I. Tam, gdzie pozostał dom...
I
Tam, gdzie pozostał dom...
Malowniczo położone podmiejskie tereny Stanisławowa to kraina
beztroskich lat dzieciństwa Karoliny Kaczorowskiej. Z domu, w którym
przyszła na świat, roztaczał się z jednej strony górski krajobraz, a z drugiej - równina podkarpacka. Mówiono, że to najpiękniejsze miejsce na
całym Pokuciu. W tym domu urodził się także jej ojciec, Franciszek
Mariampolski, syn Michała i Anny. Kiedy w listopadzie 1918 roku wracał z wojny jako dwudziestoletni żołnierz Legionów Piłsudskiego, w sercu miał
tęsknotę za rodzinnym domem, ale i niepokój, bo Łysiec był okupowany
przez wojska rosyjskie. Miasteczko zostało poważnie zniszczone, a słynny
piękny ormiański kościół doszczętnie zrujnowany. Mimo to mieszkańcy
przetrwali, rodzice Franciszka także.
Łysiec, w którym Mariampolscy zamieszkiwali od pokoleń, osadzony był na
dobrach Potockich, a następnie Kossakowskich. Od połowy XVII wieku
licznie osiedlili się tu Ormianie. Przed wojną żyło w Łyścu wielu
bogatych ormiańskich kupców oraz rzemieślników, którzy trudnili się
wyrobem skór safianowych. Do nowo powstałego miasta Stanisławowa było
zaledwie dziewięć kilometrów, łatwiej więc im było zbyć towary. Dla nich
powstała parafia katolicka obrządku ormiańskiego. Łysiecki kościół
ormiański, który w 1669 roku, kilka lat po założeniu Stanisławowa,
ufundował Andrzej Potocki, hetman polny koronny i wojewoda kijowski,
służył obydwu obrządkom: ormiańskiemu i łacińskiemu. Matka Franciszka,
Anna (z domu Ryśniuk), z pochodzenia też była Ormianką, ale wyznania
rzymskokatolickiego. Łysiec wyróżniał się w okolicy tym, że miał łaskami
słynący obraz, do którego przybywały piesze pielgrzymki wiernych ze
Stanisławowa. Obraz na płótnie naklejonym na deskę, na wzór cudownego
obrazu Matki Boskiej z katedry ormiańskiej w Kamieńcu Podolskim,
przedstawiający Najświętszą Bogurodzicę piastującą Dzieciątko Jezus,
które wskazuje prawą rączką swą Matkę, a w lewej trzyma książkę, powstał
pod koniec XVI wieku. Namalował go, nieustannie poszcząc i modląc się
żarliwie, sędziwy kapłan z ormiańskiego kościoła o imieniu Kolumb, który
zapragnął mieć w domu wizerunek Matki Bożej. Tuż przed śmiercią ksiądz
Kolumb przekazał obraz swojemu następcy, kapłanowi Grzegorzowi.
Cudowny obraz w Sanktuarium Matki Bożej Łysieckiej w Gliwicach
Nowy ksiądz również zapragnął mieć ten wspaniały prezent w swoim domu. Z biegiem czasu kapłan otrzymał znak od Matki Bożej, aby przenieść jej
wizerunek do kościoła i w ten sposób udostępnić go wszystkim wiernym.
Ksiądz Grzegorz chciał jednak mieć ten obraz wyłącznie dla siebie i nie
posłuchał polecenia. Dopiero gdy poczuł, że zatrzęsła się pod nim
ziemia, przestraszony niezwłocznie przeniósł obraz we wskazane przez
Matkę Boską miejsce. Od razu zaczęły się dziać niewiarygodne przypadki
uzdrowień oraz nawróceń. Jednym z największych cudów, jakie nastąpiły po
umieszczeniu obrazu na ołtarzu łysieckiego kościoła, było ocalenie
mieszkańców miasteczka od morowej zarazy, która panowała w okolicach
Stanisławowa. Wszystkie pobliskie wioski dotykała niosąca śmierć i siejąca spustoszenie choroba, poza Łyścem, gdzie mieszkańcy codziennie
odprawiali procesję z obrazem wokół kościoła. Każdego roku 16 sierpnia o świcie wyruszała pielgrzymka ze stanisławowskiej kolegiaty do Łyśca. W odpustowych uroczystościach brało udział nawet sześć tysięcy
pielgrzymów. Utrwalił się wówczas zwyczaj układania chorych na ziemi
dookoła kościoła, po czym wynoszono cudowny wizerunek Matki Bożej
Łysieckiej na feretronie i obnoszono go nad leżącymi chorymi. W 1779
roku Łysiec wraz z drewnianym kościołem zniszczył pożar. Obraz przetrwał
pożary, a także pierwszą wojnę światową. W czasie wojny skradziono z niego koronę, którą w 1812 roku obstalował bogaty ormiański kupiec
Mikołaj de Hasso Agopsowicz u złotników Jehlego i Zailera w Monachium.
Zrabowano również złocone suknie Matki Bożej zdobione w kwiecisty
rzeźbiony deseń, a także wota - znaki wiary.
Kiedy wybuchła wojna i Franciszek Mariampolski wyruszył na front, jego
matka codziennie modliła się przed łysieckim obrazem o opiekę nad swym
jedynym synem, młodym żołnierzem walczącym gdzieś na froncie. Po
szczęśliwym powrocie młodzieńca do domu była pewna, że jego ocalenie
zawdzięcza Matce Bożej i prośbom kierowanym do cudownego obrazu. W 1917
roku, przewidując zrujnowanie kościoła przez sowieckie wojska, rosyjski
kapitan Piotr Aniczków wywiózł cudowny obraz do Stanisławowa, gdzie
umieszczono go w ormiańskim kościele. W ten sposób kolejny raz wizerunek
Matki Bożej został uratowany przed zniszczeniem. Ormiański kościół w Łyścu odnowiono w dwa lata po wojnie i już w 1920 roku obraz w uroczystej procesji tysięcy wiernych oraz duchowieństwa powrócił na
swoje miejsce na głównym ołtarzu. Mając na uwadze te wydarzenia,
rozpoczęto starania o koronację cudownego obrazu. Od 1950 roku obraz
Matki Bożej Łysieckiej znajduje się w kościele św. Trójcy w Gliwicach.
Po wojnie na gospodarstwie rodziny Mariampolskich bardzo przydała się
pomoc syna. Każda z czterech sióstr młodego Franciszka zdążyła już
ułożyć sobie życie. Najmłodsza siostra, Karolina, wstąpiła do zakonu w Kołomyi, najstarsza, Antonina, wyszła za mąż za Polaka, Franciszka
Tęczę, i zamieszkała w rodzinnym domu męża w Łyścu, dwie pozostałe,
Maria i Teresa, wyszły za Ukraińców. Chłopak świetnie radził sobie na
gospodarstwie, był pracowity, co przekładało się na szybką odbudowę i rozkwit niewielkiej rodzinnej posiadłości. Myślał przyszłościowo,
podejmował mądre i trafne decyzje. Bliscy zawsze mogli liczyć na jego
pomoc. Tak też było pewnego dnia, gdy jego siostra Marysia przyszła do
matki zapłakana, bo mąż nie zgodził się, mimo że go błagała, by ochrzcić
ich nowo narodzonego synka w kościele katolickim. On zaś naciskał na
chrzest dziecka w cerkwi. Kłótniom nie było końca, aż wreszcie mąż
Marysi na znak protestu wyprowadził się z domu. Wtedy właśnie Franek,
wiedząc jak bardzo zależy jego matce i siostrze na katolickim chrzcie,
zorganizował kolegów i koleżanki i wraz z Marysią udali się do kościoła,
aby ochrzcić dziecko. Po niespełna tygodniu mąż Marii - wiedząc, że bunt
na nic się już nie zda - wrócił do domu, ale pod warunkiem, że jeśli
będą mieć następne dzieci, to będą ochrzczone w obrządku prawosławnym. I tak też się stało. Franciszek troszczył się też o rodziców i od świtu do
nocy zajmował się gospodarstwem. Miał już dwadzieścia cztery lata, ale
jakoś nie myślał o założeniu rodziny, do czasu, kiedy zaprzyjaźnił się z młodszą o sześć lat, piękną Rozalią Kotopką.
Rozalia od kilku lat mieszkała w Łyścu Starym, na tzw. Równinach. Łysiec
Stary od miasteczka Łysiec dzieliła zaledwie rzeka Bystrzyca
Sołotwińska. Po wojnie jej rodzice, Józef i Maria Kotopka, postanowili
wraz z trójką dzieci opuścić okolice Rzeszowa, gdzie panowała wielka
bieda, i wrócić w rodzinne strony pod Stanisławów. Dom rodziny Kotopków
położony był na pograniczu wsi, pośród kilku najbardziej zamożnych
polskich gospodarstw. Ich posiadłość również była okazała, mieli bowiem
dużo ziemi oraz liczne zabudowania i wiele zwierząt. Józef Kotopka do
pracy w gospodarstwie zatrudniał Ukraińców z Łyśca Starego. Był dobry
dla ludzi, dlatego miał wielu chętnych do pracy. Równiny roztaczały się
na niewielkim pasie między wsią a wzgórzem, na którym funkcjonował duży
wojskowy ośrodek wypoczynkowy - uzdrowisko. W kurorcie wypoczywali
polscy oficerowie z rodzinami, około dwudziestu rodzin miało tam nawet
swoje letnie posiadłości. Ludność ze wsi mieszkających na wzgórzu i na
Równinach Polaków nazywała Mazurami. Teren z uzdrowiskiem, kościołem i zabudowaniami nosił nazwę Olesiów. Chłopi z wioski jeździli do Olesiowa
sprzedawać jaja, sery, masło i drób.
Rozalia Kotopka nie mogła kontynuować nauki w szkole powszechnej, tak
wówczas nazywano szkołę podstawową, którą po trzeciej klasie przerwała
wojna. Młodsze dzieci miały pierwszeństwo w edukacji. Dziewczyna
pomagała więc rodzicom w nowym gospodarstwie. Kochała zwierzęta, a w szczególności konie. Ojciec nauczył ją jeździć konno i od tej pory
spędzała długie popołudnia, galopując na swoim koniu przez okoliczne
łąki. Często jeździła nad pobliski strumyk Radczankę. Kiedy miała
szesnaście lat, rodzice postanowili zakończyć to jej codzienne obcowanie
z przyrodą.
- Czas na naukę zawodu - oznajmił ojciec.
I oddał córkę na przyuczenie do wykwalifikowanej krawcowej do
Stanisławowa. Naukę wieńczył dyplom ukończenia kursu krawiectwa
męskiego. Edukacja kosztowała bardzo dużo, ale rodzice wiedzieli, że to
jedyny sposób na zdobycie porządnego zawodu. Jak się okazało, mieli
świetną intuicję, bo nabyte umiejętności pozwoliły Rozalii i jej
rodzinie przeżyć później bardzo ciężkie czasy. Ale wtedy nikt jeszcze
nie myślał o najgorszym. Rozalia oprócz tego, że była bardzo pracowitą
dziewczyną, miała też wrodzoną inteligencję. Szybko nauczyła się pięknie
szyć garnitury, koszule, płaszcze, i nawet dawało jej to satysfakcję. W każdej uszytej przez nią rzeczy widać było niesamowitą precyzję i dokładność wykonania. Nawet dziurki na guziki potrafiła tak elegancko
obszyć, że i bez guzików marynarka ładnie by się prezentowała.
W tych pięknych młodzieńczych latach panienka Rozalka poznała Franciszka
Mariampolskiego i jako dwudziestolatka 25 lutego 1925 roku została jego
żoną. Zamieszkali wspólnie w posiadłości Franciszka w Łyścu i tam w 1926
roku urodził się ich pierwszy syn, który po dziadku ze strony ojca
otrzymał na pierwsze imię Michał, ale przez całe życie nazywano go
drugim imieniem - Józef. Drugie dziecko, również chłopczyk, Marian Jan,
zmarło zaledwie dwa miesiące po urodzeniu, w 1928 roku, z powodu tzw.
śmierci łóżeczkowej, zadusiwszy się podczas snu. Kilka miesięcy później
Rozalia i Franciszek Mariampolscy postanowili przenieść się do domu
rodzinnego Rozalii, bo jej ojciec Józef Kotopka zaczął cierpieć na
paraliż i potrzebna była pomoc Franciszka w dużym gospodarstwie. Tam, 26
września 1929 roku, przyszła na świat upragniona dziewczynka. Otrzymała
imię Karolina. Mama na początku planowała dać córeczce na imię Irena.
Kiedy dziecko miało ponad tydzień, trzeba było je ochrzcić. Wszystkie
dzieci chrzciło się wówczas szybko, taki był zwyczaj. W tym czasie
osłabiona Rozalia rozchorowała się i leżała w łóżku. Na szczęście na
wieść o narodzinach dziewczynki przyjechała z zakonu Karolina siostra
Franciszka, by pomóc chorej bratowej, i zajęła się przygotowaniami do
chrztu. Rodzice, w podzięce za okazaną troskę, postanowili dać dziecku
imię po ciotce. Rodzicami chrzestnymi zostali Antonina Tęcza, siostra
Franciszka, oraz Józef Kotopka, brat Rozalii.
Karolinka była wielką radością rodziców i starszego o cztery lata brata.
Dużo później Rozalii i Franciszkowi Mariampolskim urodziło się jeszcze
dwóch synów, Czesio i Januszek. Starszy jako trzynastomiesięczne dziecko
zmarł na szkarlatynę, a młodszemu choroba nie pozwoliła dożyć nawet
roku. Pozostali więc Józef i Karolina - wierni towarzysze swoich
rodziców na całe życie.
Z czasem Mariampolscy zaczęli myśleć o własnym gospodarstwie. Po śmierci
rodziców Franciszka syn postanowił sprzedać rodzinną posiadłość w Łyścu
i rozejrzeć się za większym kawałkiem ziemi. Nadarzyła się wspaniała
okazja. Właścicielka dóbr ziemskich pobliskiego Zagwoździa, Maria
Brykczyńska herbu Gwiaździcz, sprzedawała niewielką część swojej
liczącej dwieście hektarów ziemi, którą przekazali jej rodzice -
Mieczysław i Olga (z domu Jabłonowska). Była to elegancka, szczupła,
wysoka i bardzo pogodna pani. Nie miała męża ani dzieci, ojciec zmarł,
gdy miała trzynaście lat, brat wyjechał do Lwowa, mieszkała tylko z matką i siostrą. Służba i robotnicy, głównie Ukraińcy z Zagwoździa,
chętnie u niej pracowali, bo była życzliwa i hojna. Potrafiła za
wszystko wynagrodzić z nawiązką, a i ciepłego słowa nikomu nie
szczędziła. Znała Franciszka Mariampolskiego, gdyż doradzał jej w zarządzaniu majątkiem i nie brał za to ani grosza.
Za większą część pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży gospodarstwa rodziców
Franciszek Mariampolski kupił od Brykczyńskiej ponad dwanaście hektarów
ziemi położonej nad rzeką Bystrzycą Sołotwińską, przy rogatkach
Stanisławowa. To, co pozostało z transakcji, wystarczyło mu jeszcze na
zbudowanie domu. Po śmierci ojca Rozalii w 1935 roku matka - Maria
Kotopka - wyszła ponownie za mąż i zamieszkała w środkowej części
Polski. Mariampolscy sprzedali więc również gospodarstwo Kotopków i przenieśli się do Zagwoździa. Systematycznie powstawały tam zabudowania
gospodarcze - stodoła, dwie stajnie, chlewnia i wozownia. Posiadłość,
położona na lekkim wzniesieniu, prezentowała się okazale.
Karolina Mariampolszczanka dorastała już w pięknym, krytym słomą, dużym
parterowym domu, gdzie były trzy sypialnie i przestronna kuchnia. Z czasem rodzice powiększyli liczbę zwierząt, mieli też aż sześć koni.
Dobry gospodarz Franciszek kochał konie, tak jak jego żona Rozalia.
Lubił z końmi rozmawiać i spędzać wolny czas, najchętniej w taki właśnie
sposób odpoczywał. W pobliżu domu na ponad dwóch hektarach ziemi Rozalia
planowała założenie wieloowocowego sadu. Wkrótce też cały ten obszar
poznaczyły niewielkie sadzonki przeróżnych drzewek. Za sadem w niedalekiej przyszłości miał powstać staw. Rozalia Mariampolska była
bardzo szczęśliwa. Jej bujna wyobraźnia powodowała, że czuła już zapach
kwitnących drzew i słyszała świergot ptaków dochodzący z sadu, a ze
stawu, którego jeszcze nie było, dobiegały do niej wspaniałe żabie
koncerty.
Gospodarstwo rozwijało się bardzo dobrze i można już było zatrudnić do
pomocy Ukraińców z Zagwoździa. Dom rodziny Mariampolskich, tak jak w poprzednim miejscu zamieszkania, również stał na uboczu wsi. Wystarczyło
przejść przez Zagwoźdź, pokonać mostek nad Bystrzycą Sołotwińską i już
się było w Stanisławowie. Jeśli rozbudowa miasta będzie dalej taka
dynamiczna, to tylko patrzeć, jak Zagwoźdź dołączy do dzielnic
Stanisławowa.
W każdą niedzielę Karolina z bratem i rodzicami chodziła na mszę świętą,
odprawianą o godzinie 10.00 w stanisławowskim kościele farnym w rynku.
Była to msza wojskowa, w której w zwartym szyku uczestniczyli żołnierze.
Raz nawet mała Karolina, zapatrzona na piękne mundury Strzelców
Karpackich, zgubiła rodziców, ale na szczęście, nie tracąc głowy,
spokojnie zaczekała na kościelnej ławeczce do końca mszy. Kiedy wojsko
opuściło kościół, matka z ulgą odnalazła córkę.
Kościół farny w Stanisławowie
Czasem, przy ładnej pogodzie, ojciec zabierał rodzinę na spacer po
mieście, żeby nacieszyć się pięknem Stanisławowa. Bo Stanisławów był
naprawdę piękny. Powstał w XVII wieku w miejscu gdzie była wieś
Zabłocie, i dzięki założycielom, a byli to hetman wielki koronny
Stanisław Rewera Potocki oraz jego syn Andrzej Potocki, gród zaczął się
wspaniale rozwijać. Miasto początkowo pełniło funkcje obronne przed
najazdami z południa i ze wschodu. Po latach Stanisławów, z 60 tysiącami
mieszkańców, zaczął odgrywać rolę ośrodka życia kulturalnego i intelektualnego. Dominowały w nim budowle sakralne: rzymskokatolickie,
ormiańska, greckokatolickie, ewangelicka i synagoga. Zainteresowanie
wzbudzały też śliczne stare kamienice. Ale nie tylko. To miasto
zaczynało nabierać nowoczesnego wyrazu. Wybudowano ratusz, którego
wysokość wynosiła prawie 50 metrów, a także remizę straży pożarnej,
powstała elektrownia miejska, zaczęły pojawiać się asfaltowe
nawierzchnie ulic, ruszyła także rozbudowa sieci telefonicznej. Temu
wszystkiemu towarzyszył oczywiście rozkwit przemysłu i handlu.
Harmonijnemu rozwojowi w dużym stopniu sprzyjało kolejnictwo, gdyż
Stanisławów był miastem kolejarskim. Secesyjny dworzec kolejowy, choć
trochę oddalony od centrum miasta, był nie mniej imponujący od starych
kościołów. W architekturze gmachu można było dostrzec elementy
budownictwa mauretańskiego, jak półokrągłe wąskie okna oraz kolumny
zwieńczone głowicami w formie turbanów. Dworzec cieszył się opinią
najładniejszego w całej Galicji. Duży teren w jego okolicy zajmowały
warsztaty kolejowe i parowozownia. Był to największy zakład pracy w mieście.
Kościół i Brama Ormiańska w Stanisławowie
Celebrując niedzielne południe, rodzina państwa Mariampolskich udawała
się czasem do cukierni Krowickiego przy ulicy Sapieżyńskiej albo robiła
sobie małą przejażdżkę dorożką konną po mieście. W powrotnej drodze
ojciec zaglądał do sklepiku po najnowsze wydanie "Kuriera
Stanisławowskiego", czasem też pytał o jakąś dobrą książkę, bo uwielbiał
czytać, a dzieciom kupował zazwyczaj najnowszy zeszyt ilustrowanych
przygód Koziołka Matołka.
Najprzyjemniejszą rozrywką w letnie niedzielne popołudnia były spacery
nad rzekę. Dzieci z radością kąpały się w rześkiej, rwącej wodzie
Bystrzycy Sołotwińskiej. Nazywano ją złotą, bo taką miała barwę, kiedy
świeciło słońce, albo zgniłą, gdyż w pochmurne dni bywała w odcieniu
ciemnej żółci. Rzeka ta miała siostrę, Bystrzycę Nadwórniańską. Tę z kolei nazywano srebrną lub czarną, również w zależności od pogody. Obie
rzeki w swym biegu z południa na północ cudownie przecinały się przy
samym Stanisławowie. Miasto osadzone było na nich jak na koronie.
Siostra Sołotwińska mijała w pędzie Pacyków, Zagwoźdź, Pasieczną,
zostawiając Stanisławów po zachodniej stronie, a siostra Nadwórniańska
gnała przez Czerniejów, Chryplin, Wołczyniec, żegnając Stanisławów po
stronie wschodniej. Bystrzyce rozszerzały się od miast Sołotwina i Nadwórna, zawdzięczając nazwę swojemu krętemu biegowi oraz rwącej
wodzie.
Czasami bliscy krewni odwiedzali rodzinę Mariampolskich w jej nowej
posiadłości. Dzieci cieszyły się z przyjazdu ciotek, bo wtedy w domu
było świątecznie i bardzo wesoło. Najczęściej przyjeżdżała do nich z Kołomyi siostra Franciszka, ciocia Karolina, zakonnica. Zostawała
wówczas na kilka dni, pomagając bratowej Rozalii w domu, spędzała też
dużo czasu z dziećmi. Kiedy pewnego dnia przyjechała, była trochę
zmieniona, jakby przygaszona. Nękały ją zawroty głowy, toteż większość
czasu przesiadywała w samotności. Po jej wyjeździe Franciszek przez
kilka dni nie mógł otrząsnąć się z przygnębienia na myśl o tym, co
dzieje się z jego siostrą. Rozalia również była zaniepokojona
zaobserwowanymi zmianami.
- Może powinniśmy ją odwiedzić? Porozmawiać z nią szczerze i spróbować
jakoś pomóc?
Franciszek uznał, że to dobry pomysł, ale postanowił w odwiedziny do
zakonu pojechać sam.
- Ty, droga Rozalko, zostań z dziećmi, Józek nie powinien opuszczać
szkoły, trzeba przypilnować gospodarstwa, a ja nie wiem, czy nie będę
musiał zostać tam kilka dni.
Godzinę później ojciec zaprzęgał już konie do podróży. Miał do przebycia
50 kilometrów. Dbająca o wszystko Rozalia przyniosła duży wiklinowy
koszyk, w którym spakowała przetwory, jaja i świeżo upieczony drób.
- Przekaż to swojej siostrze z pozdrowieniami ode mnie i dzieci -
powiedziała, wręczając mężowi przesyłkę.
- Dobrze, kochani, muszę już ruszać, żeby do Kołomyi dojechać przed
zmierzchem.
Słynna cukiernia Krowickiego przy ulicy Sapieżyńskiej
Franciszek pożegnał się i wyruszył z dziedzińca elegancką bryczką.
Wieczorem był już na miejscu. Zastał siostrę modlącą się w klasztornej
kaplicy, klęknął dyskretnie przy niej i dołączył do cichej rozmowy z Bogiem. Kiedy wyszli z kaplicy, siostra Karolina uściskała brata.
- Co ty tu robisz, Franuś, czy wszystko u was dobrze? - spytała
zaniepokojona.
- U nas tak, ale martwimy się o ciebie. Ostatnio byłaś taka jakaś
zmieniona. Co ci się stało w rękę? - Uniósł delikatnie jej zabandażowaną
dłoń.
- Chodźmy do mnie. - To mówiąc, zakonnica ujęła pod rękę swego
nieoczekiwanego gościa. - Zaparzę tylko herbatę i wszystko ci opowiem.
Siostra pokrótce streściła bratu wydarzenia ostatnich dni i wyjaśniło
się, dlaczego tak źle się czuła podczas wizyty u rodziny Mariampolskich.
Zakonnica została oddelegowana z zakonu do pracy jako nauczycielka w przedszkolu. Dwa dni wcześniej odprowadzała swojego małego wychowanka,
syna miejscowego lekarza, do jego domu. Wyszli z przedszkola i po drodze
wesoło rozmawiali o zainteresowaniach chłopca. Przechodząc przez
ruchliwą ulicę, zakonnica ujęła dziecko za rękę, a ono uchwyciło mocno
jej dłoń i wtedy kobieta krzyknęła i odruchowo schowała rękę.
- Co się siostrze stało? - zapytał zaskoczony wychowanek.
- Nic, przepraszam, że cię przestraszyłam. Boli mnie trochę palec, ale
to nic takiego, nie przejmuj się.
Chłopiec zauważył, że nauczycielka zrobiła się nagle bardzo blada. Ale
ona uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła drugą dłoń.
- No chodź, bo rodzice czekają.
Po powrocie do domu chłopiec opowiedział ojcu o zdarzeniu. Lekarz od
razu zainteresował się i poszedł do siostry.
- Syn wspomniał mi, że podobno bardzo boli siostrę palec. Czy może mi
siostra powiedzieć, co się dzieje?
- To nic takiego, panie doktorze, wiele sióstr zakonnych tak ma -
odpowiedziała lekko zmieszana zakonnica. - Po prostu mam ranę na kciuku
i trochę mnie boli.
- Która to ręka?
- Prawa.
Lekarz podniósł delikatnie dłoń siostry.
- Matko święta! Przecież tu się wdała gangrena. Musimy natychmiast pójść
do mojego gabinetu.
- Ależ nie ma potrzeby - zareagowała siostra Karolina, chowając szybko
dłoń za siebie. - Jako zakonnica muszę godnie znosić cierpienie dla
Jezusa.
- Czy siostra zwariowała?! Proszę za mną, wychodzimy - powiedział
stanowczo lekarz i wskazał drzwi.
