Rozdział I. Zamiast wstępu
Rozdział I
Zamiast wstępu
Hierarchia władzy PRL
Zbigniew Brzeziński zauważył kiedyś, że różnica pomiędzy demokracjąludową a rzeczywistą jest taka, jak między krzesłem elektrycznym a zwyczajnym. Faktycznie, ustrój komunistyczny ludowładztwa nieprzypominał w ogóle, a obowiązujący system monopartyjny powodował małozrozumiałą hierarchię władzy.
W krajach bloku wschodniego najważniejsze było ścisłe kierownictwopartii komunistycznej. To właśnie na posiedzeniach biur politycznychzapadały najważniejsze decyzje, a szefowie ugrupowania posiadali wręczdyktatorski zakres władzy. Czasami piastowali dodatkowe funkcje, w niektórych państwach modne stało się łączenie stanowisk partyjnych z rządowymi. W Polsce podobne rozwiązania stosowano wyłącznie na początkui u schyłku PRL, natomiast Władysław Gomułka i Edward Gierek zadowolilisię wyłącznie pozycją I sekretarza KC PZPR.
Prowadziło to czasami do nieporozumień i Gerald Ford, odwiedzając Polskęw 1975 roku, tytułował Gierka "panem prezydentem". Dla ludzi Zachoduszefostwo partii nie oznaczało bowiem realnej władzy, a humorystycznymakcentem sytuacji pozostał fakt, iż w PRL nie istniało stanowiskoprezydenta. Funkcjonował wprawdzie kolegialny najwyższy urząd państwowy(Rada Państwa), ale jej członkowie byli figurantami bez większegoznaczenia. Do składu Rady odsyłano często polityków odsuniętych odrzeczywistej władzy, inna sprawa, że organ ten firmował decyzje podjętew partyjnych gabinetach. I to właśnie dekretem Rady Państwa wprowadzonow grudniu 1981 roku stan wojenny.
Dominacja władz partyjnych w życiu politycznym była tak wyraźna, żenawet historycy podzielili dzieje PRL na epoki kolejnych przywódcówPZPR. A z powszechnej świadomości zniknęły postacie urzędującychpremierów i właściwie tylko nazwiska Józefa Cyrankiewicza i PiotraJaroszewicza coś społeczeństwu mówią. Natomiast osoby JanuszaPińkowskiego czy Zbigniewa Messnera pozostają praktycznie anonimowe.
Podobny los spotkał polityków pełniących funkcję przewodniczącego RadyPaństwa. Pozostający na tym stanowisku przez dwanaście lat AleksanderZawadzki został kompletnie zapomniany, natomiast Mariana Spychalskiegozapamiętano głównie z powodu jego konfliktów z ekipą Bolesława Bieruta.
Zresztą system władzy w obrębie partii komunistycznej otaczała zmowamilczenia, a wszelkie zmiany sprawiały wrażenie mafijnych rozgrywek.Narodzinom Polskiej Partii Robotniczej (poprzednika PZPR) towarzyszyłykrwawe gry, zakończone zabójstwami jej pierwszych liderów. MarceliNowotko zginął na polecenie (lub za wiedzą) Bolesława Mołojca, tennatomiast został zlikwidowany przez swoich partyjnych kolegów. PawełFinder trafił w ręce gestapo, a dziwnym przypadkiem w zasadzkę nie wpadłzaproszony na to samo spotkanie Władysław Gomułka. Potem jużprzeciwników nie likwidowano, ale walka o władzę miała niewielewspólnego z demokracją.
"[...] Gierek poczyna sobie nader żwawo - zanotował Stefan Kisielewskiwe wrześniu 1971 roku. - W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych aresztowanochyba kupę facetów z samej góry, mówi się o nadużyciach dewizowych, aleprzecież chodzi o politykę - tylko jaką? Czyżby odwieczna walka partia -tajna policja?! Nic się dokładnego nie wie, bo wiadomości są z "WolnejEuropy", a tę źle słychać. To typowe dla komunizmu: toczy się jakaśważna walka o władzę, a społeczeństwo, niby stado baranów, o niczym niejest informowane. Niebywały ustrój, domena mafijnych, tajnych elit - czycoś takiego zawsze wyniknąć musi z rewolucji?!"1.
Nic dziwnego, że Gierek, dokonując okresowych badań lekarskich,osobiście dobierał sobie lekarzy. Regularnie pojawiał się w szpitalu w Katowicach-Ligocie, ale partyjnych medyków do siebie nie dopuszczał. A na pytanie o powód takiego postępowania z rozbrajającą szczerościąodparł, że "boi się ludzi, którzy wykonują partyjne zadania".
W krajach bloku wschodniego charakterystyczną cechą była faktycznadożywotniość najwyższych stanowisk partyjnych. Przykład szedł z Kremla,gdzie właściwie tylko Nikitę Chruszczowa usunięto w efekcie puczu,natomiast pozostali sekretarze generalni (Józef Stalin, Leonid Breżniew,Jurij Andropow, Konstantin Czernienko) utrzymywali się przy władzy aż dośmierci. Kremlowskie elity opracowały nawet specyficzny rytuał"następstwa tronu". Po śmierci genseka jego sukcesor zostawał szefemkomisji zarządzającej pogrzebem poprzednika, a osoba zgłaszająca go nastanowisko sekretarza generalnego w przyszłości miała zarządzać jegopogrzebem, a następnie zostać kolejnym liderem partii...
Polska jednak od innych wasali Kremla się odróżniała. Nad Wisłą tylkoBierut sprawował władzę do śmierci, a kolejne zmiany partyjnych liderówbyły efektem cyklicznych kryzysów społeczno-politycznych. Krwawe wypadkiczerwcowe w Poznaniu obaliły Edwarda Ochaba, grudzień 1970 roku pozbawiłwładzy Gomułkę, natomiast Gierka odsunięto w efekcie sierpniowychstrajków w 1980 roku. A dalej był już tylko stan wojenny i upadek PRL.
W komunistycznym męskim klubie
Specyfiką obyczajową życia politycznego krajów bloku sowieckiego byłanieobecność żon przywódców partyjnych w życiu publicznym. Kobieta mogłabyć działaczką (jak Nadieżda Krupska czy Róża Luksemburg), alepraktycznie aż do czasów Michaiła Gorbaczowa dla małżonki polityka niebyło miejsca. Właściwie nikt nie wiedział, jak wygląda żona Breżniewa(dopóki nie pojawiła się na jego pogrzebie), gdyż nigdy nie występowałapublicznie. Pewien wyjątek uczyniła Elena Ceauçescu, ale małżonka"geniusza Karpat" piastowała oficjalne stanowiska. Zbliżoną dozachodnich standardów pozycję posiadała Jovanka Broz, ale Jugosławia odpozostałych państw komunistycznych odstawała.
Małżonki działaczy nie mogły zajmować się działalnością charytatywną,albowiem w "przodującym ustroju" nie mogło być biednych i potrzebujących. Nie istniały wolne wybory, zatem niepotrzebny był ichudział w kampaniach politycznych. Żon partyjnych liderów brakowałopodczas oficjalnych uroczystości, nie towarzyszyły również mężom w zagranicznych podróżach. A ich nieobecność w życiu towarzyskim elitywładzy wpływała na poziom rozrywek dygnitarzy.
"Tańczyłem z Mołotowem - opowiadał Jakub Berman - chyba walca, cośbardzo prostego, bo ja przecież nie mam pojęcia o tańcu, więc ruszałemtylko nogami do rytmu [...] prowadził Mołotow, ja bym nie potrafił. Onzresztą nieźle tańczył, próbowałem dotrzymać mu kroku. Było to jednak z mojej strony błazeństwo nie taniec [...]. Stalin nie tańczył. Stalinkręcił patefon, traktując to jako swój obywatelski obowiązek. Nigdy odniego nie odstępował. Nastawiał płyty i patrzył".
Męskie wieczory uzupełniano pokaźnymi dawkami alkoholu, komunistyczniliderzy nie wyobrażali sobie udanej imprezy bez solidnej porcji mocnychtrunków. Obyczaje liderów naśladowano na niższym szczeblu, czegoosobiście doświadczył Mieczysław Rakowski (ówczesny naczelny tygodnika"Polityka") podczas wizyty w Kazachstanie w lipcu 1969 roku:
"Pierwszy punkt programu - obiad. Gospodarzy było aż dwunastu. [...]Każdy z uczestników obiadu uważał za konieczne wzniesienie toastu nacześć towarzysza Gomułki i polskogo rukowadstwa, za zdrowie towarzyszaBreżniewa, polskich dziennikarzy, przyjaźń polsko-radziecką itp. Głowęmam mocną jak, nie przymierzając Cyrankiewicz, ale takiej ilości wódydotąd nie wlałem w siebie. Wstałem od stołu kompletnie pijany. Najgorszebyło jeszcze przede mną. Okazało się, że za dwie godziny gospodarzewydają kolację na cześć "naszego drogiego przyjaciela, towarzyszaRakowskiego". Wyszedłem z mojego apartamentu do parku zaczerpnąć trochęświeżego powietrza. Nic to nie pomogło, więc chwytając się jakiejśrachitycznej brzózki, zmusiłem się do torsji. Trochę mi ulżyło. Kolacjabyła obfita, znowu nie kończące się toasty. [...] I tyle widziałem z Kazachstanu".
Czasy prawdziwego alkoholowego rozpasania pojawiły się wraz z epokąBreżniewa. Przykład dawał sam sowiecki przywódca, "ciągnąc wódę jakpompa strażacka wodę". Miał również zwyczaj pokazywania się publicznie w stanie nietrzeźwym, co wzbudzało konsternację. A już zachowanie gensekapodczas VII Zjazdu PZPR w Warszawie przekroczyło wszelkie normycywilizowanego świata.
"Zjazd rozpoczął się od rewelacyjnego popisu [...] Breżniewa - zanotowałRakowski. - A było to tak: kiedy Gierek stał za stołem prezydialnym i wygłaszał przemówienie powitalne, z pierwszego rzędu poderwał sięBreżniew, wszedł na mównicę ustawioną dwa metry przed prezydium i zacząłstukać w mikrofony. Zwracając się do Gierka, powiedział: nie rabotajut.Co było zgodne z prawdą, ponieważ w tym czasie nie były jeszczewłączone. Gierek kontynuował mowę powitalną, przerywaną okrzykami sali i oklaskami. Breżniew nadal mocował się z mikrofonami na mównicy. GdyGierek skończył, orkiestra zaczęła grać Międzynarodówkę, którąpodchwyciła sala. Ku zdumieniu wszystkich, Breżniew pozostał na mównicyi... zaczął dyrygować, wymachując rękami. Żenujące widowisko, które mogłojednak skłonić do różnych refleksji".
To jednak nie wszystko, następnie działacz wyciągnął z kieszeni nowyzegarek i demonstrował go z dumą sąsiadom z "bratnich partii",zakłócając zupełnie przemówienie towarzysza Edwarda.
Nie wszyscy jednak komunistyczni liderzy tarzali się w oparach alkoholu.Gomułka pił niewiele i nadużywał trunków praktycznie tylko podczasimprez sylwestrowych (zawsze czysta Wyborowa). Zadeklarowanymabstynentem pozostał generał Wojciech Jaruzelski, co jak na człowieka,który życie spędził w mundurze, było prawdziwym wyjątkiem. Wielbicielemwykwintnych alkoholi i potraw był natomiast Cyrankiewicz, a u schyłkużycia nadużywał napojów wyskokowych również Bierut. Nie unikał alkoholuRakowski.
Pewne zmiany w obyczajowości polskich polityków zanotowano w epocepropagandy sukcesu. Stanisława Gierek towarzyszyła mężowi w zagranicznych podróżach, pojawiała się także u jego boku na trybuniepodczas pierwszomajowych obchodów. Prasa publikowała ich wspólnefotografie, a stałym elementem posiedzeń Biura Politycznego byłoutyskiwanie towarzysza Edwarda, że Stasia już dłużej nie wytrzymatakiego życia i będzie musiał podać się do dymisji.
Czerwona elita
Komuniści, obejmując rządy z mandatu Kremla, byli dla polskiegospołeczeństwa ludźmi zupełnie anonimowymi. Nie mieli znanych nazwisk,przed wojną nie należeli do osób liczących się w polityce. Właściwietylko nazwisko Wandy Wasilewskiej mogło coś Polakom powiedzieć, aleaktywistka rozgłos zawdzięczała ojcu, jednemu z liderów Polskiej PartiiSocjalistycznej. Zresztą pozostała w Związku Radzieckim i w skład nowychwładz nie weszła.
W okresie międzywojennym Komunistyczna Partia Polski działałanielegalnie, a jej członków uważano za sowieckich agentów. Uczciwiezresztą na taką opinię zapracowali, widząc przyszłość Polski jakointegralnej części Związku Radzieckiego. Armia Czerwona miała zapewnićzwycięstwo rewolucji w Europie, a Polska Republika Rad zrezygnować z Górnego Śląska, Pomorza oraz Kresów. Członkowie KPP uważali ZwiązekSowiecki za swoją ojczyznę, a próbkę możliwości dali podczas wojny 1920roku. Nie bez powodu białostocki Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski z Feliksem Dzierżyńskim i Julianem Marchlewskim na czele do dzisiajuznawany jest za synonim zdrady narodowej.
W KPP działali doświadczeni komuniści, ale liderzy partii jednak niedoczekali powstania PRL. U schyłku lat 30. wymordowano ich w ramachstalinowskich czystek. Po rozprawie z opozycją i krwawej jatce w armiiprzyszedł czas na eliminację przywódców "bratnich" partii. Kolejnowzywano do Moskwy i rozstrzeliwano komunistów z Jugosławii, Rumunii,Finlandii, Węgier, a nawet z Korei, Meksyku czy Iranu. Podobny losspotkał działaczy KPP (Adolf Warski, Julian Leszczyński "Leński", JózefUnszlicht, Maria Koszutska "Kostrzewa"), partia została rozwiązana podzarzutem współpracy z polskim wywiadem.
"Stalin był parszywy i obłudny - mówił Roman Werfel - a jak - podamprzykład. Pod Moskwą było osiedle starych bolszewików, każdy miał takswój własny fiński domek. Stalin miał też, wtedy jeszcze skromny, i obokniego miała Kostrzewa. Wera właśnie stała w ogrodzie i obcinała róże.Stalin podszedł do niej i powiedział: kakije priekrasnyje rozy. Tegosamego wieczora ją zabrali i potem rozstrzelali, Stalin o tym wiedział.A jednak, kiedy w 1944 roku była u niego nasza delegacja, nagle zapytał:U was byli takije umnyje ludi, takaja Wera Kostrzewa, wy nie znajetieczto s niej".
Przetrwali wyłącznie działacze młodszego pokolenia KPP, odsiadującywyroki w polskich więzieniach (Alfred Lampe, Bierut, Paweł Finder,Gomułka). Włodzimierz Sokorski sam zgłosił się na policję, uważając, żezasądzony wyrok uchroni go od śmierci. Przeżyli również ci, którzywalczyli w wojnie domowej w Hiszpanii (Bolesław Mołojec) lub dyskretnieomijali terytorium "ojczyzny proletariatu" (Berman). Jednak żaden z nichnie przestał być komunistą. To ludzie popełniali błędy, ale sprawazwycięstwa światowej rewolucji była jak najbardziej słuszna. I wymagałaofiar...
Desant ze wschodu
Aż do czasów Gierka biografie działaczy najwyższego szczebla partyjnegobyły do siebie bliźniaczo podobne. Członkostwo w KPP, pobyt w sanacyjnych więzieniach, ucieczka do Sowietów, komunistyczny ruch oporulub członkostwo w Związku Patriotów Polskich. Wysoko ceniono równieżudział w czerwonej partyzantce, co doskonale ilustruje karieraMieczysława Moczara. Zresztą już sama przynależność do "ludzi z lasu"zapewniała profity.
"Jeden ze współpracowników Szlachcica - zauważył z ironią Józef Tejchma- wiceminister spraw wewnętrznych, został przesunięty do resortuleśnictwa - był partyzantem, więc ma kwalifikacje".
Po powstaniu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej bez problemu możnabyło jednak odróżnić dawnych członków PPS od działaczy PPR. Inna sprawa,że kariery socjalistów nigdy nie dorównały osiągnięciom ich nowychpartyjnych kolegów.
"[Pepesowcy] wywodzą się z rodzin inteligenckich bądźdrobnomieszczańskich - pisał Rakowski - w których dzieci znały to, cosię nazywa kindersztubą. Działacze peperowcy z reguły pochodzą z nizinspołecznych. [...] Stefan Żółkiewski, który wcale nie był, ale pochodziz tzw. dobrej rodziny, w wieku sześciu lat miał bonę, zaś ja, gdyukończyłem siódmy rok życia, to ojciec wziął mnie za rękę i poszliśmypaść krowy".
Chociaż w PPR również zdarzali się ludzie z wyższym wykształceniem(Finder, Berman, Hilary Minc, Julia Brystygier), to jednak przeważalitowarzysze z "awansu społecznego". Doskonałymi przykładami były karieryBieruta i Gomułki, którzy jako nieliczni w tym gronie wywodzili się z polskich rodzin. Żydowskie pochodzenie zamykało bowiem drogę donajwyższych oficjalnych stanowisk.
Długoletni pobyt w sowieckim raju wyrobił u większości polskichkomunistów specyficzne odruchy. Żona Minca, Julia, jako redaktornaczelny Polskiej Agencji Prasowej wprowadziła tam obyczaje wzorowane nastosunkach w partii bolszewików.
"[...] to nie byli komuniści - uważał Samuel Sandler. - To byliradzieccy ludzie. Oni przyjechali z Rosji zdemoralizowani, zepsuci.[...] Oni w Związku Radzieckim przekonali się, że jeśli chce sięprzeżyć, trzeba być w gangu. Nie uważałem ich za komunistów".
Po latach Julia Minc nie ukrywała metod zarządzania agencją:
"Na początku zresztą pytałam każdego: czy zgadzacie się z nami i czychcecie, by Polska była socjalistyczna. Kiedy odpowiadali: tak, moglizostać. [...] Miałam takiego jednego, który bez przerwy pytał, co to zaplan, który się ciągle przekracza. Znudziło mnie to i go wyrzuciłam, boco to za redaktor, który nie rozumie idei współzawodnictwa pracy".
Zapis rozmowy towarzyszki Julii z Teresą Torańską jest przerażającymdokumentem. Po kilkudziesięciu latach aktywistka nie widziała w swoimpostępowaniu żadnych błędów. A już jej poglądy na miejsce jednostki w historii mogły wzbudzić grozę:
"[...] w bankowości jest debet i kredyt. Była więc zwycięska wojna z faszyzmem i były złe rzeczy. Zwycięska wojna jednak pokryła całe zło.Zresztą, jak trzeba wybierać między człowiekiem a partią, to wybiera siępartię, bo partia ma ogólny cel - dobro wielu ludzi, a człowiek jesttylko człowiekiem. [...] Partia to nie sekta chrześcijańska litująca sięnad każda jednostką, zapatrzona w carstwo niebieskie. Partia walczy o lepsze życie dla całej ludzkości".
Rytuały dworu
Komuniści wprowadzili własny ceremoniał, wzorowany na rozwiązaniachradzieckich. Należały do nich zasady powitań i pożegnań delegacjipartyjnych, oficjalnych wystąpień, a nawet wypoczynku wakacyjnego.Ludzie pamiętający czasy Polski Ludowej zapewne nigdy nie zapomną fotosuprzedstawiającego namiętny pocałunek Breżniewa z Erichem Honeckerem.Powitania działaczy "bratnich partii" stały się symbolem epoki na równiz długimi jesionkami i czapkami (oczywiście sowieckiego wzoru). Tejchma,wicepremier i minister w rządach PRL, miał na ten temat własne zdanie:
"Ostatnio, jak byłem w Moskwie z Babiuchem, sympatyczny, inteligentnyKatuszew nie inicjował całowania. Najobrzydliwiej całują Mongołowie,ślinią. Najdyskretniej całują Francuzi. Nie zauważyłem nigdy, by Gomułkacałował z przekonaniem. Śmieszny szczególnie wydawał mi się Cyrankiewiczw objęciach Breżniewa. Kliszko informował kiedyś, że on jako jedynyzostał ucałowany przez Breżniewa na naradzie międzynarodowej w Moskwie".
Członkowie komunistycznego dworu potrafili doskonale "czytać" informacjez sytuacji pozornie bez większego znaczenia.
"Ukształtował się w tej dziedzinie bogaty dworski rytuał - uważałTejchma. - Liczy się kto żegna i wita, liczy sie ilu przychodzi nalotnisko. Przychodzą ci, którzy muszą i ci, którzy chcą się pokazać,przypomnieć, podkreślić swoje przywiązanie do członka kierownictwa.Oznacza to, że na lotnisku można się częściowo zorientować w różnychsympatiach, wpływach, układach ludzi, na których się liczy i którzychcą, aby na nich liczono".
Niezwykle ważne informacje przynosiła obserwacja warunków letniegowypoczynku w ośrodkach rządowych. Panowała ścisła hierarchia, a największy luksus przypadał aktualnym ulubieńcom władz.
"W Łańsku wszystko oceniało się po zakwaterowaniu - uważała KarynaAndrzejewska, druga żona Jerzego Urbana - czy miał apartament, czy tylkopokój z łazienką, czyli rybaczówkę, czy apartament w domu nad samymjeziorem".
Gorsza kwatera niż w poprzednim sezonie oznaczała niełaskę. Bez problemulokalizowano upadające gwiazdy i nowych wybrańców fortuny.
"To były naprawdę dobre ośrodki - wspominał Urban. - Były, jak wszystkieprzywileje, zhierarchizowane, ale ja korzystałem z najwyższegostandardu, dla samej góry. Mieszkałem na przykład w apartamentach w Łańsku, podczas gdy jako zwykły wiceminister powinienem dostać miejsce w położonym dwanaście kilometrów dalej hotelu. Płaciło się za to wcale niesymbolicznie, ale porównując standard - względnie mało".
Rakowski po raz pierwszy pojawił się w Łańsku u boku Cyrankiewicza.Panujący tam komfort wprawił go w osłupienie:
"Gierek rozszerzył grono osób, które mogą z tego ośrodka korzystać.Byłem tam po raz pierwszy. Zobaczyłem niemal oazę, przedsionek bądź teżpełny raj. JC [Józef Cyrankiewicz - S.K.] mieszka w willi, taraswychodzi na przepiękne jezioro. Willa jest superluksusowa. Jedzenie jestniesłychanie obfite i wytworne, usługują dwie kelnerki. Artek [synRakowskiego - S.K], który był ze mną, poszedł kąpać się do basenu.Obsługiwano go jak panicza z najlepszego domu. Zdumiony pytałem JC, ktoza to wszystko płaci? Państwo? Odpowiedział, że Łańsk. Nie jestemprzeciwnikiem takich ośrodków dla rządzących, ale uważam, że luksus,jaki tam panuje jest stanowczo za duży. Teraz rozumiem, dlaczegoczłonkowie Biura Politycznego, którzy z niego korzystają, tak bardzodbają o swoje stołki w Biurze. Inaczej mówiąc, cały system przywilejówprzykuwa towarzyszy do foteli".
Opinia polityka odbiega od książkowej relacji Ariadny Gierek, którabagatelizuje luksus otaczający prominentów. Była synowa I sekretarzazdecydowanie mija się z prawdą, opisując tamtejszy ośrodek:
"Luksus? Jak w starej leśniczówce. W drzwiach nie ma złotych klamek, niepodają tu krewetek ani kawioru, raczej ryby łowione z jeziora. Cisza i spokój. Nuda. Spacery pod okiem ochrony, sztywne podwieczorki, kolacje,pokazy zachodnich filmów".
W rzeczywistości członkowie elity władzy, aby zachować przywileje,godzili się ze wszystkimi niedogodnościami. Nawet z ograniczeniami takbardzo ważnymi dla każdego mężczyzny.
"Zobaczyłem się w Aninie - zanotował Tejchma - z byłym ministremzdrowia, Ś. [Marianem Śliwińskim - S.K.]. Oświadcza: jak opuściłemrząd, to mi, k..., znowu staje! Stałem się normalnym człowiekiem [...]".
Bieszczadzkie eldorado
Stosunek prominentów PRL do dóbr materialnych przypominał sinusoidę. Pookresie rozpasania przychodził czas ascezy, a następnie epokakonsumpcji. Ekipa Bieruta zachowywała się jak stado parweniuszywkraczających po raz pierwszy do eleganckiego świata. Korzystano z wszelkich przywilejów władzy, a partyjnych notabli tej epoki otaczałnieprawdopodobny blichtr. Bierut osobiście miał do swojej dyspozycji ażdziesięć (!) komfortowych rezydencji, a jego najbliżsi współpracownicytakże nie odmawiali sobie niczego. To wówczas powstało strzeżone osiedlew Konstancinie pod Warszawą, gdzie liderzy PZPR odpoczywali po trudachpracy. Julia Minc nie ukrywała, że każdy z towarzyszy miał do dyspozycjiwłasną willę, a na zamkniętym partyjnym osiedlu był "klub, stołówka i kucharz". Kiedy chciało się obejrzeć film (niekoniecznie radziecki), poprostu "dzwoniło się i przyjeżdżali. Zawieszali ekran i się oglądało".Na wszelki wypadek, gdyby wystąpiły różnice zdań w doborze repertuaru,drugie kino "było w klubie". O takich dodatkach jak własne krawcowe,fryzjerzy czy lekarze nie warto było nawet wspominać. Podobnie jak o pełnym utrzymaniu na koszt państwa.
Po śmierci Bieruta przyszły czasy ascetycznego Gomułki, gdzie właściwietylko Cyrankiewicz z przywilejów swojego stanowiska korzystał w pełni.Ale nawet on musiał się kamuflować przed towarzyszem Wiesławem, którypotrafił go publicznie wyzywać od "łysych chujów". Po oszczędnym aż dośmieszności I sekretarzu nastąpiła epoka propagandy sukcesu i nieskrępowanej konsumpcji. Towarzysz Edward rozszerzył dostępnośćprzywilejów, uważając, że zapewni mu to szersze poparcie aparatupartyjnego. Ale kryzys schyłku lat 70. i upadek ekipy Gierka wymusiłyoszczędności. A generał Jaruzelski był człowiekiem bez większych potrzebmaterialnych.
Elitę władzy PRL łączyło upodobanie do polowań. Zapalonym myśliwym byłBierut, korzystający głównie z terenów w okolicach Łańska. TowarzyszTomasz lubił przy tym pozować na wielbiciela natury i fotografował się z ulubioną sarenką. Jednak prawdziwą modę na łowiectwo w bloku wschodnimwprowadził dopiero Breżniew, ale polscy gospodarze za wizytamisowieckich notabli nie przepadali. Obyczaje panujące za wschodniągranicą nie miały wiele wspólnego z etyką łowiectwa, ale gościom trudnobyło coś narzucić, a o ich wyproszeniu w ogóle nie było mowy.
U schyłku lat 60. w Bieszczadach rozpoczęto budowę OśrodkaWypoczynkowego Rady Ministrów w Arłamowie. Inwestycję nazwano W-2 (W-1oznaczał Łańsk). Obiekt obejmował ogrodzony obszar o powierzchnitrzydziestu tysięcy hektarów, a przylegało do niego następneczterdzieści tysięcy. To dwukrotna powierzchnia Malty i o połowę więcejniż teren dzisiejszej Warszawy!
Ośrodek otoczono płotem o długości stu dwudziestu kilometrów, w którymzlokalizowano pochylnie umożliwiające dostęp zwierzyny. Oczywiście terenbył pilnie strzeżony, nikt nie mógł się tam pojawić bez specjalnegozezwolenia, a ochronę zapewniały jednostki MSW.
Na terenie kompleksu powstał luksusowy hotel dla partyjnych notabli,niebawem zresztą uznano, że Arłamów jest jednak zbyt... mały i w 1973 rokudołączono do niego ośrodek w pobliskiej Trójcy. W ekspresowym tempiezbudowano drewniane wille w zakopiańskim stylu, a inwestycję prowadzonometodami charakterystycznymi dla epoki.
"W Trójcy - wspominał kierownik budowy Witold Augustyn - od początkuprowadzono budowlaną partyzantkę. Wszystko musiało być zrobione nawczoraj. [...] Dowożone świerki, z których ciekła woda, natychmiastprzecierano i stawiano z nich ściany, co było kardynalnym błędem.Skutkiem tego wysychające płazy ścienne wykręcało w różne strony.Kosztowało to masę pieniędzy, lecz kto wtedy z decydentów liczył się z publicznymi pieniędzmi?".
Stropy układano ze specjalnie dobieranych desek modrzewiowych, gdyż"premier Jaroszewicz uwielbiał modrzew, ale bez sęków". Aby zapewnićstałe dostawy prądu (ze względu na warunki pogodowe w Bieszczadachczęsto zdarzały się awarie), zbudowano elektrownię o mocy stupięćdziesięciu kilowatów, a na terenie dawnej wsi Krajna powstałobetonowe lotnisko.
Arłamów stał się dla komunistycznych notabli prawdziwym myśliwskimeldorado. Nie tylko zresztą dla nich, polowali tam również szach Iranu,król Belgii oraz prezydent Francji.
Pobyt umilała gościom góralska kapela, tańczył zespół ośmiu dziewcząt z Podhala. Niestety, popisy taneczne nie trwały długo, tancerki za bardzopodobały się młodym funkcjonariuszom Biura Ochrony Rządu. W efekcie całaósemka niemal jednocześnie zaszła w ciążę i na tym zakończyłapodhalańskie tańce w Arłamowie...
Za największego miłośnika bieszczadzkich łowów uchodził Jaroszewicz.Zawsze wychwalał wyższość miejscowego jelenia nad mazurskim, aleprawdziwą ambicją premiera stało się upolowanie niedźwiedzia. Gatunekbył w Polsce prawnie chroniony, jednak wydawano zezwolenia na odstrzałpojedynczych osobników, powodujących szkody w gospodarstwach. Oczywiściezdarzały się nadużycia i przepisy naginano, aby partyjnym bonzomzapewnić rozrywkę.
Szef rządu na niedźwiedzia zasadzał się trzykrotnie. Jeszcze jakowicepremier postrzelił potężnego misia w łapę, ale ranne zwierzęwymknęło się tropiącym, przechodząc na sowiecką stronę. Trzy latapóźniej padło ofiarą miejscowych myśliwych, a rozpoznano je po niemalurwanej przedniej kończynie. Wiosną 1967 roku Jaroszewicz zasadził sięna niedźwiedzia wspólnie z nadleśniczym Władysławem Peperą. Panowiestrzelili równocześnie, niedźwiedź padł, ale okazało się, że zwierzępowalił pocisk leśnika. Sukces przyniosło dopiero trzecie polowanie,kiedy premierowi towarzyszył zarządca Arłamowa, pułkownik KazimierzDoskoczyński. Niedźwiedź ważył niemal czterysta kilogramów.
Łowieckie ambicje komunistycznych prominentów wywoływały najdziwniejszeplotki, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Wprawdzie polowanodużo i często, ale nie masakrowano zwierzyny ze śmigłowców za pomocąbroni maszynowej, jak szeptano w kraju. Bardziej prawdopodobna jesthistoria opowiadająca o sposobach rozładowywania chandry przezpułkownika Doskoczyńskiego:
"Lubił zwłaszcza [polowania] na lisy - opowiadał Zdzisław Cichowski -ale był zbyt otyły i leniwy, żeby wysiadać z auta. Służyłem mu zapodpórkę. Uchylałem szybę, kładłem głowę na kierownicy, a on opierałlufę o mój kark i strzelał. I jeszcze się przy tym śmiał, ostrzegając,bym się nie ruszał, bo może spudłować i ustrzelić mi mój łeb. A podsiedzeniem leżała metalowa rurka. Jak stary zranił lisa i ten nie mógłuciekać, to miałem iść z tą rurką i wprawnym uderzeniem skrócićzwierzęciu męki. Potem te lisy trafiały do garbarni w Arłamowie".
Doskoczyński był dawnym ochroniarzem Bieruta, ciężko rannym podczaszamachu na pryncypała (rany głowy i podbrzusza, prawdopodobnieucierpiała męskość oficera). Za zasługi został szefem ośrodka w Łańsku,a następnie przeniesiono go do Arłamowa. W Bieszczadach zachowywał sięjak udzielny książę, to on nadzorował rozrywki prominentów. Bywałagresywny, nie liczył się z podwładnymi, ale dbał o powierzony mu teren.
A na brak partyjnych gości zarządca nigdy nie narzekał. I chociaż w epoce Gierka notable spędzali święta na ogół w Łańsku, to raz na BożeNarodzenie pojawili się w Bieszczadach. Jak przysięgali naoczniświadkowie, Gierek i Jaroszewicz podzielili się z rodzinami opłatkiem, a potem wspólnie kolędowali (chociaż na co dzień deklarowali ateizm). Alejak zauważył z nostalgią Tejchma, wśród partyjnych dygnitarzy nie był towcale wyjątek:
"Po zjeździe są święta. Po świętach Nowy Rok. Po Nowym Roku TrzechKróli. Lubimy to wszystko, choć jesteśmy tak zwanymi komunistami".
Zresztą Gierek i jego ekipa daleko odeszli od walki z religią, a szukając popularności, pogodzili się z dominującą pozycją Kościołakatolickiego. Władze konfliktów z duchowieństwem zdecydowanie unikały,chociaż zderzenie odmiennych światopoglądów przynosiło czasamihumorystyczne efekty. Tejchma jako minister kultury zamówił kiedyś u sędziwej artystki wiejskiej obraz przedstawiający Włodzimierza Lenina.Twórczość ludową władza musiała przecież popierać:
"Jedna ze starych malarek poproszona została o namalowanie czegoś natemat Lenina. Nie wiedziała, o co chodzi. Po wyjaśnieniu zrozumiała, żechodzi o dobrego człowieka, i namalowała Lenina modlącego się do MatkiBoskiej".
Wszystkie cytaty źródłowe w książce przytaczane są w brzmieniu oryginalnym. Zachowano ich pierwotną interpunkcję oraz stylistykę, nawet kosztem poprawności w zapisie. W niektórych fragmentach dokonano jedynie skrótów i wstawiono objaśnienia odautorskie (- S.K.), rzadziej odredaktorskie (- red.). [wróć]
Rozdział II
Ulubienica Stalina
Prawdy i legendy o Wandzie Wasilewskiej
Zapewne o żadnej kobiecie zaliczanej do elity władzy wczesnego PRL niekrążyło tyle sprzecznych informacji, co o Wandzie Wasilewskiej.Opowiadano o niej różne historie, a rzeczywiste wydarzenia mieszały sięz propagandą i pomówieniami. Zawsze miała i do dzisiaj ma zajadłychprzeciwników, zarzucających jej zdradę i reprezentowanie sowieckiejracji stanu. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana, a rolą historykajest przedstawianie faktów. Ocena natomiast należy wyłącznie doczytelników.
Jej biografia zawiera przekłamania, których autorami byli zarównozwolennicy, jak i przeciwnicy przewodniczącej Związku PatriotówPolskich. Nie bez winy pozostawała również sama zainteresowana, bezskrupułów ubarwiająca własny życiorys. Zmiany w nim miały jednak podobnycel, bez względu na orientację polityczną autorów. Miały ją przedstawićjako osobę, która sprawie komunizmu i sowietyzacji Polski poświęciłażycie. Historii nie można jednak opisywać wyłącznie w skrajnych barwach,a ta działaczka wymyka się jednoznacznej ocenie.
Urodziła się w styczniu 1905 roku w Krakowie, była córką LeonaWasilewskiego i Wandy Zieleniewskiej. Wbrew obiegowej opinii jej ojcemchrzestnym nie był Józef Piłsudski, a do chrztu podawał ją AndrzejStrug. Uroczystość odbyła się zresztą dopiero w 1918 roku, kiedy Wandamiała trzynaście lat. Rodzice należeli do Polskiej PartiiSocjalistycznej, a w pierwszym rządzie odrodzonej Polski Leon Wasilewskiotrzymał tekę ministra spraw zagranicznych. Następnie pełnił funkcjęposła w Estonii, wziął również udział w rokowaniach w Rydze kończącychwojnę polsko-bolszewicką. Jako zwolennik federacyjnych koncepcjiPiłsudskiego proponował wówczas włączenie w granice Polski Mińska.
Drogi Wasilewskiego i Komendanta rozeszły się po przewrocie majowym -ojciec Wandy pozostał wierny PPS i lewicowej ideologii. Na zawsze jednakzachował dla Marszałka podziw i uznanie, czego dowodem była książkaPiłsudski jakim go znałem.
Intrygującym epizodem biografii Wasilewskiego jest jego zaangażowanie w działalność prometejczyków. Ten zapomniany już ruch intelektualny i polityczny stawiał sobie za cel destrukcję ZSRR od wewnątrz.Komunistyczne imperium miało ulec zagładzie wtedy, gdy narody zniewoloneprzez bolszewików ogłosiłyby niepodległość. Historia bywa jednakprzewrotna, Leon Wasilewski dążył do zniszczenia ZSRR, natomiast jegocórka stała się z czasem gorliwą zwolenniczką włączenia Polski w składsowieckiego imperium.
Wanda rozpoczęła działalność w PPS wcześnie, w rodzinnym domu poznałazresztą najważniejszych liderów partii. Była ona stronnictwem lewicowym,jednak w czasach II Rzeczypospolitej nie miała nic wspólnego z komunizmem czy Związkiem Radzieckim. Liderzy partii stali na grunciepolskiego patriotyzmu, uważając Sowietów za największych wrogówniepodległości kraju.
Podobne poglądy reprezentowała młoda Wasilewska, chociaż jej radzieccybiografowie bez skrupułów fałszowali jej życiorys. Z lubością opisywanoniedolę dziewczynki podczas I wojny światowej, kiedy to wraz z babkąmusiała, rzekomo z głodu, opuścić rodzinny Kraków. Dziesięcioletniadziewczynka uciekła na wieś i tam "pracowała w polu i w ogrodzie, pasałabydło". Polskie opisy nie zawierały podobnych rewelacji, zbyt wieluludzi pamiętało rodzinę Wasilewskich.
Nie wytrzymuje również krytyki rzekome rozczarowanie Wasilewskiejodrodzoną ojczyzną. W 1918 roku liczyła niewiele ponad trzynaście lat i trudno uwierzyć, aby na stosunki społeczno-polityczne w kraju patrzyłarealnie. Przez długie lata zresztą nic nie wskazywało na to, że zbliżysię do komunistów. Komunistyczna Partia Polski wegetowała na obrzeżachpolityki, a po wojnie z bolszewikami jej członków uznawano za agentówKremla. Co było zgodne z prawdą, albowiem działacze KPP marzyli nietylko o rewolucji społecznej, lecz także o włączeniu naszego kraju doRepubliki Rad.
Roman Szymański
W 1923 roku Wanda rozpoczęła studia na Wydziale Polonistyki UniwersytetuJagiellońskiego. Kilka lat później obroniła doktorat, a podczas naukiwstąpiła w szeregi Sekcji Akademickiej PPS.
"Żadnych inklinacji - pisał Adam Ciołkosz - w kierunku komunizmu czyRosji Sowieckiej młoda Wasilewska nie miała. Gdy w 1923 roku na zjeździeZwiązku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej komuniści dokonali rozłamui założyli "Życie" - nie miała wątpliwości. Trzymała się PPS-owców".
W tym czasie poznała studenta matematyki, Romana Szymańskiego. Był synemrobotnika kolejowego z Tuchowa. Uważano go za "człowieka przemiłego, o niewyczerpanych zasobach pogody i wesołości". Posiadał również bardzoważną dla działalności partyjnej cechę - był niezwykle towarzyski i komunikatywny, dysponował także "nieprzebraną znajomością różnych pieśniludowych, robotniczych, żołnierskich".
Szymański studiował z problemami, musiał bowiem jednocześnie zarabiać nażycie. Nie przeszkadzało mu to jednak w działalności w PPS, uznawano goza "dobrego mówcę, mającego wielki wpływ na młodzież".
Wasilewska wyszła za niego, małżeństwo uchodziło za udane, a Roman byłchyba jedynym mężem dorównującym jej intelektualnie. Na świat przyszłacórka, Ewa. Niestety w 1931 roku wydarzyło się nieszczęście. Mążzachorował na tyfus i zmarł, a jego następcy byli już ludźmi zupełnieinnej kategorii.
W późniejszych latach pierwszego męża Wanda wykreśliła z życiorysuniemal całkowicie. Uznała go za kogoś zbędnego, zapewne ze względu najego socjalistyczną działalność. Człowiek, który nie zdążył nawrócić sięna komunizm, nie był jej potrzebny, i nawet córka używała nazwiskamatki.
Po jego śmierci zmieniła oczekiwania wobec mężczyzn, szukała partnerów,nad którymi mogła górować umysłowo.
"Było coś nienormalnego w jej dobieraniu sobie mężczyzn - uważał AdamCiołkosz - musiała mieć mężczyzn niedorastających do niejintelektualnie. Sama zwierzała się, że potrafi kochać tylko mężczyznniżej od niej stojących. Była do nich przywiązana i o nich zazdrosna,miała w tym zakresie "instynkt posiadacza". Kochała ich na swój sposób.Byli nieodzowni, ale nie byli najważniejsi w jej życiu".
Inna sprawa, że nigdy właściwie nie była sama, zawsze był ktoś u jejboku. Zapewne nie bez powodu określano ją jako kobietę "łasą namężczyzn"...
Oblicze dnia
Kolejny partner również pochodził ze środowisk PPS, ale zdecydowanieodróżniał się od poprzednika. Marian Bogatko był robotnikiem murarskim,a w partii przepowiadano mu poważną karierę. Poznali się w romantycznychokolicznościach: podczas spływu kajakowego Bogatko uratował Wandzieżycie.
"Było to jesienią 1931 roku - wspominała Zofia Woźnicka, młodsza siostraaktywistki. - Dostali się w niebezpieczne miejsce pod Tyńcem, kajak sięprzewrócił i Wanda, dość słabo pływająca, zaczęła tonąć. Marian z narażeniem własnego życia wyratował ją z opresji. Było to dla nichwielkie przeżycie".
Zamieszkali razem, ale nie wzięli ślubu, uważając formalne więzy za"tchórzowskie ustępstwo plotkarzom". Wasilewska sportretowała partnera w swojej pierwszej powieści (Oblicze dnia), przyznając, że Anatol,główny bohater utworu, był "bezwstydnie wzorowany na Marianie".
"[...] fantastyczny atleta, piękny rzeczywiście chłopak - opisywałBogatkę Aleksander Wat - do tańca i do różańca. Bardzo inteligentny,bystry, z poczuciem humoru, szalenie wesoły, silny chłop".
Krytycy przyjęli powieść z mieszanymi uczuciami, autorce zarzuconospłaszczanie psychologii postaci. Bojownicy o wolność społeczną bylipiękni i szlachetni, natomiast ich antagoniści reprezentowali najgorszecechy. To miało zresztą pozostać charakterystyczną cechą jej twórczości:na kartach swoich utworów przedstawiała świat wyłącznie w czarno-białychbarwach.
Powieściowy debiut działaczki wzbudził czujność cenzury, wprawdziewcześniej Oblicze dnia drukowano bez skreśleń w lewicowym piśmie"Naprzód", ale edycja książkowa była czymś znacznie poważniejszym.Wstrzymano druk utworu, ale przydatne okazały się znajomości ojca Wandy.Towarzysz Leon miał swoje wpływy i kontakty, w efekcie okrojona o zakwestionowane fragmenty powieść ukazała się na rynku. A niebawem jejprzekład wydano w ZSRR (w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy) i władze sowieckie zwróciły na pisarkę uwagę.
Wykorzystywała wpływy ojca, ale coraz bardziej różnili się poglądami.Podobno, aby ostatecznie nie zrywać kontaktów, zaprzestali dyskusjipolitycznych, chociaż należeli do tej samej partii! Podczas posiedzeńRady Naczelnej PPS zwracała się do ojca "towarzyszu Wasilewski", a w trakcie publicznych spotkań nie odzywali się do siebie. Leon otaczał jąjednak dyskretną ochroną; powszechnie znana była jako córka zasłużonegodziałacza PPS.
Mimo to ojciec nie wszystko mógł załatwić. Wanda pracowała w krakowskiejszkole średniej, ale władze placówki uznały, że lewicująca nauczycielkajest osobą niepożądaną. Nie przedłużono umowy na kolejny rok i znalazłasię bez pracy.
Problemy miał również Bogatko. Trwał wielki kryzys, a on był jednym z organizatorów strajku krakowskich robotników budowlanych. A kto w trudnych czasach chciałby zatrudniać kłopotliwego pracownika? W efekcieoboje przenieśli się do Warszawy.
Po raz kolejny przydały się koneksje towarzysza Leona i Wasilewskaznalazła zatrudnienie w Dziale Wydawniczym Związku NauczycielstwaPolskiego. Pracowała w redakcji "Płomyka" i "Płomyczka", nazwisko ojcaotwierało jednak wiele drzwi, a Wanda nie miała skrupułów, żeby towykorzystywać.
Poznała wówczas kobietę, która z czasem stała się jej najbliższąprzyjaciółką. Janina Broniewska, żona rewolucyjnego poety, równieżpracowała w ZNP i panie wyjątkowo przypadły sobie do gustu. Broniewskamiała od Wandy radykalniejsze poglądy i wywierała na koleżankę znacznywpływ.
Tymczasem Bogatko, zamieszkawszy w stolicy, nie powrócił już do zawodu,odnajdując się w roli mężczyzny lewicowej pisarki i publicystki.
"Bogatko zdeklasował się - wspominał Ciołkosz - i w ogóle przestałpracować. Zajmował się domem, asystował swej żonie w środowiskach lewicyliterackiej, w pochodach 1 Maja chodził z grupą literatów i dziennikarzy, nie z robotnikami budowlanymi; przeszedł na mieszczańskisposób życia i w niczym już nie zapowiadał sobą Anatola - płomień i miecz rewolucji".
Wasilewska została członkiem Międzynarodowej Organizacji PomocyRewolucjonistom i rozpoczęła współpracę z pisemkami komunistycznymi.Jedno z nich ("Oblicze dnia") wzięło nawet nazwę od jej powieści. W marcu 1936 roku wywołała głośny skandal związany z wydaniem numeru"Płomyka" poświęconego Związkowi Radzieckiemu. W kolejnych numerachprzedstawiano różne kraje świata, ale tym razem tematyka okazała sięwyjątkowo kontrowersyjna. Wandzie zarzucono agitację komunistyczną, w Sejmie zaatakował ją premier Felicjan Sławoj Składkowski, krytykowałaendecka prasa. Wydanie skonfiskowano, a działalność zarządu ZNPzawieszono, wprowadzając kuratora. Nauczyciele odpowiedzielijednodniowym strajkiem, urządzono również pochód na Belweder, wręczającpetycję wdowie po Piłsudskim. Ale Wanda straciła pracę.
W tym okresie nie była to jej jedyna ekstrawagancja. Dwa miesiącepóźniej współorganizowała Kongres Pracowników Kultury we Lwowie.Założenia były szlachetne - walka intelektualistów z narastającymzagrożeniem ze strony faszyzmu, ale w praktyce organizatorzy realizowalipolecenia z Moskwy. Nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, bowiem obokzadeklarowanych zwolenników Kremla w obradach wzięli udział inteligenciniezwiązani z komunistami, a Maria Dąbrowska i Leon Schiller przysłalilisty. Nie zaproszono jednak Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego czyTadeusza Boya-Żeleńskiego.
Organizatorzy miejsce obrad wybrali dobrze. Lwów był silnym ośrodkiemagitacji komunistycznej, niebawem zresztą posiedzenia zdominowali agencimoskiewscy. Wznoszono okrzyki na cześć "czerwonego Lwowa", nazakończenie odśpiewano Międzynarodówkę i zapowiedziano bliskiespotkanie w "czerwonej Warszawie".
"Można więc - ironizował Słonimski - w gmachu teatru miejskiego weLwowie, za pozwoleniem władz polskich, protestować przeciw "obozomkoncentracyjnym" i "brutalnemu terrorowi politycznemu", ale nie wartonawet wspomnieć, że w Sowietach są też "obozy koncentracyjne" i "brutalny terror polityczny". Jeśli jedną z zasadniczych postaw kulturyma być tolerancja i wolność, zjazd lwowski był dość lichą i przykrąparodią".
W tym czasie Wanda była już żoną Bogatki, małżeństwo zawarli, starającsię o wizę na wyjazd do ZSRR. Pobrali się w obrządku kalwińskim, nieukrywając przed pastorem, że to wyłącznie formalność.
"Gdy poprosił o jakieś oświadczenie charakteru religijnego - wspominałaWasilewska - a nam bardzo się spieszyło, rozłościł się i w końcuzirytowany zapytał: nie rozumiem, o co państwu chodzi - o ślub czy o papiery? Odpowiedziałam, że o papierek. Wtedy zrezygnował zewszystkiego, był na nas śmiertelnie obrażony, ale dokument ślubu namwydał, a całą ceremonię ograniczył do jakichś skróconych obrzędów".
Starania o wizę popierał Leon Wasilewski, uważając, że podróż po krajurealnego komunizmu pozbawi córkę złudzeń. Niestety, tym razem jegowpływy nie wystarczyły, chociaż z perspektywy lat wydaje się, że jej nicjuż nie mogło zatrzymać. Pozostawała odporna na argumenty, usuwając zeświadomości wszystko, co do jej wizji świata nie pasowało. Nawet jeżelioznaczało to ignorowanie zbrodni na milionach ludzi. A ojciec niebawemzmarł i nie było już żadnego człowieka, z którego zdaniem się liczyła.
Do Komunistycznej Partii Polski wprawdzie nie wstąpiła, ale nawiązałabliżej nieokreślone kontakty z ambasadą radziecką.
"W 1936 roku - wspominała po latach - było u mnie krucho z forsą, kilkarazy ambasada pomagała mi. To się nazywało, że dają honoraria zaprzekłady moich książek".
Sowieci nie zwykli przejmować się takimi drobiazgami jak prawaautorskie, ale Wanda nie przeszła jeszcze na żołd moskiewski. Starałasię wierzyć, że Rosjanie wypłacają jej honoraria, chociaż w rzeczywistości powoli przygotowywali sobie grunt na przyszłość.
Pieniądze od Sowietów były tym ważniejsze, że w ostatnich latach przedwybuchem wojny Wasilewska utrzymywała się wyłącznie z pióra. Polskienakłady jej książek były jednak niewielkie, powszechnie oceniano, że niema większego talentu. Natomiast edycje za wschodnią granicą robiływrażenie.
Realizowała się również w pracy społecznej i na tym polu miała faktyczneosiągnięcia. Była pedagogiem z zamiłowania, a pomoc potrzebującymwpisywała się w jej lewicową ideologię. Poza tym naprawdę lubiła dzieci.
"Przyjechała z Aleksandrem Fordem do Miedzeszyna - opowiadał MarekEdelman - do sanatorium imienia Medema, żeby kręcić film o sanatorium.Były tam dzieci strajkujących górników i ona nadzwyczajnie potrafiła sięnimi zająć. Była naprawdę znakomita, nikt, kto miał z nią styczność,zwłaszcza z jej działalnością społeczną, nie mówił o niej źle".
Zdecydowanie gorsze zdanie mieli o niej natomiast koledzy z PPS.Przepadła w kolejnych wyborach do Rady Naczelnej i nie mogła odnaleźćwłasnej drogi. Do KPP nie mogła już wstąpić - na polecenie Kremla partiakomunistyczna została rozwiązana, a jej przywódcy rozstrzelani w ZSRR.Niebawem jednak wszystko zmienić miała wojna.
W sowieckim Lwowie
Po niemieckiej agresji Wasilewska, podobnie jak setki tysięcy Polaków,ruszyła na wschód. Zarzucano jej, że planowała ucieczkę do ZwiązkuRadzieckiego, chociaż zapewne po prostu nie chciała wpaść w ręceNiemców. Osobiście jednak na oskarżenia zasłużyła, pisząc, że pragnęłasię schronić w "ojczyźnie proletariatu", ale to Związek Radziecki samprzyszedł do niej. W ten sposób skwitowała sowiecką agresję z 17września 1939 roku.
Znajdowała się zresztą na specjalnych listach NKWD, wobec "czołowejpisarki lewicowej" Sowieci mieli sprecyzowane plany. Jej nazwiskofigurowało obok innych literatów uznanych za przydatnych, wśród którychbyli również Julian Tuwim i Władysław Broniewski. Kremlowscy decydencinie czekali bezczynnie, radio sowieckie ogłaszało apele, wytypowaneosoby wzywając po nazwisku. Do Wasilewskiej dotarło wezwanie i zdecydowała się na wyjazd do Lwowa.
W komunistycznej ideologii ostatecznie utwierdziła ją katastrofawrześniowa. Uznała, że pomyślność Polakom może zapewnić wyłącznie"ojczyzna proletariatu", łącząc społeczne i narodowe wyzwolenie. Od tejpory miała związać się na dobre i złe ze Związkiem Radzieckim, niezwracając uwagi na reakcje otoczenia. A swoim zachowaniem potrafiławzburzyć nawet starych komunistów.
Krakowski poeta Jan Kurek znalazł się w grupie literatów udających sięwraz z Wasilewską i Bogatką do Lwowa. Na dworcu w Chełmie Lubelskim byłświadkiem wstrząsającej sceny:
"Otoczona ścisłą strażą żołnierzy radzieckich z karabinami stała w gorącym słońcu września wielka grupa oficerów polskich z rozpiętymibluzami, bez pasów, bez dystynkcji, ze zdartymi wyłogami; było ich, jakpamiętam - chyba z dwustu ludzi. Próbowali się oni porozumieć z obserwatorami z zewnątrz wykrzykując w głos adresy, nazwiska, prośby o wodę, apele o zawiadomienie najbliższych itd.".
W pobliżu oczekiwali na pociąg literaci, a wszystkim zarządzała Wanda.To ona rozmawiała z miejscową delegaturą Armii Czerwonej w Chełmie,przejmując na siebie rolę nieformalnego przewodnika.
"Słysząc i widząc - kontynuował Kurek - prośby o wodę ze stronyaresztowanych oficerów padających ze zmęczenia - jak dowiedzieliśmy się,stali oni na dworcu od rana przez kilka godzin w oczekiwaniu natransport, który miał ich zawieźć w głąb Rosji - poprosiliśmy wspólnie[...] Wasilewską, aby porozumiała się z komendantem eskorty radzieckiejcelem podania wody spragnionym aresztantom. [...] na naszą prośbę Wanda[...] - koleżanka nasza przecież - uniosła się gniewem, jej długa,pociągła twarz skrzywiła się z zaciętym grymasem; wskazując naaresztowanych oficerów wykrzyknęła: - Wody dla nich? Nigdy nie posunęsię do tego. To swołocz! I z nienawiścią w oczach odmówiła interwencji u radzieckiego komendanta. Ten incydent wzbudził u nas wszystkich odruchniesmaku; nawet nie kryli się z oburzeniem ci z nas, którzy bylikomunistami od lat".
We Lwowie Sowieci rozgrywali swoją partię umiejętnie. WypłaciliWasilewskiej tantiemy za książki wydane w ZSRR, a każdy pisarz lubi byćdoceniany. W sowieckiej prasie widziała pochlebne recenzje swoichpublikacji, dowiedziała się, że jej twórczość wysoko cenił Stalin.Zrobiło to na niej kolosalne wrażenie.
Uznała, że znalazła się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. Nigdynie potrafiła działać bez osobistego zaangażowania, we wszystko, corobiła, wkładała całą duszę. Niebawem Sowietom za ich zaufanieodpłaciła.
"Czekałem - wspominał Nikita Chruszczow - by wraz z nią rozpocząć pracęnad zorganizowaniem polskiej inteligencji, którą chcieliśmy powstrzymaćod działalności antysowieckiej, uczynić z niej sojuszników. O pakcieRibbentrop-Mołotow rozmawiałem z nią nie ja, lecz Korniejczuk i MykołaBażan. Przez nich tworzyłem przyczółki naszej propagandy. Z łatwościąporozumieliśmy się we wszystkich kwestiach. Zrozumiała, w jakichwarunkach podpisaliśmy pakt z Niemcami i dlaczego nasze wojska zajęływschodnie rejony Polski".
Pisała do "Czerwonego Sztandaru" (polskojęzycznej gazety wydawanej przezSowietów we Lwowie), przemawiała na wiecach, a jej entuzjazm porównywanodo egzaltacji świętej Teresy. Obserwatorzy zauważali, iż wprawdzie"trudno było o niej powiedzieć, że była ładna", ale podczas publicznychwystąpień "cudownie lśniły jej oczy" i "piękniała pod wpływem zapału,uniesienia, natchnienia". Było już zbyt późno, aby wykorzystać jej osobęw wyborach do nowych władz, ale Wasilewska agitowała i zbierała podpisypod petycją w sprawie przyłączenia Ukrainy Zachodniej do ZwiązkuRadzieckiego. Przestała uważać się za Polkę, teraz czuła się obywatelkąojczyzny proletariatu.
"Nasz ZSRR to prawdziwy kraj młodości - mówiła na spotkaniu z robotnikami. - W przełomowym dniu 17 września najwięcej zyskałamłodzież, której teraz dane jest przeżywać młodość w radzieckichwarunkach".
Zachowywała się jak rasowa kolaborantka, ale warto pamiętać, że to jejinterwencja zadecydowała o zaniechaniu całkowitej ukrainizacjilwowskiego uniwersytetu. Chociaż zmieniono patrona i program, to częśćprzedwojennej kadry pozostała na uczelni. Na kilku katedrach utrzymanorównież polski język wykładowy.
Wanda nie odmówiła oczywiście podpisu pod oświadczeniem Pisarze polscywitają zjednoczenie Ukrainy, opublikowanym w "Czerwonym Sztandarze".Jego autorzy ogłosili, że dzięki wcieleniu polskich Kresów do ZSRRotworzyły się dla polskich literatów "podwoje wielkiej sztukisocjalistycznej, sztuki szczerze służącej kulturalnym i moralnym ideałomludzkości". Podpisali je także: Władysław Broniewski, TadeuszBoy-Żeleński, Stanisław Jerzy Lec, Jerzy Borejsza, Leon Pasternak,Aleksander Wat i Adam Ważyk. Strach przed NKWD zrobił swoje, brakowałochętnych do odmowy.
Sześćdziesięciopięcioletni Boy-Żeleński tłumaczył, "że niczego już nieoczekuje, ale wie, co to są Sowiety". Miał jednak nadzieję, iż dziękipodpisowi "dadzą mu spokojnie żyć tu, w tym Lwowie". Niebawem doszedłjednak do wniosku, że to, co dzieje się nad Pełtwią, to "najstraszliwszaniewola myśli, jaką znają dzieje".
Wasilewska nie miała podobnych wątpliwości i na co dzień przejawiałazapał godny neofity. Odbyła podróż po radzieckiej Ukrainie, co wprawiłoją w prawdziwą ekstazę. Szczególny zaś zachwyt wzbudziła w niej wizyta w Kijowie.
"Opowiadała - wspominał Ciołkosz - że miała możność swobodnegoporuszania się po mieście, wchodziła niezapowiadana do mieszkań,rozmawiała bez przeszkód z ludźmi - wszyscy są szczęśliwi, wdzięczni zalepsze, piękniejsze życie. [...] Na zakończenie rozmowy zapewniła mnie,że Armia Czerwona na wiosnę wejdzie do Warszawy. Obecny przy rozmowieBogatko poprawił żonę: "Może nie na wiosnę, ale na przyszłą jesień - napewno". Nie wypytywałem skąd ta pewność. Wystarczyło mi stwierdzenie, żemam do czynienia z człowiekiem, który znalazł swe miejsce w rzeczywistości sowieckiej i był z tego powodu szczęśliwy. Wasilewskarzeczywiście promieniowała zadowoleniem i radością. Cała też byłaprzejęta swym nowym życiem".
"Czerwony Sztandar" to było jednak dla Wandy zbyt mało. Pod jej redakcjązadebiutowały "Nowe Widnokręgi" - oficjalny organ Związku PisarzyRadzieckich. Do współpracy zaproszono nawet Brunona Schulza, chociażjego proza daleko odbiegała od standardów socrealizmu. I faktycznie,opowiadanie o synu szewca, który zamienił się w taboret, zostało przezredakcję odrzucone...
Zabójstwo Mariana Bogatki
Wasilewska promieniała zapałem, natomiast coraz większe obiekcje miałjej małżonek. Co prawda intelektem Wandzie nie dorównywał, ale nie byłrównie łatwowierny. Widział, jak podczas podróży po Ukrainie Sowieciżoną manipulowali, odpowiednio dobierając ludzi i miejsca. A radzieckiemetody zraziły go całkowicie do "kraju sprawiedliwości społecznej".Podobne zdanie miał Broniewski, który nigdy nie zapomniał, że jestPolakiem. Poeta odmówił wejścia w skład redakcji "Czerwonego Sztandaru"i obaj panowie spędzali razem czas przy wódce. Pod wpływem procentówBroniewski recytował swoje wiersze, nie zawsze prawomyślne wobec nowegoustroju. Nic dziwnego, że szybko znaleźli się pod ścisłą inwigilacjąNKWD.
Bogatko i Broniewski mogli nadużywać alkoholu, ale wódka nieprzesłaniała im zdolności realnego widzenia. Sowieci, szermując hasłamiideologicznymi, przystąpili do brutalnego wyniszczania polskiego żywiołuna Kresach. Jeszcze w listopadzie 1939 roku mieszkańcom okupowanychterenów przymusowo nadano obywatelstwo ZSRR i przystąpiono do parcelacjiziemi uprawnej. Ale głównym zadaniem bolszewików stała się eksterminacjapolskich elit. Aresztowano członków władz, w więzieniach znaleźli siębyli premierzy (Aleksander Prystor, Leon Kozłowski i Leopold Skulski),ministrowie, wielu posłów i senatorów. Oskarżono ich o kontrrewolucję, a nawet o udział w wojnie z 1920 roku! Następnie przystąpiono dosystematycznego wyniszczania polskiego żywiołu. W czterech turachdeportowano około trzystu pięćdziesięciu tysięcy osób, osadzając ich w północnej Rosji i w Kazachstanie. Wywożono całe rodziny urzędnikówpaństwowych (do szczebla referenta), ziemian, kupców, dziennikarzy,harcerzy, studentów, członków różnych partii, a nawet filatelistów i znających esperanto.
Tymczasem Wasilewska zamieszkała w luksusowej willi, a dzięki rozmowomna szczeblu dyplomatycznym Niemcy zgodzili się na przyjazd do Lwowa jejnajbliższej rodziny. Matka Wandy jednak odmówiła, stara pani Wasilewskanie miała zaufania do sowieckich porządków. W jej ślady poszedł równieżbrat męża, a w tej sytuacji wolne miejsca zajęły Maria Zarębińska(ówczesna partnerka Broniewskiego) z córką.
Wbrew krążącym przez lata pogłoskom Wasilewska nie przyjechała osobiściepo rodzinę do Warszawy i nie pokazywała się w stolicy w samochodziegestapo. Nieprawdziwa jest również informacja, iż jej rodzinaprzyjechała do Lwowa specjalnym pociągiem wraz z wyposażeniemwarszawskiego mieszkania. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna: zapięcioro Polaków Sowieci wydali taką samą liczbę Niemców, a wymianaodbyła się na ówczesnej granicy. Wanda nie musiała zresztą ściągać mebliz Warszawy, we Lwowie żyła w zdecydowanie lepszych warunkach niż przedwojną.
Przyjazd najbliższych niewiele natomiast zmienił w życiu Broniewskiego.Nadal wlewał w siebie ogromne ilości trunków i sprawiał kłopoty.Najbliżsi obawiali się o niego, chociaż jego problemy z alkoholem trwałyjuż od lat. Zarębińska mawiała jeszcze przed wojną, że przegrywarywalizację o miejsce w jego sercu z "madame czystą wyborową". NKWD nieznało się jednak na żartach i we Lwowie dojrzewał plan pozbycia sięwszystkich niewygodnych literatów, z Broniewskim na czele.
W styczniu 1940 roku Sowieci starannie przygotowali prowokację. Powieczorze autorskim Leona Pasternaka kilkanaście osób udało się dorestauracji Aronsona, inni pojawili się tam na specjalne zaproszenie.Sprowokowano awanturę, natychmiast interweniowali żołnierze NKWD i uczestnicy burdy zostali zatrzymani. Wśród aresztowanych byli:Broniewski, Wat, Tadeusz Peiper i Anatol Stern. Kolejnych kilku pisarzyzatrzymano w domach, w tym Teodora Parnickiego.
Wasilewska dowiedziała się o całej sprawie z opóźnieniem, przebywałapoza Lwowem, zresztą zapewne NKWD specjalnie wybrało termin prowokacji.Uznała jednak, że to zwykła pijacka awantura, i rozpoczęła starania o zwolnienie aresztowanych.
"Wiem z całą pewnością - wspominała Ola Watowa - że poszła doChruszczowa, który wtedy był we Lwowie, i - najprawdopodobniej - sprawątą się zajmował. Poradził jej w dosadnym języku, aby nie wsadzała nosamiędzy drzwi. Gdy zaraz następnego dnia po aresztowaniu Putrament zwołałzebranie, aby potępić aresztowanych i odciąć się od nich, już mającprzygotowane odpowiednie pismo z podpisami niektórych zostawionych nawolności pisarzy, sprzeciwiła się temu Wanda [...], tłumacząc, że to zawcześnie, że trzeba poczekać na sąd, na ujawnienie prawdy. Nie podpisałatego oświadczenia Putramenta. Nie podpisali go też Ważyk, Lec,Szemplińska".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki