałek lotnictwa sir Arthur Tedder, następnie generał Carl Spaatz, reprezentujący Eisenhowera, oraz generał francuski Jean de Lattre de Tassigny.

Dla niemieckich uczestników ceremonii przygotowano osobny stolik przy wejściu do pomieszczenia. "Keitel wchodzi dumny i pewny siebie - pisał o tym wydarzeniu amerykański korespondent wojenny Joseph W. Grigg. - Ubrany jest w mundur feldmarszałka i aż do końca nie wyzbywa się pruskiej arogancji. Ciska na stolik marszałkowską buławę, siada i obojętnie patrzy przed siebie. Gdy fotoreporterzy są zajęci robieniem zdjęć, raz czy dwa sięga ręką do kołnierza i nerwowo oblizuje wargi".

Po chwili z miejsca wstaje marszałek Tedder i zwraca się do Keitla.

- Czy czytał pan dokument o bezwarunkowej kapitulacji i czy jest pan gotów go podpisać? - Keitel wysłuchuje tłumaczenia, podnosi ze stolika dokument o kapitulacji i odpowiada:

- Tak, jestem gotów.

Marszałek Żukow daje polecenie, by Keitel podszedł do dużego stołu w celu złożenia podpisu. Grigg tak opisuje tę scenę:

"Keitel ceremonialnie bierze swą czapkę, buławę marszałkowską i rękawiczki, ostrożnie wciska monokl w lewe oko, podchodzi do stołu, siada i powolnym ruchem gryzmoli swe nazwisko - Keitel".

Następnie zostają złożone dalsze podpisy. Tymczasem Keitel próbuje jeszcze raz zyskać na czasie. Gestem przywołuje rosyjskiego tłumacza i wyjaśnia mu, że z powodu złej łączności miną co najmniej dwadzieścia cztery godziny, zanim rozkaz wstrzymania ognia dotrze do wojsk na froncie.

Tłumacz nie wie, co zrobić w tej sytuacji, zwraca się bezradnie do jednego z oficerów sztabowych Żukowa i szepcze mu na ucho słowa Keitla. Odpowiedzi nie ma. Żukow podnosi się ze swego miejsca i chłodno oznajmia:

- Proszę teraz delegację niemiecką o opuszczenie sali.

Niemcy podnoszą się z miejsc. Keitel zamyka teczkę zawierającą ten doniosły dokument, bierze ją pod pachę, lekko trzaska obcasami i wychodzi. Kilka dni później, 13 maja, zostaje aresztowany we Flensburgu.

6. Koniec świetności - wraz z Dönitzem do niewoli dostają się: szef OKW Wilhelm Keitel, szef sztabu dowodzenia Wehrmachtu w OKW Alfred Jodl oraz minister Rzeszy do spraw uzbrojenia i amunicji Albert Speer

We Flensburgu ciągle jeszcze rezyduje rząd Dönitza. Mimo bezwarunkowej kapitulacji alianci pozostawiają mu jeszcze możność funkcjonowania. Przybywa tu jedynie aliancka Komisja Kontroli do Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu z zadaniem nadzorowania wszelkich przedsięwzięć związanych z kapitulacją. Poza tym rejon Flensburga jest nietknięty. Tym samym ta mała enklawa pozostaje jedynym skrawkiem ziemi, gdzie niemieccy żołnierze i oficerowie w pełni umundurowani i uzbrojeni wykonują swoje służbowe funkcje.

Ten stan nie potrwa już jednak długo. Aresztowanie Keitla uświadamia Dönitzowi, że koniec jego rządu jest tylko kwestią czasu. Aby zademonstrować dobrą wolę, admirał rozwiązuje organizację Werwolf, a następnie NSDAP. Oba te posunięcia są już jednak spóźnione.

Dlaczego Keitel został aresztowany? Generał major Lowell W. Rooks, amerykański szef alianckiej Komisji Kontroli przy OKW, nie podał żadnego uzasadnienia. Był tylko wykonawcą rozkazu. Sam Keitel wiedział lepiej o co chodzi. Według relacji Lüdde-Neuratha szef Naczelnego Dowództwa Werhmachtu, przybywszy odmeldować się u Dönitza, sam wymienił powody. Jego aresztowanie ma prawdopodobnie "związek z wydanym w kwietniu 1944 ro­ku rozkazem rozstrzelania pięćdziesięciu brytyjskich oficerów lotnictwa". Ten zbrodniczy czyn odegra jeszcze swoją rolę w procesie norymberskim.

Na miejsce Keitla Dönitz mianuje generała pułkownika Alfreda Jodla, lecz to już będzie jego ostatnia czynność urzędowa.

Siedemnastego maja do alianckiej Komisji Kontroli we Flensburgu przybywają również delegaci radzieccy. Wkrótce potem "rząd Rzeszy" otrzymuje wezwanie do stawienia się 23 maja o godzinie 9.45 przed południem na pokładzie zacumowanego niemieckiego parowca pasażerskiego "Patria".

- Pakować walizki - tylko to powiedział Dönitz, otrzymawszy ów rozkaz. Wiedział, że tym razem to już koniec.

O wyznaczonej godzinie w barze na pokładzie "Patrii" rozgrywa się ostatni akt Wielkoniemieckiej Rzeszy. Szef Komisji Kontroli, Amerykanin Rooks, brytyjski generał brygady Foord, radziecki generał major Truskow oraz tłumacz, nowojorczyk Herbert Cohn, uroczyście zajmują miejsca przy stole.

- Gentlemen - oficjalnym tonem zwraca się do zebranych Lowell Rooks - otrzymałem polecenie od generała Eisenhowera, aby dziś rano zebrać panów i zakomunikować, że członkowie tymczasowego rządu Rzeszy i Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu oraz ich współpracownicy mają być zatrzymani jako jeńcy wojenni. Tym samym tymczasowy rząd Rzeszy zostaje rozwiązany. Akt ten wchodzi w życie od teraz. Każdy z panów ma się od tej chwili uważać za jeńca wojennego. Opuszczając to pomieszczenie, otrzymacie panowie asystę oficerów alianckich, którzy będą wam towarzyszyć do miejsc zakwaterowania, gdzie się spakujecie, zjecie posiłek i uregulujecie swoje sprawy.

"Podczas całej tej ceremonii - pisze obecny przy tych wydarzeniach korespondent wojenny Drew Middleton - Jodl siedzi na krześle wyprostowany jak świeca, ale jego nos nabrzmiewa czerwienią, a cała twarz pokrywa się czerwonymi plamami. Nieustannie zaciera ręce i wyłamuje sobie palce".

- Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia? - pyta Rooks.

- Każde słowo byłoby zbędne - odpowiada Dönitz, który sprawia wrażenie człowieka przybitego, ale, jak zauważa Middleton, stara się zachować godną postawę.

- Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia? - zwraca się Rooks do Jodla.

- Każde słowo jest zbędne - powtarza zapytany chrapliwym głosem. Słychać, jak głośno i szybko oddycha.

Admirał von Friedeburg siedzi na swoim krześle apatycznie i nic nie mówi. Jest to już czwarta kapitulacja w ciągu trzech tygodni, w której bierze udział.

- Zechciejcie, panowie, wręczyć mi swoje papiery - mówi Rooks. Jodl sięga do kieszeni i z wściekłością rzuca na stół dokumenty osobiste.

- Well, gentlemen - mówi Rooks, wstając z miejsca - w takim razie żegnam panów.

Jodl mechanicznie spogląda na zegarek. Jest dokładnie dziesiąta. Tymczasem we Flensburgu-Mürwiku, siedzibie rządu Rzeszy i OKW, zaczyna się piekło. Słychać chrzęst gąsienic. Uzbrojona w broń ciężką piechota i żandarmeria brytyjska wkraczają do nietkniętej dotychczas enklawy.

Zdenerwowany brygadier Jack Churcher ze 159 Brygady, brytyjski komendant Flensburga, wykrzykuje na ulicy:

- Szukamy facetów z czerwonymi pasami na spodniach!

Żołnierze angielskiej 11 Dywizji Pancernej z bagnetami na karabinach posuwają się między domami. Jeszcze raz mogą zabawić się w wojnę. Tym razem chodzi o wzięcie do niewoli przeklętego rządu niemieckiego i znienawidzonego naczelnego dowództwa.

Akcja ta jest dla Niemców zupełnym zaskoczeniem. Członkowie gabinetu, którzy nie byli na "Patrii", odbywali właśnie konferencję. Pełniący obowiązki kanclerza hrabia Schwerin von Krosigk omawia sytuację, nie mając pojęcia, jak przedstawia się ona w rzeczywistości.

Sprawy wyjaśniają się błyskawicznie. Drzwi zostają gwałtownie otwarte i do sali posiedzeń wpadają żołnierze brytyjscy uzbrojeni w granaty ręczne i gotowe do strzału pistolety maszynowe:

- Ręce do góry!

Członkowie rządu Rzeszy podrywają się z miejsc. Nikt jeszcze nie wie, co się wydarzyło, a już pada następny rozkaz:

- Spuścić spodnie!

Brytyjczycy bynajmniej nie żartują. Potrafią nadać temu rozkazowi odpowiednią wagę. Niemcy zostają rozbrojeni, po czym następuje zupełnie groteskowa scena: rozebrany rząd Rzeszy zostaje poddany rewizji mającej na celu znalezienie ampułek z trucizną.

- Niczego nie zapomniano obszukać - z elegancką dyskrecją wyraził się później Lüdde-Neurath.

Odzianych w bieliznę lub pidżamy mężczyzn popędzono na ulicę. Przed lufami pistoletów maszynowych Brytyjczyków stoją sekretarki z podniesionymi do góry rękami. Żołnierze przeszukują tymczasem szuflady z bielizną, walizki, torebki, szafy, wywracają materace, opróżniają teczki, obmacują zatrzymanych w poszukiwaniu ukrytej broni, strzałami z pistoletów poganiają opieszałych.

