PRL Żony i kochanki władzy - Sławomir Koper

Kup ebooka

42.99 zł
37.40 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I. Zamiast wstępu

Roz­dział I

Zamiast wstępu

Hie­rar­chia wła­dzy PRL

Zbi­gniew Brze­ziń­ski zauwa­żył kie­dyś, że róż­nica pomię­dzy demo­kra­cjąludową a rze­czy­wi­stą jest taka, jak mię­dzy krze­słem elek­trycz­nym a zwy­czaj­nym. Fak­tycz­nie, ustrój komu­ni­styczny ludo­władz­twa nieprzy­po­mi­nał w ogóle, a obo­wią­zu­jący sys­tem mono­par­tyjny powo­do­wał małozro­zu­miałą hie­rar­chię wła­dzy.

W kra­jach bloku wschod­niego naj­waż­niej­sze było ści­słe kie­row­nic­twopar­tii komu­ni­stycz­nej. To wła­śnie na posie­dze­niach biur poli­tycz­nychzapa­dały naj­waż­niej­sze decy­zje, a sze­fo­wie ugru­po­wa­nia posia­dali wręczdyk­ta­tor­ski zakres wła­dzy. Cza­sami pia­sto­wali dodat­kowe funk­cje, w nie­któ­rych pań­stwach modne stało się łącze­nie sta­no­wisk par­tyj­nych z rzą­do­wymi. W Pol­sce podobne roz­wią­za­nia sto­so­wano wyłącz­nie na początkui u schyłku PRL, nato­miast Wła­dy­sław Gomułka i Edward Gie­rek zado­wo­lilisię wyłącz­nie pozy­cją I sekre­ta­rza KC PZPR.

Pro­wa­dziło to cza­sami do nie­po­ro­zu­mień i Gerald Ford, odwie­dza­jąc Pol­skęw 1975 roku, tytu­ło­wał Gierka "panem pre­zy­den­tem". Dla ludzi Zachodusze­fo­stwo par­tii nie ozna­czało bowiem real­nej wła­dzy, a humo­ry­stycz­nymakcen­tem sytu­acji pozo­stał fakt, iż w PRL nie ist­niało sta­no­wi­skopre­zy­denta. Funk­cjo­no­wał wpraw­dzie kole­gialny naj­wyż­szy urząd pań­stwowy(Rada Pań­stwa), ale jej człon­ko­wie byli figu­ran­tami bez więk­szegozna­cze­nia. Do składu Rady odsy­łano czę­sto poli­ty­ków odsu­nię­tych odrze­czy­wi­stej wła­dzy, inna sprawa, że organ ten fir­mo­wał decy­zje pod­jętew par­tyj­nych gabi­ne­tach. I to wła­śnie dekre­tem Rady Pań­stwa wpro­wa­dzonow grud­niu 1981 roku stan wojenny.

Domi­na­cja władz par­tyj­nych w życiu poli­tycz­nym była tak wyraźna, żenawet histo­rycy podzie­lili dzieje PRL na epoki kolej­nych przy­wód­cówPZPR. A z powszech­nej świa­do­mo­ści znik­nęły posta­cie urzę­du­ją­cychpre­mie­rów i wła­ści­wie tylko nazwi­ska Józefa Cyran­kie­wi­cza i Pio­traJaro­sze­wi­cza coś spo­łe­czeń­stwu mówią. Nato­miast osoby Janu­szaPiń­kow­skiego czy Zbi­gniewa Mes­snera pozo­stają prak­tycz­nie ano­ni­mowe.

Podobny los spo­tkał poli­ty­ków peł­nią­cych funk­cję prze­wod­ni­czą­cego RadyPań­stwa. Pozo­sta­jący na tym sta­no­wi­sku przez dwa­na­ście lat Alek­san­derZawadzki został kom­plet­nie zapo­mniany, nato­miast Mariana Spy­chal­skiegozapa­mię­tano głów­nie z powodu jego kon­flik­tów z ekipą Bole­sława Bie­ruta.

Zresztą sys­tem wła­dzy w obrę­bie par­tii komu­ni­stycz­nej ota­czała zmowamil­cze­nia, a wszel­kie zmiany spra­wiały wra­że­nie mafij­nych roz­gry­wek.Naro­dzi­nom Pol­skiej Par­tii Robot­ni­czej (poprzed­nika PZPR) towa­rzy­szyłykrwawe gry, zakoń­czone zabój­stwami jej pierw­szych lide­rów. Mar­celiNowotko zgi­nął na pole­ce­nie (lub za wie­dzą) Bole­sława Mołojca, tennato­miast został zli­kwi­do­wany przez swo­ich par­tyj­nych kole­gów. PawełFin­der tra­fił w ręce gestapo, a dziw­nym przy­pad­kiem w zasadzkę nie wpadłzapro­szony na to samo spo­tka­nie Wła­dy­sław Gomułka. Potem jużprze­ciw­ni­ków nie likwi­do­wano, ale walka o wła­dzę miała nie­wielewspól­nego z demo­kra­cją.

"[...] Gie­rek poczyna sobie nader żwawo - zano­to­wał Ste­fan Kisie­lew­skiwe wrze­śniu 1971 roku. - W Mini­ster­stwie Spraw Wewnętrz­nych aresz­to­wanochyba kupę face­tów z samej góry, mówi się o nad­uży­ciach dewi­zo­wych, aleprze­cież cho­dzi o poli­tykę - tylko jaką? Czyżby odwieczna walka par­tia -tajna poli­cja?! Nic się dokład­nego nie wie, bo wia­do­mo­ści są z "Wol­nejEuropy", a tę źle sły­chać. To typowe dla komu­ni­zmu: toczy się jakaśważna walka o wła­dzę, a spo­łe­czeń­stwo, niby stado bara­nów, o niczym niejest infor­mo­wane. Nie­by­wały ustrój, domena mafij­nych, taj­nych elit - czycoś takiego zawsze wynik­nąć musi z rewo­lu­cji?!"1.

Nic dziw­nego, że Gie­rek, doko­nu­jąc okre­so­wych badań lekar­skich,oso­bi­ście dobie­rał sobie leka­rzy. Regu­lar­nie poja­wiał się w szpi­talu w Kato­wi­cach-Ligo­cie, ale par­tyj­nych medy­ków do sie­bie nie dopusz­czał. A na pyta­nie o powód takiego postę­po­wa­nia z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ściąodparł, że "boi się ludzi, któ­rzy wyko­nują par­tyjne zada­nia".

W kra­jach bloku wschod­niego cha­rak­te­ry­styczną cechą była fak­tycznadoży­wot­niość naj­wyż­szych sta­no­wisk par­tyj­nych. Przy­kład szedł z Kremla,gdzie wła­ści­wie tylko Nikitę Chrusz­czowa usu­nięto w efek­cie puczu,nato­miast pozo­stali sekre­ta­rze gene­ralni (Józef Sta­lin, Leonid Breż­niew,Jurij Andro­pow, Kon­stan­tin Czer­nienko) utrzy­my­wali się przy wła­dzy aż dośmierci. Krem­low­skie elity opra­co­wały nawet spe­cy­ficzny rytuał"następ­stwa tronu". Po śmierci gen­seka jego suk­ce­sor zosta­wał sze­femkomi­sji zarzą­dza­ją­cej pogrze­bem poprzed­nika, a osoba zgła­sza­jąca go nasta­no­wisko sekre­ta­rza gene­ral­nego w przy­szło­ści miała zarzą­dzać jegopogrze­bem, a następ­nie zostać kolej­nym lide­rem par­tii...

Pol­ska jed­nak od innych wasali Kremla się odróż­niała. Nad Wisłą tylkoBie­rut spra­wo­wał wła­dzę do śmierci, a kolejne zmiany par­tyj­nych lide­rówbyły efek­tem cyklicz­nych kry­zy­sów spo­łeczno-poli­tycz­nych. Krwawe wypadkiczerw­cowe w Pozna­niu oba­liły Edwarda Ochaba, gru­dzień 1970 roku pozba­wiłwła­dzy Gomułkę, nato­miast Gierka odsu­nięto w efek­cie sierp­nio­wychstraj­ków w 1980 roku. A dalej był już tylko stan wojenny i upa­dek PRL.

W komu­ni­stycz­nym męskim klu­bie

Spe­cy­fiką oby­cza­jową życia poli­tycz­nego kra­jów bloku sowiec­kiego byłanie­obec­ność żon przy­wód­ców par­tyj­nych w życiu publicz­nym. Kobieta mogłabyć dzia­łaczką (jak Nad­ieżda Krup­ska czy Róża Luk­sem­burg), aleprak­tycz­nie aż do cza­sów Micha­iła Gor­ba­czowa dla mał­żonki poli­tyka niebyło miej­sca. Wła­ści­wie nikt nie wie­dział, jak wygląda żona Breż­niewa(dopóki nie poja­wiła się na jego pogrze­bie), gdyż ni­gdy nie wystę­po­wałapublicz­nie. Pewien wyją­tek uczy­niła Elena Ceauçescu, ale mał­żonka"geniu­sza Kar­pat" pia­sto­wała ofi­cjalne sta­no­wi­ska. Zbli­żoną dozachod­nich stan­dar­dów pozy­cję posia­dała Jovanka Broz, ale Jugo­sła­wia odpozo­sta­łych państw komu­ni­stycz­nych odsta­wała.

Mał­żonki dzia­ła­czy nie mogły zaj­mo­wać się dzia­łal­no­ścią cha­ry­ta­tywną,albo­wiem w "przo­du­ją­cym ustroju" nie mogło być bied­nych i potrze­bu­ją­cych. Nie ist­niały wolne wybory, zatem nie­po­trzebny był ichudział w kam­pa­niach poli­tycz­nych. Żon par­tyj­nych lide­rów bra­ko­wałopod­czas ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ści, nie towa­rzy­szyły rów­nież mężom w zagra­nicz­nych podró­żach. A ich nie­obec­ność w życiu towa­rzy­skim elitywła­dzy wpły­wała na poziom roz­ry­wek dygni­ta­rzy.

"Tań­czy­łem z Moło­to­wem - opo­wia­dał Jakub Ber­man - chyba walca, cośbar­dzo pro­stego, bo ja prze­cież nie mam poję­cia o tańcu, więc rusza­łemtylko nogami do rytmu [...] pro­wa­dził Moło­tow, ja bym nie potra­fił. Onzresztą nie­źle tań­czył, pró­bo­wa­łem dotrzy­mać mu kroku. Było to jed­nak z mojej strony bła­zeń­stwo nie taniec [...]. Sta­lin nie tań­czył. Sta­linkrę­cił pate­fon, trak­tu­jąc to jako swój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek. Ni­gdy odniego nie odstę­po­wał. Nasta­wiał płyty i patrzył".

Męskie wie­czory uzu­peł­niano pokaź­nymi daw­kami alko­holu, komu­ni­stycznilide­rzy nie wyobra­żali sobie uda­nej imprezy bez solid­nej por­cji moc­nychtrun­ków. Oby­czaje lide­rów naśla­do­wano na niż­szym szcze­blu, czegooso­bi­ście doświad­czył Mie­czy­sław Rakow­ski (ówcze­sny naczelny tygo­dnika"Poli­tyka") pod­czas wizyty w Kazach­sta­nie w lipcu 1969 roku:

"Pierw­szy punkt pro­gramu - obiad. Gospo­da­rzy było aż dwu­na­stu. [...]Każdy z uczest­ni­ków obiadu uwa­żał za konieczne wznie­sie­nie toa­stu nacześć towa­rzy­sza Gomułki i pol­skogo ruko­wad­stwa, za zdro­wie towa­rzy­szaBreż­niewa, pol­skich dzien­ni­ka­rzy, przy­jaźń pol­sko-radziecką itp. Głowęmam mocną jak, nie przy­mie­rza­jąc Cyran­kie­wicz, ale takiej ilo­ści wódydotąd nie wla­łem w sie­bie. Wsta­łem od stołu kom­plet­nie pijany. Naj­gor­szebyło jesz­cze przede mną. Oka­zało się, że za dwie godziny gospo­da­rzewydają kola­cję na cześć "naszego dro­giego przy­ja­ciela, towa­rzy­szaRakow­skiego". Wysze­dłem z mojego apar­ta­mentu do parku zaczerp­nąć tro­chęświe­żego powie­trza. Nic to nie pomo­gło, więc chwy­ta­jąc się jakiejśrachi­tycz­nej brzózki, zmu­si­łem się do tor­sji. Tro­chę mi ulżyło. Kola­cjabyła obfita, znowu nie koń­czące się toa­sty. [...] I tyle widzia­łem z Kazach­stanu".

Czasy praw­dzi­wego alko­ho­lo­wego roz­pa­sa­nia poja­wiły się wraz z epokąBreż­niewa. Przy­kład dawał sam sowiecki przy­wódca, "cią­gnąc wódę jakpompa stra­żacka wodę". Miał rów­nież zwy­czaj poka­zy­wa­nia się publicz­nie w sta­nie nie­trzeź­wym, co wzbu­dzało kon­ster­na­cję. A już zacho­wa­nie gen­sekapod­czas VII Zjazdu PZPR w War­sza­wie prze­kro­czyło wszel­kie normycywi­li­zo­wa­nego świata.

"Zjazd roz­po­czął się od rewe­la­cyj­nego popisu [...] Breż­niewa - zano­to­wałRakow­ski. - A było to tak: kiedy Gie­rek stał za sto­łem pre­zy­dial­nym i wygła­szał prze­mó­wie­nie powi­talne, z pierw­szego rzędu pode­rwał sięBreż­niew, wszedł na mów­nicę usta­wioną dwa metry przed pre­zy­dium i zacząłstu­kać w mikro­fony. Zwra­ca­jąc się do Gierka, powie­dział: nie rabo­ta­jut.Co było zgodne z prawdą, ponie­waż w tym cza­sie nie były jesz­czewłą­czone. Gie­rek kon­ty­nu­ował mowę powi­talną, prze­ry­waną okrzy­kami sali i okla­skami. Breż­niew na­dal moco­wał się z mikro­fo­nami na mów­nicy. GdyGie­rek skoń­czył, orkie­stra zaczęła grać Mię­dzy­na­ro­dówkę, którąpod­chwy­ciła sala. Ku zdu­mie­niu wszyst­kich, Breż­niew pozo­stał na mów­nicyi... zaczął dyry­go­wać, wyma­chu­jąc rękami. Żenu­jące wido­wi­sko, które mogłojed­nak skło­nić do róż­nych reflek­sji".

To jed­nak nie wszystko, następ­nie dzia­łacz wycią­gnął z kie­szeni nowyzega­rek i demon­stro­wał go z dumą sąsia­dom z "brat­nich par­tii",zakłó­ca­jąc zupeł­nie prze­mó­wie­nie towa­rzy­sza Edwarda.

Nie wszy­scy jed­nak komu­ni­styczni lide­rzy tarzali się w opa­rach alko­holu.Gomułka pił nie­wiele i nad­uży­wał trun­ków prak­tycz­nie tylko pod­czasimprez syl­we­stro­wych (zawsze czy­sta Wybo­rowa). Zade­kla­ro­wa­nymabs­ty­nen­tem pozo­stał gene­rał Woj­ciech Jaru­zel­ski, co jak na czło­wieka,który życie spę­dził w mun­du­rze, było praw­dzi­wym wyjąt­kiem. Wiel­bi­cie­lemwykwint­nych alko­holi i potraw był nato­miast Cyran­kie­wicz, a u schyłkużycia nad­uży­wał napo­jów wysko­ko­wych rów­nież Bie­rut. Nie uni­kał alko­holuRakow­ski.

Pewne zmiany w oby­cza­jo­wo­ści pol­skich poli­ty­ków zano­to­wano w epocepro­pa­gandy suk­cesu. Sta­ni­sława Gie­rek towa­rzy­szyła mężowi w zagra­nicz­nych podró­żach, poja­wiała się także u jego boku na try­bu­niepod­czas pierw­szo­ma­jo­wych obcho­dów. Prasa publi­ko­wała ich wspólnefoto­gra­fie, a sta­łym ele­men­tem posie­dzeń Biura Poli­tycz­nego byłouty­ski­wa­nie towa­rzy­sza Edwarda, że Sta­sia już dłu­żej nie wytrzymatakiego życia i będzie musiał podać się do dymi­sji.

Czer­wona elita

Komu­ni­ści, obej­mu­jąc rządy z man­datu Kremla, byli dla pol­skiegospo­łe­czeń­stwa ludźmi zupeł­nie ano­ni­mo­wymi. Nie mieli zna­nych nazwisk,przed wojną nie nale­żeli do osób liczą­cych się w poli­tyce. Wła­ści­wietylko nazwi­sko Wandy Wasi­lew­skiej mogło coś Pola­kom powie­dzieć, aleakty­wistka roz­głos zawdzię­czała ojcu, jed­nemu z lide­rów Pol­skiej Par­tiiSocja­li­stycz­nej. Zresztą pozo­stała w Związku Radziec­kim i w skład nowychwładz nie weszła.

W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym Komu­ni­styczna Par­tia Pol­ski dzia­łałanie­le­gal­nie, a jej człon­ków uwa­żano za sowiec­kich agen­tów. Uczci­wiezresztą na taką opi­nię zapra­co­wali, widząc przy­szłość Pol­ski jakointe­gral­nej czę­ści Związku Radziec­kiego. Armia Czer­wona miała zapew­nićzwy­cię­stwo rewo­lu­cji w Euro­pie, a Pol­ska Repu­blika Rad zre­zy­gno­wać z Gór­nego Ślą­ska, Pomo­rza oraz Kre­sów. Człon­ko­wie KPP uwa­żali Zwią­zekSowiecki za swoją ojczy­znę, a próbkę moż­li­wo­ści dali pod­czas wojny 1920roku. Nie bez powodu bia­ło­stocki Tym­cza­sowy Komi­tet Rewo­lu­cyjny Pol­ski z Felik­sem Dzier­żyń­skim i Julia­nem Mar­chlew­skim na czele do dzi­siajuzna­wany jest za syno­nim zdrady naro­do­wej.

W KPP dzia­łali doświad­czeni komu­ni­ści, ale lide­rzy par­tii jed­nak niedocze­kali powsta­nia PRL. U schyłku lat 30. wymor­do­wano ich w ramachsta­li­now­skich czy­stek. Po roz­pra­wie z opo­zy­cją i krwa­wej jatce w armiiprzy­szedł czas na eli­mi­na­cję przy­wód­ców "brat­nich" par­tii. Kolejnowzy­wano do Moskwy i roz­strze­li­wano komu­ni­stów z Jugo­sła­wii, Rumu­nii,Fin­lan­dii, Węgier, a nawet z Korei, Mek­syku czy Iranu. Podobny losspo­tkał dzia­ła­czy KPP (Adolf War­ski, Julian Lesz­czyń­ski "Leń­ski", JózefUnsz­licht, Maria Koszut­ska "Kostrzewa"), par­tia została roz­wią­zana podzarzu­tem współ­pracy z pol­skim wywia­dem.

"Sta­lin był par­szywy i obłudny - mówił Roman Werfel - a jak - podamprzy­kład. Pod Moskwą było osie­dle sta­rych bol­sze­wi­ków, każdy miał takswój wła­sny fiń­ski domek. Sta­lin miał też, wtedy jesz­cze skromny, i obokniego miała Kostrzewa. Wera wła­śnie stała w ogro­dzie i obci­nała róże.Sta­lin pod­szedł do niej i powie­dział: kakije prie­kra­snyje rozy. Tegosamego wie­czora ją zabrali i potem roz­strze­lali, Sta­lin o tym wie­dział.A jed­nak, kiedy w 1944 roku była u niego nasza dele­ga­cja, nagle zapy­tał:U was byli takije umnyje ludi, takaja Wera Kostrzewa, wy nie zna­je­tieczto s niej".

Prze­trwali wyłącz­nie dzia­ła­cze młod­szego poko­le­nia KPP, odsia­du­jącywyroki w pol­skich wię­zie­niach (Alfred Lampe, Bie­rut, Paweł Fin­der,Gomułka). Wło­dzi­mierz Sokor­ski sam zgło­sił się na poli­cję, uwa­ża­jąc, żezasą­dzony wyrok uchroni go od śmierci. Prze­żyli rów­nież ci, któ­rzywal­czyli w woj­nie domo­wej w Hisz­pa­nii (Bole­sław Moło­jec) lub dys­kret­nieomi­jali tery­to­rium "ojczy­zny pro­le­ta­riatu" (Ber­man). Jed­nak żaden z nichnie prze­stał być komu­ni­stą. To ludzie popeł­niali błędy, ale sprawazwy­cię­stwa świa­to­wej rewo­lu­cji była jak naj­bar­dziej słuszna. I wyma­gałaofiar...

Desant ze wschodu

Aż do cza­sów Gierka bio­gra­fie dzia­ła­czy naj­wyż­szego szcze­bla par­tyj­negobyły do sie­bie bliź­nia­czo podobne. Człon­ko­stwo w KPP, pobyt w sana­cyj­nych wię­zie­niach, ucieczka do Sowie­tów, komu­ni­styczny ruch oporulub człon­ko­stwo w Związku Patrio­tów Pol­skich. Wysoko ceniono rów­nieżudział w czer­wo­nej par­ty­zantce, co dosko­nale ilu­struje karieraMie­czy­sława Moczara. Zresztą już sama przy­na­leż­ność do "ludzi z lasu"zapew­niała pro­fity.

"Jeden ze współ­pra­cow­ni­ków Szlach­cica - zauwa­żył z iro­nią Józef Tejchma- wice­mi­ni­ster spraw wewnętrz­nych, został prze­su­nięty do resortuleśnic­twa - był par­ty­zan­tem, więc ma kwa­li­fi­ka­cje".

Po powsta­niu Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Robot­ni­czej bez pro­blemu możnabyło jed­nak odróż­nić daw­nych człon­ków PPS od dzia­ła­czy PPR. Inna sprawa,że kariery socja­li­stów ni­gdy nie dorów­nały osią­gnię­ciom ich nowychpar­tyj­nych kole­gów.

"[Pepe­sowcy] wywo­dzą się z rodzin inte­li­genc­kich bądźdrob­no­miesz­czań­skich - pisał Rakow­ski - w któ­rych dzieci znały to, cosię nazywa kin­dersz­tubą. Dzia­ła­cze pepe­rowcy z reguły pocho­dzą z nizinspo­łecz­nych. [...] Ste­fan Żół­kiew­ski, który wcale nie był, ale pocho­dziz tzw. dobrej rodziny, w wieku sze­ściu lat miał bonę, zaś ja, gdyukoń­czy­łem siódmy rok życia, to ojciec wziął mnie za rękę i poszli­śmypaść krowy".

Cho­ciaż w PPR rów­nież zda­rzali się ludzie z wyż­szym wykształ­ce­niem(Fin­der, Ber­man, Hilary Minc, Julia Bry­sty­gier), to jed­nak prze­wa­żalitowa­rzy­sze z "awansu spo­łecz­nego". Dosko­na­łymi przy­kła­dami były karieryBie­ruta i Gomułki, któ­rzy jako nie­liczni w tym gro­nie wywo­dzili się z pol­skich rodzin. Żydow­skie pocho­dze­nie zamy­kało bowiem drogę donaj­wyż­szych ofi­cjal­nych sta­no­wisk.

Dłu­go­letni pobyt w sowiec­kim raju wyro­bił u więk­szo­ści pol­skichkomu­ni­stów spe­cy­ficzne odru­chy. Żona Minca, Julia, jako redak­tornaczelny Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej wpro­wa­dziła tam oby­czaje wzo­ro­wane nasto­sun­kach w par­tii bol­sze­wi­ków.

"[...] to nie byli komu­ni­ści - uwa­żał Samuel San­dler. - To byliradzieccy ludzie. Oni przy­je­chali z Rosji zde­mo­ra­li­zo­wani, zepsuci.[...] Oni w Związku Radziec­kim prze­ko­nali się, że jeśli chce sięprze­żyć, trzeba być w gangu. Nie uwa­żałem ich za komu­ni­stów".

Po latach Julia Minc nie ukry­wała metod zarzą­dza­nia agen­cją:

"Na początku zresztą pyta­łam każ­dego: czy zga­dza­cie się z nami i czychce­cie, by Pol­ska była socja­li­styczna. Kiedy odpo­wia­dali: tak, moglizostać. [...] Mia­łam takiego jed­nego, który bez prze­rwy pytał, co to zaplan, który się cią­gle prze­kra­cza. Znu­dziło mnie to i go wyrzu­ci­łam, boco to za redak­tor, który nie rozu­mie idei współ­za­wod­nic­twa pracy".

Zapis roz­mowy towa­rzyszki Julii z Teresą Torań­ską jest prze­ra­ża­ją­cymdoku­men­tem. Po kil­ku­dzie­się­ciu latach akty­wistka nie widziała w swoimpostę­po­wa­niu żad­nych błę­dów. A już jej poglądy na miej­sce jed­nostki w histo­rii mogły wzbu­dzić grozę:

"[...] w ban­ko­wo­ści jest debet i kre­dyt. Była więc zwy­cię­ska wojna z faszy­zmem i były złe rze­czy. Zwy­cię­ska wojna jed­nak pokryła całe zło.Zresztą, jak trzeba wybie­rać mię­dzy czło­wie­kiem a par­tią, to wybiera siępar­tię, bo par­tia ma ogólny cel - dobro wielu ludzi, a czło­wiek jesttylko czło­wie­kiem. [...] Par­tia to nie sekta chrze­ści­jań­ska litu­jąca sięnad każda jed­nostką, zapa­trzona w car­stwo nie­bie­skie. Par­tia wal­czy o lep­sze życie dla całej ludz­ko­ści".

Rytu­ały dworu

Komu­ni­ści wpro­wa­dzili wła­sny cere­mo­niał, wzo­ro­wany na roz­wią­za­niachradziec­kich. Nale­żały do nich zasady powi­tań i poże­gnań dele­ga­cjipar­tyj­nych, ofi­cjal­nych wystą­pień, a nawet wypo­czynku waka­cyj­nego.Ludzie pamię­ta­jący czasy Pol­ski Ludo­wej zapewne ni­gdy nie zapo­mną fotosuprzed­sta­wia­ją­cego namiętny poca­łu­nek Breż­niewa z Eri­chem Honec­ke­rem.Powi­ta­nia dzia­ła­czy "brat­nich par­tii" stały się sym­bo­lem epoki na równiz dłu­gimi jesion­kami i czap­kami (oczy­wi­ście sowiec­kiego wzoru). Tejchma,wice­pre­mier i mini­ster w rzą­dach PRL, miał na ten temat wła­sne zda­nie:

"Ostat­nio, jak byłem w Moskwie z Babiu­chem, sym­pa­tyczny, inte­li­gentnyKatu­szew nie ini­cjo­wał cało­wa­nia. Naj­obrzy­dli­wiej całują Mon­go­ło­wie,śli­nią. Naj­dy­skret­niej całują Fran­cuzi. Nie zauwa­ży­łem ni­gdy, by Gomułkacało­wał z prze­ko­na­niem. Śmieszny szcze­gól­nie wyda­wał mi się Cyran­kie­wiczw obję­ciach Breż­niewa. Kliszko infor­mo­wał kie­dyś, że on jako jedynyzostał uca­ło­wany przez Breż­niewa na nara­dzie mię­dzy­na­ro­do­wej w Moskwie".

Człon­ko­wie komu­ni­stycz­nego dworu potra­fili dosko­nale "czy­tać" infor­ma­cjez sytu­acji pozor­nie bez więk­szego zna­cze­nia.

"Ukształ­to­wał się w tej dzie­dzi­nie bogaty dwor­ski rytuał - uwa­żałTejchma. - Liczy się kto żegna i wita, liczy sie ilu przy­cho­dzi nalot­ni­sko. Przy­cho­dzą ci, któ­rzy muszą i ci, któ­rzy chcą się poka­zać,przy­po­mnieć, pod­kre­ślić swoje przy­wią­za­nie do członka kie­row­nic­twa.Ozna­cza to, że na lot­ni­sku można się czę­ściowo zorien­to­wać w róż­nychsym­pa­tiach, wpły­wach, ukła­dach ludzi, na któ­rych się liczy i któ­rzychcą, aby na nich liczono".

Nie­zwy­kle ważne infor­ma­cje przy­no­siła obser­wa­cja warun­ków let­niegowypo­czynku w ośrod­kach rzą­do­wych. Pano­wała ści­sła hie­rar­chia, a naj­więk­szy luk­sus przy­pa­dał aktu­al­nym ulu­bień­com władz.

"W Łań­sku wszystko oce­niało się po zakwa­te­ro­wa­niu - uwa­żała KarynaAndrze­jew­ska, druga żona Jerzego Urbana - czy miał apar­ta­ment, czy tylkopokój z łazienką, czyli ryba­czówkę, czy apar­ta­ment w domu nad samymjezio­rem".

Gor­sza kwa­tera niż w poprzed­nim sezo­nie ozna­czała nie­ła­skę. Bez pro­blemuloka­li­zo­wano upa­da­jące gwiazdy i nowych wybrań­ców for­tuny.

"To były naprawdę dobre ośrodki - wspo­mi­nał Urban. - Były, jak wszyst­kieprzy­wi­leje, zhie­rar­chi­zo­wane, ale ja korzy­sta­łem z naj­wyż­szegostan­dardu, dla samej góry. Miesz­ka­łem na przy­kład w apar­ta­men­tach w Łań­sku, pod­czas gdy jako zwy­kły wice­mi­ni­ster powi­nie­nem dostać miej­sce w poło­żo­nym dwa­na­ście kilo­me­trów dalej hotelu. Pła­ciło się za to wcale niesym­bo­licz­nie, ale porów­nu­jąc stan­dard - względ­nie mało".

Rakow­ski po raz pierw­szy poja­wił się w Łań­sku u boku Cyran­kie­wi­cza.Panu­jący tam kom­fort wpra­wił go w osłu­pie­nie:

"Gie­rek roz­sze­rzył grono osób, które mogą z tego ośrodka korzy­stać.Byłem tam po raz pierw­szy. Zoba­czy­łem nie­mal oazę, przed­sio­nek bądź teżpełny raj. JC [Józef Cyran­kie­wicz - S.K.] mieszka w willi, taraswycho­dzi na prze­piękne jezioro. Willa jest super­luk­su­sowa. Jedze­nie jestnie­sły­cha­nie obfite i wytworne, usłu­gują dwie kel­nerki. Artek [synRakow­skiego - S.K], który był ze mną, poszedł kąpać się do basenu.Obsłu­gi­wano go jak pani­cza z naj­lep­szego domu. Zdu­miony pyta­łem JC, ktoza to wszystko płaci? Pań­stwo? Odpo­wie­dział, że Łańsk. Nie jestemprze­ciw­ni­kiem takich ośrod­ków dla rzą­dzą­cych, ale uwa­żam, że luk­sus,jaki tam panuje jest sta­now­czo za duży. Teraz rozu­miem, dla­czegoczłon­ko­wie Biura Poli­tycz­nego, któ­rzy z niego korzy­stają, tak bar­dzodbają o swoje stołki w Biu­rze. Ina­czej mówiąc, cały sys­tem przy­wi­le­jówprzy­kuwa towa­rzy­szy do foteli".

Opi­nia poli­tyka odbiega od książ­ko­wej rela­cji Ariadny Gie­rek, którabaga­te­li­zuje luk­sus ota­cza­jący pro­mi­nen­tów. Była synowa I sekre­ta­rzazde­cy­do­wa­nie mija się z prawdą, opi­su­jąc tam­tej­szy ośro­dek:

"Luk­sus? Jak w sta­rej leśni­czówce. W drzwiach nie ma zło­tych kla­mek, niepodają tu kre­we­tek ani kawioru, raczej ryby łowione z jeziora. Cisza i spo­kój. Nuda. Spa­cery pod okiem ochrony, sztywne pod­wie­czorki, kola­cje,pokazy zachod­nich fil­mów".

W rze­czy­wi­sto­ści człon­ko­wie elity wła­dzy, aby zacho­wać przy­wi­leje,godzili się ze wszyst­kimi nie­do­god­no­ściami. Nawet z ogra­ni­cze­niami takbar­dzo waż­nymi dla każ­dego męż­czy­zny.

"Zoba­czy­łem się w Ani­nie - zano­to­wał Tejchma - z byłym mini­stremzdro­wia, Ś. [Maria­nem Śli­wiń­skim - S.K.]. Oświad­cza: jak opu­ści­łemrząd, to mi, k..., znowu staje! Sta­łem się nor­mal­nym czło­wie­kiem [...]".

Biesz­czadz­kie eldo­rado

Sto­su­nek pro­mi­nen­tów PRL do dóbr mate­rial­nych przy­po­mi­nał sinu­so­idę. Pookre­sie roz­pa­sa­nia przy­cho­dził czas ascezy, a następ­nie epokakon­sump­cji. Ekipa Bie­ruta zacho­wy­wała się jak stado par­we­niu­szywkra­cza­ją­cych po raz pierw­szy do ele­ganc­kiego świata. Korzy­stano z wszel­kich przy­wi­le­jów wła­dzy, a par­tyj­nych nota­bli tej epoki ota­czałnie­praw­do­po­dobny blichtr. Bie­rut oso­bi­ście miał do swo­jej dys­po­zy­cji ażdzie­sięć (!) kom­for­to­wych rezy­den­cji, a jego naj­bliżsi współ­pra­cow­nicytakże nie odma­wiali sobie niczego. To wów­czas powstało strze­żone osie­dlew Kon­stan­ci­nie pod War­szawą, gdzie lide­rzy PZPR odpo­czy­wali po tru­dachpracy. Julia Minc nie ukry­wała, że każdy z towa­rzy­szy miał do dys­po­zy­cjiwła­sną willę, a na zamknię­tym par­tyj­nym osie­dlu był "klub, sto­łówka i kucharz". Kiedy chciało się obej­rzeć film (nie­ko­niecz­nie radziecki), popro­stu "dzwo­niło się i przy­jeż­dżali. Zawie­szali ekran i się oglą­dało".Na wszelki wypa­dek, gdyby wystą­piły róż­nice zdań w dobo­rze reper­tu­aru,dru­gie kino "było w klu­bie". O takich dodat­kach jak wła­sne kraw­cowe,fry­zje­rzy czy leka­rze nie warto było nawet wspo­mi­nać. Podob­nie jak o peł­nym utrzy­ma­niu na koszt pań­stwa.

Po śmierci Bie­ruta przy­szły czasy asce­tycz­nego Gomułki, gdzie wła­ści­wietylko Cyran­kie­wicz z przy­wi­le­jów swo­jego sta­no­wi­ska korzy­stał w pełni.Ale nawet on musiał się kamu­flo­wać przed towa­rzy­szem Wie­sła­wem, którypotra­fił go publicz­nie wyzy­wać od "łysych chu­jów". Po oszczęd­nym aż dośmiesz­no­ści I sekre­ta­rzu nastą­piła epoka pro­pa­gandy suk­cesu i nie­skrę­po­wa­nej kon­sump­cji. Towa­rzysz Edward roz­sze­rzył dostęp­nośćprzy­wi­le­jów, uwa­ża­jąc, że zapewni mu to szer­sze popar­cie apa­ratupar­tyj­nego. Ale kry­zys schyłku lat 70. i upa­dek ekipy Gierka wymu­siłyoszczęd­no­ści. A gene­rał Jaru­zel­ski był czło­wie­kiem bez więk­szych potrzebmate­rial­nych.

Elitę wła­dzy PRL łączyło upodo­ba­nie do polo­wań. Zapa­lo­nym myśli­wym byłBie­rut, korzy­sta­jący głów­nie z tere­nów w oko­li­cach Łań­ska. Towa­rzyszTomasz lubił przy tym pozo­wać na wiel­bi­ciela natury i foto­gra­fo­wał się z ulu­bioną sarenką. Jed­nak praw­dziwą modę na łowiec­two w bloku wschod­nimwpro­wa­dził dopiero Breż­niew, ale pol­scy gospo­da­rze za wizy­tamisowiec­kich nota­bli nie prze­pa­dali. Oby­czaje panu­jące za wschod­niągra­nicą nie miały wiele wspól­nego z etyką łowiec­twa, ale gościom trudnobyło coś narzu­cić, a o ich wypro­sze­niu w ogóle nie było mowy.

U schyłku lat 60. w Biesz­cza­dach roz­po­częto budowę OśrodkaWypo­czyn­ko­wego Rady Mini­strów w Arła­mo­wie. Inwe­sty­cję nazwano W-2 (W-1ozna­czał Łańsk). Obiekt obej­mo­wał ogro­dzony obszar o powierzchnitrzy­dzie­stu tysięcy hek­ta­rów, a przy­le­gało do niego następneczter­dzie­ści tysięcy. To dwu­krotna powierzch­nia Malty i o połowę wię­cejniż teren dzi­siej­szej War­szawy!

Ośro­dek oto­czono pło­tem o dłu­go­ści stu dwu­dzie­stu kilo­me­trów, w któ­rymzlo­ka­li­zo­wano pochyl­nie umoż­li­wia­jące dostęp zwie­rzyny. Oczy­wi­ście terenbył pil­nie strze­żony, nikt nie mógł się tam poja­wić bez spe­cjal­negozezwo­le­nia, a ochronę zapew­niały jed­nostki MSW.

Na tere­nie kom­pleksu powstał luk­su­sowy hotel dla par­tyj­nych nota­bli,nie­ba­wem zresztą uznano, że Arła­mów jest jed­nak zbyt... mały i w 1973 rokudołą­czono do niego ośro­dek w pobli­skiej Trójcy. W eks­pre­so­wym tem­piezbu­do­wano drew­niane wille w zako­piań­skim stylu, a inwe­sty­cję pro­wa­dzonometo­dami cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla epoki.

"W Trójcy - wspo­mi­nał kie­row­nik budowy Witold Augu­styn - od początkupro­wa­dzono budow­laną par­ty­zantkę. Wszystko musiało być zro­bione nawczo­raj. [...] Dowo­żone świerki, z któ­rych cie­kła woda, natych­miastprze­cie­rano i sta­wiano z nich ściany, co było kar­dy­nal­nym błę­dem.Skut­kiem tego wysy­cha­jące płazy ścienne wykrę­cało w różne strony.Kosz­to­wało to masę pie­nię­dzy, lecz kto wtedy z decy­den­tów liczył się z publicz­nymi pie­niędzmi?".

Stropy ukła­dano ze spe­cjal­nie dobie­ra­nych desek modrze­wio­wych, gdyż"pre­mier Jaro­sze­wicz uwiel­biał modrzew, ale bez sęków". Aby zapew­nićstałe dostawy prądu (ze względu na warunki pogo­dowe w Biesz­cza­dachczę­sto zda­rzały się awa­rie), zbu­do­wano elek­trow­nię o mocy stupięć­dzie­się­ciu kilo­wa­tów, a na tere­nie daw­nej wsi Krajna powstałobeto­nowe lot­ni­sko.

Arła­mów stał się dla komu­ni­stycz­nych nota­bli praw­dzi­wym myśliw­skimeldo­rado. Nie tylko zresztą dla nich, polo­wali tam rów­nież szach Iranu,król Bel­gii oraz pre­zy­dent Fran­cji.

Pobyt umi­lała gościom góral­ska kapela, tań­czył zespół ośmiu dziew­cząt z Pod­hala. Nie­stety, popisy taneczne nie trwały długo, tan­cerki za bar­dzopodo­bały się mło­dym funk­cjo­na­riu­szom Biura Ochrony Rządu. W efek­cie całaósemka nie­mal jed­no­cze­śnie zaszła w ciążę i na tym zakoń­czyłapod­ha­lań­skie tańce w Arła­mo­wie...

Za naj­więk­szego miło­śnika biesz­czadz­kich łowów ucho­dził Jaro­sze­wicz.Zawsze wychwa­lał wyż­szość miej­sco­wego jele­nia nad mazur­skim, alepraw­dziwą ambi­cją pre­miera stało się upo­lo­wa­nie niedź­wie­dzia. Gatu­nekbył w Pol­sce praw­nie chro­niony, jed­nak wyda­wano zezwo­le­nia na odstrzałpoje­dyn­czych osob­ni­ków, powo­du­ją­cych szkody w gospo­dar­stwach. Oczy­wi­ściezda­rzały się nad­uży­cia i prze­pisy nagi­nano, aby par­tyj­nym bon­zomzapew­nić roz­rywkę.

Szef rządu na niedź­wie­dzia zasa­dzał się trzy­krot­nie. Jesz­cze jakowice­pre­mier postrze­lił potęż­nego misia w łapę, ale ranne zwie­rzęwymknęło się tro­pią­cym, prze­cho­dząc na sowiecką stronę. Trzy latapóź­niej padło ofiarą miej­sco­wych myśli­wych, a roz­po­znano je po nie­malurwa­nej przed­niej koń­czy­nie. Wio­sną 1967 roku Jaro­sze­wicz zasa­dził sięna niedź­wie­dzia wspól­nie z nad­le­śni­czym Wła­dy­sła­wem Peperą. Pano­wiestrze­lili rów­no­cze­śnie, niedź­wiedź padł, ale oka­zało się, że zwie­rzępowa­lił pocisk leśnika. Suk­ces przy­nio­sło dopiero trze­cie polo­wa­nie,kiedy pre­mie­rowi towa­rzy­szył zarządca Arła­mowa, puł­kow­nik Kazi­mierzDosko­czyń­ski. Niedź­wiedź ważył nie­mal czte­ry­sta kilo­gra­mów.

Łowiec­kie ambi­cje komu­ni­stycz­nych pro­mi­nen­tów wywo­ły­wały naj­dziw­niej­szeplotki, nie­ma­jące nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Wpraw­dzie polo­wanodużo i czę­sto, ale nie masa­kro­wano zwie­rzyny ze śmi­głow­ców za pomocąbroni maszy­no­wej, jak szep­tano w kraju. Bar­dziej praw­do­po­dobna jesthisto­ria opo­wia­da­jąca o spo­so­bach roz­ła­do­wy­wa­nia chan­dry przezpuł­kow­nika Dosko­czyń­skiego:

"Lubił zwłasz­cza [polo­wa­nia] na lisy - opo­wia­dał Zdzi­sław Cichow­ski -ale był zbyt otyły i leniwy, żeby wysia­dać z auta. Słu­ży­łem mu zapod­pórkę. Uchy­la­łem szybę, kła­dłem głowę na kie­row­nicy, a on opie­rałlufę o mój kark i strze­lał. I jesz­cze się przy tym śmiał, ostrze­ga­jąc,bym się nie ruszał, bo może spu­dło­wać i ustrze­lić mi mój łeb. A podsie­dze­niem leżała meta­lowa rurka. Jak stary zra­nił lisa i ten nie mógłucie­kać, to mia­łem iść z tą rurką i wpraw­nym ude­rze­niem skró­cićzwie­rzę­ciu męki. Potem te lisy tra­fiały do gar­barni w Arła­mo­wie".

Dosko­czyń­ski był daw­nym ochro­nia­rzem Bie­ruta, ciężko ran­nym pod­czaszama­chu na pryn­cy­pała (rany głowy i pod­brzu­sza, praw­do­po­dob­nieucier­piała męskość ofi­cera). Za zasługi został sze­fem ośrodka w Łań­sku,a następ­nie prze­nie­siono go do Arła­mowa. W Biesz­cza­dach zacho­wy­wał sięjak udzielny książę, to on nad­zo­ro­wał roz­rywki pro­mi­nen­tów. Bywałagre­sywny, nie liczył się z pod­wład­nymi, ale dbał o powie­rzony mu teren.

A na brak par­tyj­nych gości zarządca ni­gdy nie narze­kał. I cho­ciaż w epoce Gierka nota­ble spę­dzali święta na ogół w Łań­sku, to raz na BożeNaro­dze­nie poja­wili się w Biesz­cza­dach. Jak przy­się­gali naoczniświad­ko­wie, Gie­rek i Jaro­sze­wicz podzie­lili się z rodzi­nami opłat­kiem, a potem wspól­nie kolę­do­wali (cho­ciaż na co dzień dekla­ro­wali ate­izm). Alejak zauwa­żył z nostal­gią Tejchma, wśród par­tyj­nych dygni­ta­rzy nie był towcale wyją­tek:

"Po zjeź­dzie są święta. Po świę­tach Nowy Rok. Po Nowym Roku TrzechKróli. Lubimy to wszystko, choć jeste­śmy tak zwa­nymi komu­ni­stami".

Zresztą Gie­rek i jego ekipa daleko ode­szli od walki z reli­gią, a szu­ka­jąc popu­lar­no­ści, pogo­dzili się z domi­nu­jącą pozy­cją Kościołakato­lic­kiego. Wła­dze kon­flik­tów z ducho­wień­stwem zde­cy­do­wa­nie uni­kały,cho­ciaż zde­rze­nie odmien­nych świa­to­po­glą­dów przy­no­siło cza­samihumo­ry­styczne efekty. Tejchma jako mini­ster kul­tury zamó­wił kie­dyś u sędzi­wej artystki wiej­skiej obraz przed­sta­wia­jący Wło­dzi­mie­rza Lenina.Twór­czość ludową wła­dza musiała prze­cież popie­rać:

"Jedna ze sta­rych mala­rek popro­szona została o nama­lo­wa­nie cze­goś natemat Lenina. Nie wie­działa, o co cho­dzi. Po wyja­śnie­niu zro­zu­miała, żecho­dzi o dobrego czło­wieka, i nama­lo­wała Lenina modlą­cego się do MatkiBoskiej".

Wszyst­kie cytaty źró­dłowe w książce przy­ta­czane są w brzmie­niu ory­gi­nal­nym. Zacho­wano ich pier­wotną inter­punk­cję oraz sty­li­stykę, nawet kosz­tem popraw­no­ści w zapi­sie. W nie­któ­rych frag­men­tach doko­nano jedy­nie skró­tów i wsta­wiono obja­śnie­nia odau­tor­skie (- S.K.), rza­dziej odre­dak­tor­skie (- red.). [wróć]

Roz­dział II

Ulu­bie­nica Sta­lina

Prawdy i legendy o Wan­dzie Wasi­lew­skiej

Zapewne o żad­nej kobie­cie zali­cza­nej do elity wła­dzy wcze­snego PRL niekrą­żyło tyle sprzecz­nych infor­ma­cji, co o Wan­dzie Wasi­lew­skiej.Opo­wia­dano o niej różne histo­rie, a rze­czy­wi­ste wyda­rze­nia mie­szały sięz pro­pa­gandą i pomó­wie­niami. Zawsze miała i do dzi­siaj ma zaja­dłychprze­ciw­ni­ków, zarzu­ca­ją­cych jej zdradę i repre­zen­to­wa­nie sowiec­kiejracji stanu. Prawda jest jed­nak bar­dziej skom­pli­ko­wana, a rolą histo­rykajest przed­sta­wia­nie fak­tów. Ocena nato­miast należy wyłącz­nie doczy­tel­ni­ków.

Jej bio­gra­fia zawiera prze­kła­ma­nia, któ­rych auto­rami byli zarównozwo­len­nicy, jak i prze­ciw­nicy prze­wod­ni­czą­cej Związku Patrio­tówPol­skich. Nie bez winy pozo­sta­wała rów­nież sama zain­te­re­so­wana, bezskru­pu­łów ubar­wia­jąca wła­sny życio­rys. Zmiany w nim miały jed­nak podobnycel, bez względu na orien­ta­cję poli­tyczną auto­rów. Miały ją przed­sta­wićjako osobę, która spra­wie komu­ni­zmu i sowie­ty­za­cji Pol­ski poświę­ciłażycie. Histo­rii nie można jed­nak opi­sy­wać wyłącz­nie w skraj­nych bar­wach,a ta dzia­łaczka wymyka się jed­no­znacz­nej oce­nie.

Uro­dziła się w stycz­niu 1905 roku w Kra­ko­wie, była córką LeonaWasi­lew­skiego i Wandy Zie­le­niew­skiej. Wbrew obie­go­wej opi­nii jej ojcemchrzest­nym nie był Józef Pił­sud­ski, a do chrztu poda­wał ją AndrzejStrug. Uro­czy­stość odbyła się zresztą dopiero w 1918 roku, kiedy Wandamiała trzy­na­ście lat. Rodzice nale­żeli do Pol­skiej Par­tiiSocja­li­stycz­nej, a w pierw­szym rzą­dzie odro­dzo­nej Pol­ski Leon Wasi­lew­skiotrzy­mał tekę mini­stra spraw zagra­nicz­nych. Następ­nie peł­nił funk­cjęposła w Esto­nii, wziął rów­nież udział w roko­wa­niach w Rydze koń­czą­cychwojnę pol­sko-bol­sze­wicką. Jako zwo­len­nik fede­ra­cyj­nych kon­cep­cjiPił­sud­skiego pro­po­no­wał wów­czas włą­cze­nie w gra­nice Pol­ski Miń­ska.

Drogi Wasi­lew­skiego i Komen­danta roze­szły się po prze­wro­cie majo­wym -ojciec Wandy pozo­stał wierny PPS i lewi­co­wej ide­olo­gii. Na zawsze jed­nakzacho­wał dla Mar­szałka podziw i uzna­nie, czego dowo­dem była książkaPił­sud­ski jakim go zna­łem.

Intry­gu­ją­cym epi­zo­dem bio­gra­fii Wasi­lew­skiego jest jego zaan­ga­żo­wa­nie w dzia­łal­ność pro­me­tej­czy­ków. Ten zapo­mniany już ruch inte­lek­tu­alny i poli­tyczny sta­wiał sobie za cel destruk­cję ZSRR od wewnątrz.Komu­ni­styczne impe­rium miało ulec zagła­dzie wtedy, gdy narody znie­wo­loneprzez bol­sze­wi­ków ogło­si­łyby nie­pod­le­głość. Histo­ria bywa jed­nakprze­wrotna, Leon Wasi­lew­ski dążył do znisz­cze­nia ZSRR, nato­miast jegocórka stała się z cza­sem gor­liwą zwo­len­niczką włą­cze­nia Pol­ski w składsowiec­kiego impe­rium.

Wanda roz­po­częła dzia­łal­ność w PPS wcze­śnie, w rodzin­nym domu poznałazresztą naj­waż­niej­szych lide­rów par­tii. Była ona stron­nic­twem lewi­co­wym,jed­nak w cza­sach II Rze­czy­po­spo­li­tej nie miała nic wspól­nego z komu­ni­zmem czy Związ­kiem Radziec­kim. Lide­rzy par­tii stali na grun­ciepol­skiego patrio­ty­zmu, uwa­ża­jąc Sowie­tów za naj­więk­szych wro­gównie­pod­le­gło­ści kraju.

Podobne poglądy repre­zen­to­wała młoda Wasi­lew­ska, cho­ciaż jej radzieccybio­gra­fo­wie bez skru­pu­łów fał­szo­wali jej życio­rys. Z lubo­ścią opi­sy­wanonie­dolę dziew­czynki pod­czas I wojny świa­to­wej, kiedy to wraz z babkąmusiała, rze­komo z głodu, opu­ścić rodzinny Kra­ków. Dzie­się­cio­let­niadziew­czynka ucie­kła na wieś i tam "pra­co­wała w polu i w ogro­dzie, pasałabydło". Pol­skie opisy nie zawie­rały podob­nych rewe­la­cji, zbyt wieluludzi pamię­tało rodzinę Wasi­lew­skich.

Nie wytrzy­muje rów­nież kry­tyki rze­kome roz­cza­ro­wa­nie Wasi­lew­skiejodro­dzoną ojczy­zną. W 1918 roku liczyła nie­wiele ponad trzy­na­ście lat i trudno uwie­rzyć, aby na sto­sunki spo­łeczno-poli­tyczne w kraju patrzyłareal­nie. Przez dłu­gie lata zresztą nic nie wska­zy­wało na to, że zbliżysię do komu­ni­stów. Komu­ni­styczna Par­tia Pol­ski wege­to­wała na obrze­żachpoli­tyki, a po woj­nie z bol­sze­wi­kami jej człon­ków uzna­wano za agen­tówKremla. Co było zgodne z prawdą, albo­wiem dzia­ła­cze KPP marzyli nietylko o rewo­lu­cji spo­łecz­nej, lecz także o włą­cze­niu naszego kraju doRepu­bliki Rad.

Roman Szy­mań­ski

W 1923 roku Wanda roz­po­częła stu­dia na Wydziale Polo­ni­styki Uni­wer­sy­tetuJagiel­loń­skiego. Kilka lat póź­niej obro­niła dok­to­rat, a pod­czas naukiwstą­piła w sze­regi Sek­cji Aka­de­mic­kiej PPS.

"Żad­nych inkli­na­cji - pisał Adam Cioł­kosz - w kie­runku komu­ni­zmu czyRosji Sowiec­kiej młoda Wasi­lew­ska nie miała. Gdy w 1923 roku na zjeź­dzieZwiązku Nie­za­leż­nej Mło­dzieży Socja­li­stycz­nej komu­ni­ści doko­nali roz­łamui zało­żyli "Życie" - nie miała wąt­pli­wo­ści. Trzy­mała się PPS-owców".

W tym cza­sie poznała stu­denta mate­ma­tyki, Romana Szy­mań­skiego. Był synemrobot­nika kole­jo­wego z Tuchowa. Uwa­żano go za "czło­wieka prze­mi­łego, o nie­wy­czer­pa­nych zaso­bach pogody i weso­ło­ści". Posia­dał rów­nież bar­dzoważną dla dzia­łal­no­ści par­tyj­nej cechę - był nie­zwy­kle towa­rzy­ski i komu­ni­ka­tywny, dys­po­no­wał także "nie­prze­braną zna­jo­mo­ścią róż­nych pie­śniludo­wych, robot­ni­czych, żoł­nier­skich".

Szy­mań­ski stu­dio­wał z pro­ble­mami, musiał bowiem jed­no­cze­śnie zara­biać nażycie. Nie prze­szka­dzało mu to jed­nak w dzia­łal­no­ści w PPS, uzna­wano goza "dobrego mówcę, mają­cego wielki wpływ na mło­dzież".

Wasi­lew­ska wyszła za niego, mał­żeń­stwo ucho­dziło za udane, a Roman byłchyba jedy­nym mężem dorów­nu­ją­cym jej inte­lek­tu­al­nie. Na świat przy­szłacórka, Ewa. Nie­stety w 1931 roku wyda­rzyło się nie­szczę­ście. Mążzacho­ro­wał na tyfus i zmarł, a jego następcy byli już ludźmi zupeł­nieinnej kate­go­rii.

W póź­niej­szych latach pierw­szego męża Wanda wykre­śliła z życio­rysunie­mal cał­ko­wi­cie. Uznała go za kogoś zbęd­nego, zapewne ze względu najego socja­li­styczną dzia­łal­ność. Czło­wiek, który nie zdą­żył nawró­cić sięna komu­nizm, nie był jej potrzebny, i nawet córka uży­wała nazwi­skamatki.

Po jego śmierci zmie­niła ocze­ki­wa­nia wobec męż­czyzn, szu­kała part­ne­rów,nad któ­rymi mogła góro­wać umy­słowo.

"Było coś nie­nor­mal­nego w jej dobie­ra­niu sobie męż­czyzn - uwa­żał AdamCioł­kosz - musiała mieć męż­czyzn nie­do­ra­sta­ją­cych do niejinte­lek­tu­al­nie. Sama zwie­rzała się, że potrafi kochać tylko męż­czyznniżej od niej sto­ją­cych. Była do nich przy­wią­zana i o nich zazdro­sna,miała w tym zakre­sie "instynkt posia­da­cza". Kochała ich na swój spo­sób.Byli nie­odzowni, ale nie byli naj­waż­niejsi w jej życiu".

Inna sprawa, że ni­gdy wła­ści­wie nie była sama, zawsze był ktoś u jejboku. Zapewne nie bez powodu okre­ślano ją jako kobietę "łasą namęż­czyzn"...

Obli­cze dnia

Kolejny part­ner rów­nież pocho­dził ze śro­do­wisk PPS, ale zde­cy­do­wa­nieodróż­niał się od poprzed­nika. Marian Bogatko był robot­ni­kiem murar­skim,a w par­tii prze­po­wia­dano mu poważną karierę. Poznali się w roman­tycz­nychoko­licz­no­ściach: pod­czas spływu kaja­ko­wego Bogatko ura­to­wał Wan­dzieżycie.

"Było to jesie­nią 1931 roku - wspo­mi­nała Zofia Woź­nicka, młod­sza sio­straakty­wistki. - Dostali się w nie­bez­pieczne miej­sce pod Tyń­cem, kajak sięprze­wró­cił i Wanda, dość słabo pły­wa­jąca, zaczęła tonąć. Marian z nara­że­niem wła­snego życia wyra­to­wał ją z opre­sji. Było to dla nichwiel­kie prze­ży­cie".

Zamiesz­kali razem, ale nie wzięli ślubu, uwa­ża­jąc for­malne więzy za"tchó­rzow­skie ustęp­stwo plot­ka­rzom". Wasi­lew­ska spor­tre­to­wała part­nera w swo­jej pierw­szej powie­ści (Obli­cze dnia), przy­zna­jąc, że Ana­tol,główny boha­ter utworu, był "bez­wstyd­nie wzo­ro­wany na Maria­nie".

"[...] fan­ta­styczny atleta, piękny rze­czy­wi­ście chło­pak - opi­sy­wałBogatkę Alek­san­der Wat - do tańca i do różańca. Bar­dzo inte­li­gentny,bystry, z poczu­ciem humoru, sza­le­nie wesoły, silny chłop".

Kry­tycy przy­jęli powieść z mie­sza­nymi uczu­ciami, autorce zarzu­conospłasz­cza­nie psy­cho­lo­gii postaci. Bojow­nicy o wol­ność spo­łeczną bylipiękni i szla­chetni, nato­miast ich anta­go­ni­ści repre­zen­to­wali naj­gor­szecechy. To miało zresztą pozo­stać cha­rak­te­ry­styczną cechą jej twór­czo­ści:na kar­tach swo­ich utwo­rów przed­sta­wiała świat wyłącz­nie w czarno-bia­łychbar­wach.

Powie­ściowy debiut dzia­łaczki wzbu­dził czuj­ność cen­zury, wpraw­dziewcze­śniej Obli­cze dnia dru­ko­wano bez skre­śleń w lewi­co­wym piśmie"Naprzód", ale edy­cja książ­kowa była czymś znacz­nie poważ­niej­szym.Wstrzy­mano druk utworu, ale przy­datne oka­zały się zna­jo­mo­ści ojca Wandy.Towa­rzysz Leon miał swoje wpływy i kon­takty, w efek­cie okro­jona o zakwe­stio­no­wane frag­menty powieść uka­zała się na rynku. A nie­ba­wem jejprze­kład wydano w ZSRR (w nakła­dzie dzie­się­ciu tysięcy egzem­pla­rzy) i wła­dze sowiec­kie zwró­ciły na pisarkę uwagę.

Wyko­rzy­sty­wała wpływy ojca, ale coraz bar­dziej róż­nili się poglą­dami.Podobno, aby osta­tecz­nie nie zry­wać kon­tak­tów, zaprze­stali dys­ku­sjipoli­tycz­nych, cho­ciaż nale­żeli do tej samej par­tii! Pod­czas posie­dzeńRady Naczel­nej PPS zwra­cała się do ojca "towa­rzy­szu Wasi­lew­ski", a w trak­cie publicz­nych spo­tkań nie odzy­wali się do sie­bie. Leon ota­czał jąjed­nak dys­kretną ochroną; powszech­nie znana była jako córka zasłu­żo­negodzia­ła­cza PPS.

Mimo to ojciec nie wszystko mógł zała­twić. Wanda pra­co­wała w kra­kow­skiejszkole śred­niej, ale wła­dze pla­cówki uznały, że lewi­cu­jąca nauczy­cielkajest osobą nie­po­żą­daną. Nie prze­dłu­żono umowy na kolejny rok i zna­la­złasię bez pracy.

Pro­blemy miał rów­nież Bogatko. Trwał wielki kry­zys, a on był jed­nym z orga­ni­za­to­rów strajku kra­kow­skich robot­ni­ków budow­la­nych. A kto w trud­nych cza­sach chciałby zatrud­niać kło­po­tli­wego pra­cow­nika? W efek­cieoboje prze­nie­śli się do War­szawy.

Po raz kolejny przy­dały się konek­sje towa­rzy­sza Leona i Wasi­lew­skazna­la­zła zatrud­nie­nie w Dziale Wydaw­ni­czym Związku Nauczy­ciel­stwaPol­skiego. Pra­co­wała w redak­cji "Pło­myka" i "Pło­myczka", nazwi­sko ojcaotwie­rało jed­nak wiele drzwi, a Wanda nie miała skru­pu­łów, żeby towyko­rzy­sty­wać.

Poznała wów­czas kobietę, która z cza­sem stała się jej naj­bliż­sząprzy­ja­ciółką. Janina Bro­niew­ska, żona rewo­lu­cyj­nego poety, rów­nieżpra­co­wała w ZNP i panie wyjąt­kowo przy­pa­dły sobie do gustu. Bro­niew­skamiała od Wandy rady­kal­niej­sze poglądy i wywie­rała na kole­żankę znacznywpływ.

Tym­cza­sem Bogatko, zamiesz­kaw­szy w sto­licy, nie powró­cił już do zawodu,odnaj­du­jąc się w roli męż­czy­zny lewi­co­wej pisarki i publi­cystki.

"Bogatko zde­kla­so­wał się - wspo­mi­nał Cioł­kosz - i w ogóle prze­stałpra­co­wać. Zaj­mo­wał się domem, asy­sto­wał swej żonie w śro­do­wi­skach lewicylite­rac­kiej, w pocho­dach 1 Maja cho­dził z grupą lite­ra­tów i dzien­ni­ka­rzy, nie z robot­ni­kami budow­la­nymi; prze­szedł na miesz­czań­skispo­sób życia i w niczym już nie zapo­wia­dał sobą Ana­tola - pło­mień i miecz rewo­lu­cji".

Wasi­lew­ska została człon­kiem Mię­dzy­na­ro­do­wej Orga­ni­za­cji PomocyRewo­lu­cjo­ni­stom i roz­po­częła współ­pracę z pisem­kami komu­ni­stycz­nymi.Jedno z nich ("Obli­cze dnia") wzięło nawet nazwę od jej powie­ści. W marcu 1936 roku wywo­łała gło­śny skan­dal zwią­zany z wyda­niem numeru"Pło­myka" poświę­co­nego Związ­kowi Radziec­kiemu. W kolej­nych nume­rachprzed­sta­wiano różne kraje świata, ale tym razem tema­tyka oka­zała sięwyjąt­kowo kon­tro­wer­syjna. Wan­dzie zarzu­cono agi­ta­cję komu­ni­styczną, w Sej­mie zaata­ko­wał ją pre­mier Feli­cjan Sła­woj Skład­kow­ski, kry­ty­ko­wałaendecka prasa. Wyda­nie skon­fi­sko­wano, a dzia­łal­ność zarządu ZNPzawie­szono, wpro­wa­dza­jąc kura­tora. Nauczy­ciele odpo­wie­dzielijed­no­dnio­wym straj­kiem, urzą­dzono rów­nież pochód na Bel­we­der, wrę­cza­jącpety­cję wdo­wie po Pił­sud­skim. Ale Wanda stra­ciła pracę.

W tym okre­sie nie była to jej jedyna eks­tra­wa­gan­cja. Dwa mie­siącepóź­niej współ­or­ga­ni­zo­wała Kon­gres Pra­cow­ni­ków Kul­tury we Lwo­wie.Zało­że­nia były szla­chetne - walka inte­lek­tu­ali­stów z nara­sta­ją­cymzagro­że­niem ze strony faszy­zmu, ale w prak­tyce orga­ni­za­to­rzy reali­zo­walipole­ce­nia z Moskwy. Nie wszy­scy zda­wali sobie z tego sprawę, bowiem obokzade­kla­ro­wa­nych zwo­len­ni­ków Kremla w obra­dach wzięli udział inte­li­gencinie­zwią­zani z komu­ni­stami, a Maria Dąbrow­ska i Leon Schil­ler przy­słalilisty. Nie zapro­szono jed­nak Juliana Tuwima, Anto­niego Sło­nim­skiego czyTade­usza Boya-Żeleń­skiego.

Orga­ni­za­to­rzy miej­sce obrad wybrali dobrze. Lwów był sil­nym ośrod­kiemagi­ta­cji komu­ni­stycz­nej, nie­ba­wem zresztą posie­dze­nia zdo­mi­no­wali agencimoskiew­scy. Wzno­szono okrzyki na cześć "czer­wo­nego Lwowa", nazakoń­cze­nie odśpie­wano Mię­dzy­na­ro­dówkę i zapo­wie­dziano bli­skiespo­tka­nie w "czer­wo­nej War­sza­wie".

"Można więc - iro­ni­zo­wał Sło­nim­ski - w gma­chu teatru miej­skiego weLwo­wie, za pozwo­le­niem władz pol­skich, pro­te­sto­wać prze­ciw "obo­zomkon­cen­tra­cyj­nym" i "bru­tal­nemu ter­ro­rowi poli­tycz­nemu", ale nie wartonawet wspo­mnieć, że w Sowie­tach są też "obozy kon­cen­tra­cyjne" i "bru­talny ter­ror poli­tyczny". Jeśli jedną z zasad­ni­czych postaw kul­turyma być tole­ran­cja i wol­ność, zjazd lwow­ski był dość lichą i przy­krąparo­dią".

W tym cza­sie Wanda była już żoną Bogatki, mał­żeń­stwo zawarli, sta­ra­jącsię o wizę na wyjazd do ZSRR. Pobrali się w obrządku kal­wiń­skim, nieukry­wa­jąc przed pasto­rem, że to wyłącz­nie for­mal­ność.

"Gdy popro­sił o jakieś oświad­cze­nie cha­rak­teru reli­gij­nego - wspo­mi­nałaWasi­lew­ska - a nam bar­dzo się spie­szyło, roz­ło­ścił się i w końcuziry­to­wany zapy­tał: nie rozu­miem, o co pań­stwu cho­dzi - o ślub czy o papiery? Odpo­wie­dzia­łam, że o papie­rek. Wtedy zre­zy­gno­wał zewszyst­kiego, był na nas śmier­tel­nie obra­żony, ale doku­ment ślubu namwydał, a całą cere­mo­nię ogra­ni­czył do jakichś skró­co­nych obrzę­dów".

Sta­ra­nia o wizę popie­rał Leon Wasi­lew­ski, uwa­ża­jąc, że podróż po krajureal­nego komu­ni­zmu pozbawi córkę złu­dzeń. Nie­stety, tym razem jegowpływy nie wystar­czyły, cho­ciaż z per­spek­tywy lat wydaje się, że jej nicjuż nie mogło zatrzy­mać. Pozo­sta­wała odporna na argu­menty, usu­wa­jąc ześwia­do­mo­ści wszystko, co do jej wizji świata nie paso­wało. Nawet jeżeliozna­czało to igno­ro­wa­nie zbrodni na milio­nach ludzi. A ojciec nie­ba­wemzmarł i nie było już żad­nego czło­wieka, z któ­rego zda­niem się liczyła.

Do Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski wpraw­dzie nie wstą­piła, ale nawią­załabli­żej nie­okre­ślone kon­takty z amba­sadą radziecką.

"W 1936 roku - wspo­mi­nała po latach - było u mnie kru­cho z forsą, kilkarazy amba­sada poma­gała mi. To się nazy­wało, że dają hono­ra­ria zaprze­kłady moich ksią­żek".

Sowieci nie zwy­kli przej­mo­wać się takimi dro­bia­zgami jak prawaautor­skie, ale Wanda nie prze­szła jesz­cze na żołd moskiew­ski. Sta­rałasię wie­rzyć, że Rosja­nie wypła­cają jej hono­ra­ria, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści powoli przy­go­to­wy­wali sobie grunt na przy­szłość.

Pie­nią­dze od Sowie­tów były tym waż­niej­sze, że w ostat­nich latach przedwybu­chem wojny Wasi­lew­ska utrzy­my­wała się wyłącz­nie z pióra. Pol­skienakłady jej ksią­żek były jed­nak nie­wiel­kie, powszech­nie oce­niano, że niema więk­szego talentu. Nato­miast edy­cje za wschod­nią gra­nicą robiływra­że­nie.

Reali­zo­wała się rów­nież w pracy spo­łecz­nej i na tym polu miała fak­tyczneosią­gnię­cia. Była peda­go­giem z zami­ło­wa­nia, a pomoc potrze­bu­ją­cymwpi­sy­wała się w jej lewi­cową ide­olo­gię. Poza tym naprawdę lubiła dzieci.

"Przy­je­chała z Alek­san­drem For­dem do Mie­dze­szyna - opo­wia­dał MarekEdel­man - do sana­to­rium imie­nia Medema, żeby krę­cić film o sana­to­rium.Były tam dzieci straj­ku­ją­cych gór­ni­ków i ona nad­zwy­czaj­nie potra­fiła sięnimi zająć. Była naprawdę zna­ko­mita, nikt, kto miał z nią stycz­ność,zwłasz­cza z jej dzia­łal­no­ścią spo­łeczną, nie mówił o niej źle".

Zde­cy­do­wa­nie gor­sze zda­nie mieli o niej nato­miast kole­dzy z PPS.Prze­pa­dła w kolej­nych wybo­rach do Rady Naczel­nej i nie mogła odna­leźćwła­snej drogi. Do KPP nie mogła już wstą­pić - na pole­ce­nie Kremla par­tiakomu­ni­styczna została roz­wią­zana, a jej przy­wódcy roz­strze­lani w ZSRR.Nie­ba­wem jed­nak wszystko zmie­nić miała wojna.

W sowiec­kim Lwo­wie

Po nie­miec­kiej agre­sji Wasi­lew­ska, podob­nie jak setki tysięcy Pola­ków,ruszyła na wschód. Zarzu­cano jej, że pla­no­wała ucieczkę do ZwiązkuRadziec­kiego, cho­ciaż zapewne po pro­stu nie chciała wpaść w ręceNiem­ców. Oso­bi­ście jed­nak na oskar­że­nia zasłu­żyła, pisząc, że pra­gnęłasię schro­nić w "ojczyź­nie pro­le­ta­riatu", ale to Zwią­zek Radziecki samprzy­szedł do niej. W ten spo­sób skwi­to­wała sowiecką agre­sję z 17wrze­śnia 1939 roku.

Znaj­do­wała się zresztą na spe­cjal­nych listach NKWD, wobec "czo­ło­wejpisarki lewi­co­wej" Sowieci mieli spre­cy­zo­wane plany. Jej nazwi­skofigu­ro­wało obok innych lite­ra­tów uzna­nych za przy­dat­nych, wśród któ­rychbyli rów­nież Julian Tuwim i Wła­dy­sław Bro­niew­ski. Krem­low­scy decy­dencinie cze­kali bez­czyn­nie, radio sowiec­kie ogła­szało apele, wyty­po­waneosoby wzy­wa­jąc po nazwi­sku. Do Wasi­lew­skiej dotarło wezwa­nie i zde­cy­do­wała się na wyjazd do Lwowa.

W komu­ni­stycz­nej ide­olo­gii osta­tecz­nie utwier­dziła ją kata­strofawrze­śniowa. Uznała, że pomyśl­ność Pola­kom może zapew­nić wyłącz­nie"ojczy­zna pro­le­ta­riatu", łącząc spo­łeczne i naro­dowe wyzwo­le­nie. Od tejpory miała zwią­zać się na dobre i złe ze Związ­kiem Radziec­kim, niezwra­ca­jąc uwagi na reak­cje oto­cze­nia. A swoim zacho­wa­niem potra­fiławzbu­rzyć nawet sta­rych komu­ni­stów.

Kra­kow­ski poeta Jan Kurek zna­lazł się w gru­pie lite­ra­tów uda­ją­cych sięwraz z Wasi­lew­ską i Bogatką do Lwowa. Na dworcu w Cheł­mie Lubel­skim byłświad­kiem wstrzą­sa­ją­cej sceny:

"Oto­czona ści­słą strażą żoł­nie­rzy radziec­kich z kara­bi­nami stała w gorą­cym słońcu wrze­śnia wielka grupa ofi­ce­rów pol­skich z roz­pię­tymiblu­zami, bez pasów, bez dys­tynk­cji, ze zdar­tymi wyło­gami; było ich, jakpamię­tam - chyba z dwu­stu ludzi. Pró­bo­wali się oni poro­zu­mieć z obser­wa­to­rami z zewnątrz wykrzy­ku­jąc w głos adresy, nazwi­ska, prośby o wodę, apele o zawia­do­mie­nie naj­bliż­szych itd.".

W pobliżu ocze­ki­wali na pociąg lite­raci, a wszyst­kim zarzą­dzała Wanda.To ona roz­ma­wiała z miej­scową dele­ga­turą Armii Czer­wo­nej w Cheł­mie,przej­mu­jąc na sie­bie rolę nie­for­mal­nego prze­wod­nika.

"Sły­sząc i widząc - kon­ty­nu­ował Kurek - prośby o wodę ze stronyaresz­to­wa­nych ofi­ce­rów pada­ją­cych ze zmę­cze­nia - jak dowie­dzie­li­śmy się,stali oni na dworcu od rana przez kilka godzin w ocze­ki­wa­niu natrans­port, który miał ich zawieźć w głąb Rosji - popro­si­li­śmy wspól­nie[...] Wasi­lew­ską, aby poro­zu­miała się z komen­dan­tem eskorty radziec­kiejcelem poda­nia wody spra­gnio­nym aresz­tan­tom. [...] na naszą prośbę Wanda[...] - kole­żanka nasza prze­cież - unio­sła się gnie­wem, jej długa,pocią­gła twarz skrzy­wiła się z zacię­tym gry­ma­sem; wska­zu­jąc naaresz­to­wa­nych ofi­ce­rów wykrzyk­nęła: - Wody dla nich? Ni­gdy nie posunęsię do tego. To swo­łocz! I z nie­na­wi­ścią w oczach odmó­wiła inter­wen­cji u radziec­kiego komen­danta. Ten incy­dent wzbu­dził u nas wszyst­kich odruchnie­smaku; nawet nie kryli się z obu­rze­niem ci z nas, któ­rzy bylikomu­ni­stami od lat".

We Lwo­wie Sowieci roz­gry­wali swoją par­tię umie­jęt­nie. Wypła­ciliWasi­lew­skiej tan­tiemy za książki wydane w ZSRR, a każdy pisarz lubi byćdoce­niany. W sowiec­kiej pra­sie widziała pochlebne recen­zje swo­ichpubli­ka­cji, dowie­działa się, że jej twór­czość wysoko cenił Sta­lin.Zro­biło to na niej kolo­salne wra­że­nie.

Uznała, że zna­la­zła się w odpo­wied­nim miej­scu we wła­ści­wym cza­sie. Ni­gdynie potra­fiła dzia­łać bez oso­bi­stego zaan­ga­żo­wa­nia, we wszystko, corobiła, wkła­dała całą duszę. Nie­ba­wem Sowie­tom za ich zaufa­nieodpła­ciła.

"Cze­ka­łem - wspo­mi­nał Nikita Chrusz­czow - by wraz z nią roz­po­cząć pracęnad zor­ga­ni­zo­wa­niem pol­skiej inte­li­gen­cji, którą chcie­li­śmy powstrzy­maćod dzia­łal­no­ści anty­so­wiec­kiej, uczy­nić z niej sojusz­ni­ków. O pak­cieRib­ben­trop-Moło­tow roz­ma­wia­łem z nią nie ja, lecz Kor­niej­czuk i MykołaBażan. Przez nich two­rzy­łem przy­czółki naszej pro­pa­gandy. Z łatwo­ściąporo­zu­mie­li­śmy się we wszyst­kich kwe­stiach. Zro­zu­miała, w jakichwarun­kach pod­pi­sa­li­śmy pakt z Niem­cami i dla­czego nasze woj­ska zajęływschod­nie rejony Pol­ski".

Pisała do "Czer­wo­nego Sztan­daru" (pol­sko­ję­zycz­nej gazety wyda­wa­nej przezSowie­tów we Lwo­wie), prze­ma­wiała na wie­cach, a jej entu­zjazm porów­ny­wanodo egzal­ta­cji świę­tej Teresy. Obser­wa­to­rzy zauwa­żali, iż wpraw­dzie"trudno było o niej powie­dzieć, że była ładna", ale pod­czas publicz­nychwystą­pień "cudow­nie lśniły jej oczy" i "pięk­niała pod wpły­wem zapału,unie­sie­nia, natchnie­nia". Było już zbyt późno, aby wyko­rzy­stać jej osobęw wybo­rach do nowych władz, ale Wasi­lew­ska agi­to­wała i zbie­rała pod­pisypod pety­cją w spra­wie przy­łą­cze­nia Ukra­iny Zachod­niej do ZwiązkuRadziec­kiego. Prze­stała uwa­żać się za Polkę, teraz czuła się oby­wa­telkąojczy­zny pro­le­ta­riatu.

"Nasz ZSRR to praw­dziwy kraj mło­do­ści - mówiła na spo­tka­niu z robot­ni­kami. - W prze­ło­mo­wym dniu 17 wrze­śnia naj­wię­cej zyskałamło­dzież, któ­rej teraz dane jest prze­ży­wać mło­dość w radziec­kichwarun­kach".

Zacho­wy­wała się jak rasowa kola­bo­rantka, ale warto pamię­tać, że to jejinter­wen­cja zade­cy­do­wała o zanie­cha­niu cał­ko­wi­tej ukra­ini­za­cjilwow­skiego uni­wer­sy­tetu. Cho­ciaż zmie­niono patrona i pro­gram, to częśćprzed­wo­jen­nej kadry pozo­stała na uczelni. Na kilku kate­drach utrzy­manorów­nież pol­ski język wykła­dowy.

Wanda nie odmó­wiła oczy­wi­ście pod­pisu pod oświad­cze­niem Pisa­rze pol­scywitają zjed­no­cze­nie Ukra­iny, opu­bli­ko­wa­nym w "Czer­wo­nym Sztan­da­rze".Jego auto­rzy ogło­sili, że dzięki wcie­le­niu pol­skich Kre­sów do ZSRRotwo­rzyły się dla pol­skich lite­ra­tów "podwoje wiel­kiej sztukisocja­li­stycz­nej, sztuki szcze­rze słu­żą­cej kul­tu­ral­nym i moral­nym ide­ałomludz­ko­ści". Pod­pi­sali je także: Wła­dy­sław Bro­niew­ski, Tade­uszBoy-Żeleń­ski, Sta­ni­sław Jerzy Lec, Jerzy Borej­sza, Leon Paster­nak,Alek­san­der Wat i Adam Ważyk. Strach przed NKWD zro­bił swoje, bra­ko­wałochęt­nych do odmowy.

Sześć­dzie­się­cio­pię­cio­letni Boy-Żeleń­ski tłu­ma­czył, "że niczego już nieocze­kuje, ale wie, co to są Sowiety". Miał jed­nak nadzieję, iż dziękipod­pi­sowi "dadzą mu spo­koj­nie żyć tu, w tym Lwo­wie". Nie­ba­wem doszedłjed­nak do wnio­sku, że to, co dzieje się nad Peł­twią, to "naj­strasz­liw­szanie­wola myśli, jaką znają dzieje".

Wasi­lew­ska nie miała podob­nych wąt­pli­wo­ści i na co dzień prze­ja­wiałazapał godny neo­fity. Odbyła podróż po radziec­kiej Ukra­inie, co wpra­wiłoją w praw­dziwą eks­tazę. Szcze­gólny zaś zachwyt wzbu­dziła w niej wizyta w Kijo­wie.

"Opo­wia­dała - wspo­mi­nał Cioł­kosz - że miała moż­ność swo­bod­negoporu­sza­nia się po mie­ście, wcho­dziła nie­za­po­wia­dana do miesz­kań,roz­ma­wiała bez prze­szkód z ludźmi - wszy­scy są szczę­śliwi, wdzięczni zalep­sze, pięk­niej­sze życie. [...] Na zakoń­cze­nie roz­mowy zapew­niła mnie,że Armia Czer­wona na wio­snę wej­dzie do War­szawy. Obecny przy roz­mo­wieBogatko popra­wił żonę: "Może nie na wio­snę, ale na przy­szłą jesień - napewno". Nie wypy­ty­wa­łem skąd ta pew­ność. Wystar­czyło mi stwier­dze­nie, żemam do czy­nie­nia z czło­wie­kiem, który zna­lazł swe miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści sowiec­kiej i był z tego powodu szczę­śliwy. Wasi­lew­skarze­czy­wi­ście pro­mie­nio­wała zado­wo­le­niem i rado­ścią. Cała też byłaprze­jęta swym nowym życiem".

"Czer­wony Sztan­dar" to było jed­nak dla Wandy zbyt mało. Pod jej redak­cjązade­biu­to­wały "Nowe Wid­no­kręgi" - ofi­cjalny organ Związku Pisa­rzyRadziec­kich. Do współ­pracy zapro­szono nawet Bru­nona Schulza, cho­ciażjego proza daleko odbie­gała od stan­dar­dów socre­ali­zmu. I fak­tycz­nie,opo­wia­da­nie o synu szewca, który zamie­nił się w tabo­ret, zostało przezredak­cję odrzu­cone...

Zabój­stwo Mariana Bogatki

Wasi­lew­ska pro­mie­niała zapa­łem, nato­miast coraz więk­sze obiek­cje miałjej mał­żo­nek. Co prawda inte­lek­tem Wan­dzie nie dorów­ny­wał, ale nie byłrów­nie łatwo­wierny. Widział, jak pod­czas podróży po Ukra­inie Sowieciżoną mani­pu­lo­wali, odpo­wied­nio dobie­ra­jąc ludzi i miej­sca. A radziec­kiemetody zra­ziły go cał­ko­wi­cie do "kraju spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej".Podobne zda­nie miał Bro­niew­ski, który ni­gdy nie zapo­mniał, że jestPola­kiem. Poeta odmó­wił wej­ścia w skład redak­cji "Czer­wo­nego Sztan­daru"i obaj pano­wie spę­dzali razem czas przy wódce. Pod wpły­wem pro­cen­tówBro­niew­ski recy­to­wał swoje wier­sze, nie zawsze pra­wo­myślne wobec nowegoustroju. Nic dziw­nego, że szybko zna­leźli się pod ści­słą inwi­gi­la­cjąNKWD.

Bogatko i Bro­niew­ski mogli nad­uży­wać alko­holu, ale wódka nieprze­sła­niała im zdol­no­ści real­nego widze­nia. Sowieci, szer­mu­jąc hasłamiide­olo­gicz­nymi, przy­stą­pili do bru­tal­nego wynisz­cza­nia pol­skiego żywiołuna Kre­sach. Jesz­cze w listo­pa­dzie 1939 roku miesz­kań­com oku­po­wa­nychtere­nów przy­mu­sowo nadano oby­wa­tel­stwo ZSRR i przy­stą­piono do par­ce­la­cjiziemi upraw­nej. Ale głów­nym zada­niem bol­sze­wi­ków stała się eks­ter­mi­na­cjapol­skich elit. Aresz­to­wano człon­ków władz, w wię­zie­niach zna­leźli siębyli pre­mie­rzy (Alek­san­der Pry­stor, Leon Kozłow­ski i Leopold Skul­ski),mini­stro­wie, wielu posłów i sena­to­rów. Oskar­żono ich o kontr­re­wo­lu­cję, a nawet o udział w woj­nie z 1920 roku! Następ­nie przy­stą­piono dosys­te­ma­tycz­nego wynisz­cza­nia pol­skiego żywiołu. W czte­rech turachdepor­to­wano około trzy­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy osób, osa­dza­jąc ich w pół­noc­nej Rosji i w Kazach­sta­nie. Wywo­żono całe rodziny urzęd­ni­kówpań­stwo­wych (do szcze­bla refe­renta), zie­mian, kup­ców, dzien­ni­ka­rzy,har­ce­rzy, stu­den­tów, człon­ków róż­nych par­tii, a nawet fila­te­li­stów i zna­ją­cych espe­ranto.

Tym­cza­sem Wasi­lew­ska zamiesz­kała w luk­su­so­wej willi, a dzięki roz­mo­womna szcze­blu dyplo­ma­tycz­nym Niemcy zgo­dzili się na przy­jazd do Lwowa jejnaj­bliż­szej rodziny. Matka Wandy jed­nak odmó­wiła, stara pani Wasi­lew­skanie miała zaufa­nia do sowiec­kich porząd­ków. W jej ślady poszedł rów­nieżbrat męża, a w tej sytu­acji wolne miej­sca zajęły Maria Zarę­biń­ska(ówcze­sna part­nerka Bro­niew­skiego) z córką.

Wbrew krą­żą­cym przez lata pogło­skom Wasi­lew­ska nie przy­je­chała oso­bi­ściepo rodzinę do War­szawy i nie poka­zy­wała się w sto­licy w samo­cho­dziegestapo. Nie­praw­dziwa jest rów­nież infor­ma­cja, iż jej rodzinaprzy­je­chała do Lwowa spe­cjal­nym pocią­giem wraz z wypo­sa­że­niemwar­szaw­skiego miesz­ka­nia. Rze­czy­wi­stość była bar­dziej pro­za­iczna: zapię­cioro Pola­ków Sowieci wydali taką samą liczbę Niem­ców, a wymianaodbyła się na ówcze­snej gra­nicy. Wanda nie musiała zresztą ścią­gać mebliz War­szawy, we Lwo­wie żyła w zde­cy­do­wa­nie lep­szych warun­kach niż przedwojną.

Przy­jazd naj­bliż­szych nie­wiele nato­miast zmie­nił w życiu Bro­niew­skiego.Na­dal wle­wał w sie­bie ogromne ilo­ści trun­ków i spra­wiał kło­poty.Naj­bliżsi oba­wiali się o niego, cho­ciaż jego pro­blemy z alko­ho­lem trwałyjuż od lat. Zarę­biń­ska mawiała jesz­cze przed wojną, że prze­grywarywa­li­za­cję o miej­sce w jego sercu z "madame czy­stą wybo­rową". NKWD nieznało się jed­nak na żar­tach i we Lwo­wie doj­rze­wał plan pozby­cia sięwszyst­kich nie­wy­god­nych lite­ra­tów, z Bro­niew­skim na czele.

W stycz­niu 1940 roku Sowieci sta­ran­nie przy­go­to­wali pro­wo­ka­cję. Powie­czo­rze autor­skim Leona Paster­naka kil­ka­na­ście osób udało się dorestau­ra­cji Aron­sona, inni poja­wili się tam na spe­cjalne zapro­sze­nie.Spro­wo­ko­wano awan­turę, natych­miast inter­we­nio­wali żoł­nie­rze NKWD i uczest­nicy burdy zostali zatrzy­mani. Wśród aresz­to­wa­nych byli:Bro­niew­ski, Wat, Tade­usz Peiper i Ana­tol Stern. Kolej­nych kilku pisa­rzyzatrzy­mano w domach, w tym Teo­dora Par­nic­kiego.

Wasi­lew­ska dowie­działa się o całej spra­wie z opóź­nie­niem, prze­by­wałapoza Lwo­wem, zresztą zapewne NKWD spe­cjal­nie wybrało ter­min pro­wo­ka­cji.Uznała jed­nak, że to zwy­kła pijacka awan­tura, i roz­po­częła sta­ra­nia o zwol­nie­nie aresz­to­wa­nych.

"Wiem z całą pew­no­ścią - wspo­mi­nała Ola Watowa - że poszła doChrusz­czowa, który wtedy był we Lwo­wie, i - naj­praw­do­po­dob­niej - sprawątą się zaj­mo­wał. Pora­dził jej w dosad­nym języku, aby nie wsa­dzała nosamię­dzy drzwi. Gdy zaraz następ­nego dnia po aresz­to­wa­niu Putra­ment zwo­łałzebra­nie, aby potę­pić aresz­to­wa­nych i odciąć się od nich, już mającprzy­go­to­wane odpo­wied­nie pismo z pod­pi­sami nie­któ­rych zosta­wio­nych nawol­no­ści pisa­rzy, sprze­ci­wiła się temu Wanda [...], tłu­ma­cząc, że to zawcze­śnie, że trzeba pocze­kać na sąd, na ujaw­nie­nie prawdy. Nie pod­pi­sałatego oświad­cze­nia Putra­menta. Nie pod­pi­sali go też Ważyk, Lec,Szem­pliń­ska".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki