Proces - Michał Gałwa

Kup ebooka

28.00 zł
22.39 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ DRUGI

JEGO NADRZĘDNY CEL

 

 

Gdy Oliwia i William wrócili na plażę, była już późna noc. Pół kilometra dalej zobaczyli płomień i oświetlone przez księżyc skrzydło wraku samolotu. Dziewczyna poczuła się bezpieczniej, Harton także, ale mimo to nie opuszczał go do końca niepokój. Czuł się zdeterminowany do działania.

– Słyszysz to? – zapytał William, gdy dotarli na miejsce.

– Tak, nigdy nie myślałam, że szum fal będzie tak dołujący – stwierdziła, ciesząc się w głębi serca, że w końcu udało się im wrócić na plażę.

– To nie to. Jest cicho. Jakby nikogo tutaj nie było – powiedział, ale zaraz zobaczył rozbitków, którzy spali na łóżkach złożonych z części samolotu. Dawały odrobinę komfortu na piasku, którego Oliwia miała już pełne buty.

– Wszyscy śpią – zauważyła zdziwiona. Czuła zimną bryzę na skórze i żałowała, że nie znalazła swojego płaszcza, tak jak to się udało Williamowi, gdy przeszukiwali wrak. Dziwiło ją jednak to, że udało się zasnąć wszystkim, nawet ciężko rannym. – Ja chyba nie dam rady zasnąć.

William zobaczył w jej oczach coś innego: była potwornie zmęczona.

– Spróbuj jednak odpocząć, Oliwio. To była ciężka noc. Musimy choć przez chwilę się przespać.

Dziewczyna tylko przez moment patrzyła na niego i wiedziała, że nie ma sensu się oszukiwać.

– Spróbuję – powiedziała i ruszyła w stronę niewykorzystanych foteli, które rozbitkowie wcześniej znaleźli i wynieśli z dżungli.

Will zatrzymał się kilka metrów dalej, przy jednym z ognisk, które już teraz tylko się tliło delikatnym płomieniem. Ściągnął swój płaszcz, a wtedy z prawej kieszeni wypadł nabój (nie zmieścił się w magazynku, gdy Harton ładował swoją broń dwa dni temu).

To jedyna rzecz, jaka pozostała po rewolwerze, pomyślał, gdy uniósł go z piasku.

Oliwii chyba udało się zasnąć, bo leżąc spokojnie, nie odezwała się słowem od kilkunastu minut. William, siedząc przy ogniu, który rozniecał kawałkami drewna, spoglądał w stronę oceanu, trzymał w dłoni pocisk i rozmyślał o losie, który ich spotkał. Nikt nie wie, co zaszło w dżungli, a tym bardziej, jaki niesprawiedliwy los spotkał Wiktora. Przed oczami miał obraz umierającego geodety, jego upadające do rzeki ciało. Nagle podszedł do niego mężczyzna. Na oko niewiele młodszy. Ściągnął z ramienia plecak i odłożył na piasek przy ognisku.

– Witam ponownie, detektywie. – Jego arogancki ton brzmiał znajomo.

– Thomas, tak? – Przypomniał sobie Harton, spoglądając na oderwany rękaw, którym Oliwia owinęła jego ramię. – Głęboka?

– Przeżyję. Kilka małych zadrapań. Mojemu ciału nic nie grozi. Za to po twojej ranie zostanie ci blizna – stwierdził z uśmiechem, który pojawił się na jego nieskalanej zadrapaniem twarzy.

Harton dotknął rozcięcia na swym policzku. Ciągnęło się wąskim pasem wzdłuż jego skroni, na końcu dzieląc jego brew na dwie części.

– Blizna blizną, ale dobrze, że nie straciłem oka – odparł, myśląc o utracie celności, i znów przypomniał sobie swój odebrany przez obcych rewolwer.

– Fakt – stwierdził Tom, po czym szybko zmienił temat. – Jeden z ludzi sprawdzał radio w kokpicie...

– Wiem, Dyson. Naprawa zajmie kilka dni.

– Jest odrobinę gorzej, bo niestety, nie uda się go naprawić – oznajmił mu Colt, a Will poczuł, że to przekreśla wyjście cało z ich dramatycznej sytuacji.

– Musimy znaleźć inne wyjście.

– Czekać? – odparł Thomas Colt, jakby oczywiste było, że ktoś przybędzie z pomocą.

– Musimy wyruszyć i znaleźć ogon, jak tylko wzejdzie słońce.

– Jeszcze w ogóle nie spałem – odparł, ale wyglądało to tak, jakby chciał się tylko wymigać od wysiłku. Usiadł na piasku obok Hartona i spojrzał przez płomień w dal oceanu. – Coś cię męczy, Harton?

– Mnie? Nie, nic.

– Na pewno?

– Tak.

– Masz mnie za idiotę? – rzucił ostro, ale nie podniósł głosu. – Gdzie jest ten stary Magellan?

– Magellan? Chodzi ci o...

– Profesor Lancer, gdzie jest? Widziałem, jak wchodziłeś za nim do dżungli. Wiem, że coś tam zaszło. Dlaczego nie wrócił z wami? – dociekał Colt.

Harton spojrzał poważnie na faceta, którego nie mógł oszukać w tej sytuacji, a w końcu i tak musiał wyznać, że coś tragicznego miało miejsce w tej dżungli. Nie ma szans na to, by Colt uwierzył w jakieś kłamstwa, był na to zbyt inteligentny.

– Spotkaliśmy kogoś...

– Innych rozbitków? Zniknęło nas paru. Widziałeś ich?

– Nie ich spotkaliśmy.

– Kogoś, kto mieszka na tej wyspie?

– Tak – odparł. – Pojawili się znikąd i po prostu go zabili.

– Zabili?

– Nie rozumiesz?

– Rozumiem, ale chcesz mi powiedzieć, że wyszli z dżungli, podeszli i zabili?

– Tak. Nie wiem, kim są i co tu robią, ale mieszkają tutaj. Wyglądali, jakby dotarli na wyspę przed nami i od lat jej nie opuszczali.

– Oni zabili geodetę?

– Ten przeklęty okularnik nawet nie mrugnął okiem, gdy go zabili – powiedział wkurzony Will, który z pogardą dla mordercy żądał w myślach odwetu.

– Dlaczego to zrobili?

Harton tylko patrzył na płomień ogniska.

– Nie chcą nas tutaj – odpowiedział. – Wtargnęliśmy na ich teren. Może ta wyspa jest ich domem, a my jesteśmy intruzami, których chcą się pozbyć. Może to plantatorzy... Krótko mówiąc, zrozumiałem z ich śmiesznego tłumaczenia tyle, że bronili swojego domu.

– Dlaczego ciebie nie zabili? Z tego, co słyszę, nie zdołałeś ich pojmać, nie mylę się, prawda?

William spojrzał na Toma i nie chciał mu zdradzić, że Wiktor oddał życie za niego i Oliwię.

– Mamy opuścić tę wyspę. Jeśli tego nie zrobimy, to wybiją nas wszystkich za trzy dni. Radio nie zadziała, więc jedynym wyjściem jest odszukać ogon, tam może znajdziemy sprzęt, aby wezwać pomoc.

– To będzie długa podróż, wiesz o tym?

– Tak, ale męczy mnie to, że tamci nam zagrozili. Widzisz tych wszystkich ludzi? – zapytał i skinął w stronę reszty ludzi, rozkładając ręce. – Co ja mam im powiedzieć?

– Prawdę – rzekł Colt i podniósł patyk leżący obok.

– Mam powiedzieć tym ludziom, że nie jesteśmy tutaj sami, że mieszkańcy wyspy nam nie pomogą, a nawet więcej, nie chcą nas tu i wkrótce wybiją jednego po drugim?

Tom włożył kij do ogniska.

– Powiedzmy im, detektywie, że pójdziemy po telefony, aby nawiązać kontakt. Reszty nie muszą wiedzieć. Lepiej nie doprowadzać dziadków do zawału i zrobić to na spokojnie. Może pomińmy fakt obecności obcych.

– Nie możemy siać paniki, Colt.

– Zobacz, ilu nas jest na tej plaży, a ich było ilu? Czterech?

– Pięciu.

– Pięciu... to chyba nie problem? – zapytał.

– Problemem jest to, że my nie mamy żadnej broni.

– Faktycznie, więc racja, musimy znaleźć tylną część samolotu. Pomagierzy doktora na pewno mieli broń.

Will spojrzał na bruneta z włosami zebranymi pod gumką w krótką kitkę i choć nie chciał się z nim zgodzić, to przyznał, że Tom mógł mieć rację.

– Moglibyśmy zyskać szanse, jeśli to byłaby prawda.

– Myślisz, detektywie, że doktor oddzielił się od nas bez powodu? Miał przy sobie kolesia, którego ochroniarze trzymali na muszce. Dlatego jestem pewien, że posiadali jakąś broń – stwierdził Tom i podwinął rękaw swojej granatowej koszuli.

– Wiesz o tym facecie?

– Przecież mówię – odparł. – Gdy dotarłem na lotnisko, widziałem, jak go wyciągali z furgonetki.

– A jeśli nie będzie żadnej broni?

– Myśl, Harton! Nawet tamci na pewno mają jakiś magazyn, w którym trzymają swoją – stwierdził dobitnie. – Może uda nam się go odnaleźć.

– Wczoraj znaleźliśmy bramę zbudowaną w korycie rzecznym. Wyglądała jak wejście do podziemi.

– Może to właśnie ich magazyn?

– To tylko przypuszczenia i wątpię, aby to była prawda – odparł Harton.

– Co masz na myśli?

– Drzwi były bardzo stare. Gdy Wiktor wspomniał im o nich, jeden nazwał je bramą, jakby miały jakieś znaczenie.

– Brama w strumieniu? Może to podziemna plantacja?

– To pewno jakiś zwykły ściek. Zamknięty lata temu i zaspawany. Nie otworzymy go. Potrzebowalibyśmy czegoś mocnego, by otworzyć tę bramę, ale i tak pewnie nic tam nie ma. Oni jednak zdawali się coś chronić, tak dziwnie zareagowali, ale nie mam zamiaru tego sprawdzać, chcę się stąd tylko wydostać.

– Tak jak każdy...

Harton już nie miał wątpliwości, że muszą znaleźć ogon, niezależnie od tego, czy ktoś z zaginionych przeżył, czy nie. Najważniejsze jest teraz, żeby jak najszybciej znaleźć ogon samolotu i spróbować nawiązać kontakt. Podniósł niewielki patyk, którym zatoczył okrąg na piasku.

– Samolot spadał jakieś dwie minuty. – Zaczął kreślić linie wzdłuż okręgu. – W pewnym momencie – wbił kij w piasek – ogon odleciał do tyłu, a my... przelecieliśmy nad szczytem tamtej góry – wskazał na szczyt w oddali. – Jeszcze jedenaście sekund po tym zdarzeniu spadaliśmy w dół. Powiedz mi, jak wysoki może być ten szczyt?

– Wydaje mi się, że jesteśmy od niego jakieś pięćdziesiąt kilometrów, więc ma około dwa tysiące metrów wysokości, tak myślę.

Harton spojrzał na szczyt i zmrużył oczy.

– Zbyt wysoki, żebyśmy na niego wchodzili, a ogon spadł po drugiej stronie.

– Za wysoki? Nie wygląda na wymagający ciężkiej wspinaczki...

– Nie mamy czasu do stracenia. Nabierzemy wody ze strumienia i wystarczającą ilość jedzenia. Musimy ruszyć, jak tylko wzejdzie słońce. Wytrzymasz tyle? – zwrócił się do Toma.

– Wytrzymam tempo. Myślę, że tę trasę pokonamy w pięć godzin, ale nie wiemy, jak daleko ogon spadł po tamtej stronie, a to są dodatkowe kilometry. Nie możemy jej obchodzić, Will.

– Nie damy rady wejść. Nie mamy czasu na to, Colt. Musimy ją obejść.

– Postradałeś zmysły, Harton? Ze szczytu dokładnie zobaczymy, gdzie spadł ogon. Musimy jeszcze iść do tej bramy. Jestem pewien, że możemy skrócić drogę o kilka kilometrów.

– Co chcesz zrobić?

– Pójść w górę strumienia, a potem skierować się na szczyt – oznajmił Tom.

– Nic z tego – sprzeciwił się definitywnie Will. – Nie będziemy specjalnie zbaczać z trasy, skoro możemy iść na wprost. Ze strumienia weźmiemy tylko wodę, a i tak to nie będzie skrócenie drogi, a wydłużenie.

Colt wstał poirytowany tym, że Hartona w ogóle nie interesuje, co może znajdować się za metalowymi drzwiami. Otrzepał spodnie z piasku. Spojrzał na niego i powiedział groźnie:

– Posłuchaj, część z nas zniknęła. Ratunek nie nadchodzi. Mieszkańcy prawie was zabili, by bronić tej wyspy, czy Bóg wie czego...

– Zabili Wiktora...

– No dobra... to wiem. Jego już nie liczę, bo on nie żyje, ale my jeszcze tak, i tamci dalej chcą nas wybić. Może za tą metalową bramą jest coś cennego, zrozum.

– Są rzeczy ważniejsze niż ta twoja brama. Musimy wydostać się z wyspy.

Po słowach Hartona Colt schylił się po plecak, podniósł go i podał Willowi.

– Słońce wschodzi – oznajmił. – Zostały nam trzy dni i dwie noce. Dalej będziemy się wykłócać o to, którędy będziemy szli, czy wstaniesz i przestaniesz użalać się nad losem?

Harton spojrzał na horyzont, ale zamiast cieszyć się widokiem wschodzącego słońca, pragnął wrócić do tego codziennego wpatrywania się w jeden punkt, którym był telewizor. Chciał przeczekać te kilka tygodni w domu, aby wrócić do normalnego życia w mieście, gdzie siedział za biurkiem w pracy albo ścigał bandytów co najmniej raz w tygodniu. Chciał wrócić do domu. Wiedział, że w końcu znajdzie jakiś sposób, i był zdeterminowany, by osiągnąć ten cel.

– Wyciągnę nas z tej wyspy – powiedział z przekonaniem w głosie.

ROZDZIAŁ TRZECI

OPOWIEŚĆ

 

 

Kobieta, która trzydzieste piąte urodziny miała obchodzić w styczniu, przygotowywała się do wyjścia z domu. Brunetka o sięgających ramion włosach, ponętnej budowie ciała i ubierająca się w stylu, który można nazwać biurowym. Złapała w dłoń kluczyki do swojego sportowego coupé, ale gdy znów spojrzała w lustro, odłożyła je, by poprawić włosy. Widać, że dbała o swój wizerunek, a tego wieczora naprawdę chciała się komuś podobać.

– Musisz słuchać, ale imię jej poznasz, gdy zobaczysz dowód... – śpiewała pod nosem tekst piosenki i rozbawiona dopinała sukienkę. Ze stolika zabrała skórzaną torebkę i wyszła ze swojego pokoju na piętrze. Kilka kroków za drzwiami przypomniała sobie o czymś. Wróciła do pokoju i z szafki zabrała kluczyki do samochodu.

Szybko zbiegła po schodach. Chciała jak najszybciej opuścić duży dom, w którym mieszkała, i ruszyć na spotkanie.

– Panienka się gdzieś wybiera o tak późnej porze? – zapytała gosposia, która sprzątała w pobliżu wyjścia; całymi dniami potrafiła sprzątać kąty posiadłości.

– Na spotkanie, Anielo.

– A panienki ojciec wie? Czy mam mu to potem przekazać? – zapytała. Dziewczynę zaskoczyło to pytanie, ale tylko na chwilę, bo zanim coś odpowiedziała, starsza kobieta uśmiechnęła się do niej. – Nic nie powiem komendantowi o spotkaniu, moja droga. – Mówiąc to, gosposia zachichotała.

Dziewczyna zdziwiła się, bo właśnie ten fakt chciała ukryć przed ojcem.

– Przystojny? – dopytywała dalej gosposia.

– Bardzo – powiedziała rozmarzona kobieta, jakby na chwilę znów stała się tą młodą dziewczyną, którą zauroczył jej ukochany.

Za zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do drugiego pokoju obie kobiety usłyszały zbliżające się kroki.

– Leć już, dziecko. Ja zatrzymam ojca panienki – poleciła starsza.

– Dziękuję, Anielu – powiedziała kobieta i po cichu wymknęła się z domu. Podbiegła do samochodu, który stał poza posesją, po drugiej stronie ulicy. Wsiadła do środka. Włożyła kluczyk do stacyjki i odpaliła silnik. Nadopiekuńczy ojciec nie mógł jej już zatrzymać. Poprawiła lusterko i przy okazji musnęła jeszcze usta przeźroczystym błyszczykiem, który wyciągnęła ze schowka. Spojrzała na deskę rozdzielczą. Była za cztery minuty dziesiąta. Zaczął padać deszcz.

– Cholera – zaklęła, bo była spóźniona, ale ruszyła spokojnie. Nie miała daleko, ale i tak wiedziała, że ma za mało czasu. Pędziła na spotkanie z swoim wymarzonym księciem z bajki. Włączyła radio.

– Wczorajsza tragedia lotu 115... – Spiker czytał wiadomości. Tyle zdążyła usłyszeć, zanim włożyła płytę do odtwarzacza i puściła swoją ulubioną piosenkę.

Po dziesięciu minutach wjechała pomiędzy wysokie budynki w centrum miasta. Minęła kancelarię adwokacką, której jasny szyld (popularnych Nowak&Nowak) świecił zielonym światłem. Za nim skręciła w lewo.

– Teczka! – krzyknęła, bo przypomniała sobie o kolejnej rzeczy, której zapomniała. Zatrzymała się na pustej ulicy i zawróciła na drugi pas, łamiąc przy tym kilka przepisów. Szybko ruszyła z miejsca i ponownie spojrzała na zegarek. Nagle zadzwonił jej telefon. Sięgnęła do torebki, by go odebrać. Nie zauważyła, że światła na drodze się zmieniły, ale usłyszała klakson, gdy wjechała na skrzyżowanie, tuż pod koła innego pędzącego samochodu.

Boczne zderzenie przy tak dużej prędkości spowodowało, że straciła panowanie nad pojazdem. Głową uderzyła o szybę. Koło, które z impetem najechało na krawężnik, spowodowało, że cały samochód wybiło w górę. Gdy uderzył o ulicę, przekoziołkował, a kobietą rzucało po całym wnętrzu pojazdu jak szmacianą lalką. Straciła przytomność. Samochód w końcu uderzył dachem o mokry asfalt i sunął po nim przez kilka metrów, zostawiając za sobą snopy iskier. Gdy zatrzymał się pośrodku ulicy, z drugiego samochodu wysiadł mężczyzna i lekko kulejąc, pobiegł do pojazdu kobiety. Części samochodu leżały rozrzucone wzdłuż całej drogi.

– Trzymaj się! – krzyknął kierowca, który wybił nogą okno od strony pasażera i zajrzał do wnętrza, gdzie walała się zawartość schowka i torebki. Jej telefon wciąż dzwonił, leżąc w samochodzie obok dowodu osobistego. Kierowca był zszokowany i zdezorientowany. Kręciło mu się w głowie. Krwawiła mu rana na czole, potarł oko, do którego napłynęła krew. Zajrzał do ciemnego wnętrza.

Z kobietą było źle. Poduszki powietrzne w jej samochodzie nie zadziałały, a w pośpiechu nie zapięła pasów. Leżała i krwawiła na poszycie dachu. Połamana, z powykręcanymi rękoma i nogą, odzyskała przytomność, ale nie mogła krzyczeć.

Cud, że jeszcze oddycha, pomyślał, ale odwrócił wzrok, gdy zobaczył, że patrzy na niego przerażona. Zwymiotował na ulicę, którą obmywał deszcz. Wziął się w garść, bo musiał jej pomóc. Sięgnął po swój telefon, by wezwać karetkę, i otarł usta.

Jego komórka była zniszczona, ale jej telefon dzwonił. Wciąż działał, więc go złapał.

– Trzymaj się... zaraz wezwę pomoc – powiedział i chciał odrzucić natarczywie dzwoniącego, ale przycisk nie reagował i telefon wciąż dzwonił, więc mężczyzna spróbował odebrać. To mu się udało.

– Halo? – zapytał przerażony.

– William? To ty?

– Halo? Skąd znasz moje imię? – zapytał zaskoczony, ale rozmówca w tym momencie się rozłączył. Będąc wciąż w szoku, zaczął wykręcać numer na pogotowie, ale zauważył, że komórka padła.

– Kurwa! – wykrzyknął, nie kryjąc irytacji. Był zdenerwowany i uderzył pięścią we wrak samochodu. – Trzymaj się! – powiedział jeszcze raz do kobiety, która patrzyła wprost na niego i ciężko dyszała. On był tylko lekko poobijany i gdyby nie ten krawężnik, z nią też byłoby lepiej. Stęknęła raz, a jej niebieskie tęczówki odsłoniły malejące źrenice i w tym momencie w radiu rozbrzmiała jej ulubiona piosenka, którą puściła podczas jazdy. Teraz ta skoczna piosenka o miłości zapadnie Williamowi w pamięć, jako tło do sceny tragedii: zabił właśnie dziewczynę, kochankę, która chciała spotkać się z ukochanym, oraz oczko w głowie swojego ojca. Ten, choć surowy, kochał ją, bo była dla niego najważniejsza. Była promykiem radości dla ludzi, których cieszyła swym towarzystwem. Była szczęśliwa, a teraz nie żyje. Nie żyje, bo William Harton spowodował, że umierała w agonii, dusząc się własną krwią, słyszysz? W agonii, Harton! Wiem, że słyszysz! Nie trać teraz przytomności...

– Wstawaj, Harton! – krzyknął Colt, który złapał upadającego na trawę Williama, a sam co chwilę schylał głowę, obawiając się kul, które przelatywały tuż obok nich.

– Co się dzieje? – krzyknął kompletnie zdezorientowany William.

– Nie czas, abyś tracił przytomność.

– Co się stało?

– Zemdlałeś – rzucił szybko. – Wstawaj. Musimy natychmiast stąd zniknąć – pospieszał go Colt.

– Gdzie my jesteśmy?

– To inna strona wyspy, bo tego pasma nigdy nie widziałem z tej strony – rzekł tak samo zagubiony Tom.

– Jak się tu znaleźliśmy? – zapytał, gdy jedna z kul rozerwała korę drzewa rosnącego tuż obok. Tom schylił się. Złapał Willa za koszulę i pociągnął.

– Nie wydurniaj się! Ja też się pogubiłem w tym biegu, ale wiem doskonale, jak się tutaj znaleźliśmy! – odparł i dopiero teraz zauważył, że Harton jest w szoku. William naprawdę nie wiedział. – Nie pamiętasz?

– Ostatnie, co pamiętam, to wczorajsza noc. Nie pamiętam, kiedy weszliśmy do dżungli, by odszukać wrak i...

– Odszukać?

Seria strzałów ustała na chwilę, gdy ukryli się za drzewem.

– Tak, przecież mieliśmy znaleźć ogon.

– Harton...

Will spojrzał na przejętego Colta.

– No co?

– My już to zrobiliśmy.

– Co zrobiliśmy?

– Znaleźliśmy ogon pięć dni temu – dodał po chwili i zaczął się zastanawiać, co się dzieje z Willem.

– Pięć? – zapytał, ze zdziwienia ledwo powstrzymując krzyk. Usłyszana liczba sprawiła, że prawie zerwał się na równe nogi. Czarna luka w pamięci, której nie potrafił załatać żadnym wspomnieniem, była ogromna.

– Jak mogłeś coś takiego zapomnieć? – zapytał Colt. – Nie widzę, żeby cię trafili, ale zachowujesz się jak postrzelony...

– Sam nic z tego nie rozumiem – odparł zagubiony Harton.

– Widocznie to jest efekt uboczny – stwierdził Colt.

Padł strzał, a Colt wstał.

– Efekt uboczny czego? – zapytał Harton.

– Jak widzisz, nie ma teraz czasu na historyjki, Harton. Wstawaj. Chcę się stąd ulotnić. Teraz!

Znów strzał, a zaraz za nim kolejny; musnął drzewo, o które się opierali.

– Kto to jest!? – krzyknął Will, chroniąc się przed odłamkami.

– A jak myślisz, Harton?! – powiedział Tom i ruszył do dalszej ucieczki, a William za nim.

– Naprawdę pięć dni?

– Pięć, Will, i jest tak, jak mówili. Teraz próbują nas wybić – oznajmił mu dobitnie, gdy padł kolejny strzał. Colt wbiegł w krzewy, a Harton od razu za nim. Obaj uciekali w głąb gęstszej części dżungli.

– Czemu tak bolą mnie uszy?

– A może sam mi powiesz? Ja nie wiem, co ci się stało, ale to chyba nie zadziałało tak, jak powinno.

– Co takiego?

Padł kolejny strzał, a oni nie zwalniali tempa.

– To jakiś Va Banque? Nie wiem! Skończ mnie wypytywać. To był twój pomysł! Nie cierpię tego miejsca...

– Jaki pomysł?! – krzyczał Harton, wciąż uciekając przed tamtymi, którzy do nich strzelali, ale dopiero po chwili dotarło do nich, że strzały ustały, a agresorzy najprawdopodobniej przestali ich gonić lub po prostu zaczęli szanować amunicję. Jednak oni wciąż uciekali, oddalając się od pasma gór. William, biegnąc, odwrócił się za siebie, a wtedy usłyszał krzyk Colta, lecz gdy chciał zobaczyć, co się stało, ziemia zniknęła mu spod nóg. Obaj spadli jakieś trzy metry w dół i obaj mocno uderzyli o gołą ziemię.

– Co to do cholery, asfalt? – zaklął w bólach Colt, myśląc, że skręcił nogę, lecz nie skręcił.

Will odwrócił się na plecy i zakaszlał, łapiąc się za żebra.

To jest asfalt, pomyślał zaskoczony. Patrzył na półkę skalną, na której drzewa pięły się wysoko, a z której oni właśnie spadli, i obawiał się tylko tego, że tamci zaraz się pojawią na jej szczycie. Kręciło mu się w głowie i co chwilę na moment obraz mu się delikatnie rozmazywał. Podniósł się lekko na łokciach i powiódł wzrokiem po korzeniach, które bez ładu wybijały się z ziemi, zwisając w dół. Gdy popatrzył ponownie w górę, przeraził go zarys postaci, którą ujrzał na szczycie.

Już po nas, pomyślał. Leżeli jak łatwy cel, w który trafiłby nawet na wpół ślepy weteran wojenny. Gdy mrugnął, by odzyskać ostrość widzenia, nikogo nie było.

– Żyjesz? – zapytał Colt, który dopiero zbierał się z ziemi.

– Tak. Patrz – polecił Harton, wgapiając się w gęste korzenie. Colt spojrzał, gdy wstał na równe nogi. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. W korzeniach kryła się ściana, wbudowana w zboczu urwiska. Można było wejść do środka, bo jej metalowe drzwi były wygięte u dołu.

– Wchodzimy – polecił Colt.

– Jeśli wrócą, będziemy jak na widelcu. Po drugiej stronie może być ślepy zaułek.

– Ja wchodzę, bo tutaj czuję się jak kaczka w okresie polowań – oznajmił odważnie Colt i rzucił się do uszkodzonej bramy w betonie. Wczołgał się dołem, a Will, który nie chciał zostać z tyłu, zrobił dokładnie to samo. W środku było ciemno.

– Chyba już nas nie gonią – stwierdził Harton, wciąż wyczulony na wszystkie dźwięki z zewnątrz.

– Skąd wiesz?

– Bo już dawno nie słyszałem strzałów.

Colt odwrócił się i zaczął iść przed siebie. Will wyciągnął latarkę i rozświetlił mrok, ale przed nimi była tylko ściana.

– Stój! – krzyknął nagle, a Tom zamarł w miejscu. Gdyby zrobił jeszcze krok, spadłby w dół głębokiego szybu, gdzie prowadziła drabina. Gdyby Will nie ostrzegł go w porę, Tom prawdopodobnie zginąłby po upadku, bo dno było schowane w odległych ciemnościach, do których nie sięgało nawet światło latarki. Tom cofnął się ostrożnie i spojrzał na Hartona.

– Czy ty przypadkiem nie wyrzuciłeś jej, gdy padły baterie?

– Nigdy bym jej nie wyrzucił – oznajmił Harton, świecąc w dół szybu. – Co to za miejsce?

– Nie wiem. Mówiłem ci, że nie znam tej części wyspy – przypominał mu Colt.

– Oliwia?

– Co Oliwia?

– Co się z nią stało?

– Ty naprawdę nic nie pamiętasz...

William zaczął się zastanawiać, ile go minęło.

– Harton. Ona weszła za nami do dżungli.

– Wszyscy jesteśmy w dżungli!

– Weszła za nami tego dnia, gdy wyruszyliśmy szukać ogona. My wróciliśmy, a ona nie.

– Nie żyje?

– Wydaje mi się, że pięć dni na tej wyspie mogłoby ją zabić, detektywie – stwierdził prześmiewczo Colt, myśląc jasno o agresorach, którzy zagonili ich do tego miejsca. Obaj wiedzieli, że dziewczyna mogła nie mieć tyle szczęścia.

Will chwycił się drabiny.

– Muszę zejść na dół – oznajmił i spojrzał w dół szybu.

– Po co?

– Skoro dalej tutaj tkwimy, to rozumiem, że telefony nie zadziałały. Tak?

Colt spojrzał na detektywa, który oczekiwał już jasnej dla siebie odpowiedzi.

– Zadzwoniliśmy, Harton – oznajmił Colt.

– Wezwaliście pomoc?

– Tak.

– Kiedy będą?

– Już tutaj są.

– To co my tu wciąż, do cholery, robimy, Colt? Zacznij od tego, gdzie znaleźliśmy ogon.

Tom spojrzał na Hartona i wiedział, że musi mu opowiedzieć, co zaszło kilka dni temu.

* * *

Czarna chmura unosiła się nad wyspą. Padał gęsty deszcz, a księżyc przebijał się przez ciężki kłąb. Świecił mocno, wysoko nad horyzontem. Zwierzęta grasujące nocą dawno obudziły się do życia i pewno już upolowały swoje zdobycze. Słaby człowiek nie przetrwałby na tym terenie. Dzięki wysokim konarom krople gęstego deszczu zatrzymywały się na liściach, przez co już tylko część cięła zimne powietrze w dżungli. W jednym miejscu drzewa były połamane i opierały się na sąsiednich. Masywne pnie zniszczyło coś, co musiało mieć wyjątkowo dużą siłę, aby je staranować. Na ziemi leżało wiele śmieci i metalowych odłamków. Deszcz wybijał rytm, odbijając się od metalowych fragmentów, porozrzucanych dookoła w miejscu, gdzie pomiędzy drzewami leżała tylna część samolotu.

– Widzę ją! – krzyknął Colt, zbiegając w dół nierównego terenu lasu.

– Co?

– Nie śpij, Harton. Znaleźliśmy ogon. Widzisz?

– Nie śpię, Colt, tylko wsłuchuję się w dżunglę – oznajmił, rozglądając się z niepokojem po wysokich drzewach, które otaczały ich z każdej strony.

Colt podleciał szybko do tylnej części wraku, która leżała na boku, i z grymasem na twarzy przytkał nos.

– Zwłoki – oznajmił. – Zaczynają gnić.

– Tak szybko? – zdziwił się Will, który właśnie podszedł bliżej, ale odór także i jego zmusił do przysłonięcia nosa. – To niemożliwe, przecież rozbiliśmy się dwa dni temu.

– Sam zobacz – powiedział Colt i odsunął się od wejścia. Harton zajrzał do środka przez drzwi, które wcześniej odgradzały doktora Moore'a od reszty pasażerów. We wraku znajdowały się rozkładające się zwłoki jednego z ochroniarzy doktora, ale tylko one.

– Gdzie reszta ciał? – zastanowił się chwilę, rozglądając się po wnętrzu w poszukiwaniu ciała doktora.

– Co za smród. To chyba faktycznie nie jest możliwe, żeby tak szybko zaczęły gnić.

– Niemożliwe. Widzisz gdzieś ciało doktora?

– Nie. Pewno drapieżniki zaciągnęły je do dżungli, zanim tutaj dotarliśmy – stwierdził Colt, patrząc na zaschnięte na kadłubie ślady krwi, których nie zdołał zmyć deszcz.

Harton wskoczył przez futrynę do wnętrza. Podszedł powoli do zwłok ochroniarza. Wyglądały, jakby leżały tam już dobrych kilkanaście tygodni. Przeszukał dokładnie każdą kieszeń. Znalazł broń. Sprawdził magazynek, który okazał się pełny. Wsunął go z powrotem i docisnął. Sprawdził blokadę i włożył broń za pasek, tak jak swój rewolwer. Przeszedł dalej na tył i zaczął przeszukiwać półki oraz szafki.

– Szukaj tylko satelitarnych. Zwykłe komórki na nic się nie przydadzą – rozkazał, widząc, że Colt właśnie wszedł do środka i teraz robił krok nad rozbitym oknem przewróconego wraku.

W tylnej części samolotu było tylko pięć miejsc. Colt nie musiał się schylać, aby szukać pomiędzy siedzeniami pasażerów, bo były niczym obrazy przykręcone do ściany. Cztery w stronę kierunku drzwi, a jedno na samym końcu, dostawione tyłem do kierunku lotu; masywne siedzenie znacznie różniło się od reszty. Nie wyglądało, jak te standardowe z szaro-błękitnym obiciem. To było białe i mocno przykręcone do podłogi dodatkowymi wzmocnieniami.

Myśli Williama zajął ostatni fotel i jego grube, brązowe, skórzane pasy przy metalowych wzmocnieniach. Pasy były zapięte, a jednak nie widział śladu po osobie, która na nim siedziała. Z pewnością był to ten sam człowiek, o którym mówił Wiktor. Tom przerwał ten moment ciszy krótkim komentarzem:

– Widać, że doktor bardzo dbał o bezpieczeństwo swoich przyjaciół – stwierdził, ale jakby kompletnie nie interesował się tym, kto siedział w tym fotelu podczas lotu, a tylko przez sarkazm dał wyraz, co myśli o tych niezwykłych środkach bezpieczeństwa, i zajął się dalszym przeszukiwaniem.

– Widzisz tę walizkę?

Harton otworzył kopnięciem kolejny schowek i spojrzał na dwie plamy na podłodze, a wtedy dotarło do niego, że wnętrze przypominało bardziej miejsce morderstwa niż katastrofy: jedna plama była długą, rozmazaną smugą ciemnej krwi.

Może zwierzę nie miałoby problemów z wyciągnięciem do wyjścia ciała doktora, myślał, ale ochroniarze to już inna waga. Musiałoby to zrobić coś dużego i głodnego.

Ze schowka, który otworzył, wyciągnął czarną walizkę.

– Colt, sprawdź ją – polecił mu Harton, a sam przyjrzał się ciału. Zainteresowała go rana na szyi, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak zadrapanie, lecz była zbyt krótka, by doprowadzić do śmierci.

Tom otworzył neseser, w którym ujrzał dwa urządzenia.

– Całkiem inne, jakby nowsze, ale wolałbym odnaleźć mój – oznajmił Colt, wyciągając z walizki jeden telefon.

– Działa? – zapytał Harton, który wepchnął palec w ranę ochroniarza, a Colt, który to zobaczył, prawie zwymiotował.

– Tak... już są nawet włączone. Działają, ale... – Zamilkł na chwilę, zmartwiony. – W pamięci jest tylko jeden numer.

– Da się wprowadzić inny?

– Masz kogoś na myśli?

– Pamiętam numer do znajomego, który pracuje na policji – oznajmił Harton.

– Można by spróbować.

– Wracajmy na plażę – odparł Harton, który skończył badać ciało.

– Czekaj – zatrzymywał go Colt. – Nie chcesz sprawdzić, dlaczego Moore się od nas odgradzał, detektywie? Zauważyłeś, że ściana, która nas dzieliła, była dobudowana na jego polecenie? Pasażerów wyssało w powietrzu, a tutaj mogło być ich pięciu. Nie interesuje cię to? – zapytał Hartona, który właśnie wycierał swoją dłoń o koszulę.

– Interesuje mnie na przykład ta teoria, którą chciał nam wygłosić w samolocie – odparł przekornie, bo tak naprawdę chciał się stąd tylko ulotnić, a nie szukać wiatru w polu.

– Dziwne kamienie, artefakty, nasza inna, zapomniana historia, Harton? – wymieniał Tom i spojrzał na fotele. Do neseseru włożył telefony satelitarne i zamknął walizkę na jeden z działających jeszcze zatrzasków. Podniósł ją z ziemi i zwrócił się do Williama: – Powiedz mi, detektywie, gdzie jest twoja chęć poznania?

– Chcę znaleźć resztę, która zniknęła z samolotu, i potem wydostać nas z tej przeklętej wyspy. Tylko to mnie teraz interesuje. Interesuje mnie to, czy zginęli, czy przeżyli jak my. Ślady sugerują ciągnięcie, ale mógł się ktoś stąd wyczołgać do drzwi albo jak ty wyjść stąd na własnych nogach. Rana ochroniarza jest głębsza. Zadana nie pazurem, a czymś w rodzaju noża. Blacha poszycia idealnie by się nadawała do stworzenia finki, którą ktoś go zabił.

– Już myślałem, że nie jesteś detektywem Williamem Hartonem, o którym tyle słyszałem od Oliwii.

– Jesteś idiotą, Colt. Jeśli wszyscy przeżyli tak jak my, a ktoś zamordował ochroniarza, to myślisz, że gdzie się teraz ten ktoś znajduje?

– Na wyspie?

– Jest z pewnością gdzieś w pobliżu. Dziwi mnie tylko, że nie zabrał broni... – Colt spojrzał na ostatni fotel odwrócony tyłem. – Widzę, Tom, że już wiesz, do czego zmierzam. Ktoś, kto siedział w tym fotelu, był tym, który także mógł przeżyć. Lepiej wracajmy. Inni czekają.

– Według mnie śledczy powinien być bardziej zainteresowany tą sprawą, detektywie – stwierdził Tom, patrząc, jak Harton opuszcza ogon.

– Byłbym, gdyby nie to, że bezpieczeństwo żyjących jest teraz najważniejsze.

Harton wyszedł całkowicie z tylnej części samolotu. Colt, który był tuż za nim, po wyjściu wpadł na Williama.

– Co tak stoisz? – zapytał, gdy go wyminął.

Nagle wzmógł się wiatr, który szeleszcząc konarami drzew, przerodził się we wszechobecne szepty kryjące się w gęstych krzewach dookoła.

– Słyszysz to samo? – zapytał Harton, a wtedy szepty ustały.

– Ten wiatr?

– To są ci, którzy zabili Wiktora.

Colt spojrzał na Williama, a ten wyciągnął broń zza paska i wymierzył prosto w jego twarz. W sekundzie skulił się przy ziemi. Nie zauważył stojącego za nim mężczyzny w okularach, do którego Harton właśnie wymierzył, ale nie oddał strzału.

– Spokojnie, Williamie – odezwał się wtedy okularnik.

Harton pomyślał tylko sekundę i nacisnął spust, ale nabój nie wystrzelił. Spróbował ponownie, ale broń okazała się bezużyteczna, jakby magazynek był pusty albo każdy nabój był niewypałem.

– Ja też jestem bezbronny, Williamie, czy tego nie widzisz? – zapytał spokojnie mężczyzna w okularach i rozłożył ramiona.

– Zabiję cię gołymi rękoma – zawarczał Harton.

– Posłuchaj! – powiedział nieznajomy, odsuwając się krok do tyłu.

Colt spojrzał na okularnika.

– Wy się znacie? – zapytał Tom.

– On kazał zabić Lancera.

– Wiktor i tak nie zasłużył, by żyć na tej wyspie – oznajmił nieznajomy.

– Kim ty jesteś, aby mówić, kto ma prawo do życia na tym terenie? – zapytał Colt, który podniósł się z ziemi.

Mężczyzna tylko rzucił na niego okiem, ale zignorował pytanie i znów spojrzał na Hartona.

– Wysłuchaj mnie, detektywie...

– Powiedz twoim ludziom, aby nie kryli się po drzewach – polecił Harton, wciąż mierząc do bezbronnego mężczyzny w okularach.

– Jestem tutaj sam, Williamie.

– A te szepty?

– Szeptałem? – zapytał okularnik. – Dopiero tu przyszedłem, Williamie.

– Czego od nas chcecie? – zapytał Colt.

– Teraz już niczego od was nie mogę wymagać. On oszalał.

– Kto?

– Edward...

– Moore?

– Tak.

– Znasz doktora?

– To jego wyspa, Williamie, ale opuścił ją wiele lat temu.

– Brednie – znów wtrącił Colt. – Chcesz powiedzieć, że przeżył?

– To był jego dom, zanim się tutaj urodziłem. Pewnego dnia ktoś przybył na wyspę i ukradł jego własność. Edward wyruszył za nim. Wracał wiele razy i tak samo wiele razy odchodził, ale teraz widzę, że wrócił na stałe i przyprowadził go ze sobą.

– Chcesz powiedzieć, Lennon, że doktor Moore, którego znam, wracał tutaj jak na wczasy i za każdym razem rozbijał się samolotem? To niedorzeczne. Tym bardziej że Moore nigdy nie chciałby zamieszkać tutaj na stałe.

Mężczyzna położył rękę na tylnej części wraku samolotu.

– Chciał, bo zniszczył jedyną drogę wyjścia...

– Ja znajdę sposób – powiedział stanowczo Harton, a w jego głosie słychać było taką determinację, że nawet Colt czuł, że zależy mu na tym bardziej niż jemu.

– Zostały wam trzy dni, Williamie. Jednak już teraz będziemy zmuszeni kilkoro z was zabrać. Więc nie szukaj ich, bo my się nimi zaopiekujemy – powiedział z uśmiechem na ustach.

Wokół znów zaczęły się szepty. Harton rozejrzał się po drzewach, a Colt zrobił to także, lecz to odwróciło ich uwagę, bo gdy znów chcieli spojrzeć na okularnika, mężczyzny już nie było.

– Znajdę sposób! – wykrzyczał Harton, gdy szepty nagle ustały.

– Cicho – powiedział Colt po kilku sekundach ciszy. – Słyszysz to?

– Echo? – zapytał, ale wtedy także usłyszał ten dźwięk i tak samo jak Tom spojrzał na walizkę. Położył na ziemi i otworzył. W środku dzwonił telefon.

– Zastrzeżony – odczytał z ekranu Colt i odebrał połączenie.

– Dzwonię z informacją, że uzyskaliśmy potwierdzenie rezerwacji w naszym hotelu – odezwał się głos w słuchawce.

– Słucham? Kto mówi?

– Dellton Hotel, doktorze Moore.

– Niestety. Doktor ma napięty harmonogram i nie może podejść do telefonu – powiedział Colt, jakby naprawdę był asystentem doktora.

– Rozumiem, że mam odwołać rezerwację. Lecz jeśli nie ma konkretnego powodu, trzeba będzie zapłacić karę.

– Napisz, pacanie, że z powodu nagłego i nieplanowanego wypadku – rzucił chamsko i polecił mężczyźnie, aby się rozłączył.

Harton podszedł do niego i wyrwał mu z ręki telefon. Wpisał numer.

– Nie działa.

– Masz drugi – powiedział, podając mu kolejny telefon. Miał skrytą nadzieję, że z tego będzie można zadzwonić. Harton znów wykręcił numer z pamięci. Poczekał chwilę i po drugiej stronie usłyszał głos młodego mężczyzny.

– Detektyw Samuel Werson. Słucham? Halo?

– Samuel? – krzyknął uradowany. – To ja, Harton!

– Halo?

– Werson? Słyszysz mnie? Rozbiliśmy się!

– Wiem, że tam jesteś, zboku! – krzyknął, brzmiąc groźnie i wrogo, chociaż Harton wiedział, że jest to raczej spokojny typ gościa zza biurka. Zorientował się, że telefon, z którego dzwonił, miał uszkodzony mikrofon, więc się rozłączył.

– Udało się?

– W tym jest uszkodzony mikrofon. Podaj mi jeszcze raz tamten.

– Trzymaj – powiedział Tom, podając telefon Hartonowi. Nacisnął tę samą kombinację cyfr i po chwili przepisał z ekranu numer telefonu. Wysłał wiadomość tekstową z uszkodzonego aparatu.

– Co robisz? – zapytał Tom.

– Musimy czekać. Módl się o to, by się udało.

Nagle sprawny telefon zaczął dzwonić. Harton znał ten numer i w momencie odebrał.

– Werson?

– Tak. Detektyw Samuel Werson. Słucham?

– Ty zawsze się tak przedstawiasz?

– Kto mówi? Nie jestem w nastroju do żarów.

– Posłuchaj. Był wypadek...

– Słucham?

– Z lotniska wyleciał samolot pasażerski, który został przygotowany i zabukowany jako prywatny lot. Filantrop Moore...

– Wiem, wiem. Moore nie żyje. O ten lot chodzi? Trąbią o tym na każdym kanale w telewizji. Większość jednostek policji została tam wysłana. Proszę się nie martwić, już wszyscy są powiadomieni o tej katastrofie, panie...

– Szukają nas?

– Przepraszam, pan powiedział: "szukają nas"? – zapytał zdziwiony mężczyzna.

– Ja leciałem tym samolotem, Sally. To ja, William Harton. Numer odznaki 7699...

Mężczyzna mruknął.

– Jeśli pan leciał tym samolotem, to mam przykrą informację, ale prawdopodobnie pan zginął...

– Samuel, jak to zginął? My rozbiliśmy się...

– Cholera, to naprawdę pan, panie Harton? Gada pan jak szef, ale ciężko mi uwierzyć w te brednie. Nie wiem, o czym pan mówi, bo ten samolot ledwo wystartował, a zaraz rozbił się tuż za lotniskiem.

– My żyjemy, Werson. Rozbiliśmy się na wyspie prawie dwa dni temu...

– Dwa dni? Lot, o którym myślałem, że rozmawiamy, rozbił się dwadzieścia minut temu, więc jeśli pan by nim leciał, to właśnie teraz byłby pan martwy, szefie.

– Że co?

– Ten samolot dopiero się rozbił, jeszcze nie ugasili pożaru, panie Harton.

– Sally, ja leciałem tym samolotem. Rozbiliśmy się na wyspie. Nie wmawiaj mi czegoś innego...

– Czy my rozmawiamy o locie 115, Fugareus?

– Tak, Fugareus, ale nie znam numeru. Edward Moore podał mi osobiście rękę i zaprosił na pokład.

– Szef sobie robi ze mnie jaja? Chyba to siedzenie w domu panu nie służy lub za dużo filmów się pan naoglądał, bo żart się panu stępił...

– To nie jest film ani żart, do cholery. Przecież wiesz, że nigdy nie kłamię – odparł. – Musisz mi uwierzyć i znaleźć tę wyspę.

– Jaką wyspę? Jest pod naszą jurysdykcją, szefie?

– Znajdź nas, Sally. My nie mamy pojęcia, co to za miejsce.

– To jak ja mam się tego dowiedzieć?

– Jesteś w pracy? – zapytał po chwili zastanowienia.

– Właśnie wychodzę... po zmianie i idę na pa...

– Wróć do biura i poproś Monikę, aby namierzyła tę rozmowę. Niech wyślą pomoc po rozbitków. Najlepiej kilka helikopterów. Przeżyła około ćwierć setki i nie mów, że to lot 115, bo wezmą cię za głupka. To telefon satelitarny, ma wmontowany GPS, więc namierz tę lokalizację i...

– Dobrze, dobrze, już wszystko rozumiem, panie Harton.

– Zrób to szybko, Werson, bo nie wiem, ile jeszcze wytrzyma bateria.

– Dobra. Odezwę się. – Mężczyzna się rozłączył, a Harton schował telefon do kieszeni.

– Co teraz? – zapytał Tom.

– Wracamy na plażę. Musimy czekać.

– Często to powtarzasz.

– Bo czasem, Colt, nie pozostaje nam już nic innego, jak tylko czekać.

Choć byli głodni i wyczerpani, Williamowi krążyła po głowie myśl o rozbitym samolocie. Przecież to nie mógł być przypadek. Oliwia znała doktora, a jednak Sally był przekonany, że kolejny lot Fugareus rozbił się tuż za lotniskiem.

Nad ranem, po wielu godzinach marszu obaj dotarli na plażę. Zaciekawieni rozbitkowie zostali przez nich minięci. Wyczerpani wędrówką, bez żadnych rozmów i wyjaśnień minęli tłum i każdy położył się w pierwszym lepszym łóżku, aby odzyskać w końcu siły.

* * *

– Co się stało z Oliwią? – zapytał William, gdy Tom wyjaśnił mu większość tego, czego nie pamiętał.

– Jeden z jajogłowych widział ją, gdy wchodziła za nami do dżungli, i do tej pory nie wróciła.

– To co się stało później?

– Twój znajomy, ten Samuel Werson, zadzwonił po dwóch dniach. Po koordynatach zbadali miejsce, które namierzył.

– Więc czemu, do cholery, wciąż tutaj jesteśmy?

– Bo widzisz, Harton... Tam, gdzie sprawdzali, był tylko ocean.

– Pomylili współrzędne?

– Nie, współrzędne są w porządku. Po prostu ta wyspa przesuwa się nocą, aby nikt jej nie znalazł następnego dnia – rzucił sarkastycznie.

– Bredzisz, Colt.

– Wiem, do jasnej cholery, i coraz bardziej odchodzę od zmysłów.

– Musieli się pomylić...

– Sprawdzali kilkakrotnie. Nawet kierunek lotu się zgadzał, ale nie zdążyliśmy się dogadać. Nagle przyszli tamci. Jednym strzałem z daleka zniszczyli telefon. Od tamtej pory już z nikim nie możemy się skontaktować – oznajmił z powagą w głosie. – Zaczęli do nas strzelać jak do kaczek. Wystrzelałeś cały magazynek z pistoletu, który znalazłeś w samolocie. Wyrzuciłeś go i byliśmy już bezbronni. Wszyscy wbiegliśmy do dżungli, każdy w inną stronę. Spędziłem w tej puszczy wiele godzin, błąkając się bez celu i kryjąc przed każdym dźwiękiem, jaki tylko usłyszałem, i wtedy zobaczyłem jednego z nich.

– Co zrobiłeś?

– Nic, obserwowałem. Chodził sobie spokojnie pomiędzy drzewami, jakby stał na warcie. Obserwowałem go przez godzinę. Wtedy nagle ruszył do dżungli, a ja śledziłem go, aż doprowadził mnie do jakiegoś dziwnego budynku, który wyglądał jak jakieś duże, betonowe igloo.

– Igloo?

Tom spojrzał na Willa i nie odzywał się przez chwilę. Wziął kamień, który leżał pod jego nogami i podrzucił lekko w górę, a wtedy na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Powiem ci, Harton – zaczął, zatrzymując kamień w dłoni – że już wiem, jak otworzymy bramę nad strumieniem.

Harton, widząc ten tajemniczy uśmiech na twarzy Colta, wiedział, że jest pewien tego, co mówi. Wiadome było, nawet dla idioty, że trzeba użyć środków wybuchowych.

– Znalazłeś dynamit?

– Tak. Widziałem skrzynię z dynamitem przez okienko w tym budynku. Chwilę później spotkałem tamtych. Zaczęli od razu strzelać i musiałem uciekać. Po kilometrze wpadłem na ciebie. Powiedziałeś, że chyba już wiesz, jak nas stąd wydostać.

– Tak powiedziałem? "W jaki sposób wydostać"?

– Sam chciałbym się tego dowiedzieć – powiedział sam do siebie, po czym wtrącił zadał ważniejsze pytanie: – Jestem ciekaw, co znajduje tam na dole – zawiesił głos i złapał za drabinę. – To co, Harton, ja pierwszy? – zapytał Willa, chwytając się żelaznej drabiny.

– Ja za tobą – zgodził się William i złapał drabinę jako drugi. Starał się latarką jak najlepiej oświetlać drogę w dół, a Tom schodził tuż przed nim. – Co to za miejsce? – pytał na głos, nie mogąc poskromić swojej ciekawości.

– Teraz jesteś ciekaw, detektywie?

– Chcę tylko znaleźć sposób, aby się stąd wydostać – oznajmił z przekonaniem. – Zastanawiam się, co będzie na dole.

Obaj zastanawiali się nad tym samym, schodząc coraz głębiej.

– Im starsze, tym większe – stwierdził Colt, po kilkunastu sekundach.

– Do czego zmierzasz?

– Moore zawsze tak mówił... Te patenty, takie jak drzwi lub drabiny, wyglądają podobnie, ale wszystko jest masywniejsze... Byli mistrzami.

– Byli?

– Kiedyś ciężko mi się było zgodzić z Oliwią, ale teraz zaczynam wierzyć, że jej pradawni faktycznie istnieli – stwierdził, wciąż schodząc w dół.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał William, który chcąc oszczędzić baterię, tylko od czasu do czasu oświetlał latarką tunel, aby sprawdzić, czy nie widać już dna.

– Ściany wyglądają na bardzo stare, ale jednak są tak gładkie, że prawie mogę się w nich przejrzeć. Nie znam się na tym... Steinermann mógłby się wypowiedzieć, ale to naprawdę kawał dobrej roboty. To prawie jak nasza architektura, ale oni byli w tym mistrzami...

William ponownie zapalił latarkę i sam przez chwilę przejrzał się w ścianie, która była pokryta dziwnymi znakami, przypominającymi nie tylko ryciny, ale także zlepki kresek, figur i hieroglifów. Pomiędzy nimi, po raz pierwszy od momentu katastrofy, zobaczył swoją bliznę, która ciągnęła się przez jego twarz. Ponownie ucieszył się, że nie stracił oka, które tak było mu potrzebne do mierzenia z broni, a wtedy Tom dokończył swą myśl:

– Inskrypcje na ścianie, które są wypisane dookoła, muszą coś oznaczać. To pewno jakaś historia...

– Ciągną się od samego szczytu, tyle tekstu – powiedział zafascynowany Harton, który także dotknął gładkiej ściany szybu zdającego się nie mieć końca. – Potrafisz to odczytać?

– Nie wiem, strasznie chaotycznie oświetlasz, ale rozpoznaję tylko niektóre symbole. Wyglądają jak egipskie hieroglify, część jest znajoma, ale wyrwana z kontekstu nie ma sensu.

– Coś mi mówi, że na dole znajdziemy sposób na opuszczenie wyspy – powiedział z przekonaniem w głosie William.

– Zaraz się tego dowiemy – stwierdził Colt. Stawiając stopy na kolejnych szczeblach, miał wrażenie, że szyb nie ma końca, a przy każdym kolejnym coraz bardziej popadał w rutynę i gdy w rozpędzie chciał postawić stopę na nastepnym szczeblu, nagle zawisł nią w powietrzu. Zaskoczony, nie zdążył zareagować, a szarpnięcie spowodowało, że nie zacisnął uchwytu na drabince, od której dosłownie odpadł. Lecąc w dół, szczęśliwie złapał się ostatniego szczebla.

– Harton, pomóż mi!

– Trzymaj się!

– Nie dam rady! Moje ramię nie wytrzyma.

– Wytrzymaj! Pomogę ci! – krzyknął Will, schodząc kilka szczebli w dół, już teraz w obawie, aby nie nadepnąć na jego dłoń.

– Nie mogę – stęknął przez zęby, czując rwący ból mięśni rannego ramienia.

Harton wyciągnął rękę, ale Colt, trzymając się tylko na dwóch palcach, nie dał rady i ześlizgnął ze szczebla.

– Colt! – krzyknął Will, patrząc, jak Tom zniknął w mroku. Po chwili usłyszał tylko głuche uderzenie o ziemię. Włożył latarkę w zęby. Wierzył, że Tom przeżył upadek. Nie było wysoko. Opuścił się i zawisł na dwóch rękach w kontrolowanej pozycji. Spojrzał w dół. Światło latarki było za słabe, by sięgnąć dna, ale William wiedział, że musi skoczyć.

Dasz radę, pomyślał. Miał nadzieję, że dostrzeże dno w ostatnim momencie lotu i zamortyzuje swój upadek. W tej chwili wiedział, ile mniej więcej będzie spadał, więc wierzył, że nic mu się nie stanie. Jednak wciąż bał się zaryzykować. Zacisnął na moment oczy, a serce zabiło mu mocniej.

Odwrócił głowę w prawo, zaciskając w zębach latarkę, aby nie wpadła mu do gardła, i oświetlając ścianę, ujrzał w niej nie tylko swoje odbicie, ale koniec tekstu:

"... a gdy niepożądany spadnie w tym miejscu i odciśnie swoje piętno w pamięci, zginie ten, który unikał swego procesu...".

Kilka zdań kończących ostatnią kolumnę, wyrytych było w języku, który potrafił odczytać, i na tym urywał się tekst na ścianie szybu. Will nie za bardzo rozumiał, o co chodzi, ale zdziwiło go, że był w stanie go przeczytać, i przeraziło jednocześnie, że tekst wciąż jest dopisywany na bieżąco. Z drabiną było jednak inaczej; była odcięta mocnym narzędziem, tak jakby ktoś chciał, aby nie można było wrócić z dołu na górę. Nie miał zamiaru zostawić Toma, który leżał tam na dole, ale bał się, że szyb może być zwykłą dziurą, która nie prowadzi w żadną stronę, tylko na górę. Nie zastanowił się nad tym, jak wrócą, i było to najgłupsze, co mógł zrobić, ale przygotował się jedynie psychicznie do upadku. Puścił się. Wylądował twardo, tuż obok nieprzytomnego Colta. Podniósł się i poszedł.

– Wstawaj, stary – powiedział, wierząc w to, że jednak Tom żyje. Starał się go ocucić. – Colt. Nie na darmo tutaj zeskoczyłem.

Colt otworzył powoli oczy i w momencie zassał powietrze przez zaciśnięte zęby, łapiąc się za głowę.

– W porządku? – zapytał Harton.

– Spadłem z wysokości drugiego piętra, więc jest kurewnie daleko od "w porządku" – stękał poobijany Colt.

– Możesz się ruszać?

– Jestem ciekaw, co za inteligent buduje drabinę do dziury – zapytał, starając się podnieść na nogi.

Will spojrzał w górę szybu.

– Teraz będziemy musieli się stąd w jakiś sposób wydostać – oznajmił Harton, podnosząc z ziemi latarkę, którą zapalił, i widząc, że ziemia także jest wykończona idealnym szlifowaniem, zaczął rozglądać się w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia z dużego pomieszczenia na dnie i wtedy dostrzegł korytarz, który wiódł głęboko pod wyspą.

– Zostało nam tylko jedno wyjście. – Pokierował Colta i ruszył w drogę.

– Gdzie idziesz, Harton? – zapytał tamten, utykając na nogę.

– To jakiś tunel. Może nim wydostaniemy się na zewnątrz – odparł, oświetlając po swych słowach wybetonowany korytarz ze schodami, który zdawał się prowadzić w głąb ziemi. Po lewej, tuż przy ziemi, ciągnęła się rura o szerokości pół metra, zrobiona ze srebrnego metalu, która u wejścia do tunelu znikała w ziemi.

– Myślę, że masz rację, Harton, bo gdy pójdziemy w dół, wydostaniemy się na górę. – Zdenerwowany Colt, który nabawił się kontuzji kostki po upadku, nie krył swego zażenowania tokiem myślenia detektywa.

Harton rozglądał się po podziemnym korytarzu, który był niebywale starannie wykonany. Ściany były tak gładkie, jak te w szybie. Lecz na nich nic nie było napisane.

– Możesz stanąć na niej dłużej niż dwie sekundy?

– Raczej tak.

– To możemy ruszyć dalej. Nie jest skręcona. Nie mamy innego wyjścia, więc teraz uważaj na schodach – oznajmił i ruszył dalej przed siebie, oświetlając drogę latarką.

– To czekaj na mnie – poprosił Colt, kulejąc i starając się nadążyć za Hartonem.

Minęło kilka minut, udało im się przejść jakieś sto metrów, a wciąż nie widzieli końca. Po kolejnych stu betonowane, wykończone ściany skończyły się, a ich oczom ukazała się skała, w której był drążony cały tunel. Wyglądał na zapomniany i zdawał się kręty. Ściany były wilgotne, a w powietrzu czuć było stęchliznę. Szli jeszcze przez kilka minut, wtedy schody się skończyły, a oni schodzili w dół wyrównanym korytarzem, przez który wciąż ciągnęła się rura ze srebrnego metalu.

– Jakby budowniczowie zaprzestali po prostu budowy – stwierdził Colt.

Lecz Harton wiedział, że metalowa rura nie może wieść przez tunel bez powodu.

– Może to była kopalnia. Jakoś musieli tędy wyciągać to, co wydobywali.

Zapuszczali się dalej, coraz bardziej zastanawiając się, dokąd wiedzie ten kręty tunel, gdy nagle zobaczyli, że gdzieś w oddali błysnęło światło.

– Widziałeś to?

– Co to jest? – zapytał Colt, który także dostrzegł jasny punkt.

William poświecił przed siebie i po chwili światło znów rozbłysło.

– Chyba wyjście.

– Tutaj?

– Wiem, jak to brzmi...

Obaj przyspieszyli i nawet Colt, pomimo bólu kostki, zaczął iść szybkim krokiem w stronę światła. Po dwustu metrach doszli do betonowej ściany, identycznej jak ta z koryta rzecznego, znaleziona przez Wiktora Lancera. Drzwi, które się w niej znajdowały, były normalnej wielkości, stare, metalowe i przede wszystkim szeroko otwarte, co ujrzeli, gdy Harton do nich podszedł. Mógł nimi ruszyć, ale spowodowało zgrzyt, który poniósł się echem przez cichy korytarz.

– Jednak coś tutaj zbudowali – zdziwił się Colt.

Will przeszedł przez drzwi i znalazł się w ogromnym pomieszczeniu, które wyglądało jak sala kinowa, ale bez miejsc dla widowni. Ściana przed nim była ogromnym lustrem, które kończyło się w każdej krawędzi, i to właśnie ono odbijało światło latarki, które obaj wzięli za światło wyjścia; był to ślepy zaułek.

– Dalej nie można przejść – rzucił zrezygnowany Harton.

– Cholera...

– To koniec.

– Tyle trasy szedłem ze złamaną nogą, by zobaczyć jakiś pradawny salon piękności?

– Nie jest złamana, Colt.

– Dobra, wiem. Wiem też, że kobiety mogą chcieć ukrywać swój proces upiększania się, ale kto buduje aż tak niepotrzebne rzeczy?

– Tutaj coś jest – stwierdził Will, który zobaczył na ścianie po prawej jakiś mural.

– Coś tam jest?

– Jakiś rysunek, rycina – powiedział, dotykając ściany.

– Rycina?

– Rycina to taki rysunek, który...

– Wiem dokładnie, czym jest rycina, Harton.

– Przedstawia człowieka dotykającego lustra. Pod nim znów te dziwne symbole.

– No, widzę, że budowniczowie chyba nie byli tak inteligentni, skoro potrzebowali instrukcji do obsługi lustra. Nie palcować – stwierdził.

– To jakaś instrukcja. Potrafisz to odczytać?

– Tak. "Tylko jeden".

– Tylko jeden. Pokazuje, że tylko jedna osoba stoi w tym pokoju.

– Marnotrawco przestrzeni...

– Wyjdź na chwilę.

– Po co? Wolisz, je umazać łapami w samotności?

– Wyjdź i zamknij te drzwi – polecił Harton, uznając, że muszą posłużyć się tą instrukcją.

– Odbija ci, Harton – stwierdził Colt, ale choć nie uważał pomysłu Williama za dobry, wyszedł z pomieszczenia na jego życzenie i zatrzasnął za sobą metalowe drzwi. Zrezygnowany oparł się o ścianę i spoglądał w głąb ciemnego tunelu, przez który wiodła rura. Teraz trochę przeraziła go wizja tego, że nie zdołają się stąd wydostać.

Jak zwykłe lustro ma nam pomóc wydostać się z wyspy, myślał Colt, gdy nagle mocno szarpnęło całym tunelem.

– Co, do cholery?

Rozbrzmiał przeciągły zgrzyt, niczym uruchomiony tryb w maszynie, który od wieków nie był używany, a teraz został wprawiony w ruch. Po chwili ustał i znów nastała cisza.

– Harton, co się stało? – zapytał Tom przez zamknięte drzwi, ale nie usłyszał odpowiedzi.

Po chwili znów rozbrzmiał mechanizm i znów szarpnęło tunelem, jakby odliczyło kolejną sekundę. Colt, który teraz przeleciał na drugą stronę tunelu, upadł i rozciął sobie głowę o złączenie na rurze.

Krwawa rana była długa i ciągnęła się od szczęki, a kończyła tuż obok jego prawego ucha. Była szersza niż rana Williama.

Wszystko wyglądało, jakby miało się zaraz zawalić. Wstrząsy zaczęły się nasilać, tak jak hałas, który był nieznośny dla ucha, niczym w fabryce, w której wszystkie urządzenia zaczynały właśnie działać na pełnych obrotach. Kolejne szarpnięcie i zgrzyty zdawały się przyspieszać. Tunelem szarpało coraz szybciej, a wtedy błysnęło jasne światło, które jak flesz wypełniło na chwilę cały tunel. Tom otworzył oczy i kręciło mu się w głowie. Strop już kruszył się delikatnie poprzez wstrząsy. Colt przekręcił głowę, spoglądając na metalowe drzwi. Ponownie błysnęło spod nich jasne, białe światło, które go na chwile oślepiło.

– Harton! – krzyknął, jakby znalazł się pośrodku pola bitwy.

Błyski rozświetlały tunel coraz szybciej, a na niego spadały niewielkie okruchy skalne. Rozległ się potężny dźwięk, który zgrzytem zabrzmiał niczym waltornia, a rozpędzająca się ogromna machina nie miała zamiaru się zatrzymać. Colt słyszał metal, który brzmiał, jakby młoty uderzały o siebie, jak tłoki gigantycznego silnika. Wtedy usłyszał Williama.

– Colt, zabieraj się stamtąd! – krzyknął Harton, gdy zobaczył, że światło jak stroboskop biło po oczach Toma, a trzaski i skrzypienia były nie do wytrzymania. Przypominały mu dźwięki z chwili, gdy rozbijali się samolotem na tej wyspie.

Woda zaszumiała, pędząc wewnątrz rurociągu. Spod drzwi na podłodze ciągnął się cień sylwetki Willa, gdy cały tunel wypełniło, jasnobłękitne światło, które już nie gasło, a jedynie emanowało swym blaskiem.

Colt zacisnął powieki, gdy stało się jaśniejsze niż słońce, a kiedy głośny dźwięk waltorni rozległ się ponownie, ciągnął się znacznie dłużej niż za pierwszym razem, aż w końcu przerwało go uderzenie, jakby potężnego młota. Woda w rurze przestała płynąć z takim impetem, jak przed momentem, a oślepiające światło, które przed chwilą wypełniało cały tunel, zaczęło powoli przygasać. Wszystko zdawało się zamierać. Colt otworzył oczy i zobaczył, jak światło znika jako jasna linia pod szparą metalowych drzwi.

Koniec, myślał, gdy wszystko ustało i znów wydawało się martwe. Było tak cicho, że Colt słyszał szum swojej buzującej krwi i dzwonienie w uszach. Nie potrafił uwierzyć, że jest w tym samym miejscu, które przed chwilą drżało i hałasowało, zachowując się, jak ogromny zegar, który miał przyspieszyć czas jego śmierci. Przeżył.

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Barbara Kaszubowska

OKŁADKA: Krystian Żelazo

ILUSTRACJE: Michał Gałwa

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

? Michał Gałwa i Novae Res s.c. 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7942-784-0

 

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.