Zakonnicy pozostało tylko usłuchać lekarza. Ulżyło jej nawet, że nie
przyjął sprzeciwu, bo rzeczywiście bardzo już cierpiała. Po drodze
doktor czynił jej wyrzuty.
- Dlaczego siostra tak to zaniedbała?
- Zgłaszałam w zakonie, że bardzo mnie to boli, ale przecież każda
zakonnica musi z pokorą i radością przyjmować cierpienia, które zsyła
Pan Jezus, bo daje on też siły do ich znoszenia. Modliłam się tedy
usilnie, prosząc Jezusa o ulgę w bólu.
- Zdąży się jeszcze siostra dość nacierpieć na starość - skwitował słowa
zakonnicy wzburzony mężczyzna.
Droga do gabinetu zajęła im zaledwie kilka minut. Lekarz przygotował
narzędzia, posadził pacjentkę na fotelu i zabrał się do pracy przy
chorym kciuku. Wyciął martwą tkankę i oczyścił dokładnie brzegi rany. Na
szczęście skończyło się na przepisaniu leków. Dzięki zatem małemu
chłopcu, który nie dał się zwieść, że ból palca to nic takiego, oraz
szybkiej interwencji lekarza kciuk zakonnicy ocalał.
Franciszek wysłuchał relacji siostry i również nie mógł powstrzymać się
od uwag.
- Przecież mogli ci amputować ten palec. Widziałem ostatnio, że czułaś
się naprawdę kiepsko.
- Na szczęście mam to już za sobą - powiedziała z uśmiechem zakonnica. -
Minęły zawroty głowy, ból ustąpił, a rana ładnie się goi.
- To dobrze. - Głos mężczyzny złagodniał. - A może wróciłabyś jutro ze
mną do Stanisławowa? Odpoczniesz sobie u nas kilka dni. Rozalia się tobą
zaopiekuje.
- Porozmawiam z siostrą przełożoną - podchwyciła pomysł Karolina. -
Jeśli się zgodzi, to z przyjemnością się z tobą zabiorę.
Następnego dnia ojciec, ku wielkiej uciesze dzieci, wrócił do domu z ulubioną ciotką. Radosna i zdrowiejąca zakonnica była nareszcie sobą, a incydent z palcem nauczył ją, że trzeba dbać o zdrowie.
Kiedy mała Karolina Mariampolska rozpoczęła naukę w pierwszej klasie
szkoły powszechnej, brat zdał do klasy piątej i razem chodzili do szkoły
im. Adama Mickiewicza, która mieściła się przy placu Mickiewicza w śródmieściu Stanisławowa. Piesza wyprawa przez drewniany most nad
Bystrzycą Sołotwińską, a potem uliczkami miasta, zajmowała im dobrą
godzinę. Starszy brat był dla Karoliny nie tylko opiekunem i towarzyszem
zabaw, ale także wielką dumą i wzorem do naśladowania. Pewnego dnia
Karolina postanowiła zapisać się, tak jak Józek, do drużyny strzelców.
Wróciła do domu zrozpaczona.
- Mamo, nie chcieli mnie przyjąć! - krzyknęła od progu zdesperowana
dziewczynka.
- Gdzie, moje dziecko?
- Do strzelców. Powiedziałam, że mam już sześć lat i chcę się zapisać, a pan tylko popatrzył na mnie zdziwiony i kazał przyjść, jak urosnę.
- Nie martw się, córeczko, jak skończysz drugą klasę i będziesz miała
dobre stopnie, to zapiszemy cię do harcerstwa - pocieszała ją matka.
Pomogło. Podekscytowana wizją harcerstwa Karolina postanowiła zaczekać,
obiecując sobie z góry przykładanie się do lekcji.
Szybko okazało się, że nauki nie było mało. Oprócz języka polskiego
obowiązkowo trzeba było uczyć się języka ruskiego, czyli ukraińskiego, i to godzinę dziennie. Karolina była już osłuchana z tym językiem, bo
Ukraińcy, którzy przychodzili do pomocy w gospodarstwie rodziców, nigdy
nie rozmawiali po polsku. Mówili tylko w swoim języku. Brat miał jeszcze
trudniej, bo musiał już przyswoić sobie pisanie cyrylicą po ukraińsku.
Zdarzało się, że odrabiając lekcje, męczył się nad wypracowaniem w cyrylicy i ciągle pytał mamę o pisownię.
- Jak to słowo napisać po ukraińsku?
- Nie wiem, synku.
- No to napiszę po polsku, nauczyciel poprawi.
Nie zawsze rodzice mieli czas i siłę przesiadywać z dziećmi nad
lekcjami. Gospodarstwo w dalszym ciągu się rozwijało, wciąż były wielkie
plany rozbudowy. Mama pracowała bardzo ciężko, pomagając przy obrządku
zwierząt czy uprawie roli. Tata również każdą chwilę spędzał w polu i przy wznoszeniu nowych funkcjonalnych budynków gospodarczych, ale czasem
bywał też poza domem. Pomagał wtedy właścicielce ziemskiej Marii
Brykczyńskiej, bo w majątku było czym zarządzać, a sama nie dawała sobie
rady. Prowadziła przedsiębiorstwo, w którym wyrabiano produkty z mleka -
sery i masło. Przechowywano je w specjalnych chłodniach, po czym
kierowca zawoził je do sprzedaży w Przemyślu. Odkąd Franciszek
Mariampolski kupił od niej ziemię, poznała go od najlepszej strony i często prosiła o pomoc. Doradzał jej i sugerował różne rozwiązania, a ona wiedziała, że w kwestii zarządzania majątkiem może na nim polegać.
Robił to z dobroci serca.
Maria Brykczyńska miała uroczy biały dworek, do którego prowadziła aleja
wysadzana starymi drzewami. Największą ozdobą posiadłości był wielki,
biały i bardzo łagodny pies. Całymi godzinami wylegiwał się na schodach
domu, a czasem spacerował leniwie po parku, jakby wypełniał misję
stróżowania. Zdarzało się, że ojciec zabierał Karolinę ze sobą do pracy
i wtedy, ku uciesze dziewczynki, sadzał dziecko na psie jak na koniu i maszerowali dumnie aleją starych dębów i róż. Pies też miał z tego dużo
uciechy, bo uwielbiał dzieci, które rzadko tu zaglądały.
Przez pierwsze dwie klasy szkoły powszechnej Karolina miała jedną
nauczycielkę do wszystkich przedmiotów. Poza językami polskim i ruskim w programie nauczania były takie przedmioty, jak: religia, przyroda,
zajęcia praktyczne, śpiew, ćwiczenia cielesne i robótki kobiece.
Wychowawczyni, chociaż z wykształcenia była lekarzem, podobnie zresztą
jak jej mąż, miała bardzo dobre podejście do dzieci i wszechstronną
wiedzę, której przekazywanie przychodziło jej z łatwością. Uczniowie ją
uwielbiali i szanowali. Była osobą życzliwą i cierpliwą. Ale pewnego
razu wydarzyła się wielka tragedia. Troje dzieci zmarło na szkarlatynę.
Wśród tych dzieci był malutki brat Karoliny, Czesio, a także najmłodszy
syn cioci od strony taty oraz córeczka ukochanej nauczycielki. Rozpacz
była ogromna. Trzy rodzinne tragedie w jednym czasie. Mama Rozalia
bardzo przeżywała utratę drugiego już synka. A rodzice lekarze wyrzucali
sobie, że nie byli w stanie pomóc nawet swojemu dziecku. Nie wynaleziono
jeszcze wówczas antybiotyków, szanse na ratowanie chorych były więc
znikome. Nauczycielka przez miesiąc nie przychodziła do pracy. A po
powrocie nie była już taka jak dawniej. Nie śmiała się razem z uczniami,
nie słuchała wesołych opowieści, tylko błądziła gdzieś daleko myślami,
wpatrując się z uporem w okno.
Mijały miesiące, zima otulała Stanisławów białym zmrożonym śniegiem,
nadchodził koniec roku. Najbardziej na świecie Karolina uwielbiała
święta Bożego Narodzenia. Tata przynosił najładniejszą choinkę z lasu,
którą razem ubierali w piękne, oryginalne ozdoby. Niektóre z nich robiła
jeszcze babcia Ania, mama Franciszka, były to śliczne zabaweczki z kolorowych papierków, koralików i słomek. Ale nie tylko to było powodem
niecierpliwego wyczekiwania świąt przez dziewczynkę. Mogła też spotkać
się wtedy ze wszystkimi ciotkami, a one nigdy nie zapominały o powiększeniu cudownego zbioru Karoliny, na który składały się malutkie
buteleczki po perfumach. Każda z cioć pamiętała, że gdy skończą jej się
perfumy we flakoniku, to w żadnym razie nie wolno wyrzucić takiej
buteleczki, tylko należy ją zachować do spotkania z małą Karolinką.
Wiedziały, że tym sprawią dziewczynce największą przyjemność. Tą metodą
kolekcja Karoliny po każdych świętach Bożego Narodzenia rozrastała się o co najmniej kilka różnokolorowych szklanych drobiazgów. A bożonarodzeniowe święta w rodzinie Mariampolskich trwały cały miesiąc.
Powodem tego było małżeństwo dwóch rodzonych sióstr Franciszka z Ukraińcami, którzy Swiatyj Weczir, czyli Wigilię, obchodzili dopiero w styczniu.
Wszystkie święta i uroczystości odbywały się w Stanisławowie tłumnie i widowiskowo. Przynajmniej tak były widziane oczami dziecka. Na
uroczystości Bożego Ciała chodziło się najczęściej do kościoła
parafialnego, zwanego farą. Było wojsko, orkiestra, wszystko
prezentowało się dostojnie i poważnie. Podczas procesji układano
różnobarwne dywany kwiatowe. A w obchodach rocznicy uchwalenia
Konstytucji 3 maja brali udział chyba wszyscy Polacy z województwa.
Uroczystość zaczynała się mszą świętą, a kończyła piękną defiladą
wojskową z udziałem piechoty i ułanów, a nawet artylerii konnej. Bo
Stanisławów był miastem garnizonowym. Nie brakło tam również harcerzy z drużyny miasta, godnie pełniących służbę reprezentacyjną.
Procesja Bożego Ciała w Stanisławowie 27 maja 1937 roku
Karolina skończyła drugą klasę szkoły powszechnej i nie mogła doczekać
się, kiedy zgodnie z przyrzeczeniem rodziców i oczywiście w ślad za
bratem będzie mogła wstąpić do gromady zuchów. Pamiętała obchody sprzed
dwóch lat, przygotowane z wielką pompą z okazji 25-lecia powstania
polskiego harcerstwa w Stanisławowie. Marzyła wtedy o wzięciu udziału w jakiejkolwiek defiladzie, żeby tylko móc wystąpić w harcerskim mundurku.
Zbiórki zuchowe, na które uczęszczały starsze koleżanki Karoliny i dumnie o nich opowiadały, odbywały się raz w tygodniu po lekcjach i trwały przeważnie dwie godziny. Udział w nich sprawiał, że dziecko czuło
się dowartościowane, ważne. Na zbiórkach poszerzało się zawsze
wiadomości i zdobywało nowe umiejętności. Taka była zasada. Zuchy
uwielbiały te spotkania, ponieważ często była to po prostu świetna
zabawa. Dzieci dostawały zadania, musiały odgrywać różne role. Bawiły
się w szpital, sklep, straż pożarną, badaczy nowej planety. W taki
sposób łatwiej przyswajały sobie wiedzę i zdobywały przygotowanie do
życia.
Harcerze podczas obchodów święta Konstytucji 3 maja
Był już rok 1939, wydarzenia w kolejnych miesiącach coraz bardziej
zakłócały spokojne życie mieszkańców Stanisławowa. Nad miastem zbierały
się czarne chmury. Rozpoczęto przygotowania do wojny. Postawiono obronę
przeciwlotniczą w stan pełnej gotowości. Głównymi sprawcami nadchodzącej
wielkiej burzy miały być dwa znaczące kraje, Niemcy oraz Rosja sowiecka.
23 sierpnia minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von
Ribbentrop oraz premier rządu ZSRS Wiaczesław Mołotow podpisali w Moskwie niemiecko-sowiecki pakt o nieagresji. Do paktu został dołączony
tajny protokół, który dzielił terytorium Polski między dwóch zaborców.
Pakt ten między innymi umożliwiał Hitlerowi atak na Polskę, jak również
napaść ZSRS na Polaków. W pierwszych dniach września ogłoszono alarmy.
Rozpoczęła się niemiecka agresja na Polskę. Nad Stanisławowem pojawiły
się niemieckie samoloty. Zbombardowano sportowe lotnisko na Dąbrowie, a w następnych dniach kolejne strategiczne cele. Karolina za kilkanaście
dni kończyła dziesięć lat. Widziała, że coś złego zakłóca domową
harmonię. Wyczuwała wzrastający niepokój rodziców. Przychodzili sąsiedzi
i dorośli złowieszczo szeptali coś między sobą. 17 września na tereny
wschodnie II Rzeczypospolitej napadł Związek Sowiecki. Do Stanisławowa
wkroczyli Sowieci, a z nimi NKWD. Zaczęły się aresztowania i rozstrzeliwania Polaków, których uważano za wrogów bolszewizmu,
postępowała także powolna dewastacja miasta. Wszędzie snuły się warkocze
dymu palonych domostw. Dworzec kolejowy razem z całą ulicą obstawiono
patrolami. Nie wolno było się tam zbliżać. NKWD stało się postrachem
wszystkich mieszkańców.
We wrześniu na ulicach Stanisławowa zaroiło się od sowieckich żołnierzy.
Przejeżdżali ciężarówkami przez kolejne wsie i przeczesywali napotkane
gospodarstwa. Na wieść o sowieckim najeździe rozdzwoniły się dzwony
wszystkich cerkwi. To Ukraińcy wylegli procesją na drogę i witali dawno
oczekiwanych Sowietów. Polaków ogarnął strach. Poczuli, że w tej
sytuacji Polska będzie skończona.
Kilka dni później, 29 września, w Moskwie ponownie podpisano pakt, tym
razem o granicy oraz przyjaźni między Związkiem Sowieckim a III Rzeszą.
W rzeczywistości był to czwarty rozbiór Polski. Sprzymierzone kraje
wykreśliły Polskę z mapy świata. Do układu dołączono tajne akta, w których wyrażono zgodę na wymianę ludności, a także zawarto porozumienie
w sprawie zwalczania polskich ruchów niepodległościowych. Zaraz po
zawarciu paktu władze sowieckie rozpoczęły umacnianie swojego panowania.
Natychmiast zaczęto przygotowywać wybory, a obszar wschodniej Polski
podzielono na tak zwaną Ukrainę Zachodnią i Białoruś Zachodnią.
Rozpoczął się ogromny zalew sowieckiej propagandy. Portrety przywódców
Rosji, między innymi Lenina i Stalina, zawisły na wszystkich głównych
budynkach w Stanisławowie. Dokonywano szczegółowego spisu ludności i jej
dobytku. W październiku odbyły się wybory, w których Polacy pod
przymusem szli głosować za przyłączeniem części terytorium Polski do
ZSRS. Naród polski był już bez jakiejkolwiek własnej władzy. Prezydenta
Rzeczypospolitej, profesora Ignacego Mościckiego, nie było już od 17
września w kraju. Żeby uniknąć niewoli, głowa państwa wraz z częścią
rządu, zabierając insygnia, opuściła Warszawę i skierowała się na
południe. W wyniku przesunięcia granic obszar Polski został zmniejszony
o ponad 76 tysięcy kilometrów kwadratowych. Z tak wielkiego polskiego
terytorium postanowiono rozpocząć eliminowanie wszystkiego co polskie,
zagarniając jednocześnie ogromne zapasy i dobra państwowe wartości wielu
miliardów złotych. Rabowanie i wywożenie dóbr narodowych Polski było
wstępnym etapem sowieckiej okupacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki