Rozdział 1
Stanisław Dygat i jego żony
Francuskie pochodzenie
Zapomniany obecnie już nieco Stanisław Dygat w czasach PRL-u uchodził za
jednego z najpopularniejszych pisarzy. Jego powieści cieszyły się
uznaniem czytelników, regularnie przenoszono je na ekran (Jezioro
Bodeńskie, Dworzec w Monachium, Disneyland, Pożegnania), a ich
autora zaliczano do elity intelektualnej kraju. Pisarz przyciągał uwagę
również z powodu niekonwencjonalnego stylu życia, miał zresztą opinię
"wiecznego chłopca" zakochanego w Hollywood i filmach zza oceanu. A jego
życie prywatne było przedłużeniem filmowych fascynacji. Dwukrotnie
poślubiał aktorki - szczególnie małżeństwo z seksowną Kaliną Jędrusik
wzbudzało powszechne zainteresowanie. I chociaż w czasach Polski Ludowej
nie było paparazzich czy tabloidów, to jednak plotki ze świata
artystycznego przenikały do społeczeństwa. W biurach i kawiarniach
opowiadano o niecodziennych zasadach obowiązujących w tym związku, a także o fobiach i dziwactwach samego pisarza. Dygat był bowiem osobą
wyjątkowo chimeryczną, ale ci, którzy go dobrze poznali, uważali, że dla
jego przyjaźni "warto było się urodzić".
Prapradziadkiem Stanisława był oficer armii francuskiej, François Digat,
który zakochał się w urodziwej Polce i po klęsce Napoleona osiedlił się
nad Wisłą. Jego syn, Antoni, był urzędnikiem Najwyższej Izby
Obrachunkowej, natomiast wnuk, Ludwik, walczył w powstaniu styczniowym.
Po jego klęsce wyemigrował do Paryża, gdzie został jednym z założycieli
Towarzystwa Bratniej Pomocy, a do jego podopiecznych należał Cyprian
Kamil Norwid. Dygat umieścił poetę w Domu Świętego Kazimierza (przytułku
zajmującym się polskimi emigrantami) i według rodzinnej tradycji jego
żona osobiście opiekowała się Norwidem, "zawożąc mu tam przysmaki", a on
w zamian ją "po rękach całował". I nikomu nie przychodziło na myśl, że
"ten Norwid mógł być kimś więcej niż zwykłym, emigracyjnym, na pół
zdziecinniałym staruszkiem, gryzmolącym, podobno, jakieś dla nikogo
niezrozumiałe wiersze".
Stanisław Dygat był wnukiem Ludwika, urodził się w grudniu 1914 roku,
już po powrocie rodziny do Polski. Podobnie jak jego rodzice zachował
jednak francuskie obywatelstwo, co podczas II wojny światowej miało mieć
swoje konsekwencje.
Przyszły pisarz dorastał w zamożnym domu. Jego ojciec, Antoni, był
cenionym architektem, zaprojektował gmachy Wytwórni Papierów
Wartościowych i Wojskowego Instytutu Geograficznego w Warszawie, a także
budynki radiostacji w Raszynie i we Lwowie. W domu Dygatów panowała
atmosfera "artystycznego cygaństwa", co oznaczało, że artystów goszczono
chętnie i bezterminowo. Podczas wakacji rodzina zawsze wyjeżdżała nad
morze, na zmianę na wybrzeże francuskie i polskie. Państwo Dygatowie
uważali bowiem, że dzieci powinny dorastać w kulturze swoich obu
ojczyzn.
Problemy z edukacją
Stanisław uczęszczał do jednego z najbardziej prestiżowych gimnazjów w stolicy (Szkoły Ziemi Mazowieckiej), miał jednak poważne kłopoty z nauką. Systematycznie wagarował, bardziej interesował się sportem niż
szkołą, a największe problemy sprawiały mu lekcje języka polskiego. Nie
narzekał przy tym na brak powodzenia u dziewcząt, co zdecydowanie
utrudniało mu koncentrację.
"Gdy tak się przechadzałem z najnowszym tomem Edgara Wallace'a w ręku -
wspominał Janusz Minkiewicz - uwagę moją przykuła para uczniaków
składająca się z ferdydurkowatej blond-pensjonarki i sztubaka w czapce z tej samej co i ja szkoły. Choć czapki mieliśmy takie same - nie znaliśmy
się. Za późno już było na udawanie, że się nie widzimy, a czapki z tymi
samymi oznakami zobowiązywały, jak mundur wojskowy, do ukłonów. On był z damą, wypadało mi się ukłonić pierwszemu.
- Kolega z jakiej klasy? - zagaił nieznajomy.
- Z szóstej. Minkiewicz się nazywam.
- Dygat jestem - odrzekł tamten, wyraźnie "grasejując", choć w słowach,
które dotąd wypowiedział, nie było litery "r" - ja także z szóstej, to
dziwne, żeśmy się dotychczas nie spotkali w szkole.
Słowo do słowa, okazało się, żeśmy dotąd wagarowali na przemian. W tych
dniach, kiedy on był w klasie, ja spacerowałem po parku - i odwrotnie"1.
Wprawdzie nie wiadomo, kim była ta "blond-pensjonarka", stała się jednak
powodem miłosnej rywalizacji obu chłopców.
"Odtąd przyjaźń została zawarta - kontynuował Janusz Minkiewicz. -
Mieliśmy wspólne zainteresowania, jak mecze piłki nożnej, gra w tenisa,
a przede wszystkim owa blond-pensjonarka, w której i ja zakochałem się
nie na żarty. Kobieta w tym wieku zmienna jest jak puch marny, toteż
obaj z Dygatem przeżywaliśmy na przemian okresy triumfów i dumy lub
zazdrości i poniżenia. Rywalizacja ta nie zrobiła z nas nieprzyjaciół,
lecz przeciwnie - wzbudzała w nas obu uczucia wzajemnej szlachetności i dżentelmenerii. Jak się skończyła - obaj dziś nie pamiętamy, może
przypomniałaby nam to owa panienka, ale jest to niełatwe, gdyż obecnie
znajduje się ona gdzieś na terenie Australii i dotąd nie przysłała
żadnemu z nas swego adresu. Zresztą, tamtą historię przyćmiły nam inne,
o podobnym charakterze, ale już znacznie poważniejsze. Kochaliśmy się w tych samych osobach przez następne lat kilkanaście, szczęście sprzyjało
nam na przemian, raz mnie, raz jemu. (...) W każdym razie nasze wspólne
gusta romantyczne z Dygatem zakończyły się wreszcie tym, żeśmy się
ostatecznie pożenili, każdy z narzeczoną drugiego"2.
Kiedy Dygat nie otrzymał promocji do następnej klasy, to w obawie przed
reakcją ojca uciekł z domu. Dotarł do Gdyni, gdzie zaciągnął się na
statek odbywający rejsy po Bałtyku, lecz nie nacieszył się specjalnie
wolnością. Zdążył odbyć tylko jedną krótką podróż, kiedy odnalazł go
ojciec. Ale i tak po latach uznał, że "był to najszczęśliwszy okres w jego życiu". Rodzina miała jednak inne zdanie i krnąbrnego chłopaka
odesłano do konwiktu pijarów w Rakowicach pod Krakowem. Szkoła znana
była z surowej dyscypliny, która w przypadku Stanisława przyniosła
pozytywne efekty.
"To pociągnięcie okazało się ze wszech miar udane - wspominał pisarz. -
Ku zdumieniu mojemu, rodziny, krewnych i znajomych awansowałem
niespodziewanie na najlepszego ucznia w klasie, dystansując w nauce
nawet gorliwych i pilnych kolegów kleryków. (...) W owym czasie po
uporczywych i nieudanych bojach ze szkołą dobiegałem już osiemnastu lat
i zacząłem zastanawiać się nad sobą. Znudziła mi się ta sytuacja tumana
i nieuka, przekonałem się, że nauka może być miła i dawać wiele
satysfakcji. Być może była w tym zasługa wyjątkowo szczęśliwie dobranego
u pijarów grona profesorskiego, składającego się wyłącznie z profesorów
świeckich, którzy potrafili jakoś umiejętnie skierować mój umysł na
właściwą drogę"3.
Dawały jednak znać o sobie lata zaniedbań i Dygat uzyskał świadectwo
dojrzałości dopiero w wieku 21 lat. Rozczarowanie przyniósł mu zresztą
egzamin z języka polskiego, młodzieniec interesował się bowiem już
wówczas literaturą i miał ambicje otrzymania jak najlepszej oceny. Jego
wysiłki oceniono jednak zaledwie na "dobrze", wobec czego po latach
wysłał swojemu poloniście egzemplarz debiutanckiego Jeziora
Bodeńskiego z dedykacją: "To jest moja poprawka z języka polskiego".
Czas spędzony w konwikcie pijarów nie był jednak beztroski, chociaż
uwalniał młodzieńca od "rodzinnych problemów, melancholii matki i karcącego wzroku ojca". Chłopak nie unikał też życia towarzyskiego,
chociaż ze względu na charakter placówki było ono jednak dość
ograniczone.
"Staszek na pewno nie należał do przeciętniaków - uważał jego kolega z konwiktu. - Miał duże poczucie humoru, bardzo lubił opowiadać kawały.
Potrafił błyskawicznie i błyskotliwie spointować sytuację. Miał też
mnóstwo wdzięku. Na wieczorkach tanecznych, na które przyjeżdżały do
naszego kolegium dziewczęta uczące się u sióstr urszulanek w Krakowie,
bardzo łatwo zdobywał ich sympatię"4.
Złoty chłopak przedwojennej Warszawy
Po maturze Stanisław powrócił do stolicy i rozpoczął studia w Wyższej
Szkole Handlowej. Nauka go jednak zupełnie nie interesowała, a uczelnię
wybrał wyłącznie dlatego, że tam "poszło najwięcej najweselszych i najmilszych" kolegów. Zamiast uczestniczyć w wykładach, wolał chodzić na
koncerty do filharmonii i nadrabiać zaległości z literatury polskiej. Na
efekty nie trzeba było długo czekać - został relegowany z uczelni, wobec
czego niebawem rozpoczął studia architektoniczne. Ten kierunek również
okazał się pomyłką, a po latach Dygat przyznawał, że naukę uniemożliwiła
mu "zupełna nieporadność techniczna, której poczucie pogłębiało zapewne
mistrzostwo ojca". Ale nie poddawał się i tym razem zapisał się na
filozofię. Nie zmienił jednak swojego postępowania i "nad wykłady
profesora Tatarkiewicza przedkładał dansingi (...), gdzie brylował jako
znakomity tancerz". Upodobanie do tańca miało mu zresztą pozostać na
długie lata, podobnie jak zamiłowanie do życia towarzyskiego.
"Dobił mnie jednak finał jednego z programów - wspominał pewną zabawę
karnawałową Jerzy Broszkiewicz. - Był to mianowicie taniec hiszpański w wykonaniu Otwinowskiego i Dygata. Mniejsza o szczegóły. Wystarczy finał,
kiedy to Dygat, grający cały czas rolę wiotkiej choć ognistej partnerki,
wynosił swego partnera ze sceny na rękach"5.
Rodzina Dygatów z niepokojem obserwowała wyczyny młodzieńca. W zapomnienie odeszły nadzieje z czasu pobytu Stanisława w konwikcie
pijarów, młodzieniec lubił się bawić i w ogóle nie myślał o przyszłości.
"Rodzice moi bardzo się niepokoili tym niezbyt poważnym stosunkiem do
życia - przyznawał po latach. - A mnie naprawdę nic właściwie nie
interesowało. Zdawałem sobie jednak sprawę, że coś trzeba przecież w końcu robić, gdyż stanę się wykolejeńcem. Sztuka wydawała mi się
piekielnie trudna. W ogóle bardzo mało miałem pewności siebie, wiary w swoje możliwości. Słyszałem jedynie swój własny głos, który wszystko, co
zdarzyło się wokół mnie, komentował. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy,
że to jakaś skłonność do literatury. Notowałem jednak coś zawsze na
kartkach..."6.
Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Stanisława, gdyby nie fakt, że w Warszawie ponownie spotkał Janusza Minkiewicza. Dzięki niemu wszedł w środowisko literackie, a największe wrażenie zrobił na nim Witold
Gombrowicz. Grywał z nim regularnie w tenisa i chłonął jego twórczość.
"Ogromny wpływ wywarły na mnie Ferdydurke i autor tej powieści -
wspominał. - Coś się we mnie otwarło. Właściwie dopiero od tej chwili
zainteresowałem się literaturą - zobaczyłem pewne możliwości. Wręcz
naśladowałem twórczość autora Ferdydurke. W Jeziorze Bodeńskim jest
dużo takich zapożyczonych scen czy sposobów widzenia, o których, jeśli
ich nawet nie zauważyła krytyka, wiem sam najlepiej"7.
Dużo czasu spędzał w kawiarniach, ze słynną Ziemiańską na czele.
Uwielbiał długie dyskusje o literaturze, sam miał zresztą wówczas okazję
do debiutu.
"Jako pisarza odkrył mnie Stanisław Piętak [jeden z najwybitniejszych
literatów młodego pokolenia II Rzeczypospolitej - S.K.]. Poznałem go
przez Minkiewicza i zaprzyjaźniłem się. Kiedyś nieoczekiwanie wpadł do
mnie. Miałem na biurku jakieś zapisane kartki. Zajrzał, przeczytał i powiedział: "Skończ i daj mi za 3 dni". Cóż miałem robić? Skończyłem.
Tydzień później ukazało się to w "Apelu""8.
Publikacja noweli w dodatku literackim do "Kuriera Porannego" była
sukcesem, ale przyjaciele Dygata nie widzieli w tym niczego wyjątkowego.
"Niby zapisał się na architekturę - wspominał Janusz Minkiewicz - ale
wiedzieliśmy wszyscy, że jest rzadkim gościem na tym wydziale. Znacznie
częściej można go było spotkać przy stoliku w literackiej kawiarni czy w knajpie, gdzie kibicował naszemu towarzystwu, zajmującemu już jaką taką
pozycję w świecie artystycznym. O każdym z nas, Karpińskim, Gombrowiczu,
Uniłowskim, Mostowiczu czy kimkolwiek innym, wiadomo było, że zajmuje
się jakąś konkretną pracą, że drukuje, zarabia. Po Dygacie nie było tego
widać. Wydawało się nam tajemnicą, skąd i kiedy, przy tym wszystkim,
posiadł tak głęboko i dokładnie wiedzę muzyczną.
- Szkoda chłopaka - mówiliśmy - nic nie robi, marnuje się. Nic z niego
nie będzie.
Nawet te dwie nowelki, które zdążył napisać przed wojną, nie zrobiły na
nas wrażenia.
- Jak ktoś całymi miesiącami nic nie robi, może mu się czasem wypsnąć i nowelka..."9.
Jezioro Bodeńskie
Tryb życia Stanisława nie był jedynym problemem rodziny Dygatów w tych
latach. Znacznie większy skandal obyczajowy wywołał bowiem ojciec
Stanisława, który z dnia na dzień porzucił żonę i dom, aby zamieszkać z inną kobietą. Jego nowa partnerka musiała również całkowicie stracić
głowę, albowiem odchodząc od swojej rodziny, opuściła dwie córki. Ze
zdradą męża natomiast nie mogła pogodzić się prawowita małżonka
architekta, Jadwiga, która przez długi czas wierzyła, że mąż jeszcze do
niej powróci.
Tymczasem zbliżała się wojna i o "złotym młodzieńcu" przypomniała sobie
armia francuska.
