Próby Słońca - Aiden Thomas

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

OSTROŻ­NIE! Nie mo­żemy tego znowu schrza­nić i dać się zła­pać - wy­szep­tał Teo, gdy z jego ple­caka do­bie­gły stłu­mione, roz­draż­nione głosy. Kiedy w końcu udało mu się wy­rwać ze zwy­cza­jo­wej kozy, za­mie­rzał wcie­lić w ży­cie plan, nad któ­rym spę­dził ostat­nie dwa dni.

Ze­brał się w so­bie i bie­giem ru­szył na drugą stronę ulicy, tam, gdzie ma­ja­czył cel jego dzi­siej­szej ak­cji. Przy­kle­jo­nego na ce­gla­nym mu­rze ob­wiesz­cze­nia Aka­de­mii nie dało się nie za­uwa­żyć. Złote li­tery ukła­dały się w na­pis:

Zo­bacz, jak naj­lepsi wy­cho­wan­ko­wie Aka­de­mii prze­cho­dzą

PRÓBY SŁOŃCA

Na pla­ka­cie, na czar­nym tle wy­so­kie po­sta­cie usta­wione w szyku strzały wspie­rały ręce na bio­drach i uśmie­chały się do obiek­tywu. Teo roz­po­znał ko­bietę sto­jącą po­środku. To była Brilla, ogło­szona Zwia­stunką Słońca na po­przed­nich Pró­bach. Ota­czali ją wcze­śniejsi Zwia­stuni - wska­zy­wały na to spo­czy­wa­jące na ich gło­wach ko­rony ze zło­ci­stych sło­necz­nych pro­mieni.

Teo ze­mdliło. Uznał, że skoro i tak musi to po­dzi­wiać co dzień, może przy­naj­mniej do­dać nieco in­dy­wi­du­al­nego ar­ty­zmu do tego dzieła.

Nie­stety pla­kat był wzro­stu sa­mego Teo - bli­sko metr osiem­dzie­siąt, chwała bo­gom - i po­zo­sta­wał poza jego za­się­giem. Wła­śnie w tym miej­scu za­czy­nała się rola Peri i Pico.

Więk­szość miesz­kań­ców Qu­et­zlan miała ja­kie­goś ptaka i uwa­żała go nie tylko za zwie­rzątko do­mowe, ale rów­nież za wier­nego to­wa­rzy­sza. Lecz tylko Teo i jego matka - Qu­et­zal, bo­gini pta­ków - mo­gli się z nimi po­ro­zu­mie­wać.

Lub ra­czej, jak to było w przy­padku Teo, od czasu do czasu spi­sko­wać w celu bez­czesz­cze­nia wła­sno­ści szkoły.

- Te­ren czy­sty, mo­że­cie wy­cho­dzić - oznaj­mił Teo i roz­piął ple­cak. Dwa ptaki na­tych­miast wy­sta­wiły głowy. - Pa­mię­ta­cie, co się z tym robi? - do­dał, wy­cią­ga­jąc dwie naj­mniej­sze farby w sprayu, ja­kie udało mu się do­stać w skle­pie.

- No ja­sne - za­ćwier­kała Peri.

- Jak ja je lu­bię! - do­rzu­cił Pico, ze znaw­stwem zdej­mu­jąc dzio­bem na­krętkę.

Dwie młode pa­pużki były wspól­ni­kami Teo, za­wsze zwar­tymi i go­to­wymi do dzia­ła­nia. Zgo­dziły się mu po­móc, jesz­cze za­nim za­ofe­ro­wał im w za­mian su­szone mango z ple­caka.

- Jak brzmi plan? - za­py­tał Pico, pod­no­sząc wzrok na Teo.

- Przyda się coś że­nu­ją­cego - oznaj­mił chło­pak, przy­glą­da­jąc się Zło­tom. - Głu­pie miny? Je­stem otwarty na wa­sze kon­cep­cje ar­ty­styczne.

- Świetny po­mysł! - zgo­dziły się ptaki i ru­szyły do ak­cji.

- Tylko się po­spiesz­cie - za­wo­łał za nimi Teo, spraw­dza­jąc go­dzinę w te­le­fo­nie.

- Masz to jak w banku!

W tej ak­cji naj­lep­szy był fakt, że nim kto­kol­wiek znaj­dzie jego nowe dzieło, Teo już dawno bę­dzie sie­dział w świą­tyni Sol.

Próby Słońca sta­no­wiły naj­więk­sze święto w Re­ino del Sol i po­le­gały na zma­ga­niach po­mię­dzy naj­lep­szymi pół­bó­stwami, dzięki któ­rym słońce do­sta­wało pa­liwo do dzia­ła­nia przez ko­lejną de­kadę. Nie­gdy­siej­szy uświę­cony ry­tuał sprzed ty­sięcy lat dziś zmie­nił się w trans­mi­to­wane, spon­so­ro­wane wy­da­rze­nie, któ­rym żyły całe mia­sta. Teo i jego matka zaś mu­sieli brać w nim udział.

Teo wie­dział, że jako zwy­czajny Ja­de­ita nie ma szans być wy­bra­nym do udziału przez wszech­wie­dzącu Sol. Stale zresztą przy­po­mi­nały mu o tym pla­katy, od ty­go­dni wi­szące na bu­dyn­kach i la­tar­niach, a także po­sty w so­cial me­diach, od któ­rych nie dało się uciec.

Po­dob­nie jak ich ro­dzice, tak i dzieci Zło­tych Bo­gów miały więk­szą siłę i moc niż Ja­de­itowi Pół­bo­go­wie. Nie­któ­rzy wła­dali ży­wio­łami, a na­wet po­ru­szali góry. Uczęsz­czali do pre­sti­żo­wej aka­de­mii, no­sili pre­sti­żowe mun­durki i prze­cho­dzili pre­sti­żowe szko­le­nia, po­cząw­szy od siód­mego roku ży­cia, a wszystko po to, by zo­stać He­ro­sami Sol. Gdzie­kol­wiek do­szło do klę­ski lub wy­padku, na po­moc wzy­wano Zło­tów.

