Od autora
Od autora
Czy tego chcemy, czy nie, Polska Ludowa stanowi istotną część historii
naszego kraju. Dla wielu osób był to zresztą najpiękniejszy okres życia.
Oczywiście nie dlatego, że demokracja pozostawała wówczas w sferze
marzeń, a sklepowe półki świeciły pustkami, ale dlatego, że właśnie na
tamte lata przypadły ich beztroska, sprawność, zdrowie, a przede
wszystkim miłość. Po latach najlepiej wspomina się bowiem własną młodość
- pamięć o niej zawsze obdarzona jest dużą dozą sentymentu.
Książka, którą Państwo mają przed sobą, to rozbudowany i uaktualniony
zbiór artykułów mojego autorstwa, które przed laty ukazywały się w prasie kolorowej. To nostalgiczna podróż w czasy PRL-u - mało tu
polityki, gdyż największy akcent położyłem na ówczesne obyczaje i kulturę.
Na Czytelników czekają więc wspomnienia o celebrytach tamtych lat,
ciekawostki o ulubionych serialach dla młodzieży i dorosłych,
kreskówkach, a także o wielkich produkcjach filmowych. Nie zabraknie też
relacji z różnego rodzaju festiwali czy opowieści o największych
przebojach muzycznych lat PRL-u. Nie mogłem, oczywiście, pominąć
peerelowskich symboli, bez których ten obraz nie byłby pełen: pralki
Frani, cukrowej waty czy czarnej wołgi. Jak zwykle niczego nie oceniam,
tylko przypominam. Nie narzucam swojej opinii, tylko opisuję. A wnioski
pozostawiam Czytelnikom, gdyż to Państwa zdanie jest najważniejsze.
Bez wątpienia Polska Ludowa była krajem ponurym i szarym, ale warto
pamiętać, że szarość także ma wiele odcieni i nie wszystko jest
brudnoczarne. Nie bez powodu mówiono wówczas o Polsce i Polakach, że
jesteśmy najweselszym barakiem obozu komunistycznego. Faktycznie tak
było.
Trudno przekreślać kilkadziesiąt lat rozwoju polskiej kultury - wszak
PRL to epoka, gdy eksplodowało wiele talentów artystycznych, które na
zawsze zapisały się w naszych dziejach. Przy okazji warto też dodać, że
nie bez powodu stacje telewizyjne do znudzenia przypominają ówczesne
seriale dla młodzieży i produkcje kostiumowe. Było to bowiem doskonałe
rzemiosło, a nikt nie liczył się wtedy z rachunkiem ekonomicznym (być
może dlatego filmy są tak udane). Nawet jeżeli sposób ich produkcji
wydaje się już mocno przestarzały - często kręcono je bowiem w wersji
czarno-białej - to jednak nadal chętnie je oglądamy, i to nie tylko z powodów sentymentalnych.
Mam nadzieję, że niniejsza książka wzbogaci wiedzę niektórych
Czytelników o tamtych latach, a dla innych będzie miłym wspomnieniem
czasów, które bezpowrotnie już przeminęły.
Sławomir Koper
Luksusowe dobra tamtych lat
Telewizor, meble, mały fiat - oto marzeń szczyt, śpiewała niegdyś grupa
Perfect. I tak właśnie było w czasach PRL-u, co dokumentują filmy i seriale z tamtych lat...
W kolejce po samochód
Socjalistyczna gospodarka była kompletnie niewydolna, zatem podstawowego
problemu nie stanowił brak pieniędzy, ale niedobór towarów na rynku. W efekcie rozwinął się system przedpłat, talonów czy wręcz losowań, który
miał umożliwić zakup deficytowych produktów. Przy okazji propagowano też
ekologię - w latach 80. można było nabyć radzieckie golarki marki
Charków (fatalnej zresztą jakości) wyłącznie po przedstawieniu
zaświadczenia o oddaniu określonej ilości makulatury w punkcie skupu.
Jeszcze ciekawiej było z samochodami osobowymi rodzimej produkcji,
których zakup graniczył z cudem. Aby stać się dumnym posiadaczem małego
fiata czy znacznie bardziej prestiżowego fiata 125p lub poloneza,
należało nie tylko oszczędzać pieniądze na książeczce samochodowej, ale
też oczekiwać na wyniki losowań. Szczęśliwcy, których książeczki zostały
wylosowane, musieli pilnie uzupełnić wkład na samochód (z reguły
kompletnie zapożyczając się u rodziny i znajomych), po czym mogli
opuścić fabrykę wymarzonym pojazdem.
Innym sposobem na zdobycie upragnionego auta był system talonów.
Przydzielały je poszczególne ministerstwa, co uprawniało do zakupu
samochodu poza kolejnością po jego detalicznej cenie. Oczywiście w pierwszej kolejności otrzymywali je krewni, znajomi i ulubieńcy
poszczególnych prominentów, ale także znani aktorzy, piłkarze czy też
wyróżniający się pracownicy.
Zapewne tą właśnie drogą w posiadanie swojego czerwonego malucha weszła
rodzina Karwowskich z serialu Czterdziestolatek, o czym jednak w filmie się nie wspominało. Natomiast ogromny popyt spowodował absurdalną
sytuację, że trzy-, czteroletni maluch był na giełdzie samochodowej
znacznie droższy niż całkiem nowy z fabryki, którego jednak nie można
było normalnie nabyć. W efekcie, gdy ktoś dostał talon na nowe auto, to
sprzedawał stare i często zostawały mu jeszcze pieniądze na kolorowy
telewizor. Oczywiście radzieckiej produkcji.
Powracającemu z zagranicy...
W krajowych sklepach najczęściej niewiele można było dostać, ale był pod
tym względem jeden wyjątek - sieć Pewex zawsze była znakomicie
zaopatrzona, zakupów można było tam jednak dokonywać, płacąc wyłącznie w dewizach, czyli w walucie wymienialnej. Dotyczyło to nie tylko produktów
zachodnich, ale także krajowych wysyłanych na eksport. Jednocześnie
zakup dolarów czy marek na czarnym rynku był zakazany.
Ale obywatele PRL-u nie przejmowali się podobnymi drobiazgami. Pojawiały
się nawet ogłoszenia prasowe o sprzedaży czy zakupie dewiz. Oczywiście
nie mogło paść jednoznaczne sformułowanie, zatem wykorzystywano fakt, że
państwo emitowało bony dolarowe. Był to rodzaj waluty o nominalnej
wartości identycznej jak amerykańskie dolary, ale używanej tylko do
transakcji w peweksach. Na czarnym rynku bony miały cenę nieco niższą
niż autentyczne pieniądze zza oceanu, ale handel nimi był dozwolony.
Dlatego w prasie pojawiały się ogłoszenia typu: "bony kupię" lub "bony
sprzedam", co najczęściej oznaczało chęć sprzedaży lub zakupu dolarów.
Jeszcze ciekawiej było w przypadku mieszkań. Ogłoszenia: "sprzedam M-2
powracającemu z zagranicy" lub "powracający z zagranicy kupi",
sygnalizowały, że transakcja odbędzie się w twardej walucie.
Dolar stał się w PRL-u symbolem wyrafinowanego luksusu, dlatego jedna z bohaterek serialu Zmiennicy usiłowała nakłonić swojego rozkapryszonego
syna do konsumpcji miodu, obiecując, że za każdą zjedzoną łyżkę chłopak
dostanie dolara...
W pogoni za własnym M
Do pracy na Zachodzie wyjeżdżał jednak tylko niewielki odsetek
społeczeństwa, zatem reszta obywateli starała się zdobyć upragnione
mieszkanie najrozmaitszymi sposobami. Czas oczekiwania w spółdzielniach
mieszkaniowych był zbyt długi jak na wymagania młodych małżeństw na
dorobku (średnio ponad 10 lat), niewiele osób chciało też mieszkać z rodzicami czy teściami, natomiast ceny wynajmu lokali były absurdalnie
wysokie.
Dlatego stałym motywem polskich seriali z lat 60. i 70. jest
poszukiwanie własnego mieszkania i długie rozmowy ze skorumpowanymi
prezesami spółdzielni mieszkaniowych. Z reguły kończyły się one
niepowodzeniem, chociaż próbowano rozmaitych sposobów. Jednym z nich
było znalezienie pustostanu i uzyskanie na niego przydziału.
Takie rzeczy faktycznie się wówczas zdarzały, biurokratyczny bałagan
powodował bowiem wręcz nieprawdopodobne sytuacje. Stąd też w serialach
Barei dwukrotnie pojawia się motyw zamurowanego mieszkania w bloku
(Alternatywy 4, Zmiennicy), o którym oficjalnie nikt nie wiedział.
Reżyser oparł zresztą te wątki na prawdziwym przypadku z kamienicy przy
warszawskim placu Konstytucji.
Bałagan był tak wielki, że przy okazji przydziałów mieszkań
spółdzielczych rzeczywiście dochodziło do różnego rodzaju pomyłek, a zakwaterowanie dwóch rodzin w jednym mieszkaniu nie było tylko
komediowym pomysłem z serialu Alternatywy 4. Tam niewyraźna czcionka
zadecydowała, że nie wiadomo było, kto ostatecznie dostał mieszkanie:
Zdzisław Kołek czy Zygmunt Kotek.
Natomiast permanentne problemy lokalowe powodowały, że ogromną
popularnością cieszyły się zawody gwarantujące mieszkanie służbowe. Z tego też powodu (o czym obecnie głośno się nie mówi) milicja czy wojsko
nigdy nie narzekały na brak kandydatów. Dlatego też zdesperowany Leszek
Górecki w ostatnim odcinku serialu Daleko od szosy całkiem poważnie
rozważa całkowitą zmianę dotychczasowego życia i wyjazd do pracy w kopalni Bełchatów. Jako górnik miałby zapewnione mieszkanie dla siebie i rodziny...
Działka za miastem
Ci, którzy mieli już własne mieszkanie, marzyli o czymś więcej. Jednym z takich marzeń była działka za miastem - rekreacyjna lub ogrodnicza.
Stanowiła symbol pewnego statusu materialnego oraz gwarantowane miejsce
wypoczynku. Wejście w jej posiadanie nie było jednak łatwą sprawą, gdyż
w tym przypadku nie wystarczały tylko pieniądze. Działkę można było
bowiem otrzymać w dzierżawę z zakładu pracy lub od osoby, która już ją
posiada w ramach Rodzinnych Ogrodów Działkowych.
Właśnie tę drugą drogę wybrał inżynier Karwowski, zawierając transakcję
z pewną wdową. Spotkało się to ze zdecydowanym oporem żony inżyniera,
która od samego początku nie była zachwycona tym pomysłem. A już
zupełnie straciła ochotę na nabycie działki, gdy na jej terenie pojawiła
się jej nominalna właścicielka w głębokiej żałobie i chciała ustawić tam
pomnik zmarłego męża. Na szczęście dla pani Madzi okazało się, że
działki i tak będą zlikwidowane, gdyż teren został oddany pod budowę
wielkiego ośrodka rekreacyjnego...
Paczka z zagranicy
Nie wszyscy mieli jednak dolary czy bony do peweksu, zatem powiewem
wielkiego świata bywała paczka żywnościowa z zagranicy. Szczególnie gdy
przychodziła w okresie przedświątecznym, a cała rodzina była już
zmęczona staniem w kolejkach. Taka paczka umożliwiała spróbowanie -
często po raz pierwszy w życiu - prawdziwych rarytasów na czele z łososiem w puszce lub polską szynką konserwową (ale przysłaną z Zachodu!). Dodatkowo wszystko było tak pięknie opakowane, że puste
pudełka ustawiano później na kuchennych półkach jako ozdobę.
Perspektywa otrzymania takiej paczki na pewien czas pogodziła nawet
skłócone rodziny Kotków i Kołków z Alternatywy 4. Panowie po raz
pierwszy zakopali topór wojenny, koncentrując się na odzyskaniu paczki
od demonicznego dozorcy Anioła, który - korzystając z niewyraźnie
napisanego nazwiska adresata - zatrzymał przesyłkę.
Natomiast dla tych, którzy nie mieli dolarów czy rodziny za granicą,
pozostawało tylko żmudne oszczędzanie i na koniec wizyta na bazarze
Różyckiego (czy w innym tego rodzaju miejscu) w celu nabycia luksusu
niedostępnego na co dzień w peerelowskich sklepach...
Polska działkowa
Własna działka była marzeniem niemal każdego obywatela PRL-u, jednak nie
chodziło o parcelę budowalną, tylko o działkę rekreacyjną lub ogrodową.
Uprawiać własne pomidory
Starsi wybierali działki ogrodowe powstające w ramach Pracowniczych
Ogrodów Działkowych. Zlokalizowane najczęściej w granicach miast,
położone dość blisko domów użytkowników, umożliwiały spędzanie wolnych
chwil na uprawie warzyw. Budowano tam altany nazywane szumnie "domkami",
prowadzono ożywione życie towarzyskie, sadzono kwiaty i krzewy.
Natomiast młodsi obywatele Polski Ludowej preferowali działki
rekreacyjne o znacznie większej powierzchni, położone w pewnej
odległości od miast. Miały zapewniać zasłużony odpoczynek wraz z noclegiem w przyzwoitych warunkach, jednak ze względu na krótszy niż
obecnie weekend (wolne soboty wprowadzono dopiero w latach 70.) podróż
na działkę nie mogła zabierać zbyt wiele czasu. Oczywiście nie trzeba
dodawać, że ich właściciele byli z reguły posiadaczami samochodów.
Własna działka rekreacyjna bywała często realizacją wieloletnich marzeń,
chociaż czasami kończyło się to rozczarowaniem. Osobiście pamiętam
przypadek moich sąsiadów, właścicieli działki z domkiem nad Utratą.
Niestety, z upływem czasu rzeka zamieniła się w cuchnący ściek, a gdy w pobliżu założono jeszcze farmę lisów hodowlanych, wyjazdy na działkę
stały się prawdziwym utrapieniem. Nikt też nie chciał jej odkupić, wobec
czego zrozpaczeni właściciele musieli ją porzucić.
Relaks na łonie natury
Działki rekreacyjne były także miejscem urozmaiconego życia
towarzyskiego. Wprawdzie o grillowaniu nikt jeszcze nie słyszał, ale
powszechnym zjawiskiem było wówczas pieczenie kiełbasek na ognisku
połączone ze spożywaniem dużych ilości piwa. Nierzadko też wyjazd na
działkę stanowił pretekst do hucznych imprez, na które zjeżdżali się
bliżsi i dalsi znajomi.
Działki rekreacyjne leżały na terenach wiejskich, zatem kontakty z miejscową ludnością były nieuniknione. Najczęściej dochodziło do nich w pobliżu jedynego w okolicy sklepu spożywczego często okupowanego przez
grupę miejscowych bywalców komentujących na gorąco zachowanie
miastowych.
Gdy kiedyś wraz z rodzicami trafiłem na działkę znajomych nad Liwcem,
byłem świadkiem sceny przypominającej wprost ujęcia z filmu Galimatias,
czyli kogel-mogel II. Podobnie jak w filmie przyczyną zamieszania stał
się pudel (w tym przypadku należący do moich rodziców), który - według
miejscowych - był krzyżówką psa z owcą. I również nie dowierzano, że ten
pies często jada lepiej niż jego właściciele, do tego posiada własny
talerz i nie nadaje się na łańcuch do budy.
Wiejscy i miastowi
Kontakty spod sklepu czasami kontynuowano na gruncie towarzyskim,
chociaż mieszkańcom wsi raczej trudno było zrozumieć mentalność
miastowych. Nie potrafili pojąć ich ambicji do zdobywania prestiżowych
zawodów, które nie zapewniały większych zarobków. Tak jak w niezapomnianym serialu Daleko od szosy, gdy główny bohater, Leszek
Górecki, chlubił się, że jego żona, Ania, dostała asystenturę na
uczelni. Rodzina Leszka nie mogła wyjść ze zdumienia, że Ania ma
zarabiać 1800 złotych miesięcznie, podczas gdy pomocnik rolnika na wsi
dostawał 2,5 tysięca plus utrzymanie. Ale Leszek przeniósł się do miasta
wiele lat wcześniej i zdążył już zaakceptować tamtejsze obyczaje,
natomiast jego rodzina i przyjaciele patrzyli na otaczający ich świat z innej perspektywy.
Dobre stosunki z miejscowymi były potrzebne również ze względów
bezpieczeństwa. Domy na działkach często bowiem okradano, a czujne oko
mieszkańców wsi mogło uchronić przed nieszczęściem. Miastowi chętnie też
kupowali od swoich wiejskich sąsiadów produkty pochodzące z ich
gospodarstw, co w czasach socjalistycznej gospodarki niedoboru było
wysoko cenione.
We wspólnym biesiadowaniu nie przeszkadzały także odmienne gusty
alkoholowe. Miejscowi preferowali raczej czystą wódkę, natomiast goście
z miasta (szczególnie ci lepiej sytuowani) pijali koniaki lub wino. I to
zupełnie innego rodzaju niż patykiem pisane, dostępne właściwie w każdym
wiejskim sklepie.
Zderzenie dwóch światów
Mieszczuchy mogły uważać się za coś lepszego, jednak większość z nich w głębi duszy zazdrościła mieszkańcom wsi ich trybu życia. Wprawdzie
codzienne obowiązki rolników wzbudzały mieszane uczucia, czasami
narzekano też na poziom higieny (brak łazienek, sławojki zamiast
toalet), ale godzono się z wieloma utrudnieniami, by spędzać czas bliżej
natury. Ludzie, których nie było stać na własną działkę, często
wynajmowali na urlop pokoje u wiejskich gospodarzy, czego kontynuacją
jest obecnie agroturystyka.
Typowe działki rekreacyjne z altankami powoli już zanikają, ich miejsce
zajmują całoroczne wiejskie domy dla bardziej zamożnych. Zabezpieczone
alarmami i fotokomórkami, otoczone szczelnym ogrodzeniem i strzeżone
przez agencje ochrony. Zresztą dzisiejsza wieś też jest już zupełnie
inna, a jej mieszkańcy mają zupełnie inne priorytety niż w czasach
Polski Ludowej...
Smaki PRL-u
Lata PRL-u to także smak i zapach niezapomnianych słodyczy. I nie mam tu
na myśli wyrobów czekoladopodobnych, które niekiedy pojawiały się na
zazwyczaj pustych sklepowych półkach. Ówczesne smakołyki do dzisiaj
bywają wspominane z dużą nostalgią. Niektóre z nich zniknęły już na
zawsze, ale dla wielu Polaków zawsze będą kojarzyły się z dzieciństwem i młodością.
Oranżada w proszku, wata cukrowa i pańska skórka
Kto pamięta smak oranżady w proszku, smakołyku obecnie już całkowicie
zapomnianego? Sprzedawano ją w niewielkich saszetkach, ale tylko
nieliczni - zgodnie z zaleceniem na opakowaniu - rozpuszczali proszek w wodzie, aby uzyskać mało klarowny napój. Na ogół zlizywało się go po
wysypaniu na rękę (lub wprost do ust) i nikt zbytnio nie przejmował się
zakazami i higieną. Kwaskowy przysmak był za to prawdziwym postrachem
naszych rodzicielek i opiekunek, które oczami wyobraźni widziały swoje
pociechy z poważnymi kłopotami gastrycznymi (ręce dzieci na podwórku
nigdy nie były przecież specjalnie czyste).
Podczas różnych festynów, wyjazdów wakacyjnych czy wizyt w wesołym
miasteczku mało kto potrafił sobie odmówić waty cukrowej. Stragany,
gdzie ją sprzedawano, zawsze były oblegane, gdyż wytwarzanie jej na
oczach klientów cieszyło się dużym zainteresowaniem. Proces wydawał się
całkiem skomplikowany: wysypywano cukier na rozgrzaną maszynę, a potem
nitki waty owijano wokół patyczka. Niestety, wraz z pojawieniem się
kartek na cukier sprzedaż waty zaczęła zanikać, podobnie jak niezwykle
popularna w tamtych czasach pańska skórka.
Były to chałupniczo wytwarzane cukierki z ubitych na sztywno białek,
cukru, wody oraz soku z cytryny i malin. Kojarzyły się głównie z dniem
Wszystkich Świętych, gdyż sprzedawano je najczęściej na przycmentarnych
stoiskach na początku listopada. Pańskiej skórki nie brakowało jednak
także w czasie plenerowych festynów oraz na straganach koło cyrków czy
wesołych miasteczek.
Lody i guma balonowa
W gorące dni ogromną popularnością cieszyły się lody Bambino. Stałym
elementem polskich plaż byli wówczas ubrani na biało dżentelmeni, którzy
nosząc przed sobą skrzyneczki zawieszone na ramionach, chodzili pomiędzy
plażowiczami i wykrzykiwali hasła typu: "Perła Bałtyku, lody na
patyku!". Lody miały tylko dwa smaki: śmietankowy i kakaowy. Dopiero
później pojawiły się waniliowe i śmietankowe w czekoladzie.
W latach 70. Polacy zasmakowali w lodach włoskich. Maszyny do ich
produkcji sprowadzano z Italii. Lody oferowano w trzech smakach:
śmietankowe, czekoladowe oraz mieszane - i serwowano w waflowych
kubeczkach. Natomiast przez cały rok w zieleniakach, sklepach i niektórych cukierniach chętnie kupowano ciepłe lody. Był to produkt z zaparzonej syropem smakowym pianki z ubitych białek, podawany w waflu,
który bardzo przypominał z wyglądu lody włoskie, chociaż smak miał
zupełnie inny.
Gospodarka PRL-u nie potrafiła się uporać z produkcją prawdziwej gumy
balonowej, dlatego różnymi kanałami (głównie dzięki prywatnemu
importowi) sprowadzano do kraju gumę Donald wytwarzaną w Holandii przez
firmę Maple Leaf B.V. Pomimo stosunkowo wysokiej ceny cieszyła się wśród
najmłodszych ogromnym powodzeniem, gdyż oprócz tego, że miała znakomity
smak i konsystencję umożliwiającą robienie balonów, do każdego
egzemplarza dołączano historyjki obrazkowe ze znanymi postaciami z kreskówek wytwórni The Walt Disney Company.
Najbardziej emocjonującym momentem po zakupie gumy było sprawdzenie, czy
załączona historyjka (z Psem Pluto, Myszką Miki czy Kaczorem Donaldem)
jest już w naszym posiadaniu. Jeżeli minikomiks się powtórzył,
egzemplarz przeznaczało się na wymianę z innymi wielbicielami gumy
balonowej. Do dobrego tonu należało też żucie gumy przez dwa, trzy dni
(na noc odkładanie jej do szklanki lub wprost na zakurzoną półkę) oraz
barwienie jej za pomocą wkładów z kredek. Im dziwniejszy uzyskaliśmy
kolor, tym większy był zachwyt otoczenia.
Zapiekanki i bułki z pieczarkami
W czasach PRL-u funkcjonowały także fast foody, chociaż wybór potraw był
raczej ograniczony. Jako pierwsze pojawiły się hot dogi - bułki z parówką z dodatkiem ketchupu lub musztardy (innych sosów nie
proponowano). Od razu powstało na ten temat wiele dowcipów - sugerowano,
że angielska nazwa, czyli "gorący pies", informuje, którą część jego
ciała można zjeść w bułce... Problem zniknął, gdy w Polsce wprowadzono
kartki na mięso. Wówczas parówki zostały zastąpione mieszaniną duszonych
pieczarek i cebuli, zresztą nawet całkiem smaczną.
Z kolei całkowicie polskim wynalazkiem jest zapiekanka, czyli połowa
przekrojonej w poprzek bułki paryskiej opiekanej z dodatkiem żółtego
sera, cebuli oraz pieczarek i podawana z ketchupem. Niepowodzeniem
zakończyła się natomiast próba wprowadzenia nad Wisłą hamburgerów.
Inicjatywę utrąciły ograniczenia w dystrybucji mięsa, chociaż usiłowano
je zastąpić filetem rybnym. Wielbiciele zapiekanek tłumaczyli zresztą,
że ich ulubiona przekąska ma zdecydowaną przewagę nad hamburgerem, gdyż
do jej spożycia potrzebna jest tylko jedna ręka.
Fast foody epoki PRL-u funkcjonowały najczęściej w zaparkowanych na
stałe przyczepach kempingowych rodzimej produkcji, a sprzedaż odbywała
się przez specjalnie przystosowane okno. Można było tam również nabyć
popularne wówczas napoje: oranżadę z charakterystycznym ceramicznym
korkiem, wodę sodową czy - w późniejszym okresie - licencyjną coca-colę
(tylko w butelkach, puszki były dostępne jedynie w peweksach).
Swoich wielbicieli miały też saturatory - w ten sposób każdy spragniony
przechodzień mógł kupić czystą wodę gazowaną lub trzy razy droższą wodę
z sokiem. Saturator obsługiwały z reguły panie, które ustawiały swoje
urządzenia (był to sprzęt mobilny na kołach rowerowych) w często
uczęszczanych miejscach. Do wyposażenia saturatora należały szklanki,
które po użyciu przez klienta przepłukiwano wodą pod ciśnieniem w specjalnym kraniku zamontowanym na saturatorze. I jakoś nikt się wtedy
nie przejmował chorobami, które mógł nabyć od innych wielbicieli tego
napoju...
Nieco później pojawiły się saturatory samoobsługowe ze szklankami na
łańcuchu. Szybko się jednak okazało, że aby wypić wodę sodową lub z sokiem, wcale nie jest potrzebna moneta. Znawcy tematu wiedzieli bowiem,
w którym miejscu należy uderzyć w saturator, aby popłynął oczekiwany
napój... Zapewne z tej przyczyny nie zdobyły one naszego rynku i wycofano się z ich produkcji.
Saturator, nieodłączny element krajobrazu peerelowskich miast, stał się
jednym z symboli minionej epoki. Nic więc dziwnego, że w 1985 roku
zespół Wały Jagiellońskie nagrał słynny przebój Złote żniwa, w którym
Rudi Schuberth śpiewa:
Tato, kupmy sobie saturator.
Co ty na to?
Skwarne lato nadchodzi,
sodowa skutecznie chłodzi.
A jeśliby soku ciut dodać,
to mówię ci, tato, pójdzie ta woda jak woda.
Każdy piątaka z kieszeni wywali,
pić będą i duzi, i mali1.
Smakołyki PRL-u są obecne także w dawnych produkcjach filmowych. Jagoda
Karwowska kontestuje polecenia rodziców, żując demonstracyjnie gumę i robiąc balony, co bardzo irytowało Stefana i Magdę. Wielbicielami gumy
byli również bohaterowie serialu Stawiam na Tolka Banana. Z kolei
Poldek i Duduś z Podróży za jeden uśmiech, gdy już dotarli nad Bałtyk,
chętnie schładzali się perłą Bałtyku, kupując lody na patyku.
Mobilne saturatory występują w wielu filmach. Warto jednak podkreślić,
że sceny te nie były prezentowane w formie prześmiewczej. Nawet
Stanisław Bareja nie widział w saturatorach nic dziwnego...
Dziesięć kultowych hitów epoki PRL-u
Chociaż PRL często był ponury i szary, to jednak wiele ówczesnych rzeczy
wciąż wspominamy z sentymentem.
Mały fiat zmotoryzował Polskę, chociaż jego cena nie należała do
najniższych. Na zakup nowego pojazdu oczekiwało się z reguły kilka lat,
skrzętnie wpłacając kolejne raty na specjalne książeczki
oszczędnościowe. Aby uatrakcyjnić czas oczekiwania, władze wprowadziły
cykliczne losowania i szczęśliwcy mogli odebrać kluczyki do auta. Z tego
powodu egzemplarze używane (nawet trzy-, czteroletnie) sprzedawano na
giełdzie samochodowej znacznie drożej, niż płacono za nowe samochody
prosto z fabryki.
Miarą popularności malucha był fakt, że wydano nawet specjalną książkę
zawierającą wyłącznie dowcipy na jego temat. Większość z nich dotyczyła
niewielkich rozmiarów auta, co wcale nie przeszkadzało polskim rodzinom
docierać tym pojazdem na wakacje nawet do Turcji. Poza tym był to jedyny
samochód, który kierowca mógł sam odpalić na pych, a w przypadku awarii
rozrusznika - uruchomić pojazd za pomocą paska od spodni...
Poczciwa pralka Frania, czyli połączenie silnika elektrycznego z metalową beczką, produkowana od 1958 roku, była marzeniem każdej
gospodyni domowej. Wprawdzie wciągała haftki, guziki i końcówki suwaków,
ale ogólnie znacznie ułatwiała życie. Napełniało się ją gorącą wodą z kranu lub wiadra (późniejsze modele miały system podgrzewania, pojawiły
się też egzemplarze z elektryczną pompką do opróżniania wody), a pranie
wyciągało się drewnianymi szczypcami. Ważnym elementem tej pralki była
stosowana w niektórych egzemplarzach ręczna wyżymaczka - bardzo
skuteczna, choć użytkownik musiał uważać na palce.
Frania była sprzętem wielozadaniowym, używano jej także do ubijania
masła i śmietany czy farbowania tkanin. Niektórzy wykorzystywali ją też
do produkcji bimbru...
Proszek Ixi - produkowany od 1965 roku - idealnie pasował do Frani.
To pierwszy polski proszek detergentowy, który doskonale zwalczał plamy.
Był tak dobrym produktem, że kartonami wywozili go nawet dyplomaci z państw socjalistycznych przebywający w naszym kraju.
Problem stanowiły natomiast opakowania - proszek wysypywał się od razu
po zakupie, a w wilgotnej łazience łatwo ulegał zbryleniu.
Dżinsy Odra produkowane od połowy lat 60. z polskiego teksasu o nazwie Arizona szybko stały się hitem handlowym. Czasami nazywano je
jednak "pancernymi" (faktycznie były też dość sztywne) - określenie
wzięło się od modelu spodni nazwanego "Szarik" mającego na tylnej
kieszeni plakietkę z wizerunkiem czterech pancernych.
Po dżinsy ustawiały się długie kolejki (zakładano nawet listy
społeczne), a w sąsiednich krajach dosłownie wyrywano sobie je z rąk.
Podczas wycieczki do ZSRS można było zamienić parę takich dżinsów na
złoty pierścionek lub niezły aparat fotograficzny.
Do dzisiaj można spotkać w polskich mieszkaniach przenośny
radioodbiornik Jowita. O jego sukcesie zadecydowały niezła jakość,
możliwość zasilania z sieci i baterii oraz zakres fal UKF, dzięki czemu
dało się odbierać radiową Trójkę oraz Studio Stereo. Do tego dochodziło
jeszcze wbudowane gniazdo umożliwiające nagrywanie muzyki niezłej
jakości, chociaż tylko w wersji monofonicznej.
Dla wielu osób znaczenie miały też dwa zakresy fal krótkich, dzięki
którym można było (pomimo zagłuszania) słuchać Wolnej Europy.
Telewizyjny Koncert Życzeń pojawił się na antenie w latach 70.,
emitowano go w weekendy, a prowadzili go najpopularniejsi polscy
prezenterzy. Choć cena za zamówienie piosenki była wysoka, chętnych nie
brakowało. W repertuarze dominowali polscy wykonawcy, z reguły w każdym
programie nadawano też piosenkę artysty zachodniego. Unikano jednak
coraz popularniejszych w latach 80. teledysków. Twórcy programu nie
chcieli bowiem, aby jego formuła zbliżyła się do Wideoteki skierowanej
do młodszego widza.
Prawdziwym symbolem luksusu epoki PRL-u były sklepy sieci Pewex, w których za waluty wymienialne - głównie dolary - można było nabyć towary
zachodnie (czasami też krajowe, ale trudno dostępne). Peweksy (w 1989
roku na terenie całego kraju było ich ponad 800) oferowały szeroki
asortyment: od alkoholu przez telewizory i smakołyki w kolorowych
opakowaniach po samochody. Największą popularnością cieszyły się jednak
odzież dżinsowa (głównie spodnie marki Wrangler) i kosmetyki, ze
szczególnym uwzględnieniem damskich perfum Soir de Paris czy Masumi.
Dolary nabywano - oczywiście - nielegalnie od cinkciarzy, można też było
płacić bonami dolarowymi uprawniającymi do zakupów wyłącznie w peweksach. Ich czarnorynkowa cena była z reguły niższa o 10-20 procent
niż cena prawdziwych dolarów.
Niewielu jednak mogło sobie pozwolić na zakup telewizora w peweksie,
zatem obiektem marzeń był krajowy odbiornik kolorowy Jowisz.
Skutecznie zastąpił on radzieckie rubiny, których kineskopy miały
skłonność do eksplozji, a do tego emitowały promieniowanie porównywalne
z aparatem rentgenowskim.
Jowisz był bardzo udanym produktem, chociaż nie sprawdziła się wersja z sensorami do zmiany kanałów. W deszczowe dni programy (wszystkie dwa)
ulegały samoczynnej zmianie i sensory wysuszano za pomocą płonących
zapałek.
Niewiele osób też pamięta, że pierwotnie telewizor nazwano PAW (Pierwszy
Aparat Wielobarwny). Nazwa ta jednak nie trafiła do handlu, gdyż wcale
nie kojarzyła się z kolorowym ptakiem...
Prawdziwym przebojem tamtych lat była oranżada w butelkach zwrotnych
o pojemności 0,33 litra, które - dzięki charakterystycznemu ceramicznemu
kapslowi na drucie - można było w dowolnej chwili otwierać i zamykać. Do
dobrego tonu wśród młodzieży należało otwieranie butelki kantem dłoni,
tak aby nic się wylało.
Dla tych, którzy żałowali pieniędzy na kaucję za butelkę (kosztowała
więcej niż sam napój), pozostawała oranżada w foliowych torebkach -
napój piło się przez plastikową słomkę. Problemy zaczynały się, gdy
słomka przypadkowo przebiła torebkę i powstał drugi, nieplanowany otwór.
Napój był bardzo słodki (napis na naklejce głosił: "Na prawdziwym
cukrze"), więc nieszczęsny wielbiciel oranżady dosłownie cały się
kleił...
Jednym z rzemiosł, które zanikły po upadku PRL-u, była repasacja
pończoch. W niemal każdym zakładzie krawieckim i w większości dużych
sklepów znajdowały się punkty świadczące usługę podnoszenia oczek - i zawsze ustawiały się tam kolejki. W PRL-u rajstopy były niezwykle
deficytowym towarem, poza tym łatwo ulegały uszkodzeniom na niezbyt
komfortowych krzesłach w biurach i zakładowych stołówkach. Zatem panie
zajmujące się repasacją nigdy nie narzekały na brak klientek, a przy
okazji zajmowały się także cerowaniem męskich skarpet. Gdy po latach
przyjrzymy się serialom i filmom z tamtego okresu, zawsze mignie nam w kadrze skupiona nad swą pracą pani repasaczka...
Z większością tych kultowych rzeczy pożegnaliśmy się w latach 90.,
odeszły na zawsze wraz z epoką PRL-u. Nigdy już nie wrócą. I bardzo
dobrze, chociaż czasami wspominamy je z dużym rozrzewnieniem.
Czarna wołga i inne upiory
Czarna wołga, Paskuda, stonka ziemniaczana. Ile w tych historiach było
prawdy, a ile zwykłych plotek?
Porywacze dzieci
Najwięcej emocji i panicznego strachu wzbudzała czarna wołga, której
pasażerowie ponoć porywali i mordowali małe dzieci.
Historia miała swój początek w kwietniu 1965 roku, gdy w Warszawie
faktycznie zaginęła 3-letnia Lilianna Hencel. Dziewczynka została
uprowadzona z mieszkania swoich rodziców przy ulicy Grochowskiej, a porywaczkami były dwie kobiety.
Sprawa miała bardzo dziwny przebieg, gdyż porywaczki wpuściła do domu
matka dziewczynki - podawały się bowiem za dalekie kuzynki jej męża.
Wychodząc do pracy, poprosiła nawet o opiekę nad dzieckiem, ale gdy po
powrocie nie zastała córki w domu, natychmiast zawiadomiła milicję.
Informacja o porwaniu podana w prasie i radiu szybko przyniosła
oczekiwany efekt. Przypadkowi przechodnie widzieli obie kidnaperki, jak
wsiadały wraz z dzieckiem do czarnej taksówki marki Wołga, którą
odjechały w nieznanym kierunku. Ostatecznie porywaczki wraz z Lilianną
odnaleziono kilka dni później w okolicach Łodzi. Kobiety okazały się
siostrami - jedna z nich marzyła, aby wychowywać zdrowe dziecko, gdyż
jej własna córka była niewidoma od urodzenia.
Ten pierwszy nagłośniony w mediach przypadek porwania dziecka wywołał
całą masę różnego rodzaju plotek. Przy okazji niemal każdego podobnego
zdarzenia wyrokowano, że dziecko zapewne porwała czarna wołga. Wśród
Polaków krążyły niestworzone historie - twierdzono, że samochodem
podróżują dwie kobiety przebrane za zakonnice, które po porwaniu
spuszczały z dziecka krew, aby sprzedawać ją chorym na białaczkę bogatym
Niemcom z RFN-u lub zamożnym Żydom z Izraela.
Okna samochodu przemierzającego po zmroku ulice polskich miast miały być
zasłonięte firankami, co uniemożliwiałoby obserwację wnętrza pojazdu.
Oczywiście nie mogło się obejść bez makabrycznych szczegółów - dzieci, z których rzekomo spuszczano całą krew, odnajdywano ponoć martwe w lasach
i parkach, a milicja milczała, nie mogąc poradzić sobie z porywaczkami.
Nie pomagały zaprzeczenia przedstawicieli władz ani fakt, że rzekomo
zamordowane dzieci w większości odnajdywały się po pewnym czasie całe i zdrowe, a powodami ich zaginięcia bywały nieuwaga rodziców lub
nieporozumienia rodzinne - psychoza opanowała cały kraj.
Legenda czarnej wołgi odżyła niespodziewanie w ostatnich latach. Tym
razem porywano by dzieci w celu uzyskania organów do przeszczepów, a miejsce radzieckiego samochodu zajęło czarne bmw, które nocami
przemierzało ulice polskich miast i miasteczek...
Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego
Kolejna "wstrząsająca" legenda epoki PRL-u miała już znacznie lżejszy
charakter. W latach 80. w cieszącym się ogromną popularnością programie
Lato z Radiem podano informację o potworze grasującym w podwarszawskim
Zalewie Zegrzyńskim. Nazwano go Paskudą, gdyż nie był specjalnej urody,
a na domiar złego miał się żywić ściekami i odpadkami z zalewu.
W tamtych czasach akwen ten rzeczywiście był bardzo zanieczyszczony (nie
działała tam żadna oczyszczalnia ścieków), nikogo nie dziwiło więc, że
zaczęli się pojawiać liczni świadkowie, którzy w mętnej wodzie widzieli
zwierzę nieznane naukowcom. Snuto analogie do sławnego potwora ze
szkockiego jeziora Loch Ness.
Niektórzy twierdzili nawet, że Paskudę widywano też w warszawskim
Jeziorku Czerniakowskim, a nawet w stołecznych Łazienkach. Znudzona
monotonną dietą w brudnym zalewie miała w Łazienkach polować na hodowane
tam karpie. I nikomu nie przeszkadzał fakt, że oba zbiorniki nie miały
połączenia z Zalewem Zegrzyńskim ani że nigdy nie opublikowano żadnego
wyraźnego zdjęcia potwora.
W prasie pojawiały się natomiast rysunki Paskudy - przypominała
ogromnego węża w całości pokrytego pustymi butelkami, oponami
samochodowymi i śmieciami z okolic Zegrza. Ostatecznie temat zniknął,
gdy zalew został oczyszczony. Tłumaczono wówczas, że Paskuda nie lubi
czystej wody...
Pozostałością potwora z Zalewu Zegrzyńskiego była wakacyjna historia
sprzed kilku lat, gdy "Fakt" ogłosił, że w górę Wisły płynie potężny
wieloryb o imieniu Lolek. Ssak - zmierzając do stolicy - miał nawet
pokonać tamę we Włocławku, a jego przygody relacjonowali naoczni
świadkowie. Kilka dni wcześniej faktycznie zaobserwowano prawie
30-metrowego wieloryba w Zatoce Gdańskiej, który następnie odpłynął, co
jednak nie przeszkodziło dziennikarzom "Faktu" relacjonować jego
zmyśloną podróż rzeką do Warszawy...
Amerykańska stonka
Kolejna legenda epoki PRL-u miała podłoże polityczne. W czerwcu 1950
roku ogłoszono, że imperialiści amerykańscy zrzucili na Polskę ogromne
ilości stonki ziemniaczanej, co miało zniszczyć uprawy i wywołać głód w naszym kraju. Do walki z zagrożeniem zmobilizowano tysiące ochotników,
którzy ze słoikami w rękach ruszyli na pola, aby niszczyć chrząszcza
szkodnika. Prasa, radio i Polska Kronika Filmowa na bieżąco
relacjonowały wydarzenia, władze wydawały odpowiednie komunikaty,
oskarżając "amerykańskich imperialistów" o zbrodnicze zamiary wobec
społeczeństwa.
Inna sprawa, że stonka faktycznie pochodziła z USA, dokładnie z Kolorado, a do Europy została zawleczona już kilkadziesiąt lat wcześniej
wraz z żywością ze Stanów Zjednoczonych. Szybko się rozmnożyła, gdyż na
Starym Kontynencie nie miała naturalnych wrogów, a pestycydów używano
wówczas znacznie rzadziej niż obecnie. Problem z usunięciem stonki był
faktycznie bardzo poważny, więc władze wykorzystały to w sprawach
propagandowych.
Niemal z dnia na dzień żuk z Kolorado stał się tematem numer jeden w mediach i prawdziwym postrachem polskiego społeczeństwa. Dziś już niemal
zupełnie wyginął, a jego miejsce zajmuje stonka kukurydziana zawleczona
do Europy podczas wojen na Bałkanach w latach 90. ubiegłego wieku. Tylko
że nikt już nikogo nie oskarża, iż było to celowe działanie.
Czarnych legend w epoce PRL-u było znacznie więcej - w większości miały
podtekst polityczny lub były związane z brakami w zaopatrzeniu sklepów.
Aby wytłumaczyć nagłe pogorszenie się jakości wędlin pod koniec lat 70.,
plotkowano, że na polecenie władz dodaje się do nich w zakładach
mięsnych arktycznego kryla - skorupiaka, którego wówczas zaczęto masowo
odławiać, aby przerabiać go na pasze dla zwierząt. Z kolei koszmarna
jakość pasztetowej miała być spowodowana dodawaniem do niej mielonego
papieru toaletowego (!), co z kolei wyjaśniało brak tego towaru na
rynku.
Ale to już historia na inne opowiadanie...
Plotki, plotki...
Plotki o znanych ludziach zawsze ekscytowały społeczeństwo. Nie inaczej
było w czasach PRL-u.
Do Paryża do fryzjera
W drugiej połowie lat 70. niemal cała Polska opowiadała o ekstrawagancjach Stanisławy Gierek. Pierwsza dama epoki propagandy
sukcesu miała raz na tydzień latać do Paryża na zakupy, a podczas tych
wizyt odwiedzać jeszcze ekskluzywnego fryzjera. Plotkę podsycał fakt, że
Stanisława jako pierwsza żona przywódcy partii wyszła z jego cienia i często towarzyszyła mu podczas wizyt zagranicznych. Przy takich okazjach
komentowano też nowe fryzury pani Gierek, które nie wszystkim się
podobały. Uważano bowiem, że jej uczesanie często nie jest najlepiej
dobrane, a poza tym nie licuje z jej pozycją ani wiekiem. Plotka o regularnych wizytach nad Sekwaną - oczywiście - nie była prawdziwa, ale
u jej źródła leżał fakt, że pani Gierek faktycznie miała słabość do
zagranicznych zakupów.
"Spotkałem się (...) z Karskim, naszym ambasadorem w Wiedniu - wspominał
Mieczysław Rakowski. - Opowiadał mi różne historyjki o naszych bonzach
(na przykład że co najmniej raz na kwartał przyjeżdża tu pani Stasia
Gierkowa z całą niemal rodziną i dokonuje zakupów)"2.
Działacz i piosenkarka
Zresztą wspomniany Mieczysław Rakowski wkrótce też padł ofiarą plotki.
Na początku lat 80. kraj obiegła wiadomość, że ówczesny wicepremier
nawiązał gorący romans z piosenkarką Hanną Banaszak. Nie pomogły
zaprzeczenia wokalistki, która niemal w każdym wywiadzie z uśmiechem
mówiła: "Nie, naprawdę nie znam tego pana". Inna sprawa, że pogłoski na
ten temat podsycał jednak sam Rakowski, któremu najwyraźniej imponował
fakt łączenia jego nazwiska z urodziwą, o ponad 30 lat młodszą artystką.
Podobno plotka doszła nawet do generała Jaruzelskiego, który wprost
zapytał Rakowskiego o całą sprawę. Ten zaprzeczył, jednak pogłoska nadal
żyła własnym życiem i ucichła dopiero w styczniu 1986 roku podczas
wieczoru piosenek Jerzego Wasowskiego w stołecznym Teatrze Współczesnym.
Banaszak, wykonując Ja dla pana czasu nie mam, "kierowała spojrzenie
gdzieś w bok od miejsca", w którym na widowni siedział Rakowski. Na
efekty nie trzeba było długo czekać, "połowa sali wybuchnęła śmiechem i tak już było do końca piosenki". Do śmiechu nie było tylko
Rakowskiemu...
Aktorka i premier
Małżeństwo Niny Andrycz z premierem Cyrankiewiczem także stanowiło
obiekt różnego rodzaju anegdot opowiadanych w biurach i kawiarniach.
Plotki potęgował fakt, że małżonkowie nie mieli dzieci, a premier
uchodził za wyjątkowego kobieciarza.
Gdy w 1960 roku Cyrankiewiczowie mieli odwiedzić Indie, o przygotowaniach do wizyty szeroko rozpisywała się polska prasa,
informowano również, że kreacje dla pani premierowej szyte są przez
najlepszych paryskich krawców. Wzbudziło to oburzenie polskiego
społeczeństwa egzystującego w skromnych warunkach. Na spotkaniach w zakładach pracy ostro atakowano tę rozrzutność, a do historii przeszła
riposta Władysława Bieńkowskiego (byłego ministra i posła). Ten znany z ciętego języka publicysta miał uspokajać robotników, że paryskie toalety
pani Niny były tańszym wyjściem z sytuacji. Albowiem "gdyby Cyrankiewicz
pojechał sam, to kosztowałoby nie mniej, bo kontakty z paniami na
świecie drogo kosztują".
Nie trzeba dodawać, że pani premierowa wcale nie nosiła w Indiach sukni
ze szczerozłotymi nitkami ani kapeluszy ozdobionych drogimi klejnotami,
jak to opowiadano w kraju...
Popielniczką w telewizor
W tym samym roku na scenie Kabaretu Starszych Panów zadebiutowała Kalina
Jędrusik. Największa seksbomba PRL-u zawsze dbała o dostarczanie plotek,
a niechęć, jaką do niej odczuwali Władysław i Zofia Gomułkowie, była
wystarczającym powodem do zabawnych anegdot.
Podobno towarzyszka Zofia wymogła na władzach telewizji, aby Kalina
pokazywała się na wizji bardziej stosownie ubrana, a już na pewno nie w sukniach z ogromnym dekoltem i z krzyżykiem na łańcuszku opadającym na
jej obfity biust. Jędrusik - oczywiście - ignorowała te żądania. W efekcie plotkowano, że ilekroć Gomułkowie widzą ją w Kabarecie Starszych
Panów, towarzyszka Zofia dostaje histerii, a pierwszy sekretarz rzuca w telewizor kapciem lub (w ostrzejszej wersji) popielniczką.
Nie było to prawdą, wprawdzie Gomułkowie szczerze nie cierpieli
Jędrusik, jednak towarzysz Wiesław nie mógł rzucać w nią kapciem, gdyż
ze względu na swoje kalectwo używał w domu wyłącznie specjalnego obuwia
ortopedycznego. Jeszcze gorzej sprawa przedstawiała się z popielniczką.
Wprawdzie palił papierosy, ale był człowiekiem tak oszczędnym, że nigdy
w życiu nie rzuciłby ciężkim przedmiotem w tak kosztowną rzecz jak
telewizor. Poza tym Kabaret Starszych Panów nadawano o godzinie 22.30, a Gomułka lubił wcześnie chodzić spać - wyjątek robił tylko w czwartki,
gdy po Dzienniku emitowano Kobrę, a Starsi Panowie pojawiali się w soboty...
Maryla, Daniel i "Czerwony Książę"
Pod koniec lat 70. ogromne emocje wzbudziła rywalizacja pomiędzy
Danielem Olbrychskim a Andrzejem Jaroszewiczem - chodziło o względy
Maryli Rodowicz. Popularna piosenkarka była związana z Olbrychskim przez
trzy lata, plotkowano nawet o ich ślubie (aktor nie miał jeszcze wtedy
rozwodu).
Wreszcie na drodze tej pary stanął kierowca rajdowy, syn premiera
Jaroszewicza nazywany "Czerwonym Księciem". Polskie społeczeństwo
wyjątkowo go nie lubiło za zabawowy tryb życia. Powszechnie uważano, że
przepija państwowe pieniądze, przepuszcza ogromne sumy na kobiety, a do
tego w Monte Carlo po zakończeniu rajdu miał publicznie przypalać sobie
papierosy 500-złotowymi banknotami. Ale na Maryli robił ogromne wrażenie
- trudno się zresztą dziwić, skoro potrafił wynająć samolot, aby podczas
poznańskiego koncertu wokalistki zrzucać z niego goździki.
Ostatecznie Rodowicz odeszła od Olbrychskiego i na krótko związała się z Jaroszewiczem, czego społeczeństwo nie potrafiło jej wybaczyć. I gdy dwa
lata później buchnęła kolejna plotka, że pan Daniel pobił rywala w warszawskim SPATiF-ie, wiele osób nie ukrywało satysfakcji. Wprawdzie
bezpośrednią przyczyną bójki miała być obraźliwa wypowiedź Jaroszewicza
o zbliżającej się pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do kraju, ale
wszyscy podejrzewali, że tak naprawdę panowie załatwiali porachunki za
Rodowicz. Chociaż obaj zaprzeczali awanturze, plotka żyła własnym
życiem. Zresztą Olbrychski zaprzeczał w taki sposób, jakby właśnie
chciał ją potwierdzić...
Patrząc na tamte czasy, trudno nie zauważyć, że plotki o obecnych
gwiazdach czy politykach nie mają już takiego zasięgu oddziaływania.
Nowa kreacja pani prezydentowej nie stanowi tematu powszechnych rozmów w biurach i urzędach, a do częstej zmiany partnerów przez dzisiejszych
celebrytów wszyscy się już przyzwyczaili. Zresztą - jaka epoka, takie
gwiazdy...
Początki klubu Hybrydy
Koniec epoki stalinizmu przyspieszył przemiany obyczajowe, a młodzież
nie chciała już śpiewać pieśni o przodownikach pracy i planie
sześcioletnim. Oficjalnie pojawił się wyklęty do niedawna jazz,
powstawały modne kluby i kawiarnie. Młodzi ludzie pragnęli się bawić i używać życia.
Złota młodzież i komunizm
Chociaż w czasach Polski Ludowej istniał obligatoryjny obowiązek pracy,
to nawet wówczas nie brakowało ludzi oficjalnie nieosiągających żadnych
dochodów, a żyjących na dość przyzwoitym poziomie. I nie były to
wyłącznie osoby z typowego marginesu społecznego, w pewnych kręgach
funkcjonowały bowiem grupy złotej młodzieży, której tryb życia wzbudzał
protesty ówczesnych moralistów.
"W Warszawie była tak zwana grupa - wspominał jeden z najbardziej
znanych ówczesnych imprezowiczów, Andrzej "Koń" Bohdanowicz. - (...)
Złota młodzież, ale nie taka złota młodzież, która miała bogatych
rodziców, tylko wszyscy studiowali, wszyscy mieli jakieś pieniądze i umieli tymi pieniędzmi bawić się. Skromnymi pieniędzmi. Razem wyjeżdżało
się na Mazury, nad morze, razem w góry. A jak prywatka, to było sto osób
i był huk. Najlepsze dziewczyny, modelki - nie modelki"3.
Nie wszyscy mieli jednak podobnie ograniczone środki finansowe. Za
największego bon vivanta tamtych lat uchodził Andrzej Rzeszotarski
dysponujący ogromnymi pieniędzmi niewiadomego pochodzenia. Nazywano go
"Rotmistrzem" lub "Wujem", był człowiekiem w wieku średnim, co nie
przeszkadzało mu jednak brylować w znacznie młodszym towarzystwie.
"Krążyły o nim plotki - opowiadała Osiecka - od których włosy jeżyły się
na głowie: że handluje narkotykami, że jest madonną siedmiu wywiadów
(wuj! madonną!), że oszukuje w pokera, że jest zwyczajnym gangsterem i tak dalej, i tak dalej. Dla naszej jednak opowiastki jest ważne tylko
to, że "Wuj" był człowiekiem przepotwornie majętnym. Poruszał się po
Warszawie wściekle czerwonym mercedesem (...)"4.
Inni zapamiętali, że Rzeszotarski jeździł czerwonym lincolnem czy też
fordem, marka samochodu nie miała zresztą większego znaczenia. Zachodni
pojazd dobrej klasy był bowiem wtedy symbolem wręcz niewyobrażalnego
luksusu, czymś, na co mogli sobie pozwolić tylko najbardziej zamożni.
Nikt właściwie nie wiedział, czym pan "Rotmistrz" się zajmuje, z perspektywy czasu można jednak podejrzewać, że był agentem SB. Na pewno
nie mógł się pochwalić żadną kombatancką przeszłością i nigdy nie nosił
stopnia oficerskiego. Prawdopodobnie wykorzystał przypadkową zbieżność
nazwisk z przedwojennym kawalerzystą i uczestnikiem Powstania
Warszawskiego Adamem Rzeszotarskim - i w ten sposób dostąpił
nobilitacji.
"Za Rotmistrzem snuł się jak cień eseista i aktor Adam Pawlikowski -
wspominał Janusz Głowacki - nazywany Dudusiem, którego szlachetny
profil, znany z filmu Popiół i diament, przyciągał dziewczyny i uświetniał zabawy Rzeszotarskiego w jego wytapetowanym pięćsetkami
mieszkaniu"5.
Pan "Rotmistrz" nie zadawał sobie trudu, aby osobiście prowadzić swój
pojazd, miał od tego kierowcę, olbrzyma o przezwisku "Cegła". Razem ze
swoimi wybrankami zajmował tylne siedzenie, zwykle też obdarzał
partnerki eleganckim obuwiem. Aby jednak być pewnym efektów spotkania,
jeden bucik wręczał dziewczynie wieczorem, a drugi dopiero rano...
Zarówno Rzeszotarski, jak i Pawlikowski zakończyli życie w tragiczny
sposób. Aktor zaplątany w "afery ze służbami specjalnymi" popadł w obłęd, natomiast po zmianie "układów milicyjno-politycznych" "Rotmistrz"
przestał być potrzebny i stracił swoje legendarne możliwości finansowe.
W efekcie obaj popełnili samobójstwo, wyskakując przez okno.
Na Mokotowskiej
W swoich najlepszych latach Rzeszotarski był stałym klientem
warszawskiego klubu Hybrydy przy ulicy Mokotowskiej, którego działalność
oficjalnie zainaugurowano koncertem jazzowym 1 lutego 1957 roku. Jednak
niemal od samego początku klub bardziej kojarzył się z najlepszymi w Warszawie imprezami tanecznymi, które odbywały się trzy razy w tygodniu.
"W czwartki, soboty i niedziele - pisał ze zgorszeniem dziennikarz
"Walki Młodych" - ciągnie na Mokotowską 48 nie tylko sznur samochodów,
ale również i tłum pieszych złaknionych tańca. Napierają na drzwi,
zaglądają przez zakratowane okna, używają zmyślnych forteli, aby dostać
się do wymarzonego raju - nic z tego. Bramkarze są bezlitośni, pracują
sprawnie i metodycznie"6.
Klub był obliczony na 150-200 osób i faktycznie tyle sprzedawano
biletów. Wielu znajomych wchodziło jednak za darmo, a pozostali płacili
wprost do kieszeni bramkarzy. Ci zresztą doskonale wiedzieli, kogo mają
wpuścić do lokalu.
"(...) uczennice, badylarzy, cinkciarzy, aktorki, piosenkarzy, tajniaków
- wspominał Janusz Głowacki - i 14-letnią Ewunię, która na pytanie ojca:
"Czy ty aby, córeczko, za wcześnie nie zaczynasz?", odpowiadała:
"Tatusiu, ja już zaczynam wychodzić z obiegu". A kiedy ojciec postanowił
zamykać ją na klucz, żeby odrabiała lekcje, po jego zawiązanych w linę
krawatach spuszczała się przez okno na ulicę"7.
Inna sprawa, że już sama lokalizacja klubu powinna dać jego bywalcom
wiele do myślenia. Naprzeciwko działał bowiem bar Przechodni, gdzie
można było napić się wódki (w Hybrydach podawano tylko piwo i wino), a w pobliżu mieściła się przychodnia wenerologiczna, gdzie często trafiali
bywalcy lokalu.
Za najlepszego tancerza Hybryd uchodził Henryk Kurek nazywany Heniem
"Melomanem". To właśnie jego pokazywały kamery telewizyjne podczas
reportaży z klubu, pojawiał się również w filmach z tego okresu (w epizodach, bez podawania jego nazwiska w czołówce). Był tancerzem
niezwykle zdolnym, a do tego miał wręcz nieprawdopodobną kondycję.
"Nie pamiętam już, co Henio "Meloman" tańczył - wspominał Tadeusz Ross -
(...) ale pamiętam, jak tańczył. Wokół niego tworzył się wianuszek
gapiów, a gdy kończył, rozbrzmiewały gromkie brawa. Henio był stałym
bywalcem "Hybryd", nie pamiętam chyba wieczoru, żeby go nie było. On był
po prostu znakiem firmowym tego klubu"8.
Muzyka, hazard i alkohol
Oczywiście obyczaje panujące w lokalu nie mogły zachwycać
przedstawicieli władz - ich spokój burzyły alkohol, seks i jazz, potem
rock and roll, a do tego miejscowi bon vivanci, którzy prowadzili życie
niezgodne z zasadami socjalistycznej moralności... Tacy jak wspomniany
"Koń", który na swojej wizytówce zamieścił adnotację "człowiek wolny" i jako pan własnego czasu stale przesiadywał w Hybrydach.
"["Koń"] nie miał nigdy pieczątki z miejsca pracy w dowodzie osobistym
- tłumaczyła Agata Bleja - no, może raz, parę lat po wojnie, gdy
uciekając przed wojskiem, zaszył się na wsi jako nauczyciel. Dość szybko
zresztą skrzyknął tam doborowe towarzystwo: kowala, przedwojennego
kaprala, kierownika pegeeru oraz sołtysa i założyli kółko karciane. Koń,
jak go przez całe dorosłe życie nazywają wszyscy, w karty gra od
dziecka. Karty to jego największa przyjemność (...)"9.
Karty nie były wyłącznie rozrywką, w Hybrydach grano bowiem hazardowo
(oczywiście nielegalnie), co wyjaśnia źródło dochodów niektórych stałych
bywalców klubu. Hazard bywał jednak czasami dość niebezpiecznym
zajęciem.
"W Hybrydach - kontynuował Głowacki - rozpoczynał długą noc opętany jak
gracz Dostojewskiego manią hazardu kapitan Służby Bezpieczeństwa,
postrach pokerzystów, bo kiedy przegrywał, wyciągał rewolwer i zabierał
się całkiem konkretnie do popełniania samobójstwa. Natychmiast
pocieszano go i wręczano przegraną kwotę. Nie trzeba było wiele
wyobraźni, żeby przewidzieć, czym by się skończyło dla grających
znalezienie (...) ciała oficera służb specjalnych. Jednym słowem, w Hybrydach było interesująco"10.
Tym niemniej lokal przy Mokotowskiej to nie tylko imprezy taneczne, seks
i hazard. Przez dłuższy czas działały tam: dyskusyjny klub filmowy,
Studencki Teatr Hybrydy (Jan Pietrzak, Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta)
oraz grupa poetycka Pokolenie 1960 (Edward Stachura, Zbigniew Jerzyna,
Barbara Sadowska), a także Hot-Club Hybrydy, gdzie grywał Krzysztof
Komeda, a karierę zaczynali Włodzimierz Nahorny, Michał Urbaniak i Tomasz Stańko. To właśnie ten klub był głównym organizatorem pierwszego
międzynarodowego festiwalu jazzowego Jazz 58, przemianowanego później na
Jazz Jamboree.
Koniec dawnych Hybryd nastąpił w 1973 roku. Działalność klubu wznowiono
po czterech latach, ale już w lokalu przy ulicy Kniewskiego (obecnie
Złota). Do nowej siedziby przychodzili jednak zupełnie inni ludzie i nikt nie bawił się przy jazzie czy rock and rollu...