"Ogłoszona mobilizacja nie dotyczyła Stasia, bo jak wszyscy w naszej
rodzinie miał obywatelstwo francuskie - opowiadała Danuta, siostra
pisarza. - Ale dostał wezwanie do armii francuskiej. Nigdy wcześniej nie
widziałam go tak poirytowanego i zbuntowanego. Powiedział kategorycznie,
że nie pojedzie służyć w obcej armii, bo tu jest jego miejsce. Miał też
wzgląd na mamę, która po rozwodzie, mimo że utrzymywali z ojcem nadal
przyjazne kontakty, nie czuła się najlepiej. Chyba wtedy właśnie
uświadomiłam sobie pierwszy raz, że mój brat jest już dorosłym
mężczyzną"10.
Posiadane obywatelstwo zadecydowało, że po upadku Warszawy Antoni i Stanisław zostali internowani w Schule Petershausen w Konstancji nad
Jeziorem Bodeńskim. Ich los podzielił zięć architekta, Jan Bogusławski,
a cała trójka przebywała w obozie przez kilka miesięcy. Zwolniono ich
dopiero po najeździe hitlerowców na Francję.
Wspólny pobyt w Konstancji wywarł zbawienny wpływ na wzajemne relacje
ojca z synem i Stanisław zaczął okazywać więcej tolerancji dla
postępowania Antoniego. Zdecydowanie mniej powodów do radości miał
natomiast jego szwagier, albowiem po powrocie do Warszawy przekonał się,
że porzuciła go żona, która wybrała życie u boku mało znanego wówczas
pianisty i kompozytora, Witolda Lutosławskiego. Członkowie rodziny
Dygatów uwielbiali jednak komplikować sobie życie...
Niebawem po powrocie internowanych do domu Niemcy wkroczyli do Paryża i przy tej okazji Stanisław stał się świadkiem sceny, której miał nigdy
nie zapomnieć. Siedział właśnie w domu matki, rozmawiając z Lutosławskim, gdy w radiu podano wiadomość o kapitulacji francuskiej
stolicy.
"Nagle informacja, że padł Paryż. I jednocześnie pukanie do drzwi.
Otwierają, a tu stoi były prezydent Wojciechowski, zresztą sąsiad. Dygat
opowiadał potem, że poczuł się, jakby sam majestat Rzeczypospolitej
stanął na progu jego domu. Wojciechowski pyta, czy może zadzwonić. -
Oczywiście, oczywiście - obaj panowie skwapliwie go zapraszają. Jest dla
nich naturalne, że w tak dramatycznym momencie jak upadek Paryża
prezydent musi gdzieś zadzwonić. Ale co słyszą?
- Zośka, Zośka, czemu was jeszcze nie ma? Przychodźcie, mama upiekła
szarlotkę"11.
Lata okupacji Dygat spędził w stolicy, często cierpiąc niedostatek.
Czasami przychodził wraz z siostrą do ojca, prosząc go o coś do
jedzenia, i pan Antoni wynosił dzieciom z domu jakieś resztki. Robił to
jednak w taki sposób, aby jego nowa żona niczego nie zauważyła...
Stanisław wznowił natomiast kontakty ze światem literackim Warszawy i właśnie wówczas napisał powieść Jezioro Bodeńskie, w której zawarł
przeżycia z obozu internowania. Fragmenty utworu odczytywał na tajnych
spotkaniach literackich.
"Pierwsza wizyta zapowiadała się kłopotliwie - wspominał Janusz
Minkiewicz. - Dygat wyjął bowiem manuskrypt i zaczął czytać początkowe
rozdziały swojej powieści. W miarę słuchania zakłopotanie mijało. Te
rozdziały okazały się porywające, brawurowe. Poszczególni słuchacze
czytanek Dygata, niepewni własnego sądu, telefonowaliśmy jeden do
drugiego, sprawdzaliśmy swoje wrażenia. Wszystkie były zgodne.
Młodzieńcza świeżość powstającej powieści była jasnym promieniem na
ponurym tle okupacyjnej rzeczywistości. Buńczucznie rozpoczętą powieść
potrafił Dygat doprowadzić do końca na tej samej wyżynie, na jakiej ją
zaczął"12.
Jeszcze podczas wojny utwór zakupił Władysław Ryńca, okupacyjny
dorobkiewicz, który lokował nadwyżki finansowe w rękopisach. Na umowie
sprzedaży Stanisław Dygat figurował jako Wacław Kurowski, a Jezioro
Bodeńskie nosiło tytuł Łabędź. Na szczęście Ryńca mieszkał w Piastowie pod Warszawą i dlatego zakupione przez niego materiały
przetrwały Powstanie Warszawskie. Powieść ostatecznie ukazała się w 1946
roku nakładem wydawnictwa Wiedza i szybko stała się bestsellerem.
"Dzisiaj patrzę na tę powieść jak na fragment utrwalonego życia - mówił
Dygat w 1965 roku. - Jezioro Bodeńskie to powieść granicząca prawie że
z pamiętnikiem. Tak jak by komuś śniły się przeżycia. Niedawno z pewnym
Polakiem odwiedziłem te powieściowe okolice. Nic się nie zmieniło. "O,
tam było gestapo" - powiedziałem. "Tak, masz rację, bo teraz jest tam
policja" - odparł mój znajomy"13.
Jezioro Bodeńskie przyniosło autorowi całkiem wymierne efekty
finansowe. Autor otrzymał bowiem 100 tysięcy złotych nagrody za
najlepszą książkę 1945-1946, ufundowanej przez czasopismo "Tydzień"
(razem z Dwoma teatrami Jerzego Szaniawskiego). Finanse miały tym
większe znaczenie, że Stanisław był już wówczas żonaty.
Pierwsze małżeństwo
Nie wiadomo, w jakich okolicznościach Dygat poznał aktorkę Władysławę
Nawrocką ani kiedy się z nią ożenił. Przyjmuje się, że wzięli ślub około
1940 roku w okupowanej Warszawie, bliższych szczegółów tego wydarzenia
jednak nie znamy, możliwe zresztą, że uroczystość odbyła się później.
Wybranka pisarza urodziła się we Lwowie 14 lipca 1917 roku, a jej matka
była suflerką teatralną. Podobno podczas wojny Władysława grała na
scenach teatralnych Wilna, zapewne było to w początkowym okresie wojny,
podczas litewskiej okupacji miasta. Dlatego nie można wykluczyć, że
Nawrocka przyjechała do Warszawy dopiero po wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej, czyli latem 1941 roku.
Pewne wiadomości posiadamy dopiero ze schyłkowego okresu wojny, kiedy to
Dygatowie wraz z przyjaciółmi założyli lokal Pod Parasolem w Podkowie
Leśnej. Sprzedawano tam "wódkę i jakieś mało poważne zakąski", co nie
było najlepszym pomysłem, albowiem nikt z właścicieli knajpy kompletnie
nie nadawał się na restauratora. A gdy pewnego dnia okazało się, że
zużycie alkoholu nie znajduje pokrycia w rachunkach firmy, Stanisław
wziął inicjatywę w swoje ręce.
"(...) czując się najbardziej z całej czwórki odpowiedzialny, na znak
protestu wykończył resztę wódki i krzycząc: "Szczupak w pomidorach",
rzucił się w sąsiadujący z Parasolem ogródek. Zanim udało się go
stamtąd wyciągnąć, pojawił się właściciel, który zażądał zwrotu
pieniędzy za szkody wyrządzone pomidorom"14.
Lokal szybko zbankrutował i niedoszli restauratorzy przenieśli się do
Krakowa. Tam Dygat próbował założyć teatr literacko-artystyczny, chcąc
wypromować żonę - aktorkę. Z planów nic nie wyszło, ale za to rodzina
powiększyła się o córkę, Magdę.
Drogi i rozdroża młodego pisarza
W 1947 roku Stanisław zrzekł się obywatelstwa francuskiego, nie
interesowała go bowiem emigracja (wariant ten wybrał jego ojciec, który
osiadł w Brazylii). Odczuwał zresztą osobistą awersję do Francji, którą
dodatkowo pogłębiła przedwojenna znajomość z Gombrowiczem. Pan Witold
bowiem zawsze sprzeciwiał się nieuzasadnionemu "uwielbieniu francuskiej
kultury, języka i obyczajów", co uważał za "niechlubne świadectwo
kompleksu Polaków wobec narodów zachodnioeuropejskich".
Dużą rolę w decyzji Stanisława odegrały również przeżycia z okresu
internowania. Przebywając bowiem w odosobnieniu, miał dużo czasu na
osobiste refleksje, a przymusowe kontakty z Francuzami spowodowały, że
szczególnie mocno odczuwał przynależność do narodu polskiego. Opis
dojrzewania tych uczuć zawarł w Jeziorze Bodeńskim.
Natomiast bezpośrednio po wojnie, podobnie jak wielu intelektualistów,
uwierzył w komunistyczną propagandę.
"(...) był on "na serio" - wspominała Irena Szymańska - w sposób
przewrotny, gdyż była to powaga Dygatowa, zupełnie odmienna niż u innych. Kiedy na przykład na początku lat pięćdziesiątych rzucono hasło
pisania powieści o robotnikach i wielu pisarzy podjęło to zadanie, Staś
zabrał się do tego z całą powagą. Mieszkał wówczas na Wybrzeżu i postanowił poznać życie marynarzy. Odwiedzał portowe knajpy i toczył w nich z marynarzami długie rozmowy, by w końcu stwierdzić, że powieści
napisać nie może, bo marynarze okazali się zbyt inteligentni, a i tak
już zaopatrzono go w etykietkę pisarza od "inteligenckich obrachunków".
Zawarł mnóstwo przyjaźni, ale powieści w duchu tamtych lat nie napisał
właśnie dlatego, że program, w imię którego chciał działać, traktował
serio"15.
Po odwilży październikowej wzbudzał powszechne niedowierzanie, gdy
przyznawał się publicznie, że "naprawdę chciał napisać" powieść
socrealistyczną, jednak niestety "nie umiał". Ale czy rzeczywiście mówił
to serio? On, taki mistrz słowa, nie napisałby socrealistycznego
czytadła?
Rok po zakończeniu wojny Dygatowie przenieśli się do Wrocławia, gdzie
Stanisław dostał etat dyrektora miejscowego oddziału Związku Literatów
Polskich. Dawało to nadzieję na stabilizację finansową, niestety, Dygat
po prostu nie lubił pracować. W efekcie dostał naganę od zarządu Związku
i w 1948 roku zrzekł się funkcji. Opóźniał też ukończenie kolejnej
powieści.
"Pożegnania Staś napisał pod terrorem - kontynuowała Szymańska. - Była
to książka dla Klubu Odrodzenia, przyrzeczona subskrybentom i zapowiedziana na określony termin, a terminy subskrypcyjne traktowano
jeszcze wtedy w wydawnictwach serio. Przerażeni, że Staszek nie zabrał
się do roboty, po prostu porwaliśmy go, zamknęli w domu "Czytelnika" w Bierutowicach i tam, trzymając co prawda nie o chlebie i wodzie, ale
odciętego od znajomych i przyjaciół, zmusiliśmy go - my to znaczy
ówczesny dział wydawniczy "Czytelnika" z Zofią Dembińską na czele - do
napisania w sześć tygodni książki"16.
Podobno w niemal identyczny sposób została napisana jeszcze jedna
powieść Dygata. Lenistwo pana Stanisława przybierało bowiem wręcz
patologiczne cechy.
"Bodaj Podróż powstała w ten sposób, że ówczesny redaktor naczelny
"Przeglądu Kulturalnego" zwabił go do hotelu, zamknął w pokoju na klucz
i wypuścił, gdy napisał tę książkę. Trwało to dwa tygodnie"17.
Stanisław zawsze uważał pisanie "za coś wstydliwego", ale ze smutkiem
uznał, że "nie nadaje się do innego zawodu". Natomiast nie miał jednak
oporów w "podśmiewaniu się z tych, którzy uważali się za zawodowych
pisarzy", gdyż "dla niego było to męczące zajęcie".
A gdy sam zajął się pisaniem, to przestał lubić rozmowy o literaturze.
Czasami zresztą wpadał w paniczny lęk na spotkaniach autorskich, bał się
bowiem pytań czytelników.
"Kiedy pojawił się nagle we Wrocławiu, zmusił mnie, abym poszedł z nim
na rozmowę z czytelnikami w Klubie Dziennikarzy i zabrał ze sobą
ręcznik. W odpowiednim momencie, na jego znak - jak to jest przyjęte na
meczu bokserskim - miałem rzucić ręcznik i poddać go. I tak się stało.
Zwaliła się chmura docentów z uniwersytetu, którzy stoczyli uczone
wywody na temat jego książek, a potem stawiali zaskakujące pytania. On
sterczał na środku sali zażenowany, trzymał się krzesła i kiwał się jak
łodyga na wietrze. Odpowiadał krótko: "tak" lub "nie", "może", "nie
wiem". Kiedy go w końcu zapytano, co sądzi o filmach Bergmana, rzekł:
"Dobrze sądzę". I dał mi rozpaczliwy znak. Rzuciłem ręcznik. Poddałem
go"18.
Przy okazji stawał się coraz bardziej kapryśny i złośliwy. We Wrocławiu
dzielił dom z Wojciechem Żukrowskim, a panowie zdecydowanie nie
przepadali za sobą. I gdy Dygat po dwóch latach wyprowadzał się do
Trójmiasta, to wynajął swoją część podwórka blacharzowi, który odtąd
zakłócał spokój Żukrowskiemu. Córka pisarza zapamiętała jednak trochę
inaczej to wydarzenie:
"Mieszkaliśmy na górze, a Żukrowski na dole. Kiedy ojciec pracował,
Żukrowski włączał silnik samochodu. Kiedy pracować zaczynał Żukrowski -
ojciec włączał na cały regulator muzykę. Po prostu "Paweł i Gaweł""19.
W rodzinie Dygatów
Według relacji Magdy Dygat w związku jej rodziców to ojciec "jednak był
bardziej odpowiedzialny", gdyż matka zupełnie "nie kojarzyła sobie
wydawania z zarabianiem". Nic zatem dziwnego, że rodzina cierpiała na
chroniczny brak gotówki, a pisarz zwracał się do wydawców z ciągłymi
prośbami o pożyczki i zaliczki. Narzekania na brak pieniędzy stale
przewijały się przez jego korespondencję, często zresztą w desperacji
wysyłał do wydawców córkę, licząc, że widok dziecka skruszy ich opory.
"Władysława Nawrocka, moja przyjaciółka - wspominała Ewa Otwinowska -
tworzyła ze Stasiem parę, rzec można, całkowicie jednolitą. Tak
zaraźliwy mieli na siebie wpływ, że trzeba było doprawdy zastanawiać
się, kto tu z kogo robi swojego brata bliźniaka. Solidarni nędzarze i rozrzutnicy, stale knujący coś po kątach, nieodzowni w każdej zabawie i w każdym skandalu, pełni zaskakujących pomysłów i ripost, bezwzględni
dla przyjaciół i absolutnie znudzeni. A tak mocni, że Dziunia potrafiła
skłonić biologicznie milczącego samotnika, jakim był Jerzy Szaniawski,
do całonocnej gawędy przy wódce. Kiedy przyjechali po wyzwoleniu do
Krakowa, Dziunia spodziewała się dziecka i na wszelki wypadek całymi
tygodniami mieszkała w luksusowej separatce jeszcze wówczas prywatnej
lecznicy pp. Sędzimirów, gościnnie i gratisowo podejmowana przez
gospodarzy. Każdego dnia opuszczała zakład, by na mieście odprężać się
po wojennej grozie, aż tu pewnego razu nie ma Dziuni. W czasie
stołówkowego obiadu Staś telefonował do mnie:
- Dziunia przed kwadransem urodziła Magdusię, biegnij do niej, bo się
potwornie nudzi"20.
Narodziny córki Stanisław Dygat przyjął z radością. Wprawdzie "był przez
chwilę" zawiedziony, że to nie syn, ale szybko zaakceptował Magdę i już
"niczego by nie zamienił". Inne zdanie na ten temat miała natomiast jego
małżonka.
"Macierzyństwo ją nudziło - żaliła się po latach Magda Dygat. -
Interesowała ją jedynie sztuka. (...) Kiedy przestała grać, mając
pięćdziesiąt lat, zawsze artystka, bez względu na sytuację, zaczęła
malować obrazy. (...) Byłam w jej życiu czymś, co istniało, i trzeba było
się z tym faktem pogodzić. Nie znaczyło to, że trzeba było się temu
poświęcać. (...) Jej zainteresowanie mną ograniczało się do sporadycznych
interwencji. Na ogół jednak starała się trzymać ode mnie z daleka. W atakach gniewu mówiła, że jestem zła, a kiedy pytałam, dlaczego,
odpowiadała: "Bo taka się urodziłaś". Było w tym coś z dziecięcej
przekomarzanki, w której ostatecznym argumentem jest stwierdzenie: "Sama
głupia!". Kiedyś obiecała mi, że zabierze mnie do cyrku, a na moje
pytanie, dlaczego nie dotrzymuje słowa, odpowiedziała: "Tylko krowy nie
zmieniają zdania". Siedzieliśmy wtedy w kawiarni Związku Literatów, w dużej grupie przyjaciół moich rodziców. "Ale świnie tak!" -
odpowiedziałam. Dostałam wtedy ciastko, które się nazywało "język
literacki". Innym razem wylała całą miskę owsianki na mnie i na
pluszowego misia, tej samej wielkości co ja, i natychmiast rzuciła się
do czyszczenia misia. (...) Była wesoła, wrażliwa, dobra i całkowicie
pozbawiona odpowiedzialności. Kariera, problemy emocjonalne, towarzyskie
i... "Tak. Oczywiście. Jeszcze mamy dziecko. Gdzie ono jest? Zdaje się, że
w Zakopanem""21.
Magda Dygat, spisując po latach wspomnienia, więcej empatii znalazła
jednak dla ojca. O matce wypowiadała się z reguły źle lub bardzo źle. I upływ lat niewiele w tej kwestii zmieniał.
"Dlaczego mam na imię Magda? Zadzwoniłam do niej [matki - S.K.],
podejrzewając, że nie będzie wiedziała.
- Nie wiem - odparła. - To ojciec wybrał ci to imię. Trzeba było zapytać
ojca, kiedy jeszcze żył.
- A dlaczego mam na drugie imię Małgorzata? - zapytałam już tylko z rozpędu.
- To ty masz na drugie imię Małgorzata? Bardzo ładnie. To też na pewno
ojca pomysł"22.
Wydaje się jednak, że tak naprawdę Dygatowie niewiele różnili się od
siebie. Wychodząc bowiem kiedyś z restauracji, zapomnieli o pozostawionym w szatni niemowlęciu i odzyskali córkę, dopiero gdy
powrócili po parasol...
Inna sprawa, że zachowanie Władysławy wobec Magdy pogarszało się z upływem lat. "Uwielbiała stwarzać dramatyczne sytuacje - skarżyła się
córka - i przy okazji wpajała mi poczucie winy. Siedząc w wannie, wołała
mnie cichym głosem, pod byle jakim pretekstem: która jest godzina albo
czy zadzwonił telefon. Kiedy przychodziłam, mówiła, że długo musiała
czekać, że mogła się utopić i miałabym ją wtedy na sumieniu. (...) Śmiało
można powiedzieć, że nie lubiłyśmy się specjalnie, szczególnie kiedy z latami ja stawałam się doroślejsza, a ona coraz bardziej niepoważna w swoich pretensjach i zazdrości o ojca. Kiedyś w ataku złości rzuciła we
mnie żelazkiem, co prawda zimnym, i nie trafiła. I tylko wrodzony wstręt
do przemocy powstrzymał mnie od jakiejkolwiek reakcji, jak również fakt,
że była ode mnie dużo niższa i słabsza. To, że była moją matką, dawno
już przestało mieć znaczenie"23.
Mąż i żona
Pierwsze symptomy rozpadu małżeństwa pojawiły się jeszcze podczas pobytu
we Wrocławiu. Dygat sprawiał wrażenie człowieka znużonego żoną, dbał
jednak o to, aby partnerka czerpała pewne radości z życia. I robił to w bardzo niekonwencjonalny sposób.
Interesujące światło na relacje pisarza z żoną rzucają wspomnienia jego
asystenta, Edwarda Kurowskiego. Był on wówczas studentem psychologii
pedagogicznej na Uniwersytecie Wrocławskim, uprawiał boks i marzył o karierze literackiej. Przy Dygacie odgrywał rolę sekretarza, mieszkał
zresztą razem z jego rodziną. Relacja Kurowskiego jest tak ciekawa, że
warto ją przytoczyć w dłuższych fragmentach.
"Od pewnego czasu pisarz przekonywał żonę - wspominał Kurowski - że
powinna schudnąć, jeżeli chce wystąpić w jakimś filmie, a najlepszym
sposobem byłaby gimnastyka i ewentualnie masaże, od tych spraw mamy w domu specjalistę, wykorzystajmy to, bo chyba nie chcesz, żeby jakiś obcy
człowiek cię tu poklepywał, pan Edward na pewno ci nie odmówi, zresztą
rozmawiałem z nim na ten temat. Specjalnego kostiumu nie masz - mówił
pisarz - ale to nie szwarcparada... no to włóż suknię balową!
Pierwszy raz zobaczyłem aktorkę w takim ciasnym stroju kąpielowym, który
nie tylko mnie krępował, ale również ją. Żeby ukryć podniecenie, szybko
zacząłem pokazywać pani Dziuni podstawowe, umacniające mięśnie
ćwiczenia, które starała się w miarę dokładnie wykonywać. Dziwiłem się
trochę pisarzowi, ale nie za bardzo, że w takim stroju pokazuje mi żonę,
sam nie biorąc udziału w gimnastyce. (...)
Kiedy ukończyliśmy kilka podstawowych ćwiczeń, spocona aktorka położyła
się na tapczanie, a uwierający ją kostium pozostawił na wypukłościach
jej ciała czerwone ślady.
- A masaż? - zapytał pisarz, wychodząc ze swojego pokoju.
- Musimy odpocząć - odpowiedziała aktorka, wciąż leżąc na tapczanie. (...)
- Dziunia, na co czekasz?... aż pan Edward się rozmyśli?
Aktorka zdjąwszy szlafrok, wróciła do sypialni, w jej ciasnym staniku
nie mieściły się piersi, pisarz stwierdził, że za dużo w nich tłuszczu,
który trzeba rozsmarować, obwisłe modne w Afryce. Nie bez skrępowania
aktorka rozpięła stanik i położyła się na tapczanie"24.
Nie był to wyjątek. Dygat prowokował dwuznaczne sytuacje, doskonale
wiedząc, jaki będzie finał całej sprawy. Kurowski miał bowiem zaledwie
20 lat, a starsza od niego o 10 lat Władysława była atrakcyjną kobietą.
I miała też swoje potrzeby erotyczne.
"Aktorka wyszła z łazienki we flanelowym szlafroku - kontynuował
Kurowski - i położyła się na moim łóżku, mówiąc, że bardzo dobrze się
czuje, choć woda była ledwie ciepła. Przekonana, że mój masaż ją
rozgrzeje, odsłoniła do połowy ciało, zacząłem więc swoje zajęcia od
szyi, mówiąc, że piersi aktorki już po kilku masażach stały się bardziej
jędrne, co stwierdziła z zadowoleniem. Zapytałem, czy chodzący po
sąsiednim pokoju pisarz nie zajrzy do nas, aktorka odpowiedziała "na
pewno nie, krążąc za szybą, układa powieściowe dialogi, które podobno
dobrze mu idą". (...)
- Idźcie wreszcie gdzieś, bo mi przeszkadzacie - wtrącił pisarz, jakby
nas podsłuchiwał.
- Przecież cicho leżymy.
- Ale łóżko skrzypi"25.
Małżonkowie sypiali w oddzielnych pokojach, co sprzyjało planom
Kurowskiego. Student nie ukrywał bowiem fascynacji żoną pryncypała, a ta
nie miała większych oporów. I skończyło się tak, jak musiało się
skończyć, przy pełnej zresztą aprobacie Dygata.
"(...) zgasiła w swoim pokoju światło - kontynuował Kurowski - uczyniłem
to samo w dużym pokoju i zauważyłem, że noc jest dziś jasna, pewnie
księżyc świeci, którego wybitny pisarz [Dygat - S.K.] bardzo nie lubi,
bo wtedy nie może spać. Mnie nie przeszkadza, zwykle zasypiam bez
trudu, ale dziś sen nie przychodzi, pewnie dlatego, że drzwi do pokoju
znanej aktorki są uchylone, słychać skrzypienie tapczanu, czyżby myślała
o Stasiu? Co robi? Znany pisarz zwykle sypialnię na noc zamykał, Dziunia
zostawiła drzwi półotwarte, przez pomyłkę czy specjalnie? Leży w piżamie
czy zdjęła ją? (...) Czy możesz tam wejść? Nie wypada do sypialni damy,
chyba że cichutko, na palcach, może jej nie obudzisz, a jednak...
- Panie Edwardzie - szepnęła - co się stało?
- Nic - przyłożyłem palec do ust.
- Czego pan szuka, termometru?
Zatoczyłem się, widząc wyciągniętą ku mnie rękę, usiadłem na tapczanie,
aktorka odsunęła się z pościelą, nie wiesz, czy chce być dalej od
ciebie, czy robi ci miejsce, leżysz na kołdrze, nie wiedząc, czy się nią
przykryć, jak się aktorka zachowa, jeżeli się do niej przysuniesz... gdy
uczyni jakiś nieprzyjazny gest, natychmiast wyjdziesz, nic nie mówi,
choć dotykasz ją kolanem, czujesz, że jest bez dolnej części piżamy,
pyta, co ci jest, nadciśnienie? Możliwe - odpowiadasz - chyba tak,
damska ręka dotyka twoich spodenek, chce ci je zdjąć? Próbujesz dotknąć
jej biodra, nie pozwala, odruch, czy naprawdę nie wolno, kolanem można,
niczym więcej...
Leżysz niby spokojnie, ale coś w tobie kipi, słyszysz własny oddech i aktorki, chcesz coś powiedzieć, czujesz pustkę w głowie i suchość w ustach, co robić? Do odważnych świat należy - to głupie, żadna odwaga,
odważniej byłoby odejść teraz, nie potrafisz... musisz być zdecydowany,
ale od decyzji do jej wykonania mijają długie chwile, w czasie których
czujesz jej palce na swoim biodrze, całą delikatną dłoń, podsuwa się pod
gumkę twoich spodenek i wtedy nagle decydujesz się wejść na jej ciepłe,
prawie gorące ciało, które nie uczyniło żadnego ruchu, żeby cię zrzucić,
napięte damskie nogi jakby sflaczały, uda trochę się rozeszły, więc
dalsze działanie było już niezależne od ciebie, pewnie krótko trwało, po
czym wasze ciała zlepiły się i ponownie znieruchomiały.
- Niech pan już idzie - szepnęła aktorka jakby resztkami sił"26.
Sytuacja opisana przez Kurowskiego do złudzenia przypomina późniejsze
relacje Dygata z Kaliną Jędrusik. Ale wówczas pisarz oficjalnie ogłosił,
że ze względu na kłopoty ze zdrowiem odchodzi na "erotyczną emeryturę",
natomiast podczas pobytu we Wrocławiu liczył sobie niewiele ponad 30 lat
i był w pełni męskich sił. Wydaje się jednak, że Dygat bardzo lubił
flirtować, ale niekoniecznie interesowało go seksualne zbliżenie. A już
regularne kontakty erotyczne z jedną partnerką śmiertelnie go nudziły.
Nawet gdy miała nią być seksowna Kalina Jędrusik...
Potwierdza to wyznanie blisko zaprzyjaźnionego z pisarzem Kazimierza
Kutza, który twierdził, że Dygat "wszystkie zajęcia uważał za męczące,
łącznie z erotyką [podkreślenie - S.K.], był bowiem niecierpliwy jak
sam najbardziej niecierpliwy diabeł".
Na domiar złego Dygatowie często się kłócili, a po przeprowadzce do
Trójmiasta awantury domowe stały się codziennością. I chociaż często
miały dramatyczny przebieg, to zdarzały się również akcenty
humorystyczne.
"Któregoś zimowego wieczoru w Domu Aktora w Sopocie - wspominała Magda
Dygat - siedzieliśmy w pokoju, w którym palił się ogień w kominku. Było
to w okresie, kiedy ojcu znudziło się zbieranie fajek i przerzucił się
na pudełka po papierosach "Grunwald". Trzymał w nich różne swoje skarby
i nikt właściwie nie wiedział, co w nich jest. Po krótkiej wymianie
[zdań], które mogły się kojarzyć z falami uderzającymi o brzeg podczas
sztormu, matka złapała nagle kilka pudełek i wrzuciła je do ognia.
Niektóre, o czym w chwilowym zapamiętaniu nie pomyślała, miały rysunki
na wieczkach, zrobione przez znajomych artystów.
Nastąpiła chwila ciszy, jak w filmie, kiedy akcja zamiera, bo główny
bohater zastanawia się, czy zrezygnować ze wszystkiego i wyjść na
zawsze, czy jeszcze podjąć walkę i wtedy dopiero wyjść na zawsze.
Po upływie może trzech sekund ojciec rzucił się do kominka, wyciągając
pudełka gołymi rękami, z okrzykiem: "Jezus Maria, moja sztuczna
szczęka!""27.
Sprawa rzeczywiście wyglądała dramatycznie, zęby Dygata były w fatalnym
stanie, a on wręcz histerycznie bał się dentystów. I gdy dowiedział się,
że w Gdańsku praktykuje pewien specjalista, który z zagranicy przywiózł
sprzęt wykorzystywany przy leczeniu dzieci, niezwłocznie go odwiedził.
Tym specjalistycznym wyposażeniem okazały się zabawki, którymi
stomatolog odwracał uwagę małych pacjentów, aby dyskretnie zająć się ich
zębami. Dygat był zachwycony, pobawił się kolejką elektryczną i misiami,
po czym wyszedł bez żadnego zabiegu...
Natomiast atmosferę w domu Dygatów najlepiej chyba podsumowuje rozmowa
ojca z córką po wspólnej wizycie w kinie na Summertime:
"Płakałam, kiedy pociąg z Katharine [Hepburn - S.K.] odjeżdżał -
wspominała Magda Dygat - a na peronie został zakochany w niej Włoch.
Ojciec pocieszał mnie, że gdyby ona została i gdyby się pobrali, toby
się kłócili tak jak mamusia z tatusiem"28.
Sport
Pan Stanisław od młodych lat był wielbicielem sportu, ze szczególnym
uwzględnieniem boksu, piłki nożnej i tenisa. Dobry mecz piłkarski
potrafił porównać do inscenizacji dramatu Szekspira i często można go
było spotkać na stadionach sportowych. W młodości sam uprawiał boks
(pozostał mu po tym złamany nos) i grał w tenisa, a pierwsza wzmianka
prasowa na jego temat pojawiła się na łamach "Przeglądu Sportowego". Był
z tego powodu niezwykle dumny i zawsze powtarzał, że już nigdy żadna
inna opinia nie sprawiła mu tyle przyjemności. Motyw sportu pojawiał się
zresztą w jego twórczości i nie bez powodu główny bohater Disneylandu,
Marek Arens, był biegaczem nazywanym "kameleonem bieżni".
"Bardzo pasjonował się sportem - wspominał Jan Koprowski. - Poszliśmy
kiedyś na zawody lekkoatletyczne przy Racławickiej. Była piękna
słoneczna pogoda, miało się już pod wieczór. Jak się przekonaliśmy,
zebrało się tam kilku pisarzy, którzy, podobnie jak my, również
interesowali się sportem. Dygat cieszył się jak dziecko. Przejmował się
konkurencjami, zwłaszcza biegowymi, komentował żywo i z przejęciem to,
czego byliśmy świadkami"29.
Z drugiej strony trudno jednak wyobrazić sobie Dygata w roli czynnego
sportowca (a szczególnie boksera), panicznie lękał się bowiem kontuzji i widoku krwi.
"Na widok krwi mój ojciec mdlał - twierdziła Magda Dygat. - W trakcie
jakiejś awantury małżeńskiej, w mieszkaniu, w którym były szklane drzwi,
jego druga żona trzasnęła pięścią w szybę, przecinając sobie rękę.
Trysnęła krew, ojciec zemdlał, a ja stałam pośrodku, nie wiedząc, kogo
mam ratować.
Doceniam to, że przyszedł odwiedzić mnie w szpitalu, kiedy miałam
wycięte migdałki. Przyniósł mi chińskiego ptaszka z prawdziwych piórek,
ale przyszedł w momencie, kiedy mnie wywożono z sali operacyjnej, i potem już go nie widziałam, bo lekarze musieli się nim zająć"30.
Być może jednak po prostu nie mógł oglądać krwi osób sobie bliskich. Nie
mdlał bowiem, siedząc w pobliżu bokserskiego ringu, a upodobanie do tej
dyscypliny spowodowało, że zatrudnił Kurowskiego. Student zapowiadał się
bowiem na dobrego zawodnika, a Dygat potrzebował kierowcy i ochroniarza.
Wysłał wprawdzie chłopaka na kurs maszynopisania, ale "wybitnemu
pisarzowi zabrakło na drugą ratę". W zamian Kurowski sprawdzał się w nietypowych sytuacjach, a gdy asystował Dygatowi podczas audiencji u wiceministra kultury, spotkanie miało niecodzienny przebieg. Dostojnik
był bowiem także wielbicielem boksu i w swoim gabinecie (!) zaproponował
mały sparing:
"- Chodzi mi o to - rzekł wiceminister - żebyśmy tak lekko.
- Tylko lekko. I technicznie. Rękawic nie ma?
- Po co?
- Wobec tego pięści powinniśmy owinąć ręcznikami.
- Po co? - odpowiedział wiceminister. Przecież lekko. Stanęliśmy
naprzeciw siebie z uniesionymi pięściami, czekając na komendę.
- Start! - powiedział Stanisław Dygat.
Uczyniłem ruch taki, jakim rozpoczynam walkę w ringu, czyli zwód lewym
prostym i lewy sierpowy, wiceminister jako bokser-amator uchylił się
przed zwodem w prawo, wpadł na mój sierpowy i nawet nie wiedziałem, że
sprawa skończona. Z prawej brwi wiceministra Kołka ciurkiem polała się
krew. (...) Wybitny pisarz wziął mnie pod rękę i poprowadził do drzwi. Na
korytarzu rzekł "dobrze, że ja nie jestem wiceministrem". Nie
pojmowałem, o co naprawdę pisarzowi chodziło, żeby do takiej
konfrontacji doprowadzić, nie ulega dla mnie wątpliwości, że Stanisław
Dygat przy pomocy mojej pięści chciał jakąś sprawę załatwić. Często
mówił o kimś "dałbym mu w pysk", ale tego nie robił, bo nie umiał, a może chodziło mu o sprawdzenie mnie, czy ja nie przestraszę się
człowieka na wysokim stanowisku, od którego przecież zależy wydawanie
książek"31.
Sportowe pasje Dygata były powszechnie znane i z czasem zaczęto uznawać
go za autorytet w dziedzinie sportu. Po ważnych zawodach dziennikarze
często pytali go o opinię, a pisarz nie byłby sobą, gdyby nie kpił
również i z tego tematu.
"Przyrzekłem sobie, że za najbliższym razem, kiedy ktoś zwróci się do
mnie o wypowiedź na temat sportowy, wyznam wreszcie tajemnicę, którą od
lat ukrywam: ja w ogóle i po prostu nie znam się na sporcie. Ja, poza
jednym może tenisem, nie znam się na sporcie fachowo i z tego, co na
przykład dzieje się na boiskach piłkarskich, rozumiem najwyżej jedną
czwartą"32.
I chyba w polskiej piłce niewiele się od tego czasu zmieniło, albowiem
przeciętny kibic dalej niewiele rozumie z tego, co ogląda. A czasami w ogóle nic...
Ich czworo
Małżeństwo Dygatów nie było udane, ale zapewne przetrwałoby, gdyby nie
Kalina Jędrusik. Młoda aktorka (była młodsza od Dygata o 16 lat) grała
razem z Władysławą na scenie Teatru Wybrzeże, a Stanisław pełnił tam
funkcję kierownika literackiego. Do ich pierwszego spotkania doszło
jednak przypadkowo na ulicy, a potem mieli okazję poznać się bliżej
podczas imprezy sylwestrowej. I stało się to, co musiało się stać.
Dygat sprawiał wrażenie zakochanego, przychodził na jej przedstawienia z kwiatami, towarzyszył dziewczynie podczas plażowych spacerów. A Kalina w pełni go akceptowała, zawsze zresztą miała skłonność do mężczyzn
starszych od siebie.
Wprawdzie Stanisław nie byłby sobą, gdyby nie narzekał, że "aby się
ożenić, trzeba najpierw się rozwieść", to jednak z rozwodem nie było
większych problemów. Gorzej natomiast przedstawiały się sprawy lokalowe
i w efekcie cała gromadka (z Magdą i matką Władysławy!) zamieszkała w jednym, dwupokojowym mieszkaniu. Epoka PRL prowokowała jednak czasami
nieprawdopodobne sytuacje.
Początkowo wśród lokatorów panowała jednak nie najgorsza atmosfera.
Wszyscy cierpieli bowiem na chroniczny brak gotówki, co zgodnie uznawano
za największy problem.
"Co rano wszyscy w domu wywracali kieszenie w poszukiwaniu drobnych,
żeby kupić coś na śniadanie - wspominała Magda Dygat. - Potem każdy
wychodził na miasto w poszukiwaniu pieniędzy. Macocha [Kalina Jędrusik
- S.K.] i ja wyłączone byłyśmy z obowiązku aprowizacji domu, ja
musiałam iść do szkoły, a ona na ogół leżała na kanapie z powodu jakichś
dolegliwości"33.
Sytuacja jak w rodzinie z marginesu społecznego, ale czy mieszkanie pod
wspólnym dachem z byłą i aktualną żoną nie nosi cech patologii? A przynajmniej solidnej perwersji? Tym bardziej że jeden pokój zajmowały
Magda z babcią, a Dygat z obiema żonami mieszkał w drugim...
"Atmosfera była przyjazna i serdeczna do momentu - kontynuowała Magda -
kiedy okazało się, że druga żona ojca przez cały ten czas ukrywała swój
stan posiadania. Pech chciał, że stało się to w dniu, w którym matka, w desperacji spowodowanej brakiem innych możliwości, poszła sprzedać
butelki. Scena, w której z rąk macochy wyślizguje się torebka i wylatują
z niej banknoty różnej wielkości, była dramatyczna, żenująca i filmowa,
szczególnie że brały w niej udział dwie aktorki. Ojciec przepraszał w imieniu swoim i nowej żony, było nawet jakieś wiarygodne tłumaczenie,
ale nie udało się przywrócić beztroskiej idylli, i tak dobrze
zapowiadające się życie rodzinne szóstki [dokładnie nie wiadomo, kto
był szóstym lokatorem - S.K.] osób na czterdziestometrowej powierzchni
musiało się skończyć"34.
Warto przy okazji zauważyć, że sprzedaż butelek w czasach PRL nie
oznaczała wcale zachowań właściwych dla ludzi z marginesu społecznego.
Była to normalna praktyka, albowiem kaucja za opakowania szklane była
dość wysoka. Osobiście pamiętam, że gdy w czasach Edwarda Gierka
pojawiła się coca-cola, to butelka napoju (0,25 l) kosztowała 8 złotych,
z czego aż 3 złote stanowiło kaucję. A za słynne szklane syfony z wodą
sodową (cena 2,10 zł) należało uiścić dodatkową opłatę w wysokości 45
złotych. Nic zatem dziwnego, że puste opakowania szklane zwracali
praktycznie wszyscy.
Trudno natomiast zrozumieć ukrywanie przez Kalinę pieniędzy, o których
nie wiedział nawet Dygat. Ale z drugiej strony Jędrusik również miała
swoje potrzeby. A czy kiedykolwiek młoda i atrakcyjna kobieta (a do tego
aktorka z zawodu!) byłaby zadowolona z posiadania wystarczającej liczby
strojów czy kosmetyków? Nawet w zgrzebnym i szarym świecie PRL?
Ostatecznie Stanisław z Kaliną wyprowadzili się na sąsiednią ulicę, a potem przenieśli do Warszawy. Trójmiasto było jednak dla nich zbyt małe,
Dygatowi dokuczał brak życia towarzyskiego, natomiast Kalina uważała, że
praca w Teatrze Wybrzeże nie rokuje perspektyw.
Władysława Nawrocka nie zrobiła w Polsce większej kariery aktorskiej i podobnie jak jej córka w latach 70. wyemigrowała do Stanów
Zjednoczonych. Zmarła za oceanem w 2007 roku.
Kalina Jędrusik
"(...) łączyła ich więź szczególnie silna - opowiadał o małżeństwie Kaliny
i Stanisława Kazimierz Kutz. - Metafizyczna poniekąd. Tworzyli niezwykłą
parę. Ich związek odcinał się wyraźnie od ogólnie dostrzegalnych
stereotypów małżeńskich, a niektóre jego przejawy były dla wielu
szokujące. Najoryginalniej ułożyli swój consensus w sferze uczuć.
Ponieważ miłość stanowiła dla nich wartość ponad wszelkie inne, mieli do
niej stosunek pryncypialny. Kiedy wygasło Stasiowi - był przecież od
Kaliny znacznie starszy - i wspólne łóżko przestało być dla nich
nieodzownym rekwizytem, dali sobie wolność w miłości i ustalili, że
wspólny dom jest najlepszym dla niej siedliskiem"35.
Właściwie można zaryzykować stwierdzenie, że Kalina nigdy chyba
specjalnie nie pociągała fizycznie męża. Pisarz uwielbiał piękne
kobiety, ale raczej nie był zainteresowany erotyką i chyba faktycznie
nie lubił współżycia seksualnego. W Kalinie natomiast pociągało go
zupełnie coś innego, dostrzegł w niej materiał na gwiazdę. I to taką
gwiazdę, o jakiej sam marzył.
"[Była] arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką
napisał - kontynuował Kutz. - Tyle że żywą. Była jego zrealizowanym snem
o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału.
Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na
ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od
wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał miłosne listy do
gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem
tamtych fascynacji"36.
Z upływem czasu natomiast coraz gorzej układały się stosunki pomiędzy
Kaliną i jej pasierbicą. Po latach, pisząc swoje wspomnienia, Magda nie
szczędziła macosze gorzkich słów, a jej relacja rzuca zupełnie inne
światło na osobę drugiej pani Dygat.
"Ojciec zabierał mnie też na wakacje razem z macochą. Nie są to moje
najprzyjemniejsze wspomnienia. Kpiła ze mnie nieustannie, poświęciła
kiedyś cały dzień na przekonywanie mnie, że jestem niedorozwinięta, bo
nie znam przekleństw, a potem wyparła się przed ojcem, twierdząc, że
jestem nienormalna, bo zmyślam takie rzeczy.
- Magda! Na litość Boską, skąd ty znasz takie słowa! - wykrzyknął
ojciec, gdy zapytałam, co to znaczy.
Nie miała instynktów opiekuńczych i nie można było zwrócić się do niej o żadną poradę, odwrotnie, starałam się ukrywać wszystkie moje problemy,
słabości i niedomagania. Ponieważ wiedziała, że boję się duchów,
opowiadała wieczorami o zamordowanych przez ubeków młodych akowcach,
pochowanych w piwnicy domu, w którym mieszkaliśmy. Jakby chciała zemścić
się na ojcu za to, że zabierał mnie z nimi na wakacje. Bałam się
okropnie i nie mogłam zasnąć, mimo że w tym domu nie było piwnic, więc
może miała rację, mówiąc, że jestem niedorozwinięta"37.
Podobno Kalina miała zwyczaj patrzeć na pasierbicę "wzrokiem, który
mówił, że nie bierze jeńców" i często skarżyła się mężowi na jej
wyimaginowane przewinienia. A chociaż Dygat zdawał sobie sprawę z tej
wzajemnej niechęci obu pań, to jednak był w sytuacji nie do
pozazdroszczenia. I chyba sam nie potrafił znaleźć właściwego
rozwiązania.
"Jakiś czas potem - kontynuowała Magda - byłam świadkiem awantury między
nimi, w wyniku której ona wyszła, trzaskając drzwiami. Kiedy zostaliśmy
sami z ojcem, chcąc rozładować sytuację, stanęłam w jej obronie. Było to
coś w rodzaju: "Zrozum ją, ona ma różne problemy". Powiedział, że jestem
naiwna, jeśli myślę, że podlizywanie się zmieni jej stosunek do mnie:
"Ona cię nienawidzi, zawsze cię nienawidziła i robiła wszystko, żeby
mnie do ciebie zrazić". W chwilę potem trzasnął drzwiami swojego pokoju
i nie odzywał się do mnie przez następnych parę tygodni"38.
Nienawiść Kaliny do Magdy przybierała najrozmaitsze formy, macocha
zresztą szybko odkryła słaby punkt dziewczyny. I dlatego ze szczególną
złośliwością mówiła o jej matce, dobrze bowiem wiedziała, jak dotknąć
Magdę.
"Któregoś dnia zapędziła się tak daleko - narzekała pasierbica - że przy
mnie usiłowała opisać życie seksualne moich rodziców. Pamiętam, że sama
zdziwiłam się krzykiem, jaki wydałam z siebie, chcąc prawdopodobnie
zagłuszyć jej słowa. Urągało to wszystkiemu, co dotyczyło przeszłości
ojca z moją matką i ze mną"39.
Czy w rzeczywistości tak się działo? Wprawdzie relacja Magdy Dygat
zdecydowanie odbiega od innych opinii na temat Kaliny Jędrusik, ale
powszechnie było wiadomo, że aktorka pozwalała sobie na wyrafinowane
złośliwości. Dziewczyna była przecież córką jej ukochanego Stasia,
podczas gdy ona sama nie mogła urodzić mężowi dziecka. Wprawdzie
niebawem po ślubie zaszła w ciążę, poród był jednak bardzo ciężki i dziecko zmarło. Ucierpiała również Kalina, przeszła ciężką operację, po
której na zawsze pozostała bezpłodna. I do końca życia to przeżywała,
wielokrotnie mówiąc, że czuje się jak pularda (wysterylizowana kura).
Czy przypadkiem właśnie to nie było głównym powodem jej niechęci do
Magdy? Inne bowiem relacje zgodnie podkreślają dobry charakter Kaliny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki