Rozdział 1. Zamiast wstępu, czyli szalone życie artystów PRL-u
Rozdział 1
Zamiast wstępu, czyli szalone życie artystów PRL-u
Sztuka i polityka
Komuniści, przygotowując się u schyłku drugiej wojny światowej do
objęcia władzy, zadbali o dobre rozpoznanie środowisk artystycznych.
Doskonale wiedzieli, kto przebywa w kraju, a kto pozostał na emigracji,
kto będzie ich sojusznikiem, a kogo można zastraszyć lub kupić. Nowi
władcy kraju wytypowali listę twórców, których poparcie uznali za
konieczne, i zrobili wiele, by uzyskać ich przychylność. Zależało im na
popularnych nazwiskach, na ludziach rozpoznawalnych przez społeczeństwo
i uznawanych za symbole Drugiej Rzeczypospolitej.
Powracającego ze Stanów Zjednoczonych Tuwima przyjęto z niemal
królewskim splendorem, w Gdyni powitał go osobiście Jerzy Borejsza, a trasę do Warszawy odbył na pokładzie rządowego samolotu. W stolicy
czekały już na Tuwima służbowa limuzyna, duże umeblowane mieszkanie,
willa w Aninie oraz prasa gotowa drukować wszystko, co tylko jej
przekaże. Odpowiednio również uhonorowano zmęczoną okupacją Zofię
Nałkowską, gwarantując jej egzystencję na poziomie, do jakiego
przywykła.
Natomiast Jarosław Iwaszkiewicz i Maria Dąbrowska błyskawicznie
przekonali się, czym grozi niełaska nowych władz. Brak możliwości
publikacji oznaczał brak dochodów, co stało się wystarczającym powodem
do zawarcia kompromisu z komunistami. Tym bardziej że władze miały dużo
do zaoferowania w zamian za posłuszeństwo - Iwaszkiewicz zachował nawet
swoje Stawisko, chociaż majątek stanowił jawny anachronizm w zmienionej
sytuacji społeczno-politycznej. Nazwisko pana Jarosława było jednak
znane w Europie, a Stawisko leżało w pobliżu Warszawy. Często zatem było
odwiedzane przez gości z zagranicy, którzy na własne oczy mogli się
przekonać, jak bardzo szanuje się w Polsce pisarzy.
Marzeniem niemal każdego autora jest jak najszersza popularyzacja
własnej twórczości, a to akurat władze Polski Ludowej potrafiły
zagwarantować. Likwidacja analfabetyzmu spowodowała bowiem niespotykany
wzrost czytelnictwa, nakłady powieści sięgały dziesiątków tysięcy
egzemplarzy (przed wojną za sukces uważano sprzedaż kilku tysięcy).
Prawdziwą nobilitacją było natomiast wprowadzenie książki na listę
lektur szkolnych, co automatycznie zwielokrotniało i tak już wysokie
nakłady. Oczywiście miało to przełożenie na zarobki pisarzy.
Wprawdzie komuniści stawiali literaturę na pierwszym miejscu, ale nie
zapominali o innych dziedzinach sztuki. Szczególnie cenną zdobyczą
okazał się rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Okrutnie doświadczony przez
wojnę (spędził pięć lat w Auschwitz, w chwili osadzenia w obozie miał 65
lat) otrzymał katedrę rzeźby na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po
dziesięciu latach przeniósł się do stolicy, gdzie jednak nie był do
końca zadowolony z warunków, jakie mu zaoferowano (profesura na ASP,
duże mieszkanie, ogromna pracownia oraz obietnica własnego muzeum).
Narzekał na nowe budownictwo, zażądał mieszkania w starej kamienicy, a odwiedzających go partyjnych oficjeli traktował lekceważąco, czasami
wręcz wyrzucając za drzwi. Uchodziło mu to jednak na sucho; był bowiem
zbyt potrzebny.
Dunikowski mógł ignorować dostojników niższego szczebla, ale przyjął z rąk Bieruta Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski oraz
Order Budowniczych Polski Ludowej. Odpłacił też komunistom za okazane
splendory. W 1946 roku zaprojektował Pomnik Czynu Powstańczego. Prace na
Górze Świętej Anny trwały aż siedem lat - wielokrotnie zmieniano
założenia, roboty opóźniał również trudny charakter Dunikowskiego.
Artysta nie potrafił dojść do porozumienia z ekipami wykonawczymi, żądał
przysłania robotników z Włoch (!) i co pewien czas wymuszał dla siebie
podwyżkę. Mimo to zaprojektował również Pomnik Wdzięczności Armii
Czerwonej w Olsztynie oraz warszawski Pomnik Żołnierza 1 Armii Wojska
Polskiego. Był bowiem realistą i wiedział, jak się odwdzięczyć władzom.
Poza tym na państwowych inwestycjach doskonale zarabiał.
Nie znaleziono natomiast kompozytora, który byłby rzecznikiem nowego
ustroju w sferze muzyki poważnej. Nieżyjący już Karol Szymanowski
zapewne stałby się łatwą zdobyczą dla komunistów. Idealnie pasował do
tej roli - inspirował się polskim folklorem (co władze wysoko ceniły) i jednocześnie potrafił wydać każde zarobione pieniądze. Nie sprawdził się
Ludomir Różycki, z którym wiązano pewne nadzieje, natomiast
najzdolniejsi kompozytorzy młodego pokolenia nie zamierzali
podporządkować się wymogom nowej epoki. Grażyna Bacewicz nie napisała
żadnego (!) utworu w stylu realizmu socjalistycznego, natomiast Witold
Lutosławski ograniczył się do komponowania pod pseudonimem pieśni
masowych. Lepiej układała się władzom współpraca z wyjątkowo
doświadczonym podczas wojny pianistą Władysławem Szpilmanem, ale
zdecydowanie większe sukcesy osiągał on jako kompozytor muzyki
rozrywkowej.
Cenną zdobyczą okazał się natomiast Grzegorz Fitelberg. Słynny dyrygent
nigdy nie interesował się polityką i nie zwracał uwagi na takie
drobiazgi jak ustrój państwa. Jako szef orkiestry Filharmonii w Katowicach stał się źródłem kapitalnych anegdot, które świadczyły o tym,
że muzyk żyje we własnym świecie. Podróżując bowiem kiedyś po Polsce
samochodem (towarzyszyło mu dwóch pracowników Urzędu Bezpieczeństwa),
natknął się na procesję z okazji Bożego Ciała. Wysiadł z pojazdu, ukląkł
i przeżegnał się. A gdy zauważył brak podobnej reakcji u swoich
współtowarzyszy, zapytał podejrzliwie: "A panowie co, żydzi?".
Do legendy przeszło jego zachowanie dzień po śmierci Stalina. Rano,
przed próbą orkiestry, stanął przed zespołem i powiedział:
"- Proszę wstać, dzisiaj w nocy umarł wielki radziecki... kompozytor
Siergiej Prokofiew, mój przyjaciel. Proszę uczcić jego pamięć minutą
milczenia.
Minuta minęła, wszyscy siadają, a on odwrócił się do koncertmistrza i zapytał:
- Panie Wochniak, podobno Stalin też umarł?"1.
Faktycznie, Stalin i Prokofiew zmarli tego samego dnia.
Socrealizm
Za początek socrealizmu nad Wisłą uważane jest wystąpienie Bolesława
Bieruta na Konferencji Warszawskiej PZPR-u w lipcu 1949 roku. W rzeczywistości doktryna obowiązywała już wcześniej, co stało się
widoczne szczególnie w dziedzinie architektury. W zniszczonym wojną
kraju twórcy mieli duże pole do popisu, w nowej konwencji powstawały
całe miasta i dzielnice. Najbardziej znanymi przykładami są Nowa Huta i warszawski Plac Konstytucji. Nie należy zapominać również o nieco
późniejszym Pałacu Kultury i Nauki.
W dziedzinie budownictwa mieszkaniowego założenia socrealizmu były
całkiem rozsądne. Nowa, socjalistyczna treść miała zagwarantować
użytkownikom higieniczne warunki bytowe. Lokale planowano wprawdzie
niewielkie, ale wyposażone w bieżącą wodę i kanalizację. Tam, gdzie było
to możliwe, mieszkańcy mieli do dyspozycji obszerne tereny zieleni
miejskiej oraz szerokie ulice i place, na których lud pracujący miał
publicznie wyrażać swoją aprobatę dla istniejącego porządku. Zapewne nie
przypuszczano wówczas, że 30 lat później tego rodzaju założenia
architektoniczne staną się przekleństwem dla oddziałów ZOMO
rozpędzających demonstracje na terenie Nowej Huty...
Najbardziej jednak widoczną cechą architektury socrealistycznej była
monumentalność gmachów użyteczności publicznej. Bezkrytycznie kopiowano
sowieckie rozwiązania - wokół budynków zaroiło się więc od herosów
awansu społecznego. Posągi o zwalistych kształtach miały twarze
nieskażone wysiłkiem umysłowym i obowiązkowo prezentowały atrybuty
wykonywanego zawodu. Najbardziej ambitni ściskali jednak w dłoniach
opasłe tomy klasyków marksizmu-leninizmu sugerujące ich ambicje
intelektualne. Zadziwiającą sprawą pozostaje to, że w produkcji tych
okropieństw brało udział grono całkiem zdolnych rzeźbiarzy z Aliną
Szapocznikow na czele.
Gwałtowne protesty zwolenników socrealizmu wywołała natomiast budowa
Centralnego Domu Towarowego w Warszawie (obecny Smyk). Budynek
zaprojektowany jeszcze w stylu późnego modernizmu został ukończony już w latach obowiązywania realizmu socjalistycznego. Mimo nacisków
entuzjastów nowej doktryny nie zmieniono projektu, chociaż zastosowane
rozwiązania potraktowano za zbędne dla klasy robotniczej. Obiekt
posiadał bowiem podziemny parking (pierwszy w Warszawie), otwarty taras
z kawiarnią oraz nowoczesne urządzenia przeciwsłoneczne. Nic dziwnego,
że budynek uznano za kompletnie bezideowy.
W styczniu 1949 roku w Szczecinie odbył się Zjazd Literatów Polskich,
który zapoczątkował socrealizm w literaturze. Dla posłusznych autorów
przewidziano wiele przywilejów: domy pracy twórczej, przydziały
mieszkań, opiekę medyczną w rządowych klinikach, emerytury, a nawet
mandaty poselskie. W Sejmie dożywotnio zasiadali Zofia Nałkowska i Jarosław Iwaszkiewicz, posłami pierwszych kadencji byli: Jerzy
Andrzejewski, Jan Dobraczyński, Jerzy Zawieyski czy Stefan Kisielewski.
Bohdan Czeszko, poseł w latach 1965-1980, nie miał najlepszego zdania o swoich kolegach pisarzach z czasów Sejmu V kadencji.
"Był jednym z trzech pisarzy, którzy zasiadali wtedy w sejmie -
wspominał Janusz Głowacki. - Opowiadał, że obaj pozostali, czyli
Władysław Machejek i Wilhelm Szewczyk, przynosili wódkę w butelkach po
wodzie sodowej i pod koniec każdej sesji spadali ze stołków poselskich.
Jednego dnia, nie mogąc dłużej na to patrzeć, oburzeni posłowie z Katowic złożyli interpelację do laski marszałkowskiej, że to jest
skandal, że towarzyszom pisarzom się wódkę w bufecie sprzedaje, a im
nie. Po interpelacji podobno przepisy złagodniały. Czeszko miał do obu
pisarzy posłów stosunek niechętny: "To, że chujowo piszą i że są w dupę
pijani, to mniejsza o to. Najgorsze, że pierdolą te potworne
posłanki""2.
Czeszko mógł sobie jednak na wiele pozwolić - był żołnierzem Armii
Ludowej z piękną kartą zapisaną podczas Powstania Warszawskiego
obdarzonym prawdziwym talentem. Nawet jego socrealistycznej powieści
Pokolenie nie brakowało walorów literackich. Zresztą niebawem
posłużyła Andrzejowi Wajdzie jako podstawa scenariusza debiutu
fabularnego.
Dyktatowi socrealizmu poddali się również literaci o wielkich nazwiskach
- Zofia Nałkowska popełniła Medaliony, a Maria Dąbrowska Na wsi
wesele. Wszystkich przelicytowali jednak pisarze młodszego pokolenia.
Jan Wilczek opublikował propagandową powieść Nr 16 produkuje,
Aleksander Ścibor-Rylski Węgiel, natomiast Kazimierz Brandys cztery
tomy cyklu Między wojnami. Brandys poszedł zresztą dalej - w jednej z kolejnych książek, Obywatele, czarnymi charakterami uczynił
deprawatora młodzieży, księdza katechetę Leśniarza, oraz nauczyciela
Działyńca (podstępnego wroga klasowego). Na szczęście groźny spisek
zdemaskowali dzielni członkowie Związku Młodzieży Polskiej, a fabuła
powieści zakończyła się procesem "pięciu bankrutów politycznych, pięciu
zajadłych wrogów Polski Ludowej".
Książki Brandysa rozchodziły się w bajecznych nakładach. Sam pisarz po
latach przyznał, że stosowano wówczas niekonwencjonalne metody
dystrybucji. W niektórych wiejskich sklepach każdy, kto chciał kupić
wiadro, musiał obowiązkowo nabyć jedno z dzieł pisarza...
Akceptację władców Polski Ludowej usiłowali również uzyskać ludzie
niezwiązani wcześniej z lewicowym światopoglądem. Magdalena Samozwaniec
zasłużyła się komunistom, pisząc parodię polskiej arystokracji
(Błękitna krew), dzięki czemu niebawem mogła wydać znakomitą Marię i Magdalenę. Natomiast Jerzy Andrzejewski, odcinając się od swojej
katolickiej przeszłości (powieść Ład serca), napisał znakomity Popiół
i diament. Powieść ta nie wzbudziła jednak zachwytu komunistów jako
zbyt nieokreślona i niejednoznaczna w wymowie.
Większość twórców traktowała socrealizm jako zło konieczne, zdarzali się
jednak tacy, którzy szczerze wierzyli w nową doktrynę. Należeli do nich
członkowie Grupy 49: Tadeusz Baird, Kazimierz Serocki i Jan Krenz -
kompozytorzy tworzący zgodnie z zasadami filozofii marksistowskiej.
Chociaż przekaz ideologiczny najlepiej sprawdzał się w utworach
wokalno-instrumentalnych, również dzieła pozbawione partii śpiewanych
doskonale odnajdywały się w nowym porządku (Symfonia pokoju Andrzeja
Panufnika).
Nad ideologiczną stroną polskiej muzyki czuwała osławiona Zofia Lissa,
wiceprezeska Związku Kompozytorów Polskich. Prezentowała wyjątkowy
serwilizm wobec władz, dzielnie tropiąc "imperialistyczną zgniliznę" i utrudniając życie swoim przeciwnikom. Stefan Kisielewski (jedna z jej
ofiar) uważał, że "nie była to zła kobieta, tylko - jego zdaniem -
głupia". Gdy wreszcie ją pobito w czasie jakiegoś napadu, stwierdził, że
"metod nie pochwala, ale wybór był dobry".
W 1947 roku na ekrany kin wszedł pierwszy film utrzymany w konwencji
socrealizmu - Jasne łany w reżyserii Eugeniusza Cękalskiego z udziałem
Kazimierza Dejmka, Jana Kurnakowicza i Andrzeja Łapickiego. Wśród
obrazów nakręconych w obowiązującej stylistyce zdarzały się - podobnie
jak w przypadku literatury - również bardziej ambitne pozycje, na
przykład Celuloza Kawalerowicza czy wspomniane już Pokolenie Wajdy.
Ten ostatni obraz uważany jest za zapowiedź słynnej szkoły polskiej w kinematografii, która ostatecznie miała zerwać z zasadami sztuki
socjalistycznej.
Realizując filmy typowo rozrywkowe, nie zapominano o metodach
sprawdzonych w okresie międzywojennym. Nic tak bowiem nie podnosiło
popularności filmu jak komediowa konwencja okraszona chwytliwymi
piosenkami. W Przygodzie na Mariensztacie w rywalizację dwóch ekip
murarskich (damskiej i męskiej) wpleciono wątek miłosny, uzupełniając go
piosenkami autorstwa Tadeusza Sygietyńskiego. Stały się przebojami
(szczególnie Jak przygoda, to tylko w Warszawie) pamiętanymi do dziś.
Niegasnącą popularnością cieszą się również inne hity socrealizmu: Na
prawo most, na lewo most, Warszawa, ja i ty (z filmu Skarb) czy
Piosenka o Nowej Hucie.
Kłopoty z poetami
W budowę socjalizmu włączyli się również poeci. Władysław Broniewski
napisał Słowo o Stalinie, natomiast Leopold Lewin Poemat o Dzierżyńskim, Pieśń zjednoczonych partii i Kantatę o Bierucie. W tyle nie pozostawał Gałczyński, a niektórymi wierszami Tuwima zachwycano
się nawet na emigracji (ze względu na ich formę).
Z poetami bywały z reguły problemy, a jako pierwszy zaczął je sprawiać
Gałczyński. Pan Konstanty miał wyjątkowo niepokorny charakter, poglądy
polityczne zmieniał często, a wierny pozostawał wyłącznie alkoholowi.
Przed wojną bliżej mu było do prawicy, ale chyba niczego w życiu nie
traktował poważnie. W Polsce Ludowej pisał wprawdzie w konwencji
socrealistycznej, jednak jego twórczość szybko potępiono jako
drobnomieszczańską. Adam Ważyk publicznie zażądał (podczas zjazdu
literatów w 1950 roku), by "ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi,
który zagnieździł się w jego wierszach". Miało to oznaczać "oczyszczenie
poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów
imperializmu".
"Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić - zauważył przytomnie Gałczyński - ale
wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?"3.
Do nowej rzeczywistości niebawem zraził się również sam Ważyk. Jak
przystało na poetę, wybrał literacką formę protestu, publikując w 1955
roku na łamach "Nowej Kultury" Poemat dla dorosłych. Atakował w nim
socrealizm, fałsz propagandy oraz demoralizację obyczajową robotników.
Utwór spotkał się z nieprawdopodobnym odzewem społecznym. Egzemplarze
tygodnika sprzedawano na bazarach po 300 złotych (pismo kosztowało 1,20
zł), a poemat przepisywano w tysiącach egzemplarzy.
"To był wiersz - twierdził Jacek Kuroń - który rozdrapywał rany, mówił
rzeczy, jakich wtedy nie chcieliśmy czy też nie mieliśmy odwagi nazwać.
"Z niej się wytapia robotnicza klasa./ Dużo odpadków, a na razie kasza"
- przecież klasa robotnicza to była dla nas świętość, a tu takie słowa.
Albo: "Wszystko tu stare. Stare są hycle / od moralności
socjalistycznej". Wielu moich partyjnych przyjaciół było oburzonych. Ja
uznałem jednak, że każde słowo Poematu to prawda, a skoro tak, to
muszę ją głosić"4.
Wobec zaistniałej sytuacji osobiście interweniowała Wanda Wasilewska,
utwór Ważyka stał się też tematem dziesiątków zebrań partyjnych. Ze
stanowiskiem pożegnał się naczelny "Nowej Kultury", zarząd kombinatu w Nowej Hucie został odwołany, wymuszono również dymisję miejscowej
organizacji partyjnej. Na terenie Nowej Huty ruszyła budowa sklepów i barów mlecznych, powstał też Teatr Ludowy (dotychczas działało tam tylko
jedno kino). Dzieje Polski Ludowej już nigdy nie zanotowały podobnej
kariery utworu literackiego.
"Marzyciel Fourier uroczo zapowiadał,
że w morzu będzie pływać lemoniada.
A czyż nie płynie?
Piją wodę morską,
wołają -
lemoniada!
Wracają do domu cichaczem
rzygać,
rzygać!"5.
Inną metodę kontestacji wybrał natomiast Broniewski. Wprawdzie wyrobił
sobie już zdanie na temat sowieckiego komunizmu (zadbało o to NKWD na
Łubiance), ale początkowo wyrażał nadzieję, że polska wersja okaże się
"socjalizmem z ludzką twarzą". Rozczarowany uciekł w świat alkoholu, a na problemy ideologiczne dodatkowo nałożyła się nigdy niewyjaśniona
śmierć ukochanej córki.
"Przyjechaliśmy na miejsce w południe - wspominał Janusz Atlas wizytę w Domu Pracy Twórczej w Oborach - było bardzo ciepło i świeciło słońce.
Przed czworakami stało wielu dorosłych z ożywieniem o czymś
rozmawiających. I wtedy ojciec podniósł mnie w górę i kazał patrzeć w wybrane okno na pierwszym piętrze. Pamiętam to okno jak dziś, otwarte na
oścież, wypełnione czymś, co wydawało mi się... dużą pupą. "Tak jest -
przyklasnął tatuś. - Zapamiętaj, synku, to jest pupa największego
polskiego poety rewolucyjnego""6.
Basen Legii
Życie toczyło się jednak dalej, a znaczna część społeczeństwa nie
wdawała się dyskusje ideologiczne. Polaków interesował przede wszystkim
poziom codziennego życia, który trudno było uznać za zadowalający.
Władze usiłowały ograniczyć narastające niezadowolenie, zapewniając
odpowiednie formy wypoczynku wakacyjnego, bowiem - zgodnie z założeniami
przodującego ustroju - klasa robotnicza powinna nie tylko wydajnie
pracować, lecz także odpoczywać we właściwych warunkach. Miał to
zapewnić powołany wkrótce po wojnie Fundusz Wczasów Pracowniczych,
któremu podlegały ośrodki wypoczynkowe na terenie całego kraju. Z czasem
znaczenie FWP-u spadło, jego rolę przejęły ośrodki branżowe, ale idea
pozostała ta sama. Organizację zbiorowego wypoczynku ułatwiała powojenna
zmiana granic - na obszarze PRL-u znalazły się bowiem tereny rekreacyjne
Pomorza, Mazur i Dolnego Śląska z nieźle rozwiniętą bazą turystyczną.
Szeroki dostęp klasy robotniczej do wypoczynku oznaczał dostosowanie
jego form do poziomu odbiorców - kurorty zabudowano więc podobnymi do
siebie domami wczasowymi (ze zbiorowymi łazienkami) oraz domkami
campingowymi bez kanalizacji. Turnusy przebiegały według niemal
identycznego wzorca, a najważniejszy był tam osobnik odpowiedzialny za
rozrywkę, powszechnie nazywany kaowcem (pracownik kulturalno-oświatowy).
Z reguły reprezentował "typ przedwojennego birbanta i bawidamka"
usiłującego "cywilizować robotniczo-chłopską klientelę FWP". Nie było to
zresztą łatwe zadanie.
"Złego słowa nie można powiedzieć pod adresem pań instruktorek i panów
instruktorów - zauważał dziennikarz Zbigniew Adrjański - którzy dwoili
się i troili, aby swoim podopiecznym wczasy jakoś umilić, organizując
wieczorki zapoznawcze i wieczorki pożegnalne, koncerty estradowe,
wieczorki autorskie"7.
Najczęściej nie były to jednak zbyt wyrafinowane rozrywki, zresztą
uczestnicy zorganizowanych form wypoczynku nie oczekiwali zbyt ambitnego
repertuaru. Ilustrację muzyczną urlopów z Funduszem stanowią znakomite
piosenki: Jesteśmy na wczasach Wojciecha Młynarskiego czy Wakacje z blondynką Macieja Kossowskiego. W tyle nie pozostawali filmowcy - Jerzy
Sztwiertnia nakręcił Wesołych świąt, ukazując w krzywym zwierciadle
jakość turnusowych romansów. Natomiast klasą samą w sobie pozostaje do
dzisiaj Rejs wyreżyserowany przez Marka Piwowskiego o alternatywnym
rodzaju uspołecznionego wypoczynku (FWP organizował również rejsy po
Wiśle).
Ludzie z ambicjami, a głównie studenci, nie korzystali jednak z propozycji Funduszu. W ich gronie niezwykle popularne stały się
Bieszczady (Zielone wzgórza nad Soliną), Mazury i Pojezierze Suwalskie
(Augustowskie noce). Artyści ze Studenckiego Teatru Satyryków
upodobali sobie Krzyże nad Jeziorem Nidzkim, a prymitywizm tamtejszych
warunków bytowych stanowił dla nich dodatkową atrakcję. Brak prądu i bieżącej wody rekompensowały kontakt z dziką przyrodą oraz niemal
całkowita izolacja od zdobyczy cywilizacji. W pobliżu, w Leśniczówce
Pranie, spędził zresztą ostatnie lata życia wyklęty w Warszawie
Gałczyński.
Z kolei środowisko literatów i aktorów co roku odwiedzało Chałupy na
Półwyspie Helskim. Bywali tam Dygatowie, Janowska, Zapasiewicz, Gołas,
Kamas, Śląska. Kalina Jędrusik szokowała swoim seksapilem, natomiast
Janusz Głowacki stanął nawet przed kolegium orzekającym w Pucku.
Przyłapano go bowiem na grze w szachy w stroju adamowym.
"Była to starannie przygotowana akcja - wspominał. - Patrol wyczołgał
się zza wydm i ruszył w nasza stronę, maskując się gałęziami jak Las
Birnamski w Makbecie. A wtedy czasy były takie, że opalać się u nas
mogli nago tylko i wyłącznie Niemcy z NRD"8.
Na posiedzenie kolegium zjechała cała brać artystyczna z Chałup, stawiła
się również kronika filmowa z Markiem Piwowskim. Głowacki i drugi
"przestępca", Andrzej Markowski z tygodnika "Szpilki", zostali skazani
na najwyższe możliwe grzywny. Głowackiemu odebrano także nagrodę
warszawskiego czasopisma "Kultura", co było znacznie dotkliwszą karą.
W czasach PRL-u na znaczeniu straciło natomiast Zakopane. Nie aspirowało
już do roli kulturalnej stolicy Polski, z jego pejzażu zniknęli artyści
stanowiący o odmienności kurortu. Nie żyli już Szymanowski, Witkacy i Wojciech Kossak, na emigracji pozostali August Zamoyski i Kazimierz
Wierzyński. Zdegradowane do roli tłumnie obleganego miejsca wypoczynku
klasy robotniczej powoli traciło swoją wyjątkowość.
Urlop z reguły trwał znacznie krócej niż lato, zatem stolica również
mogła się pochwalić miejscem, gdzie wypoczywali ludzie o znanych
nazwiskach. Mowa o kompleksie basenów Legii, po remoncie oddanych do
użytku w 1956 roku. Obiekt szybko uzyskał status kultowego.
"Basen Legii otwierano 1 maja, zaraz po pochodzie - wspominał Jerzy
Gruza. - Uroczystość zaczynała się skokiem z wieży basenu "Grubego
Kazia", basenowego, który ważył sto pięćdziesiąt kilo, a może więcej.
Woda występowała wtedy z brzegów i orkiestra siedząca na szczycie wieży
zaczynała grać dixieland. Kazio był typem nierozerwalnie związanym z życiem basenu na Łazienkowskiej. Można go też było oglądać w wielu
polskich filmach fabularnych tego okresu. Ze względu na olbrzymi brzuch
i wagę był uosobieniem krwiopijcy, kapitalisty, imperialisty i wroga
ludu. W rzeczywistości był przemiłym, sympatycznym i jowialnym facetem,
oddanym porządkowi i sprawnemu funkcjonowaniu basenu od rana do nocy.
Nie wiadomo było, jak i z czego żyje po sezonie"9.
Basen Legii przyciągał reprezentantów najrozmaitszych środowisk:
literatów, pisarzy, prywaciarzy, studentów. Nie brakowało pań lekkich
obyczajów i zwykłych prowincjuszy poszukujących wrażeń. Właśnie tutaj
Wojciech Frykowski rzucał wyzwanie trenującym zawodnikom klubu, a Roman
Polański wypatrzył Jolantę Umecką, którą obsadził w swoim filmie Nóż w wodzie.
Na Legii wypadało bywać, najlepiej w odpowiednim towarzystwie.
Obowiązywała tam bowiem specyficzna hierarchia.
"W najtajniejszym zakątku trawy - opisywała Agnieszka Osiecka - w cieniu
pod siatką (to znaczy - pod parkanem) rozłożyły się najważniejsze
dziewczyny całego zgromadzenia: półboginki, piękności i samotnice. Były
wśród nich te, które "chcą być same", te, które "chcą przeczytać ciekawą
książkę", a także te, które wiedzą, że i tak będą poderwane, chociaż
skryły się w cieniu. (...) Skład klasowy tych dziewczyn bywał (choć
niekoniecznie) nieco wyższy od dziewczyn spod szatni. Trafiały się
rzeźbiarki z dobrych rodzin, bez żadnego makijażu, otulone w starą
sukmanę stangreta, malarki uszminkowane od rana na Kleopatrę (...) i studentki szkoły teatralnej, śliczne i zdrowe, prosto z malutkiego
miasteczka"10.
Najważniejszą grupę stałych bywalców basenu tworzyli artyści i ludzie
interesu. Następowało zupełne pomieszanie środowisk - zamożnym
badylarzom czy producentom krawatów towarzyszyli literaci i filmowcy.
Byli to ludzie dysponujący z reguły znaczną gotówką, co przekładało się
na ich sukcesy towarzyskie. Czasami zresztą nie wiadomo było, jaką
profesję uprawiają. Jak choćby legendarny bywalec basenu o pseudonimie
"Wuj".
"Krążyły o nim plotki - opowiadała Osiecka - od których włosy jeżyły się
na głowie: że handluje narkotykami, że jest madonną siedmiu wywiadów
(wuj! madonną!), że oszukuje w pokera, że jest zwyczajnym gangsterem i tak dalej, i tak dalej. Dla naszej jednak opowiastki jest ważne tylko
to, że "Wuj" był człowiekiem przepotwornie majętnym. Poruszał się po
Warszawie wściekle czerwonym Mercedesem i robił przy tym tyle hałasu, co
Benio Krzyk przy przejeździe przez Odessę"11.
Inną charakterystyczną postacią Legii był aktor Adam (Duduś) Pawlikowski
nazywany "epizodystą doskonałym". Były żołnierz Armii Krajowej po
Powstaniu Warszawskim trafił do Włoch, gdzie rozpoczął naukę na akademii
medycznej. Przerwał ją, by wrócić do kraju, i przez pewien czas
studiował muzykologię. Uznanie przyniosły mu niewielkie role w filmach
szkoły polskiej, szczególnie u Andrzeja Wajdy. Do historii naszego kina
przeszła scena z Popiołu i diamentu, gdy razem ze Zbyszkiem Cybulskim
palili alkohol w kieliszkach jako znicze za poległych kolegów.
"Zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia - wspominał Jerzy Gruza - czym
mógł zainteresować kobietę: teorie Powstania Warszawskiego i jego
konieczność, reguła zakonu jezuitów, anegdota z baru w Kameralnej,
podwójne znaczenie jakiejś litery w języku japońskim, którego się
właśnie uczył. Siedział trochę z daleka od nas, bajerantów banalnych, i unosił się w rejonach, które zaskakiwały opalające się dziewczyny, że
można je traktować tak poważnie"12.
Obaj bohaterowie Legii - Pawlikowski i "Wuj" - zakończyli życie
tragicznie: popełnili samobójstwo, wyskakując przez okno. Pawlikowski od
lat zmagał się z chorobą psychiczną, natomiast "Wuj" stracił cały
majątek i nie chciał już dłużej żyć. Nie żyje też Agnieszka Osiecka oraz
inni uczestnicy tamtejszego życia towarzyskiego: Jerzy Gruza i Tadeusz
Pluciński. Ten drugi dzielnie kontynuował karierę uwodziciela
zapoczątkowaną przy Łazienkowskiej i uczciwie zapracował na miano
największego playboya w środowisku aktorskim...
Od Czytelnika do SPATiF-u
Warszawskie restauracje epoki PRL-u to temat zasługujący na oddzielne
opracowanie. O większości nie warto nawet wspominać, jednak kilkanaście
z nich na zawsze zapisało się w dziejach polskiej kultury. Bywali tam
bowiem najwybitniejsi artyści, a ich nazwiska stały się symbolem
stołecznych lokali.
Jak powszechnie wiadomo, Polacy nie potrafią żyć bez chodzenia na kawę,
a zwyczaj ten nie ma wiele wspólnego z piciem samego napoju. Zwykle
stanowi pretekst do spotkania towarzyskiego, flirtu czy wymiany
poglądów. Wkrótce po zajęciu miasta przez Sowietów wróciły dawne
obyczaje. Były to czasy "parterowej Marszałkowskiej" (w zburzonej
stolicy życie koncentrowało się na parterach uszkodzonych domów), a w ruinach powstawały sklepy, lokale usługowe oraz barki kawowe tłumnie
odwiedzane przez zjeżdżających do Warszawy mieszkańców. Władza ludowa
nie zamierzała jednak tolerować burżuazyjnego obyczaju i w ramach bitwy
o handel upaństwowiła większość lokali. Socjalistyczne placówki
oferowały usługi na znacznie niższym poziomie, nieskażone jednak
"zachodnią dekadencją".
Mimo to w pejzażu gastronomicznym Warszawy przetrwało kilka miejsc,
których istnienie można uznać za kontynuację tradycji przedwojennej
Małej Ziemiańskiej. Ich stali bywalcy kultywowali regularne spotkania
oraz intelektualną wymiany poglądów. Najważniejszym tego rodzaju lokalem
była kawiarnia działająca w podziemiach wydawnictwa Czytelnik przy ulicy
Wiejskiej. Zgodnie z intencją założycieli miało to być miejsce, gdzie
twórcy mogą swobodnie porozmawiać, wypić kawę i ewentualnie zjeść
śniadanie. Chyba nikt nie podejrzewał, że w ten sposób powstanie
legenda.
Stworzył ją mieszkający w pobliżu Tadeusz Konwicki. Początkowo pojawiał
się tam w towarzystwie Leopolda Tyrmanda, z czasem zaczął okupować lokal
codziennie. Do jego stolika przysiadali się tłumaczka Irena Szymańska i Antoni Słonimski, stałymi partnerami kawiarnianych debat byli też
Stanisław Dygat, Jerzy Andrzejewski i Leszek Kołakowski. Niebawem grono
bywalców poszerzyło się o ludzi filmu (Jerzy Kawalerowicz i Gustaw
Holoubek). Stolik Konwickiego stał się ważnym punktem na artystycznej
mapie stolicy. Dominowały dyskusje literackie i filmowe, jednak w pobliżu "na wszelki wypadek" przesiadywali funkcjonariusze Urzędu
Bezpieczeństwa. Konwicki zawsze podkreślał, że dla niego spotkania w Czytelniku "to impreza czysto rekreacyjna". Opinia ta chyba zraziła
bojowo nastawionego Słonimskiego, bowiem przeniósł się do maleńkiej
kawiarni Państwowego Instytutu Wydawniczego na Foksal, gdzie znalazł
środowisko bardziej zaangażowane politycznie.
Pan Antoni nazywał ją Cafe Snob - i miał dużo racji. W lokalu, który
szybko zyskał miano elitarnego, znajdowało się zaledwie kilka (!)
stolików. Niełatwo było w ogóle tam wejść, a dotarcie do stolika
Słonimskiego graniczyło z prawdziwym cudem. To właśnie tutaj pan Antoni
i Jan Józef Lipski napisali słynny List 34 (zbytnio się nie
natrudzili, bowiem pismo liczyło zaledwie dwa zdania). Lokal odwiedzili
także podczas swojej wizyty w Warszawie Jean-Paul Sartre i Simone de
Beauvoir.
Reprezentanci młodszego pokolenia preferowali jednak lokale z wyszynkiem, gdzie przy wódce prowadzono "trudne Polaków rozmowy". Przez
kilka lat jedynym takim miejscem w Warszawie była unieśmiertelniona
przez Hłaskę Restauracja Kameralna na Foksal. A właściwie lokal
składający się z baru, restauracji i klubu nocnego. Szybko zyskała też
wątpliwą sławę - wódka lała się tam strumieniami, a do bójek dochodziło
codziennie.
Mimo że miejscową kuchnię uważano za doskonałą, większość gości
pojawiała się w Kameralnej wyłącznie w celu konsumpcji alkoholu -
zamawiali najczęściej "koniak i owoce południowe" (czyli pół litra i ogórki). W oparach tytoniowego dymu toczyły się niekończące rozmowy o życiu, polityce i literaturze. Stali bywalcy (wśród nich Hłasko) nawet
przechowywali u szatniarzy marynarki i krawaty, bowiem bez tych
elementów garderoby wstęp do Kameralnej był zakazany. Do lokalu trafiali
również zagraniczni goście, oczywiście o postępowych poglądach.
Wraz z końcem epoki stalinizmu Kameralna zaczęła podupadać, klientów
odbierały jej nowo powstające lokale. Na Krakowskim Przedmieściu
specjalnym uznaniem sfer artystycznych cieszyła się restauracja Hotelu
Bristol.
"Selekcja gości była [tam] bezwzględna - opisywał Janusz Głowacki -
żule ani klasa robotnicza nie mieli wstępu, zresztą było dla nich za
drogo. Tu kłębili się utracjusze, niedobitki przedwojennych sfer
wyższych, aferzyści, artyści, grała orkiestra, był parkiet, tańczono, a Zbyszek Cybulski rozpaczał, że go Wajda przestał brać do filmów. Tu
uwodził sławnych sportowców znakomity pisarz Jerzy Andrzejewski, tańczył
przepijający pieniądze niewiadomego pochodzenia sławny rotmistrz
Rzeszotarski, a za nim jak cień sunął Duduś Pawlikowski - eseista i aktor nazywany najpiękniejszym rekwizytem polskiego filmu. I oczywiście
tajniacy, prywaciarze, badylarze, synowie kuśnierza Skórki, szewców
Śliwki i Filantropa, pierwsza liga prostytutek, czyli Iza Drabina,
Paszcza, Paskuda, Patelnia, Pstynka, Czar Starówki"13.
W takim miejscu nie mogło zabraknąć również tajniaków, którzy
złorzeczyli na fatalną jakość aparatury podsłuchowej...
Największą jednak legendą życia towarzyskiego stolicy okazał się
położony w Alejach Ujazdowskich lokal SPATiF-u (Stowarzyszenie Polskich
Artystów Teatru i Filmu). Tam naprawdę działy się czasami rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom.
"SPATiF był knajpą o tyle wyjątkową, że działającą na zasadzie klubu -
wyjaśniał Janusz Atlas. - Pojawiający się tam ludzie nie byli
przypadkowymi przechodniami z ulicy, najpiękniejszej zresztą w całym
mieście. Do SPATiF-u nie przychodziło się też nigdy tylko w celach
gastronomicznych, lecz po to, żeby być, zaistnieć, spotkać się,
porozmawiać, ewentualnie upić, ale to już tylko i wyłącznie przy
okazji"14.
Było to naturalne środowisko literatów, aktorów, reżyserów, dziennikarzy
i sportowców. Właśnie tam kulomiot Władysław Komar "dolewał do kury w rosole ćwiartkę wódki i ten koktajl duszkiem wypijał", a Piwowski,
Maklakiewicz i Głowacki wymyślali dialogi do kultowego Rejsu. To w SPATiF-ie po 30 latach spotkali się Loda Halama i Słonimski, a pisarz
Józef Prutkowski rozprowadzał po lokalu striptizerki z prowincji
szukające w stolicy męża z mieszkaniem.
"W SPATiF-ie dyskutowało się Heideggera i aktualny kurs dolara -
przyznawał Głowacki - szanse odzyskania niepodległości i napicia
nierozcieńczonego jarzębiaku, zrobienia dobrego filmu i okradzenia
Szweda przy barze"15.
Przez pewien okres w soboty grał w SPATiF-ie trzyosobowy zespół
(pianino, banjo, marakasy) i zdarzało się, że goście tańczyli solo.
Podobno czasami panowała tam atmosfera jak na Titanicu z elementami
Balu u senatora i chocholich pląsów.
"Tańczyli wszyscy - kontynuował Głowacki - aktualny kierownik wydziału
kultury KC Aleksander Syczewski i polujący na każdą możliwość wywołania
bójki młodzi lirycy z pisma "Współczesność". Andrzej Brycht, przed
ucieczką na Zachód ulubieniec władzy, i autorzy ostro cenzurowani.
Tańczył marcowy reżyser Bohdan Poręba i pobity w marcu Stefan
Kisielewski. Wschodzące gwiazdy reżyserii Janusz Kondratiuk i Janusz
Zaorski oraz wszystkie kelnerki. (...) A obok, wywracając się na stoliki,
w zawiązanej na głowie chustce wywijał swoją "polkę-treblinkę" Janek
Himilsbach"16.
Lokal zamykano późno w nocy, a taksówki bywały w tamtych czasach
luksusem. Życie nie znosi jednak próżni i goście nie miewali problemów z powrotem do domu lub z przemieszczeniem się do innego lokalu. Epoka
PRL-u obfitowała w niekonwencjonalne rozwiązania.
"Pod knajpą ustawiał się sznur polewaczek - dodawał Głowacki. - Kurs do
otwartego dłużej Ścieku na Trębackiej kosztował sto złotych, a z polewaniem sto pięćdziesiąt. Kierowca zawsze lojalnie pytał: "Lać?". I jeżeli człowiek chciał się poczuć albo zaimponować kobiecie, nie licząc
się z kosztami, mówił: "Lać""17.
Pasażerami polewaczek byli z reguły goście restauracyjni, zwykli
Warszawiacy najczęściej radzili sobie inaczej. Wojciech Mann podczas
festiwalu Jazz Jamboree opiekował się saksofonistą Ornette'em Colemanem
i również bez problemu załatwił mu nocny transport do Klubu Stodoła.
Ubrany w futro muzyk był przeszczęśliwy, nigdy bowiem nie przeżył
podobnej przygody.
"Zrobiłem więc coś, co w nocnej Warszawie nie było niczym nadzwyczajnym
- wspominał Mann po latach. - Rozpaczliwie zatrzymałem jadący do
zajezdni pusty autobus komunikacji miejskiej. Kierowca zaciekawiony albo
rozpaczą moich gestów, albo ciemnoskórym futrzakiem zatrzymał się
potulnie obok nas. Za umówioną naprędce sumę zrzucił tablice i po
kawaleryjsku dowiózł nas do Stodoły. Zachwyt wirtuoza saksofonu, który
taczał się na zakrętach po pustym autobusie, wart był każdych
pieniędzy"18.
Małgorzata Kobiela, Bogumił Kobiela i Jerzy Passendorfer w restauracji
SPATiF-u, Warszawa, lata 60.
Fot. Jerzy Michalski / RSW / Agencja Forum
Antoni Słonimski (pierwszy z lewej) i Jarosław Iwaszkiewicz (pierwszy z prawej) nie wszystkim pozwalali usiąść przy ich ulubionym stoliku w kawiarni Czytelnika, Warszawa 1959 rok.
Fot. Andrzej Szypowski / East News
Agnieszka Osiecka podaje do chrztu Agnieszkę... Osiecką. Tak brzmi
nazwisko panieńskie Agnieszki Ostapiuk, która zainspirowała autora do
napisania tej książki.
Ze zbiorów prywatnych Agnieszki Ostapiuk
Dyrygent Grzegorz Fitelberg po drugiej wojnie światowej okazał się dla
polskich komunistów cenną zdobyczą propagandową.
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Xawery Dunikowski narzekał na nowe budownictwo, a odwiedzających go
partyjnych oficjeli czasami wyrzucał za drzwi. Uchodziło mu to na sucho
- był bowiem zbyt potrzebny władzy.
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Konstanty Ildefons Gałczyński w Polsce Ludowej pisał w konwencji
socrealistycznej, jednak jego twórczość szybko potępiono jako
drobnomieszczańską.
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe