Proces - Katarzyna Wierzbicka

-
Proszę czekać

Rozdział 1

– Wszystko, byleby tylko nie znowu kapusta – mruczała pod nosem Konstancja Sawicka, kuląc się na podłodze przy kominku i wyciągając zgrabiałe dłonie w stronę pełzających po polanach płomieni.

Dzień był zimny i wilgotny, jak to często bywa pod koniec września. Gęsta mgła otulała ubłocone podwórze gospody, ledwo majaczyły w niej kształty powozów, koni i krzątających się przy nich parobków. Chłód wdzierał się do izby przez szerokie szpary między okiennicami. Młoda czarownica zadrżała i otuliła się szczelniej płaszczem podszytym futrem.

"Zabiłabym za łososia duszonego w winie – rozmarzyła się – albo za pieczoną kurę ze złocistą, chrupiącą skórką. Lub nawet dobrze przyprawioną wieprzowinę w galarecie. Już nie wspominając o biszkoptach, soczystych gruszkach i cytrynach tak kwaśnych, że by wykrzywiały usta". Przełknęła ślinę, wspominając smakowite posiłki podawane na dworze swojego ojca, i usłyszała, jak głośno zaburczało jej w brzuchu.

Teraz mogła tylko fantazjować o takich frykasach. Nie dość, że magowie starsi rangą uważali, iż początkującym nic nie robi lepiej na rozwój talentów nadprzyrodzonych niż ścisła dieta i ogólna wstrzemięźliwość, to jeszcze tylu szlachciców zatrzymywało się ostatnio w Ostrowcu w trakcie podróży do Warszawy na sejm, że okoliczne karczmy były niemal ogołocone z zapasów. Konstancja od kilku dni żywiła się jedynie cienkimi polewkami, kaszą i rozwodnionym piwem. Oraz, oczywiście, kiszoną kapustą. Tej ostatniej, wydawało się, nigdy nie brakowało.

– A ty co tak, waćpanna, dumasz? Do roboty trzeba się wziąć, a nie o niebieskich migdałach myśleć! – zbeształ ją cicho znad ustawionego na środku izby stołu Stanisław Kordysz, mag trzeciego stopnia i jeden z jej przełożonych.

Barczysty, szpakowaty mężczyzna o wiecznie skwaszonej minie nie musiał zazwyczaj podnosić głosu, aby zyskać posłuch. Wzbudzał respekt u niedoświadczonych czarodziejów samym marszczeniem brwi, do czego przyczyniały się otaczająca go aura powagi i władzy oraz pogłoski, że nikt tak jak on nie utrudnia uczniom pomyślnego ukończenia terminu. Po jego bokach zasiadali Łukasz Małagowski, średnio uzdolniony, lecz mający koneksje na dworze uzdrowiciel, oraz Jerzy Sawicki, którego szczególnym talentem było rzucanie i odnawianie zaklęć defensywnych. Był on także starszym, przyrodnim bratem Konstancji, owocem pierwszego małżeństwa jej ojca, i powodem, dla którego została skierowana na staż w terenie do regionu świętokrzyskiego, dość daleko od rodzinnych posiadłości położonych koło Łomży. Choć kobiety obdarzone silnymi zdolnościami magicznymi już od dawna były włączane w system edukacji i zachęcane do pracy w roli licencjonowanych, uznanych przez Radę czarownic, nadal uważano, że powinny stale znajdować się pod opieką i przywództwem mężczyzn. Niewieścia natura wszak bardziej niż męska jest skłonna do zdrady i czarnej magii, a kobiety zbyt łatwo ulegają demonom.

Pod surowymi spojrzeniami magów Konstancja skinęła skwapliwie głową i natychmiast wstała, choć po kilkugodzinnym patrolowaniu okolicy zmęczenie niemal zwalało ją z nóg. Do południa przejechali dziesięć mil, sprawdzając, w jakim stanie są pieczęcie ochronne na głównych traktach. Drugie tyle drogi czekało ich po obiedzie w karczmie. Wszystkie mięśnie bolały ją niemiłosiernie, a głowa pękała od nadmiaru użytej mocy i z nudów. Patrolowanie okolicy okazało się równie męczące, co monotonne. Jednak nie było szans, aby się z tego wywinęła. Mówiono, że już jutro w Ostrowcu pojawi się sam starosta chmielnicki z synem i gromadą służących. Magowie sprawujący opiekę nad lewobrzeżną częścią dorzecza Wisły znaleźliby się w niezręcznej i trudnej do wyjaśnienia sytuacji, gdyby przez ich niedopatrzenie orszak podróżnych pożarły demony.

A ryzyko istniało, i to spore. Co prawda przyzywanie demonów wyższego rzędu było obecnie surowo zakazane i karane tak dotkliwie, że mało kto odważyłby się świadomie wystąpić przeciw Kodeksowi Iskier – jak nazywano obdarzonych magicznymi zdolnościami. Jednak po serii konfliktów zbrojnych, do których doszło na ziemiach Rzeczypospolitej w poprzednim stuleciu, pozostały nie tylko spalone wioski, wyludnione miasta i hordy włóczęgów na traktach, lecz także upiory i pomniejsze demony nawiedzające lasy, zrujnowane dworki czy zniszczone zagrody. W czasie wojny magowie zatrudnieni przez magnatów, wojskowi czarnoksiężnicy, ba, nawet wioskowe wiedźmy byli gotowi sięgnąć po każdy – choćby najbardziej ohydny – sposób, by ochronić się przed najazdem lub zadać straty przeciwnikowi. I jak zwykle sprawdziło się powiedzenie, że łatwiej złe sprowadzić, niż się go pozbyć. Wojska przeszły, podpisano traktaty pokojowe, ale portale prowadzące w ciemność tu i ówdzie wciąż pozostały otwarte, a granice między światami – trwale osłabione. Ludzie, i tak już udręczeni walkami, głodem oraz przetaczającymi się raz po raz przez kraj falami zarazy, musieli stawić czoła nowemu wrogowi. No, może niezupełnie nowemu, wszak i przedtem prawie każde miasteczko czy wieś miały w swej historii jakiegoś upiora, wilkołaka, wąpierza lub jakąś strzygę. Jednak stwory, które przenikały ostatnimi czasy do rzeczywistości, były inne – bardziej zaciekłe, okrutne. Większość z wyglądu podobna do ludzi, ale o oczach pustych i wiecznie głodnych, aż lśniących od nienawiści.

Konstancja zatem bez protestu porzuciła swoje kulinarne wizje oraz ciepłe miejsce przed kominkiem i przycupnęła w rogu izby, za stolikiem, na którym już przedtem naszykowała srebrną czarkę, cienki kawałek szkła i kryształową karafkę pełną wody. Odsunęła za ucho nieposłuszny płowy loczek, który wymknął się z koka ściągniętego mocno z tyłu głowy, a następnie potrząsnęła dłońmi, aby pozbyć się wszelkiej negatywnej energii. Musiała się skoncentrować. Porażka nie wchodziła w grę, nie teraz, gdy na ławie nieopodal zasiadali magowie, od których rekomendacji zależała cała jej przyszłość. Konstancja posiadała rzadki i bardzo ceniony talent do hydromancji, czyli wróżenia z wody. To uzdolnienie i świetnie zdane egzaminy dawały szansę na dobrą posadę, być może nawet na jednym z magnackich dworów. Jeśli tylko udałoby się jej zakończyć praktykę z pozytywną oceną...

Sprawdziła, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu, i starannie zakreśliła wokół siebie krąg ochronny. Świat na zewnątrz zbladł i zszarzał. Ucichły dźwięki rozmów przy sąsiednich stołach, dobiegające z kuchni pobrzękiwanie naczyń, pokrzykiwania i turkot wozów za oknem. Konstancja uspokoiła oddech. Teraz liczyła się tylko ona, pulsująca w niej niecierpliwie moc i chłodna, przejrzysta woda w karafce. Przelała ją do czarki, uważnie, by nie uronić ani jednej kropli, i wyszeptała inkantację odrobinę drżącym głosem, lecz bez zająknięcia lub pomyłki.

Woda na moment zawirowała, pieniąc się i uderzając o brzeg miski, po czym wygładziła się jak jedwab. Konstancja zmrużyła oczy, wpatrzona w niewyraźne kształty przemykające po powierzchni. Pytanie, na które miała odpowiedzieć magom, było proste i konkretne: czy następnego dnia dojdzie do ataku demonów na podróżnych, a jeśli tak, to kiedy i w którym miejscu? Kłopot w tym, że hydromancja zazwyczaj nie dawała jednoznacznych odpowiedzi. Odgadywanie sensu z obrazów pojawiających się na powierzchni i w mgnieniu oka z niej znikających wymagało ogromnej spostrzegawczości i umiejętności szybkiego łączenia faktów.

Konstancja była w tym dobra.

Teraz też wypatrzyła drogę, oplecioną cienką siateczką linii energetycznych. Odetchnęła z ulgą. Krajobrazy migały, zmieniały się jak w kalejdoskopie, lecz utrzymane były w jasnej tonacji. Nie wyczuwała żadnych śladów demonicznej magii ani zakłóceń w przepływie mocy. Wszystko wskazywało na to, że czary ochronne wytrzymają i główne trakty pozostaną w najbliższym czasie bezpieczne dla podróżnych.

Już prawie odwracała głowę, gdy kątem oka dostrzegła na tafli wody coś czarnego, jakby prześlizgnęła się po niej smuga cienia. Do jej nozdrzy dotarła woń zgnilizny i brudu. Z trudem zwalczyła odruch wymiotny oraz chęć ucieczki i pochyliła głowę nad powierzchnią. Musiała wykonać swoje zadanie: uzyskać jak najwięcej wskazówek co do miejsca, w którym nastąpi aktywność demonów.

Zobaczyła małą, pochyloną ku ziemi chałupę ze słomianym dachem. Białego kota nabitego na sztachety płotu. Niemal czarne rozbryzgi krwi na jasnym piasku drogi. Ciało przewieszone przez cembrowinę studni, zmasakrowane nie do poznania. Chłopca wybiegającego przez drzwi, z połową twarzy bladą jak pergamin, wykrzywioną w grymasie przerażenia i bólu, a drugą – prawie obdartą ze skóry, pokrytą głębokimi ranami. Konstancja poruszała zwinnie palcami, łowiąc kolejne wizje i odwzorowując je na szkiełku. Patrzyła, jak dziecko ogląda się za siebie, krzyczy, potyka się, upada w kałużę błota, podczas gdy z mroku chałupy za nim wynurza się czarna, pokraczna postać...

Czarownica drgnęła. Woda spieniła się, przelała przez brzegi, chłopiec i demon rozpłynęli się bez śladu.

Konstancja siedziała przez chwilę w milczeniu, z łomoczącym sercem i palcami drętwiejącymi po użyciu mocy. Przed oczami pojawiały jej się czarne mroczki.

– Przyjdź tu, mości czarownico. – Do jej świadomości ledwo dotarło polecenie Kordysza. – Co zobaczyłaś?

Drżącą ręką potarła czoło i wstała. W jednej dłoni trzymała ostrożnie szkiełko, drugą machnęła, przerywając krąg ochronny. Zrobiła kilka kroków na uginających się nogach i osunęła się na puste krzesło, ignorując zaciekawione spojrzenia podróżnych zgromadzonych w izbie. Stół magów otaczała bariera utkana z magii, która nie przeszkadzała w zbliżeniu się do niego, lecz zapobiegała podsłuchaniu rozmowy.

– Słabą masz, waćpanna, kondycję – zauważył Łukasz Małagowski, poprawiając rękawy karmazynowego kontusza. Policzki i pokaźny nos miał rumiane, niemal w kolorze stroju. Do spoconego czoła kleiły się rzadkie szpakowate kosmyki. Krążyły plotki, że uzdrowiciel nie wylewa za kołnierz i dlatego właśnie, mimo wysoko postawionej rodziny, trafił ze stolicy do Ostrowca. – Musisz się ciupkę wzmocnić, bo inaczej rzucanie zaklęć szybko cię wykończy.

– Teraz niech mówi – przerwał mu niecierpliwie Kordysz. – Co ma się jutro zdarzyć?

Konstancja przesunęła palcami po szkle. W niektórych miejscach poczerniało lub nabrało barwy ciemnej purpury. Zagryzła wargi. Niełatwo było kontrolować artefakty, które dotknęła demoniczna magia.

– No, słucham? – ponaglił ją Kordysz.

Wyszeptała inkantację, by przywołać schwytane obrazy: w powietrzu nad stołem pojawiały się po kolei dom ze słomianym dachem, trup kota, biegnące drogą zakrwawione dziecko, czarny stwór stojący w progu...

– Zatrzymaj – polecił ostro Jerzy.

Konstancja drgnęła. Szybkimi ruchami palców zatrzymała wizję. Brat przyjrzał się jej ze zmarszczonymi brwiami. Starszy od czarownicy o jedenaście lat, dopiero co przekroczył trzydziesty piąty rok życia, lecz jego czarne włosy były już przyprószone siwizną, a na czole rysowały się głębokie zmarszczki. Miał ciemne oczy, ostre rysy twarzy i wąskie, zaciśnięte surowo wargi. W przeciwieństwie do Konstancji i jej młodszej siostry, zielonookich blondynek podobnych kubek w kubek do matki, on wdał się w ojca. Odziedziczył po nim także obsesję na punkcie opracowania niezawodnego systemu obrony przed demonami i rozbuchaną ambicję, którą przewyższała jedynie jego inteligencja. Podczas studiów w Szkole Magii w Warszawie Konstancja słyszała plotki, że ci, co stawali mu na drodze do osiągnięcia celu, niekiedy znikali bez śladu. Mówiono także, że jego eksperymenty na demonach pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o zgodność z etyką i Kodeksem Iskier. Konstancja zauważyła, że w ogóle dużo się o nim dyskutuje, ale tylko szeptem i oglądając się przez ramię.

– To zwykły, pomniejszy demon. Bez własnej magii, pozbawiony rozumu – stwierdził teraz bez wahania. – Ciekawe, co go skłoniło do ataku na ludzkie domostwo...

– Być może zwiększenie poziomu zabezpieczeń na drogach i traktach? Przestał czuć się bezpiecznie w swoim naturalnym środowisku – zasugerowała nieśmiało Konstancja.

– Możliwe... Potrafisz powiedzieć, gdzie to nastąpi? Bo z pozycji słońca widać, że o poranku. Dziwne. Rzadko kiedy atakują w ciągu dnia. Zwykle uciekają, gdy tylko zaczyna świtać.

– Muszą być zdesperowane i głodne. Widzę tylko, że to jakaś chałupa. – Czarownica zmarszczyła brwi, wytężając wzrok. – Wydaje mi się, że tam dalej, za kolejną chatą, płynie rzeka. Niewielka.

– Takich chałup na uboczu to tu zatrzęsienie. – Małagowski wzruszył ramionami.

– Chyba widzę jeszcze daleko na wzgórzu... – Konstancja rozpaczliwie powiększyła obraz, próbując doszukać się nowych szczegółów – jakąś budowlę... Spójrzcie tylko! To chyba kościół!

– A rzeczywiście – przyznał bez większego zainteresowania Kordysz. – To może być Kościół Świętego Mikołaja.

– Czyli Szewna. – Jerzy zabębnił palcami po blacie. – Niedaleko stąd. Będzie niewiele więcej niż mila.

– Czy to aby nie kościelna wioska? – zainteresował się Małagowski.

– A kościelna, kościelna – przytaknął Kordysz. – Należy do biskupa krakowskiego.

– Który nam za ochronę nie płaci – dodał chłodno Jerzy.

– Tak więc to nie nasza sprawa. – Kordysz uniósł do ust kufel. – Niech się bronią modlitwą.

– Ale tam zginą ludzie! – Konstancja otworzyła szeroko oczy. Czuła, jak w gardle rośnie jej wielka, dławiąca gula smutku i niezgody na niesprawiedliwość. – Przecież wszyscy przysięgaliśmy, że będziemy chronić ludzkość przed złem! Czy to ich wina, że Kościół nie chciał wykosztować się na ich bezpieczeństwo?!

– Nie pierwsi i nie ostatni – zgasił ją ostro Kordysz. – Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Musisz się, waćpanna, do tego przyzwyczaić, jeśli chcesz służyć Radzie Iskier. To tylko jakaś rodzina chłopska. Bez znaczenia. A w tym momencie najistotniejsze jest przygotowanie traktu dla podróżnych. Takie otrzymaliśmy zadanie i musimy je wykonać. Nie będziemy nadstawiać karku, by bronić tych, którzy nie opłacają naszych usług.

Konstancja z niedowierzaniem powiodła wzrokiem po twarzach magów. Kordysz sięgnął po łyżkę i zaczął jeść kaszę tak żarłocznie, jakby od miesięcy nie miał nic w ustach. Małagowski spuścił głowę i przyglądał się z uwagą złotym pierścieniom na swoich dłoniach. Jerzy za to odwzajemnił jej spojrzenie czarnymi, przenikliwymi oczami. Rozciągnął usta w nieprzyjemnym uśmieszku.

– Pamiętaj, gdzie jest twoje miejsce, siostro. Rób, co ci mądrzejsi każą – rzucił z lekceważeniem.

***

"Rób, co ci każą" – Konstancja raz po raz obracała te słowa w głowie. Po raz kolejny zmieniła pozycję na wąskim łóżku, próbując ułożyć się wygodnie. Nie mogła zasnąć. W pokoju było za chłodno, materac był za twardy, wiatr łomotał okiennicami i zawodził w kominie. Poza tym w budynku panowała cisza. Nie było słychać chrapania, pokasływania, odgłosów kroków innych mieszkańców. Dom, położony niecałe pół mili na południowy wschód od Ostrowca, spory kawałek od głównego traktu, był ogromny, a stałych rezydentów zostało niewielu. Odkąd w Warszawie utworzył się konkurencyjny ośrodek badawczy, większy i lepiej wyposażony, ten świętokrzyski z każdym rokiem tracił na znaczeniu. Teraz w okazałej rezydencji wznoszącej się wśród łąk i niewysokich, łagodnych pagórków mieszkało zaledwie kilkoro magów.

Konstancja nie miała pojęcia, czemu Jerzy, przy całej swojej ambicji, wybrał akurat to spokojne i ciche miejsce, a potem ściągnął ją do siebie. Nie sądziła, aby kierował się walorami estetycznymi okolicy. Pewnie bardziej skusiła go możliwość przeprowadzania magicznych eksperymentów w opuszczonym laboratorium w podziemiach. Tu nikt nie patrzył mu na ręce. Inni magowie woleli trzymać się z daleka od tych kamiennych, wilgotnych i ponurych pomieszczeń, pełnych złowieszczo wyglądających sprzętów i artefaktów o nie do końca znanym przeznaczeniu. Konstancja zajrzała tam raz, z ciekawości, na samym początku pobytu i po kilku minutach przerażającej wędrówki długimi, wąskimi korytarzami obiecała sobie, że jej noga więcej tam nie postanie. Odtąd jeśli nie patrolowała z pozostałymi okolicy, przemykała jedynie przez ciemne, staroświecko umeblowane pokoje na piętrach, starając się nie przyciągać niczyjej uwagi i odliczając tygodnie do końca terminu.

Westchnęła. Od przyjazdu nie sypiała zbyt dobrze, ale teraz poczuła pewność, że nie da rady zmrużyć oka do rana. Rzuciła się w pościeli, skopując z siebie pierzynę. Zacisnęła mocno powieki. Przed oczami wciąż przewijały jej się obrazy z wczorajszej wizji. Przerażona, zakrwawiona twarz dziecka i pełne rezygnacji oczy łamały jej serce. Zaklęła cicho. Wstała z łóżka i podeszła do okna, stawiając bose stopy na zimnej podłodze.

Spojrzała na podwórze przez szparę w okiennicach. W bladym świetle księżyca zalśniło metalowe okucie bramy otaczającej rezydencję magów. Konstancja nie była w stanie w mroku odczytać napisu, ale i tak wiedziała, co głosił.

Contra tenebras defendimus*.

"Powinniśmy dodać poniżej mniejszymi literami, że tylko tych, co są w stanie słono zapłacić" – pomyślała z goryczą. "Przynajmniej nie byłoby rozczarowania. Choć w sumie czemu ja się dziwię? Słyszałam już przedtem o takich zdarzeniach. O ludziach pozostawionych na pewną śmierć, dlatego że nie stać ich było na zapewnienie sobie ochrony magów. Lub o smutnym losie tych, co z własnych, zazwyczaj głupich powodów odmawiali płacenia".

Jej samej to na szczęście nigdy nie groziło. Pochodziła z majętnej rodziny szlacheckiej, większość jej krewnych była Iskrami, istotami obdarzonymi umiejętnością kontrolowania mocy. W dodatku od wielu pokoleń, jak przynajmniej zaręczał jej ojciec, nikt z nich nie korzystał z czarnej – zakazanej – odmiany magii. Zachowywali lojalność wobec Rady naczelnych magów, a ci odwdzięczali im się ochroną i perspektywami na dobre posady oraz pomnożenie majątku.

"To tylko zwykli chłopi..." – próbowała się przekonać, ale bez większego powodzenia. Ten dzieciak był pewnie zaledwie kilka lat młodszy od jej siostry. Usta i oczy otwierał szeroko, tak samo jak Tereska, gdy jako mała dziewczynka czegoś się przestraszyła. Czarownica nie mogła wyrzucić z pamięci jego przerażonej buzi.

Contra tenebras defendimus...

Gdzieś na zewnątrz zamiauczał rozpaczliwie kot. Jego głos zadziwiająco przypominał płacz niemowlęcia. Konstancja przymknęła oczy. Nie, nie mogła pozostać obojętna na zło i krzywdę ludzką. To nie leżało w jej naturze. Wiedziała już, co musi zrobić. Nawet jeśli potem spotka ją za to kara.

* Contra... (łac.) – Przeciwko ciemności bronimy.

Rozdział 2

Woda w rzece pluskała łagodnie o brzegi. Dzień wstawał chłodny, wilgotny, lecz mniej mglisty niż wczoraj. Konstancja uderzyła konia piętami, zmuszając go do kłusu po błotnistej ścieżce. Jeśli chciała uratować tych ludzi, musiała dotrzeć na miejsce przed demonami. A poza tym wolała wrócić, zanim obudzą się magowie, choć nie wątpiła, że i tak dowiedzą się o jej niesubordynacji. Sama myśl o tym powodowała, że drżały jej kolana, a po plecach ściekała strużka potu.

Zerknęła z niepokojem w niebo. Jaśniało, zmieniając kolor z ciemnogranatowego na błękitny. Wiedziała, że ma coraz mniej czasu. Żeby chociaż mogła być pewna, że jest na dobrej drodze... Terminowała u magów z ziemi sandomierskiej już cztery miesiące, mimo to okoliczne trakty, lasy i łączki wciąż wydawały jej się podobne do siebie. Gdyby nie rzeka Kamionka, która płynęła w stronę Szewny, Konstancja czułaby się zupełnie zagubiona.

Stanęła w strzemionach, usiłując wyjrzeć poza gęstwinę zarośli. Dostrzegła w oddali wysoką wieżę Kościoła Świętego Mikołaja i odetchnęła z ulgą. A równocześnie poczuła, jak strach wielką, ciężką gulą osiada jej w żołądku, ściska gardło. To już blisko. Jeśli wszystko dobrze zobaczyła i zinterpretowała, niedługo zmierzy się z pomniejszym demonem.

Przesunęła ręką po przywiązanej do pasa skórzanej sakwie, jakby chciała się upewnić, że wszystko znajduje się na swoim miejscu: przygotowywane przez pół nocy eliksiry, napełnione świeżą mocą amulety, spore zawiniątko z drobną, czystą solą. Zgodnie z tym, czego nauczyła się w Szkole Magii w Warszawie, to powinno wystarczyć do pokonania niezbyt silnego nadnaturalnego. Znała odpowiednie zaklęcia. Dostała ocenę celującą z egzaminu z teorii magii defensywnej.

Reguły miała w pełni opanowane. Jedynym minusem było to, że nigdy jeszcze nie walczyła z prawdziwymi demonami.

Dotarła do rozstaju dróg i po chwili wahania wybrała trakt wiodący na południe, węższy i zarośnięty trawą. Chałupy, które widziała w swojej wizji, znajdowały się na uboczu wsi, blisko rzeki. Jechała teraz wolniej, rozglądając się bacznie na boki. Zacisnęła z całej siły dłonie na lejcach, aby uspokoić drżenie. Wiedziała, że musi być gotowa na wszystko. Mimo to widok pierwszego trupa i tak nią wstrząsnął.

Ciało leżało przy drodze, porzucone jak niepotrzebna, rozerwana na strzępy lalka. Twarz była nie do rozpoznania pod warstwą świeżej krwi, wśród której błyskały białe odłamki kości. Jedynie po długich jasnych włosach i kolorowej spódnicy Konstancja odgadła, że patrzy na zwłoki młodej dziewczyny. Widocznie próbowała uciekać przed niebezpieczeństwem. Nie miała szans.

"Spóźniłam się" – pomyślała z żalem. "Czy zdążę chociaż uratować chłopca?"

Zsiadła i przeprowadziła konia obok trupa. Wałach próbował wierzgać, rozdymał chrapy, parskał z przestrachem. Poklepała go uspokajająco i przywiązała wodze do drzewa. Zwierzęta zwykle panikowały w obecności ciemnej magii. Konstancja wolała resztę drogi przebyć pieszo, niż ryzykować, że jej wierzchowiec zrzuci ją w przypływie strachu tuż pod łapy demona. Wyjęła z sakwy buteleczkę z eliksirem wzmacniającym i podniosła ją do ust. Smakował cierpko. Poczuła, jak moc wypełnia ją od środka. Odetchnęła głęboko i sięgnęła po następny flakonik. Jego zawartością obficie skropiła dłonie, szyję i sukienkę. Po chwili namysłu resztę wylała na siodło i grzbiet konia. Zastrzygł uszami, prychając i rżąc, ale czarownica zlekceważyła jego niezadowolenie.

Płyn, według wiadomości przekazanych przez profesorów w szkole, pomagał w ukryciu się przed wzrokiem i powonieniem demonów. Co prawda polowały one głównie na ludzi, ale przy okazji zdarzało im się, dla czystej rozrywki, zabijać zwierzęta. Konstancja ułożyła palce w skomplikowany znak i wyszeptała zaklęcie. Koń zwiesił głowę, znieruchomiał, jego oddech się uspokoił. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Po eliksirze rzucanie czarów stawało się tak łatwe, a moc wydawała się wszechobecna, na wyciągnięcie ręki. Czarownica wiedziała, że przyjdzie jej za to poczucie siły zapłacić wyczerpaniem i migreną. Ale to później.

Jeśli w ogóle dożyje tego później...

Ruszyła w kierunku zakrętu, za którym kończył się zagajnik, a zaczynały łąki i pola.

Zatrzymała się na skraju lasku i ostrożnie wyjrzała zza zarośli. Przez moment poczuła się, jakby wstąpiła w sam środek znieruchomiałego obrazu ze swojej wizji: zobaczyła przed sobą chałupę przy drodze, drogę poznaczoną plamami czerwieni, skręcone konwulsyjnie ciało przewieszone przez cembrowinę i kocie truchło na płocie. Jej wzrok pobiegł do szeroko otwartych, ziejących mrokiem drzwi. Wiedziała, że zaraz wybiegnie z nich dziecko, a za nim, na progu, pojawi się potwór. Wyciągnęła rękę, gotowa rzucić niszczycielskie zaklęcie...

Nic. Stała chwilę, wstrzymując oddech, całą sobą czekając na to, co – była pewna – musiało wyjść z mroku chaty. Przecież nie mogła się pomylić... Jej magia nie kłamała. Choć nie zawsze pokazywała wszystko.

Nagle z chałupy stojącej po drugiej stronie drogi, naprzeciwko chaty, w którą się wpatrywała, dobiegł ją chrapliwy, nieludzki ryk, a chwilę po nim cienki, pełen bólu wrzask. Konstancja drgnęła. Pod wpływem przerażających dźwięków wszystkie racjonalne myśli i teksty zaklęć wyparowały jej z głowy. Sama poczuła chęć, by odwrócić się i uciec jak najdalej. Powstrzymała się ostatkiem sił. Była przecież dyplomowaną czarownicą. Nieważne, że nadal stażystką. Nie wolno jej było odwrócić się plecami do człowieka atakowanego przez demona.

Popędziła w kierunku chaty, w biegu ułożyła odpowiednio dłonie, wykrzyczała zaklęcie, wkładając w nie całą swoją moc. Efekt przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Chałupa eksplodowała, deski, szczątki mebli, potłuczone naczynia pofrunęły na wszystkie strony. Siła wybuchu powaliła Konstancję na ziemię. Czarownica potoczyła się bezwładnie, upadek wypchnął jej powietrze z płuc. Podniosła się niezgrabnie na kolana i łokcie, w uszach dzwoniło jej od huku. Na piasek pokrywający drogę, tuż przed jej oczami, spadły krople krwi. Najpierw kilka, potem cały strumyk. Konstancja złapała się z jękiem za nos, próbując zatrzymać krwotok. Poczuła zawroty głowy i ogarniające ją nagle zimno. "To niemożliwe – pomyślała półprzytomnie – aby eliksir działał tak krótko". Powinna była się oszczędzać... Powinna...

Z ruin chaty wystrzeliły długie łapy i pomknęły ku niej z nieprawdopodobną szybkością. Konstancja wrzasnęła i rzuciła się do tyłu. Spod szczątków domu wynurzyła się ciemna, pokraczna postać, otoczona wstęgami szarego dymu. Okrągłe ślepia lśniły czerwienią, paszcza pełna ostrych, zakrzywionych zębów otwarła się szeroko. Istota wyglądała niczym żywcem przeniesiona z piekła. Zdumiona rozejrzała się wokół.

"Eliksir działa" – przeszło Konstancji przez myśl. "On mnie nie widzi. Przynajmniej na razie. To najlepszy moment, by zaatakować, zaraz będzie za późno".

Sięgnęła do sakwy zawieszonej u pasa. Zaczęła gorączkowo grzebać wśród flakoników, zwiniętych kartek, paczuszek. Demon zwrócił pysk w jej stronę, węsząc głośno. Jej palce zacisnęły się wreszcie na właściwym pudełeczku. Wyciągnęła je i otworzyła akurat w chwili, gdy potwór zaczął biec w jej stronę. Dmuchnęła do środka, obłok srebrzystego pyłu wzbił się w powietrze. Zwinnymi, szybkimi ruchami dłoni uformowała go w kulę i posłała w kierunku demona. Błysnęło. Powietrze zaiskrzyło od magii. Kula trafiła stwora w środek klatki piersiowej i wyrwała dziurę w jego chropowatym, szarawym cielsku. Zatrzymał się gwałtownie. Zaryczał. A potem rozwiał się, zanim zdążył upaść na ziemię.

Konstancja kuliła się na drodze, znieruchomiała z szoku, z mocno bijącym sercem. Nie mogła uwierzyć, że jej się udało! W pojedynkę pokonała demona! Zalało ją poczucie ulgi i dumy z siebie.

I właśnie w tym momencie rozległ się przeszywający pisk. Z szeroko otwartych drzwi chaty po lewej wybiegło dziecko. Krew spływała po jego rozszarpanym policzku. Tuż za nim z mroku wyłonił się następny demon.

Czarownica zmartwiała z przerażenia. W ferworze walki zapomniała, że to jeszcze nie koniec. Teraz dopiero zaczynało się to, co widziała w wizji na wodzie. A ona zużyła już większość sił i wykorzystała najmocniejsze z przygotowanych magicznych ekstraktów!

Chłopczyk się potknął. Upadł w kałużę. Znowu pisnął, wysoko, cienko. Potwór – jeszcze wyższy i szerszy niż poprzedni, z niekształtną, pokrytą guzami i wypustkami głową – rozciągnął wargi w okrutnym uśmiechu.

"Nie dam rady" – pomyślała Konstancja bezsilnie. "Nie pomogę mu. Jestem pod magiczną ochroną eliksiru, być może mnie nie zauważy. Będę nieruchomo i w ciszy patrzyła, jak dzieciak umiera".

Demon zamachnął się, ostre niczym brzytwy pazury zagłębiły się po raz kolejny w poszarpany policzek chłopca. Dzieciak zachłysnął się krzykiem, zwinął w kłębek, nawet nie próbował uciekać. "Potwór się nim bawi" – przemknęło Konstancji przez głowę. "Bawi się jak kot myszą. Będzie go teraz wolno rozrywać na kawałki".

Contra tenebras defendimus...

Wrzasnęła. Nie dała rady stworzyć dopasowanego do sytuacji, skomplikowanego zaklęcia. Była zbyt wyczerpana walką. Poderwała ręce do góry, celując na oślep, i posłała w stronę demona kulę czystej energii. To nie wystarczyło. Miała w sobie zbyt mało mocy, aby zrobić mu poważniejszą krzywdę. Kula słabo rozbłysła i zgasła, odbijając się od jego stwardniałej skóry. Konstancja jednak osiągnęła swój cel. Potwór zwrócił łeb w jej stronę, zapominając o dziecku, które zaczęło pełznąć w kierunku płotu.

Ostatkiem sił ułożyła palce w znak ochronny. Wiedziała, że to za mało. Zacisnęła powieki, nie chcąc widzieć zbliżającej się koszmarnej śmierci. Jej ostatnią myślą było, że to strasznie głupio umierać tak młodo. Jeszcze nic nie zdążyła zobaczyć, wciąż mogła tyle przeżyć... A jej siostra będzie strasznie płakać, gdy się dowie...

Huknęło. Poczuła, że powietrze zawirowało, otworzyła oczy w samą porę, aby być świadkiem, jak pulsujący srebrzystym blaskiem strumień mocy uderza w demona i rozgałęzia się na tysiące cienkich nici. Stwór zatrzymał się gwałtownie, podczas gdy magiczne więzy oplatały go coraz dokładniej, wpijając się w jego ciało. Wślizgnęły się do otwartej paszczy, dławiąc ryk bólu, wbiły się w czarne ślepia i szerokie nozdrza. Konstancja odwróciła z niesmakiem głowę, walcząc z mdłościami. Gdy spojrzała znowu, potwór leżał na ziemi, owinięty siecią jak kokonem.

– Proszę, proszę, całkiem nieźle sobie poradziłaś – usłyszała za sobą chłodny, lekko rozbawiony głos brata. – Byłem pewny, że uciekniesz z krzykiem, gdy tylko zobaczysz demona. Nie psuj mojego dobrego zdania o tobie, omdlewając jak jakaś wydelikacona dama dworu.

– Co ty tu robisz? – jęknęła i spróbowała wstać. Wszystkie mięśnie zareagowały na to dojmującym bólem. Znów usiadła na ziemi i pochyliła się do przodu, by opanować falę mdłości i gwałtowne zawroty głowy.

– A jak myślisz? Ratuję twoją skórę. – Jerzy podszedł i ukląkł przy niej. – Jesteś cała?

– Tak. Tylko eliksiry przestają działać. – Przycisnęła dłonie do skroni tętniących narastającym bólem. – Skąd wiedziałeś, że tu przyjdę?

– A bo ja cię nie znam? – Delikatnie przesunął ręką po jej twarzy, szepcząc zaklęcie.

Cierpienie zelżało odrobinę.

– Za miękkie masz serce, siostrzyczko. Wiedziałem, że jak tylko zobaczysz tego dzieciaka, to przybiegniesz mu na pomoc. Nawet wbrew woli starszych magów.

– Przepraszam.

– I wbrew zdrowemu rozsądkowi – dodał ostrzej. – Coś ty sobie wyobrażała? Że sama jedna dasz sobie radę z demonami?

– Niższego rzędu. Uczyłam się, jak je pokonać! – broniła się Konstancja, usiłując doprowadzić do ładu ubłoconą i podartą suknię.

– I co ci z tego przyszło? Gdyby nie ja, leżałabyś teraz rozszarpana na strzępy. Stwory niższego rzędu, choć bezrozumne, są szalenie niebezpieczne i trudno je zwalczyć w pojedynkę. Tego cię nie uczyli w szkole?

Westchnęła.

– Masz rację – przyznała niechętnie. – Jestem ci winna podziękowanie za uratowanie mi życia. A jak wyczarowałeś tę sieć? Czy demon na pewno się nie uwolni?

– Moja tajemnica. – Uśmiechnął się do niej, całkiem ciepło i życzliwie, i ten uśmiech niespodziewanie opromienił mu twarz. – Może ci kiedyś pokażę. Nie, nie ma mowy, żeby się z tego wyplątał. Zresztą już dzień, nie będzie w pełni mocy. Nie chciałem go unicestwiać, bo potrzebuję go żywego do badań. Przyślę potem po niego ludzi.

– Więc to prawda, co mówią. Przeprowadzasz eksperymenty na demonach. – Konstancja znów spróbowała się podnieść. Zakręciło jej się w głowie i upadłaby jak długa, gdyby brat jej nie podtrzymał. Oparła się z wdzięcznością na jego ramieniu.

– Oczywiście. Trzeba znać swojego wroga, aby móc z nim walczyć. No, pospiesz się z łaski swojej, chyba nie chcesz tu siedzieć do zmroku?

– Czekaj... – Konstancja gorączkowo rozejrzała się wokół. – Dzieciak! Gdzie się podział?

– Schował się za płotem. Nie zawracaj sobie nim głowy. – Jerzy wzruszył ramionami. – Nic z niego nie będzie.

– Jak to? Dlaczego? – Nie zważając na jego słowa, czarownica ruszyła we wskazanym przez brata kierunku.

Nie musiała szukać długo. Chłopiec nie uciekł daleko, leżał skulony na ziemi. Na szczęście dla siebie stracił przytomność.

– Popatrz na niego – powiedział cicho Jerzy. – Nawet jeśli przeżyje mimo tak poważnych obrażeń, nikt się nim nie zajmie. Jego rodzina zginęła. Wieś go odrzuci, bo jest naznaczony przez demony.

– Mogliśmy ich uratować – stwierdziła Konstancja z goryczą. – Wszystkich. Gdybyście przybyli tu razem ze mną. Gdybyś walczył od początku...

– Nie bądź głupia – przerwał jej chłodnym tonem. – Ani ten dzieciak, ani jego rodzina nikogo nie obchodzą.

– Więc po co przyjechałeś?

– Mówiłem ci. Potrzebuję takiego stwora do następnego etapu badań. Poza tym ojciec obdarłby mnie ze skóry, gdybym pozwolił ci zginąć jeszcze przed zakończeniem szkolenia.

Czarownica przyklękła przy dziecku, delikatnie poprawiła jego głowę, przyjrzała się bliżej potwornie okaleczonej twarzy.

– Nie zostawię go tutaj na zatracenie – zdecydowała. – Pomóż mi go zabrać.

– I co z nim zrobisz?

– Odeślę do naszego domu. Ale najpierw niech Małagowski poćwiczy na nim leczenie ran zadanych przez demony. Przyda mu się odrobina praktyki.

– Już widzę, jak mu to mówisz prosto w oczy – parsknął Jerzy kpiąco. – Zaraz potem, jak przyznasz się do nieposłuszeństwa wobec przełożonych?

– Nie dam rady sama go podnieść. Pomożesz mi wreszcie? – zapytała, ignorując jego słowa. Wolała nie zastanawiać się teraz, co zdarzy się po jej powrocie do siedziby magów. Na samą myśl o wściekłości Kordysza robiło jej się zimno.

– Jakbym ci nie pomagał wcześniej – fuknął, ale pochylił się nad dzieckiem i bez większego wysiłku je podniósł. Ruszył w kierunku drogi przez las, w którym zostawili konie. – Nie myśl sobie, że będę cię bronił. Poniesiesz karę za swoją niesubordynację.

Konstancja z trudem podążyła za nim. Całym jej ciałem wstrząsały dreszcze, głowa nadal bolała, a przed oczami pojawiały się mroczki. Przy wejściu do lasu obejrzała się za siebie. Omiotła wzrokiem pogrążone w bezruchu pobojowisko, dymiące zgliszcza domu, zakrwawiony, zastygły w dziwnej pozie kształt, który jeszcze niedawno był człowiekiem. Serce podeszło jej do gardła. Na żywo ta scena wyglądała o wiele gorzej niż w jej wizjach.

Usłyszała, jak chłopiec w ramionach Jerzego porusza się i jęczy. Żył. Udało jej się z tego piekła uratować choć jedną istotę.

"Niczego nie żałuję" – pomyślała i uniosła hardo głowę. Warto było, nawet jeśli będzie musiała ponieść za to karę.

Rozdział 3

– Czy waćpanna się z kurą na łebki wymieniła? – grzmiał Kordysz z takim potępieniem w głosie, że Konstancja skuliła się w miękkim fotelu i zwiesiła głowę. Z jej niedawnego zadowolenia z siebie nie zostało ani śladu.

– Proszę o wybaczenie – wyjąkała, rzucając błagalne spojrzenie siedzącemu na kanapie bratu. – Chciałam pomóc tym ludziom...

– Wbrew mojemu rozkazowi! Narażając własne życie! A także życie brata, który bez najmniejszego wahania i troski o własne bezpieczeństwo ruszył waćpannie z pomocą! – Kordysz podkreślał każde słowo głośnym uderzeniem pięścią w blat mahoniowego biurka.

Czarownica podskakiwała przy każdym huku.

Już od pół godziny wysłuchiwała reprymendy w gabinecie Kordysza. Głos zdenerwowanego czarownika odbijał się od wyłożonych adamaszkiem ścian i wylatywał przez uchylone okna, a następnie niewątpliwie roznosił się po całym dziedzińcu i ogrodzie. Konstancja nie miała wątpliwości, że wiadomość o jej popadnięciu w niełaskę obiegnie w ciągu najbliższej godziny wszystkich rezydentów dworu magów.

– I to dla chłopskiej rodziny! W dodatku z księżej wsi! I jeszcze waćpanna oczekuje, że będziemy smarkacza leczyć! – wrzeszczał Kordysz, waląc pięścią tak mocno, że kryształowe sopelki wielkiego żyrandola zaczęły podzwaniać jeden o drugi.

"Żeby tylko apopleksji nie dostał" – pomyślała z niepokojem Konstancja. "Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby tak krzyczał. Zazwyczaj udziela nagany cichym, sarkastycznym tonem".

"Ale zazwyczaj nikt nie sprzeciwia mu się tak otwarcie i nie podważa jego decyzji" – odezwał się znajomy głos w jej głowie. Drgnęła. Nie cierpiała, kiedy Jerzy nawiązywał z nią telepatyczny kontakt bez uprzedzenia. Zresztą takie podglądanie czyichś myśli było postrzegane przez Iskry jako szczyt nietaktu. Za gorsze uważano jedynie próby wywarcia magicznego wpływu na emocje lub myśli Iskry. Kodeks za podobny występek przewidywał surową karę i tylko szaleniec mógłby się poważyć na takie ryzyko w obecności wyszkolonego maga. Musiał to być zatem przypadek, że akurat w momencie, gdy Jerzy, poprawiając rzemyk, zacisnął palce na amulecie zawieszonym na szyi, Kordysz odetchnął głęboko i zamilkł. Potarł ręką czoło i zamrugał. Przez moment wyglądał jak ktoś wyrwany gwałtownie z głębokiego snu.

– Daj już waszmość spokój dziewczynie. Stało się, to się stało. Więcej takiej głupoty nie zrobi – powiedział Jerzy spokojnie. – Poza tym możliwe, że uratowała kogoś więcej niż zwykłego wsiowego dzieciaka. Kiedy go przebadałem, wyczułem w nim uśpioną jeszcze moc. Niekiedy się zdarza, że w rodzinach Wybrakowanych rodzą się silne Iskry. Jest szansa, że ten chłopiec w wieku dojrzewania odkryje w sobie nadnaturalny talent, który okaże się nam przydatny.

– Nawet jeśli wyrośnie z niego mag równy mocą członkom Rady, to i tak powinienem ją odesłać precz za nieposłuszeństwo. Z wilczym biletem na stosowanie magii – mruknął Kordysz, ale z jego głosu zniknęła furia.

Sięgnął po sowicie inkrustowany srebrem kielich, pociągnął z niego potężny łyk wina, zapatrzył się w okno. Zapadła cisza. Konstancja bała się poruszyć lub głośniej odetchnąć.

– Czy zastanawiałaś się kiedyś, mości Konstancjo, dlaczego nasza siedziba jest otoczona tak wysokim murem? Czemu zatrudniamy strażników, choć przecież rezydencję chroni siatka zaklęć ochronnych? – zapytał Kordysz znienacka.

– No bo... demony... różne stwory nadnaturalne... zaklęcia nie zawsze są tak samo aktywne... – Zaskoczona czarownica zaczęła się jąkać, a po chwili zamilkła zupełnie.

– To nie demonów lękali się mieszkający tu niegdyś magowie, tylko zwykłych ludzi, Wybrakowanych, których teraz tak bardzo pannie żal – podjął po chwili mag. – Pozbawieni magii prostaczkowie, co dziś chętnie oczekują od nas darmowej pomocy, dawniej potrafili zamienić się w rozszalały motłoch u naszych bram. Obarczali nas winą za każde nieszczęście, jakie ich spotkało. Wystarczyła pogłoska, że za wybuch zarazy, powódź, pomór bydła lub nieudane zbiory odpowiada ktoś magicznie uzdolniony. Ilu z nas zginęło na stosach? Ilu w pogromach, wywleczonych nocami z domów?

– Dodajmy, że zazwyczaj ginęli nie najsilniejsi z nas, tylko ci, co nie posiadali wystarczającej wiedzy i umiejętności, aby się obronić – zauważył cierpko Jerzy. – Zapomniałaś już o losie zielarek z Gorzuchowa?

Konstancja nie próbowała nawet dyskutować. Skinęła tylko głową. Sprawą procesu w Kiszkowie sprzed roku żyła przez długie miesiące cała społeczność Iskier.

– Właśnie. – Kordysz pogardliwie wydął wargi. – Głupie chłopki, słabe Iskry, których jedyną winą było to, że naraziły się możnemu i mściwemu szlachcicowi. Wszystkie skończyły na stosie. A czemu? Bo Wybrakowani nie uwierzyli nawet w zapewnienia specjalnie powołanej, bezstronnej komisji magów, że żadna z nich nie stosowała czarnej magii ani nie obcowała z demonami.

– Jednak z początku sędziowie w Gnieźnie i Pobiedziskach nie chcieli dać wiary oskarżeniom – wtrąciła nieśmiało Konstancja.

– I co z tego? – warknął Jerzy. – Pan Szeliski, przeklęty właściciel Gorzuchowa, tak mącił, tak długo po sądach chodził, tak natarczywie sączył jad w uszy kościelnych hierarchów, że za trzecim razem wyprosił wyrok po swojej myśli. Ławnicy z Kiszkowa bez wahania skazali te nieszczęsne kobieciny na tortury i śmierć.

– Większość Wybrakowanych chętnie zgotowałaby taki los wszystkim Iskrom. Boją się nas. Nie są w stanie swoimi ograniczonymi umysłami pojąć różnicy między używaniem czystej, ziemskiej magii a przywoływaniem demonów i wykorzystywaniem ich mrocznej mocy – stwierdził z rozgoryczeniem Kordysz. – Nie wolno nam zapomnieć, że przed wiekami na każdego, kto wykazywał choć ślady zdolności magicznych, polowano jak na dzikiego zwierza. Dopiero gdy dzięki pierwszej Radzie magów udało nam się zjednoczyć i stworzyć organizację zrzeszającą Iskry, byliśmy w stanie wspólnie stawić temu czoła i wywalczyć sobie prawo do istnienia.

Konstancja opuściła głowę jeszcze niżej, wbijając wzrok w złożone na kolanach dłonie. Dziewczęce, odrobinę pulchne, nieszczególnie kształtne, niespecjalnie arystokratyczne, ze złamanym paznokciem kciuka i złotym pierścionkiem na serdecznym palcu lewej dłoni. Kto by, patrząc na nie, domyślił się, czy to dłonie obdarowanej nadnaturalnymi talentami Iskry, czy zwykłej kobiety? Dar posługiwania się magią – czy raczej przekleństwo, jak nazywali go niektórzy – nie był łatwy do rozpoznania na pierwszy rzut oka. Krążył głęboko we krwi, przechodził z pokolenia na pokolenie, czasem pozostawał utajony, by wybuchnąć niespodziewanie po latach uśpienia. Budził lęk. I dzielił bardziej niż pochodzenie, stan społeczny czy majątek.

– Tylko podejmowane od wieków starania dyplomatyczne Rady spowodowały, że waćpanna może chodzić teraz śmiało wśród zwykłych ludzi. – Wzrok maga stwardniał, a w głosie zabrzmiały niebezpieczne nuty. – Nie doceniasz, ile masz szczęścia.

– Paradoksalnie przysłużyły się nam demony – dorzucił chłodno Jerzy. – Dopiero zagrożenie z ich strony uświadomiło Wybrakowanym, jak bardzo nas potrzebują.

– I dobrze. Pozbawieni dostępu do mocy zawsze powinni pamiętać, jacy bezbronni są bez nas i naszej magii. Tak jak my byliśmy kiedyś wobec ich okrucieństw, zanim się zjednoczyliśmy pod przewodnictwem Rady. A ty, waćpanno, zastanów się, komu jesteś winna lojalność. – Oczy Kordysza zdawały się świdrować Konstancję. Z trudem powstrzymała się od wzdrygnięcia. – Chcesz przez swoje nieposłuszeństwo zostać wykluczona ze społeczności Iskier? Myślisz, że długo przetrwasz wśród ludzi bez wsparcia wspólnoty?

– Nie. Ja... przepraszam. – Czarownica z wysiłkiem przełknęła ślinę. W ustach jej zaschło, krew głośno tętniła w uszach. – Zrobiłam źle. Proszę o wybaczenie. Kierowały mną jedynie współczucie i chęć pomocy.

Usłyszała kroki. Jerzy położył rękę na jej ramieniu. Mogłaby odebrać ten gest jako próbę pocieszenia, gdyby nie to, że jego palce boleśnie wbiły się w jej skórę.

– Nie lituj się nad niemagicznymi – powiedział twardo. – Oni tobie z pewnością nie okazaliby miłosierdzia.