Teo i resztę Ja­de­itów uwa­żano zaś za nie dość po­tęż­nych, by mo­gli cho­dzić do Aka­de­mii. Mu­sieli więc uczęsz­czać do pu­blicz­nych szkół ra­zem z dzie­cia­kami śmier­tel­ni­ków. Li­ceum w Qu­et­zlan było z dykty i kar­tonu po pizzy, a je­dy­nym mun­dur­kiem, na jaki Teo mógł li­czyć, były pa­skudne, ja­do­wi­cie zie­lone spodenki gim­na­styczne i szara ko­szulka, która na niego nie pa­so­wała. Gdy Zło­to­wie po­dró­żo­wali po Re­ino del Sol, ra­tu­jąc ży­cia śmier­tel­ni­ków, naj­cie­kaw­szym za­da­niem po­wie­rzo­nym Teo była rola ju­rora pod­czas do­rocz­nej wy­stawy pta­ków w Qu­et­zlan.

Miał szcze­rze do­syć przy­wi­le­jów, z któ­rymi ob­no­sili się Zło­to­wie.

Pico i Peri wbiły szpony w pla­kat, znaj­du­jąc opar­cie pod­czas prac ar­ty­stycz­nych z pusz­kami farby.

- Co­raz le­piej mi idzie - ucie­szył się Pico, raz po raz wa­ląc głową w roz­py­lacz, a błę­kitna farba bez­ład­nie roz­pry­ski­wała się po za­do­wo­lo­nych twa­rzach zło­tych pół­bo­gów.

Peri sku­piła się wy­łącz­nie na Brilli. Kiedy Teo za­py­tał, co ta­kiego ma­luje, z dumą od­parła:

- Miały być głu­pie miny. Nie ma nic głup­szego od kota!

- Ba­aar­dzo mą­dre z two­jej strony, Peri - zgo­dził się uprzej­mie Teo.

Graf­fiti było jed­nym wiel­kim cha­osem i sta­now­czo wy­glą­dało na dzieło dwóch pta­ków, ale ileż sa­tys­fak­cji to da­wało: wi­dzieć te bo­skie uśmieszki całe w far­bie.

- To jesz­cze ostatni szlif! - Teo się­gnął do kie­szeni, a Peri i Pico przy­sie­dli na jego ra­mio­nach. Wy­jął zwi­tek pa­pieru za­pi­sa­nego w ko­zie. - Mo­że­cie to na­pi­sać u góry?

- Nie­złe, nie­złe, Synu Qu­et­zal! - za­chi­cho­tał Pico, po czym wziął kartkę z ręki Teo i po­fru­nął do góry.

- Co tam jest na­pi­sane? - do­biegł chło­paka szept Peri, gdy ta ru­szyła za Pico z puszką farby.

- Nie wiem! Prze­cież nie umiem czy­tać!

Peri trzy­mała kartkę, a Pico ze wszyst­kich sił sta­rał się od­two­rzyć słowa. Wy­szedł kom­pletny beł­kot. Teo chi­cho­tał w zwi­niętą pięść, by nie ura­zić pa­pugi.

- To ma być pę­telka, a nie ja­kieś esy-flo­resy! - na­po­mniała Peri.

- Prze­cież jest pę­telka!

Peri prych­nęła.

- Pod­le­ciał­byś tu i mu po­ka­zał, Synu Qu­et­zal? - za­py­tała.

- Nie za­da­waj mu ta­kich py­tań! - rzu­cił Pico, dzio­biąc Peri. - Wiesz, że jego skrzy­dła to draż­liwy te­mat!

Teo udał, że ich nie sły­szy, cho­ciaż skrzy­dła na­parły na ban­daż scho­wany pod ko­szulką.

- Nie musi być ide­al­nie! - rzu­cił. Mu­sieli znik­nąć, za­nim kto­kol­wiek ich za­uważy.

Z puszki z farbą do­był się syk, a jej za­war­tość opry­skała kle­istym błę­ki­tem białą pierś Pico.

Teo tylko się skrzy­wił.

- Nie tak gło­śno!

- Moje pióra! - skrzek­nął Pico, z nie­za­do­wo­le­niem trze­po­cząc skrzy­dłami.

- Teo?

- Mają nas!

- Chodu, chodu!

Puszki wy­peł­nione farbą z brzę­kiem ru­nęły na zie­mię, gdy Pico i Peri rzu­cili się do lotu, nie prze­sta­jąc drzeć dzio­bów. Na dźwięk zbli­ża­ją­cych się kro­ków Teo szybko za­czął zgar­niać na­rzę­dzia zbrodni do ple­caka. Zwró­cił się w stronę głosu, za­nie­po­ko­jony tym, kto nad­cho­dzi w jego stronę. Na szczę­ście to była tylko Yolanda, jedna z miej­skich ku­rie­rek, w to­wa­rzy­stwie pa­pugi ama­zonki, która do­star­czała pocztę dla miesz­kań­ców Qu­et­zlan przez otwarte okna.

- Wi­taj, Synu Qu­et­zal! - ode­zwał się me­lo­dyj­nie ptak z uni­żo­nym ski­nie­niem.

- Co jesz­cze ro­bisz w szkole? - za­py­tała Yolanda.

- Wła­śnie sze­dłem na spo­tka­nie z Hu­ema­kiem - od­parł Teo, po­spiesz­nie za­pi­na­jąc ple­cak, po czym ru­szył w jej stronę.

Yolanda za­ci­snęła usta w wą­ską li­nię i po­słała mu zna­czące spoj­rze­nie.

- Wcale nie.

Teo wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu nie­wi­niątka.

- Ale te­raz już tak.

Yolanda za­chi­cho­tała, po czym po­ma­chała mu na po­że­gna­nie.

- Idź już, idź, i po­sta­raj się ja­koś za­cho­wy­wać na Pró­bach. Hu­emac młod­szy już nie bę­dzie.

To Hu­emac i miesz­kańcy Qu­et­zlan wy­cho­wali Teo. Jego oj­ciec, śmier­tel­nik, zmarł, gdy chło­pak był jesz­cze nie­mow­lę­ciem, matkę zaś zaj­mo­wały obo­wiązki bo­gini. Mia­sto stało się za­tem jego ro­dziną. Wpraw­dzie te­raz miał już sie­dem­na­ście lat, ale miesz­kańcy Qu­et­zlan na­dal się nim opie­ko­wali. Cza­sem aż za bar­dzo.

- Za­wsze się ja­koś za­cho­wuję! - za­wo­łał Teo przez ra­mię, bie­gnąc już na drugą stronę ulicy.

- Hul­taje za­wsze tak mó­wią - usły­szał za sobą głos Yolandy.

Każde mia­sto w Re­ino del Sol zo­stało po­świę­cone któ­re­muś z bo­gów. Te w cen­trum kraju były więk­sze, barw­niej­sze i od­dane wyż­szym zło­tym bo­gom, ta­kim jak Agua czy Tierra. Z ko­lei mniej­sze mie­ściny na obrze­żach Re­ino zna­la­zły się pod opieką po­mniej­szych ja­de­ito­wych bóstw w ro­dzaju Qu­et­zal.

Teo truch­tał wśród drzew z dżun­gli roz­sia­nych mię­dzy bu­dyn­kami ople­cio­nymi wi­no­ro­ślą. Z ze­wnątrz Qu­et­zlan wy­glą­dało jak miej­sce, które prze­grało walkę z na­turą i zo­stało po­chło­nięte przez gę­ste li­sto­wie. Lecz choć po­zor­nie nieco pod­nisz­czone, no­siło się z dumą, utrzy­my­wane rę­koma ko­cha­ją­cych miesz­kań­ców.

Ce­chą cha­rak­te­ry­styczną mia­sta była ob­fi­tość tro­pi­kal­nych pta­ków pstrzą­cych drzewa swym upie­rze­niem ni­czym wie­lo­barwne owoce. Zda­wało się, że sie­dzą wszę­dzie, ko­eg­zy­stu­jąc bez­tro­sko z ludźmi. Lu­dzie i przy­roda byli tu po­łą­czeni, bli­sko i nie­ro­ze­rwal­nie.

Teo prze­ci­snął się przez tłum, prze­mie­rza­jąc gro­blę nad jed­nym z licz­nych ka­na­łów, któ­rymi kupcy spła­wiali to­wary za po­mocą ło­dzi i ka­ja­ków. Gdy mi­jał pral­nię, chło­pak mu­siał za­rzu­cić ple­cak na głowę, by osło­nić się przed ko­lo­ro­wymi ko­li­brami pi­ku­ją­cymi na tych prze­chod­niów, któ­rzy na­zbyt zbli­żyli się do ich la­tarni.

Po­nie­waż już tego wie­czoru roz­po­czy­nały się Próby Słońca, mia­sto tęt­niło ży­ciem bar­dziej niż zwy­kle. Ba­nery z na­pi­sami "Próby Słońca - tu zo­ba­czy­cie na żywo" wi­siały w oknach ba­rów i re­stau­ra­cji obok fo­to­gra­fii de­se­rów i na­po­jów in­spi­ro­wa­nych bo­ską osobą Sol. Spora grupka lu­dzi ze­brała się pod skle­pem z elek­tro­niką, przy­glą­da­jąc się te­le­wi­zo­rom na wi­try­nie. Na ekra­nach mi­gały fil­miki przed­sta­wia­jące Zło­tych He­ro­sów.

Teo pró­bo­wał prze­mknąć nie­zau­wa­żony, lecz nie­mal na­tych­miast czy­jaś ręka zła­pała jego ple­cak.

- Teo! - uśmiech­nął się sze­roko męż­czy­zna o okrą­głej twa­rzy, wcią­ga­jąc chło­paka do grupki. - Jak są­dzisz, kogo wy­bie­rze Sol? - za­py­tał pan Ser­rano, wska­zu­jąc ge­stem je­den z ekra­nów.

Kilku Zło­tów wdzię­czyło się na ekra­nach w swo­ich wy­kroch­ma­lo­nych stro­jach, a ich ob­li­cza prze­pla­tały się z ka­drami przed­sta­wia­ją­cymi pół­bo­gów ra­tu­ją­cych śmier­tel­ni­ków z róż­nych ka­ta­strof. W rogu ekranu wy­świe­tlano sta­ty­styki po­szcze­gól­nych po­staci.

- Pew­nie naj­lep­szych z naj­lep­szych - od­parł Teo, sta­ra­jąc się brzmieć uprzej­mie mimo go­ry­czy w gło­sie. Na szczę­ście ze­brani byli zbyt za­jęci swo­imi teo­riami, by to za­uwa­żyć.

- Na pewno bę­dzie dzie­ciak Gu­er­rero - oznaj­miła panna Mo­ra­les, dra­piąc pod brodą sie­dzącą na jej ra­mie­niu ama­zonkę li­lio­wo­głową.

- Syn Aguy robi znacz­nie więk­sze wra­że­nie!

- Ocelo po­walą go jed­nym cio­sem!

- Sol pa­trzy nie tylko na siłę!

Teo prze­wró­cił oczami i wy­ko­rzy­stał de­batę, by spró­bo­wać się wy­mknąć. To stale go do­pa­dało. Na­wet lu­dzie w szkole wy­mie­niali się kar­tami z po­do­bi­znami Zło­tych He­ro­sów i ob­sta­wiali, kto zo­sta­nie wy­brany do udziału w Pró­bach Słońca. Za­sy­py­wali Teo py­ta­niami, pró­bu­jąc po­znać pi­kantne szcze­góły. Zu­peł­nie jakby Zło­to­wie ob­cho­dzili go na tyle, by zwra­cał uwagę na de­tale.

Kiedy zmie­niło się świa­tło, Teo prze­szedł przez ulicę, omi­ja­jąc męż­czy­znę po­py­cha­ją­cego wó­zek z chrup­kami i ko­bietę nio­sącą stos ko­szy­ków. Bo­dega mie­ściła się na rogu, wci­śnięta mię­dzy ptasi sklep i hur­tow­nię przy­praw. Ni­ski bu­dy­nek w ko­lo­rze man­da­rynki był ob­kle­jony ulot­kami i re­kla­mami. Nad drzwiami wyj­ścio­wymi czar­nymi li­te­rami wy­ma­lo­wano na­pis El Pa­jaro, obok zaś wid­niał sub­telny mu­ral przed­sta­wia­jący kwe­zala.

Przed wej­ściem pe­wien męż­czy­zna pró­bo­wał roz­ła­do­wać do­staw­czaka peł­nego kar­to­nów.

- Hej, może po­mogę? - za­pro­po­no­wał Teo, rzu­ca­jąc się na­przód i bez trudu ła­piąc jedną ręką cztery kar­tony. Zdol­ność prze­no­sze­nia więk­szej liczby pu­deł, niż po­trafi sta­ty­styczny pan w śred­nim wieku, na­le­żała do tych za­zwy­czaj bez­u­ży­tecz­nych ta­len­tów Teo jako Ja­de­ity.

Męż­czy­zna cof­nął się, za­sko­czony.

- Ostroż­nie...!

Za­le­d­wie jed­nak Teo od­sta­wił pu­dła, męż­czy­zna roz­po­znał go i jego twarz za­raz roz­świe­tlił sze­roki uśmiech.

- Pa­ja­rito![2] - przy­wi­tał cie­pło chło­paka, roz­kła­da­jąc sze­roko ręce.

- Hej, Chavo. - Teo od­po­wie­dział uśmie­chem. - Po­moc się przyda, co nie?

Chavo za­chi­cho­tał.

- Moje plecy nie są już ta­kie jak kie­dyś - przy­znał, kle­piąc Teo w ra­mię. Jego ko­szula miała barwę ko­baltu, a na szyi męż­czy­zna no­sił do­pa­so­wane ko­lo­rem pta­sie piórka. - To jak leci, co? - Lecz za­nim Teo zdo­łał od­po­wie­dzieć, Chavo przy­brał za­du­maną minę. - Nie po­wi­nie­neś cza­sem być w dro­dze do świą­tyni Sol?

Teo wziął do ręki ko­lejny stos pu­deł.

- Naj­pierw chcia­łem ode­brać moje za­mó­wie­nie.

- Chodź, chodź, już go­towe - oznaj­mił Chavo, za­pra­sza­jąc go ge­stem do bo­degi. - Hu­ema­cowi się to nie spodoba - do­dał z roz­ba­wie­niem.

Teo prych­nął.

- Jakby to była ja­kaś no­wość.

I tak już się spóź­nił, więc dłu­gość spóź­nie­nia nie miała zna­cze­nia. To pewne, że przyj­dzie mu wy­słu­chać ka­za­nia.

Gdy Chavo otwo­rzył drzwi, roz­śpie­wał się dzwo­nek.

- Żad­nych ko­tów! - roz­brzmiał zde­ner­wo­wany skrzek.

- Cześć, Ma­cho! - oznaj­mił Teo, od­sta­wia­jąc pu­dełka. Mała pa­pużka imie­niem Ma­cho sfru­nęła z góry i wy­lą­do­wała na la­dzie.

- Ach, to ty, Synu Qu­et­zal - oznaj­miła, w roz­tar­gnie­niu wy­glą­da­jąc za drzwi.

- Czemu jest taki na­krę­cony? - za­py­tał Teo, gdy Chavo wszedł za ladę.

- Nie przej­muj się nim. W oko­licy znowu kręci się ten bez­domny ko­cur.

- Stale się za­krada i chce kraść! - wrza­snął Ma­cho. Jego nie­bie­skie pióra na­stro­szyły się, gdy ska­kał po pa­pie­ro­śnicy. - ŻAD­NYCH KO­TÓW!

Chavo wy­jął spod lady pa­pie­rową torbę, wy­pchaną tak bar­dzo, że mu­siała być za­kle­jona.

- Pro­szę bar­dzo.

- Pa­mię­ta­łeś o chupa-chup­sach?

- Ja­sne! - od­parł Chavo, na­bi­ja­jąc za­mó­wie­nie na swoją an­tyczną kasę. - Jak mógł­bym za­po­mnieć!

- Do­sko­nale. - Teo od­po­wie­dział mu uśmie­chem.

- Nie żar­to­wa­łeś z tym, że ro­bisz za­pasy - za­uwa­żył roz­ba­wiony Chavo.

- Będę ich po­trze­bo­wał - wy­ja­śnił Teo, wy­ła­wia­jąc z ple­caka port­fel. - Dios Ma­ize dba, żeby w świą­tyni Sol nie było "ra­fi­no­wa­nego cu­kru i prze­two­rzo­nych śmieci".

- Co ja bym dał, żeby móc tra­fić do świą­tyni Sol - wes­tchnął tę­sk­nie Chavo, gła­dząc swą ko­zią bródkę. - Ni­gdy nie wi­dzia­łem Zło­tów na żywo.

Teo nie mógł mieć mu za złe tej fa­scy­na­cji Zło­tami. Rzadko pre­zen­to­wali się oso­bi­ście, zwłasz­cza w mia­stach Ja­de­itów. Byli jesz­cze więk­szymi ce­le­bry­tami niż ich pół­bo­skie dzieci - sław­nymi i nie­do­stęp­nymi. Złoci bo­go­wie rzą­dzili z wy­so­ko­ści świą­tyni Sol. Tylko ich dzieci i ka­płani mo­gli wę­dro­wać na tę wy­spę w cen­trum Re­ino del Sol.

- Chciał­bym po­znać Diosa Tor­men­toso i po­dzię­ko­wać jemu i Llu­vii - przy­znał Chavo, spo­glą­da­jąc przez ra­mię.

Za jego ple­cami stały dwa oł­ta­rzyki. Więk­szy, po­ma­lo­wany na różne od­cie­nie tur­kusu i ja­de­itu, przy­ozdo­biony po­do­bi­znami róż­nych pta­ków był po­świę­cony matce Teo. We­wnątrz znaj­do­wały się pta­sie pióra wszel­kich ko­lo­rów. Mniej­szy i now­szy zdo­biły spi­rale w ko­lo­rze błę­kitu i sza­ro­ści, z bia­łymi kro­pel­kami desz­czu i żół­tymi bły­ska­wi­cami. W środku przy­kle­jono wy­ci­nek z ga­zety. Po­środku czarno-bia­łego zdję­cia znaj­do­wała się sze­roko uśmiech­nięta Llu­via, naj­star­sza córka Diosa Tor­men­toso, boga po­gody, wspie­ra­jąc ręce na bio­drach.

Przed trzema laty w za­chod­nie wy­brzeże Re­ino del Sol ude­rzył hu­ra­gan. Nie było to nic nie­zwy­kłego we wrze­śniu, jed­nak po­czął on sza­leć w za­chod­nich mia­stach Ja­de­itów i wy­ma­gał in­ter­wen­cji pół­bo­gów Tor­men­toso. Do Qu­et­zlan przy­je­chała Llu­via i opa­no­wała ży­wioł tak, by ura­to­wać miesz­kań­ców z za­la­nych ulic. Wśród nich byli Chavo i jego żona.

- Po­dzię­kuję im w twoim imie­niu, je­śli ich spo­tkam - skła­mał Teo, po­da­jąc sprze­dawcy kartę.

- De­ner­wu­jesz się? - za­py­tał Chavo i uniósł brwi.

Teo skrzy­wił się, nie­pewny, co po­wi­nien od­po­wie­dzieć.

- Czym?

- No wiesz, że zo­sta­niesz wy­brany do Prób.

- A, tym. No coś ty. - Prych­nął, ode­brał kartę i pa­ra­gon, po czym wsu­nął je do kie­szeni dżin­sów. - Moja obec­ność tam to czy­sta for­mal­ność.

Pod­czas po­przed­nich prób Teo miał rap­tem sie­dem lat, nie pa­mię­tał więc zbyt wiele. Wie­dział jed­nak, że Ja­de­ito­wie wła­ści­wie ni­gdy nie są wy­bie­rani. Ostatni raz zda­rzyło się to sto trzy­dzie­ści lat wcze­śniej - i ja­de­itowy pół­bóg nie uszedł z ży­ciem.

- Za­mie­rzam tylko po­ła­zić po mia­stach Zło­tów, zjeść, ile zdo­łam, i prze­pu­ścić całą kasę na pa­miątki - wy­ja­śnił z uśmie­chem. Puls przy­spie­szył mu na myśl o nad­cho­dzą­cych wi­do­kach i po­dró­żach.

Gdy jed­nak uniósł wzrok, zo­ba­czył, że Chavo na­dal się nie­po­koi.

- Hej... Sol wy­biera tylko naj­po­tęż­niej­szych i naj­bar­dziej za­słu­żo­nych pół­bo­gów, za­po­mnia­łeś? - ode­zwał się Teo, stu­ka­jąc go w ra­mię po­cie­sza­ją­cym ge­stem. - A ja je­stem zwy­kłym Ja­de­itą.

Wy­glą­dało na to, że Chavo nieco się roz­luź­nił. Znowu uśmie­chał się swoim stan­dar­do­wym uśmie­chem, aż do doł­ków w po­licz­kach.

- Pa­mię­taj, to bez zna­cze­nia, że nie na­le­żysz do Zło­tów. Na­dal je­steś na­szym He­ro­sem, młody.

Teo zła­pał torbę i wci­snął ją do już i tak prze­peł­nio­nego ple­caka.

- Spoko. Słu­chaj, zwi­jam się, za­nim rzy­gnę.

Chavo za­śmiał się, a Teo ostatni raz zła­pał jego rękę.

- Wpad­nij jesz­cze do pa­na­de­rii - za­wo­łał za nim Chavo, gdy Teo zmie­rzał już bie­giem do wyj­ścia. - Ve­ro­nica zro­biła con­chę spe­cjal­nie dla Diosy Qu­et­zal.

- O, tego so­bie nie po­da­ruję. - Chło­pak bły­snął zę­bami w uśmie­chu.

- Do zo­ba­cze­nia za parę ty­go­dni!

- Będę li­czył dni. Do­słow­nie! - od­parł Teo i wy­szedł, a dzwo­nek brzęk­nął za nim.

- ŻAD­NYCH KO­TÓW! - usły­szał za sobą jesz­cze głos Ma­cho.

Teo wy­czuł, co go czeka, za­nim skrę­cił za róg.

Ulica była pełna lu­dzi, a po obu jej stro­nach cią­gnęły się re­stau­ra­cje, sto­iska z je­dze­niem i do­staw­czaki z taco. W po­wie­trzu uno­sił się draż­niący za­pach wie­przo­winy w mio­dzie, al pa­stor, ła­sko­cząc go w nos na równi ze słodką wo­nią ku­ku­ry­dzy i pi­kantną nutą sosu cha­moy. Teo tak bar­dzo sku­pił się na bur­cze­niu w brzu­chu, że nie za­uwa­żył, że coś jest nie tak, póki przez tłum nie prze­to­czyła się fala oży­wie­nia w po­staci od­wró­co­nych głów i pod­nie­sio­nych gło­sów.

Wło­ski na karku Teo unio­sły się, a chwilę póź­niej po­nad ulicą prze­le­ciał klucz pta­ków. Ich roz­pacz­liwy skrzek prze­ciął po­wie­trze, spra­wia­jąc, że lu­dzie przy­sta­nęli i spoj­rzeli w górę na su­nące po nie­bie pęki barw­nych piór. Teo pró­bo­wał zro­zu­mieć, co krzy­czą ptaki, ale darły się wszyst­kie na­raz, a ich spa­ni­ko­wane wrza­ski za­głu­szały się wza­jem­nie.

Ru­szył na niego tłum lu­dzi, omal nie zwa­la­jąc z nóg. W tym sa­mym mo­men­cie chło­pak po­czuł gwał­towny smród dymu.

Teo wspiął się na palce, by le­piej wi­dzieć sy­tu­ację. Nieco da­lej w głąb ulicy czarne kłęby wzno­siły się nad pa­na­de­rię. Na­gle po­jął głosy pta­ków.

- PALI SIĘ! PALI SIĘ!

Mie­szały się z nimi krzyki lu­dzi. Tłum znów ru­szył na­przód, ucie­ka­jąc ku bez­piecz­nemu miej­scu. Teo mu­siał się chwy­cić słupa la­tarni, żeby nie po­rwała go ludzka fala.

- Gdzie jest Ma­ria? - za­łkała ja­kaś dziew­czynka.

Zna­lazł ją za­pła­kaną na środku ulicy. Prze­pchnął się przez tłum i ukuc­nął przy dziecku.

- Kim jest Ma­ria? - za­py­tał naj­spo­koj­niej, jak umiał, choć jego cia­łem wstrzą­sały fale ad­re­na­liny. - To twoja sio­stra?

- Moja lalka!

Na li­tość Sol!

- Po­pro­szę cię, że­byś zro­biła te­raz coś bar­dzo prze­ra­ża­ją­cego, do­brze? - za­py­tał, ła­piąc jej drobne ra­miona, by zwró­cić uwagę dziew­czynki. - Mu­sisz zna­leźć bez­pieczne miej­sce dla ko­goś, kogo znasz. Ja po­szu­kam Ma­rii, do­brze? Dasz radę?

Po­wie­trze roz­darł huk pę­ka­ją­cej skały. Ogromne okna ma­ga­zynu, w któ­rym znaj­do­wała się pa­na­de­ria, roz­pry­sły się na drobne ka­wałki.

Teo przy­ci­snął do sie­bie dziew­czynkę i osło­nił swoim cia­łem. Wo­kół nich pa­dał deszcz odłam­ków szkła. Gdy ustał, dziecko nie po­trze­bo­wało już za­chęty. Ru­szyło przed sie­bie.

Teo zaś wpa­trzył się w po­że­rany przez pło­mie­nie bu­dy­nek. Serce wa­liło mu mło­tem, od­dech stał się płytki i drżący. Więk­szość sto­isk z je­dze­niem w tej alejce była za­si­lana pro­pa­nem. Je­śli po­żar pa­na­de­rii wy­mknie się spod kon­troli, cała ulica bę­dzie ty­ka­jącą bombą na chwilę przed wy­bu­chem. Ile czasu trzeba, żeby spło­nęła cała prze­cznica? Czy ktoś we­zwał już po­moc?

Ci­szę prze­ciął prze­ra­żony wrzask. Przez za­słonę dymu Teo spo­strzegł czy­jeś ręce, go­rącz­kowo ma­cha­jące w nie­mym bła­ga­niu o po­moc.

Roz­sza­lałe my­śli prze­bie­ga­jące przez głowę chło­paka znik­nęły. Po­zo­stała tylko jedna: ktoś po­trze­bo­wał po­mocy.

Gdy więc wszy­scy inni ucie­kali jak naj­da­lej od ro­sną­cych pło­mieni, Teo ru­szył w ich kie­runku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

NA PO­CZĄTKU BYŁU TYLKO SOL WŚRÓD MO­RZA GWIAZD

SAMU JEDNU STWO­RZYŁU ŚWIAT, ze­braw­szy w dło­niach gwiezdny pył.

Z pyłu roz­tar­tego jenu pal­cami wy­ro­sły góry. Z łez sa­mot­no­ści po­pły­nęły rzeki i oce­any. Z wody ja­łowa zie­mia wy­pu­ściła pędy roz­ło­ży­stych drzew i gę­stych dżun­gli.

A z no­wej ziemi po­wstał Tierra. Sol nie byłu już samu.

Świat zda­wał się piękny i wspa­niały, lecz tych dwoje było sa­mot­nych we wszech­rze­czy. I nie było ni­kogo, kto mógłby ją z nimi dzie­lić.

Po­sta­no­wili więc sfor­mo­wać ród bo­skich dzieci.

Wprzód Tierra wy­do­był z głębi ziemi całe złoto, a Sol ukształ­to­wału je w Zło­tów.

Zło­to­wie byli po­tężni, lecz i próżni. Stale pra­gnęli ba­dać gra­nice swych mocy i wo­leli zaj­mo­wać się pracą, ani­żeli spę­dzać czas ze swymi stwór­cami. Sol i Tierra spró­bo­wali więc po­now­nie.

Na­stęp­nie Tierra wy­do­był z ja­skiń, gdzie ocean styka się z lą­dem, ja­deit, a Sol ukształ­to­wału z niego Ja­de­itów.

Ja­de­ici byli sym­pa­tyczni, lecz i za­jęci. Tak bar­dzo po­chła­niało ich szu­ka­nie no­wych spo­so­bów na­gi­na­nia mocy do swej woli, że wcale nie my­śleli o swej ro­dzi­nie. Sol i Tierra spró­bo­wali więc po­now­nie.

Wresz­cie Tierra wy­do­był ob­sy­dian z naj­go­ręt­szych ziem­skich pło­mieni, a Sol ufor­mo­wału z niego Ob­sy­dia­nów.

Ob­sy­diani byli ener­giczni, lecz i ego­istyczni. Pra­gnęli je­dy­nie znisz­cze­nia, nie roz­woju swego domu.

W końcu Sol i Tierra znu­żyli się two­rze­niem bo­gów. Sol ze­szłu na zie­mię i za­siału swe serce w sa­mych jej głę­bi­nach, by być bli­żej tego, co ko­chału. Jenu krew zmie­szała się z po­kor­nym py­łem gleby i nie­spo­dzia­nie na­ro­dziła lu­dzi.

Tych ma­łych śmier­tel­ni­ków po­wi­tano z ho­no­rami i przy­jęto do domu w Re­ino del Sol. Ży­jąc krótko ze swej na­tury, lu­dzie mieli w so­bie wię­cej współ­czu­cia i em­pa­tii, i mi­łość go­ręt­szą niż ta, którą w ca­łej wiecz­no­ści mógłby po­czuć ja­ki­kol­wiek bóg.

Sol i Tierra po­ko­chali lu­dzi naj­bar­dziej ze wszyst­kich, po­wie­rzyli więc bo­gom mi­sję za­dba­nia o te kru­che istoty - chro­nie­nia ich, in­spi­ro­wa­nia się nimi, czer­pa­nia od nich na­uki.

Zło­to­wie, Ja­de­ici i Ob­sy­diani za­cie­kle wal­czyli o to, nad którą czę­ścią ży­cia obejmą pie­czę. Sol po­ło­żyłu tej walce kres, utwo­rzyw­szy z gliny sied­mio­ra­mienną gwiazdę i na­peł­niw­szy ją wszyst­kimi mo­cami, ja­kimi mo­gliby wła­dać bo­go­wie.

Każdy z bo­gów po ko­lei dźgał gwiazdę ki­jem[1], lecz do­piero jedna ze Zło­tów, Luna, zdo­łała ją roz­bić. Z po­tłu­czo­nej gliny po­sy­pały się gwiazdy.

Zło­to­wie się­gnęli po te naj­ja­śniej­sze, ozna­cza­jące naj­po­waż­niej­sze obo­wiązki. Wśród mniej­szych Ja­de­ici od­na­leźli te, które uznali za naj­cen­niej­sze. Ob­sy­diani zaś wy­do­byli swe gwiazdy z pyłu i skryli je w głębi ziemi, gdzie dzięki nie­sły­cha­nemu ża­rowi i na­ci­skowi ich chci­wo­ści stały się czarne i lśniące.

Tak do­meną Aguy stały się oce­any i tęt­niące w nich ży­cie. Pan Dulce wzięła we wła­da­nie ogni­sko do­mowe, da­jąc na­zwę uko­cha­nemu sma­ko­ły­kowi śmier­tel­ni­ków - słod­kiemu, mięk­kiemu, barw­nemu.

Zwie­rzęta zo­stały po­wo­łane do ży­cia przez Faunę. Gu­er­rero na swój ob­raz i po­do­bień­stwo stwo­rzyło wiel­kie koty, a Qu­et­zal ukształ­to­wała na wzór sie­bie sa­mej ptaki. I były one do­bre i ko­chane.

Ob­sy­diani - Chu­pa­ca­bra, Ven­ganza i Caos - po­czuli gniew. Byli za­zdro­śni o mi­łość, którą Sol da­rzyłu lu­dzi. Za­miast wraz z in­nymi nie­śmier­tel­nymi cie­szyć się ich ist­nie­niem, pra­gnęli, by lu­dzie im słu­żyli i ich czcili.

Każde z nich miało swoje tę­sk­noty. Caos - za świa­tem sprzed zwar­tej struk­tury. Chu­pa­ca­bra - za krwią. Ven­ganza zaś pra­gnął stwo­rzyć plan, który wy­nie­sie go po­nad wszyst­kich in­nych.

Od­na­leźli Tierrę strze­gą­cego serca Sol w ją­drze ziemi. Sprytny Chu­pa­ca­bra po­ja­wił się na jego dro­dze, ku­le­jąc i bia­do­ląc, dzięki czemu od­wró­cił jej uwagę. W tym cza­sie Ven­ganza i Caos skra­dli serce Sol.

Bez niego zie­mia nie mo­gła się ogrzać, a Ob­sy­diani prze­mie­nili uko­cha­nych lu­dzi Sol i Tierry w bez­ro­zumne stwo­rze­nia, któ­rych ce­lem ist­nie­nia było je­dy­nie od­da­wa­nie czci bo­gom.

By ura­to­wać lu­dzi, Sol udału się na szczyt swej świą­tyni, po­ło­żyłu na ka­mien­nym oł­ta­rzu i wbiło szty­let w swą klatkę pier­siową. Gdy z jenu ciała wy­pły­nęła ostat­nia kro­pla krwi, bó­stwo po­ja­wiło się po­now­nie na nie­bie jako pło­nąca, ja­skrawa gwiazda. Jako słońce mo­gło uwię­zić zdra­dziec­kich bo­gów na fir­ma­men­cie w cia­łach nie­bie­skich.

Tym­cza­sem na ziemi cie­le­sna po­włoka Sol prze­mie­niła się w lawę roz­pa­la­jącą oł­tarz ofiarny. Choć mo­głu wię­zić Ob­sy­dia­nów na nie­bie za dnia, nocą nikt już ich nie pil­no­wał.

Wtedy do ak­cji wkro­czył Tierra i wziął w ra­miona roz­to­pione ciało uko­cha­negu. Choć pa­liło ży­wym ogniem, Tierra utwo­rzył z czaszki Ka­mień Sol lśniący ja­skra­wym bla­skiem na szczy­cie zło­tej świą­tyni. Na­stęp­nie wziął resztę ciała Sol i ule­pił z niego mniej­sze Sło­neczne Ka­mie­nie. Każdy z po­zo­sta­łych bo­gów wziął je­den z ka­mieni i po­ło­żył na szczy­cie swo­jej świą­tyni, by Ob­sy­diani nie po­wró­cili do Re­ino del Sol.

Sol wstą­piłu na nie­biosa jako słońce, strze­głu ziemi i trzy­mału Ob­sy­dian w za­mknię­ciu w nie­bie­skich wię­zie­niach po­śród kon­ste­la­cji gwiazd.

Każ­dej nocy zdra­dzieccy bo­go­wie pró­bują uciec, lecz Sło­neczne Ka­mie­nie po­wstrzy­mują ich aż do wzej­ścia Sol ko­lej­nego ranka.

Póki świeci słońce, a ka­mie­nie lśnią, póty bo­go­wie-zdrajcy nie mają po­wrotu.

SŁOWO OD TŁU­MACZKI, ALBO ZA­MIAST WSTĘPU

Po­wieść, którą trzy­ma­cie w dło­niach, jest wy­jąt­kowa pod wie­loma wzglę­dami. Je­żeli czy­ta­li­ście po­przed­nią książkę au­tor­stwa Aidena Tho­masa, Straż­ni­ków dusz (w ory­gi­nale: Ce­me­tery Boys), wie­cie z pew­no­ścią, że jego pi­sar­stwo wy­róż­niają dwa te­maty: qu­eer oraz kul­tura mek­sy­kań­ska. W po­rów­na­niu ze Straż­ni­kami, w Pró­bach Słońca jed­nego i dru­giego jest wię­cej. I to zde­cy­do­wa­nie.

Cho­ciaż ta po­wieść zo­stała na­pi­sana ory­gi­nal­nie po an­giel­sku, z uwagi na mocne mek­sy­kań­skie na­le­cia­ło­ści osoba au­tor­ska ko­rzy­sta z wielu ter­mi­nów i okre­śleń hisz­pań­sko­ję­zycz­nych. Po­sta­no­wi­łam je po­zo­sta­wić w prze­kła­dzie, wy­róż­nić kur­sywą, a ich tłu­ma­cze­nie za­miesz­czam w słow­niczku na końcu książki.

Z ko­lei qu­eero­wych ele­men­tów w Pró­bach Słońca nie da "się za­ła­twić" słow­nicz­kiem ani przy­pi­sem. W tej po­wie­ści na­po­tka­cie za­imki i formy słów, które mogą być dla was nie­ty­powe albo zu­peł­nie nowe. Nie­które nie­bi­narne (to zna­czy sy­tu­ujące się poza po­dzia­łem na płeć mę­ską i żeń­ską) po­sta­cie, w ory­gi­nale po­słu­gu­jące się tak zwa­nym ro­dza­jem sin­gu­lar they, ko­rzy­stają z za­im­ków ro­dzaju ni­ja­kiego, liczby mno­giej uży­wa­nej w od­nie­sie­niu do jed­nostki (naj­bar­dziej do­słow­nego tłu­ma­cze­nia sin­gu­lar they) albo tak zwa­nego ro­dzaju post­pł­cio­wego, zna­nego też jako du­ka­izmy. Ten ostatni zo­stał za­pro­po­no­wany przez Jacka Du­kaja w po­wie­ści Per­fek­cyjna nie­do­sko­na­łość i za­adap­to­wany przez nie­które pol­skie osoby nie­bi­narne. Oto, jak wy­glą­dają te za­imki i ich od­miana:

Cza­sow­niki czasu prze­szłego w ro­dzaju post­pł­cio­wym mają iden­tyczną formę jak cza­sow­niki, z tym że w koń­cówce za­miast li­tery "a", "e" wy­stę­puje "u" (np. "czy­ta­łum", "ro­bi­łum"). Rze­czow­niki i przy­miot­niki zmie­niają koń­cówkę na -u.

W książce wy­stę­pują także du­ka­tywy (czyli rze­czow­niki okre­śla­jące osoby po­słu­gu­jące się ro­dza­jem post­pł­cio­wym) oraz neu­tra­tywy (ana­lo­giczne rze­czow­niki okre­śla­jące osoby po­słu­gu­jące się ro­dza­jem ni­ja­kim). Słowa w ro­dzaju "ry­wal­cze" to wła­śnie neu­tra­tywy, a nie prze­ocze­nie tłu­maczki, re­dak­cji i ko­rekty. Neu­tra­tywy i du­ka­tywy czer­pa­łam ze słow­nika stwo­rzo­nego przez ze­spół za­imki.pl. Je­śli chce­cie do­wie­dzieć się wię­cej o bo­gac­twie ro­dza­jów w ję­zyku pol­skim, go­rąco za­chę­cam do za­po­zna­nia się z tą stroną.

Jako że główny bo­ha­ter Teo to osoba trans­pł­ciowa (albo po pro­stu trans) i fakt ten ni­kogo w jego świe­cie nie dziwi, pod­czas lek­tury na­po­tka­cie słowa i wy­ra­że­nia zwią­zane z tran­zy­cją, czyli pro­ce­sem ko­rekty płci. Sta­ram się w sa­mym tek­ście da­wać wska­zówki, co do­kład­nie ozna­czają, by­ście mo­gli to wy­wnio­sko­wać z kon­tek­stu. Wy­jątki od tej re­guły są trzy. Re­kon­struk­cja klatki pier­sio­wej to okre­śle­nie ope­ra­cji prze­kształ­ca­ją­cej tors tak, by es­te­tycz­nie przed­sta­wiał się zgod­nie z fak­tyczną płcią da­nej osoby. W pol­skim obiegu funk­cjo­nują okre­śle­nia żar­go­nowe, ta­kie jak "topka" (czyli "ope­ra­cja góry", od an­giel­skiego top sur­gery) czy "je­dynka" (czyli pierw­sza ope­ra­cja zwią­zana z chi­rur­giczną ko­rektą płci; drugą jest ope­ra­cja ge­ni­ta­liów). Po­wszech­nie mówi się też o ma­stek­to­mii, jed­nak fun­da­cja Trans-Fu­zja za­leca wła­śnie ter­min "re­kon­struk­cja klatki pier­sio­wej" jako bar­dziej afir­ma­tywny.

Bin­der (ina­czej spłasz­czak) to bie­li­zna słu­żąca do spłasz­cza­nia piersi (choć w świe­cie Prób Słońca znaj­duje jesz­cze jedno za­sto­so­wa­nie, jak sami się prze­ko­na­cie). Czę­sto no­szą ją osoby albo bę­dące przed "topką", albo nie­pla­nu­jące jej, a czu­jące dys­fo­rię płciową (cier­pie­nie wy­ni­ka­jące z roz­dź­więku mię­dzy toż­sa­mo­ścią płciową a płcią przy­pi­saną przy uro­dze­niu) w związku z obec­no­ścią piersi.

Wresz­cie okre­śle­nie kon­fir­ma­cja płci (w oryg. gen­der con­fir­ma­tion) to ter­min funk­cjo­nu­jący w świe­cie przed­sta­wio­nym na okre­śle­nie ce­re­mo­nii, pod­czas któ­rej zo­staje ofi­cjal­nie uznana fak­tyczna toż­sa­mość płciowa bó­stwa lub pół­bó­stwa. W tek­ście ory­gi­nal­nym Tho­mas ko­rzy­sta z dwu­znacz­no­ści słowa con­fir­ma­tion, ozna­cza­ją­cego za­równo po­twier­dze­nie, jak i kon­fir­ma­cję (pro­te­stancki ob­rzą­dek zna­cze­niowo bli­ski pol­skiemu bierz­mo­wa­niu). Sta­ra­łam się od­dać w prze­kła­dzie tę wspa­niałą dwu­znacz­ność.

Za po­moc i kon­sul­ta­cje ser­decz­nie dzię­kuję Ka­ta­rzy­nie La­bie, An­nie Tess Go­łę­biow­skiej-Kmie­ciak, Mar­ty­nie Ma­czy­szyn oraz Agnieszce "Ra­ven" Szma­tole.

Je­żeli mimo tych wy­ja­śnień na­tknie­cie się w ni­niej­szej książce na coś, co was za­sko­czy albo za­sta­nowi, mo­że­cie śmiało do mnie na­pi­sać na ad­res jo­anna.k.ra­dosz@gmail.com. Po­sta­ram się od­po­wie­dzieć na Wa­sze py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści.

Ży­czę mi­łej lek­tury i wspa­nia­łych przy­gód z Teo i jego przy­ja­ciółmi!

Wa­sza Tłu­maczka

Jo­anna Kry­styna Ra­dosz