Tak wygląda koniec ostatniego rządu Rzeszy.

Kompania 159 Brygady z 11 dywizji brytyjskiej 1 Armii pędzi na szybkich pojazdach opancerzonych w kierunku pobliskiego Glücksburga, gdzie znaj­du­ją się służbowe pomieszczenia Alberta Speera, ministra gospodarki i produkcji w gabinecie Dönitza. Również on znajduje się na liście zbrodniarzy wojennych.

Speer potrafi trzeźwo myśleć. Być może jest w tych dniach jedynym człowie­kiem, który chłodno i prawidłowo ocenia sytuację. Spokojnie przyjmuje przybycie oddziału, który ma go aresztować, i zdobywa się nawet na zmęczony uśmiech.

- Tak - mówi do oficera brytyjskiego. - To już koniec. To dobrze. To wszystko i tak już było czymś w rodzaju opery.

- Może opery komicznej? - pyta Anglik, wykazując skłonność do tego rodzaju rozmowy z podtekstem.

Speer z rezygnacją skinął głową.

W tym samym czasie aresztowany ostatni prezydent Rzeszy, Karl Dönitz, chodzi tam i z powrotem przed swym służbowym mieszkaniem we Flensburgu-Mürwiku. Walizki ma już spakowane. Teraz czeka tylko na transport do obozu.

Towarzyszy mu admirał von Friedeburg. Obaj mężczyźni, założywszy do tyłu ręce, przechadzają się milcząco po małej ogrodowej alejce. Chwilę później podjeżdżają samochody. Jeńcy wraz z bagażem mają zostać odwiezieni do prezydium policji we Flensburgu, gdzie zbiera się transport. Przed odjazdem admirał zwraca się do angielskich strażników o pozwolenie udania się do łazienki. Nikt się nie sprzeciwia. Hans-Georg von Friedeburg znika za drzwiami, zamykając się od środka. Tymczasem czekający na zewnątrz strażnicy pospiesznie zapalają jeszcze papierosy.

Minuty płyną. W niewielkim pomieszczeniu panuje zupełna cisza. Żołnierze zaczynają się niepokoić. Pukają. Żadnej odpowiedzi. Walą do drzwi pięściami. Cisza.

Masywny kapral wyważa kopniakiem drzwi. Lecą drzazgi. W chwilę później Anglicy stają w niewielkim pomieszczeniu. Na podłodze leży na wznak ostatni naczelny dowódca Kriegsmarine. Ciałem wstrząsają drgawki - wynik działania cyjankali. Oczy są szeroko otwarte, ale admirał jest już nieprzytomny.

Żołnierze podnoszą konającego z podłogi, przenoszą do sąsiedniego pokoju i układają na łóżku. Jeden z nich wybiega, wołając głośno o lekarza, jak gdyby istniał jakikolwiek środek przeciwdziałający śmiercionośnej ampułce z byłego Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy! Admirał von Friedeburg zmarł, zanim przebrzmiały wołania o pomoc.

Tymczasem na dziedzińcu prezydium policji Dönitz, Jodl i Speer czekają na odtransportowanie. W niewielkiej odległości groźnie sterczy skierowana w ich stronę lufa angielskiego karabinu maszynowego. Na miejscu znalazła się również garstka umundurowanych korespondentów wojennych, którzy bezskutecznie próbują przeprowadzić wywiad. Na pierwsze skierowane pod swym adresem pytanie Jodl odpowiada niechętnie i chłodno:

- Jestem jeńcem wojennym i nie mam obowiązku wymieniać niczego poza stopniem i nazwiskiem.

Reporter uśmiecha się ironicznie:

- W porządku. Niech je pan wymieni.

Jodl wypalił jak z pistoletu:

- Generał pułkownik Jodl, szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu.

W tym momencie zajeżdżają samochody wojskowe i pod osłoną czołgów odwożą jeńców na lotnisko. Dla Jodla, Dönitza i Speera rozpoczyna się droga, która zaprowadzi ich w końcu na ławę oskarżonych w Norymberdze, a stamtąd na szubienicę lub do więzienia w Spandau.

Koniec ostatniego niemieckiego rządu i instancji wydającej rozkazy oznacza, że los Niemiec znalazł się całkowicie w alianckich rękach.

"Upłynie wiele lat, może wiek całego pokolenia, zanim siedemdziesiąt milio­nów ludzi w pokonanych Niemczech ponownie będzie w stanie zabierać głos w sprawach polityki światowej lub spróbuje rządzić się samodzielnie" - pisała w tamtych dniach amerykańska gazeta wojskowa "Stars and Stripes".

Należałoby jeszcze dodać, że trzydzieści lat później tak zwana armia duchów (określenie Churchilla) miała się stać przyczyną dużego publicystycznego niepokoju. Armia ta składała się z trzech milionów niemieckich jeńców wojennych mających status rozbrojonego personelu wojskowego. Żołnierze mogli zachować swe odznaczenia wojenne, a niektórzy nawet broń. Ludzie ci słuchali antyradzieckich wykładów i - być może właśnie dlatego - w swej większości byliby nawet skłonni ruszyć przeciw Rosji - tym razem dla sprawy Zachodu. Na konferencji poczdamskiej Churchill musiał wysłuchać wielu słów gorzkiej krytyki ze strony Rosjan. Ale dopiero następca Churchilla, Attlee, spełnił jego przyrzeczenie i do stycznia 1946 roku rozwiązał ostatnie instancje dowodzenia byłych niemieckich sił zbrojnych.

7. Wicekanclerz Franz von Papen czuje się zbyt stary - Generalny gubernator Hans Frank chce popełnić samobójstwo

"Największe w historii polowanie na ludzi" ciągle jeszcze trwa. Liczba poszukiwanych Niemców - pierwotnie milion osób - została rozszerzona przez Komisję Narodów Zjednoczonych do spraw Zbrodni Wojennych do mniej więcej sześciu milionów.

Gdzie jest Heinrich Himmler? Gdzie są Ribbentrop, Rosenberg, Ley, Bormann, Frank, Streicher?

Rozpłynęli się, zniknęli z powierzchni ziemi wchłonięci przez morze uciekinierów i ruiny po bombach. Listy gończe z ich podobiznami wiszą we wszystkich koszarach, ale śladów tych ludzi nikt nie umie wytropić. Placówki amerykańskie i brytyjskie wiedzą, że radio moskiewskie codziennie krytykuje powolność zachodnich akcji poszukiwawczych. Ich bezskuteczność grozi wręcz politycznym skandalem.

Wreszcie Moskwa występuje z oficjalnym żądaniem zintensyfikowania poszukiwań nieodnalezionych jeszcze prominentów nazistowskich.

Ale również wywiadowcy Eisenhowera i Montgomery'ego nie mogą dokonać cudu na zawołanie. Są więc radzi z wykrycia każdego osobnika o znanym nazwisku. Mają już przecież w ręku sporą ich liczbę. Wielu z tych ludzi znajdzie się później w Norymberdze. Jest wśród nich na przykład Franz von Papen, który powszechnie zyskał sobie przydomek "sługusa Hitlera". Były kanclerz Rzeszy, wicekanclerz i ambasador niemiecki w Wiedniu i Ankarze został aresztowany w Westfalii.

Epizod ten miał miejsce w burzliwym okresie, gdy amerykańska 9 Armia opanowywała Zagłębie Ruhry. Franz von Papen i jego rodzina (prawie do końca pod nadzorem gestapo, gdyż Hitler nie dowierzał staremu dyplomacie z Herrenklubu) w okresie załamywania się frontów zachodnich uciekli do barona Maxa von Stockhausena, zięcia Papena.

Samotnie położonego domku myśliwskiego pilnują uzbrojeni w broń śrutową mężczyźni - wśród nich syn Papena, Friedrich Franz von Papen. Okolica roi się od dezerterów i uwolnionych robotników cudzoziemskich, należy zatem strzec przebywających w drewnianym domku kobiet i dzieci. Zresztą do przybycia Amerykanów pozostało i tak niewiele czasu.

Franz von Papen jest pewien, że z tą chwilą wybije godzina jego wyzwolenia.

Dzieje się jednak inaczej. Żołnierze amerykańskiej 9 Armii po opanowaniu miejscowości Stockhausen odkrywają również samotny domek myśliwski. Amerykański sierżant z pistoletem w ręku wchodzi do środka i oświadcza, że mężczyźni są jeńcami.

- A pan kim jest? - zwraca się Amerykanin do siedzącego w rogu izby na drewnianej ławie starszego mężczyzny.

- Franz von Papen - odpowiada zapytany i sięga po dokumenty.

- Jest pan również jeńcem - krótko oświadcza sierżant.

- Ale przecież ja nie zajmuję żadnego stanowiska wojskowego i mam ponad sześćdziesiąt pięć lat...

- Nie szkodzi - decyduje mężczyzna z pistoletem. - Jest pan aresztowany.

Papen poddaje się losowi. Prosi żołnierza o zajęcie miejsca; otrzymuje pozwolenie na zjedzenie talerza zupy i spakowanie swoich rzeczy do plecaka. Były kanclerz Rzeszy wraz z pozostałymi jeńcami zostaje następnie zapakowany do dżipa i przewieziony do sztabu dywizji w Rüthen.

Tamtejsi oficerowie traktują go z wyszukaną grzecznością, ale nie czynią mu żadnych nadziei. Zresztą należy jeszcze wyjaśnić, czy jego nazwisko także znajduje się na liście osób poszukiwanych przez aliantów. W Kwaterze Głównej Eisenhowera też chcą widzieć ważnego jeńca. Wszystko to razem musi jakiś czas potrwać. Papen pozostaje więc w zamknięciu - i pozostanie jeszcze długo po procesie norymberskim.

