Ryms! - wyrwało Prezesa ze snu. To Kreska weszła po krześle na biurko,
wzięła głęboki oddech i zsunęła się z blatu. Wykonała półobrót w powietrzu i gruchnęła plecami o parkiet. Wstała, otrzepała się, łapy
rozjechały się na boki.
- Co tam dzisiaj pięknego? - zagadnął Prezes, ale Kreska nie
odpowiedziała, zaaferowana wdrapywaniem się na krzesło. Gdy dotarła na
biurko, Prezes już tam czekał.
- Uczę się podskakiwać - odparła, nim znów gruchnęła o ziemię.
- To nie powinno wyglądać w ten sposób - wyjaśnił Prezes. - Popatrz
tylko na mnie.
Wybił się wysoko w górę i z gracją wylądował na fotelu. Tam rozprostował
pazurki, wyprężył grzbiet. W takich chwilach świat należał do niego.
- Spróbuj! - zachęcił. Kreska spróbowała, ale poszło jej tak jak
poprzednio. Wyglądała na bardzo zadowoloną.
- Podskakiwanie nie na tym polega - zaznaczył Prezes.
Jej pyszczek przybrał wyraz głębokiego namysłu. Koty są stworzone do
biegania i zamyślenia, ale najbardziej niezwykłe - jak Kreska - potrafią
wykonywać te czynności jednocześnie.
- Czy my się różnimy, Prezesie? - zapytała. Popatrzyli na siebie.
- Oczywiście - odpowiedział. Wiedział, że koty różnią się między sobą
dużo bardziej niż ludzie. - Jesteś kotką, a ja kotem. Ty jesteś czarna,
a ja mam wiele kolorów.
Kreska zmrużyła oczy.
- Myślałam o tym, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Wydawało mi się
nawet, że jesteś burym kotem.
- Można to nazwać w ten sposób - przyznał.
- Więc może... - ciągnęła - czarne koty podskakują zupełnie inaczej niż
bure, a nawet wielokolorowe.
- Więc spróbuj podskoczyć tak jak ja. Do góry! - poradził Prezes.
- Nie chcę. Wolę mieć czarne futerko. Nie wyobrażam sobie siebie z innym.
- To przecież nie jest na zawsze. - Polizał ją pieszczotliwie. - Jeśli
ci się znudzi, podskoczysz po swojemu i znów będziesz tak czarna, jak
może być tylko Kreska. - Ziewnął. - Może pójdziemy poleżeć? Wtedy
wyśnisz odpowiedź.
Kreska nie chciała jednak spać. Zamartwiała się aż do nocy, wreszcie
wylazła na biurko, próbując skoczyć, tak jak umiał tylko Prezes.
Najtrudniejsze było lądowanie na czterech łapach. Udało się za trzecim
razem i zaraz struchlała, pojmując ogrom własnego błędu: panowała
ciemność nieprzenikniona nawet dla kocich oczu. Musiała poczekać do
rana, żeby sprawdzić, czy jej futerko jest czarne, wielobarwne, czy
jeszcze inne.
- Och, gdzie ja byłam, Prezesie!
Prezes podniósł głowę. Śnił i właśnie sam skądś przybył. Patrzył na
Kreskę spod półprzymkniętych powiek i wywijał ogonem na znak, że nie da
się zbyć byle jakim wytłumaczeniem.
- Właśnie się zbudziłem. Ty też - mruknął. Kreska uniosła uszy. Lewe
bardziej, a prawe mniej.
- Byłam w kosmosie i chciałabym tam zamieszkać.
- Tylko śniłaś.
- Więc to musi być prawda! - spuentowała Kreska. Siedziała, szeroko
rozstawiając przednie łapki i wyglądała najśliczniej na świecie. Prezes
także usiadł. Poważny temat wymaga poważnej postawy.
- A dlaczego w kosmosie? - zapytał.
- Kosmos, musisz wiedzieć, jest jak wielka poduszka. Unosisz się, ale
nie możesz upaść. A łapki i ogonek trzymasz dokładnie tak, jak masz
ochotę.
Prezes przywołał w myślach wszystko, co wiedział o kosmosie.
- Kosmos jest bardzo duży, Kresko, i czarniejszy nawet od ciebie -
powiedział wreszcie. - Panuje tam wieczny chłód i rzeczy, których
istnienie my, koty, tylko przeczuwamy: rozpacz i samotność.
- Rozpacz i samotność - powtórzyła przerażona Kreska.
- Właśnie. Na pewno chciałabyś znaleźć się w takim miejscu?
- Bo kosmos to nie tylko wielka poduszka, ale wielkie głazy, a nawet
planety. Słyszałam o jednej, na którą chciałabym polecieć. Nazywa się...
- oczy jej błysnęły - nazywa się... planeta Kreska!
- Nigdy tam nie byłem - stropił się Prezes. Kreska pokiwała głową.
- Tam nikt nie rusza się zbyt szybko i nie próbuje cię brać na ręce.
Cały czas świeci słońce, ziemia jest miękka jak kocyk, a zamiast drzew
wyrastają miski. Nigdy nie pada deszcz i wszyscy są mniejsi ode mnie.
Chciałabym tam polecieć i nigdy nie wracać.
- Ale...
- Poleciałbyś ze mną, prawda? Poleciałbyś? Chyba że istnieje inna
planeta... - zasmuciła się - planeta Prezes!
Prezes rozejrzał się po mieszkaniu, a że drzwi były otwarte, wyszedł na
balkon. Usiadł na stole. Kreska przycupnęła obok. Patrzyli w niebo.
- To ta najjaśniejsza - wskazał Prezes. Kreska otworzyła szeroko oczy.
- Chciałabym już tam być! Chciałabym być! - cieszyła się, aż
spostrzegła, że Prezes jest jakiś nieswój.
- Widzisz, Kresko - miauknął - istnieją tysiące światów, ale my możemy
być razem tylko w tym jednym, tutaj.
Długo rozważała jego słowa.
- A gniewałbyś się, gdybym poleciała tam tylko na chwilę? Wrócę tak
szybko, że nie zdążymy się stęsknić.
- W takim razie, idź - odparł natychmiast Prezes.
I Kreska poszła, a Prezes został. Nie czekał długo. W drzwiach pojawił
się znajomy kształt. Kreska rozsiadła się na dobre.
- Wróciłaś - powiedział Prezes.
- Nie pomyślałam, że jeśli polecę na swoją planetę, nie będę mogła już
na nią spoglądać. A jeśli teraz nie widzę jej dokładnie, to boję się, że
nie zobaczyłabym również ciebie. Wiesz, ja po prostu...
- Nie wiem - rzekł Prezes.
Kreska zmarszczyła pyszczek i odpowiedziała:
- Po prostu możemy siedzieć tutaj.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki