Rozdział 1. Blaski i cienie motoryzacji PRL-u
Rozdział 1
Blaski i cienie motoryzacji PRL-u
Powojenna pustka
Wprawdzie Polska Ludowa może się wydawać wyjątkowo opóźniona wobec
reszty świata pod względem motoryzacji, ale warto pamiętać, z jakiego
poziomu startowaliśmy po zakończeniu drugiej wojny światowej. Kraj był
potwornie zniszczony, a do tego odziedziczono niemal wszystkie problemy
automobilizmu Drugiej Rzeczypospolitej. Polska okresu międzywojennego
była bowiem jednym z najsłabiej zmotoryzowanych krajów Europy - na
tysiąc mieszkańców przypadał jeden samochód osobowy. Nawet w najuboższym
kraju skandynawskim, Finlandii, liczba ta była aż jedenaście razy
wyższa, a mimo to polskie władze zrobiły niewiele, by ten stan zmienić.
Zakup samochodu był wysoko opodatkowany, a urzędnicy skarbowi traktowali
niemal każdego prywatnego właściciela pojazdu jak "kogoś pośredniego
między aferzystą, hochsztaplerem a samobójcą"1.
Najbardziej porażające jest jednak porównanie potencjału motoryzacyjnego
Polski i Trzeciej Rzeszy. Za zachodnią granicą zarejestrowanych było aż
milion czterysta tysięcy samochodów osobowych, podczas gdy nad Wisłą
niespełna trzydzieści tysięcy. W tym czasie Niemcy liczyły około
siedemdziesięciu milionów ludności, natomiast Polska o połowę mniej.
Warto też pamiętać, że w sprzedaży nie pojawił się jeszcze volkswagen
garbus, który miał zmotoryzować Niemcy.
Rozwojowi motoryzacji w Polsce nie sprzyjała też ogromna polaryzacja
majątkowa społeczeństwa. Samochody były wyjątkowo drogie i niedostępne
nie tylko dla przeciętnego Polaka, ale także dla względnie zamożnych
przedstawicieli inteligencji czy wolnych zawodów. Tak naprawdę na własny
pojazd mogli sobie pozwolić bardzo bogaci ziemianie, przemysłowcy lub
największe gwiazdy kina czy kabaretu.
W latach trzydziestych sytuacja zaczęła jednak się pomału zmieniać, bo w kraju powstawały montownie zachodnich koncernów, przez co ceny pojazdów
spadły. Nigdy jednak w Drugiej Rzeczypospolitej nie wdrożono do
produkcji krajowego modelu i nasze drogi pozostały domeną pojazdów
licencyjnych lub sprowadzanych z zagranicy.
Natomiast bezpośrednio po wojnie sytuacja była jeszcze gorsza. W październiku 1945 roku w całym kraju było zarejestrowanych niespełna
sześć i pół tysiąca samochodów osobowych i były to pojazdy
wykorzystywane wyłącznie przez instytucje państwowe. W skład tej "floty"
wchodziły samochody przedwojenne, zdobyczny niemiecki demobil oraz mocno
zużyte pojazdy dostarczane z Zachodu przez "ciocię UNRRĘ2". Warto
też pamiętać, że na początku okupacji hitlerowcy zarekwirowali cały
prywatny tabor samochodowy.
Co gorsza, perspektywy rozwoju motoryzacji indywidualnej prezentowały
się fatalnie. Ideolodzy przodującego ustroju głosili, że "w Polsce
Ludowej nie może być prywatnej własności samochodów", a obywatelom
wystarczy transport zbiorowy. Najwyraźniej uznano, że indywidualna
własność pojazdów powinna zostać wymieciona przez wiatr historii razem z obszarnikami, kapitalistami i wszelkiej maści krwiopijcami z poprzednich
epok.
Uroki stołecznych ulic
Transport zbiorowy dopiero się jednak rozwijał, zatem pojawiły się
alternatywne rozwiązania. Życie nie znosi próżni, ale większość
ówczesnych środków zaradczych miała swój rodowód w czasach Drugiej
Rzeczypospolitej czy okupacji. Z tego też powodu obraz ulic polskich
miast tamtego okresu bardziej mógł się kojarzyć z głęboką prowincją czy
wręcz terenami wiejskimi. W Warszawie normalnym środkiem lokomocji stały
się furmanki konne, które służyły nie tylko do transportu towarów, ale
również przewoziły pasażerów.
"W drugiej połowie lat sześćdziesiątych - wspominał dziennikarz,
Kazimierz Kunicki - pracując w Centralnej Agencji Fotograficznej,
umówiłem się kiedyś z zachodnim dziennikarzem, który prosił o zdjęcia do
swojego artykułu. Zależało mu na czasie, pilił, a tymczasem w umówionym
dniu nie przyszedł. Pojawił się dopiero w następnym, wyraźnie jakiś
zmarnowany. Nagabywany, co się stało, wyznał ze smutkiem: I had one
accident with furmanka [Miałem pewien incydent z furmanką]. Wypadek
był na szczęście niegroźny, nikomu nic się nie stało, krajowy pojazd
owsem pędzony ucierpiał bardzo umiarkowanie, natomiast efektowny jaguar
mojego rozmówcy, w tamtych latach dla nas prawie ósmy cud świata
motoryzacji, karoserię pogiętą miał szpetnie"3.
Znaczna część furmanek miała po bokach zamontowane ławki dla pasażerów,
a zdarzały się także egzemplarze zadaszone, co można potraktować jako
synonim powojennego luksusu. Bardziej popularne były jednak dorożki,
które funkcjonowały na stołecznych ulicach do późnych lat
sześćdziesiątych. Istniały nawet specjalne postoje, szczególnie przy
dworcach kolejowych, gdzie w ścianach budynków lub na słupkach
znajdowały się metalowe kółka służące do wiązania koni. Pod koniec lat
czterdziestych w stolicy było ponad czterysta zarejestrowanych dorożek i liczba ta utrzymywała się przez dłuższy czas. Oczywiście ich wygląd i "wyposażenie" były zróżnicowane, gdyż zdarzały się pojazdy klasy "lux" -
z bogatymi kanapami i zadaszone - obok zwykłych "drynd", przeznaczonych
dla przeciętnego obywatela.
Nie brakowało też oryginalnych pomysłów wykorzystujących zasady
recyklingu. Zdarzały się pojazdy złożone z pozostałości rozbitych
samochodów, a właściwie z ich tylnych części wraz z kołami. Adaptowano
je do ciągnięcia przez konia, co uznawano za bardziej ekskluzywne
rozwiązanie niż przeciętna dorożka.
W pierwszych latach powojennych stałym elementem miejskich ulic były
riksze, które przeżywały wówczas drugą młodość. Zapotrzebowanie było
ogromne, tym bardziej że służyły także do przewozu towarów, a niekiedy
nawet do niewielkich przeprowadzek. Kres działalności riksz nastąpił
dopiero wraz z pojawieniem się taksówek i usprawnieniem komunikacji
publicznej.
Ogromną popularnością cieszyły się rowery i w dziejach naszego kraju
nigdy więcej nie było podobnego nasycenia rynku tymi jednośladami. W pierwszych latach PRL-u posiadanie roweru było koniecznością i to nie
tylko w sprawach prywatnych, ale również zawodowych. Używali ich zarówno
listonosze, co pozostało do dzisiaj, jak i specjaliści od różnego
rodzaju napraw, gdyż rower zapewniał w miarę szybkie i sprawne
przemieszczanie się w obrębie kilkunastu kilometrów. Natomiast na wsi
bicykle były niezastąpionym sprzętem domowym, który musiał znajdować się
w praktycznie każdym gospodarstwie.
Chociaż PRL-owskie władze z reguły nie przejmowały się potrzebami
obywateli, to jednak decydenci partyjni doskonale rozumieli, że skoro
Polacy nie mają samochodów, to przynajmniej powinni posiadać rowery. W efekcie już w 1950 roku produkowano sto tysięcy egzemplarzy rocznie, a niebawem ich liczba doszła do niemal pół miliona. Krajowy monopolista,
bydgoski Romet, jedną trzecią produkcji przeznaczał na eksport - głównie
do krajów socjalistycznych i Trzeciego Świata - ale faktycznie wytwarzał
dziesiątki modeli, starając się dostosować ofertę do potrzeb klientów.
Popularność rowerów zwiększał też rozgrywany od 1948 roku Wyścig Pokoju.
Transmisje radiowe z trasy powodowały, że kraj niemalże zamierał, a wszyscy przeżywali sukcesy i porażki naszych kolarzy. Do obiegowego
języka przechodziły też wpadki sprawozdawców, jak na przykład relacja o równej jeździe peletonu, gdy kolarze jechali "kierownica przy
kierownicy, pedał obok pedała". Ewentualnie ekstazę Bohdana
Tomaszewskiego, który podczas zwycięskiego finiszu Ryszarda
Szurkowskiego nazwał go "cudownym dzieckiem dwóch pedałów". Ubocznym
efektem popularności wyścigu była podwórkowa gra w kapsle, gdzie
specjalnie przygotowani "zawodnicy" - kapsle po oranżadzie lub piwie,
najczęściej obciążone woskiem ze świec albo plasteliną - ścigali się na
trasach rysowanych kredą na chodniku.
Rowery z Rometu pozostały jednak domeną miast, ponieważ na wsi
dominowały pojazdy marki Ukraina wytwarzane w ZSRR. Rozprowadzane były
przez sieć sklepów Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" - potocznie
nazywanych GS-ami - co gwarantowało ich dostępność. Znaczną rolę
odgrywała też cena, która była dużo niższa niż produktów z Bydgoszczy.
Pojazdy ze Wschodu były jednak dość archaiczne, ponieważ model
opracowano w 1926 roku, a ich trwałość bardziej niż dyskusyjna. Nie bez
powodu mawiano, że "Ukraina, Ukraina, dwa tygodnie i ruina", ale
jednocześnie sugerowano: "Nie pij wódki, nie pij wina, zakup rower
Ukraina". Nie wszystkich było jednak stać nawet na ukrainę i często
składano pojazdy z części z recyklingu. Tak postąpił chociażby Leszek
Górecki, bohater niezapomnianego serialu Daleko od szosy.
W latach siedemdziesiątych nastąpiła eksplozja popularności modeli
określanych mianem składaków. Pojazdy tego typu zapewniały możliwość
złożenia ramy, dzięki czemu mogły zostać zapakowane do bagażnika
samochodowego lub przedziału kolejowego. Nie zmienia to faktu, że
większość posiadaczy składaków - ze mną włącznie - nigdy nie złożyła
swojego roweru, ale moda przecież zobowiązywała.
Na polskich drogach zaczęły się też pojawiać motorowery i wbrew pozorom
nie był to tańszy substytut motocykla czy skutera. Motorowery
zadebiutowały wcześniej na zachodzie Europy, a w Polsce ich produkcję
podjęto we Wrocławiu. Pierwszy model - Ryś z 1957 roku - uchodził za
bardzo udaną konstrukcję, a jego popularność ugruntowała wyprawa trzech
krakowskich studentów, którzy na rysiach dotarli spod Wawelu na szczyt
Wezuwiusza. Niestety, cena modelu była zbyt wysoka i niemal dorównywała
motocyklowi marki WFM, czyli Warszawskiej Fabryki Motocykli.
Z tego powodu znacznie większą popularność uzyskały motorowery z Rometu,
ze słynnym modelem Komar na czele. Produkowano ich wiele odmian, a szczególne uznanie zdobyły w środowisku wędkarzy, jako tani i poręczny
środek komunikacyjny podczas wypraw na ryby. Pojazd zużywał niewiele
paliwa, łatwo go było zreperować, a do tego bez problemu można było
umocować wędki i siatki ze zdobyczą. Do prowadzenia pojazdu nie było też
potrzebne prawo jazdy, tylko karta rowerowa.
Motocyklowy raj nad Wisłą
W kwietniu 1946 roku władze zezwoliły na rejestrację prywatnych
samochodów, ale niewiele to zmieniło w obrazie motoryzacji nad Wisłą.
Samochodów osobowych na rynku praktycznie nie było, a sprowadzania ich z Zachodu zabroniono. Władze bardzo niechętnie wydawały paszporty, a środki na zakup pojazdu za granicą należało udokumentować. Tymczasem w październiku 1950 roku wprowadzono zakaz posiadania walut obcych oraz
złota i platyny, za którego złamanie groziły drakońskie kary. Nie
wchodziła w rachubę też darowizna od rodziny z zagranicy, gdyż mogło to
się stać przyczyną kolejnych kłopotów. Urząd Bezpieczeństwa bardzo
pilnie przyglądał się kontaktom obywateli z imperialistycznym Zachodem.
W tej sytuacji otworzyła się droga do szybkiego rozwoju przemysłu
motocyklowego. Tym bardziej że Polska miała całkiem dobrą tradycję z okresu przedwojennego, a produkowane wówczas motocykle marki Sokół
uchodziły za bardzo udane konstrukcje. Ich głównym odbiorcą było
wprawdzie wojsko, ale część produkcji trafiała też w ręce prywatne.
Pierwszym powojennym motocyklem produkowanym w kraju był sokół 125, ale
jego kariera była stosunkowo krótka. Rynek zdominowały bowiem motocykle
opracowywane w Kielcach oraz Warszawie i oznaczane symbolami SHL i WFM.
Żadna z fabryk nie zadbała wtedy o nazwy własne produktów i kolejne
modele wyróżniano cyfrowo. Najwyraźniej uznano, że nie trzeba
przywiązywać wagi do marketingu, skoro maszyny i tak natychmiast
kupowano. Podobnie postępowano zresztą w Świdniku, gdzie produkowano
stołeczne modele, ale oznaczano je WSK, od Wytwórni Sprzętu
Komunikacyjnego "PZL Świdnik".
Motocykle idealnie wypełniły motoryzacyjną lukę w kraju. U schyłku epoki
Władysława Gomułki było zarejestrowanych blisko milion osiemset tysięcy
pojazdów, a populacja liczyła wówczas nieco powyżej trzydziestu
milionów. Jeżeli odejmiemy od tej liczby dzieci i starców, a także
kobiety, które raczej rzadko zasiadały za kierownicą motocykla, musimy
dojść do wniosku, że nasycenie kraju jednośladami było wręcz
niewyobrażalne.
Z tego też powodu w niemal każdym filmie produkcji krajowej z tamtych
lat można było zobaczyć krajowe maszyny. Także wspomniany Leszek Górecki
z Daleko od szosy przesiadł się w pewnej chwili z roweru na motocykl
WSK M06B3, co było symbolem awansu społecznego.
Najbardziej pożądanym produktem krajowego przemysłu motocyklowego był
słynny junak produkowany w Szczecinie. Jego konstrukcję oparto na
przedwojennym sokole, korzystając także z niektórych rozwiązań
zachodnich. Był to jedyny produkowany w Polsce motocykl z silnikiem
czterosuwowym, o charakterystycznym brzmieniu przypominającym
amerykańskie harleye. Model ten używany był również przez milicję jako
pojazd pościgowy, gdyż jego prędkość maksymalna wynosiła około stu
dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę.
Problemem była jednak wysoka cena pojazdu. Na przełomie lat
pięćdziesiątych i sześćdziesiątych junak kosztował aż dwadzieścia cztery
tysiące złotych, podczas gdy średnia krajowa wynosiła niespełna tysiąc
sześćset złotych miesięcznie. Jak wiadomo jednak, Polacy w czasach
socjalizmu znacznie więcej wydawali, niż zarabiali, zatem wyprodukowano
blisko sto tysięcy egzemplarzy, które natychmiast znalazły nabywców. A ich właściciele z pogardą spoglądali na plebejuszy jeżdżących na
produktach z Warszawy czy Świdnika. W dobie PRL-u nawet w tej kwestii
społeczeństwo musiało się dzielić na równych i równiejszych...
Kadr z serialu Daleko od szosy. Krzysztof Stroiński, czyli filmowy
Leszek Górecki, na swoim motocyklu WSK M06B3, w scenie z Anią Popławską
graną przez Irenę Szewczyk. Rok 1976.
Po polskich drogach jeździły też motocykle z krajów "bratniego obozu", z czeską jawą na czele, ale prawdziwą arystokrację stanowili użytkownicy
pojazdów zachodnich. Należał do nich także mój ojciec, który z dumą
jeździł na niemieckim NSU 600. Wprawdzie model ten produkowano jeszcze
podczas drugiej wojny światowej, ale uchodził za maszynę "nie do
zdarcia", a ponadto zapewniał też odpowiedni prestiż. Karierę
motocyklową starszego z rodziny Koprów przerwał poważny wypadek.
Ukochana maszyna zamieniła się w stertę złomu, a jej kierowca wylądował
na długiej rehabilitacji. Po jej zakończeniu przesiadł się do używanej
syrenki 103, która oferowała większe możliwości dla życia rodzinnego.
Warto też wspomnieć o jeszcze jednej krajowej konstrukcji, która
zwracała uwagę niebanalną urodą, a do tego miała indywidualną nazwę.
Chodzi o model Gazela produkowany w Kielcach. Jego nowoczesne wzornictwo
nawet dzisiaj przyciągałoby uwagę. Wprawdzie złośliwi zauważali, że
motocykl był bardzo podobny do enerdowskiego MZ Trophy, będącego
podstawowym motocyklem polskiej milicji, ale gazela była nieco
ładniejsza. Miała jednak słabsze osiągi i była zdecydowanie zbyt droga
dla krajowego odbiorcy - koszt siedemnastu tysięcy złotych spowodował,
że po zaledwie dwóch latach zaprzestano produkcji.
Motocykle stały się nad Wisłą tak popularne, że nikogo specjalnie nie
zdziwiło, gdy Adam Hanuszkiewicz wprowadził je do inscenizacji
Balladyny Juliusza Słowackiego. Goplana wraz z Skierką i Chochlikiem
jeździli na scenie na lekkich hondach monkey, co wraz z nowatorstwem
całego przedsięwzięcia zadecydowało o jego sukcesie. Przedstawienie było
grane ponad czterysta razy, łącznie dla ponad trzystu tysięcy widzów, a bilety na spektakl sprzedawano z ogromnym przebiciem na czarnym rynku.
Puryści narodowi mogli wprawdzie narzekać, że wykorzystano japońskie
motocykle, ale Bożena Dykiel, grając Goplanę, raczej miałaby problemy z prowadzeniem ciężkiego junaka. Zresztą scena Teatru Narodowego zapewne
nie wytrzymałaby nacisku maszyny, a odgłos jej silnika ogłuszyłby
skutecznie widzów.
Młodość i skutery
Zapewne wielu Czytelników tej książki pamięta film Rzymskie wakacje w reżyserii Williama Wylera. Do historii kina przeszła scena, gdy
prześliczna Audrey Hepburn wraz z zabójczo przystojnym Gregorym Peckiem
jeździła na skuterze marki Vespa po Rzymie. Film ten ugruntował sławę
skuterów, które od lat były symbolem ulic na południu Europy.
Pojazdy tego rodzaju zawdzięczały karierę klimatowi i powojennemu
kryzysowi gospodarczemu. Przemysł motoryzacyjny dopiero się odradzał,
ludność nie miała pieniędzy, a skutery były stosunkowo tanie. Dwa lata
po wojnie do sprzedaży trafiła vespa - w tłumaczeniu na polski osa -
która spopularyzowała tę kategorię jednośladów. Idealnie wpasowała się w potrzeby ówczesnych Włochów, a szczególnie młodego pokolenia.
Model zdobył tak ogromną popularność w krajach Europy Zachodniej, że
zwrócili na niego uwagę nawet sowieccy decydenci. W Moskwie jednak nie
zamierzano kupować licencji, tylko bez skrupułów skopiowano włoskie
rozwiązania. W ten sposób powstała wiatka, którą można było spotkać
także na polskich drogach. Jak jednak przystało na sowiecki przemysł,
skuter był zdecydowanie bardziej toporny od oryginału.
Vespa natomiast doczekała się poważnego rywala we własnym kraju, którym
była lambretta. W Polsce oczywiście decydowała przede wszystkim cena, a ponieważ lambretta była droższa, to vespa stała się bardziej popularna.
Obie marki mają zresztą do dzisiaj swoich wielkich wielbicieli.
"Jeśli ktoś lubi nieskomplikowaną technikę - wyjaśniano całkiem niedawno
na łamach "Auto-Świata" - niech wybierze vespę. Przyjemniej jeździ się
jednak na lambretcie, tyle że ten skuter wymaga większych umiejętności z dziedziny mechaniki i potrzebuje większego zrozumienia. Wybór jest
naprawdę trudny!"4.
Skutery stały się modne nad Wisłą, a szczególnie wśród młodego
pokolenia. Nic zatem dziwnego, że gdy Andrzej Wajda i Jerzy Andrzejewski
zaprosili do współpracy znacznie młodszego od nich Jerzego
Skolimowskiego, ten miał swoje zdanie na temat przedstawionego tekstu
scenariusza:
"Jak chcecie opowiadać o młodzieży - tłumaczył - to musi być boks, musi
być jazz, musi być fajny facet, który ma skuter i spotyka fajne
dziewczyny, podrywa je, udaje mu się albo nie, i do tego czasem ma
refleksje"5.
Faktycznie, główny bohater Niewinnych czarodziei - lekarz i przy
okazji perkusista jazzowy grany przez Tadeusza Łomnickiego - poruszał
się po mieście lambrettą D150. Zapewne miał to być przekaz dla młodszego
pokolenia, informujący o jego statusie majątkowym, gdyż vespa była
jednak tańsza. Na szczęście produkcja rodzimej osy dopiero startowała, w przeciwnym razie zapewne zmuszono by twórców filmu, by promowali dzieło
polskiego przemysłu motoryzacyjnego. Dzięki lambretcie jednak film był
bardziej romantyczny, gdyż osie zdecydowanie brakowało lekkości
włoskiego stylu.
Nie był to jednak zły model. Może nie zachwycał wyglądem, ale miał
niezły silnik, a do tego był całkiem wytrzymały, co na dziurawych
jezdniach polskich miast miało znaczenie. Model zdobywał nawet nagrody
na europejskich rajdach, ale najpoważniejszym problemem była cena.
Pojazd był bowiem droższy od motocykla WFM, co skutecznie osłabiało jego
popularność wśród młodszego pokolenia. Wyprodukowano łącznie dwadzieścia
tysięcy egzemplarzy, a koniec jego historii nastąpił w 1965 roku, gdy
zlikwidowano Warszawską Fabrykę Motocykli. Był to jednocześnie koniec
dziejów skuterów w komunistycznej Polsce.
Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie osa ma status kultowego pojazdu.
Za odrestaurowany model trzeba zapłacić około czterdziestu tysięcy
złotych, ale wielbicieli tego skutera nie brakuje. Była to przecież
jedna z legend motoryzacyjnych epoki PRL-u.
Import marynarski i kontraktowy
Polska Ludowa był krajem abstrakcyjnych przepisów prawnych, które
obywatele starali się omijać, i trzeba przyznać, że działali w tej
kwestii wyjątkowo skutecznie. Nie było to specjalnie trudne, gdyż nakazy
często przeczyły sobie, a jak wiadomo, Polacy słyną z umiejętności
dostosowywania się do każdych warunków, co potwierdza kwestia prywatnego
importu samochodów po śmierci Stalina.
Zdjęcie z planu filmowego Niewinnych czarodziei Jerzego
Skolimowskiego. Tadeusz Łomnicki na lambretcie D150, obok Andrzej Wajda.
Rok 1960.
Dynamicznie rozwijała się wówczas polska flota handlowa i rybacka. Po
morzach świata pływały coraz liczniejsze jednostki pod biało-czerwoną
banderą, pojawiły się też pierwsze trawlery-przetwórnie operujące na
dalekich łowiskach. Załogi przez większość czasu pracowały w zachodniej
strefie płatniczej i część wypłat otrzymywano w walutach wymienialnych.
Marynarze posiadali zatem udokumentowane środki w dewizach i w ich
ramach mogli sprowadzać do kraju różne towary, w tym także samochody.
Nad Wisłą sprzedawano je praktycznie od ręki, dzięki czemu na polskich
drogach zaczęły pojawiać się pojazdy zachodnich marek.
"Prywatny import samochodów - informował w 1957 roku "Auto Moto Sport" -
wzbudził zrozumiałe zainteresowanie. Prasa zamieściła ostatnio nawet
zdjęcia samochodów przywożonych do Polski przez marynarzy. Podobno w Holandii lub Belgi kupuje się je w cenie stu pięćdziesięciu - trzystu
dolarów. Są to przeważnie duże wozy amerykańskie, naturalnie używane,
niemniej jednak (...) sprzedawane są po osiemdziesiąt - sto dwadzieścia
tysięcy złotych"6.
Jak można było podejrzewać, władze postanowiły ukrócić ten proceder. Z dziesięciu złotych za kilogram pojazdu cło podniesiono pięciokrotnie,
czyli do pięćdziesięciu złotych. Biorąc pod uwagę fakt, że ściągano
wówczas głównie ciężkie amerykańskie "krążowniki szos", sprawa wydawała
się załatwiona. Ale rynek nie znosi próżni i niebawem do kraju zaczęto
sprowadzać lżejsze pojazdy: ople, volkswageny, simki, peugeoty.
Prywatny import nie ograniczał się wyłącznie do marynarzy. Pojazdy
przywozili także dyplomaci, handlowcy i lekarze powracający z zagranicznych kontraktów. W tyle nie pozostawali krewni z USA, którzy
transportowali samochody na pokładzie transatlantyku Batory.
Wprawdzie głównym zadaniem pojazdu przywiezionego ze Stanów
Zjednoczonych przez emigrantów był efektowny wjazd do rodzinnej wsi, tym
niemniej samochód pozostawał już w kraju. Transport przez ocean był
bowiem horrendalnie drogi, więc do końca nie wiadomo, czy amerykański
kuzyn decydował się na zostawienie auta w Polsce ze względów
ekonomicznych, czy też z powodu swojej szczodrobliwości. Rodzina rzadko
jednak zachowywała pojazd dla siebie i samochód najczęściej trafiał do
kogoś innego.
"Czy wiecie - pisano na łamach prasy - że w Warszawie, Katowicach,
Krakowie czy Wrocławiu lub Gdyni nie ma już prawie dłuższej ulicy, na
której nie stałby choćby jeden nowoczesny volkswagen, opel rekord lub
choć citoren 2CV? Czy wiecie, że liczbę volkswagenów w Polsce możemy już
oszacować na jakieś tysiąc pięćset, a może dwa tysiące? Że stale
przybywają nowe peugeoty 404 i 403, rekordy, nie mówiąc już o simkach,
że są prywatne mercedesy 220S, a nawet SE, chevrolety 1961, [...] a także bmw 700 coupé i morrisy mini-minor'y czy fordy new anglia. Czy
zwróciliście uwagę na to, ile w ciągu ostatnich dwóch lat przybyło na
naszych drogach nowoczesnych samochodów z fiatem 1800
włącznie?"7.
Ściągnięto kilka tysięcy samochodów, które ubarwiały polskie ulice,
chociaż marzeniem przeciętnego obywatela pozostawał najczęściej pojazd
krajowy. Jednak jego kupno nie było łatwym zadaniem, nawet jeżeli
przeciętny Kowalski dysponował odpowiednimi finansami.
PRL - świat absurdów
Podobno przeciętny obywatel USA zarabiał około czterech tysięcy dolarów,
z czego wydawał połowę, a państwo nie interesowało się, co robił z resztą pieniędzy. Natomiast statystyczny Polak zarabiał dwa tysiące
złotych, wydawał dwa razy więcej, a władze nie dociekały, skąd brał
resztę środków. Tak, gospodarka PRL-u była pasmem absurdów, które
dotyczyły praktycznie wszystkich dziedzin życia.
Sztandarowym tego przykładem było funkcjonowanie sklepów
Przedsiębiorstwa Exportu Wewnętrznego, które do historii przeszły jako
pewexy. Początkowo były sklepy dewizowe Banku Pekao SA, ale z czasem
stały się odrębnym podmiotem gospodarczym. Były to placówki znakomicie
zaopatrzone zarówno w produkty zagraniczne, jak i krajowe, ale zakupów
można było dokonywać wyłącznie za waluty wymienialne, przede wszystkim
dolary. Oczywiście obywatele nie mogli posiadać dewiz, ale w sklepach
Pewexu nikt nie sprawdzał ich pochodzenia. Władzom zależało na jak
największym ściąganiu dolarów z rynku i w tym celu emitowano substytut
amerykańskiej waluty. Były to tak zwane bony towarowe Pekao o nominalnej
wartości identycznej z prawdziwymi dolarami. Można było dokonywać nimi
zakupów w pewexach, a ich cena czarnorynkowa była nieco niższa od
amerykańskiej waluty. Nic dziwnego, gdyż poza sklepami dewizowymi miały
wartość papieru, z jakiego zostały wytworzone.
Oczywiście przeciętny Polak nie mógł legalnie ich nabyć, ale to właśnie
w bonach wypłacano w kraju część należności dla pracowników
zatrudnionych na kontraktach za żelazną kurtyną oraz przekazy od
krewnych z Zachodu. Rzecz jasna pracodawcy i rodziny przysyłali
prawdziwe dolary, jednak państwo je zatrzymywało, by rozliczać się z obywatelami za pomocą substytutu dewiz, czyli właśnie bonami, którymi
można było płacić tylko w pewexach.
Nie zmienia to faktu, że bony były stałym elementem czarnego rynku, a gdy sam zamierzałem kiedyś kupić dość kosztowny radioodtwarzacz, to
wymieniłem z kolegą posiadane dolary na bony. Było mi bowiem obojętne,
czym zapłacę w sklepie, a kolega zbierał dewizy na wyjazd zagraniczny.
W pewexach można było dostać praktycznie wszystko, łącznie z samochodami, i to zarówno produkcji krajowej, jak i zachodniej. Ceny
były jednak bardzo wysokie, co w rzeczywistości niemal całkowicie
wykluczało ich dostępność dla przeciętnych Polaków. Pojazdy opłacało się
kupować wyłącznie osobom powracającym z kontraktów zagranicznych, które
w ten sposób pozbywały się otrzymanych od państwa dolarowych bonów
towarowych. Jeżeli oczywiście wcześniej nie zostały one sprzedane na
czarnym rynku...
Nie zmienia to faktu, że także oficjalna cena samochodów produkcji
krajowej była absurdalnie wysoka w stosunku do krajowych zarobków.
Pierwszy model syreny oznaczonej symbolem "100" kosztował w 1958 roku
siedemdziesiąt dwa tysiące złotych, a średnia miesięczna pensja wynosiła
wówczas tysiąc trzysta czterdzieści osiem złotych. Nie istniał również
system sprzedaży ratalnej, a popyt stale przewyższał podaż i nawet dla
osób posiadających konieczne środki zakup nowego pojazdu graniczył z cudem.
Pewnym rozwiązaniem stał się system tak zwanych książeczek
samochodowych. Dzięki nim obywatele gromadzili w państwowym banku środki
na zakup pojazdu, wpłacając co miesiąc określoną sumę pieniędzy.
Możliwość zakupu następowała dopiero po zgromadzeniu pełnej kwoty, ale
by zachęcić obywateli do gromadzenia pieniędzy na nieoprocentowanych
książeczkach, wprowadzono loterię dla szczęśliwców. Każdego miesiąca
losowano numery książeczek, których posiadacze mogli niemal od ręki stać
się właścicielami nowych aut, a resztę należności spłacać przez kolejne
lata. Początkowo losowano jeden pojazd na tysiąc książeczek, potem
szanse na wygraną były jeszcze mniejsze, gdyż coraz więcej osób
przystępowało do programu. System przeżył epokę PRL-u, ale wielu
posiadaczy książeczek nigdy nie ujrzało swoich pojazdów, a ich wkłady
padły ofiarą inflacji.
Komu talon?
W tej sytuacji ważnym elementem gry rynkowej stały się talony, nazywane
też asygnatami. Talon upoważniał do natychmiastowego zakupu samochodu -
ale także motocykla czy na przykład pralki - po oficjalnej cenie.
Patrząc po latach na funkcjonowanie tego systemu i analizując sposoby
przydziału asygnat, trudno nie mieć refleksji, że w tak zwanym ustroju
sprawiedliwości społecznej byli jednak równi i równiejsi.
Talon na samochód był elementem sprawowania władzy przez komunistów.
Oficjalnie asygnaty miały być dowodem uznania dla zasłużonych
pracowników, sportowców czy ludzi kultury, ale w rzeczywistości ich
dystrybucja zależała od prywatnego uznania decydentów. Każde
ministerstwo otrzymywało bowiem pulę asygnat, które przekazywano
dyrektorom instytucji i przedsiębiorstw. Ludzie ci rozdzielali je według
własnego uznania, nie przejmując się specjalnie faktycznymi potrzebami
czy zasługami. Wprawdzie początkowo było przyjęte, że chętni na zakup
samochodu powinni napisać podanie uzasadniające potrzebę posiadania
pojazdu, ale później odstąpiono od tego obyczaju. O skali całego
procederu świadczy najlepiej fakt, że zdarzały się lata, gdy blisko
czterdzieści procent produkcji polskich fabryk motoryzacyjnych
sprzedawano za talony8.
Nie wszystkie talony rozdzielali bezpośrednio dyrektorzy. Warto było
mieć odpowiednie "dojścia", czyli znajomości, a łapówkarstwo kwitło w najlepsze. Talony były bowiem znaczącym elementem korupcjogennym, co
widoczne było w serialu Alternatywy 4 Stanisława Barei. Gdy towarzysz
Winnicki musiał z powodów osobistych wyprowadzić się ze swojej
luksusowej willi, załatwił sobie przydział mieszkania poza kolejnością.
Było to możliwe dzięki dwóm asygnatom na samochody - dla prezesa
spółdzielni mieszkaniowej i jego syna.
System talonów wywołał kolejny absurd ekonomiczny. Dzisiaj trzyletni
samochód jest z reguły o połowę tańszy od nowego, natomiast w PRL-u było
odwrotnie. Ogromne zapotrzebowanie rynkowe spowodowało, że używane,
kilkuletnie pojazdy były znacznie droższe od nowych, których nie można
było normalnie zakupić. Osobiście pamiętam sytuację jednego z moich
kolegów ze studiów, który dostał od swojego teścia talon na nowego
malucha. Natychmiast sprzedał posiadany sześcioletni egzemplarz, a za
różnicę kupił jeszcze kolorowy telewizor.
Osoby mające dostęp do talonów samochodowych świetnie prosperowały, gdyż
na giełdzie samochodowej było wręcz nieprawdopodobne przebicie.
Doskonale to ilustrowały sceny z Piłkarskiego pokera, gdzie zawodnicy
i działacze drużyny Czarnych, chcąc zdobyć dodatkowe środki na łapówki
dla sędziów, sprzedawali na giełdzie samochodowej nowe polonezy z dwukrotnym przebiciem. Także prezes Czarnych, grany przez Jana Englerta,
chcąc nakłonić młodego Olka Groma - w tej roli Olaf Lubaszenko - do
przejścia do swojego klubu, oferował nie tylko mieszkanie i tytuł
inżyniera-górnika, ale również talon na poloneza. I nawet pokazał go
zawodnikowi, tłumacząc, że jest to druk in blanco i tylko od niego
zależy, jakie nazwisko wpisze.
Po latach najdziwniejsze wydaje się, że system talonów w czasach
PRL-owskich działał bardzo sprawnie i nikomu nawet do głowy nie
przyszło, że było to coś nieuczciwego. Chętnie korzystali z niego
sportowcy, których władza ludowa faworyzowała, gdyż ich zwycięstwa
potwierdzały wyższość socjalizmu nad kapitalizmem. Kluby sportowe nie
były samodzielnymi podmiotami gospodarczymi, tylko podlegały
poszczególnym gałęziom przemysłu lub wojsku czy milicji. Kadra
zarządzająca miała dostęp do asygnat i zawodnicy nie mieli problemów z zakupem samochodów.
Podobnie było w środowisku kultury i sztuki - wybitni aktorzy lub
literaci również otrzymywali swoje przydziały. I chociaż po latach wielu
z nich odżegnywało się od współpracy z władzą, twierdząc, że zawsze byli
w opozycji wobec komunizmu, to w rzeczywistości było inaczej.
"Jak potrzeba było komuś talonu na samochód - wspominał Jan Englert -
taki ulubieniec publiczności zasuwał do ministra handlu i prosił o talon
albo sam minister dawał związkom zawodowym aktorów talony do
rozdania"9.
Inna sprawa, że właściwie aż do roku 1980 roku nie można mówić o działalności opozycyjnej w środowisku teatralnym i filmowym. Aktorów i reżyserów bardziej interesowała perspektywa nagrody państwowej,
przydziału na mieszkanie czy talon na samochód niż kontestacja władzy. W przypadku większości gwiazd estrady czy sportowców działalność
opozycyjna w ogóle nie wchodziła w rachubę, gdyż oznaczałoby to
natychmiastowy koniec kariery.
Wspomniane giełdy samochodowe były doskonale zakorzenione w krajobrazie
Polski Ludowej. Wbrew pozorom wcale nie sprzedawano tam samochodów
kradzionych, ale używane, których właściciele wpadli w problemy
finansowe lub udało im się załatwić kupno lepszego modelu. Stanowiły też
bardzo ważne miejsce zaopatrzenia w części zapasowe, gdyż w sklepach
najczęściej sprzedawano je po znajomości. Oczywiście zdarzało się, że na
giełdach pojawiały się także złodziejskie łupy, czego kiedyś osobiście
doświadczyłem. Udało mi się kiedyś zakupić radio samochodowe, które
pochodziło z mojego własnego pojazdu...
Kłopoty z dostępem do części samochodowych prowadziły czasami do
zupełnie absurdalnych sytuacji. Prasa podała kiedyś przykład pewnego
lekarza, który włamał się nocą do sklepu Polmozbytu - w tamtych czasach
monopolisty części samochodowych - by ukraść przewód paliwowy do
malucha. Przewód wart był zaledwie kilkanaście złotych, ale właściciel
nie mógł go kupić, a bez niego samochód od miesięcy stał na parkingu.
Poważnym problemem był też stan techniczny pojazdów opuszczających taśmy
produkcyjne. W czasach PRL-u liczyło się wykonanie planu produkcji, a nie jakość wyrobów. Pojawiło się wówczas nawet określenie "naprawa
przedsprzedażowa", gdy starano się usunąć najważniejsze braki wyrobów
przed wprowadzeniem ich do dystrybucji. Dotyczyło to również samochodów.
Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale nawet nowy egzemplarz auta, który
dopiero zjechał z taśmy produkcyjnej, rzadko udawało się uruchomić bez
pomocy mechanika. Prawdziwe problemy zaczynały się jednak nieco później,
gdyż pojęcie gwarancji producenta praktycznie nie istniało. Zdarzało
się, że zrozpaczeni właściciele wybrakowanych egzemplarzy byli
wielokrotnie odsyłani z jednego punktu naprawczego do drugiego. Trwało
to niemiłosiernie długo, a potem okazywało się, że wymiana nastąpiła,
ale na części jeszcze gorszej jakości. Pewien mój znajomy wymieniał w fabrycznie nowym polonezie dwa razy tylny most i dwukrotnie skrzynię
biegów, a na koniec żałował, że w ogóle zaczął naprawiać pojazd. Poddane
wymianie części były bowiem lepszej jakości niż te, które później
otrzymał. Zdarzało się również, że podczas napraw gwarancyjnych
ogałacano pojazd z oryginalnych i sprawnych części, montując w zamian
mocno zużyte lub uszkodzone.
Pewien mieszkaniec Katowic był na tyle nieostrożny, że postanowił się
wybrać maluchem do Rumunii. Wierzył w gwarancję producenta, ale srogo
się zawiódł. Samochód zepsuł się w okolicach Budapesztu i został
zholowany do Katowic. Sprzedawca zgodził się pokryć zaledwie dziesięć
procent kosztów holowania, a przedstawiciel prawny Polmozbytu zrzucił
winę na lekkomyślność klienta:
"Wyjazd takim samochodem [na gwarancji] poza granice kraju dowodzi
niefrasobliwości powoda, a prawniczo każe nazwać taki wyjazd jako
uczyniony na własne ryzyko i własny koszt"10.