Postacie
POSTACIE
Wszelkie podobieństwo do zdarzeń
i osób jest przypadkowe.
PREZES
Nieformalny prezes bazaru przy placu Szembeka w Warszawie. Przywódca i obrońca mieszkańców Grochowa. W pracy lubi sięgać po metalową pałkę, bo
"jak się nie da po dobroci, to trzeba troszeczkę inaczej".
CYGAN
Uczeń i najlepszy przyjaciel Prezesa. Dobry, wrażliwy chłopak, ale ma
krótki lont i szybko się odpala.
ARTEM
Taksówkarz oraz diler narkotyków. Osobowość paranoidalna. Miłośnik
teorii spiskowych.
MARLENA
Kiedyś Miss Grochowa, dziś utrzymanka MOPS-u. Dorabia, handlując odzieżą
przed bazarem. Jej mężczyźni umierają w tajemniczych okolicznościach.
Kocha Prezesa, ale bez wzajemności.
FILU
Przyjaciel Prezesa. Haker i majsterkowicz. Właściciel budy z elektroniką
na terenie bazaru. Sprzedaje kradzione smartfony, smartwatche i laptopy.
MAKUMBA
Dusza towarzystwa, hazardzista. Przehulał cały majątek. Ma bliskie
kontakty z Ormianami i Gruzinami. Jego dziadek przyjechał do Polski z Gabonu.
KATARZYNA
Walczy o prawa zwierząt. Wzruszają ją kurczaki. Od narkotyków dostaje
małpiego rozumu.
HALINA SKWARA
Dorabia do emerytury, sprzedając czosnek przed bazarem. Narzeczona
Janiny Pękalskiej. Posiadaczka złotej szarfy w kung-fu.
JANINA PĘKALSKA
Zajmuje się obrotem dewocjonaliami. Na jej stoisku można kupić najlepsze
obrazy, talerze oraz rzeźby ze świętymi postaciami. Narzeczona Haliny
Skwary.
ZYGMUNTA I WERONIKA
Starsze panie, które prowadzą obrót sadzonkami kwiatów doniczkowych oraz
kapciami i szalikami z wełny. W młodości pracowały w salonie masażu.
JÓZEFA MAZGAJ
Handluje przed bazarem drobnym asortymentem. Emerytowana inżynierka z zakładów FSO.
OLENA
Wybitna szefowa kuchni. Kiedyś pracowała w ośrodku wczasowym "Dzik".
Teraz zajmuje kierownicze stanowisko w fabryce pierogów.
HIPNOTYZER
Walerian Prukała, lat 87. Pracował jako portier w ośrodku wczasowym
"Dzik". Ma zdolności parapsychiczne, a także paranormalne. Czarodziej.
JASNOWIDZ
Wróżbita znany z telewizji. Stały bywalec plaży nudystów.
KSIĘCIUNIO
Kiedyś zajmował się wymuszeniami oraz haraczami, dziś organizuje gale
freak fight. Lubi pieniądze i przepych.
TOŁDI
Prawa ręka Księciunia. Pracowity i lojalny. Świetny konferansjer.
KEBSON I ŻABSON
Są jak papużki nierozłączki. Prowadzą na Grochowie zakład
blacharsko-lakierniczy. Handlują samochodami sprowadzanymi z Niemiec.
KRÓL CYGANÓW
Boss Cyganów z Otwocka i okolic. Prowadzi rozległe biznesy, m.in. handel
towarem elektronicznym i miedzianymi patelniami.
DAJANA
Córka króla Cyganów z Otwocka. Wdowa po królu Cyganów z Radomia. Piękna
i tajemnicza.
DZIDZI
Mężczyzna o twarzy dziecka. Niedawno opuścił zakład karny, w którym
siedział za morderstwo. Waleczny i honorowy.
MOSIĘŻNY KARZIŁ
Ukraiński bohater. Nieustępliwy zapaśnik. Niskorosły heros.
Prezes i Cygan
PREZES I CYGAN
No to wchodzą po schodach na czwarte piętro, bez windy, mamy dopiero
siódmą rano na zegarach, a już się umęczyli jak zwierzęta w lesie, że z nosów im woda kapie, charczą, warczą, prychają.
Wreszcie Prezes dzwonek wciska:
- Kto tam? - pyta typ jakiś zaspany, zaziewany.
- Listonosz, rentę przyniosłem - odpowiada Prezes.
Cygan aż nie wierzy w to, co słyszy, nie wierzy, że taki numer
przejdzie, a tu taka miła niespodzianka, bo kolo za zasuwkę łapie i drzwi im uchyla do swojej słodkiej, bezbronnej krainy. I już Prezes kopa
z podeszwy ładuje i wpadają do mieszkania, jakby drapieżniki wpuścić
między drób, moi mili, taki się raban zrobił! A chodzą, a pracują
metalowe pałki z góry w dół, łup! I łup! Gniotą czaszkę jak cepy ziarno.
I łup! I chlup! I chrup! Chrupią kości jak chrupki, elegancko chodzą
pały, pałeczki niczym dobrze naoliwione maszynerie do rozłupywania
czaszek i orzechów. Dokoła sypią się metalowe drzazgi, fruwają, mienią
się srebrzyście w różowych chmurach, co ulatują z klienta, a to krew i kości uchodzą z niego nosem, a także porami, jakby dywan trzepać. Fakty
są takie, że typ nie umie się, niestety, zachować, gdyż całą wersalkę
zapaskudził i Cyganowi nogawkę ochlapał, a Cygan nie lubi, kiedy robota
jest do przesady mokra, woli raczej, żeby był porządek, jeżeli chodzi o garderobę i w ogóle.
Już leży kolo na linoleum, rozwalił się jak stara chabeta po westernie i ledwo sapie, tylko bańki z gęby puszcza - jarzębiny z krwi i śliny, więc
Prezes mówi Cyganowi, że to by było tyle rozrywki na dzisiaj, i tłumaczy, że takie przyjemności to są ulotne krótkie chwile, które
przelatują gdzieś między palcami jak krew w piach, a prawdziwy lajf to
kręci się, niestety, inaczej i składa głównie z przykrych obowiązków.
Ale Cygan go nawet nie słucha, tylko stoi, patrzy na klienta, głową
kręci i nie może uwierzyć, że przeszedł ten numer z listonoszem. No to
Prezes od razu mu wyjaśnia, że on w ogóle się temu nie dziwi i - co
więcej - dokładnie tego się spodziewał, bo jeżeli taki typ podprowadził
handlarce kasetkę z bilonem na bazarze i myślał, że nie spadnie na niego
zasłużona kara, no to on musi być taką raczej amebą umysłową, która w ogóle nie posiada życia intelektualnego, nie mówiąc już nawet o osobistej kulturze oraz obyciu w świecie.
I chlust! Cucą klienta wodą z wiadra, chlusnęli, bo trochę oklapł z sił,
i pyta go Prezes w sposób stonowany, gdzie jest kasetka oraz jej
zawartość, co to została damie zawinięta spod samego Prezesa nosa, i dodaje, że w razie, gdyby oni jej tu i teraz nie znaleźli, no to, ale,
niestety, będą zmuszeni połamać jeszcze dodatkowo piszczel albo coś tam
innego. Od razu inna rozmowa, moi drodzy, ponieważ kasetka znalazła się
w okamgnieniu.
- No to nara - mówi Prezes, bo nie miał po co dalej strzępić sobie ryja
po nic, a Cygan na odchodne tylko jeszcze łup! Typowi z dyńki
wypaskudził, żeby młodzież zapamiętała sobie, jaka w okolicy obowiązuje
hierarchia wartości i kto kogo dziobie, a kto jest dziobany, i tego typu
tematy.
I tak to się właśnie kręci, moi mili, na warszawskim Grochowie, więc
kiedy Prezes z Cyganem robią obchód na bazarze, to ludzie kłaniają im
się do samej ziemi. Wiedzą doskonale, że Prezes prędzej da sobie rękę
uciąć, a Cygan oko wydłubać, niż pozwolą skrzywdzić ciężko pracującego,
czy deszcz, czy śnieg, czy chujwieco, człowieka, co handluje drobnym
asortymentem przy placu Szembeka.
Kipisz na bazarze
KIPISZ NA BAZARZE
Mamy dziewiątą rano na zegarach i już dyskoteka na bazarze, bo wjechali
na bombach-srombach, stragany fruwają, księgozbiory łopocą jak motyle,
brzęczą kryształowe wazony, stęki, ryki, piski, bo to miejskie właśnie
zlądowali i kipisz robią. Talerz z kotem potłukli, co to go miała na
handel Renata, na którą wołają Cerata, stare korale się posypały i po
chodniku skaczą, czerwone, jakby gały komu wydłubać i ptakom do
dziobania rzucać.
Kiedy człowiek trudni się nielegalnym handlem ulicznym, a w dodatku poza
miejscem do tego wyznaczonym, no to jego sytuacja nie należy aktualnie
do komfortowych, ponieważ taki ktoś to teraz musi cały swój mandżur z fantami do koca ładować, na plecy zarzucać i robić zawijkę w stylu
błyskawicznym, udawać się w pośpiechu gdzieś, nie wiadomo gdzie, latać
jak z chorym pęcherzem i ani nie zdążył się jeszcze przywitać, a już się
musi żegnać, a przecież człowiek to nie jest taboret albo też inny
mebel, że można go sobie przestawiać to tam, to sram.
Wrony, gawrony kraczą, skaczą po tych fantach, co je handlarze pogubili,
leżą flety, kaszkiety, pingpongowe paletki, baletki, manetki, album z wędrówkami świętego papieża - rozdziobany teraz w drobne frędzle na
celulozowy pył, więc prezentuje się, jakby go właśnie psu z dupy wyjąć,
i już nie będzie z niego towaru pierwsza klasa i raczej nikt za niego
ośmiu złotówek nie zapłaci. Trzeba wam wiedzieć, że to nie jest widok
dla ludzi porywczych albo o delikatnych nerwach, i lepiej, żeby taki
ktoś wzrok odwrócił i nie patrzył na to, bo ciśnienie może mu pokrywkę
wybić albo pikawa wysiądzie już całkiem, na amen, i zaraz trzeba mu
będzie szykować papierowe buciki.
Taka się tu właśnie odstawia bardacha przy placu Szembeka, a w dodatku w stolicy Polski lampa taka, że szkoda gadać. Słońce piecze Prezesowi
ogoloną na glanc banię, jakby żyletką poharatać i spirytus na to lać, aż
żyła mu wyszła na czole, jakby dżdżownicę upiec. Prezes już stoi na
dachu budy z mięsem, żeby zorientować się w zaistniałej sytuacji, i filuje po tych miejskich, jak wiskają dobytek ludzki, ale już za
momencik to oni będą stąd raczej wirować w podskokach, moi drodzy, bo
jeszcze nie wiedzą, ale Prezes już wie, że jak dzisiaj z nimi zatańczy,
to nie będzie to taniec towarzyski, tylko raczej coś w stylu ostrego
wpierdolu.
- Mandat?! Mandat?! - Handlarki twarze piłują, jęzorami łopatują, że co
to za zwyczaje, żeby karę lepić niewinnej osobie, i tłumaczą miejskim,
jak komu dobremu, żeby lepiej wsadzili sobie te paragony do dupy i poszli do cyca mamusi się przytulić i ogłady nabrać, bo kultury
osobistej to oni ni chuja nie posiadają.
Ale najwyraźniej mamy tu do czynienia z zaplanowaną akcją, i to
zakrojoną na szeroką skalę, bo z trzech radiowozów wysypały się miejskie
pały, przez łoki-toki coś tam nawijają do centrali, uchachane same z siebie, że takie robią figle-migle. Drona najnowszej generacji wypuścili
- brzęczy, bąki kręci, ale długo nie polatał, moi mili, co to, to nie,
bo już cegłą został przycelowany i spadł z hukiem między budy, no to
akurat tam miejskie nie mają po co iść i go szukać, bo co spadło na
bazarze, to jest zaklepane i zostaje na bazarze.
No to już mamy wynik jeden do zera dla Szembeka i miejskie niech lepiej
szykują michę na ostre klepanie, bo właśnie wchodzą Prezes z Cyganem,
pierwszy oraz drugi, a ludzie bazaru robią im szpaler, po plecach
poklepują i już się cieszą na dobrą zabawę. Prezes jest cały na biało
niczym z reklamy viziru wycięty albo świeżo z zakładu karnego
wypuszczony wprost na wybieg modowy, gdyż prezentuje się olśniewająco w eleganckich reeboczkach, zwiewnych joggerkach oraz koszulce z dzianiny
na wąskich ramiączkach, więc raczej na sportowo się buja. Natomiast
Cygan jest taki bardziej kędzierzawy i wyraźnie widać, że preferuje
spodnie z dżinsu i T-shirty z Pepco, a poza tym to wszystko u niego
normalnie i bez zastrzeżeń.
Prezes od razu mówi "dzień dobry" szanownej władzy miejskiej i na
eleganckości się do nich zwraca: parlez-vous, żelipapą i tak dalej, z jego ust ulatują tylko najsłodsze kawałki, a wyraz twarzy ma taki, że
normalnie to jest on zarezerwowany dla pięknych dam. Grzecznie pyta
miejskich, w jakim celu odbywa się ta niezapowiedziana wizyta, no bo
chleb ma niepokrojony, to kanapek szanownym panom nie narobi, ale
ponieważ mamy środek lata i pogodę raczej z cyklu "upały oraz zagrożenie
suszą trzeciego stopnia", więc jak sobie miejskie życzą, to Cygan może
się z nimi ewentualnie zimną coca-colą podziałować i dać grzdyla z puszki, i jakby co, to nara. Cygan potwierdza, że nie ma nic przeciwko,
ale aplikant Śmietana najwyraźniej nie jest zainteresowany konwersacją z nimi i coś się tam dalej pruje w kierunku Pani Marioli, że bilety do
kontroli i inne dokumenty byłby chętny zaobserwować. No to tego już za
wiele, moi drodzy, ponieważ wygląda na to, że Prezes rękę do miejskich
wyciągnął, jednak ta jego ręka trafiła do krainy pocałuj-mnie-w-dupę, a jak się nie da po dobroci, to trzeba troszeczkę inaczej.
Ile to już razy sprawy tak się miały, że Prezes spotkał człowieka na
ulicy albo w ciemnej bramie i grzecznie prosił, żeby ten pożyczył mu
złoty łańcuszek, co to go otrzymał na komunię świętą, albo też pokazał,
co ma w portmonetce. Gdyby taki człowiek normalnie odpalił Prezesowi, co
mu się należy, zamiast pawiana świrować, toby zębów nie pogubił i nie
trzeba by wzywać karetki.
No to Prezes już miejskiemu mówi, żeby lepiej utkał rurę i grzecznie się
zwracał do dam, mając na uwadze, że obowiązują tu pewne zasady
savoir-vivre'u i o pruciu rury nie jest tam nic napisane, w tym mniej
więcej stylu wiązankę do niego nawija. Aplikant aż się naprężył, jakby
widelec w kisiel wbić, na polikach pąsów dostał i gały wybałusza. Za
łoki-toki chce się łapać, a ręka mu się trzęsie jak do pierwszej
dziewczyny, co to jej ojciec za ścianką działową spał pijany, ale i tak
czujny jak ważka albo coś takiego. Jednak w tej chwili to nie jest
możliwe, moi drodzy, żeby się aplikant Śmietana za łoki-toki złapał,
ponieważ ono zostało dawno przez Cygana podprowadzone i już dwa razy
zmieniło właściciela. A jaka afera zrobiła się o to małe radyjko!
- A gdzie łoki-toki?! - drze japę aplikant.
- A gdzie srokikitoki? - Prezes odpowiada mu pytaniem na pytanie, co
wzbudza salwy zadowolenia zgromadzonej tu publiczności.
No więc musicie przyznać, że trochę się już zrobiło niemiło, a także
niegrzecznie. Jednak Prezes od razu informuje miejskiego, że aktualnie
to nic mu nie wiadomo o miejscu położenia owego sprzętu, ale jak tylko
się dowie, to sam osobiście zaniesie mamie aplikanta Śmietany tam, gdzie
ona przebywa, czyli przy ulicy Jubilerskiej numer taki a taki, do
mieszkania numer taki a taki, na drugim piętrze, gdyż wie, że ona
wychodzi na spacer z tym małym, śmiesznym psem marki Maltan, i ta mama
to mu na pewno odda to radyjko, jeżeli mu tak bardzo na nim zależy. Ale
teraz to będzie lepiej dla miejskiego, jak się jorgnie za siebie, bo mu
właśnie jakiś dzieciak radiowóz podprowadził, to niech on już biegnie i go łapie, zanim się komuś jakaś krzywda stanie albo coś w tym rodzaju.
Tego to już nie trzeba było dwa razy powtarzać i miejskie od razu
polecieli, ale syf po sobie zostawili, jakby szambo wybiło.
I tak się właśnie kręci dzień za dniem na bazarze, moi mili.
Ten dzień dopiero się zaczął, bo mamy trzydzieści siedem minut po
dziewiątej na zegarach, a już duchota panuje nie do wytrzymania, a biznes przecież robić trzeba, bo miejskie to mieli tylko dwadzieścia dwa
złote w portmonetkach, co je Cygan zawinął. Teraz stoi z tym towarem i liczy, i się dziwi. Ale Prezes nie dziwi się wcale, bo dobrze życie zna
i wie, że pieniądz to nie piguła na japę, którą można wyłapać znienacka
i za nic, byle jak i byle gdzie. Pieniądz sam się nie zarobi, trzeba
pieniądzowi w tym względzie pomóc.
Tajemnicze zniknięcia dam
TAJEMNICZE
ZNIKNIĘCIA DAM
- Hej, Prezes, to, Prezes, tamto, jest makaron, co spadł z tira do
zrobienia, do ożenienia na bazarze, pchamy dwa złote za paczkę i dzielimy się fifty-fifty, człowieniu, dwadzieścia siedem pudełek,
cannelloni pierwsza klasa, towar prosto ze słonecznej Italii do
pomidorowej na wasze stoły! No weź to obczaj, no ja cię nie mogę,
człowieniu! - nawija Cygan do Prezesa.
Ale Prezes go słucha tylko jednym uchem, bo widzi, jak Artem mierzy
złote najki air max od Marleny, co je ona z koca na chodniku sprzedaje,
bo, po pierwsze, kupiła za duże, a po drugie, jest teraz w finansowej
potrzebie. Trzeba wam to wiedzieć, że od wypłaty z MOPS-u minęły dwa
tygodnie z okładem, a Marlena często powtarza, że z samego MOPS-u to
człowiek nie wyżyje.
- Ja was przepraszuju, a rozejdzie się taki obów czy się nie rozejdzie?
- pyta ją Artem cały siny, bo wcisnął jeden i drugi but i truchta jak
jakaś baletnica, na paluszkach drobi. - No bo sprawa jest taka, że z tymi numerami nigdy nie wiadomo, bo na przykład Adidas to dwa numery
zawyża i tak nas oszukują na tej numeracji, żeby dać mniej gumy, a potem
ludzie na całym świecie chodzą w maluczkich bucikach. Ale wielkie
korporacyje to w ogóle mają to wsio w żopach swoich tłustych, ponieważ
dla nich liczą się tylko piniążki, i to tu i teraz! - tak ulatują z niego słowa jak bąbelki z butelki. - A z Najkiem to też różnie bywa i człowiek w końcu w ogóle nie jest w stanie ustalić rzeczywistej
numeracji tej swojej nogi, tak nas wodzą za nos i oszukują na każdym
kroku, chuje jedne! - mówi Artem i szybko dorzuca: - Jop twoju mać, ale
są jednak czudowe w chuj te trampki - z takim do niej leci komplementem
i robi się siny, to znów wpada w róż, mieni się kolorami tęczy-sręczy
jak jakaś pizda pod okiem.
- Jak po mokrym pochodzi, to się rozejdą i będzie git, czyli jakby ulał
- mówi Marlena, bo widzi, że klient zainteresowany jest i wygląda, jakby
był po wypłacie, nie tak, jak inni, co przychodzą tylko mierzyć i macać
towar oraz składać propozycje dotyczące miłości we dwoje, żeby zrobić
sobie małe randewu, polatać tu i tam, zostawić cały ten bajzel, oddalić
się na kilka chwil i zatracić w romantycznym tańcu po Grochowie, co z punktu widzenia Marleny bywało niekiedy kuszące, bo nie można cały czas
myśleć tylko o interesach.
Trzeba wam wiedzieć, że od kiedy osobisty chłopak Marleny, czyli Damian,
miał zejście z tego świata - bo pękła mu płytka w głowie i wykitował w osobistym lokum komunalnym Marleny, co je dostała po matce, a konkretnie
w osobistym fotelu Marleny, co go dostała w spadku po wujku Kazimierzu,
który zasypiał przed telewizorem z papierosem, więc dziury w tym fotelu
powypalał wielkie. No to od kiedy z tego mężczyzny o imieniu Damian
życie uszło całkiem niczym z płatka, to Marlena jest dostępna jakby dla
każdego, kto jest akurat w stanie zrobić na niej jako takie wrażenie
albo posiada dojście do mefedronu lub też innych substancji
psychoaktywnych.
Tak na marginesie, z tą płytką to też była ciekawa historia, bo Damian
nosił ją w głowie, od kiedy na wyjazdowym meczu Widzew - Legia w mieście
Łodzi ugodziła go kostka brukowa prosto w czaszkę, a Cyganka mu potem
wywróżyła, że jego szczęśliwa liczba to trzydzieści. I on obstawiał
trzydziestkę w totolotka, ale nie miał szczęścia w grach losowych. Nie
spodziewał się też, że trzydziestego października, trzydzieści lat od
tego meczu, co gola w nim strzelił Marek Koniarek, łowca bramek, płytka
w jego głowie rozpadnie się na dwie równe części, a on wykituje w fotelu
Marleny przed telewizorem i już nie obejrzy do końca odcinka M jak
Miłość, a szkoda, bo zapowiadały się emocjonujące zwroty akcji. No ale
pretensje to on może mieć tylko do samego siebie.
- Hej, Prezes, to, Prezes, tamto, to co z tym makaronem robimy? - nawija
mu Cygan, a on nic, tylko gały wlepia w tego Artema, co już te najeczki
złote wcisnął, na dziewięćdziesiąt złotych stargował i Marlenie wypłaca
należność, a że kupiła je za siedemdziesiąt, to jest całe dwadzieścia
polskich złotych kochanych do przodu.
Artem już truchta na podkulonych paluchach do swojej strzały alfa romeo,
co ją zaparkował przed kościółkiem, jezioro łabędzie odtańcowuje na
placu Szembeka, prezentuje się, jakby dostał właśnie porażenia mózgu
słońcem, co to gazety od rana na wystawie w kiosku ogłaszają, że "Uwaga,
Słońce morderca!" albo "Solarna masakra z kosmosu" i tak dalej, aż
Prezes na krótką chwilę, jakby okamgnienie, zasępił się i zadumał nad
kondycją mieszkańców jego ulubionej okolicy. Na szczęście zaraz sobie
przypomniał, że nie dalej jak kilka dni temu widział na własne oczy, jak
na bazarze Makumba pogryzł szklankę, a potem ją połknął, więc to go
pocieszyło i na nowo nabrał pewności, że kto jak kto, ale ludzie
zamieszkujący rejon Grochowa wciąż mają twarde charaktery i nie pierdolą
się w tańcu.
Lipcowe słońce okrutnie przypiekało Prezesowi głowę, a że była
całkowicie pozbawiona owłosienia, zaczął mieć już halucynacje. No bo
weźmy na przykład taką Felę Ćwiąkałę, co prowadzi handel takimi
artykułami jak praska do czosnku albo album z piramidami Majów. Ona
akurat ma psa typu buldog albo coś takiego, a wabi się Jamnik. I ten
pies z twarzy wydał się Prezesowi podobny do wuja Bogdana, tego samego,
który za okupacji dorobił się na Żydach całego garnka złota i potem
codziennie chodził na strych oglądać ten garnek oraz to złoto, aż w końcu założył kapcie, wyszedł rano do kiosku Ruchu po zapałki i nigdy do
rodziny nie wrócił, ale garnek zabrał ze sobą. No i teraz patrzy ten
pies na Prezesa i mówi:
"A masz tu dwadzieścia złotych i skocz wujkowi Bogdanowi po browara, to
dostaniesz grzdyla", na co Prezes odpowiada, że on raczej należy do
niepijących, ponieważ ma dopiero osiem lat i w ogóle nie są mu w głowie
tego typu tematy.
W tym momencie spojrzał na pusty taboret, co wyrwało go z letargu.
Otrząsnął się, uderzył z liścia w łeb i wrócił do świata ludzi żywych
oraz w pełni rozumu. Otóż tak się sprawy miały, że Prezes siłował się
teraz z pewną łamigłówką, ponieważ nie dalej jak kilka tygodni wstecz
pani Halina Skwara, która zwyczajowo siedzi koło Armenów i sprzedaje po
trzy złote czosnek, kupując go codziennie w Biedrze po złotówce - w biały dzień opuściła swój taboret rybacki i wsiąkła jak Makumba w kasynie, choć akurat pani Haliny nikt o skłonności do hazardu nie
posądza. Kiedy przyszła ciemna noc, a taboret wciąż stał na chodniku i śladu pani Haliny Skwary nie było, to nie trzeba być detektywem, żeby
wydedukować, że stało się coś strasznego. A kiedy mijały kolejne dni i tygodnie, to już było wiadomo, że na pewno wydarzyło się coś jeszcze
gorszego, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie tylko Prezes usiłował
rozwikłać tę zagadkę, ale jedynie Prezes miał w tym względzie
możliwości, jeżeli chodzi o intelekt i tego typu sprawy, natomiast na
razie nie szło mu dobrze z tym tematem, myśli w jego głowie latały jak
bąk w pustym słoiku i nie miał chwili wytchnienia dla skołatanych
nerwów.
- Pobudka, Prezes! Makaron! - dobija się niecierpliwie Cygan, ale akurat
to trzeba wam wiedzieć, że Prezes nie dopuszczał do siebie takiej
ewentualności, żeby w sposób osobisty makaronem handlować, ponieważ
doskonale zdawał sobie sprawę, że musi się szanować i dbać o reputację
biznesmena, z którym rozmowy zaczyna się od trzycyfrowych sum, a skaj
is de limit, jak to mówią i mają w zupełności rację, moi drodzy. Ale że
Cygana Prezes szanował jak własnego brata, no to mówi mu, że jest pusty
dzisiaj jak bęben w murzyńskiej chacie, więc z inwestycji raczej będą
nici, no i tak lecą od słowa do słowa, a tu znienacka taki się podnosi
raban, że momentalnie łeb pęka w drobny mak, damy krzyczą, oczami
wywracają, ozorami mielą:
- Zboczeńce! Zboczeńce!
No i tu się okazuje, że nie tylko pani Haliny od kilku tygodni brakuje
na liście obecności, ale też Józefy Mazgaj. Rano jeszcze sprzedawała
plastikową mydelnicę za dwa złote i pięćdziesiąt groszy polskich, a także kota na baterie i discmana marki Sony, i nagle wyparowała jak
kakao w bidulu. Ani widu, ani słychu. Nikt nie wie, co tu się
odjaniepawla i do czego to doszło, moi mili.
Na nic zdają się gorączkowe poszukiwania, ponieważ mamy tu do czynienia
z kolejnym niewytłumaczalnym zniknięciem. Wracają okropne wspomnienia
najczarniejszych dni bazaru. Oby nigdy nie wróciły i zostały na zawsze
zapomniane.
Suchy i Miśka
SUCHY I MIŚKA
Miało to miejsce nie dalej jak na początku lat dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku, kiedy to wyszczekaną jak sznaucer Michalinę Paprocką,
co sprzedawała na bazarze jaja, znaleziono w beczce z kiszoną kapustą.
Ludzie gadali, że zastano ją tam nie tylko zaszlachtowaną za pomocą
rzeźnickiego noża, ale też wykorzystaną w sposób intymny, i to w różne
miejsca kobiecego ciała. Kobiety z trwogą szeptały sobie opowieści o ostatnich chwilach Michaliny, a łatwo było poznać, że akurat o niej jest
mowa, bo na polikach dam występowały wtedy ogniste pąsy, a usta miały
rozedrgane jak galareta i w oczach obłęd.
Cienie podejrzenia padły na Suchego, który ponoć z denatką miał mieć to,
a także tamto wspólnego, gdyż mimo że Michalina już przeszło
siedemdziesiąt lat żyła na tym świecie, to w jego oczach jawiła się jak
Claudia Schiffer we własnej osobie. I nie miejcie o to do niego
pretensji, wybaczcie jego umysłowej kondycji, która - tak na marginesie
mówiąc - nie była najlepsza, ale to przecież nie wina Suchego, lecz jego
osobistej matki, która będąc w stanie błogosławionym, uderzała się w brzuch co i raz, a to pięścią, a to kijem, a to nadziewała się na poręcz
w klatce schodowej - robiła to nie za mocno i nie za lekko, więc dziecko
urodziło się terminowo, jednak ślad w psychice Suchego pozostał. Kiedy
już chłopaka na świat wydała, to sama zawinęła się z tego świata i nie
wiadomo było, gdzie jej szukać, kłopot zostawiła dziadkom. Suchy od
dziecka sprawiał problemy wychowawcze, ponieważ zjadał kamienie, robaki
oraz patyki, a kolekcjonował suszone muchy, którym nadawał imiona i zakładał z nimi rodzinę. Natomiast w wieku dojrzałym odnalazł się nie
najgorzej, bo nie pił, nie palił, a życiowe namiętności miał trzy:
suszone muchy, patroszenie ryb oraz Michalina Paprocka, w której
zadurzył się, mając jedenaście lat, kiedy to schował się pod jej
spódnicą, uciekając przed kolegami z klasy, bo chcieli wsadzić mu do
dupy żabę. Tego właśnie dnia twarde, mięsiste uda Pani Miśki były dla
niego ciepłym schronieniem, a kiedy dorósł, stały się także regularnie
odwiedzaną, bezpieczną przystanią, do której wpływał, potargany przez
wichry życia.
I tak było do dnia, w którym Michalina została denatką, a Suchy
pierwszym podejrzanym. Traf chciał, że Suchy miał mocne alibaj, bo całą
noc przed zaginięciem Michaliny patroszył ryby, co potwierdzało dwóch
świadków i zarazem wspólników tego patroszenia, czyli Marian Bździoch
oraz Tadeusz Bąk. Wszyscy panowie znani byli z tego, że nadużywali
alkoholu i często byli świadkami zdarzeń, które nie miały miejsca, jak
na przykład wizyta latającego spodka UFO, ale ich zeznania wystarczyły
policji do zamknięcia śledztwa w sprawie udziału Suchego w tej
makabrycznej zbrodni.
Opinia publiczna miała jednak inne zdanie na ten temat i Suchy był
zmuszony uciekać z miasta, osiadł podobno aż w Pułtusku. To urocze
miasteczko stało się dla niego domem i oazą, wolną od podejrzeń, i w spokoju ducha handlował tam rybami i kolekcjonował suszone muchy. Aż w końcu o trzeciej trzydzieści cztery nad ranem, pogrążony w żalu po
Michalinie, rzucił się pod ciężarówkę z węglem i gasł potem w męczarniach przez dwa tygodnie. Wielu więc uznało, że sprawiedliwości
stało się zadość, choć nic mu nigdy nie udowodniono, a i on do końca nie
puścił pary z gęby.
Prawdy nigdy się nie dowiemy, ponieważ Michalina zabrała ją ze sobą do
beczki, ale ludzie swoje wiedzieli, dlatego pierwsze, co zrobiono w sprawie Józefy Mazgaj, to wywalono kapustę ze wszystkich beczek na
bazarze i dokładnie przeanalizowano jej skład. I musicie wiedzieć, że
gdyby Józefa znalazła się tym sposobem i gdyby nawet zupełnie nieżywa
wyturlała się z chlustem na bruk, jak niegdyś nieszczęsna Michalina, to
wszyscy odetchnęliby z ulgą. Tak już jest, że ludzki umysł łatwiej
zrozumie to, co mu znajome, co sobie już przyswoił. Najgorszy jest stan
niepewności, bo wtedy mnożą się domysły i najstraszniejsze potwory
przychodzą do głów ludzkich, i już nie ma na nie żadnej rady. Brak
jakiegokolwiek corpus delicti, a także choćby drobnej wskazówki, która
mogłaby doprowadzić na trop złoczyńcy, a także nieznośny żar, który lał
się z nieba, jakby z wiader ukrop lać, to wszystko wprowadzało ludzi w niezdrowy trans, mieszało rozumy, rozpalało chore wizje, więc znów z ust
do ust zaczęły krążyć opowieści dziwnej treści, na polikach dam pojawiły
się te charakterystyczne ogniste pąsy, a oczy jakby chciały wylecieć z orbit.
Prezesowi krew odpłynęła z głowy i buzowała w brzuchu, poczuł także
nieprzyjemne mrowienie na swoich sznytach i przycharach, bo już
wiedział, że ktoś wszedł na jego rejon bez pukania i butów nie zdjął ani
nawet nie wytarł. A to, moi drodzy, należy odczytywać jako zniewagę oraz
wyzwanie, które jak mokra, śmierdząca szmata jest rzucone prosto w twarz
i ktoś taki nie będzie długo hasać po pastwiskach należących do Prezesa.
Już za chwileczkę, już za momencik Prezes wyekspediuje go na lepsze
pastwiska, po których Baranki Boże skaczą sobie w zgodzie, bo akurat tam
dla każdego starcza trawy Pana i tam to już nikt nie ma do nikogo o nic
pretensji.