Od autora
Nigdy nie ukrywałem, że pisanie wstępów nie należy do moich ulubionych
zajęć. Szczególnie w przypadku, gdy chodzi o książki nietypowe,
wykraczające poza ramy mojej standardowej twórczości. A właśnie taka
jest niniejsza pozycja - składa się bowiem z felietonów dotyczących
Polski Ludowej. Pisałem je przez ostatnie 10 lat i z powodu przyjętej
konwencji poszczególne teksty nie przekraczają 2,6 tys. znaków.
Początkowo ograniczona objętość stanowiła dla mnie ogromne wyzwanie, ale
z czasem nawet polubiłem tę formę. Wymagała bowiem bardzo
skondensowanego tekstu, gdzie nie tylko nie mogły się pojawić zbędne
słowo czy literacki ozdobnik, ale nawet dodatkowy znak interpunkcyjny.
Nie były to jednak teksty suche czy lakoniczne, musiały spełniać wymogi
formy literackiej z obowiązkową puentą na zakończenie.
Podstawową zasadą, jaką przyjąłem, było związanie felietonu z konkretną
datą dzienną. W ten sposób powstał rodzaj kalendarium, które nieco
przypomina słynne w czasach Polski Ludowej zdzieraki, czyli kalendarze z codziennie zrywanymi kartkami. Tam bowiem obok podstawowych wiadomości
na rewersie drukowano także informacje różnego rodzaju: kulturalne,
historyczne lub kulinarne. A czasami zwykłe anegdoty (oczywiście na
bezpieczne tematy, gdyż w tamtej epoce żarty polityczne stanowiły tabu).
Moje felietony także z natury omijają politykę, gdyż nigdy specjalnie
się nią nie interesowałem. Zawsze bardziej pociągali mnie ludzie, a szczególnie dotyczące ich życia ciekawostki i anegdoty. Chciałem zatem
stworzyć rodzaj kalendarza historycznego ukazującego najróżniejsze
aspekty życia PRL-u - zarówno te mało znaczące, jak i bardziej poważne.
Daleki jestem też od deprecjonowania tamtej epoki, tym bardziej że
doskonale ją pamiętam. Ostatecznie gdy nad Wisłą zawalił się komunizm,
miałem już 26 lat i studiowałem na Wydziale Historycznym Uniwersytetu
Warszawskiego. Przyznaję - było wprawdzie szaro i biednie, ale nawet
szarość ma różne odcienie (chociaż z biedą muszę się zgodzić). Mimo to
było też jednak dość wesoło (szczególnie na studiach), gdyż Polakom
nawet w najtrudniejszych czasach nigdy nie brakowało humoru. A słynna
polska zaradność zawsze była w cenie, nawet jeżeli często wymagało to od
rodaków wielkich poświęceń.
Daleki jestem jednak od mitologizowania Polski Ludowej, chociaż w ostatnich latach można zaobserwować coraz większą modę na tamte czasy. Z jednej strony dochodzi do głosu nostalgia tych, którzy przeżywali
wówczas swoją młodość, a z drugiej - zainteresowanie młodego pokolenia
znającego ówczesne realia niemal wyłącznie z filmów Stanisława Barei.
Staram się zajmować pozycję pośrednią - nie potępiam totalnie
wszystkiego jak niektórzy ortodoksyjni historycy i publicyści, ale też
nie uważam, że była to epoka pełna szczęścia, komfortu i słodyczy.
Prawda jak zwykle leży pośrodku. Przecież nie można zaprzeczyć, że
takiej eksplozji talentów z dziedziny kultury czy nauki nie było nigdy w dziejach naszego kraju. Do tego dochodzą jeszcze sukcesy sportowców z piłkarzami na czele, o których nasi współcześni kopacze mogą tylko
pomarzyć.
Zauważam jednak, że w ogólnej wiedzy o tamtych latach zdarzają się coraz
większe luki, szczególnie w kwestii chronologii i usystematyzowania
faktów - i właśnie temu ma służyć niniejsza książka. Jako historyk nigdy
nie przywiązywałem większej wagi do dat, jednak czasami warto o nich
pamiętać, a poza tym właśnie daty stanowią klucz do konstrukcji mojego
subiektywnego kalendarium. Każda jego kartka - tak jak w zdzieraku -
niesie ze sobą fascynującą opowieść o czasach PRL-u.
Sławomir Koper
26 stycznia 1954 roku. Wajda - mistrz pracy zespołowej
Podstawą sukcesu Andrzeja Wajdy zawsze była umiejętność pracy w grupie.
Reżyser chętnie słuchał opinii innych osób na planie i gdy je
zaakceptował, natychmiast wprowadzał w życie. Podczas pracy nad
debiutanckim Pokoleniem (premiera 26 stycznia 1954 roku) wiele
skorzystał z doświadczenia Tadeusza Łomnickiego, zgromadził zresztą
wokół siebie znakomitą ekipę. Oprócz Łomnickiego byli to przecież: Jerzy
Lipman, Stefan Matyjaszkiewicz, Roman Polański, Tadeusz Janczar,
Zbigniew Cybulski, Kazimierz Kutz. I tak miało już pozostać.
Wajda umiejętnie wciągał "do tworzenia filmu wszystkich
współpracowników". Zawsze posiadał dar wzbudzania "emocji całej ekipy" i w mistrzowski sposób to wykorzystywał. Oczywiście brał odpowiedzialność
za finalny efekt - sukces czy klęska szły na jego konto.
Nigdy jednak nie brakowało opinii, że reżyser czerpie z pomysłów innych,
by przypisać sobie wyłączną chwałę. Zarzucano mu również wtórność i naśladownictwo, a co dziwniejsze, zarzuty takie padały ze strony jego
bliskich przyjaciół i współpracowników.
"Wajda zapożycza się z rozmysłem u innych - twierdził Tadeusz Konwicki.
- Nie robi tego ukradkiem, wstydliwie, zacierając zręcznie swe uczynki.
(...) Bierze to, co go zachwyciło albo wydało się skuteczne w działaniu.
Bierze ostentacyjnie, bierze nawet z pewną celebrą, bo to branie jest
dla niego jakby (...) odmianą rytuału wypalania fajki pokoju"12.
Jeszcze dalej poszedł Kazimierz Kutz, który był asystentem Wajdy przy
Pokoleniu i Kanale. Początkowo cenił postępowanie przełożonego, z czasem jednak zaczął odczuwać irytację. Zarzucał mu nielojalność wobec
współpracowników, twierdząc, że "plagiat, cytat" albo "niedochowanie
umowy - nie istnieją u niego. Jest to u niego tak autentyczne, że aż
moralne".
"On się zaraz na początku załamał - opowiadał Kutz o kulisach
powstawaniu słynnego Kanału - okazało się, że to dla niego za trudne
fizycznie. Kręciliśmy w październiku-listopadzie, kanały wybudowano w wytwórni w Łodzi, na podwórzu; codziennie trzeba było w to błoto
wchodzić w majtkach. (...) A on się tylko od czasu do czasu pojawiał i montował zrobiony materiał. (...) A do tego zmontowany już materiał okazał
się "wielkim gównem". Dopiero Tadeusz Konwicki, kierownik literacki w zespole Kadr, opowiedział Wajdzie jego własny film - tak jak powinien
wyglądać. A Wajda pokornie przemontował, po czym spił
śmietankę"13.
Każdy artysta ma jednak własne metody pracy, liczy się tylko efekt
końcowy. A ten w przypadku Wajdy z reguły był znakomity...
28 stycznia 1969 roku. Wszystko na sprzedaż hołdem dla Cybulskiego
Po śmierci Cybulskiego Andrzej Wajda miał wyrzuty sumienia, że nie
wykorzystał w pełni talentu aktora. Faktycznie, Zbyszek zagrał u niego
tylko trzykrotnie, a fakt, że jednym z tych przypadków była kultowa rola
w Popiele i diamencie, w niczym nie zmieniał sprawy. Niektórzy
uważali, że następcą Cybulskiego dla Wajdy miał zostać Daniel
Olbrychski, co zresztą reżyser sam zasugerował w filmie Wszystko na
sprzedaż (premiera 28 stycznia 1969 roku). Olbrychski miał zatem
stanowić rodzaj kompensacji za utraconego na zawsze aktora. Jednak nigdy
nie ma dwóch identycznych artystów... Olbrychski poszedł własną drogą i trudno go porównywać z Cybulskim. Wydaje się zresztą, że pan Daniel był
bardziej wszechstronny, dzięki czemu znakomicie odnajdywał się w każdej
niemal roli, od komedii po dramat Szekspira.
Wszystko na sprzedaż było rodzajem hołdu dla Cybulskiego, opowieścią o aktorze, który niespodziewanie odszedł. Obraz zmusza do zastanowienia
się, kim naprawdę był człowiek, który zniknął na zawsze, co zostawił po
sobie i jak trwała będzie jego legenda. Wajda bowiem doskonale pamiętał
wypowiedź Cybulskiego z wywiadu udzielonego niedługo przed śmiercią, gdy
prosił o przekazanie reżyserowi, że ten "jeszcze za nim zatęskni". I rzeczywiście tak się stało.
W filmie poświęconym pamięci Cybulskiego nie mogło zabraknąć jego
najbliższego przyjaciela, Bogumiła Kobieli. Wprawdzie Bobek wystąpił
tylko w epizodzie, ale jego żarliwy monolog (zapewne w dużej części
improwizowany) na zawsze zapada w pamięć. To wypowiedź przyjaciela,
człowieka, który nie zgadza się z koncepcją reżysera na temat osoby
zmarłego. I przypomina, że artysta nigdy nie może się oderwać od swoich
korzeni.
"(...) To chyba dosyć jasne - mówił nerwowo, przyspieszając z każdym
zdaniem. - Nie ma człowieka znikąd, [taki] jest tylko w tych waszych
filmach salonowych. A jak w życiu przychodzi jakaś autentyczna kariera,
jakieś festiwale, jakieś te twoje garnitury dwurzędowe, to proszę
ciebie, rzeszowskie i kieleckie trzyma cię za nogi i pozwala stać na
tych nogach. (...) I mówią, to jest nasz Bobek, nasz Andrzej, [dlatego]
nie wolno się wygłupić, reprezentuje się coś, kawał lasu, jakieś piachy!
Oni tam walczyli, a ty teraz odcinasz kupony, tak? I dlatego jak chcesz
zachować prawdziwą twarz, to musisz wiedzieć, że odpowiadasz za
województwo swojej młodości!"14.
Kobiela nie wiedział, że już niebawem podąży śladem przyjaciela. Zmarł
po wypadku samochodowym pół roku później...
28 stycznia 1977 roku. Kino moralnego niepokoju
Ten nurt zdominował krajową kinematografię w połowie dekady Edwarda
Gierka, a za jego początek można uznać premierę Barw ochronnych
Krzysztofa Zanussiego (28 stycznia 1977 roku). Nowe pokolenie twórców (Zanussi, Feliks Falk, Filip Bajon,
Agnieszka Holland, Krzysztof Kieślowski), nowi aktorzy (Bogusław Linda,
Jerzy Stuhr, Krystyna Janda) i nowe dylematy. Zniknął już wątek
rozrachunku z wojną i okupacją, a postacie kina moralnego niepokoju
zmagały się przede wszystkim z własnymi problemami egzystencjalnymi i próbowały znaleźć swoje miejsce w otaczającej rzeczywistości.
Bohaterem filmów tego nurtu z reguły był sfrustrowany inteligent,
niepotrafiący pogodzić się z codziennością epoki PRL-u. W starciu z realiami życia na ogół ponosił klęskę, najczęściej nie układały mu się również sprawy osobiste. Czasami w ramach życiowego
konformizmu demoralizował się w szybkim tempie, by zagłuszyć głos
własnego sumienia. To właśnie wówczas powstały takie filmy, jak
wspomniane Barwy ochronne oraz Wodzirej, Przypadek, Amator,
Kobieta samotna.
Złośliwi wprawdzie twierdzili, że głównym bohaterem kina moralnego
niepokoju jest snuj, czyli totalny nieudacznik życiowy, którego jedynym
zajęciem było krytykowanie otaczającej go rzeczywistości. Nurt ten
jednak odegrał ogromną rolę w naszej kinematografii, gdyż było to kino
inteligenckie przeznaczone dla ambitnego odbiorcy. Na dodatek to właśnie
wtedy doszło do głosu grono utalentowanych twórców, z których część
miała zrobić karierę również za żelazną kurtyną. Realizacja filmów w wolnym świecie była zresztą zawsze marzeniem polskich reżyserów, a przykłady Polańskiego i Skolimowskiego wskazywały, że nasi twórcy w niczym nie ustępują swoim kolegom z Zachodu.
"Scena sprzed lat - wspominał Jerzy Gruza. - Warszawa rozgrzana lipcowym
słońcem do białości. W Teatrze Współczesnym męcząca próba na scenie.
Drzwi na ulicę są otwarte. Potrzeba odrobiny powietrza w dusznej sali. W oświetlonym słońcem wejściu staje w białych jeansach i jedwabnej koszuli
młody człowiek. To Skoli [Jerzy Skolimowski - S.K.], przyjechał po
festiwalu w Bergamo, gdzie zdobył pierwszą nagrodę za swój debiut
filmowy.
Przywołuje gestem nieznoszącym sprzeciwu Tadeusza Łomnickiego, który
zostawia próbę i idzie potulnie do sylwetki w drzwiach.
Skoli pokazuje mu swój nowy nabytek: białego forda mustanga z otwieranym
dachem. Jest sam środek komuny. Ludzie gromadzą się koło luksusowego,
zagranicznego samochodu. Właściciel każe Łomnickiemu schylić się,
zajrzeć pod spód, otwiera bagażnik, każe mu podziwiać komfort deski
rozdzielczej i skórzanych siedzeń.
- Waarto żżyć!... Praaawda, Tadziu?... - mówi, uśmiechając się
triumfująco"15.
29 stycznia 1978 roku. Nawrócenie gwiazdy
Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat uchodzili za wyjątkowo udane
małżeństwo, w czym nie przeszkadzał fakt, że przez wiele lat nie było
między nimi więzi erotycznej. Gdy bowiem pisarz poważnie zachorował na
serce, lekarze zalecili mu wstrzemięźliwość seksualną, wobec czego dał
żonie wolność erotyczną i akceptował jej kolejnych partnerów. Jego
śmierć (29 stycznia 1978 roku) wywarła na Kalinie wstrząsające wrażenie.
Przyjęła chrzest i z gorliwością neofitki godzinami leżała krzyżem przed
ołtarzem. Została też matką chrzestną Magdy Umer, gdy i ta zdecydowała
się nawrócić. Przez pewien czas nie unikała jednak kontaktów
towarzyskich w dawnym stylu, tłumnie odwiedzano ją przy ulicy
Kochowskiego na Żoliborzu, gdzie spędzili z Dygatem ostatnie lata jego
życia.
"Tam nawet już po śmierci Stasia - opowiadała Zuzanna Łapicka-Olbrychska
- też pojawiał się zestaw ludzi, którzy by się nigdy nie spotkali, gdyby
nie Kalina. Ona nimi zarządzała, wnosiła dania, robiła atmosferę, a ludzie gadali ze sobą. Byli tacy trochę przetrąceni, Kalina dawała im
kopa energetycznego. Była jak włoska la mamma"16.
W rocznicę śmierci męża zamawiała mszę za pokój jego duszy, po czym
urządzała przyjęcie dla znajomych. Podawała potrawy, które lubił, oraz
jego ulubione trunki. Ale przestrzegała nakazów kościelnych, kiedyś
nawet nie chciała Olbrychskiemu pożyczyć korkociągu. Pan Daniel
przyjechał prosto ze strajku w Stoczni Gdańskiej i koniecznie chciał się
napić w nocy wina. A przecież sierpień to w Kościele miesiąc trzeźwości.
Czasami wracała dawna Kalina, co w pewnych sytuacjach przybierało z reguły humorystyczną formę:
"Gdy w 1979 roku papież przyjechał do Polski - kontynuowała Łapicka -
biegała na wszystkie msze. Jej temperament nie wytrzymywał jednak
śpiewania pieśni religijnych. Na mszy na placu Zwycięstwa przy drugiej
zwrotce "My chcemy Boga" zaczęła synkopować, ruszać biodrami, bić
rytmicznie w dłonie. Obok niej stała Aleksandra Śląska i też kołysała
biodrami. Jak Kalina znudziła się śpiewem, powiedziała: "Oleśka,
idziemy""17.
Jej kariera zaczęła się załamywać, grywała jeszcze epizody w filmach
oraz drugoplanowe role na scenie Teatru Polskiego i Teatru Telewizji.
Zamykała się w sobie otoczona gromadą ulubionych zwierząt. Miała astmę,
uczulenie na sierść groziło jej śmiercią, ale nie zwracała na to uwagi.
Zwierzęta stały się bowiem treścią jej życia, mówiła nawet, iż jest
szczęśliwa, że "Staś zabrał do siebie ich Żabcię" (ulubiony pekińczyk).
Kalina Jędrusik zmarła podczas ataku astmy w 1991 roku, pochowano ją u boku Dygata na Starych Powązkach w Warszawie.
6 lutego 1947 roku. Pierwszy sybaryta PRL-u
Elita władzy PRL-u nigdy nie cieszyła się popularnością w społeczeństwie, chociaż był pewien wyjątek. Józefowi Cyrankiewiczowi
wybaczono nawet słynną wypowiedź o "odrąbywaniu ręki podniesionej na
partię". Inna sprawa, że premier był inteligentnym człowiekiem i potrafił dać sobie radę w różnych sytuacjach.
"(...) w Poznaniu mi opowiadali - pisał Stefan Kisielewski - że on
pojechał kiedyś do tego samego Cegielskiego, gdzie właśnie o tej ręce
mówił. I tam się szykowali na niego "my tego tutaj drania splantujemy".
A on od tego zaczął: "Ja tu na pewno zostawiłem złe wspomnienie.
Powiedziałem o tym obcinaniu ręki. No ale wiecie przecież, jakie to były
czasy. Wiecie, gdzie żyjemy". I tu pokazał ręką na wschód. I wtedy
ogromne oklaski: "Morowy chłop", "Swój człowiek""18.
Premierem rządu został z woli Kremla 6 lutego 1947 roku, co bardzo mu
odpowiadało, gdyż lubił wystawny tryb życia i piękne kobiety. Co więcej,
był typem światowca i raczej nie zdarzały mu się takie gafy towarzyskie
czy protokolarne jak Władysławowi Gomułce. Gdy w 1960 roku wraz ze swoją
drugą żoną, Niną Andrycz, miał odwiedzić Indie, to o przygotowaniach do
wizyty rozpisywała się prasa, informując, że kreacje dla pani
premierowej szyte są przez najlepszych paryskich krawców. Wzbudziło to
oburzenie społeczeństwa egzystującego w skromnych warunkach. Na
spotkaniach w zakładach pracy ostro atakowano rozrzutność Andrycz, a do
historii przeszła riposta Władysława Bieńkowskiego (byłego ministra i posła), który uspokoił robotników stwierdzeniem, że paryskie toalety
pani Niny były tańszym wyjściem z sytuacji. Albowiem "gdyby Cyrankiewicz
pojechał sam, to kosztowałoby nie mniej, bo kontakty z paniami na
świecie drogo kosztują".
Premier był typowym sybarytą, a polityka niespecjalnie go interesowała.
Dbał jednak o popularność w społeczeństwie i nawet słynny tekst o odrąbywaniu rąk podniesionych na socjalizm wygłoszony w czasie zajść
poznańskich w 1956 roku niespecjalnie mu zaszkodził.
Społeczeństwo darzyło jednak premiera względną sympatią, co trafnie
podsumował Kisielewski:
"Ta postać ma swoje podłoże cyniczne, bo polityk tego rodzaju musi być
cynikiem. Ale stara się jakoś wypłynąć tak, żeby Polacy go lubili. Nie
powiem - kochali - ale żeby go nie powiesili, jak dojdzie co do
czego"19.
7 lutego 1949 roku. Początki "Świata Młodych"
Najsłynniejsze polskie czasopismo dla młodzieży powstało z połączenia
dwóch innych tytułów: "Świata Przygód" i dwutygodnika harcerskiego "Na
Tropie". Nowy tygodnik zadebiutował 7 lutego 1949 roku i od samego
początku przez jego redakcję przewijały się interesujące persony.
Należeli do nich Jerzy Janicki, późniejszy znakomity scenarzysta seriali
telewizyjnych (Dom, Polskie drogi), oraz Wanda Chotomska, która
zasłynęła jako popularna autorka książek dla dzieci. W tygodniku
pracował też poeta Miron Białoszewski, a redaktorem naczelnym został
Janusz Domagalik. Natomiast Henryka Chmielewskiego (Papcia Chmiela)
mianowano kierownikiem graficznym.
Z perspektywy czasu zadziwia inwencja ówczesnych autorów. Bohater
komiksu Ściśle tajne pochodził z Rawy Mazowieckiej i pokonał szlak
bojowy od Lenino do Berlina, co nie przeszkodziło mu przemierzyć
wcześniej kilku europejskich państw jako członek Polskich Sił Zbrojnych
podległych rządowi w Londynie.
Autorkami innego cyklu były Maja Berezowska i Magdalena Samozwaniec,
jednak wymyślona przez nie historia Murzyna i Chińczyka prześladowanych
ze względów rasowych w USA nie zdobyła uznania czytelników. Podobnie jak
powieść o Don Kichocie, który pod wpływem polskich harcerzy porzucił
zawód błędnego rycerza i został maszynistą kolejowym.
Pod naciskiem władz zaczęto jednak ograniczać drukowanie komiksów, a nieliczne, które się pojawiały, miały nachalny wydźwięk propagandowy.
Oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, by nazywać je komiksami, gdyż
określenie to było jeszcze groźniejszym symbolem imperializmu niż
coca-cola. Wobec tego operowano nazwą "film obrazkowy".
Mimo wszelkich problemów "Świat Młodych" zyskiwał coraz większą
popularność - inna sprawa, że na polskim rynku nie miał żadnej
konkurencji. Jego nakład przekroczył 200 tys. egzemplarzy i gazeta
zaczęła się ukazywać dwa razy w tygodniu. Wprawdzie złośliwi twierdzili,
że jej powodzenie jest spowodowane brakami w dostawach papieru
toaletowego, ale tytuł szybko wrósł w krajobraz prasowy nad Wisłą. I chociaż w każdym numerze musiały się pojawiać zachwyty nad osiągnięciami
sowieckiej kultury i nauki, to w zamian można było sobie pozwolić na
publikacje o charakterze komiksowym.
Nikt jednak wtedy nie przypuszczał, że jeden z kolejnych filmów
obrazkowych spowoduje, iż "Świat Młodych" zyska miano kultowego, a jego
kierownik graficzny na stałe zapisze się w dziejach polskiej kultury.
Wystarczył pewien szympans mówiący po polsku i jego dwaj kompani - ale
na to trzeba było poczekać jeszcze prawie 10 lat.
10 lutego 1962 roku. Broniewski: Polak, katolik, komunista
Władysław Broniewski pozostał wierny ideałom komunizmu, chociaż podczas
II wojny światowej miał okazję się przekonać, jak ten ustrój wygląda w praktyce. Wrócił jednak do kraju i głośno twierdził, że jest Polakiem,
katolikiem i komunistą, co czasami wzbudzało popłoch wśród partyjnych
decydentów. Podobnie zresztą jak jego zachowanie podczas wizyt w ZSRS.
Gdy na oficjalnym spotkaniu w Moskwie zaproponowano mu, by usiadł, to z czarującym uśmiechem odparł: "Ja już u was siedziałem".
Czasami też przypominał niewygodne fragmenty swojej biografii i nie
miało dla niego znaczenia, kto słucha jego opowieści. Pisarzy sowieckich
ogromnie to szokowało.
"Utkwił mi w pamięci - wspominał Leopold Lewin - wspólny pobyt w Związku
Radzieckim w 1955 roku z okazji stulecia śmierci Adama Mickiewicza.
Byliśmy razem na uroczystościach w Mińsku, Nowogródku, a potem w Moskwie. W Nowogródku wybraliśmy się na spacer po mieście. Towarzyszyli
nam poeci ze wszystkich republik radzieckich, którzy przyjechali na
uroczystości. W pewnym momencie Władysław zatrzymał się, spojrzał na
wzgórze po lewej stronie i powiedział: "To wzgórze zdobyłem w 1920 roku
na bolszewikach". Zapadła cisza"20.
Faktycznie, Broniewski zapisał piękną kartę podczas wojny z Sowietami,
za co został odznaczony Orderem Virtuti Militari. Osobiście jednak
żałował, że nie brał udziału w odbiciu z rąk bolszewików Wilna (19-21
kwietnia 1919 roku), chociaż zasłużył się podczas operacji zimowej pod
Dyneburgiem. Natomiast w czasach PRL-u zyskał na tyle silną pozycję, że
wprost mógł mówić o sprawach, które mu nie odpowiadały. Kompletnie też
nie zgadzał się z realizmem socjalistycznym, uważając narzucanie
artystom tematów za kompletną bzdurę.
Janusz Atlas nigdy nie zapomniał swojego pierwszego kontaktu z poetą.
Miał zaledwie kilka lat, gdy razem z ojcem pojawił się w Domu Pracy
Twórczej w Oborach i zobaczył, co Broniewski sądzi o otaczającym go
świecie:
"Przyjechaliśmy na miejsce w południe, było bardzo ciepło i świeciło
słońce. Przed czworakami stało wielu dorosłych z ożywieniem coś
komentujących. I wtedy ojciec podniósł mnie w górę i kazał patrzeć w wybrane okno na pierwszym piętrze. Pamiętam to okno jak dziś, otwarte na
oścież, wypełnione czymś, co wydało mi się... dużą pupą. "Tak jest! -
przyklasnął tatuś. - Zapamiętaj synku, to jest pupa największego
polskiego poety rewolucyjnego""21.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Za: J. Szczerba, Dzika róża, Wyborcza.pl/duzyformat/1,127291,8076960,Dzika_roza.html?as=1 [wróć]
J. Urban, Jajakobyły. Spowiedź życia Jerzego Urbana, Warszawa 1992, s. 149. [wróć]
Za: "Film" 2/1992. [wróć]
Za: Cześć, starenia. Wspomnienia o Zbyszku Cybulskim, red. M. Pryzwan, Warszawa 2007, s. 203. [wróć]
Ibidem, s. 105-106. [wróć]
Za: A. Fastnacht-Stupnicka, Hłaski droga do raju, MarekHlasko.republika.pl/03_artykuly/37_text.htm [wróć]
J. Putrament, Pół wieku, t. 5. Poślizg, Warszawa 1987, s. 201. [wróć]
Za: Piękne życie i tragiczna śmierć, NaszaHistoria.pl/piekne-zycie-i-tragiczna-smierc/ar/9178532 [wróć]
Za: C. Prasek, Film i jego obraz w PRL, Warszawa 2011, s. 113. [wróć]
Za: T. Sobolewski, Bokserski refleks, "Duży Format" 27/2008. [wróć]
Za: J. Kurski, Portret wodza. Bolesław Piasecki, "Gazeta Wyborcza", 15.07.1994. [wróć]
T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Warszawa 1989, s. 215-216. [wróć]
K. Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Kraków 1999, s. 326-327. [wróć]
Wszystko na sprzedaż, reż. A. Wajda, ZRF Kamera 1968. [wróć]
J. Gruza, 40 lat minęło jak jeden dzień, Warszawa 1998, s. 420. [wróć]
J. Bielas, Kalina Jędrusik. Pierwsza madonna PRL-u, PlanetaKobiet.com.pl/artykul-3312-kalinajedrusikpierwszamadonnaprlu.htm [wróć]
Za: Co ja Jezus Chrystus jestem?, EncyklopediaTeatru.pl/artykuly/77626/co-ja-jezus-chrystus-jestem [wróć]
S. Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 2011, e-book. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Za: W słowach jestem wszędzie... Wspomnienia o Władysławie Broniewskim, red. M. Pryzwan, Warszawa 2011, s. 119. [wróć]
J. Atlas, Atlas towarzyski, Warszawa 1991, s. 139. [wróć]
1 stycznia 1960 roku. Biskupin i propaganda
Gdy na początku lat 70. powstała Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa
mająca uzgodnić wzajemne stanowisko w sprawie nauki historii i geografii
w PRL-u oraz RFN-ie, okazało się, że to nie wydarzenia z historii
najnowszej stanowią największy problem. Ogromne emocje wzbudziła także
kwestia oceny działalności zakonu krzyżackiego w Prusach. Niemcy
podnosili sprawę jego misji cywilizacyjnej, natomiast dla Polaków
Krzyżacy zawsze stanowili awangardę brutalnej ekspansji germańskiej na
wschód. Niemcy uważali, że pod Grunwaldem zwyciężyła półpogańska armia
wschodniego barbarzyńcy Jagiełły, natomiast dla Polaków był to
sprawiedliwy triumf nad germańską butą. Inna sprawa, że historycy
litewscy do dzisiaj uważają za właściwego triumfatora spod Grunwaldu
księcia Witolda, natomiast w historiografii radzieckiej i rosyjskiej
można znaleźć informacje, że bitwę wygrały pułki smoleńskie...
Nie tylko wydarzenia historyczne wzbudzały (i wzbudzają do dzisiaj)
liczne spory. Jak wiadomo, odkrycia archeologiczne można różnie
interpretować i wykorzystać do doraźnych celów politycznych. Doskonałym
przykładem takich działań jest sprawa osady w Biskupinie, której
pozostałości odkrył 31 sierpnia 1933 roku miejscowy nauczyciel Walenty
Szwajcer. Archeolodzy zaliczyli znalezisko do kultury łużyckiej, która
swoją nazwę zawdzięcza odkryciom dokonanym we wschodnich landach
Niemiec. Pozostałości w Biskupinie są jednak najlepiej zachowanym
obiektem tego rodzaju, gdyż szczątki przez 2,5 tysiąca lat pozostawały w bagnisku, co doskonale zakonserwowało drewniane budowle.
Polscy naukowcy niezwłocznie uznali, że mają do czynienia z prasłowiańską osadą, co oczywiście zakwestionowali badacze niemieccy.
Podczas II wojny światowej usiłowano znaleźć potwierdzenie na
pragermańskie pochodzenie osady - ale bez skutku. W czasach PRL-u polskie władze głosiły tezę o słowiańskim pochodzeniu Biskupina, co
potwierdzał też Paweł Jasienica w swojej znakomitej Polsce Piastów
(pierwsze wydanie 1 stycznia 1960 roku). Miało to dowodzić, że Słowianie
żyli na naszych ziemiach praktycznie od zawsze i wszelkie niemieckie
pretensje nie mają racji bytu. Nie było ważne, że Słowianie tak naprawdę
pojawili się w Europie Środkowej dopiero w VI wieku, a osada w Biskupinie powstała ponad tysiąc lat wcześniej.
Dzisiaj emocje nieco opadły, a badacze wolą ostrożnie twierdzić, że
osadę zbudował lud niewiadomego pochodzenia. Potęga mitu i propagandy
jest jednak ogromna - dla niemal każdego Polaka Biskupin to osiedle
prasłowiańskie...
1 stycznia 1967 roku. Ostre tempo Elżbiety Czyżewskiej
Z perspektywy lat trudno wręcz uwierzyć, jak wielką gwiazdą była w połowie lat 60. Elżbieta Czyżewska. Zdarzyło się, że w ciągu trzech lat
zagrała w 10 (!) filmach, a do tego dochodziło jeszcze 18 (!) spektakli
telewizyjnych. Miarą jej popularności było poprowadzenie sopockiego
festiwalu w 1964 roku.
Publiczność uwielbiała panią Elżbietę, a ona dawała z siebie wszystko. W Domu bez okien zagrała akrobatkę, przy czym większość scen na trapezie
wykonała osobiście, budząc przerażenie u kolegów z planu. Męską część
widowni oczarowała w komedii Giuseppe w Warszawie, gdzie wcieliła się
w rolę zwariowanej (ale niezwykle seksownej) działaczki podziemia.
Partnerował jej Zbyszek Cybulski, a samą Czyżewską niebawem zaczęto
uważać za jego żeński odpowiednik.
"Mówiło się, że Czyżewska to taki Cybulski w spódnicy - wspominał
Władysław Kowalski. - Ona nie miała takiej roli jak Zbyszek w Popiele i diamencie, ale w życiu była jego kalką - to samo ostre tempo.
Przyjmowała każdą propozycję, kierownicy produkcji ją sobie rano spod
domu wyrywali, do którego pojedzie. "To może do mnie, to może do mnie!"
- wołali"1.
Największe uznanie przyniosły jej przeboje tamtych lat. Zagrała w Rękopisie znalezionym w Saragossie, Godzinie pąsowej róży, Żonie
dla Australijczyka. Dochodziło do tego, że obsadę filmu zaczynano
właśnie od niej, chociaż początkowo reżyserzy utyskiwali, że zbyt często
pojawia się na ekranie. Jednak w końcu okazywało się, że bez udziału
Czyżewskiej nie sposób nakręcić kasowego obrazu.
Nie stwarzało jej różnicy, czy gra w filmie historycznym, czy
współczesnym, w dramacie czy komedii. Jeden z wczesnych filmów
Stanisława Barei Małżeństwo z rozsądku (premiera 1 stycznia 1967 roku)
można dzisiaj oglądać tylko dlatego, że Czyżewska tam gra, śpiewa i tańczy.
Niestety, po wyjściu za mąż za amerykańskiego dziennikarza Davida
Halberstama i wyemigrowaniu do Stanów Zjednoczonych jej kariera załamała
się. Chociaż biegle poznała angielski, to nigdy nie pozbyła się
fatalnego akcentu, a jej wymowę przyrównywano do "tarcia paznokciem o szybę". W efekcie za oceanem grała sporadycznie, nie powiodły się także
jej próby powrotu na krajowe podwórko.
Aktorka jednak nie poddawała się i do końca życia próbowała zrobić
karierę w USA. W jej słowniku hasło "klęska" w ogóle nie istniało - nie
zamierzała rezygnować ze swojego zawodu. Gdy zmarła w czerwcu 2010 roku,
na jej pogrzeb na Powązkach Wojskowych nie przyszło zbyt wiele osób.
Odeszła tak, jak żyła - ignorowana przez ludzi, którzy wiele jej
zawdzięczali. Wielka postać naszego kina, wybitna osobowość, kobieta,
która do końca pozostała sobie wierna.
2 stycznia 1957 roku. Początki "Polityki" i pech Mieczysława F. Rakowskiego
Mieczysław Rakowski zapisał się w dziejach Polski jako człowiek, który
zakończył historię komunizmu nad Wisłą. To właśnie on na ostatnim
zjeździe partii wypowiedział słynne słowa: "Sztandar PZPR wyprowadzić".
Towarzysz Mieczysław okazał się nie tylko ostatnim, lecz również
najkrócej sprawującym funkcję pierwszym sekretarzem KC PZPR.
Tygodnik "Polityka" słusznie uchodził za najważniejsze czasopismo epoki
PRL-u. Wprawdzie oficjalnie popierano linię PZPR, ale z odcieniem
polemiki. Bywały też sytuacje, gdy pismo przechodziło do niemal jawnej
opozycji, co redakcji groziło nieobliczalnymi konsekwencjami. Jego
dziennikarze potrafili zachować się z godnością nawet w najtrudniejszych
chwilach PRL-u - nie przyłączyli się do antysemickiej kampanii w 1968
roku.
Decyzję o powstaniu tygodnika podjęto 2 stycznia 1957 roku. Początkowo
na jego czele stał Stefan Żółkiewski, ale szybko dodano mu komisarza w osobie Mieczysława Rakowskiego, który niebawem został redaktorem
naczelnym. Utrzymał się na stanowisku przez ponad ćwierć wieku, co
nazywano erą MFR. Tak bowiem jej szef uwielbiał się podpisywać,
czytelnie nawiązując do zachodnich wzorców.
Rakowski okazał się zresztą znakomitym redaktorem naczelnym, starannie
dobrał zespół redakcyjny i specjalnie nie ingerował w jego pracę.
Wprawdzie osobiście pisywał teksty gorszej jakości, ale nie wpływało to
na jakość tygodnika.
MFR przez długie lata łączył dwie postawy: wiernego aparatczyka i dziennikarza zespołu redakcyjnego. Stefan Kisielewski uważał go
wprawdzie za "franta" i "miglanca", ale przyznawał, że był on "ostatnim
komunistą nietypowym". Czasami zresztą zarzuty wobec Rakowskiego były
zwyczajnymi pomówieniami, jak w przypadku genezy imienia jego
pierworodnego syna. Opowiadano, że nadał imię chłopcu na cześć Lenina,
podczas gdy żona Rakowskiego, skrzypaczka Wanda Wiłkomirska, wyjaśniała,
iż chodziło o pianistę Włodzimierza Horowitza.
"Kiedyś "Polityka" urządzała sylwestra w jakiejś leśniczówce w środku
lasu - wspominał Jerzy Urban. - Zimno było tam niesłychanie, spaliśmy
pokotem na słomie. Rakowski zajechał przed samą północą, widocznie
wcześniej musiał się bawić na jakimś ważniejszym przyjęciu w Warszawie.
Ogromną wesołość zespołu redakcyjnego wzbudził jego strój - ubrany był w smoking i koszulę z żabotami, plisami i koronkami, co w leśniczówce
wyglądało śmiesznie. Wygłosił wtedy jedno z jego typowych,
sentymentalnych przemówień"2.
Małżeństwo z Wiłkomirską oznaczało dla MFR niezwykły awans towarzyski.
Skrzypaczka nadała mu szlif kulturalny, dzięki niej poznał sfery
artystyczne stolicy, nabrał ogłady towarzyskiej. Pod wpływem żony
nauczył się nawet śmiać. Dotychczas bowiem uważano go za "postać
cokolwiek drętwą, nieoszlifowaną, pozbawioną znajomości szerszego świata
i poczucia humoru".
Na emeryturze zrobił chyba najlepszą rzecz w swoim życiu: opublikował 10
tomów Dzienników politycznych obejmujących lata 1958-1990. To
kapitalne źródło informacji, gdyż poza polityką MFR poruszał również
wiele tematów towarzyskich i obyczajowych obserwowanych z pozycji szefa
najpoczytniejszego tygodnika tamtej epoki. Zmarł w 2007 roku.
7 stycznia 1967 roku. Śmierć Zbyszka Cybulskiego
Zbyszek Cybulski zagrał właściwie tylko trzy role na miarę swojego
talentu (Popiół i diament, Do widzenia, do jutra i Giuseppe w Warszawie). Był idolem, ale kreował niemal wyłącznie postacie
drugoplanowe.
Uczciwie trzeba jednak przyznać, że filmowcy mieli prawo zrazić się do
Cybulskiego. Zniknęła gdzieś jego dawna obowiązkowość, górę wzięły
nałogi i upodobanie do nocnego życia. Nie pojawiał się na spotkaniach o umówionej godzinie, czasami były problemy z ustaleniem miejsca jego
pobytu. A gdy nawet nocował w domu, i tak z trudem docierał na plan. Nie
pamiętał tekstu, wtrącał się do scenariusza, a co gorsza, grając epizod,
potrafił przyćmić głównych bohaterów.
"Lepiej było zginąć młodym tak jak Dean, niż doczekać tuszy, oczu
jeszcze mniejszych, niż były... - mówił Cybulski z goryczą. - Właściwie z młodością skończyło się wszystko. Gdy miałem 25 lat, grałem Maćka Chełmickiego, robiłem Bim-Bom, objechałem całą
Europę, teraz już mnie to nie bawi. Cóż z tego, że gram, obojętne, co to
będzie, jeśli wszystko skończyło się z młodością"3.
Jego ostatnim miastem był Wrocław, kręcił tam film Morderca zostawia
ślad. Nie opuszczały go złe przeczucia. Choć miał dopiero 39 lat,
powtarzał, że "ulubieńcy bogów umierają młodo".
Ostatni wieczór (7 stycznia 1967 roku) spędził w klubie U Twórców,
następnie impreza przeniosła się do prywatnego mieszkania. Zbyszek przed
południem musiał być w Warszawie, w nocy kilka razy przekładał wyjazd.
Ostatnią szansą był pociąg odchodzący o 4 rano.
"Kiedy wbiegliśmy na peron, pociąg powoli ruszał - opowiadał jego
przyjaciel Alfred Andrys. - Poganiany przez Zbyszka - wskoczyłem.
Zbyszek zsunął się między stopień wagonu a peron. Zerwany przeze mnie
hamulec za późno zatrzymał pociąg. Wyciągnięty na peron Zbyszek
powtarzał: "Alfa, nie zostawiaj mnie samego". W szoku odpowiadałem:
"Benio, nie jesteś sam""4.
Jego śmierć była wstrząsem dla milionów Polaków, nasz kraj po raz
pierwszy pogrążył się w autentycznej żałobie po śmierci aktora. Ludzie
rozmawiali na ten temat w zakładach pracy, kawiarniach, biurach. Wielu
płakało, odszedł bowiem autentyczny idol i symbol pokolenia.
"Rano w dniu pogrzebu, jeszcze w Warszawie, spieszyłam się na pociąg do
Katowic - wspominała Zofia Czerwińska. - Zatrzymałam taksówkę i mówię:
"Proszę pana, niech się pan spieszy. Muszę zdążyć na pociąg. Jadę na
pogrzeb Zbyszka Cybulskiego". Jechaliśmy starą warszawą po oblodzonej
szosie. Przed dworcem szukam pieniędzy, a taksówkarz mówi: "Nie, proszę
pani, za ten kurs nic nie policzę""5.
11 stycznia 1958 roku. Miłość grecka nad Wisłą
Marek Hłasko nigdy nie zadebiutowałby na rynku wydawniczym, gdyby nie
pomoc starszych pisarzy o homoseksualnej orientacji. O względy
20-letniego młodzieńca rywalizowali Jerzy Andrzejewski, Jarosław
Iwaszkiewicz, Wilhelm Mach, Henryk Bereza, Julian Stryjkowski - elita
polskiej literatury tego okresu, ludzie bardzo wpływowi. Marek prowadził
subtelną grę, wiedząc, że jego wielbiciele sporo mu wybaczą. Ich
adoracja była mu potrzebna do promocji własnej osoby. Zresztą chyba
naprawdę potrzebował wówczas akceptacji i przyjaźni.
Adoratorzy pisywali do niego gorące listy, a szczególnie celował w tym
Iwaszkiewicz, który nie mógł dopuścić, by o względy obiecującego
młodzieńca starali się wyłącznie koledzy po piórze. I chociaż zaznaczał, że nie interesuje go seksualna strona
znajomości, to jednak deklarował uczucie:
"Drogi mój Maruniu! (...) Serce mi zawsze mięknie jak masło, gdy Ciebie
zobaczę. Bardzo to dziwne uczucie, bo w żadnym stopniu nie erotyczne,
tylko tak ubóstwiam Cię jako symbol, bo jesteś młody, ładny, zdolny (...).
Całuję Cię bardzo mocno, jak kocham"6.
W połowie lat 50. najważniejszymi polskimi pismami literackimi kierowali
homoseksualiści. Iwaszkiewicz wydawał "Twórczość", gdzie działem prozy
zarządzał Stryjkowski (a potem Bereza), Andrzejewski był redaktorem
naczelnym "Przeglądu Kulturalnego", natomiast Mach sekretarzem "Nowej
Kultury". Byli to znakomici fachowcy, ale na ich decyzje wpływ miały
czasami upodobania seksualne. Podobno kandydat na pisarza powinien
zaprezentować się osobiście w redakcji, a dopiero potem decydowano, czy
drukować jego utwory, czy też nie...
"Rzuciło się na niego całe środowisko literackie i dookołaliterackie -
twierdził Jerzy Putrament. - Pierwsze, cóż, pobawiło się, pobawiło.
Jeden pan podrzucał młodzieńca innemu. Przewrócili mu w głowie, owszem,
ale każdy pisarz w końcu odkrywał w nim jego możliwości i zatykało go
tym silniej, im sam więcej był wart. Dostrzegał bowiem tempo, w którym
ten młodzieniaszek będzie go dopędzać. Wtedy zachwyty traciły
jednorodność, spławiało się gościa następnemu. Krytycy byli
"wierniejsi", pociągała ich szansa wylansowania gościa na niebo
literackiej sławy, grania przy tym roli usługowej"7.
W 1956 roku na rynku wydawniczym ukazał się debiut Hłaski, Pierwszy
krok w chmurach. Zbiór 16 opowiadań wzbudził zachwyt czytelników i cały
nakład został z miejsca wykupiony. Nic zatem dziwnego, że 11 stycznia
1958 roku tom wyróżniono nagrodą Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek,
a Hłasko pokonał dwóch swoich promotorów: Andrzejewskiego i Stryjkowskiego...
12 stycznia 1949 roku. Wszechstronność Andrzeja Zauchy
Gdyby przeprowadzić głosowanie na najbardziej utalentowanego polskiego
muzyka, Andrzej Zaucha (ur. 12 stycznia 1949 roku) zapewne zająłby
wysokie miejsce. Grał właściwie "na każdym instrumencie, jaki wziął do
ręki", do tego dysponował pięknym barytonem i ze słuchu potrafił
zaśpiewać wszystko. Nigdy też nie musiał specjalnie ćwiczyć, właściwe
efekty osiągał niemal natychmiast. Znajomi i współpracownicy zarzucali
mu nawet czasami, że nie należy do specjalnie pracowitych, ale on
faktycznie nie musiał się przemęczać. W karierze wokalisty nie
przeszkadzał mu też niski wzrost - braki fizyczne nadrabiał niezwykłą
osobowością estradową i znakomitym kontaktem z widownią.
"Ten talent nie był szlifowany - oceniał Andrzej Sikorowski - nie był
przecież wykształconym muzykiem. Natomiast jego talent był rodem gdzieś z Harlemu, miał taki feeling, takie
poczucie rytmu i taką [wręcz] małpią umiejętność imitowania,
przyswajania wszystkiego"8.
Problemem Zauchy był fakt, że sam niewiele komponował. To uzależniało go
od innych. A nawet najlepszy piosenkarz nigdy nie zrobi kariery bez
odpowiedniego repertuaru. Na domiar złego Andrzej raczej nie miał
szczęścia do kompozytorów, preferował też repertuar mało komercyjny. I nigdy nie znalazł twórcy, "który pisałby i dla ludzi, i dla niego".
Poza tym Zaucha nie potrafił odmawiać. Ten w gruncie rzeczy dobry i miły
człowiek przenosił te cechy charakteru na grunt zawodowy, co nie było
najlepszym rozwiązaniem. Jak wiadomo, w interesach nie ma sentymentów, a show-biznes jest jedną z najbardziej bezwzględnych dziedzin działalności.
Przyjaciele uważali, że został w "wiele piosenek wrobiony". Wszyscy
wiedzieli, jak znakomitym jest wokalistą, wobec tego często proponowano
mu nie do końca udane utwory, by Zaucha "zamienił je w złoto". Było w tym jednak też trochę winy artysty, który nie tylko nie potrafił
odmawiać, ale czasami wręcz zaniedbywał swoje interesy.
Sprawdzał się jako wokalista popowy i jazzowy, nagrywał piosenki do
programów telewizyjnych i seriali, występował jako śpiewający aktor w inscenizacjach krakowskiego Teatru Stu. Jego wszechstronność zaczęła się
obracać przeciwko niemu. Gdyby skoncentrował się na jednej, wybranej
dziedzinie, być może odniósłby znacznie większy sukces. Ale artystę
interesowało zbyt wiele tematów, by poświęcić się wyłącznie jazzowi czy
piosence. W efekcie za jego życia ukazały się zaledwie dwie (!) solowe
płyty, a to bardzo niewiele jak na 25 lat kariery najlepszego polskiego
wokalisty...
21 stycznia 1985 roku. Ręce do góry - rekord w półkowaniu
W 1965 roku w repertuarze polskich kin pojawiły się dwa filmy Jerzego
Skolimowskiego. Jako pierwszy premierę miał Walkower, a pół roku
później skierowano do dystrybucji Rysopis. W obu filmach reżyser
wcielił się w rolę głównego bohatera, Andrzeja Leszczyca - były to dwie
opowieści o "marginesowej wegetacji wartościowego człowieka", który nie
potrafi się odnaleźć w codziennym życiu.
Skolimowskiego okrzyknięto "polskim Antonionim", a jego pozycję
ugruntowała trzecia część trylogii, Bariera. Tym razem reżyser nie
pojawił się przed kamerą, a w głównej roli wystąpił Jan Nowicki. Obraz
zdobył Nagrodę Specjalną Jury na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Valladolid, a reżyser stał się osobą rozpoznawalną na Zachodzie.
"Kim jest bohater Bariery? - tłumaczył Skolimowski. - Człowiekiem,
który z walizką w ręku opuszcza nagle dom akademicki; studentem
podejmującym próbę znalezienia sobie nowych warunków życia, rozważającym
wszystkie "za" i "przeciw". Mój bohater czepia się kurczowo
jakichkolwiek nadających się do rozpatrzenia propozycji. Spotkanie
dziewczyny, która wie, czego chce i dąży do celu o własnych siłach,
fascynuje go"9.
Podobnie jak w przypadku poprzednich filmów Skolimowski osobiście
napisał scenariusz, a za zdjęcia odpowiadał Andrzej Kostenko. Bariera
była jednak tylko etapem w drodze do celu, jakim miała się stać
realizacja kolejnego filmu (Ręce do góry). Skolimowski zaplanował
bowiem kontynuację losów Andrzeja Leszczyca i rozliczenie się z epoką
stalinizmu w Polsce. Film nie trafił jednak na ekrany, a o zatrzymaniu
jego dystrybucji zadecydowała scena z portretem Stalina o podwójnych
oczach. Reżyserowi odebrano wizę, a obraz został wycofany z festiwalu w Wenecji. Skolimowski po latach przyznał, że gdyby nie ta decyzja władz,
zapewne nigdy nie wyjechałby z Polski. A tak - nie pozostawiono mu
wyboru, wiedział bowiem, że w kraju nie nakręci już żadnego
wartościowego filmu.
"(...) za daleko się posunąłem - tłumaczył. - (...) W czasie pięciominutowej
audiencji u Kliszki tłumaczyłem, jąkając się, że robiliśmy ten film z Łomnickim, Hanuszkiewiczem, Kobielą i Joanną Szczerbic z poczucia
patriotyzmu, z wiarą, że można w Polsce coś zmienić. "Czy te argumenty
pana przekonują?" - spytałem. Kliszko pokręcił głową, że nie. Ja butnie:
"W takim razie nie widzę miejsca dla siebie w tej kinematografii, nie
będę przecież robić komedii w rodzaju Żona dla Australijczyka". On
na to: "Szerokiej drogi". I wstał. Wyjechałem w 1969 roku"10.
Ręce do góry okazały się jednym z najdłużej leżakujących półkowników
polskiego kina. Premiera odbyła się dopiero 21 stycznia 1985 roku.
22 stycznia 1957 roku. Rytualny mord na Bohdanie Piaseckim
22 stycznia 1957 roku porwano 16-letniego syna Bolesława Piaseckiego,
Bohdana. Chłopak świetnie się zapowiadał, był bardzo inteligentny,
uważano, że ma szansę na artystyczną karierę. Był uzdolniony muzycznie,
komponował nawet swoje pierwsze utwory.
Jeszcze tego samego dnia porywacze skontaktowali się z szefem PAX-u,
żądając pokaźnego okupu. Pomimo jednak kilkudniowych prób nie doszło do
kontaktu, chociaż ludzie Piaseckiego wypełniali ich polecenia, wędrowali
nawet po Warszawie z okupem i jelenim porożem (!) jako znakiem
rozpoznawczym. Potem zamilkli, a ciało chłopca odnaleziono prawie dwa
lata później w jednej ze stołecznych piwnic. Chłopiec zginął w dniu
porwania - został ogłuszony ciosem w głowę, a następnie dobity
sztyletem, który pozostawiono w ciele. Cała historia z okupem i wędrówkami z porożem po mieście miała wyłącznie przysporzyć jego ojcu
jak najwięcej cierpień.
Funkcjonariusze SB podczas śledztwa popełniali zupełnie niewytłumaczalne
błędy. Ginęły dowody rzeczowe, źle zapisywano nazwiska, mylono adresy.
Wszystko to sprawiało wrażenie rozmyślnego zacierania śladów, tak aby
sprawcy nie zostali wykryci.
Od samego początku poszlaki wskazywały na powiązania zbrodniarzy ze
środowiskami żydowskimi. Prawdopodobnie powodem mordu była zemsta za
przedwojenną i okupacyjną przeszłość prezesa PAX-u. Nigdy jednak nie
udało się ustalić, czy Bohdana samowolnie zamordowali esbecy żydowskiego
pochodzenia, czy też decyzja zapadła na wyższym szczeblu. Istnieje
zresztą uzasadnione podejrzenie, że mordercy wyjechali do Izraela, gdzie
spokojnie dożyli swoich dni.
Piasecki był gotów na wszystko, by wyjaśnić sprawę śmierci pierworodnego
syna. Wiedział, że najważniejsze osoby w państwie znają prawdę, i dlatego zgadzał się na każde upokorzenie.
"Współczułam Piaseckiemu - mówiła Anka Kowalska. - On był człowiekiem,
po którym niełatwo było się zorientować, jakie uczucia ukrywa. Był
zamaskowany, nieczytelny. Nagle widzę na tej nienawykłej do okazywania
uczuć twarzy skurcz mięśni i mówi mi, że dziś jest rocznica śmierci syna
i że on był właśnie u Gomułki. (...) On co roku chodził gdzieś tam wysoko
- jak wyrzut sumienia, bo uważał, że to "oni" zrobili. Siedzę i słucham
tych urywanych niezgrabnych zdań. Opowiada: "Przychodzę, a oni na tacy
podają mi wódkę...". Był upokarzany: żądali, żeby z nimi wypił za wykrycie
morderców syna"11.
Większość najważniejszych akt IPN-u dotyczących zabójstwa Bohdana
Piaseckiego do dzisiaj pozostaje w zbiorze zastrzeżonym, niedostępnym
dla rodziny i badaczy. Jakie są tego przyczyny, trudno jednoznacznie
odpowiedzieć...