Również amerykańska 7 Armia może zameldować do Kwatery Głównej o sukcesie. Szóstego maja 1945 roku wchodząca w jej skład 36 Dywizja Piechoty zatrzymała w Berchtesgaden ponad dwa tysiące jeńców - szarą, jednolitą masę ludzi. Mężczyźni zostali poddani rewizji, zarejestrowani i odstawieni do baraków obozowych. Zwykła kolej rzeczy.

Tej samej nocy u kapitana Philipa Broadheada, szefa urzędu wojskowego w Berchtesgaden, ostro zadzwonił telefon. Melduje się oficer dyżurny obozu jenieckiego:

- Jeden z tych typów chciał popełnić samobójstwo - mówi podporucznik.

- No i co z tego - burknął kapitan Broadhead. Nie lubi, gdy się go wyrywa ze snu z powodu drobnostki.

- Zdaje się, że to gruba ryba - spokojnie odpowiada oficer z obozu. - Nieczyste sumienie i tak dalej...

- Jak się nazywa?

- Chwileczkę. Tak, Frank, Hans Frank.

Broadhead wyskakuje z łóżka. Kilka minut później jest już w prowizorycznym ambulatorium obozowym przy nieprzytomnym byłym generalnym gubernatorze Polski.

Frank ma zabandażowaną lewą rękę aż po końce palców. Okrągława twarz jest kredowo biała i głęboko zapadnięta, oddech spokojny, ledwo słyszalny.

- Żyletka, kapitanie - rzeczowo wyjaśnia lekarz - ale wyciągniemy go z tego.

Rzeczywiście wyciągnęli go. Lewa dłoń Franka pozostanie już jednak sparaliżowana, a całe ramię prawie unieruchomione. Przecinając tętnice, Frank naruszył także ścięgna.

Wiadomość o zidentyfikowaniu Franka staje się światową sensacją. Z nazwis­kiem człowieka, za którego panowania w byłym Generalnym Gubernatorstwie popełniano najstraszliwsze zbrodnie, wiążą się strach, przemoc i systematycznie dokonywane masowe zbrodnie. "Kat Polaków", "Morderca Żydów z Krakowa". A jednak w Norymberdze Frank będzie należał do nielicznych, którzy wezmą winę na siebie, nie próbując złożyć jej na podwładnych i przełożonych.

Frank dobrowolnie wskazał Amerykanom, gdzie zostały złożone wywiezione z Polski dzieła sztuki. Według pierwszych ocen ekspertów ich wartość wynosiła "kilka milionów dolarów". Z własnej woli Frank przekazał Amerykanom swój dziennik. Obejmuje on trzydzieści osiem tomów i stanowi najstraszniejsze oskarżenie, jakie kiedykolwiek człowiek sporządził przeciwko samemu sobie. Wstrząśnięci tłumacze mogli się w nim natknąć na takie oto zdania:

"Gdybym przyszedł do Hitlera i powiedział mu: Mein Führer, melduję, że znów zlikwidowałem 150 tysięcy Polaków, Führer odpowiedziałby mi: "W porządku, jeśli było to konieczne"...".

"Jeśli wygramy wojnę, to nie będę miał nic przeciwko temu, aby z Polaków, Ukraińców i wszystkiego, co się tu roi, zrobić siekaninę".

Albo: "Zaczęliśmy tu od trzech i pół miliona Żydów, inni - powiedzmy to tak - wyemigrowali". Oraz: "Musimy pamiętać, że wszyscy figurujemy na liście zbrodniarzy wojennych pana Roosevelta. Mam zaszczyt być numerem pierwszym...".

Sprawa jest jasna: Frank był dobrze zorientowany. Wiedział, dlaczego w nocy po wzięciu go do niewoli chciał sobie otworzyć żyły. Ale oto czyni się starania, by mu przywrócić siły - na proces norymberski.

Frank, jak wielu innych nazistowskich dygnitarzy, pod pretekstem, że prag­nie organizować opór na nowo, wycofał się do tak zwanej twierdzy alpejskiej w górach Bawarii i Styrii, by ratować własną skórę. Także Hitler w swym berlińskim bunkrze na krótko przed swoją i Ewy Braun samobójczą śmiercią bawił się tą myślą, którą nie bez uwagi na własną korzyść podsunął mu Bormann. Twierdzę alpejską, podobnie jak Werwolf, alianci zdecydowanie przecenili jako bastion ostatecznego oporu; była ona co prawda planowana już w połowie 1944 roku, ale te plany nigdy nie zostały zrealizowane. Dzięki niej jednak zdołali się ukryć tacy zbrodniarze wojenni jak Eichmann czy szef gestapo Müller; niektórym udało się wręcz uciec do Ameryki Południowej przez południowy Tyrol - tak zwaną drogą szczurów.

8. W rękach aliantów: prezes Banku Rzeszy Hjalmar Schacht, protektor Rzeszy Constantin von Neurath, minister gospodarki Rzeszy Walther Funk, szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Ernst Kaltenbrunner, komisarz Rzeszy Arthur Seyss-Inquart, przemysłowiec branży zbrojeniowej Gustav Krupp von Bohlen und Halbach, generalny pełnomocnik ds. wykorzystania siły roboczej Fritz Sauckel

Znacznie spokojniej przebiega pojmanie innego oskarżonego w Norymberdze. Początkowo przypomina ono oswobodzenie: Hjalmar Schacht, były prezes Banku Rzeszy, jest w momencie schwytania przez wojska amerykańskie więźniem Hitlera.

Ma już za sobą dłuższą drogę przez więzienia i obozy koncentracyjne. W ro­ku 1944 został aresztowany przez gestapo w związku ze spiskiem 20 lipca[2]. Obóz koncentracyjny Ravensbrück, więzienie Berlin Alt-Moabit, a wreszcie obóz zagłady Flossenbürg - to kolejne etapy.

- Tego obozu nikt żywy nie opuszcza - szepcze Schacht nowo przybyłym współwięźniom. Na dziedzińcu obozowym przez otwarte wrota szopy można dojrzeć rusztowanie szubienicy. Co noc Schacht słyszy krzyki i strzały, które nie pozostawiają wątpliwości co do rodzaju rozgrywających się wydarzeń. Bywają takie poranki, gdy Schacht podczas więziennego spaceru może doliczyć się nawet trzydziestu zabitych, których wynosi się na noszach z miejsca egzekucji.

Dopiero znacznie później Schacht dowiedział się, że komendant Flossenbürga otrzymał wyraźny rozkaz rozstrzelania go, gdyby alianci zaczęli się zbliżać do obozu. Do wykonania tego rozkazu nie doszło. W obliczu klęski SS próbuje stosować łagodniejsze metody, być może celem ratowania własnej skóry.

Gdy więc w pobliżu pojawili się Amerykanie, Schacht wraz z innymi więźniami został przetransportowany początkowo do Dachau, później zaś dalej, do Austrii. W czasie postoju transportu nad Pragser Wildsee amerykańska 9 Armia oswobodziła Schachta, a wraz z nim wielu innych internowanych oraz "honorowych jeńców" Hitlera. Byli wśród nich: przywódca francuskich socjalistów Léon Blum; ostatni kanclerz federalny Austrii Kurt Schuschnigg; pastor Martin Niemöller; przemysłowiec znad Ruhry Fritz Thyssen; niedawny sojusznik Rzeszy, węgierski dyktator Miklos Horthy; siostrzeniec Mołotowa Aleksiej Kokosin; generałowie Franz Halder i Alexander von Falkenhausen; książęta Filip Heski i Fryderyk-Leopold Pruski; sześćdziesiąty drugi kuzyn premiera brytyjskiego, kapitan Peter Churchill; Francuzi Edouard Daladier, Paul Reynaud, Maurice Gamelin i wielu innych.

- Dlaczego został pan uwięziony przez Hitlera? - pytali Schachta Amerykanie.

- Nie mam pojęcia - twierdził bankier.

Schacht nie miał również pojęcia, dlaczego teraz nie puszcza się go wolno, lecz pozostawia w areszcie. Jest dobrze traktowany. Otrzymuje pierwszorzędne jedzenie, wolno mu nawet bez nadzoru spacerować nad brzegiem Pragser Wildsee. A jednak pewnego dnia zostaje ponownie włączony do transportu i po kilku pośrednich etapach ląduje w Anacapri, później zaś w przepełnionym obozie jenieckim w Aversa koło Neapolu.

Hjalmar Schacht, finansowy geniusz w staromodnym stojącym kołnierzyku, zmienił więc jedynie obóz. U końca tej drogi czeka go jeszcze norymberskie więzienie.

Tymczasem w Niemczech fala aresztowań wciąga w swój wir tysięczne rzesze ludzi. Nie ma prawie dnia, by w tej sieci nie zaplątał się któryś z przyszłych "norymberczyków". Szóstego maja Francuzi aresztują w swojej strefie okupacyjnej byłego niemieckiego protektora Czech i Moraw, Constantina von Neuratha. Jedenastego maja w Berlinie został uwięziony następca Schachta, minister gospodarki Rzeszy Walther Funk. Piętnastego maja wojskom amerykańskim w Austrii udaje się schwytać Ernsta Kaltenbrunnera, szefa znienawidzonego Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. W dalszym ciągu - mimo gorączkowych poszukiwań - nie udało się ująć jego przełożonego, reichsführera SS Heinricha Himmlera.

Sukces odnieśli natomiast Kanadyjczycy, którzy zdołali przechwycić niemiecki ścigacz z Arthurem Seyss-Inquartem na pokładzie, w tym czasie jeszcze komisarzem Rzeszy dla okupowanej Holandii.

"Koń trojański nazistów aresztowany!" - donosi kilka dni później jedna z wielkich gazet amerykańskich. W obszernej relacji z tego wydarzenia gazeta przypomniała swoim czytelnikom, że to właśnie Seyss-Inquart w 1938 ro­ku miał istotny udział we wkroczeniu Hitlera do Austrii.

Ścigacz komisarza Rzeszy nie był bynajmniej zatrzymany w czasie ucieczki: 3 maja 1945 roku Karl Dönitz, sprawujący wówczas urząd szefa rządu niemiec­kiego, wezwał do Flensburga cywilnych i wojskowych komendantów wszystkich okupowanych jeszcze terytoriów, mianowicie Czech, Holandii, Danii i Norwegii. Celem rozmów miało być doprowadzenie w tych krajach do szybkiej i bezkrwawej kapitulacji.

Tymczasem jednak sztormowa pogoda zatrzymała Seyss-Inquarta we Flensburgu dłużej, niż przewidywano. Wreszcie 7 maja może wyruszyć z powrotem do Holandii. Droga morska pozostawała jedynym jeszcze otwartym połączeniem z tym krajem. W czasie tej powrotnej podróży do akcji wkroczyli Kanadyjczycy.

Seyss-Inquart rzeczywiście dotarł do Holandii - w charakterze jeńca. W pobliżu zamku Twickel pod Henglo, gdzie rezydował niegdyś jako komisarz Rzeszy, przygotowano mu nowe schronienie. Stanowił je brytyjski namiot rozbity na opuszczonym boisku piłkarskim, między połyskującymi gdzieniegdzie kałużami.

Aresztowania trwają nadal. Anglicy osadzili w areszcie domowym Gustava Kruppa von Bohlen und Halbach, szefa największego niemieckiego koncernu zbrojeniowego. Sędziwy już przemysłowiec zmuszony był opuścić swój feudalny pałac-mieszkanie i zadowolić się domkiem ogrodnika, zresztą należącym również do tej wspaniałej posiadłości. Wkrótce zapadnie decyzja, czy ze względu na stan zdrowia Gustav Krupp będzie mógł zasiąść na ławie oskarżonych w Norymberdze.

W informacyjnym chaosie owych dni prawie niezauważona przeszła wiadomość o aresztowaniu generalnego pełnomocnika do spraw wykorzystania siły roboczej, Fritza Sauckla.

9. Szef Frontu Pracy Robert Ley twierdzi, że nazywa się Distelmeyer - Ideolog partii Alfred Rosenberg leży w szpitalu - Niewinny artysta - gauleiter Frankonii Julius Streicher

Inna natomiast sensacja figuruje na pierwszych stronach prasy zagranicznej: Dr Robert Ley aresztowany!

"Ujęcie Leya jest czymś więcej niż aresztowanie Göringa - pisał o tym wydarzeniu "The New York Times" - gdyż Ley jest człowiekiem, który kieruje organizacją Werwolf".

Werwolf, poroniona niemiecka partyzantka, jest ciągle jeszcze przeceniany. Podobnie zresztą jak znaczenie Leya. Szef Niemieckiego Frontu Pracy dawno już przestał być człowiekiem tak wpływowym, za jakiego ciągle jeszcze uważało się go za granicą. Popadł w nałóg pijaństwa i zaczął przejawiać upodobania do luksusu w stylu kołtuńskim. Uwidoczniło się to nader wyraźnie, gdy łazienkę swojej willi kazał obłożyć czarnymi kafelkami i zamontować złote kurki. Przeprowadzone po jego śmierci badanie mózgu ujawniło oznaki ciężkiego schorzenia umysłowego.

Przemówienia Leya były prymitywne, chaotyczne, często wygłaszane ciężkim, bełkotliwym językiem. Zamroczony alkoholem, zawołał kiedyś podczas masowego wiecu:

- Mein Führer, melduję: Nadszedł maj!

Gdy narodowosocjalistyczne sny legły w gruzach, dr Robert Ley szuka schronienia w Alpach Bawarskich. W południowej okolicy Berchtesgaden wybiera na kryjówkę górski szałas. Informacje o miejscu pobytu Leya otrzymują Amerykanie od miejscowej ludności.

Szesnastego maja żołnierze amerykańskiej 101 Dywizji Powietrznodesantowej ruszają w drogę. Z gotowymi do strzału pistoletami maszynowymi wdzierają się do szałasu.

W mrocznym wnętrzu, na krawędzi drewnianego łóżka siedzi mężczyzna. Jest wyraźnie zaskoczony widokiem wchodzących. Śledzi ich gorączkowym spojrzeniem. Twarz ma okoloną czterodniowym zarostem. Ciałem wstrząsają nerwowe dreszcze.

- Are you Doctor Ley?

Ley wstaje i energicznie potrząsa głową.

- P-pan m-mnie z kimś p-pomylił - wydobywa się z trudem z jego krtani. - N-nazywam się dr Ernst D-distelmeyer.

- Okay - zgadza się Amerykanin. - Pan pozwoli z nami.

Szef Frontu Pracy nie stawia oporu. Na niebieską pidżamę narzuca szary lodenowy płaszcz. Wkłada także brązowe buty na grubej podeszwie oraz zielony tyrolski kapelusz. W takim przyodziewku zostaje wkrótce dostarczony do sztabu dywizji w Berchtesgaden.

Pierwszą czynnością podjętą w sztabie była drobiazgowa rewizja celem odebrania jeńcowi ampułek z trucizną lub żyletek, gdyby takowe posiadał. Potem rozpoczęło się przesłuchanie.

- Nie jest pan doktorem Leyem?

- N-nie. Oto moje d-dokumenty.

Papiery są wystawione na nazwisko dr Ernst Distelmeyer. Oficer prowadzący przesłuchanie pokazuje aresztantowi kilka zdjęć dr. Leya.

- T-to nie ja - upiera się Ley.

- Chcę panu coś powiedzieć - Amerykanin, który mówi po niemiecku bez cienia obcego akcentu, nie daje za wygraną. - Będzie pan tym zaskoczony. Pracuję w wywiadzie i moim zadaniem w ciągu ostatnich trzynastu lat była wyłącznie obserwacja dr. Roberta Leya. Znam pana bardzo dobrze.

Ley blednie jeszcze bardziej. Wreszcie mówi szeptem:

- P-pan się myli.

- W porządku - mówi oficer i daje znak żołnierzowi, który wraca za chwilę, prowadząc z sobą starszego mężczyznę.

Jest nim osiemdziesięcioletni Franz Xaver Schwarz, jeszcze do niedawna wpływowy skarbnik NSDAP, obecnie internowany przez Amerykanów (zmarł w 1947 roku w obozie w Ratyzbonie).

Schwarz nie wie, w jakim celu go przyprowadzono, a widząc przed sobą jeń­ca, bez zastanowienia daje wyraz swemu zaskoczeniu.

- Panie doktorze Ley - woła współczująco - a co pan tu robi?

Po chwili uświadamia sobie błąd i spogląda bezradnie to na Leya, to na Amerykanów. Oficer uśmiecha się.

- Cóż - zwraca się do Leya - czy ciągle jeszcze nazywa się pan Distelmeyer?

Szef Frontu Pracy nie odpowiada. Głowę zwiesza na piersi.

Na znak przełożonego żołnierz wprowadza innego świadka. Jest nim Franz Schwarz, syn skarbnika NSDAP.

- Czy zna pan tego człowieka? - pada pytanie.

- To jest dr Robert Ley - bez ogródek mówi Schwarz junior. Wchodząc do pomieszczenia, jednym rzutem oka zorientował się w sytuacji i doszedł do wniosku, że wszelkie zaprzeczanie było w tym wypadku bezcelowe.

- Co pan teraz powie? - spytał spokojnie Amerykanin.

- W-wygrał pan - odpowiedział Ley, nie podnosząc głowy. Z ciągle zwieszoną głową wychodzi niepewnym krokiem do stojącego przed sztabem dżipa. Podporucznik Walter Rice zawozi jeńca do salzburskiego więzienia.

- My, narodowi socjaliści, będziemy działać nadal - powiedział Ley podczas pierwszego przesłuchania w więzieniu. Otrząsnął się tymczasem z szoku, jakim było dlań aresztowanie, i teraz podkreśla swoją wierność Hitlerowi. Chce przynajmniej zachować twarz.

- Mój los nie odgrywa tu żadnej roli - ciągnie dalej. Opanowawszy nerwy, mówi bez jąkania się: - Życie przestało dla mnie cokolwiek znaczyć. Możecie mnie wyprowadzić i zastrzelić na miejscu. Jest mi to obojętne.

Tymczasem aresztowanie Leya musi ustąpić miejsca nowej informacji. Pochodzi ona z kwatery głównej brytyjskiej 2 Armii, która operuje w północnym rejonie Niemiec. Ciągle jeszcze trwają tu intensywne poszukiwania szefa SS, Heinricha Himmlera. Na razie zaś udało się odnaleźć inną szyszkę NSDAP, teoretyka ideologii narodowosocjalistycznej i byłego ministra Rzeszy do spraw okupowanych terytoriów wschodnich - Alfreda Rosenberga.

Rosenberg, autor biblii partyjnej Der Mythus des 20. Jahrhunderts (Mit XX stu­lecia), zaczepił się w końcu u Dönitza we Flensburgu, mając zapewne nadzieję na znalezienie tu dla siebie jakiejś nowej funkcji, która - związana z innym niż narodowosocjalistyczny rządem niemieckim - dawałaby zabezpieczenie przed aliantami.

Jednakże Dönitz zrezygnował z tego rodzaju współpracy i podsunął mu myśl dobrowolnego oddania się w ręce Anglików. Rosenberg nie poszedł za tą radą - lub też nie mógł za nią pójść. Następnego dnia po rozmowie z szefem rządu, będąc nietrzeźwy, zwichnął kostkę u nogi, co naturalnie zmniejszyło jego zdolność poruszania się. W tej sytuacji udał się do Szkoły Marynarki Wojennej we Flensburgu-Mürwiku, która w tym czasie pełniła funkcję szpitala wojskowego.

Dziewiętnastego maja budynek szkoły został otoczony przez piechotę i czołgi. Brytyjczycy otrzymali rozkaz przetrząśnięcia szpitala w poszukiwaniu Hei­n­richa Himmlera. Nie znaleźli wprawdzie szefa SS, ale na pociechę dostali w swe ręce Rosenberga. W listopadzie ideolog partyjny wraz z innymi zasiądzie na ławie oskarżonych w Norymberdze: nie ze względu na światopogląd, który propagował, lecz ze względu na swą działalność w roli ministra Rzeszy do spraw okupowanych terytoriów wschodnich.

Po tym intermezzo we Flensburgu widownią wielkiego polowania stanie się ponownie południowa Bawaria.

Dwudziestego trzeciego maja 1945 roku w kierunku Berchtesgaden wyrusza dżip, a w nim czterej Amerykanie. Wszyscy ze 101 Dywizji Powietrznodesantowej. Major Henry Blitt zajął miejsce na tylnym siedzeniu pojazdu. Spoglądając w zadumie na piękny górski krajobraz, rozważa, być może, jak dobrze byłoby znaleźć się w tych okolicach w innym charakterze, po prostu kiedyś w okresie pokoju wziąć urlop i przyjechać tu z Nowego Jorku, odwiedzić ten jedyny w swoim rodzaju zakątek ziemi...

Ubrani w tradycyjne stroje mieszkańcy tych gór wyglądają malowniczo i przyjaźnie. Jaka szkoda, że to sami naziści, myśli zapewne Blitt. Ot, na przykład ten stary na ganku chłopskiego domu, obok którego właśnie przejeżdża dżip. Siedzi sobie na słońcu, twarz okolona białą brodą. Obok stoi sztaluga. Od strony łąki dochodzi dźwięk dzwonków pasących się krów.

I oto nagle major Blitt poczuł nieodpartą chęć wypicia szklanki prawdziwego wiejskiego mleka prosto od krowy, czegoś innego niż ów sterylny, pasteryzowany produkt, który sprzedają w Nowym Jorku w kartonowych opakowaniach.

Blitt każe zatrzymać wóz i wraz z pozostałymi Amerykanami podchodzi do zagrody. Dostaje mleko. Ponieważ zaś potrafi porozumieć się w jidysz - jest to jego język ojczysty i bardzo mu się w Niemczech przydaje - między nim a brodatym starcem nawiązuje się rozmowa.

- Jak idzie, dziadku?

- Całkiem nieźle - pada odpowiedź.

- Czy pan tu jest gospodarzem?

- Nie - mówi brodacz. - Mieszkam tu tylko. Jestem artystą, wie pan, malarzem...

- Jakie jest pana zdanie o nazistach? - pyta ze śmiechem Blitt. Stary wykonał niechętny gest.

- Nie znam się na tym. Jestem artystą i nigdy nie interesowałem się polityką.

- Ale wygląda pan jak Julius Streicher - odpowiada rozbawiony Blitt. W wyglądzie malarza istotnie odkrył coś, co przypominało podobiznę znaną z listu gończego. Teraz wykorzystuje to dla żartu.

I nagle oczy starego otwierają się szeroko, a na twarzy pojawia się wyraz zdumienia i przerażenia. Bezbarwnym głosem pyta:

- Skąd pan mnie zna?

Wszystko to jest zwykłym przypadkiem. Streicher potraktował żart majora poważnie i poczuł się zdemaskowany. Henry Blitt w lot pojął sytuację.

- Ach tak... - mówi przeciągle.

- Nazywam się Sailer - dorzuca pospiesznie Streicher. Sądzi, że zdoła jeszcze skorygować swój błąd. Jest już jednak za późno. Major Blitt wydaje podwładnym niezbędne rozkazy.

- Jest pan aresztowany - mówi do Streichera.

Twarz gauleitera Frankonii posępnieje. W mgnieniu oka znika gdzieś niewinna artystyczna poza. Wygląda nagle na więcej niż 59 lat. Zmierzwiona broda, rozczochrane włosy, niebieska koszula w paski, bez kołnierzyka, wymięte spodnie nadają mu niechlujny wygląd.

- Chciałbym jeszcze tylko włożyć inne buty - zwraca się do Blitta. W niespokojnych oczach maluje się nienawiść.

- Proszę - odpowiada major.

Streicher siada w fotelu. Przyklęka przed nim młoda, atrakcyjnie wyglądająca kobieta w kusej chłopce. Zdejmuje jedne i nakłada mu drugie buty, starannie je sznuruje. Była świadkiem tej rozmowy, lecz nie odezwała się ani słowem.

Gdy Amerykanie zabrali Streichera, została sama. Nikt nie wie, kim była.

Kapitan Hugh Robertson i szeregowiec Howard Huntley sadzają Streichera pomiędzy siebie, major Blitt wskakuje na miejsce obok kierowcy. Ruszają w drogę, która teraz prowadzi od zagrody chłopskiej w pobliżu Waldring do Berchtesgaden.

Przybycie Streichera do sztabu dywizji obserwował pewien amerykański korespondent wojenny.

"Julius Streicher - pisał w korespondencji dla swej gazety - gauleiter Frankonii i wydawca antysemickiej gadzinówki "Der Stürmer", był największym w historii żydożercą. Teraz został wykryty i aresztowany przez Żyda".

Londyńska Komisja do spraw Zbrodni Wojennych może już opublikować tymczasowy bilans wielkiego pościgu. Wynika z niego, że aresztowano większość przywódców nazistowskich. Brakuje jeszcze tylko dwóch, zdaniem aliantów najważniejszych: byłego ministra spraw zagranicznych Rzeszy Joachima von Ribbentropa i szefa SS Heinricha Himmlera. Całe Niemcy zostaną jeszcze raz przesiane przez sito tajnej policji.

10. Koniec reichsführera SS Heinricha Himmlera

W drugiej połowie lutego 1945 roku szwedzki pełnomocnik Czerwonego Krzy­ża jedzie przez spustoszone Niemcy biało oznakowanym i dobrze widocznym dla samolotów samochodem. Jest nim hrabia Folke Bernadotte, ten sam, który w trzy lata później, występując jako członek komisji rozjemczej działającej z ramienia Narodów Zjednoczonych, zostanie zamordowany w Jerozolimie.

Celem hrabiego Bernadotte jest spotkanie z Heinrichem Himmlerem, budzącym grozę szefem osławionych SS, mózgiem niebezpiecznej tajnej policji państwowej, panem obozów zagłady, komór gazowych i młynów śmierci. Bernadotte chce skłonić szefa niemieckiej policji i armii rezerwowej do wypuszczenia z obozów koncentracyjnych więźniów duńskich i norweskich, których Czerwony Krzyż przetransportowałby do Szwecji.

Do spotkania dochodzi 19 lutego w szpitalu w Hohenlychen, w pobliżu Berlina. Szef SS zaszył się w tym miejscu, gdyż przygniata go nawał pracy związany z jego różnorakimi zadaniami oraz widmo zbliżającej się klęski. Przerasta to jego siły. Symulując chorobę, pozostawia innym troskę o to, co dalej uczynić w beznadziejnej sytuacji.

Spotkanie odbywa się w pokoju osławionego osobistego lekarza Himmlera - Karla Geb­hardta.

"Gdy nagle stanął przede mną Himmler - wyznaje Folke Bernadotte w swoich wspomnieniach - w rogowych okularach, w zielonym mundurze Waffen-SS, bez jakichkolwiek odznaczeń, zrobił na mnie w pierwszej chwili wrażenie jakiegoś mało ważnego urzędnika. Gdybym spotkał go na ulicy, nie zwróciłbym na niego uwagi. Miał małe, delikatne, subtelne ręce, zauważyłem, że były starannie wypielęgnowane. Doprawdy nie dostrzegłem w nim nic diabolicznego, nic mi też nie mówiło jego zimne i twarde spojrzenie".

Taki więc był człowiek, przed którym drżała latami cała Europa, człowiek, którego skinienie wystarczało, by zgasić setki tysięcy istnień ludzkich, zgładzić miliony.

Człowiek żyjący jednostronnie ukierunkowanymi mrzonkami, niezdecydowany, ogarnięty sadystyczną żądzą panowania. Człowiek z dobrego mieszczańskiego domu - jego ojciec był nauczycielem księcia Henryka Bawarskiego i tym powiązaniom z synem królewskim późniejszy szef SS zawdzięcza swoje imię. Trudno wyobrazić sobie naturę bardziej rozdwojoną. Swego czasu Himmler próbował sił jako hodowca drobiu i sprzedawca nawozów sztucznych w Schleiss­heim, wyrażał podziw dla mongolskiego władcy Czyngis-chana, w latach dwudziestych maszerował w szeregach Korpusów Ochotniczych (Frei­korps), był sekretarzem rebelianta Gregora Strassera. Już jako najpotężniejszy obok Hitlera człowiek w Rzeszy propagował uprawę ziół leczniczych, a jednocześnie zezwalał na przeprowadzanie najpotworniejszych eksperymentów na żywych ludziach. Człowiek, którego celem ostatecznym było stopniowe skupienie całej władzy w swoich rękach, nieograniczona możność rozkazywania i objęcie sukcesji po Hitlerze.

Jaka więc będzie jego reakcja na humanitarną misję Bernadotte? Początkowo Himmler odrzuca żądanie wypuszczenia do Szwecji skandynawskich więźniów obozów koncentracyjnych.

- Gdybym przystał na pańską propozycję - powiedział Himmler - gazety szwedzkie obwieściłyby wielkimi nagłówkami, że przestępca wojenny Him­mler próbuje w ostatniej chwili wykupić się i oczyścić przed światem, ponieważ obawia się skutków swoich czynów.

Słusznie więc ocenia położenie ogólne i swoją własną sytuację.

Co się działo w umyśle Himmlera w tamte dni? Jako szef policji, SS, gestapo i armii rezerwowej miał w swoich rękach najważniejsze instrumenty władzy. Bez obawy napotkania większego oporu mógłby z ich pomocą dokonać przewrotu. Dziś wiadomo, że myślał o tym wielokrotnie, waha się jednak i jak zwykle jest niezdecydowany. Chciałby dochować wierności Hitlerowi, a jednocześnie uratować głowę.

- Jestem gotów uczynić wszystko dla narodu niemieckiego - powiedział podczas drugiej rozmowy z hrabią Bernadotte, która odbyła się na początku kwietnia - ale muszę kontynuować walkę. Przysięgałem Führerowi wierność i jestem tą przysięgą związany.

- Czy nie rozumie pan, że Niemcy naprawdę przegrały tę wojnę? - otwarcie zapytuje Szwed. - Człowiek w pańskim położeniu i na pana stanowisku nie może ślepo słuchać przełożonych. Musi mieć odwagę sięgnięcia po środki, które mogłyby przynieść narodowi pożytek.

W tym momencie Himmler został wezwany do telefonu i rozmowa została przerwana. Przez swego zaufanego, gruppenführera SS Waltera Schellenberga, przekazał jednak hrabiemu Bernadotte inną propozycję: hrabia miałby się udać do Eisenhowera i zaoferować mu kapitulację niemieckiego frontu zachodniego.

Folke Bernadotte jest zaskoczony, a później stawia warunki. Dwa spośród nich brzmią sensacyjnie.

1. Himmler ma oznajmić oficjalnie, że przejął sukcesję po Hitlerze, gdyż ten - powiedzmy: ze względu na stan zdrowia - nie może sprawować swoich funkcji.

2. Himmler musi rozwiązać NSDAP i pozbawić funkcji wszystkich jej działaczy.

Dla Himmlera warunki te powinny być nie do przyjęcia. Ku wielkiemu zaskoczeniu Bernadotte, który nie ma pojęcia, co w tym czasie wydarzyło się za kulisami, szef SS się na nie zgadza.

Himmler wie, że wojna jest przegrana. Zdaje sobie z tego sprawę już od 1943 roku. To wtedy próbował nawiązać kontakt z mocarstwami zachodnimi za pośrednictwem niemieckiego przemysłowca Arnolda Rechberga i rozpocząć rozmowy na temat możliwości zawarcia separatystycznego pokoju. Na przeszkodzie w przeprowadzeniu tej akcji stanęli jednakże Bormann i Ribbentrop.

Teraz, na pięć minut przed dwunastą, Himmler jest prawie gotów uczynić wszystko dla ratowania własnej głowy. Choć z jednej strony ciągle jeszcze wydaje rozkazy kontynuowania walki i każe wieszać tysiące dezerterów, to z drugiej strony prowadzi rozpaczliwą rozgrywkę.

Przez swego pośrednika ponownie podejmuje pertraktacje z Arnoldem Rechbergiem, który ze swej strony ma zbadać możliwość zawarcia pokoju na Zachodzie.

Ten największy w historii żydożerca utrzymuje potajemną korespondencję z doktorem Hillelem Storchem, sztokholmskim przedstawicielem Światowego Kongresu Żydów. Celem przeprowadzenia rozmów na temat wypuszczenia na wolność żydowskich więźniów obozów koncentracyjnych zorganizował nawet przylot ze Szwecji do Berlina żydowskiego negocjatora, dr. Norberta Masura, osobiście ręcząc za jego bezpieczeństwo.

Pertraktuje z byłym prezydentem federalnym Szwajcarii Jean-Marie Musym na temat zorganizowania wywozu Żydów z obozu zagłady w Belsen do któregoś z krajów neutralnych.

Za pośrednictwem szwedzkiego bankiera Jacoba Wallenberga próbuje dotrzeć do mocarstw zachodnich i podjąć rozmowy pokojowe.

Obecnie pragnie również wciągnąć do tej gry hrabiego Folke Bernadotte i w związku z tym przyrzeka mu uwolnienie więźniów skandynawskich.

W obliczu nieuniknionej klęski Niemiec Himmler opanowany jest natrętną myślą. Mimo że to właśnie z jego rozkazu zginęły miliony ludzi, wydaje mu się, że obecnie może odgrywać rolę obrońcy i anioła pokoju. Jest przekonany, że w ten sposób zyska aprobatę zagranicy. Nie mieści mu się w głowie, że w oczach innych na zawsze pozostanie ludobójcą i potworem.

A przy tym Himmler ciągle jeszcze boi się Hitlera. Obawia się, że Führer mógłby przejrzeć jego podwójną grę i w ostatniej chwili zadać cios. Dlatego też wspólnie z Schellenbergiem planuje przewrót w Niemczech.

Pragnie w tym celu wykorzystać zły stan zdrowia Hitlera. W rozmowach z Schellenbergiem zwraca uwagę na coraz bardziej pochyloną sylwetkę Führera, zmęczony wygląd i drżenie rąk. W sprawę zostaje wtajemniczony profesor Max de Crinis, szef oddziału psychiatrycznego w berlińskim szpitalu Charité, oraz dyrektor Urzędu Zdrowia Rzeszy dr Leonardo Conti. Lekarze wyrażają przypuszczenie, że Hitler cierpi na chorobę Parkinsona - schorzenie, które objawia się maskowatością twarzy i drżeniem mięśniowym.

Himmler prosi Schellenberga o dotrzymanie mu towarzystwa podczas leśnej przechadzki. Pewny, że tutaj nikt go nie podsłuchuje, kieruje rozmowę na zasadniczy temat.

- Nie sądzę, abyśmy mogli dalej współpracować z Führerem. Hitler nie stoi już na wysokości zadania. Czy uważa pan, że de Crinis ma rację?

- Tak - odpowiada Schellenberg.

- Jak wobec tego mam postąpić? - z wahaniem pyta Himmler. - Nie mogę przecież po prostu zamordować czy otruć Führera ani aresztować go w Kancelarii Rzeszy...

- Istnieje tylko jedna możliwość - doradza Schellenberg. - Musi pan pójść do Hitlera, uświadomić mu całą sytuację, a następnie zmusić go do ustąpienia.

- To wykluczone! - Himmler jest przerażony. - Führer wpadłby w szał i kazał mnie na miejscu zastrzelić.

- Istnieją odpowiednie środki zaradcze - spokojnie zauważa Schellenberg. - Dysponuje pan przecież odpowiednią liczbą wyższych dowódców SS, którzy byliby w stanie dokonać aresztowania Hitlera. W ostatecznym wypadku będą musieli interweniować lekarze.

Himmler ciągle nie potrafi podjąć decyzji. Tym bardziej, że podczas półtoragodzinnej przechadzki rozmyśla jeszcze nad tym, co uczyni, gdy zajmie już miejsce Hitlera.

- Natychmiast potem rozwiąże się NSDAP - oświadcza swemu towarzyszowi. - Trzeba będzie założyć nową partię. Jaką nazwę zaproponowałby pan dla niej, Schellenberg?

- Partia Zgromadzenia Narodowego - podsuwa myśl zausznik Himmlera.

Nie dojdzie jednak do tego puczu. Na przeszkodzie stanie nieprzerwany rozwój wydarzeń na frontach. Do bram stolicy Rzeszy dociera Armia Czerwona. Tymczasem zaś Himmler się boi.

- Schellenberg - mówi podczas innej rozmowy - boję się wszystkiego, co teraz nastąpi...

W nocy z 20 na 21 kwietnia w Hohenlychen reichsführer SS spotyka się ponownie z hrabią Folke Bernadotte. Jest blady i wzburzony.

"Sprawiał wrażenie, jak gdyby nie mógł sobie znaleźć miejsca - wspomina Szwed. - Krążył niespokojnie, starając się zapanować nad sobą".

Podczas całej rozmowy Himmler postukuje paznokciami w przednie zęby. Z trudem ukrywa zdenerwowanie.

- Sytuacja wojskowa jest poważna, bardzo poważna - powtarza bez przerwy. Nalega przy tym na Szweda, aby ten przekazał wreszcie Eisenhowerowi propozycję kapitulacji na Zachodzie i zaaranżował rozmowę między nim, Himmlerem, a naczelnym dowódcą amerykańskim.

- Bardzo wątpię, czy alianci przyjmą kapitulację tylko na Zachodzie - powiedział później Bernadotte do Schellenberga. - Nawet gdyby tak miało być, nie wymagałoby to osobistego spotkania między Himmlerem a Eisenhowerem. Jest rzeczą wykluczoną, aby Himmler mógł odgrywać w przyszłych Niemczech jakąkolwiek rolę.

Sprawa pozostaje jednak nadal otwarta.

Trzy dni później Himmler i Bernadotte spotykają się ponownie - już po raz ostatni. Spotkanie odbywa się w gmachu konsulatu szwedzkiego w Lubece. Jest noc z 23 na 24 kwietnia.

"Do końca życia nie zapomnę tej nocy i jej niesamowitej atmosfery" - wspomina Bernadotte.

Alarm lotniczy zmusił znajdujących się tu ludzi, aby zeszli do schronu. Szwedzi i niemieccy mieszkańcy domu zajmują miejsce na ławkach. Himmlera nikt nie rozpoznał.

Alarm został odwołany o pierwszej w nocy. Teraz może odbyć się wreszcie ta rozmowa. Przebiega ona w jednym z pokojów konsulatu w scenerii rozjaśnionej blaskiem świec, gdyż oświetlenie elektryczne nie funkcjonuje.

- Hitler prawdopodobnie już nie żyje - zaczął Himmler - lub umrze w ciągu najbliższych dni. Dotychczas byłem związany przysięgą wierności, lecz obecnie sytuacja się zmieniła. Przyznaję, że Niemcy zostały pokonane. Co nastąpi teraz?

Himmler jest przekonany, że Hitler mianował go swym następcą. Świadczą o tym jego wypowiedzi.

- W sytuacji, która powstała, mam wolną rękę. Jestem gotów do kapitulacji na froncie zachodnim, aby wojska mocarstw zachodnich mogły jak najszybciej nacierać na Wschód. Nie jestem natomiast gotów kapitulować na froncie wschodnim.

Himmler ponownie prosi hrabiego Bernadotte o umożliwienie mu rozmowy z Eisenhowerem, omówił już nawet z Walterem Schellenbergiem, jaką ma przyjąć postawę podczas rozmów z naczelnym dowódcą wojsk amerykańskich.

- Czy mam się jedynie skłonić, czy też podać mu rękę?

W czasie nocnej rozmowy z hrabią Bernadotte Himmler fantazjuje.

- Powiedziałbym Eisenhowerowi rzecz następującą: Oświadczam, że mocarstwa zachodnie pokonały niemiecki Wehrmacht. Jestem gotów do bezwarunkowej kapitulacji na froncie zachodnim.

- A jak pan postąpi, jeśli pańska propozycja zostanie odrzucona?

- W takim wypadku obejmę dowództwo batalionu na froncie wschodnim i zginę w walce.

"Powszechnie wiadomo - napisze później Bernadotte - że tego zamiaru nie zrealizował".

Wiceprezes Szwedzkiego Czerwonego Krzyża oświadcza wreszcie, że przekaże propozycję Himmlera w sprawie kapitulacji do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Sztokholmie. Gdyby jego rząd był skłonny włączyć się do tej inicjatywy, alianci zostaną o tym powiadomieni via Sztokholm.

- To był najbardziej gorzki dzień w moim życiu - powiedział Himmler, gdy o wpół do trzeciej nad ranem opuszczał konsulat. Noc nad Lubeką była rozgwieżdżona.

Himmler sam zasiadł za kierownicą swego opancerzonego samochodu.

- Jadę na front wschodni - powiedział przy pożegnaniu do hrabiego Berna­dotte. I z nikłym uśmiechem dodał: - To przecież wcale nie tak daleko.

Silnik sa­mochodu zawył, a za chwilę dał się słyszeć stłumiony trzask. Himmler wje­chał w zaporę z drutu kolczastego otaczającą konsulat. Esesmani z trudem wyciągnęli auto.

"Sposób, w jaki Himmler wystartował - filozoficznie pisał Bernadotte w swoich wspomnieniach - miał w sobie coś symbolicznego". Na propozycje Himmlera odpowiedział osobiście prezydent Harry S. Truman. W swej odpowiedzi odrzucił kapitulację częściową, a cały telegram zakończył słowami:

"Wszędzie, gdzie będzie trwał opór, ofensywa aliantów będzie kontynuowana w sposób bezwzględny aż do osiągnięcia całkowitego zwycięstwa".

Tak oto legły w gruzach ostatnie nadzieje reichsführera SS.

Himmler udaje się do siedziby OKW, która w tym czasie znajduje się jeszcze w Plön. W ślad za nim podąża klątwa Hitlera.

"Przed śmiercią wykluczam byłego reichsführera SS i ministra spraw wewnętrznych Heinricha Himmlera z partii oraz ze wszystkich urzędów państwowych. Himmler i Göring przez wspólne pertraktacje z wrogiem oraz przez próbę zagarnięcia władzy w państwie... trudne do oceny szkody... niewierność...".

Himmler nic jeszcze nie wie o swoim wykluczeniu. Nie ma pojęcia, że informacje na temat jego rokowań z Folke Bernadotte pochodzą z zagranicznych audycji radiowych. Ciągle jeszcze święcie wierzy, że jest następcą Hitlera.

Tę iluzję odbierze mu dopiero Dönitz.

Wielki admirał poprosił Himmlera na poufną rozmowę. Przed jego przybyciem podejmuje szczególne środki ostrożności, całkiem słusznie obawiając się potęgi, jaką ciągle jeszcze uosabia Himmler. Wartę wzmacniają niezawodni marynarze floty podwodnej. Uzbrojone w ciężką broń posterunki zajmują ukryte stanowiska w domu i w ogrodzie. Wszystko to dzieje się 1 maja 1945 roku, kilka minut po północy.

Spotkanie Dönitza z Himmlerem odbyło się w cztery oczy. O jego przebiegu wiemy z relacji, którą później wielki admirał podyktował osobiście.

Na biurku wśród papierów znalazł się odbezpieczony browning. Na wszelki wypadek. Podając Himmlerowi do przeczytania radiogram, w którym Hitler wyznaczył wielkiego admirała na swego następcę, Dönitz był przygotowany na wszystko.

Przebiegłszy oczyma tekst, Himmler nagle zbladł.

Po chwili zastanowienia wstał i złożył Dönitzowi gratulacje. Był to dramatyczny moment.

- Niech się więc pan zgodzi, żebym był drugim człowiekiem w państwie - ochrypłym głosem odezwał się Himmler po krótkiej przerwie.

Jednakże Dönitz odmawia. Oświadcza Himmlerowi, że w nowym rządzie nie będzie potrzebował osobistości obciążonych politycznie. Himmler widzi te sprawy inaczej.

"Himmler okazał się fantastą i utopistą - relacjonuje Walter Lüdde-Neurath. - Traktował siebie jako partnera odpowiedniego do rozmów i negocjacji z Eisenhowerem i Montgomerym. Wydawało mu się wręcz, że ci ostatni czekają nawet na rozmowę z nim. Wraz z SS jest on niezbędnym czynnikiem ładu na obszarze Europy Środkowej. Zaostrzenie sprzeczności Wschód-Zachód nastąpi, jego zdaniem, tak szybko, że on i SS w ciągu trzech miesięcy będą stanowić języczek u wagi".

W końcu jednak musi zrozumieć, że przegrał tę grę. Dönitz tak pisał w swej relacji: "Wyszedł między drugą a trzecią nad ranem świadom, że nie otrzyma ode mnie żadnego kluczowego stanowiska".

Jeszcze przez tydzień Himmler pozostaje w kontakcie z tymczasowym rządem Rzeszy. Później, 6 maja, oficjalnie zdjęty przez Dönitza ze wszystkich urzędów, żegna się na zawsze. Przy tej okazji hrabia Lutz Schwerin von Krosigk, minister spraw zagranicznych we flensburskim gabinecie, próbuje przemówić obalonemu reichsführerowi do sumienia:

- Może nadejść dzień, w którym przywódcy Trzeciej Rzeszy będą musieli stanąć przed swymi podwładnymi i osobiście ponieść odpowiedzialność...

Himmler odpowiedział jedynie, że chce zniknąć:

- Jestem absolutnie pewien, że nie zostanę rozpoznany. Przeczekam w ukryciu rozwój wydarzeń - a będzie on przebiegał szybko i po mojej myśli.

- Nie może się zdarzyć - zaklinał go Schwerin von Krosigk - aby były reichs­führer SS został schwytany pod fałszywym nazwiskiem i z fałszywą brodą! Nie ma dla pana innego wyjścia, jak pojechać do Montgomery'ego i powie­dzieć: "Oto jestem". Ponadto musi pan wziąć odpowiedzialność za swoich ludzi.

W odpowiedzi Himmler tylko coś mamrocze i odchodzi.

"Później Dönitz żałował, że pozwolił odejść Himmlerowi - przyznaje Lüdde-Neurath. - Pod wrażeniem procesu norymberskiego powiedział, że gdyby w owym czasie wiedział o metodach eksterminacyjnych i sytuacji w obozach koncentracyjnych, wtedy przy rozstawaniu się z Himmlerem kazałby go aresztować".

Za późno! Himmler nie znajdzie się na ławie oskarżonych w Norymberdze. Zabraknie mu odwagi, by ponieść odpowiedzialność za swoje czyny i rozkazy.

Co robił, pożegnawszy Dönitza i Schwerina von Krosigka? Początkowo ukrywał się chyba w samym Flensburgu wraz z obu swoimi adiutantami - Wernerem Grothmannem i Heinzem Macherem. Za kryjówkę służyło im prawdopodobnie mieszkanie kochanki Himmlera. Brigadeführer SS Otto Ohlendorf twierdził, że jeszcze 21 maja widział byłego reichsführera we Flensburgu.

W każdym razie aliancka służba wywiadowcza spostrzegła natychmiast, że nazwisko Himmlera przestało się nagle pojawiać w wiadomościach rozgłośni we Flensburgu. Najlepsi wywiadowcy aliantów i ponad sto tysięcy żołnierzy zostało postawionych w stan gotowości alarmowej. Uważano za pewnik, że ten wielokrotny morderca będzie próbował, nierozpoznany, przedostać się na Zachód przez linie demarkacyjne. Wokół Flensburga, siedziby marionetkowego rządu, zaciska się gęsta sieć i... Himmler wpadnie prosto w jej oczka.

Tymczasem zaś zgolił wąsy, lewe oko przykrył czarną opaską. W kieszeni chowa legitymację tajnej żandarmerii polowej na nazwisko Heinrich Hitzinger.

Jest wystarczająco naiwny, aby tę tanią maskaradę uważać za wystarczające przebranie. Były szef policji niemieckiej zachowuje się jak uczeń, który naczytał się zbyt wielu złych powieści kryminalnych. Ponadto wydaje się nie wiedzieć, że tajna żandarmeria polowa należy do tych organizacji, których członkowie, według zarządzenia aliantów, automatycznie podlegają zatrzymaniu.

Wraz z obu swymi adiutantami, którzy podobnie jak on noszą ubrania złożone z części mundurowych i odzieży cywilnej, dociera do brytyjskiego punktu kontrolnego Meinstedt w pobliżu Bremervörde.

Kłębi się tu tysięczny tłum. Uciekinierzy, ranni, zdemobilizowani żołnierze, uwolnieni jeńcy i robotnicy cudzoziemscy. Każdy, kto chce przedostać się przez most na Oste, musi przejść tutejszy punkt kontrolny.

Himmler i jego towarzysze przesuwają się do przodu wraz z szeregiem czekających. Wreszcie nadchodzi moment, gdy były reichsführer SS pokazuje swoją legitymację.

Anglik ze zdziwieniem bierze do ręki podsunięty mu dokument, ogląda go, rzuca podejrzliwe spojrzenie na mężczyznę z opaską na oku i każe mu poczekać przy barierce.

"Himmler popełnił błąd - stwierdziła później kwatera główna brytyjskiej 2 Armii - pokazując swoje dokumenty. Większość ludzi przechodzących przez punkt kontrolny nie miała ze sobą żadnych papierów. Gdyby zjawił się tu z manatkami, bez żadnych dokumentów i powiedział, że chce do domu, z pewnością przeszedłby na drugą stronę bez przeszkód. Policyjny sposób myślenia Himmlera, mianowicie że tylko człowiek posiadający dokumenty nie jest podejrzany, uczynił go podejrzanym".

Ciągle jednak nikt jeszcze nie wie, że zatrzymanym jest Himmler. Początkowo jest on po prostu tylko człowiekiem, który posiada zbyt dobrą, nową legitymację, jest członkiem tajnej żandarmerii polowej i nazywa się Heinrich Hitzinger.

Himmler pozostaje w areszcie. Szybko prześlizguje się przez dwa obozy: Bremervörde i Zeelos. W trzecim, Westertimke, znalazł się tymczasowo w pojedynczej celi.

Tymczasem casus Hitzingera stał się obiektem zainteresowania oficerów kontrwywiadu 2 Armii. Nie mają większych kłopotów z wyciągnięciem właściwych wniosków. Dwudziestego drugiego maja przed południem w siedzibie sztabu w Lüneburgu uważa się za rzecz prawie pewną, że człowiek ten jest Heinrichem Himmlerem. Około dziewiątej wieczorem trzech wyższych rangą oficerów udaje się w drogę do Westertimke, aby osobiście zobaczyć aresztanta. Jednakże Himmler daje się rozpoznać jeszcze przed ich przybyciem. Trudno wyjaśnić, co skłoniło go do tego kroku.

Prosi o rozmowę z komendantem obozu, kapitanem Tomem Sylvestrem. Brytyjczyk wyraża zgodę i każe przyprowadzić jeńca do swego pokoju. Wartowników odsyła z powrotem.

- A więc? - pyta. Jeniec zdejmuje czarną opaskę i zakłada okulary.

- Jestem Heinrich Himmler - mówi.

- Istotnie - kapitan Sylvester przełknął ślinę. Być może w tym momencie poczuł zimny dreszcz.

- Chciałbym mówić z marszałkiem Montgomerym - stanowczym tonem mówi Himmler. Ciągle jeszcze sądzi, że może prowadzić rokowania.

- Zawiadomię przełożonych - odpowiada kapitan. Bez zbędnych dalszych słów każe odprowadzić Himmlera i otoczyć go szczególnym nadzorem.

Wkrótce potem przybywają oficerowie z kwatery głównej 2 Armii i zabierają jeńca do Lüneburga. Dwudziestego trzeciego maja we wczesnych godzinach porannych Himmler musi sobie wreszcie zdać sprawę, że nie ma żadnych szans. Brytyjczycy nie myślą bynajmniej z nim dyskutować, pertraktować ani nawet go oszczędzać.

W centrum informacyjnym przy Uelzener Strasse, w budynku mieszkalnym przystosowanym do celów wojskowych, Himmler otrzymuje polecenie: rozebrać się do naga. Rewizji osobistej dokonuje lekarz wojskowy i kapitan Wells. Również odzież więźnia zostaje przetrząśnięta w poszukiwaniu trucizny lub narzędzi umożliwiających samobójstwo. W kurtce Himmlera znaleziono i zabezpieczono niewielką (długości 12 mm) fiolkę cyjankali.

Następnie jeniec dostaje do włożenia stary mundur angielski i zostaje zamknięty w pustym pomieszczeniu.

Wieczorem do centrum informacyjnego przybywa pułkownik N.L. Murphy z oddziału wywiadowczego marszałka Montgomery'ego z rozkazem zbadania środków podjętych w związku z aresztowaniem Himmlera oraz poddania byłego reichsführera SS pierwszemu przesłuchaniu.

Murphy prosi oficerów o relację.

Przede wszystkim chce wiedzieć, czy znaleziono truciznę.

- Tak. Fiolkę w kieszeni - oświadcza lekarz. - Została zabezpieczona. Samobójstwa nie może popełnić.

- Czy przeszukano jamę ustną? - pyta spokojnie Murphy.

Dr Wells za­przecza.

- Niech pan to zrobi natychmiast - wydaje polecenie pułkownik. - Niewykluczone, że fiolka w kieszeni miała jedynie odwrócić uwagę.

Himmler zostaje wyprowadzony z aresztu. Lekarz każe mu otworzyć usta.

Oczy szefa SS zwężają się. Szczęka wykonuje powolny ruch. Słychać, że coś zgniata zębami.

Więzień pada na ziemię jak rażony piorunem.

Kapitan Wells szybko przyklęka obok leżącego, próbuje wyrwać mu z ust resztki fiolki. Padają donośnie wydawane rozkazy. Kilka sekund później nieprzytomnemu, wstrząsanemu konwulsjami Himmlerowi podano środek wymiotny, założono sondę i usunięto zawartość żołądka. Wszystko na próżno.

Akcja ratunkowa trwa dwanaście minut. O 23.04 dr Wells rezygnuje z dalszych wysiłków.

Heinrich Himmler nie żyje.

W ciągu następnego dnia zwłoki pozostają w tym samym miejscu. Kilkuset żołnierzy brytyjskich oraz kilkunastu korespondentów wojennych i fotoreporterów ma możliwość ich obejrzenia. W milczeniu przechodzą obok ciała, spoglądają w twarz budzącego niegdyś grozę człowieka i wychodzą zaczerpnąć świeżego powietrza.

Pojawia się problem, co począć ze zwłokami Himmlera. W Kwaterze Głównej Montgomery'ego poważnie rozważa się możliwość przygotowania pogrzebu wojskowego, z udziałem wyższych oficerów niemieckich. Zebrani w innym oddziale kapelani dyskutują, czy pogrzeb ma się odbyć według obrządku chrześcijańskiego.

Ostateczną decyzję podjął Montgomery prawdopodobnie sam. Heinrich Himmler ma być pochowany bez ceremonii wojskowej i kościelnej w miejscu otoczonym tajemnicą. Jego ostatnie miejsce spoczynku nigdy nie może się stać dla Niemców celem narodowych pielgrzymek.

W tym samym czasie pewien oficer sztabowy telefonuje do placówki brytyjskiej w Bergen-Belsen. Wpadł na niezwykły pomysł i na pochówek Himmlera chciałby koniecznie otrzymać jedną z owych drewnianych skrzyń, w których swego czasu grzebano przemieszane prochy więźniów obozów koncentracyjnych. Nie udało mu się jednak zrealizować tego pomysłu.

Rankiem 26 maja zwłoki Himmlera zostały wywiezione w nieznanym kierunku jednotonową ciężarówką brytyjską. Dwóch sierżantów chwyciło trupa za głowę i nogi, i z rozmachem rzuciło na skrzynię samochodu.

Miejsce zakopania zwłok, gdzieś w lesie w pobliżu Lüneburga, wyznaczył pewien starszy stopniem oficer kontrwywiadu. Wraz z nim udaje się tam major i trzech sierżantów. Tak więc jedynie pięciu ludzi zna to miejsce.

Sierżanci starannie zdejmują górną warstwę ziemi i kopią dół, do którego składają zwłoki Himmlera, ubrane tak jak w dniu 23 maja: w brytyjskie spodnie wojskowe, wojskową koszulę i szare skarpetki niemieckiego Wehrmachtu.

Jeszcze jeden rzut oka w czeluść grobu. Któryś z sierżantów odczuwa potrzebę wypowiedzenia kilku słów. Rzuca pierwszą łopatę ziemi i mówi:

- Niech robak idzie do robaków!

To wszystko. Dalsza praca przebiega w milczeniu. Jeszcze tylko należy starannie nałożyć darń. Żaden znak, żaden kopczyk nie zdradza tego miejsca. Ślady człowieka, którego miejsce w Norymberdze pozostało puste, który miałby do powiedzenia więcej niż wszyscy pozostali oskarżeni, zostały zatarte. Uchylił się od odpowiedzialności.

Sprawa reichsführera SS powróci na łamy prasy jeszcze tylko raz. W pobliżu Berchtesgaden Amerykanie odkryli zakopany pod stodołą prywatny skarb Himmlera. Jego wartość oszacowano na blisko milion dolarów, a składała się na nią osobliwa mieszanina walut. Kapitan Harry Anderson, przedstawiciel zarządu wojskowego, wyszczególnił następujące sumy: 132 dolary kanadyjskie, 25 935 funtów angielskich, 8 mln franków francuskich, 3 mln franków algierskich i marokańskich, milion reichsmarek, milion funtów egipskich, 2 argentyńskie pesos, pół japońskiego jena i 7500 funtów palestyńskich!

11. Minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop aresztowany w łóżku - Przywódca młodzieży Rzeszy Baldur von Schirach zgłasza się sam - Wielki admirał Erich Raeder czeka na moskiewskiej wyspie

12. Tajemnica i sensacja: Rudolf Hess, zastępca Führera, leci do Szkocji

Przypisy

[1] D. Eisenhower, Krucjata w Europie, przeł. M. Krzeczkowski, Warszawa 1951, s. 559-560 (Red.).

[2] 20 lipca 1944 roku pułkownik Wehrmachtu Claus hrabia Schenk von Stauffenberg dokonał nieudanego zamachu bombowego na życie Hitlera w jego polowej kwaterze, Wilczym Szańcu, pod Rastenburgiem (dziś - Kętrzyn) (Red.).