Wstęp. Prezydent w amerykańskim systemie władzy
Wstęp
Prezydent w amerykańskim systemie władzy
Amerykański system rządowy często określa się mianem prezydenckiego lub
prezydencjalnego. Zakres władzy prezydenta Stanów Zjednoczonych jest
rzeczywiście duży, choć ograniczony. Prezydent jest bowiem nie tylko
głową państwa, szefem rządu, naczelnym dowódcą sił zbrojnych, ale de
facto również przywódcą swojej partii.
Jest to więc urząd odpowiedzialny, a skutki prowadzonej przez prezydenta
polityki często wykraczają daleko poza granice Stanów Zjednoczonych.
Publicyści amerykańscy lubią określać urząd prezydenta Stanów
Zjednoczonych jako "najbardziej odpowiedzialny", "najtrudniejszy",
"najbardziej niewdzięczny", "najdziwniejszy", "najbardziej stresogenny",
"najbardziej niebezpieczny", "najbardziej osamotniony" itp. Mimo to
nigdy nie brakowało chętnych do wprowadzenia się na cztery lata i więcej
do Białego Domu. Fotel prezydenta niczym magnes przyciąga polityków
amerykańskich. Rywalizacja o to stanowisko jest ostra, a walka
autentyczna. Mimo to w rywalizacji wygrywali na ogół politycy miernego
kalibru, jak określają ich historycy amerykańscy - mediocre.
Establishment amerykański, a więc nieformalne ośrodki decyzyjne
preferują na stanowisku prezydenta słabszą jednostkę uzależnioną od
nich. Człowiek bardzo bogaty lub zbyt inteligentny byłby niezależny,
mógłby odwoływać się do społeczeństwa i prowadzić zbyt samodzielną
politykę, która nie szłaby w parze z interesami różnych grup wielkiego
kapitału. Biznes lubi prezydentów pokornych, słabych i zależnych, którzy
siłę demonstrują tylko wówczas, kiedy powstaje sytuacja zagrażająca
interesom Stanów Zjednoczonych.
Moim zdaniem zwiększa się rozziew między procesem selekcji kandydatów na
urząd prezydencki a wymogami nowoczesnego i odpowiedzialnego procesu
decyzyjnego oraz warunkami, którym winien odpowiadać kaliber umysłowy
osoby zajmującej urząd prezydenta. Obecny system selekcji preferuje styl
i osobowość kandydata, nie zaś jego wiedzę, intelekt i rzeczywiste
zdolności przywódcze. "Wielcy prezydenci - pisał politolog amerykański -
byli rzadkością w historii Ameryki. Nowy proces nominacji prezydenckich
prowadzi do tego, że wielcy prezydenci będą w przyszłości jeszcze
większą rzadkością"1.
Tak naprawdę to w moim osobistym przekonaniu spośród czterdziestu
czterech prezydentów amerykańskich tylko jeden z nich był wielkim
człowiekiem, a dwóch innych było wielkimi prezydentami. Ten wielki
człowiek to Tomasz Jefferson, który był nie tylko politykiem, ale także
antropologiem, architektem, botanikiem, geografem, numizmatykiem,
farmerem, wynalazcą, lingwistą, meteorologiem, matematykiem, prawnikiem,
astronomem, filozofem, pisarzem i muzykiem. Można go więc nazwać
amerykańskim Leonardem da Vinci. Dwoma zaś wielkimi prezydentami byli
Abraham Lincoln, który rozumiał wewnętrzną sytuację kraju, oraz Franklin
Delano Roosevelt, który rozumiał nie tylko wewnętrzną, ale także
zewnętrzną sytuację Stanów Zjednoczonych. Zarówno Lincoln, jak i Roosevelt w porę uchwycili trendy historyczne. Pierwszy - znosząc
niewolnictwo i walcząc o jedność kraju. Drugi - reformując drapieżny
system kapitalistyczny w kierunku bardziej oświeconego, wyprowadził kraj
z głębokiego kryzysu i przyczynił się do klęski faszyzmu.
W 1983 r. profesor Robert Murray, z Pennsylvania State University,
przeprowadził sondaż wśród 864 historyków amerykańskich w sprawie
klasyfikacji jakościowej prezydentów Stanów Zjednoczonych. Klasyfikacją
nie objęto Ronalda Reagana oraz dwóch innych prezydentów: Williama
Henry'ego Harrisona i Jamesa Garfielda, którzy zbyt krótko zasiadali na
fotelu prezydenckim2. Oto tabela "klasyfikacyjna":
Wielcy
Prawie wielcy
Abraham Lincoln
Theodore Roosevelt
Franklin D. Roosevelt
Woodrow Wilson
Jerzy Waszyngton
Andrew Jackson
Tomasz Jefferson
Harry S. Truman
Więcej niż przeciętni
Przeciętni
John Adams
William McKinley
Lyndon B. Johnson
William Howard Taft
Dwight D. Eisenhower
Martin Van Buren
James K. Polk
Herbert Hoover
John F. Kennedy
Rutherford B. Hayes
James Madison
Chester A. Arthur
James Monroe
Gerald Ford
John Quincy Adams
Jimmy Carter
Grover Cleveland
Benjamin Harrison
Mniej niż przeciętni
Fiasko
Zachary Taylor
Andrew Johnson
John Tyler
James Buchanan
Millard Fillmore
Richard M. Nixon
Calvin Coolidge
Ulysses S. Grant
Franklin Pierce
Warren G. Harding
Powyższa tabela nie jest oparta na żadnych zobiektywizowanych kryteriach
naukowych, zarówno w odniesieniu do sześciu grup klasyfikacyjnych, jak i pozycji w nich poszczególnych prezydentów. Jest to tylko wyraz
zbiorowego sentymentu współczesnych historyków amerykańskich,
odzwierciedlającego ich subiektywne odczucia. Przytoczyłem tę tabelę
raczej dla ciekawości niż ze względów naukowych.
Większość prezydentów Stanów Zjednoczonych to byli ludzie uczciwi. Wielu
jednak zaangażowało się w praktyki korupcyjne lub tolerowało wokół
siebie nadużycia władzy. Prawie każdy dochodził do Białego Domu w wyniku
machinacji politycznych aparatu partyjnego i wpływowych grup interesów.
Politics is dirty business (Polityka to brudny interes) - mówią
Amerykanie i mają na to aż nadto dowodów.
Wprawdzie twórcy konstytucji amerykańskiej nie ograniczyli długości
urzędowania prezydenta, ale ustaliła się w USA tradycja (precedens
ustanowiony przez pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych - Jerzego
Waszyngtona) dotycząca dwukrotnego piastowania tego urzędu. To niepisane
prawo zostało naruszone przez Franklina Roosevelta, który w roku 1940 po
raz trzeci, a w 1944 po raz czwarty wybrany został na prezydenta.
Zorganizowane grupy interesów uważały taką wieloletnią obecność w Białym
Domu za niezbyt odpowiadającą zróżnicowanym interesom rozmaitych kół.
Brak odpowiedniego, konstytucyjnego przepisu stwarzał prezydentowi
możliwość odwoływania się do narodu, co w pewnym sensie zmniejszało jego
zależność od grup nacisku.
W 1947 r. Kongres uchwalił poprawkę do konstytucji USA, ograniczającą
czas piastowania urzędu prezydenta przez jedną osobę do dwóch kadencji.
W 1951 r. poprawka ta została ratyfikowana przez wymaganą liczbę stanów
i odtąd znana jest jako XXII poprawka do konstytucji.
Jakim formalnym warunkom powinien odpowiadać kandydat na prezydenta?
Kandydat na stanowisko prezydenta powinien spełniać określone, formalne
wymagania konstytucyjne. Musi mieć przynajmniej trzydzieści pięć lat,
mieszkać przez minimum 14 lat w Stanach Zjednoczonych, być obywatelem
tego kraju od urodzenia. Jeżeli chodzi o przywileje, to prezydent
korzysta z immunitetu, tzn. jest poza zasięgiem władzy jakiegokolwiek
sądu i może być pozbawiony urzędu tylko w przypadku oskarżenia go przez
Kongres o zdradę lub inne przestępstwa (impeachment). Pierwszy raz w historii Stanów Zjednoczonych postawiono w stan oskarżenia prezydenta w 1868 r. i dotyczyło to następcy A. Lincolna, prezydenta Andrew Johnsona.
Po raz drugi próbowano usunąć prezydenta w drodze procesu impeachmentu w 1974 r. Dotyczyło to Richarda Nixona uwikłanego w afery Watergate. Nixon
jednak ustąpił ze stanowiska, co przerwało proces usunięcia go. Trzeci
raz procedurę impeachmentu zastosowano wobec Billa Clintona oskarżonego
o krzywoprzysięstwo. Do usunięcia prezydenta ze stanowiska w głosowaniu
w Senacie w 1999 r. zabrakło wymaganej większości 2/3 głosów. Do
uchwalenia wniosku zabrakło jednego głosu.
Wiceprezydent musi spełniać wszystkie wymagania stawiane prezydentowi,
ponieważ w każdej chwili może objąć ten urząd. Dotychczas
dziewięciokrotnie w historii Stanów Zjednoczonych urzędujący
wiceprezydenci zostali prezydentami. Przedostatni raz, po zabójstwie
Johna F. Kennedy'ego w 1963 r., fotel prezydencki objął ówczesny
wiceprezydent Lyndon B. Johnson, a ostatni raz po ustąpieniu Nixona w 1974 r. prezydentem został Gerald R. Ford.
System wybierania prezydenta w Stanach Zjednoczonych jest dość
skomplikowany. Wynika to przede wszystkim z przemieszania się starych
zwyczajów z nowymi formami powszechnego głosowania. Wybory prezydenckie
składają się z dwóch etapów: uzyskania nominacji i samych wyborów.
Konstytucja nie reguluje spraw związanych z nominacją. Stwarza to
dodatkowe warunki sprzyjające rozmaitym manewrom. Kandydatów na
stanowisko prezydenta i wiceprezydenta wysuwają: Partia Demokratyczna,
Partia Republikańska oraz inne, pomniejsze partie. Nominacji dokonuje
się na zjazdach, w których bierze udział kilka tysięcy delegatów.
Sposób wysuwania delegatów na konwencje jest różny w poszczególnych
stanach. Kiedyś, po prostu, bossowie partyjni - tzw. machina partyjna -
wysuwała delegatów. Obecnie w stanach odbywają się tzw. prawybory i są
one swego rodzaju testem popularności poszczególnych pretendentów do
fotela prezydenckiego. W prawyborach głosują oddzielnie demokraci i republikanie. Prawybory mogą być "otwarte" lub "zamknięte", w zależności
od tego, czy są dostępne tylko dla zarejestrowanych członków danej
partii, czy też dla wszystkich wyborców.
Wybory wstępne umożliwiają wyborcom wypowiedzenie się, w formie
głosowania, na temat polityków ubiegających się o zdobycie poparcia
jednej z dwu wielkich partii. Wybiera się również delegatów na
ogólnokrajową konferencję partii. Delegaci są tylko moralnie, a nie
prawnie, zobowiązani do głosowania na tych kandydatów, którzy zwyciężyli
w ich stanach.
Wyników prawyborów nie należy przeceniać. Są one swego rodzaju wstępnym
rekonesansem pozwalającym, w dość ograniczonym stopniu, zorientować się
kandydatom do prezydentury co do ich dalszych szans. Znaczenie
prawyborów pomniejsza fakt, że bierze w nich udział niewielki odsetek
wyborców (ponad 30% danego stanu). Ponadto nie wszyscy kandydaci do
nominacji biorą w nich udział i nie zawsze dochodzi do bezpośredniej
rywalizacji. Na ogół zgłaszają oni swe kandydatury w tych stanach, w których mogą liczyć na sukces. Ponadto delegaci na konwencji, mimo
prawyborów, mogą zmieniać zdanie i na ogół dotrzymują obietnic tylko do
pierwszego głosowania nominacyjnego. Później "handlują" swymi głosami.
Historia wyborów amerykańskich wykazuje, że politykom, którzy nie
stawali do walki w prawyborach, udawało się uzyskać nominację swej
partii i wygrywać wybory. I odwrotnie. Tym, którzy odnosili zwycięstwa w prawyborach, nie udawało się uzyskać nominacji (np. senator E. McCarthy
w 1968 r.). Nie ulega jednak wątpliwości, że zwycięstwo w wyborach
wstępnych ułatwia zdobycie nominacji. Przykładem tego byli senatorzy
George McGovern w 1972 r., Walter Mondale w 1984 r. i Bill Clinton w 1992 r., George W. Bush w 2000 r. czy Barack Obama w 2008 r.
Na konwencji toczy się ostra walka o głosy. Trwają przetargi, zawierane
są sojusze, kompromisy itp. Konwencja, oprócz nominacji kandydata na
prezydenta i wiceprezydenta, uchwala platformę wyborczą partii.
Na początku września w roku wyborów zaczyna się oficjalna kampania
wyborcza, czyli rywalizacja obu ekip - republikańskiej i demokratycznej
- o fotel prezydenta. Przyszły kandydat przedstawia obietnice, często
niemające szans realizacji. Zwycięski kandydat nie stara się nawet
specjalnie o urzeczywistnienie wielu z nich.
W pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada odbywa się
głosowanie powszechne. Wybiera się jednak nie prezydenta, ale tzw.
kolegium elektorskie (Electoral College), które z kolei wybierze
przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Każdy stan wysyła do
kolegium tylu elektorów, ilu jest senatorów i członków Izby
Reprezentantów z danego stanu. Ponieważ liczba elektorów zależna jest od
liczby mieszkańców, najważniejszą rolę w kampanii wyborczej odgrywają
Stany najgęściej zaludnione. Z tego też względu kandydaci obu partii
najbardziej ożywioną kampanię prowadzą w dużych, zaludnionych stanach.
Kolegium elektorskie składa się z 538 elektorów. Aby zostać prezydentem,
trzeba uzyskać więcej niż połowę, czyli 270 głosów. Elektorzy głosują w grudniu na kandydaturę, która uzyskała większość głosów w ich stanie.
Kandydat, który uzyskał większość głosów w listopadzie w danym stanie,
przechwytuje wszystkie głosy elektorskie tego stanu. Dzięki temu w zasadzie już w listopadzie wiadomo, kto zostanie prezydentem. Mogą
również istnieć nieprzewidziane sytuacje. Na przykład nic nie może
zmusić elektora, aby oddał swój głos na zwycięzcę w jego stanie. Jest on
bowiem jedynie moralnie zobowiązany do uszanowania woli większości
wyborców swojego stanu.
Formalnie wybór prezydenta odbywa się w ten sposób, że elektorzy,
których ludność wybrała w listopadzie, zbierają się w grudniu w stolicach swoich stanów i oddają głosy na kandydata, który zwyciężył w ich stanie. Kolegium elektorskie jako całość, jako organ kolektywny -
nie istnieje. Następnie głosy te przesyła się do Waszyngtonu, gdzie na
początku stycznia następuje formalne przeliczanie ich na posiedzeniu
Kongresu.
Może się zdarzyć, że żaden ze zgłoszonych kandydatów nie uzyska
wymaganej liczby głosów. Możliwe jest to wtedy, gdy istnieje więcej niż
dwóch kandydatów lub jeżeli wynik jest remisowy. W takim przypadku
prezydenta wybiera Izba Reprezentantów. Wydarzenie to miało miejsce w 1800 r. oraz w 1824 r. Może zaistnieć również taki przypadek przy tym
systemie wyborów, że kandydat, mimo iż uzyskał w sumie większą liczbę
głosów ogółu wyborców z całego kraju, nie został wybrany na prezydenta,
ponieważ nie uzyskał większości w kolegium wyborczym. Takie sytuacje
miały już miejsce w historii wyborów prezydenckich. Ostatni raz miało to
miejsce w wyborach 2016 r., kiedy kandydatka demokratów, Hillary
Clinton, uzyskała 2,9 mln więcej głosów w głosowaniu powszechnym, ale
przewagę w kolegium elektorskim miał Donald Trump i on został
prezydentem USA. Zaprzysiężenie prezydenta następuje 20 stycznia
następnego roku po wyborach.
System ten jest krytykowany w Stanach Zjednoczonych, ale mimo to
wszelkie próby zreformowania, unowocześnienia, demokratyzowania systemu
wyborczego napotykają przeszkody.
W wyborach amerykańskich ogromną rolę odgrywa pieniądz. Jest to poważne
ograniczenie zasad demokratycznych. Kto ma bowiem pieniądze, ma większe
szanse zwycięstwa w wyborach. Prezydencka kampania wyborcza w Stanach
Zjednoczonych jest najdłuższa i najdroższa. W 2004 roku kosztowała ona 1
910 230 862 dolary, a w 2012 r. - 2 621 415 792 dolary. Kandydat na
prezydenta może finansować swoją kampanię wyborczą ze środków
budżetowych, ale wówczas ma ograniczone możliwości korzystania ze źródeł
prywatnych. Nic więc dziwnego, że większość kandydatów nie korzysta z pieniędzy budżetowych.
W 2010 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że korporacje i związki zawodowe nie mają żadnych ograniczeń w finansowaniu komitetów
wyborczych, o ile nie są one związane imiennie z którymś z kandydatów. W 2014 r. tenże Sąd Najwyższy rozluźnił ograniczenia dla osób prywatnych w finansowaniu kampanii wyborczych. Obie te decyzje przyczyniły się do
zwiększenia roli pieniądza i osób z pieniędzmi w procesie wyborczym w USA. W Stanach Zjednoczonych istnieje 500 tys. obieralnych stanowisk.
Kampania wyborcza 1972 r. - zdaniem amerykańskiego eksperta w dziedzinie
finansowania wyborów, Herberta Alexandra - kosztowała ponad 400 mln
dolarów. Koszty kampanii wzrastają, ponieważ kandydaci coraz częściej
korzystają z telewizji, komputerów, ankiet wyborczych itp. W 1972 r.
minuta programu w sieci telewizyjnej CBS w różnych godzinach kosztowała
od 40 do 55 tys. dolarów. Ocenia się, że kandydaci na różne stanowiska w 1984 r. wydali na kampanię wyborczą w sumie około 1 mld dolarów. Nic
więc dziwnego, że kandydaci na obieralne stanowiska zabiegają przede
wszystkim o pieniądze. Nelson A. Rockefeller w 1970 r., ubiegając się o ponowny wybór na gubernatora stanu Nowy Jork, wydał 7,7 mln dolarów na
kampanię wyborczą, z tego 4,5 mln dolarów, czyli 58%, z kasy
rodzinnej3.
George McGovern, kandydat Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich
1972 r., stał na jednej z ulic nowojorskich i sprzedawał swoje autografy
po dolarze za sztukę. Oczywiście, nie chodzi tu o małe sumy. Subsydia
sięgają często ogromnych rozmiarów i im większe są stawki dla danego
kandydata, tym większa możliwość korupcji i zaciągania kompromitujących
zobowiązań. W okresie prezydentury Eisenhowera ambasadorem Stanów
Zjednoczonych w Cejlonie mianowany został Maxwell Gluck, który
finansował kampanię wyborczą Eisenhowera. Gdy stanął przed komisją
senacką, mającą zatwierdzić jego nominację, nie potrafił nawet wymienić
nazwiska premiera tego kraju. Oferowanie stanowisk ambasadorów ludziom,
którzy przekazali poważną kwotę na kampanię wyborczą, to od dawna
stosowana praktyka. Nixon na przykład w ten sposób spłacił długi pięciu
osobom, które hojnie dotowały jego kampanię w 1968 r., mimo iż ludzie ci
nie mieli żadnego doświadczenia dyplomatycznego.
"Zbieranie funduszy wyborczych jest najobrzydliwszym, poniżającym i kłopotliwym aspektem procesu wyborczego" - oświadczył Hubert H.
Humphrey, który sam zabiegał o takie fundusze, bez których nie mógłby
kontynuować swojej kariery politycznej.
W latach 1925, 1939 i 1940 Kongres przyjmował różne ustawy mające na
celu ograniczenie wielkości pojedynczych dotacji do 5 tys. dolarów oraz
zakazujące komitetom wyborczym wydatkowania więcej niż 3 mln dolarów
rocznie. Ustawa Tafta-Hartleya z 1947 r. zakazywała związkom zawodowym
wypłacania pieniędzy na fundusz wyborczy. Ustawy te jednak okazały się
nieskuteczne. Ci, co chcieli, zawsze znaleźli sposób na ominięcie
obowiązujących przepisów. W kwietniu 1972 r. weszła w życie ustawa
zabraniająca wydatkowania kandydatom z własnej kasy oraz z kasy
rodzinnej sum większych niż 25 tys. dolarów w wyborach do Izby
Reprezentantów, 35 tys. dolarów w wyborach do Senatu oraz 50 tys.
dolarów w kampanii prezydenckiej. Kandydaci ubiegający się o urząd
zobowiązani są ponadto do ujawniania list ofiarodawców. Nie spowodowało
to jednak istotnych zmian. Obecnie, w pewnym stopniu, kampanię wyborczą
finansuje się ze środków publicznych, ażeby w ten sposób uniknąć
uzależnienia polityków od bogatych ofiarodawców. Umacnia to system
dwupartyjny. Związki zachodzące między biznesem a polityką w Stanach
Zjednoczonych są głęboko zakorzenione. Wykazały to również skandale
związane z finansowaniem prezydenckiej kampanii wyborczej w roku 1996.
W walce politycznej wykorzystuje się różne chwyty. Tygodnik "Time"
pisał: "Jeśli nawet uwzględni się fakt, że w ramach rozgrywek wyborczych
wszyscy kandydaci gorliwie łowią skandale obciążające swych
przeciwników, tegoroczna atmosfera polityczna wydaje się szczególnie
zatruta i przesiąknięta odorem łapownictwa, brudnych machinacji
finansowych, międzynarodowego szpiegostwa i faworyzowania przez rząd
zaprzyjaźnionych wielkich korporacji"4. Kampania wyborcza w 1972 r. rzeczywiście obfitowała w rozmaite skandale, z których
najgłośniejsza była tzw. afera Watergate. 17 czerwca 1972 r. w nocy
policja przyłapała na gorącym uczynku pięciu ludzi, którzy włamywali się
do Komitetu Krajowego Partii Demokratycznej, fotografując dokumenty i instalując aparaty podsłuchowe. Ludzie ci byli bezpośrednio powiązani z komitetem na rzecz ponownego wyboru prezydenta Nixona. Oburzenie z powodu afery Watergate i nadużycia władzy przez ludzi z Białego Domu
było tak silne, że 9 sierpnia 1974 r. prezydent Nixon został zmuszony do
ustąpienia ze swego stanowiska.
Wróćmy jednak do najwyższego urzędu w Stanach Zjednoczonych - urzędu
prezydenta. Jakie uprawnienia wykonawcze posiada prezydent?
Zgodnie z konstytucją Stanów Zjednoczonych z 1787 r. prezydent jest
szefem władzy wykonawczej. Prezydent obsadza, za radą i zgodą Senatu,
kluczowe stanowiska w rządzie. Ponieważ konstytucja nie wypowiada się w sprawie usuwania osób z tych stanowisk, zakłada się, że w tym zakresie
prezydent posiada nieograniczoną władzę. Ponadto prezydent posiada
pełnię władzy między innymi w wydawaniu poleceń podległym mu osobom na
odcinku władzy wykonawczej.
W Stanach Zjednoczonych nie ma ministrów, są sekretarze poszczególnych
departamentów wchodzących w skład gabinetu. Sekretarze jednak
odpowiedzialni są przed prezydentem, a nie przed Kongresem. Członkowie
rządu nie mogą być równocześnie członkami Kongresu. Ostatnio w Kongresie
nasila się tendencja, aby zobowiązać członków rządu amerykańskiego do
pojawienia się w Kongresie i składania wyjaśnień na żądanie komisji
Senatu lub Izby Reprezentantów. 18 stycznia 1973 r. frakcja
demokratyczna w Senacie uchwaliła między innymi rezolucję w tej
sprawie5. Tego samego dnia 58 senatorów przedstawiło projekt
ustawy ograniczającej swobodę prezydenta do prowadzenia
niewypowiedzianej formalnie wojny. Jest to wynik doświadczeń z wojną
wietnamską, w czasie której Kongres okazał się niezdolny do wywarcia
presji na prezydenta, aby skłonić go do wcześniejszego jej zakończenia.
Prezydent jako naczelny dowódca sił zbrojnych kształtuje politykę
militarną Stanów Zjednoczonych. Kongres ma w tych sprawach również wiele
do powiedzenia poprzez zatwierdzanie budżetu, wysokich stanowisk w wojsku, a także prawo wypowiadania wojny. Prezydent jednakże sprawuje
dowództwo nad wojskiem i może posłużyć się interwencją wojskową bez
wypowiedzenia danemu krajowi wojny. Przykładem tego jest wojna
wietnamska, kiedy prezydent zaangażował ponad półmilionową armię i ogromną ilość sprzętu wojskowego, prowadząc otwartą wojnę, mimo iż
Kongres nie wypowiedział wojny Demokratycznej Republice Wietnamu.
W czasie wojny prezydent kieruje operacjami militarnymi, może zawiesić
gwarancje konstytucyjne i posłużyć się siłami zbrojnymi w celu
poszanowania prawa i rozprawienia się z wewnętrznym oporem.
Prezydent odgrywa ważną rolę w kształtowaniu amerykańskiej polityki
zagranicznej. Ambasadorzy obcych państw są akredytowani przy Białym
Domu. W Białym Domu mianuje się dyplomatycznych przedstawicieli Stanów
Zjednoczonych za granicą, w imieniu rządu USA prezydent uznaje inne
państwa. Prezydent osobiście, lub upoważniony przez niego
przedstawiciel, zawiera traktat, prowadzi rokowania. Może również, w miejsce traktatów, zawierać tzw. porozumienia wykonawcze, które w przeciwieństwie do traktatów nie wymagają aprobaty Senatu.
Prezydent ma duży wpływ na ustawodawstwo amerykańskie. Występuje on z orędziami do Kongresu. Są to nie tylko doroczne orędzia o stanie państwa
(State of the Union Message), ale również budżetowe, raport o stanie
gospodarki oraz wiele innych. Dotyczą one różnych spraw, na które
prezydent chce zwrócić uwagę Kongresu lub opinii publicznej. Prezydent
może osobiście pojawiać się na połączonej sesji Izby Reprezentantów i Senatu wówczas, gdy ma do zakomunikowania coś szczególnie ważnego.
Kongres jest najwyższym organem ustawodawczym, ale prezydent ma prawo
weta wobec ustaw Kongresu. W takiej sytuacji, aby mogły one nabrać mocy
ustawodawczej, muszą być ponownie uchwalone przez obie izby większością
2/3 głosów. Prezydent może zwołać specjalną sesję Kongresu, nie może być
jednak zmuszony do rozpatrzenia jakiejś kwestii.
Prezydent mianuje również sędziów, w tym członków Sądu Najwyższego, po
zatwierdzeniu ich przez Senat. W ten sposób prezydent może wywierać
wpływ na interpretacje konstytucji. W latach sześćdziesiątych Sąd
Najwyższy Stanów Zjednoczonych pod przewodnictwem Earla Warrena miał
opinię sądu liberalnego. Prezydent Nixon mianował sędziów raczej o przekonaniach konserwatywnych. Trzech kandydatów do Sądu Najwyższego,
przedstawionych przez prezydenta Nixona, nie zostało zaaprobowanych
przez Senat, co było wydarzeniem rzadko spotykanym w praktyce
amerykańskiej. Również sędziów o konserwatywnych poglądach mianował do
Sądu Najwyższego prezydent Ronald Reagan.
Władza wykonawcza w Stanach Zjednoczonych to ogromny aparat
zatrudniający kilka milionów osób w kilkunastu resortach,
kilkudziesięciu stałych agencjach federalnych i kilkudziesięciu innych
organach. Departament Stanu zatrudnia ponad 20 tys. osób, a Pentagon,
wraz z personelem sił zbrojnych, kilka milionów osób.
Umacnianie się władzy wykonawczej nie jest procesem dotyczącym tylko
Stanów Zjednoczonych. W USA proces ten jest wyraźny, wojna wietnamska
przyspieszyła go. Wzrost prerogatyw, znaczenia i roli władzy wykonawczej
następuje przede wszystkim kosztem władzy ustawodawczej. Nie jest
przypadkiem, że właśnie w ostatnich latach obserwujemy wiele ostrych
spięć między Białym Domem a Kongresem. Kongres był pod naciskiem opinii
publicznej z tego względu, że zbyt duże sumy przeznaczał na cele
wojenne, natomiast oszczędzał środki na walkę z nędzą i ubóstwem
wewnątrz kraju lub na pomoc gospodarczą dla krajów słabo rozwiniętych.
Istotą konfliktów między władzą wykonawczą a Kongresem, reprezentowanym
w tym przypadku przez senacką komisję spraw zagranicznych, jest coraz
częściej stosowana praktyka pomijania Kongresu w inicjowaniu nowych
posunięć.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych oraz zwyczajowa praktyka nakazują, aby
w niektórych sprawach polityki zagranicznej rząd zasięgał rady Senatu, a ściślej rzecz biorąc komisji spraw zagranicznych. Decyzje na przykład
prezydenta Johnsona, ich treść i sposób podejmowania spotykały się
wielokrotnie z krytyczną oceną członków senackiej komisji spraw
zagranicznych, a zwłaszcza jej ówczesnego przewodniczącego - Williama
Fulbrighta.
W sierpniu 1964 r. Kongres przyjął rezolucję w sprawie Zatoki
Tonkińskiej, zezwalającą administracji - jak twierdził rząd amerykański
- na daleko idące zaangażowanie militarne w Wietnamie6.
Rezolucja ta była przedmiotem ostrych sporów w Waszyngtonie. Prezydent i jego rząd twierdzili, że wyraża ona zgodę Kongresu na podjęcie przez
rząd wszelkich środków w Wietnamie, bez konieczności każdorazowego
zwracania się o zgodę lub radę Kongresu. Większość członków senackiej
komisji spraw zagranicznych uważała, że każde nowe rozszerzenie działań
wymaga aprobaty Kongresu, a przynajmniej powinno być konsultowane z Kongresem.
Rezolucję tonkińską podjęto po ataku okrętów amerykańskich na okręty
północnowietnamskie. Pentagon przedstawił Kongresowi dane, jakoby okręty
północnowietnamskie zaatakowały jednostki amerykańskie. Później okazało
się, że prezydent okłamał Kongres i rezolucja została anulowana.
Biały Dom jest dziś ogromną instytucją polityczną, swego rodzaju sztabem
politycznym. Prezydent jako szef państwa, rządu i sił zbrojnych oraz
przywódca partii rządzącej otoczył się kręgiem lojalnych doradców, z których wielu należy do bezpośrednich przedstawicieli grup
reprezentujących partykularne interesy. Sytuacja wojenna, konieczność
szybkiego i niezwłocznego podejmowania decyzji sprzyjają skoncentrowaniu
decyzji wyłącznie w Białym Domu. Pomija się więc często resortowych
sekretarzy, powiadamiając ich o decyzjach post factum. Uważa się, że
zakres władzy niektórych doradców prezydenckich (np. McGeorge'a Bundy'ego, Walta Rostowa, Henry'ego Kissingera, Zbigniewa Brzezińskiego
czy Eda Meesse'a, George'a Bakera i Mike'a Deavera, czy wreszcie Donalda
T. Regana za prezydentury Reagana) praktycznie przewyższał możliwości
działania wielu sekretarzy. Ludzie z otoczenia Białego Domu, pomimo że
mają tytuły doradców prezydenta lub pomocników prezydenta do
poszczególnych spraw, koncentrują w swym ręku szeroki zakres kompetencji
i efektywną władzę, znacznie wykraczającą poza formalnie określone ramy.
Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć choćby na liczbowy wzrost
grona osób otaczających prezydenta i jego urząd. Pierwszy prezydent
Stanów Zjednoczonych - Jerzy Waszyngton - zatrudniał trzech pomocników,
W. Wilson w 1918 r. - 7. Za Trumana liczba pracowników Białego Domu
wynosiła 300 osób, w 1960 r. - w momencie przejmowania urzędu
prezydenckiego przez Kennedy'ego - aparat Białego Domu dysponował już
405 etatami, a na początku drugiej kadencji Nixona - aż 600.
Obecnie w działalności aparatu Białego Domu istnieje określony podział
zadań i kierunków działań. Najważniejsze zadania należą do specjalnego
pomocnika prezydenta do spraw bezpieczeństwa krajowego. Jego zespół
nazywa się często małym Departamentem Stanu. Tu przygotowuje się ważne
decyzje w dziedzinie polityki zagranicznej i wojskowej. Osoba zajmująca
to stanowisko bierze udział w posiedzeniach gabinetu, na których omawia
się ważne problemy bezpieczeństwa kraju. McGeorge Bundy, który zajmował
to stanowisko w okresie prezydentury Kennedy'ego i Johnsona, wykonywał
wiele ważnych misji na równi z sekretarzem stanu czy obrony.
Do zakresu czynności grupy doradców prezydenta należą zadania prasowe
traktowane szeroko - jako urabianie opinii publicznej poprzez
przedstawianie pracy prezydenta i realizowanej przez niego polityki.
Specjalna grupa w Białym Domu odpowiedzialna jest za kontakty i związki
z Kongresem, a szczególnie kontakty z wpływowymi członkami Senatu i Izby
Reprezentantów. W kontaktach tych często wypracowuje się nowe projekty
ustaw, wywiera się presję na opozycyjnie nastawionych członków Kongresu.
Poza tym w Białym Domu działają: grupa z sekretarzem gabinetu i grupa na
czele z sekretarzem prezydenta. Obie spełniają ważną rolę, regulując
działalność rządu i urzędu prezydenckiego. Przygotowują między innymi
dokumenty i materiały na posiedzenia, opracowują porządek dzienny
posiedzeń, formułują projekty decyzji itp.
Wyżsi urzędnicy Białego Domu biorą udział w pracach wielu ważnych
organów rządowych. Na przykład gabinet i krajowa rada bezpieczeństwa
biorą udział w naradach z prezydentem, a wraz z szefami kluczowych
resortów współdziałają w wypracowaniu oraz realizowaniu polityki
wewnętrznej i zagranicznej.
W okresie prezydentury Richarda Nixona najważniejsze misje na odcinku
polityki zagranicznej wykonywał jego doradca, Henry Kissinger. Były to w wielu przypadkach funkcje tradycyjnie zastrzeżone dla sekretarza stanu.
To Kissinger, a nie William P. Rogers - sekretarz stanu - jeździł do
Moskwy na rozmowy z Leonidem Breżniewem i do Pekinu, w celu rokowań z Zhou Enlaiem (Czou En-lajem); on prowadził rozmowy w sprawie zawieszenia
broni w Wietnamie i wykonywał wiele innych zadań dyplomatycznych.
Kissinger był swego rodzaju ambasadorem do specjalnych poruczeń.
Wzrost prerogatyw dla doradców prezydenta powodował nieustanny rozwój
biurokracji, co wywołało opozycję w Kongresie. W związku z tym prezydent
Nixon zapowiedział redukcję personelu Białego Domu. George E. Ready -
sekretarz prasowy prezydenta Johnsona - ocenił jednak, że w okresie
pierwszej kadencji Nixona zespół prasowy i personel skupiony wokół
doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego zwiększył się trzykrotnie w stosunku do liczebności tego personelu w czasie kadencji prezydenta
Johnsona7.
Prezydent to także tytularny de facto szef danej partii. W Stanach
Zjednoczonych prezydenturę wykorzystuje się dla umocnienia systemu
dwupartyjnego.
Amerykański system partyjny ma swoją wyraźną specyfikę i różni się od
systemu partyjnego państw zachodnich. Partie amerykańskie mają nie tyle
członków, ile raczej zwolenników. Strategia ta pozwala narzucać wyborcom
program, platformę polityczną. Partia to faktycznie zawodowy aparat
partyjny. Tak zwana maszyna partyjna w Stanach Zjednoczonych służy
głównie do organizowania wyborów, czyli walki o stanowiska, władzę, o opanowanie aparatu lokalnego, stanowego i federalnego.
Dominującą rolę w systemie politycznym USA odgrywają dwie partie: Partia
Demokratyczna i Partia Republikańska.
Każda z obu partii zapewnia, że będzie realizowała to samo, tyle tylko,
że lepiej. Hasło me too (ja także), czyli tzw. mituizm, towarzyszy
prawie każdej kampanii wyborczej. Jeżeli nawet występują różnice w programach obu partii, to dotyczą spraw raczej drugorzędnych i trzeciorzędnych, pomijają zaś sprawy o zasadniczym politycznym
znaczeniu, ponieważ obie partie wywodzą się z tej samej bazy społecznej.
Obie partie natomiast bacznie zwracają uwagę na to, aby nie pojawiła się
trzecia siła konkurencyjna. W sytuacji bowiem, kiedy demokraci i republikanie nie stwarzają wyborcom rzeczywistej politycznej
alternatywy, wydawać by się mogło, że istnieją sprzyjające warunki dla
partii, która pociągnie wyborców własnym oryginalnym programem, która
przyczyni się do rozwiązania problemów, z którymi boryka się
społeczeństwo amerykańskie. Demokraci i republikanie jednak starają się
nie dopuścić do takiej sytuacji. Wszystkie tzw. partie trzecie, jakie
okresowo pojawiły się na firmamencie politycznym Stanów Zjednoczonych,
szybko znikały, były rozbijane bądź wchłaniane przez silniejsze machiny:
partii demokratycznej lub republikańskiej.
Oto kilka uwag o dwóch głównych partiach amerykańskich. Partia Republikańska (Republican Party) w swych tradycjach nawiązuje
do federalistów Hamiltona i do partii wigów. Powstała w 1854 r. w miejscowości Jackson w stanie Michigan. Partia ta reprezentowała
interesy burżuazji przemysłowej z Północy, była przeciwniczką
rozszerzania niewolnictwa poza stany południowe, opowiadała się za
protekcjonizmem w handlu itp. Wybitnym przedstawicielem tej partii był
prezydent Abraham Lincoln. W okresie jego prezydentury Partia
Republikańska, wysuwająca postępowe jak na ówczesne czasy hasła,
opowiadała się za reformą rolną, zniesieniem niewolnictwa, zdobywając
sobie dużą popularność w społeczeństwie. Od 1860 r. do 1988 r., a więc w ciągu 128 lat, Partia Republikańska znajdowała się siedemdziesiąt dwa
lata u władzy. W latach 1860-1932 republikanie wygrali prawie wszystkie
(z wyjątkiem czterech) wybory prezydenckie, natomiast w latach 1932-1952
przegrali.
Po porażce Hoovera w 1932 r. republikanie zasiedli w Białym Domu dopiero
w 1952 r. po zwycięstwie Eisenhowera. Przyrzekł on bowiem, że jeśli
zostanie wybrany na prezydenta, zakończy niepopularną wojnę w Korei. Od
1969 r. do chwili obecnej, z wyjątkiem kadencji 1977-1981 oraz 1993-2001
i 2009-2017, w Białym Domu zasiada republikański prezydent.
W polityce wewnętrznej i zagranicznej Partia Republikańska w większym
stopniu aniżeli w przypadku demokratów reprezentuje interesy kapitału.
Republikaninem był senator Joseph McCarthy oraz sekretarz stanu, J.
Foster Dulles, inicjator doktryn polityczno-wojskowych "wyzwalania" i "odpychania komunizmu", rzecznik prowadzenia polityki "na krawędzi
wojny" oraz doktryny tzw. zmasowanego odwetu.
W 1964 r. republikanie mianowali swym kandydatem na prezydenta
prawicowego senatora z Arizony, Barry'ego Goldwatera. Doznali wówczas
porażki.
Struktura Partii Republikańskiej zbliżona jest do Partii Demokratycznej.
Stukilkuosobowy komitet krajowy wybiera liczący około trzydziestu osób
komitet wykonawczy. Symbolem partii jest słoń.
Partia Demokratyczna (Democratic Party), podobnie jak
Republikańska, wywodzi się z ruchów i organizacji politycznych, które
istniały już w momencie tworzenia się Stanów Zjednoczonych Ameryki
Północnej. Wówczas to dość wyraźnie zaznaczały się sprzeczności i rywalizacja między interesami rolniczo-plantatorskimi Południa i rozwijającą się przemysłowo-handlową Północą. Interesy pierwszych,
niejako, symbolizował Jefferson i jego Partia Republikańska. Interesy
drugich reprezentowała orientacja, której rzecznikiem był Hamilton i Partia Federalistów.
Jeffersonowska Partia Republikańska przyjęła później nazwę
Republikańsko-Demokratycznej, a od 1829 r., tzn. od prezydentury
Jacksona, dzisiejszą nazwę: Partii Demokratycznej. Do 1860 r. wygrała
wszystkie wybory z wyjątkiem dwóch. Propagując hasła demokracji, zdołała
zapewnić sobie poparcie niższych warstw ówczesnego społeczeństwa
amerykańskiego. W 1860 r. doszło do rozłamu na południowych i północnych
demokratów. Na Południu demokraci stali się white mans party (partia
białych), eliminując na dłuższy okres ze stanów południowych wszelkie
konkurencyjne siły polityczne.
W latach 1829-1860 Partia Demokratyczna znajdowała się u władzy.
Podobnie jak Partia Republikańska, Partia Demokratyczna nie ma stałego
członkostwa, natomiast ma stały aparat. Szefem partii jest urzędujący w danym okresie prezydent Stanów Zjednoczonych lub ostatni kandydat na
prezydenta (jeżeli przegrał wybory). Formalnie kierownictwo partii
sprawuje Komitet Krajowy, składający się z ponad stu członków. Partia ma
swoje ośrodki w stanach, powiatach i większych miastach. Jej program nie
różni się w sprawach zasadniczych od programu Partii Republikańskiej.
Różnica dotyczy tylko spraw mniej istotnych, drugorzędnych.
Przeprowadzone analizy dotyczące wyborów wykazały, że demokraci mają
większe wpływy aniżeli republikanie w związkach zawodowych, wśród
Murzynów, rozmaitych grup etnicznych itp. Nie jest to jednak reguła. W związku z niewielkimi różnicami między obu grupami politycznymi wyborcy
często głosują raczej na osobę, na atrakcyjniejszego kandydata, a nie na
partię.
W okresie po II wojnie światowej demokraci byli u władzy w latach:
1945-1953 (H. Truman), 1961-1963 (J.F. Kennedy) i 1963-1969 (L.B.
Johnson), w latach 1977-1981 (J. Carter), 1993-2001 (B. Clinton) oraz
2009-2017 (B. Obama). Republikanie natomiast zasiadali na fotelu
prezydenckim w latach 1953-1961 (D. Eisenhower), 1969-1974 (Richard
Nixon), 1974-1977 (G. Ford), 1981-1989 (R. Reagan), 1989-1993 (G.H.W.
Bush), 2001-2009 (G.W. Bush), oraz Donald Trump (2017- ).
Amerykanie nie tylko numerują swoich prezydentów, ale również ich
klasyfikują. Taka klasyfikacja odbywa się co kilka lat. Ostatnią
opublikowano 19 lutego 2018 roku. Wzięło w niej udział 170 byłych i obecnych członków kierowniczych gremiów Amerykańskiego Towarzystwa Nauk
Politycznych. Zadaniem uczestników ankiety było ocenienie "wielkości"
danego prezydenta w skali od 0 (całkowite fiasko) do 100 (absolutna
wielkość). Nieco ponad połowa (57%) uczestników tej ankiety to
demokraci. Za niezależnych uznało się 27% osób.
Od wielu lat czołówka prezydentów uznanych za największych nie zmienia
się. Są to w kolejności: Abraham Lincoln, George Washington, Franklin D.
Roosevelt, Theodore Roosevelt, Thomas Jefferson, Harry S. Truman i Dwight D. Eisenhower. Barack Obama został sklasyfikowany na 8. miejscu,
a Ronald Reagan na 9. Bill Clinton zajął 13. miejsce, a George W. Bush
- 30. Ostatnie miejsce w tej klasyfikacji (44.) zajął Donald Trump.
Tylko najbardziej konserwatywni członkowie tego jury umieścili Donalda
Trumpa na 40. miejscu wśród 44 prezydentów amerykańskich.
Kobieta nigdy nie zasiadała na fotelu prezydenckim w Białym Domu.
Najbliżej tego celu była Hillary Clinton w 2016 roku. Uzyskała wówczas o 2,9 mln głosów więcej w głosowaniu powszechnym, ale prezydentem został
Donald Trump, który miał większość w kolegium elektorskim.
Kobiety ubiegały się o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, zanim
uzyskały prawo głosu w wyniku XIX poprawki do Konstytucji w roku 1920.
Za pierwszą kobietę startującą w wyborach prezydenckich uchodzi Victoria
Woodhull, która ubiegała się o urząd prezydenta w roku 1872 z ramienia
Equal Rights Party i w roku 1892 jako kandydatka Humanitarian Party. W wyborach w latach 1884 i 1888 kandydatką National Equal Rights Party
była Belva Lockwood. W 1920 roku o nominację Partii Demokratycznej
ubiegała się Laura Clay. Była ona delegatką na konwencji wyborczej tej
partii. W 1940 roku z ramienia Surprise Party ubiegała się o prezydenturę aktorka Grace Allen.
Potem była przerwa i dopiero w 1964 roku Margaret Chase Smith, która
jako republikanka zasiadała w Izbie Reprezentantów i w Senacie, zgłosiła
na konwencji wyborczej Partii Republikańskiej - bez powodzenia - swoją
kandydaturę do fotela prezydenckiego. W 1968 roku Afroamerykanka
Charlene Mitchell uzyskała nominację Komunistycznej Partii USA jako jej
kandydatka na prezydenta. Kolejna Afroamerykanka, Shirley Chisholm, na
konwencji Partii Demokratycznej w 1972 roku uzyskała poparcie 152
delegatów w rywalizacji o uzyskanie nominacji. W tymże 1972 roku o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich ubiegały się
również Patsy Takemoto Mink z Hawajów oraz Bella Abzug z Nowego Jorku. W wyborach w 1972 roku Linda Osteen Jenness z Socialist Workers Party
znajdowała się na listach wyborczych w 25 stanach.
43.
George W. Bush
(ur. 1946)
Kiedy 20 stycznia 2001 r. George W. Bush został zaprzysiężony jako
czterdziesty trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych, zaistniał drugi
przypadek w historii USA, kiedy ojciec i syn zasiadali na fotelu
prezydenckim. Po raz pierwszy dotyczyło to drugiego prezydenta Stanów
Zjednoczonych Johna Adamsa (1797-1801) oraz jego syna Johna Quincy
Adamsa, szóstego prezydenta USA (1825-1829). Ojciec George'a W. juniora,
George Herbert Walker Bush, był czterdziestym pierwszym prezydentem USA
(1989-1993). Jego dziadek, Prescott Bush, był republikańskim senatorem
ze stanu Connecticut. Młodszy brat, Jeb, był gubernatorem Florydy w latach 1999-2007.
George W. Bush jest najstarszym z pięciorga dzieci państwa Barbary i George'a Herberta Walkera Busha. Urodził się 6 lipca 1946 r. w New
Haven. George senior po ukończeniu uczelni w czerwcu 1948 r. spakował
dobytek i wraz z rodziną udał się studebakerem na zachód do miejscowości
Odessa w zachodnim Teksasie, gdzie rozpoczął pracę w przemyśle naftowym.
Po dwóch latach rodzice wraz z 4-letnim George'em przenieśli się do
innego miasteczka w Teksasie, do Midland.
Od drugiego roku życia George W. Bush związany jest z Teksasem. Był
chłopcem psotnym. Pasjonował się sportem, zwłaszcza baseballem. Gry w baseball uczył go ojciec, który był w czasie studiów w Yale kapitanem
drużyny uniwersyteckiej. George wiele lat później powie żartobliwie:
"Mówiłem matce, że ma siwe włosy z mojego powodu". Niedawno wyznał:
"Nigdy nie marzyłem, by zostać prezydentem. Kiedy dorastałem, chciałem
być Williem Maysem". Willie Mays był jednym z najsłynniejszych
gwiazdorów amerykańskiego baseballa. Po raz pierwszy George był na meczu
baseballowym jeszcze jako niemowlę, kiedy jego ojciec grał w drużynie
uniwersytetu Yale. W wieku kilku lat, po przeniesieniu się do Teksasu,
całymi godzinami grywał w baseball na boisku znajdującym się za domem
rodziców. Kiedy wraz z rodzicami przeniósł się do Midland w Teksasie,
grał w tzw. małej lidze baseballowej.
George W. jest najstarszym dzieckiem państwa Bushów. Jego rodzeństwo to:
7 lat młodszy brat John zwany Jebem, o 9 lat młodszy Neil, o 10 lat
Marvin i o 13 lat siostra Dorothy.
George W. przyznaje, że po ojcu odziedziczył pasję do sportu, do
współzawodnictwa, po matce zaś temperament, szybką, dowcipną reakcję,
zdolność przewidywania i bezpośredniość.
Dorastający George W. junior poszedł w ślady ojca. Rodzice posłali go do
prywatnej i ekskluzywnej szkoły średniej Phillips Academy w Andover w stanie Massachusetts, a następnie do uniwersytetu Yale. Obie szkoły
ukończył również jego ojciec. George W. junior żartobliwie mawia, że
istnieje fundamentalna różnica między nim a jego ojcem. Ojciec chodził
do szkoły podstawowej Greenwich Country Day School w Connecticut, on zaś
do szkoły podstawowej Sam Houston Elementary School oraz do San Jacinto
Junior High School w Midland. Ojca i syna różni kariera życiowa, styl
życia i choć obaj osiągnęli najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych, to
poza ukończeniem tej samej szkoły średniej i tej samej uczelni ich droga
do Białego Domu była różna.
W szkole średniej Bush był miernym studentem i średnim sportowcem.
Natomiast wyróżniał się humorem, bezpośredniością, umiejętnością
nawiązywania przyjaźni.
Koledzy zapamiętali go jako lidera zespołu cheerleaders, dopingującego
szkolne drużyny. Pozwalało mu to prezentować się przed audytorium
kibiców. Założył również szkolną ligę w niekonwencjonalnym sporcie
zwanym stickball i mianował siebie "komisarzem" tej dyscypliny.
Niektórzy koledzy z lat szkolnych upatrują w tym wczesne przejawy
umiejętności przywództwa politycznego.
W latach 1964-1968 George studiował na znakomitym uniwersytecie Yale.
Wielu biografów uważa, że bez powiązań rodzinnych, z jego dość
przeciętnymi wynikami w nauce, zapewne nie dostałby się do tej uczelni.
"Gdyby nie jego ojciec i dziadek, którzy byli gwiazdorami w Yale - pisał
"New York Times" - a ponadto dziadek był członkiem rady nadzorczej Yale
- George prawie na pewno pozostałby w Teksasie"8.
W Yale George specjalizował się w historii. Podobnie jak jego ojciec był
członkiem tajnego stowarzyszenia Skull and Bones Club. To ekskluzywna
organizacja złożona tylko z 15 członków różnego pochodzenia, którzy
spotykali się regularnie, by możliwie najbliżej się poznać. Był
przewodniczącym bractwa Delta Kappa Epsilon. Nie wyróżniał się w nauce.
Brylował natomiast na prywatkach, był duszą towarzystwa. Szybko
nawiązywał przyjaźnie i zadzierzgiwał więzi, które zaowocowały w jego
późniejszej karierze politycznej. "George - wspomina jeden z jego
kolegów z czasów studiów - po trzech miesiącach znał już wszystkich po
imieniu"9. Krytykował uczelnię za "arogancję intelektualną".
Mówił, że Yale jest siedliskiem "snobów"10.
Uprawiał sport. Na pierwszym roku grał w drużynie uniwersyteckiej w baseball, a w czasie dwóch ostatnich lat studiów grał w drużynie rugby.
Polityką się w ogóle nie interesował. "Bush interesował się wówczas
futbolem, dziewczynami i piwem"11. Po ukończeniu studiów w Yale
George W. powrócił do Teksasu. Był to okres wojny wietnamskiej. W 1968
r. wstąpił do Texas Air National Guard, gdzie w latach 1968-1973 służył
jako pilot. Ukończył szkołę pilotażu i latał na samolotach F-102 w jednostce lotniczej Gwardii Narodowej w Teksasie, 147 Skrzydle Myśliwców
Przechwytujących, wchodzącym w skład 111 Eskadry Teksaskiej Lotniczej
Gwardii Narodowej. Jego jednostka nigdy nie została powołana na front
wietnamski. Wstępując do Gwardii Narodowej, Bush automatycznie uniknął
obowiązkowej służby wojskowej. Krytykowano go za to później, zarówno w czasie, gdy ubiegał się o stanowisko gubernatora Teksasu w 1994 r. i w 1998 r., jak i w czasie kampanii prezydenckiej w 2000 r.
George W. powrócił do Teksasu, by rozpocząć, jak sam to określił,
"koczownicze lata" (nomadic years). Był to burzliwy okres, lata
dryfowania, uzależnienia alkoholowego, flirtowania z licznymi kobietami
oraz lata imania się różnych zajęć, a to w biznesie naftowym, a to w sportowym. Ten okres w życiu George'a W. Busha trwał długo. "W wieku 40
lat George znajdował się na drodze donikąd" - mówił o nim jego bliski
kuzyn, John Ellis12. Patrząc wstecz, Bush określa tamte lata jako
"tak zwane dzikie, egzotyczne dni". Kiedy ubiegał się w 1994 r. o stanowisko gubernatora, dziennikarze pytali go, czy zażywał w owych
latach narkotyki i nadużywał alkoholu, Bush odpowiedział wtedy: "Być
może używałem, być może nie... Jak się wówczas prowadziłem, nie ma to
znaczenia dla obecnej kampanii... Ważne jest, jak się zachowuję jako
człowiek dorosły". Przyznawał: "W przeszłości popełniłem błędy i wyciągnąłem z nich wnioski". Innym razem zapewniał, że w ciągu ostatnich
25 lat nie zażywał narkotyków13.
W 1973 r. George W. zaczął poważnie myśleć o zrobieniu kariery w biznesie. Postanowił się dokształcić. Najpierw zabiegał o przyjęcie na
wydział prawa University of Texas, ale nie został przyjęty. W tej
sytuacji, nie mówiąc nikomu w rodzinie, złożył podanie do Harvard
Business School, by kształcić się w zarządzaniu gospodarką. Został
przyjęty. Rozpoczął studia magisterskie na Uniwersytecie Harvarda i tam
w 1975 r. uzyskał tytuł magisterski - MBA (Master of Business
Administration).
Po zrobieniu magisterium na Harvardzie wrócił, jak niegdyś jego ojciec
po ukończeniu Yale, do Teksasu do Midland i, choć niewiele wiedział o przemyśle naftowym, postanowił rozpocząć karierę nafciarza.
Poważny biznesmen powinien mieć uregulowany status rodzinny. W lecie
1977 r. George W. Bush zobaczył na kolacji u wspólnych znajomych w Midland, Jan i Joego O'Neillów, 30-letnią Laurę. "Kiedy ją spotkał -
jakby piorun w niego uderzył" - wspomina jego matka, Barbara Bush. Kiedy
się poznali, oboje przekroczyli już trzydziestkę i ku zaskoczeniu
rodziców w ciągu nieco ponad trzech miesięcy pobrali się 5 listopada
1977 r. Ślub był stosunkowo skromny, z udziałem tylko najbliższej
rodziny i najbliższych przyjaciół. Laura zapytana kiedyś, dlaczego ten
romans tak szybko przekształcił się w małżeństwo, odpowiedziała:
"Obawiałam się, że zostanę starą panną i jestem pewna, że on obawiał się
zostać starym kawalerem, oboje pragnęliśmy mieć dzieci. Ponadto on
mieszkał wówczas w Midland, a ja w Austin, i jeżeli mieliśmy się
spotykać, musieliśmy się pobrać". Potem żartobliwie dodała:
"Przypuszczam, że podówczas w Midland byliśmy jedynymi osobami w stanie
wolnym". Przez pierwsze 15 lat małżeństwa George rozwijał swoje
przedsiębiorstwo naftowe. Laura prowadziła spokojny tryb życia. W 1981
r. urodziła bliźniaczki, Barbarę i Jenny. Obie córki odziedziczyły
imiona po babciach.
Laura miała duży wpływ nie tylko na transformację życia osobistego
George'a W. juniora, ale także na jego karierę polityczną.
W 1978 r. odbywały się wybory do Kongresu. Kiedy dotychczasowy
demokratyczny kongresman George Mahon oświadczył, że nie będzie ubiegał
się o ponowny wybór, George W. Bush postanowił spróbować szans w polityce. Mając 31 lat, ubiegał się o miejsce w Izbie Reprezentantów
jako republikanin: Bush przegrał wybory, ale uzyskał dużo głosów, aż
47%.
Po przegranych wyborach do Izby Reprezentantów zrobił sobie
kilkunastoletni odpoczynek od polityki i zajął się interesami. W 1975 r.
założył własną firmę poszukującą nowych złóż naftowych "Bush Exploration
Oil and Gas Company". W 1983 r. jego firma połączyła się z inną z tej
samej branży "Spectrum 7", a Bush został jej głównym menadżerem. Funkcję
tę pełnił do 1986 r.
Bush przyznaje, że zdarzały mu się różne incydenty pod wpływem alkoholu.
Laura starała się odciągnąć męża od kieliszka, ale nie zawsze jej się to
udawało. Przyjaciele mówią, że alkoholizm Busha doprowadził do napięć w małżeństwie i w pewnym momencie Laura postawiła mężowi ultimatum. Bush
twierdzi: "Nigdy nie piłem alkoholu w ciągu dnia... ale czasami piłem
więcej aniżeli powinienem"14. Pewnego letniego wieczoru w 1986 r. George i Laura przebywali wraz z przyjaciółmi w miejscowości
letniskowej Broadmore w Colorado Springs. George obchodził z przyjaciółmi 40 urodziny. Wszyscy zdrowo popili. Bush obudził się
następnego ranka ze straszliwym kacem. Ku zaskoczeniu przyjaciół złożył
wówczas przyrzeczenie, że nigdy więcej nie tknie alkoholu. Było to
spontaniczne przyrzeczenie. Ale do dziś Bush go dotrzymuje.
W 1998 r. Bush senior ubiegał się o urząd prezydenta z ramienia Partii
Republikańskiej. Syn aktywnie zaangażował się w kampanię wyborczą ojca.
Odwiedzał różne stany, organizując ojcu poparcie. Służył mu jako
społeczny doradca.
Potrafił ostro rozprawiać się z jego przeciwnikami. Kiedy robiono mu z tego powodu zarzuty, odpowiedział: "Jest ogromna różnica, czy się jest
synem kandydata na prezydenta, czy kandydatem na prezydenta. I zdaję
sobie sprawę z tej różnicy". Innym razem powiedział: "Kocham swojego
ojca i nie powinno nikogo dziwić, że w jego imieniu walczyłem jak
zawzięty wojownik".
W czasie gdy jego ojciec ubiegał się o prezydenturę, George W. 17
miesięcy spędził w Waszyngtonie, pomagając ojcu w kampanii wyborczej, a po zwycięstwie w listopadzie 1988 r. pomagał mu w skompletowaniu
administracji. Poznał wtedy wielu ludzi, których przyciągnął 12 lat
później do swojej administracji. George W. nie lubił Waszyngtonu i nie
czuł się w tym mieście dobrze. Nic więc dziwnego, że w czasie swojej
kampanii prezydenckiej w 2000 r. wielokrotnie krytycznie wyrażał się o atmosferze panującej w stolicy USA i sugerował potrzebę politycznego
odnowienia Waszyngtonu.
Kiedy Bush senior zasiadł na fotelu prezydenckim, musiał czuwać, by
ostry język syna nie wywołał jakiegoś incydentu. W czasie oficjalnej
wizyty królowej Wielkiej Brytanii Elżbiety II w Białym Domu, George W.
podszedł do niej i stwierdził: "Jestem czarną owcą w rodzinie. A kto
jest czarną owcą w rodzinie Waszej Wysokości?" "Nie twoja sprawa" -
chłodno odpowiedziała królowa. Aby uniknąć jakichś niedyplomatycznych
utarczek w czasie oficjalnego przyjęcia w Białym Domu, Barbara Bush na
wszelki wypadek posadziła syna na drugim końcu stołu, z dala od
królowej.
Po zwycięskich wyborach ojca George W. nie chciał pozostać w Waszyngtonie i wrócił do Dallas, gdzie zaangażował się w budowę stadionu
dla drużyny baseballowej, Texas Rangers. W 1989 r. zebrał grupę 39
bogatych znajomych, którzy za sumę 86 mln dolarów w kwietniu tegoż roku
odkupili od Rusty Chiles' aż 84% udziałów tej drużyny. Osobisty wkład
George'a Busha wynosił tylko 600 tys. dolarów, ale został on jednym z dwóch menadżerów zespołu. Umożliwiło mu to dostęp do sportowych
programów radiowo-telewizyjnych i do sportowych stron czołowych gazet w Teksasie. Jego obecność na meczach była systematycznie odnotowywana, co
pozwoliło mu się identyfikować z szerokim audytorium sportowym.
Zaowocowało to w 1994 r., kiedy Bush ubiegał się o stanowisko
gubernatora Teksasu. Kiedy pytano go, czego w życiu dokonał i co zrobił
dla Teksasu, bez wahania wskazywał na piękny, nowoczesny stadion.
George W. junior już w 1990 r. rozważał, czy nie ubiegać się o stanowisko gubernatora Teksasu, ale zrezygnował z tych planów, obawiając
się, że - mając ojca w Białym Domu - posądzony będzie o oportunizm.
Ojciec jednak przegrał wybory prezydenckie w 1992 r. i sytuacja się
zmieniła. W 1994 r. George W. Bush postanowił wystartować w wyborach na
stanowisko gubernatora Teksasu. Nominację Partii Republikańskiej jako
jej kandydat uzyskał łatwo, nie mając konkurentów. Rzucił odważnie
wyzwanie dotychczasowej gubernator - demokratce, Ann W. Richards, znanej
z ciętego języka. W trakcie kampanii wyborczej Ann W. Richards nazwała
Busha "Krzaczkiem", "Fircykiem", mówiła o nim "ten chłopczyk Bush".
Często powtarzała, że gdyby nazywał się George Walker, a nie Bush, nic
by nie znaczył.
Już wówczas w 1994 r., podobnie jak w późniejszej kampanii prezydenckiej
2000 r., Bush musiał udowodnić, że ma własne sukcesy, że ma osobowość i poglądy, i nie kopiuje kariery swojego ojca ani nie korzysta z przywileju bycia członkiem klanu Bushów. "Muszę być sobą - mówił
kandydat na gubernatora. - Będąc sobą, odróżniam się od ojca, ponieważ
jesteśmy różnymi osobami. Połowa mnie pochodzi od matki, a druga połowa
od ojca. Wszystko to razem stanowi interesującą
kombinację"15.
George W. Bush ostatecznie 8 listopada 1994 r. pokonał Ann W. Richards,
uzyskując 53,5% głosów, ona zaś otrzymała 46%. Został czterdziestym
szóstym gubernatorem Teksasu.
Konstytucja stanowa nie daje gubernatorowi Teksasu dużego zakresu
władzy. Nie zaczął swojego urzędowania od śmiałych inicjatyw. Postępował
ostrożnie, starając się zrealizować swój czteropunktowy program
wyborczy. Przede wszystkim nie atakował oponentów z Partii
Demokratycznej, starając się pozyskać ich do współpracy. Mówił o sobie,
że jest człowiekiem "jednoczącym, a nie dzielącym" środowiska. Sposób
bycia i osobiste przymioty również zjednywały mu ludzi. Był jowialny,
bezpośredni i dostępny.
Jako gubernator obniżył podatki od nieruchomości na sumę 3 mld dolarów,
ale podwyższył podatek na cele oświatowe. Zwiększył także podatki od
sprzedaży i opodatkował w większym stopniu wolne zawody, między innymi
lekarzy i prawników. W sumie w Teksasie obniżono podatki o 1 mld
dolarów. Wielu, zwłaszcza demokratów, zarzucało mu, że prawie całą
nadwyżkę budżetową przeznacza na obniżenie podatków, zamiast na służbę
zdrowia, walkę z ubóstwem i inne cele społeczne. Za jego rządów w Teksasie drastycznie obniżono wydatki na programy socjalne.
Gubernatora Busha atakowano za liczne wyroki śmierci. Za jego rządów
Teksas pobił wszelkie rekordy pod tym względem. Dokonano tam egzekucji
pierwszej kobiety od czasu wojny domowej. Była nią Karla Faye Tucker.
Krytycy Busha ośmieszali go, wskazując, że w jego gabinecie, na stanowym
Kapitolu, znajduje się ogromna kolekcja piłeczek baseballowych,
natomiast nie ma książek.
3 listopada 1998 r. George W. Bush ponownie został wybrany na
gubernatora Teksasu. Uzyskał wówczas 68,6%, o wiele więcej aniżeli w wyborach 1994 r. (54%). Poparło go wówczas 27% Murzynów, 27% demokratów,
65% kobiet i 49% wyborców pochodzenia latynoamerykańskiego.
Był to pierwszy od 24 lat przypadek ponownej reelekcji na stanowisko
gubernatora w tym stanie. I tym razem wielu demokratów wspierało jego
kandydaturę. Pikantnym szczegółem w tym względzie był fakt, że w wyborach 1998 r. republikanina Busha poparł zastępca gubernatora
Teksasu, Bob Bullock, demokrata. Jako gubernator Bush miał opinię
"wrażliwego konserwatysty" (compassionate conservative), którego
polityka opiera się na ograniczonej roli rządu, odpowiedzialności
osobistej obywateli za ich losy, silnych więziach rodzinnych oraz
rozszerzonej władzy lokalnej. Bush zyskał reputację polityka, który
potrafi współpracować z demokratami w realizacji reformy oświaty, opieki
społecznej, systemu sądowniczego oraz walki z przestępczością. W reformie systemu oświaty Bush zmierzał do tego, aby w trzeciej klasie
szkoły podstawowej każdy uczeń umiał już czytać.
W ciągu pierwszych czterech lat sprawowania przez niego urzędu
gubernatora Teksasu zatrudnienie w całym stanie wzrosło o 15%,
przestępczość wśród młodocianych spadła o 30%, a liczba osób
korzystających z opieki społecznej zmniejszyła się o 47%. Nastąpił
również ogólny spadek wydatków w stanowym budżecie.
Busha jako gubernatora cechowała pewność siebie i dyscyplina osobista.
Jego dzień pracy charakteryzował się zadziwiającą rutynowością. Wstawał
wcześnie rano. Karmił koty. Wyprowadzał psa na spacer. Przynosił żonie
gazety i kawę (kiedy córki były małe). Wieczorami, kiedy wychodzili na
przyjęcia, zwykle zjawiali się z żoną jako pierwsi, ale nigdy nie
wychodzili ostatni. Przychodził do biura przed godziną 8.00. Od godziny
11.40 do 13.30 biegał zwykle od 5 do 8 km na boisku University of Texas,
po czym do godziny 15 siedział przy komputerze przy grach komputerowych.
Bush nie lubił, by mu przerywano w czasie rozmowy. Telefon odbierał
tylko wówczas, gdy sekretarka oznajmiła, że "dzwoni prezydent". Wiadomo,
że chodziło o ojca, byłego prezydenta G. Busha seniora. Gościom dawał
zwykle 5 minut. Po tym czasie asystent pukał do drzwi. Za chwilę ponowne
pukanie, po którym gubernator wstawał, dając do zrozumienia, że rozmowa
jest skończona. Lubił czytać wieczorem w łóżku. Często żona pomaga mu
dobierać literaturę, była przecież bibliotekarką. Przyznaje, że rano
stara się przeczytać fragment Biblii. Z upodobaniem korzysta z Internetu. Jest fanem baseballa. Ogląda mecze. W swoich przemówieniach
często posługuje się terminologią z tej dyscypliny sportu.
Lubi szybko dochodzić do sedna sprawy. Kiedy ktoś zbyt długo przemawiał,
gubernator mu przerywał. Dobrze się czuł na naradach roboczych.
Wysłuchiwał chętnie nowych idei i nowych planów, ale bez wdawania się w szczegóły. Chętnie przekazywał kompetencje współpracownikom. Jako
gubernator zachęcał legislaturę stanową do korzystania z pełni władzy.
Trudno jednoznacznie określić, kiedy George W. Bush wykazał
zainteresowanie urzędem prezydenta. Prawdopodobnie wówczas, kiedy wygrał
wybory gubernatorskie w Teksasie w 1994 r. Gdy w 1998 r. powtórzył
sukces, wtedy już otwarcie mówiono, że jest poważnym kandydatem do
Białego Domu. Wykazał się wówczas zdolnością do zgromadzenia znaczących
funduszy na własną kampanię wyborczą. Wiele pieniędzy pochodziło spoza
stanu Teksas.
"Nigdy nie marzyłem, by zostać prezydentem - zwierzał się Bush
tygodnikowi "Time". - Nigdy nie było to częścią moich planów życiowych.
Nagle ludzie zaczęli mówić mi o prezydenturze"16. W połowie 1999 r. 62% obywateli amerykańskich ankietowanych przez "Time"
miało pozytywną opinię o Bushu, a tylko 21% niekorzystną. Równocześnie
73% ankietowanych stwierdziło, że chcieliby wiedzieć o nim coś więcej.
Już wówczas, w połowie czerwca 1999 r., na pytanie, na kogo byś głosował
dziś, 55% ankietowanych opowiedziało się za Bushem juniorem, a 42% za
Gore'em17. Żaden z nich wówczas jeszcze nie otrzymał oficjalnej
nominacji swojej partii.
We wtorek 2 marca 1999 r. George W. Bush oficjalnie oświadczył, że
tworzy komitet, którego zadaniem będzie rozpoznanie jego szans
wyborczych oraz zbieranie pieniędzy na kampanię wyborczą. Utworzenie
takiego komitetu pozwala legalnie przyjmować pieniądze i z reguły jest
wstępem do oficjalnego zgłoszenia kandydatury w wyborach prezydenckich.
W składzie jego komitetu rozpoznawczego znaleźli się znani i wpływowi
politycy związani z Partią Republikańską i z administracją Busha
seniora.
Oficjalnie George W. zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta w sobotę 12
czerwca 1999 r. "Będę się ubiegał o stanowisko prezydenta Stanów
Zjednoczonych. Nie ma już odwrotu... Kandyduję, ponieważ chcę, by nasza
partia stała się ucieleśnieniem konserwatyzmu i hojności serca" -
oświadczył. Już na początku zebrał 7,6 mln dolarów na kampanię wyborczą,
tyle samo, co pozostali republikańscy kandydaci razem wzięci. W okresie
prawyborów zrezygnował z finansowania swojej kampanii wyborczej z budżetu federalnego. Gdyby bowiem przyjął środki rządowe, musiałby
ograniczyć wpływy ze źródeł prywatnych.
Droga do uzyskania nominacji Partii Republikańskiej prowadziła przez
prawybory. Aby uzyskać nominację, musiał pozyskać minimum 1034 delegatów
spośród ogólnej liczby 2066, którzy mieli zebrać się na konwencji w Filadelfii w dniach 31 lipca - 3 sierpnia 2000 r.
W prawyborach stoczył walkę z kilkoma politykami republikańskimi.
Najgroźniejszym jego rywalem był senator z Arizony, John McCain, bohater
wojny wietnamskiej. Mimo że Bush poniósł w kilku prawyborach stanowych
porażkę z McCainem, ostatecznie pozyskał największą liczbę delegatów,
wystarczającą, by zdobyć nominację Partii Republikańskiej.
Republikanie zebrali się na konwencji nominacyjnej w Filadelfii w dniach
31 lipca - 2 sierpnia 2000 r., starając się zaprezentować jako partia
jednocząca i obejmująca całe społeczeństwo amerykańskie. W związku z tym
eksponowano mniejszości etniczne, kobiety, młodzież. W przyjętej
platformie wyborczej obiecano między innymi zmniejszyć podatki, wspomóc
szkoły wyznaniowe i prywatne, utrzymać karę śmierci, przeciwstawić się
ograniczeniom dostępu do broni18.
Konwencja republikańska przebiegała zgodnie ze scenariuszem ustalonym
przez sztab wyborczy Busha. Miało nie być żadnych wewnętrznych sporów,
ostrych ataków na przeciwników politycznych. Miał dominować optymizm i wiara w przyszłość Ameryki. Busha kreowano na nowego republikanina,
tolerancyjnego, jednoczącego ludzi różnych ras i poglądów, a równocześnie reprezentującego tradycyjne wartości "wrażliwego
konserwatystę". Bush i republikanie zaprezentowali się na tej konwencji
jako zwolennicy polityki umiarkowanej, starannie ukrywając skrajności.
George W. Bush otrzymał nominację jednomyślnie od delegatów jako
kandydat republikanów na prezydenta. Dick Cheney, były sekretarz obrony
USA, został kandydatem na wiceprezydenta.
Zgodnie z tradycją na zakończenie konwencji George W. Bush junior
przybył osobiście, owacyjnie witany, by przyjąć zaoferowaną mu
nominację. Przy tej okazji wygłosił tzw. przemówienie akceptacyjne,
które trwało 51 minut. Przedstawił się w nim jako polityk "ponad
podziałami". Skrytykował 8-letnie rządy demokratów, którzy prześlizgnęli
się przez okres prosperity, nie podejmując ważniejszych decyzji.
"Oni mieli swoją szansę - powiedział. - Nie potrafili przewodzić. My to
zrobimy". Skrytykował Clintona i Gore'a za brak odwagi w podejmowaniu
śmiałych decyzji.
"Gdyby Gore był prezydentem w czasie przygotowywania lądowania na
Księżycu, to uznałby to za zbyt niebezpieczne" - powiedział Bush19.
Przyrzekł zreformować system szkolnictwa publicznego, system emerytalny,
obniżyć podatki i energicznie zwalczać analfabetyzm. Obiecał podnieść
morale sił zbrojnych i zwiększyć wydatki na obronę. Przedstawił się jako
człowiek z teksaskimi korzeniami, który jest w Waszyngtonie
outsiderem20.
Tradycyjnie już kandydat republikanów unikał konkretów, obiecując
jedynie między innymi rozszerzenie dostępu do ubezpieczeń zdrowotnych
dla 44 mln Amerykanów, nieobjętych tego rodzaju opieką. Zapowiedział
reformę systemu emerytalnego i poprawę sytuacji w oświacie. Zapowiedział
realizację narodowego systemu antyrakietowego i zwiększenie budżetu
obronnego. O polityce zagranicznej prawie nie wspomniał. Ani razu nie
padły nazwy Rosji, Chin czy Unii Europejskiej. W ogóle było to zręczne
przemówienie, które niewątpliwie przyczyniło się do zwiększenia przewagi
Busha nad Gore'em do kilkunastu punktów.
Pozycja wyjściowa Busha do listopadowych wyborów była korzystna. Miał
dobre nazwisko, chociaż jego rodzina nie lubi, kiedy mówi się o dynastii
Bushów. Ojciec jest byłym prezydentem. Brat Jeb jest gubernatorem
Florydy, stanu czwartego pod względem liczby głosów elektorskich. On sam
był od ponad pięciu lat gubernatorem Teksasu, który jest trzecim stanem
pod względem liczby głosów elektorskich. Bush zgromadził dotąd ponad 90
mln dolarów na kampanię wyborczą, podczas gdy Gore 48 mln dolarów. Miał
poparcie wielkiego kapitału. Jest bezpośredni, przyjemny w sposobie
bycia. Da się lubić - mówią o nim. Kiedy Amerykanów zapytano, z kim
chcieliby spędzić cztery lata w windzie, która utknęła między piętrami,
większość odpowiedziała, że z Bushem, a nie z Gore'em.
George W. Bush, aby utrzymać się na fali popularności, natychmiast po
zakończeniu konwencji wraz ze swym sztabem i kandydatem na
wiceprezydenta, Dickiem Cheneyem, wsiadł do specjalnego pociągu zwanego
"2000 Victory Express" i udał się do kilku stanów środkowego zachodu. Na
końcu ostatniego z 16 wagonów pociągu była platforma, na której pojawiał
się Bush na każdej stacji, na której zatrzymywał się pociąg, i przemawiał do wyborców. Ten sposób prowadzenia kampanii w 1948 r.
zapewnił zwycięstwo Trumanowi.
Po konwencji republikańskiej przewaga Busha nad Gore'em wzrosła do
kilkunastu punktów i wynosiła 47:36 - według sondażu sieci telewizyjnej
NBC. Al Gore otrzymał nominację Partii Demokratycznej na konwencji,
która odbyła się w Los Angeles w dniach 14-17 sierpnia 2000 r.
Bush rozpoczął kampanię energicznie, przede wszystkim poprzez reklamy
telewizyjne w najważniejszych stanach. Wiele kontrowersji wzbudziła jego
propozycja, by eksploatować ropę naftową w samym sercu parku narodowego
Alaski po to, żeby zmniejszyć zależność Stanów Zjednoczonych od importu
ropy. Kiedy ekolodzy ostro skrytykowali ten pomysł, Bush tłumaczył, że
wydobycie będzie się odbywało na obszarze wynoszącym 1,5 mln akrów, co
stanowi 8% całego obszaru Arctic National Wildlife Refuge, będącym
rezerwatem dla zwierzyny na Alasce21.
Wszyscy oczekiwali na trzy zaplanowane bezpośrednie debaty telewizyjne
między rywalami. Pierwszą debatę obejrzało około 70 mln telewidzów.
Nieco lepiej wypadł w niej Al Gore, ale sam jej przebieg nie wpłynął na
zmianę poglądów wyborców o kandydatach. Bush junior zaprezentował swój
10-letni plan redukcji podatków o 1,3 mld dolarów. Oskarżył Gore'a o to,
że dąży do zwiększenia ingerencji rządu w sprawy obywateli i do
rozbudowy administracji państwowej. Skoro demokraci opowiadają się tak
stanowczo za rekompensatą za leki dla emerytów, to dlaczego dotąd tego
nie wprowadzili - mówił Bush.
W drugiej debacie telewizyjnej, która odbyła -się w Wake Forest
University w Winston Salem w Karolinie Północnej, lepszy okazał się
Bush. Mimo że połowę czasu poświęcono polityce zagranicznej, w której
Gore miał duże doświadczenie, przeciwnik Busha juniora nie wykorzystał
tego. George W. Bush niemal dosłownie znokautował Ala Gore'a, gdy
poruszono kwestię militarnego zaangażowania Ameryki na arenie
międzynarodowej. Na propozycję Gore'a, by Stany Zjednoczone, jako jedyne
supermocarstwo, przewodziły światu i utrzymywały wojska w różnych
krajach dla wsparcia przemian demokratycznych, Bush odpowiedział
stwierdzeniem: "Ameryka nie może być wszystkim dla wszystkich. Jesteśmy
miłującym wolność krajem i jeśli będziemy aroganccy, to będą nas jako
takich traktować, a jeśli będziemy skromni, będą nas szanować".
"Rzeczywiście zgadzam się z tym" - przyznał Gore, a prowadzone w trakcie
debaty sondaże natychmiast wykazały, że taka postawa Busha zyskała
niemal stuprocentową akceptację nie tylko wśród wyborców
republikańskich, ale i elektoratu demokratów oraz wyborców
niezależnych22.
Ostatnia, trzecia debata telewizyjna odbyła się 17 października w Washington University w St. Louis w stanie Missouri. Zdaniem
komentatorów amerykańskich była najlepsza. Obaj kandydaci odpowiadali na
pytania wyborców, w tym także wyborców niezdecydowanych. Ujawniła
wyraźniej różnice w podejściu obu kandydatów do najważniejszych
problemów społecznych, gospodarczych i politycznych. Bush zaprezentował
się w niej jako wiarygodniejszy i bardziej zdyscyplinowany polityk. Gore
był natomiast bardziej konkretny i lepiej przygotowany merytorycznie.
Bush atakował Gore'a za osiem lat rządów demokratów.
"Przez osiem lat nie zrobiliście nic w sprawach reformy opieki
zdrowotnej, ubezpieczeń emerytalnych, karty praw pacjenta. Nadszedł więc
czas, żeby coś z tym zrobić. Ja to zrobię" - przekonywał, zarzucając
rywalowi, że chce roztrwonić nadwyżkę budżetową, rozbudować biurokrację
i przyznać urzędnikom, zamiast obywatelom, prawo do decydowania o sposobach dysponowania nadwyżkami. W odróżnieniu od obiecującego ciągle
"walkę" Gore'a, starał się zaprezentować jako ten, który jednoczy, i wykazać gotowość do współpracy zarówno z republikanami, jak i z demokratami, by "położyć kres swarom politycznym w Waszyngtonie i załatwić najważniejsze dla kraju sprawy".
Bush junior ujawnił swoje zeznanie podatkowe. Wynikało z niego, że oboje
z żoną mieli w 1999 r. dochody równe 1 610 400 dolarów i zapłacili 449
301 dolarów podatku, czyli 27,9%. Był to dochód o 10% niższy aniżeli w 1998 r.
Kampania wyborcza 2000 r. była najdłuższa i najdroższa w historii Stanów
Zjednoczonych. Ocenia się, że wszyscy kandydaci do urzędów obieralnych
wydali na nią około 3 mld dolarów. Dominowały w niej sprawy wewnętrzne.
Wielką nieobecną była polityka międzynarodowa.
W powszechnym głosowaniu 7 listopada Al Gore otrzymał 50 158 094 głosy,
Bush 49 820 518 głosów. Przewaga Gore'a wyniosła więc 337 576 głosów.
Gore uzyskał 267 głosów elektorskich, podczas gdy Bush 246. W 538-osobowym Kolegium Elektorskim do zdobycia prezydentur potrzebne jest
minimum 270 głosów. Kontestowane 25 głosów elektorskich Florydy stało
się w tej sytuacji przysłowiowym języczkiem u wagi.
Wyniki na Florydzie były następujące:
George W. Bush junior 2 912 790 głosów
Al Gore 2 912 253 głosy
Przewaga Busha juniora 537 głosów
Zamożni obywatele w większości głosowali na Busha juniora, podobnie jak
wyborcy z wykształceniem średnim i wyższym. Bush otrzymał poparcie 33%
Latynosów i zaledwie kilku procent Murzynów. Większość kobiet głosowała
na Gore'a.
We wtorek 12 grudnia 2000 r. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych głosami
5:4 orzekł, że nie ma czasu na ręczne sprawdzanie kart do głosowania
według jednolitych kryteriów, ponieważ zgodnie z prawem wyborczym 18
grudnia elektorzy - członkowie Kolegium Elektorskiego - muszą oddać
głosy i dokonać wyboru prezydenta. Równocześnie Sąd Najwyższy głosami
7:2 unieważnił decyzję Sądu Najwyższego Florydy z 8 grudnia o ponownym
sprawdzeniu 43 tys. kart do głosowania, odrzuconych przez maszyny jako
nieważne. Oznaczało to, że w Kolegium Elektorskim Bush przejął wszystkie
25 głosów elektorskich Florydy i będzie miał w sumie 271 głosów, o jeden
głos więcej niż potrzeba, by zostać wybranym prezydentem Stanów
Zjednoczonych. Gore otrzymał 267 głosów.
Dopiero trzydziestego szóstego dnia od daty wyborów Amerykanie
ostatecznie dowiedzieli się, kto zostanie czterdziestym trzecim
prezydentem Stanów Zjednoczonych. Dwanaście godzin po orzeczeniu Sądu
Najwyższego USA Gore polecił swojemu komitetowi wstrzymanie działalności
na Florydzie. Zanim Gore wystąpił z publicznym przemówieniem, zadzwonił
wspaniałomyślnie do Busha i pogratulował mu zwycięstwa. Obaj uzgodnili,
że uczynią wszystko, aby wyciszyć zamieszanie wywołane zaciętą walką
wyborczą. "Teraz, kiedy Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, nie powinniśmy
mieć wątpliwości. Choć nie zgadzam się z decyzją sądu, przyjmuję ją" -
podkreślił wiceprezydent23. Również prezydent Clinton
zadzwonił do prezydenta elekta Busha z gratulacjami i przyrzekł udzielić
mu wszelkiej pomocy w sprawnym przejęciu władzy.
George W. Bush przemówił w telewizji godzinę po wystąpieniu Gore'a. W jego wystąpieniu nie było triumfalizmu: raczej wyczuwało się uczucie
ulgi po gorzkich sporach z liczeniem głosów. "Nie zostałem wybrany, by
służyć jednej partii, lecz by służyć jednemu narodowi" - powiedział.
Nadał swojemu przemówieniu ton pojednawczy. Powiedział między innymi:
"Mam nadzieję, że długie oczekiwanie ostatnich pięciu tygodni wzmocni
pragnienie przezwyciężenia goryczy i podziałów politycznych. Nasz naród
musi się wznieść ponad podziałami. Wspólne nadzieje, cele i wartości
Amerykanów są o wiele ważniejsze niż polityczne różnice. Republikanie
chcą tego, co najlepsze dla naszego państwa. Demokraci tak samo. Możemy
głosować inaczej, ale pragniemy tego samego. Wiem, że Amerykanie chcą
pojednania i jedności. Wiem, że Amerykanie chcą postępu. Musimy
wykorzystać ten moment i zapewnić im to.
Razem będziemy pracować, by wszystkie nasze szkoły publiczne były
świetne, ucząc każde dziecko bez względu na pochodzenie i akcent. Razem
uratujemy system ubezpieczeń społecznych, by na nowo dawał pewność
bezpiecznej emerytury następnym pokoleniom. Razem naprawimy służbę
zdrowia i zapewnimy emerytom objęcie kosztów lekarstw na receptę
ubezpieczeniami emerytalnymi. Razem damy Amerykanom szerokie,
sprawiedliwe i odpowiedzialne z punktu widzenia budżetu państwa ulgi
podatkowe. Będziemy prowadzić ponadpartyjną politykę zagraniczną wierną
naszym wartościom i naszym przyjaciołom. [...] Wspólnie będziemy
rozwiązywać nasze najpoważniejsze problemy społeczne. To istota
współczującego konserwatyzmu, na której będzie się opierać moja
administracja. Te priorytety nie są wyłącznie republikańskie ani nie są
sprawą demokratów. To obowiązek Amerykanów"24.
Po tym, jak Gore uznał zwycięstwo Busha juniora, rząd federalny zwolnił
5,3 mln dolarów, które należały się nowemu prezydentowi na przygotowanie
się do przejęcia władzy. Dotąd odmawiał przekazania tych pieniędzy i kluczy do biur w Waszyngtonie, w którym mieli urzędować ludzie Busha
juniora do czasu jego zaprzysiężenia 20 stycznia 2001 r. Bush w związku
z tym zaapelował do sponsorów o zbiórkę pieniędzy na ten cel i wynajął
biura dla swojego personelu w pobliżu Waszyngtonu.
Nieprzypadkowo Bush, chcąc uspokoić świat co do kierunku swojej polityki
zagranicznej, pierwsze nominacje ogłosił w tym właśnie resorcie.
Stanowisko sekretarza stanu powierzył generałowi w stanie spoczynku,
Collinowi Powellowi. Zapowiedział tę nominację już 15 grudnia. Doradcą
prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego została Condoleeza Rice,
sekretarzem obrony 68-letni Donald Rumsfeld, który tę funkcję pełnił w administracji Forda, sekretarzem skarbu 65-letni Paul O'Neill, prezes
potężnego koncernu aluminiowego Alcoa Corp., sekretarzem rolnictwa po
raz pierwszy została kobieta - Ann M. Veneman, sekretarzem handlu zaś
długoletni przyjaciel Busha juniora - Donald Evans.
W poniedziałek po drugiej środzie grudnia, czyli 18 grudnia 2000 r.,
zgodnie z prawem wyborczym elektorzy w stolicach swoich stanów oddali
głosy na zwycięzcę w ich stanie. Nie było niespodzianki. George W. Bush
otrzymał 271 głosów. Gore - 266 głosów, o jeden mniej niż faktycznie
dostał, ponieważ jeden z elektorów, Barbara Lett - ze stolicy USA,
Waszyngtonu - oddała pustą kartę, protestując przeciw temu, że stolica
nie ma swojej reprezentacji w Kongresie.
Następnego dnia po decyzji Kolegium Elektorskiego prezydent elekt złożył
kurtuazyjną wizytę w Białym Domu prezydentowi Clintonowi. "Przyszedłem
tu, by słuchać" - powiedział Bush reporterom przed rozmową z prezydentem. W czasie 70-minutowej rozmowy mówiono także o sprawach
międzynarodowych.
George W. Bush objął fotel prezydencki w dogodnej dla niego sytuacji
ekonomicznej Stanów Zjednoczonych, ale w trudnych warunkach
politycznych. To sędziowie Sądu Najwyższego USA mianowani przez
republikańskich prezydentów zdecydowali o tym, że Bush został
czterdziestym trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych. Co piąty
Amerykanin nie uznawał tej decyzji: społeczeństwo głęboko się podzieliło
i niektórzy Amerykanie będą podważać jego prezydencki mandat. Demokraci
długo będą pamiętać spory wokół liczenia głosów. Znany publicysta
amerykański, Jim Hoagland napisał na ten temat: "Ale by efektywnie
rządzić, Bush musi dziś zdobyć sobie również autorytet moralny.
Udowadnianie, że nie jest Billem Clintonem, więcej cudów już tu nie
uczyni. Nie pomoże też wspaniałe przemówienie inauguracyjne czy też
zatrudnienie kilku ministrów z Partii Demokratycznej. Miast tego Bush
winien skupić się na dwóch podstawowych miernikach narodowego
pojednania: zapewnieniu demokratom udziału we władzach w podzielonym
Kongresie oraz przywróceniu wiarygodności władzy sądowniczej - tej z amerykańskich instytucji, która po wyborach poniosła największe szkody".
Polityka zagraniczna była wielką nieobecną w prezydenckiej kampanii 2000
r. Było to zapewne na rękę Bushowi. Nie musiał bowiem wypowiadać się na
temat szczegółowych spraw międzynarodowych. Częściej natomiast zabierał
głos w kwestiach obronnych i statusu sił zbrojnych. Wyrażał niepokój z powodu niskiego morale amerykańskich sił zbrojnych i oskarżał o to
administrację demokratyczną. Mówił o potrzebie silniejszego wsparcia i okazania większego szacunku armii. Zapewniał, że zwiększy wydatki na
obronę narodową i zapewni bezpieczeństwo Ameryce i Amerykanom poprzez
instalację narodowego systemu rakietowego.
W przemówieniu wygłoszonym w Kalifornii 19 listopada 1999 r.,
poświęconym prawie w całości polityce zagranicznej, Bush junior
skrytykował tych republikanów, którzy opowiadali się za wycofaniem
Stanów Zjednoczonych z globalnej polityki. Izolacjonizm nazwał "drogą na
skróty do chaosu". Bush optował za silną Ameryką, działającą w "tym
wciąż niebezpiecznym i pełnym zła świecie".
Jeżeli chodzi o politykę zagraniczną, uważa, że musi ona być czymś
więcej niż tylko opanowywaniem kryzysów międzynarodowych. Musi mieć
jasno wytyczony wielki cel. A celem tym jest obrona rzeczywiście
żywotnych interesów narodowych Ameryki i przeciwstawienie się pokusom
neoizolacjonistycznym, czyli wycofaniu się z zaangażowania w sprawy
światowe. Bush sugerował, że jako prezydent będzie realizował
specyficzny amerykański internacjonalizm. Ustali jasne priorytety.
Będzie się ich trzymał i unikał dryfowania w polityce zagranicznej.
Jednak nigdzie klarownie i szczegółowo nie określił tych priorytetów. Są
one o wiele trudniejsze do zdefiniowania w postzimnowojennym świecie
aniżeli miało to miejsce w okresie rywalizacji Wschód-Zachód i trudniejsze są do określenia również obecnie sposoby obrony żywotnych
interesów narodowych.
O ile Al Gore przedstawiał się w kampanii wyborczej jako zdecydowany
"interwencjonista", to Busha określano mianem "niechętnego
internacjonalisty" (reluctant internationalist)25.
Bush wykazał dużą ostrożność w zaangażowaniu amerykańskich sił zbrojnych
w operacjach pokojowych ONZ, zwłaszcza tam, gdzie amerykańskie żywotne
interesy narodowe nie były zagrożone. Jako przykład takich operacji
wymienił Haiti i Somalię.
Przyrzekł, że jeżeli zostanie wybrany, dokona przeglądu zaangażowania
amerykańskiego w operacje pokojowe. "Chcę budować nasze sojusze, lecz
nie możemy utrzymywać pokoju w każdym miejscu." Przy tej okazji
odpowiedział również na pytanie, czy czuje się kompetentny w sprawach
międzynarodowych. "Czuję się w pełni przygotowany do przywództwa, gdy
chodzi o sprawy zagraniczne. Prezydent musi mieć klarowną wizję, co
zamierza zrobić, aby uczynić świat bardziej pokojowym - powiedział Bush.
- Stany Zjednoczone nie powinny arogancko używać siły, ale oszczędnie
się nią posługiwać i zachować potęgę"26. Była to pośrednio
również odpowiedź na wcześniejsze zarzuty jego rywala Ala Gore'a, który
stwierdził, że Bush myśli kategoriami zimnej wojny, ma duże luki w wiedzy o polityce międzynarodowej i w sprawach polityki zagranicznej
polega na prawicowych doradcach27.
Bush kilkakrotnie wypowiadał się na temat Rosji i stosunków
amerykańsko-rosyjskich. Krytykował administrację Clintona i międzynarodowe instytucje finansowe za udzielanie znaczących pożyczek,
które w skorumpowanej Rosji "zamiast trafiać do zwykłych ludzi, są
rozkradane". "Powinniśmy wspierać rosyjską demokrację, ale przez cały
czas uważać na budzące się tam nastroje imperialne" - powiedział 19
listopada 1999 r. na wiecu wyborczym w Kalifornii28.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki