Pretendent z Ameryki. The American Claimant - Mark Twain

Kup ebooka

11.00 zł
9.46 zł (8,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DOPISKI.

  

Pogoda, użyta w niniejszej książce.

Zaczerpnięta u najlepszych znawców.

  

Krótka, aczkolwiek gwałtowna burza szalejąca nad miastem, ucichła. Ale, chociaż deszcz przestał lać od godziny, niesforne stosy ciemnych miedzianych chmur, przez które z trudem przeciskał się dumny bezpromienny żar, piętrzyły się groteskowo, psując perspektywę skarlałych domów, podczas gdy w oddali żeglując wysoko ponad przyziemnem mglistem skupieniem dachów i kominków błysnął blady, jakby trędowaty błękit, popstrzony krostami gasnącego złota, białemi kropkami oparów oraz wątłą błyskawicą, przecinającą jego powierzchnię. Grzmot, wciąż jeszcze szemrzący w parnem i dusznem powietrzu, trzymał przerażonych mieszkańców w domach, za zamkniętemi okiennicami. Jak biedne, opuszczone, zastraszone, nędzne, głupie stworzenia, które poznały wściekłość burzy letniej, stały po obu stronach wązkiej drogi wysokopienne gmachy - upiorne i malownicze pod ciemnym baldachimem. Deszcz kapał wściekle wielkiemi kroplami melancholji, spływając z opadających dachów w kałuże lub przepełnione rowy, które w drodze do rzeki zamieniały się w bulgocące potoki.

"Bronzowa Androida". W. D. O'Connor.

"Marcowe dumne słońce zawisło chwilę - Nad dzikim, zimnym krajem Judejczyków; A potem mrok nas objął i wzeszła noc..."

"Wielkanoc w Kerak-Moab". Chinton Scollard.

"Szybko zapadający zmrok zimowy był tuż pod ręką. Znowu padał śnieg, sącząc się łagodnie, od niechcenia".

"Felicia". Fanny M. D. Mufree.

"Dobre nieba! cały zachód od lewa ku prawu płonie dumnem światłem! za chwilę ziemia drży, wstrząsa się od przeraźliwego grzmotu tysiąca bateryj. Jest to sygnał, po którym wybucha wściekłość - wrzeszczą i ryczą tysiące demonów - tysiące serpentyn ognia wiją i zapalają się w powietrzu.

Deszcz pada, wicher rozpętał się potwornym rykiem, błyskawice tak częste, że zdają się palić oczy, grzmot zamienia się w ryk, niczem 800 armat pod Gettysburgiem. Krasz! Krasz! Krasz! to drzewa bawełniane walą się na ziemię. Szr! Szr! Szr! To demon goni przez równinę wyłamując nawet źdźbła trawy. Pf! Pf! Pf! to gniew wtłacza ogniste groty w pierścienie..."

"Demon i gniew". Quard.

"Zanurzyły się codzienne marzenia po gardło w nieskończone obszary gór lazurowych w słońcu, wznoszących się ku lazurowemu niebu. Niebo, patrząc na leżącą pod niem równinę, rzuciło tu i ówdzie lazurowe odblaski swojej barwy".

"W obcym kraju". C. E. Craddock.

Widział wszystkie symptomaty burzy piasczystej, chociaż słońce świeciło jasno. Go- rący wiatr stał się dziki i natrętny. Marszczył piasczysty całun równiny w rozmaitych kierunkach. Wysoko w powietrzu wirowały stożki i spirale piasku - dziwaczny efekt na tle błękitnego nieba. W dole falbany piasku powiewały w rozmaitym kierunku, jak gdyby równinę ożywali niewidzialni jeźdźcy. Te piasczyste chmurki natychmiast rozwiewał wiatr. Tylko wielkie chmury wiatr porywał, ale wielkie chmury zaczęły wchodzić w nałóg.

Oczy Alfreda, utkwione w horyzont, widziały dach lepianki kłusownika, błyszczący w świetle słońca. Pamiętał dobrze tę lepiankę. Stąd było do niej zaledwie 4 mile, a może nawet i mniej. Znał również z dawnych czasów burze piasczyste. Biudarra słynęła niemi. Nie myśląc długo, spiął konia ostrogami i pognał ku lepiance. Zanim ujechał połowę drogi, chmury zlały się w gęsty wicher i tylko zawdzięczając instynktowi konia mógł jechać w kierunku lepianki, którą widział między uszami wierzchowca tylko wtedy, gdy słońce je oświecało".

"Oblubienica".

"Przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy padał deszcz".

"Genezis".

Koniec.

  

  

ROZDZIAŁ II.

 

Pułkownik Mulberry Sellers (działo się to na parę dni przed napisaniem owego listu do lorda Rossmore) - siedział w swojej "bibliotece", która służyła mu jednocześnie za "bawialnię", a zarazem była "galerją obrazów" i "pracownią". Zależnie od okoliczności i potrzeby nadawał jej tę lub inną nazwę. Pracował właśnie nad konstrukcją jakiejś zabawki mechanicznej - i zdawał się być niezwykle zaabsorbowany swojem dziełem. Był to siwowłosy już mężczyzna, zachował jednak dawny czerstwy i młodzieńczy wygląd, i był jak zwykle ożywiony i pełen fantazji. Jego stara kochająca małżonka siedziała opodal z robótką szydełkową w ręku i kotem na kolanach. Pokój był obszerny, jasny, zaciszny, wyglądający zasobnie, chociaż meble były lichego gatunku i bardzo nieliczne, a ozdoby i inne drobiazgi niezbyt kosztowne. Ale stały w nim kwiaty, i było coś nieokreślonego i nieuchwytnego w owej izbie, co zdradzało obecność w domu osoby o dobrym smaku i troskliwej dłoni.

Nawet nieubłagane chromolitografje na ścianach wisiały to bez zamiaru obrażenia kogokolwiek; zdawało się, iż powieszono je jedynie w celu oczarowywania gości, gdyż każdy, kto choć raz rzucił na nie okiem, zachowywał pamięć o nich do grobowej deski - wszyscy znamy ten rodzaj obrazów. Niektóre z tych straszydeł były "landszaftami", inne parodjowały morze, inne znowu miały pozory portretów - a każdy z nich był przestępstwem. "Portrety" były wizerunkami szlachetnych i zasłużonych amerykanów, ale jakaś śmiała ręka odpowiednimi napisami kazała im odgrywać rolę "earlów Rossmore". Najnowszy z "portretów" rozpoczął swój żywot jako Andrzej Jackson, ale obecnie starał się jaknajlepiej odgrywać rolę "Szymona Lathers Lorda Rossmore, obecnego earla". Na jednej ze ścian wisiała tania stara mapa sieci kolejowej w Warwickshire. Tę przechrzczono od niedawna na "Posiadłości Rossmorów". Na przeciwległej ścianie wisiała inna mapa - i ta była najbardziej imponującą ozdobą pokoju, i pierwszą rzeczą, która przykuwała uwagę gości - a to dzięki swoim rozmiarom. Ongiś nosiła skromną nazwę "Syberja", ale obecnie wyraz "przyszła" został dopisany na pierwszym planie. Były jeszcze i inne dodatki: porobione czerwonym atramentem liczne miasta, z oznaczoną ilością mieszkańców, rozsiały się po obszernej równinie w miejscach, w których dotychczas niema ani miast, ani mieszkańców. Jedno z miast, z ludnością półtoramiljonową, nosiło nazwę "Liberty-orlofskoizalinsk", ale było jeszcze i większe, w samem centrum kraju, z tytułem "stolica", nazwane: "Frydomolownaiwanowicz".

"Dwór" - tak zazwyczaj nazywał pułkownik dom, w którym mieszkał - był koślawym, dwupiętrowym budynkiem okazałych rozmiarów; w zamierzchłej przeszłości jaskrawo pomalowany - ale z biegiem czasu zdawał się sam o tem zapomnieć. Stał w odległej dzielnicy Waszyngtonu i prawdopodobnie służył kiedyś za letnią rezydencję. Otaczał go zaniedbany dziedziniec z drewnianym parkanem wymagającym naprawy, i furtka, która usiłowała otwierać się i zamykać prawidłowo.

Około drzwi wejściowych wisiało kilka skromnych napisów. "Pułk. Mulberry Sellers, doradca prawny" był najważniejszym. Inne głosiły, że pułkownik był materjalizatorem, hipnotyzerem, odgadywaczem cudzych myśli, itd. Gdyż był to człowiek, który potrafi wszystko.

Siwowłosy murzyn w okularach i zniszczonych wełnianych rękawiczkach, zjawił się nagle, stanął na baczność i zameldował:

- Massa Waszyngton Hawkins...

- Wielkie nieba! Wprowadź go, Danku, wprowadź!

Pułkownik i jego żona w jednej chwili byli na nogach, a w następnej serdecznie ściskali dłonie silnemu, dzielnemu mężczyźnie, którego ogólny wygląd nasuwał myśl, że ma lat około pięćdziesięciu, ale którego uwłosienie świadczyło o stu.

- Doskonale, ślicznie, cudownie, Waszyngtonie, mój chłopcze, dobrze jest widzieć cię znowu! Siadaj no, siadaj, i bądź jak w domu. No tak - a jakże, wyglądasz doskonale; trochęś się postarzał, odrobinkę, ale poznałabyś go pomimo to, prawda Polly?

- O tak, Berry, on wygląda właśnie tak, jak jego ojciec wyglądałby, gdyby nie był umarł. Drogi, kochany, skąd do nas spadłeś? Poczekaj, niech sobie przypomnę, ile to czasu...

- Śmiem twierdzić, że przeszło piętnaście lat, pani Sellers.

- Tak, tak, jak to ten czas leci! tak, i te zmiany w nas...

Głos jej się nagle załamał, i wargi zadrżały, podczas gdy mężczyzna milczał z uszanowaniem, czekając na koniec zdania; odwróciła się, przykładając fartuch do oczów, i cicho odeszła.

- Widocznie przypomniałeś jej dzieci, biedactwu. Umarły wszystkie, oprócz najmłodszej. Ale precz z troską - nie czas na nią - dalej w tan, niech żyje wesołość - oto moje hasło - jeżeli jest ktoś odpowiedni do tańca i weselenia się, a ty jesteś pierwszy do tego, jak zazwyczaj - wiem to z doświadczenia, a znam ludzi i świat aż nadto dobrze. No, a gdzieś to przepadał przez te piętnaście lat i czy wracasz stamtąd obecnie, lub raczej skąd przybywasz?

- Wątpię, czy zgadłbyś, pułkowniku. Z Cherokee Strip.

- Moja ojczyzna.

- Tak pewne, jak to, że żyjemy!

- Żartujesz chyba. Mieszkasz tam obecnie?

Tak, jeżeli w ten sposób można to określić; gdyż jest to właściwie kraj dzikich królików, gotowanej fasoli, skórzanych kurtek, przygnębienia, straconych złudzeń, nędzy we wszystkich jej odmianach.

- I Luna tam mieszka?

- Tak, i ona, i dzieci.

- Nie zabrałeś ich ze sobą?

- Nie stać mię było na to.

- O, już widzę - przyjechałeś wnieść skargę przeciwko rządowi. Bądź spokojny - zajmę się tem.

- Ależ nie chodzi o skargę na rząd!

- Nie? Chcesz być urzędnikiem pocztowym? Ależ nic łatwiejszego. Pozostał to mnie. Już ja to przeprowadzę.

- Ależ nie chodzi mi o pocztę - ciągle jeszcze nie możesz utrafić!

- Ależ, dobry Boże, Waszyngtonie, dlaczego nie powiesz mi otwarcie, o co właściwie chodzi?! Dlaczego jesteś tak wstrzemięźliwy i nieufny w stosunku do starego przyjaciela? Czy przypuszczasz, że nie potrafię utrzymać tajemni...

- Ależ niema w tem żadnej tajemnicy! poprostu nie dajesz mi przyjść do słowa, i...

Słuchaj-no, stary przyjacielu, znam ja rodzaj ludzki; i wiem, że jeżeli ktoś zjawia się w Waszyngtonie, czy przybywa z nieba, czy choćby z Cherokee Strip, to ma w tem jakiś interes, czegoś chce. I wiem równie dobrze z góry, że to mu się nie uda; że będzie próbował czego innego - i znowu napróżno; i to samo szczęście będzie miał przy następnej próbie; i będzie sterczał w Waszyngtonie do wydania ostatniego grosza, i ostatecznie będzie zbyt biedny i zawstydzony, by powrócić nawet na Cherokee Strip; a wreszcie serce mu pęka, a oni zrobią na niego składkę i urządzają mu pogrzeb. Tak - nie przerywaj mi, wiem co mówię. Szczęśliwie i spokojnie żyłem na Dalekim Wschodzie, czyż nie? Ty wiesz coś o tem. Byłem pierwszym obywatelem Hawkeye, szanowany przez wszystkich, coś w rodzaju autokraty, właśnie autokraty, Waszyngtonie. No, i nic nie mogłem na to poradzić - musiałem iść na ministra do st. James, gubernator i wogóle wszyscy żądali tego, wiesz to przecie, i wreszcie ustąpiłem - nie chcąc, musiałem się zgodzić i przybyłem tutaj. O jeden dzień zapóźno. Pomyśl o tem - jak to jednak, lada drobnostka zmienia historję świata - tak, mój panie, miejsce było już zajęte. No, ale ze mną musiano coś zrobić. Byłem skłonny do kompromisu i godziłem się jechać do Paryża. Prezydentowi było ogromnie przykro, itd., ale ta miejscowość nie leży na Wschodzie, a więc nie można mnie było tam wysłać. Nie było rady, musiałem ustąpić raz jeszcze - każdego z nas czeka ten los, wcześniej czy później, Waszyngtonie, i dobrze jest przyjąć go pogodnie i spokojnie - a więc ustąpiłem raz jeszcze i zaproponowałem wysłanie mnie do Konstantynopola. Zastanów no się nad tem, co powiem, Waszyngtonie - po miesiącu prosiłem o naznaczenie mię do Chin; po upływie następnego miesiąca błagałem o Japonję; a po roku, kiedy byłem już zupełnie pogrążony, ze łzami w oczach skamlałem o najskromniejszą posadę rządową w Stanach Zjednoczonych - zbieracza krzemieni w piwnicach departamentu wojny. I do djabła - nie dali mi jej.

- Zbieracza kamieni?

- Tak. Urząd ustanowiony za czasów rewolucji, w zeszłem stuleciu. Stolica dostarczała posterunkom wojskowym broni. Czynią to do dzisiejszego dnia; gdyż chociaż skałkówki zostały zarzucone, a fortece runęły - dekretu nie odwołano - przeoczono go i zapomniano o nim, jak widzisz - a więc miejsca, gdzie ongiś stał stary Ticonderoga i inni, stale otrzymują rocznie swoje sześć kwart krzemieni do skałkówek.

Waszyngton powiedział w zadumie po chwili milczenia:

- Zdaje się, to tak dziwne - zacząć jako minister dla spraw angielskich z pensją dwudziestu tysięcy rocznie i skończyć jako dozorca krzemieni.

- Trzy dolary tygodniowo, to życie człowieka, Waszyngtonie - krótkie streszczenie ludzkich ambicyj i walki - koniec; dążysz do pałacu, a topisz się w kanale...

Nastąpiła nowa pełna zadumy cisza. Następnie przemówił Waszyngton, z poważnem współczuciem w głosie:

- A więc, przybywszy tutaj wbrew swojej woli, jedynie, aby uczynić zadość swemu pojęciu obowiązków patrjotycznych i dogodzić egoistycznym żądaniom publiczności - nie uzyskałeś nic.

- Nie? - pułkownik był zmuszony unieść się i powstać, aby mieć miejsce do wylania swego zdziwienia. - Nic, Waszyngtonie! Pytam się ciebie: czy tytuł dożywotni wieczystego członka - jedynego wieczystego członka Ciała Dyplomatycznego, akredytowanego przy jednem z największych mocarstw na świecie - czy ty nazywasz to niczem?

Z kolei Waszyngton się zdumiał. Ze zdziwienia oniemiał; ale szeroko otwarte oczy, pełen szacunku podziw, rysujący się na jego twarzy, były wymowniejsze od słów. Wpłynęło to na złagodzenie zadraśniętej dumy pułkownika, który ze spokojem zajął poprzednie miejsce. Pochylił się lekko wprzód i ciągnął z naciskiem.

- Czyż mniej należało się człowiekowi, sławnemu przez swoje doświadczenia, które nie mają sobie równych w historji świata? Człowiek ów został niejako uświęcony dyplomatycznie i dożywotnio, że się tak wyrażę, gdyż chwilowo, przez własne swoje żądania, zetknął się ze wszystkiemi stanowiskami dyplomatycznymi, które znajdowały się w rozporządzeniu rządu, od Posła Nadzwyczajnego i Ministra Pełnomocnego przy dworze w St. James - poprzez wszystkie urzędy aż do konsulatu na jednej z pokrytych guanem skał prowincji Sunda - pobory wypłacane w Guano - ta skała została zniszczona przez wybuch wulkanu w wilję dnia, w którym nazwisko moje miało być wniesione na listę aplikantów. Ma się rozumieć, że powinienem był otrzymać stanowisko dość dostojne, któreby odpowiadało moim wyjątkowym i rzadkim doświadczeniom. Przez powszechne głosowanie tej gminy, przez aklamację ludu, tej najpotężniejszej formy wypowiedzenia się, która koryguje prawa i kodeksy, i od dekretów której niema apelacji, zostałem mianowany dożywotnim członkiem Korpusu Dyplomatycznego, reprezentując rozliczne władze i cywilizację świata przy Dworze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Procesje z pochodniami odprowadziły mię do domu.

- To nadzwyczajne, pułkowniku, wprost nadzwyczajne.

- Jest to najzaszczytniejsze stanowisko na całym świecie!

- Tak przypuszczam. I najbardziej nakazujące.

- Powiedziałeś. Pomyśl nad tem. Zmarszczę brwi - i wybucha wojna; uśmiecham się, i walczące narody składają broń.

- To straszne. Mówię o odpowiedzialności.

- Drobnostka. Odpowiedzialność nie jest dla mnie ciężarem; przywykłem do tego; zawsze zwalano ją na mnie.

- Ale ta praca! praca! Czy musisz brać udział we wszystkich posiedzeniach?

- Kto, ja? Czy Cesarz Rosji bierze udział w zjazdach gubernatorów prowincji? Siedzi spokojnie w domu, i dyktuje swoje kaprysy.

Waszyngton milczał przez chwilę, następnie głębokie westchnienie wyrwało mu się z piersi.

- Byłem dumny przed godziną! A teraz mój mały awans wydaje mi się tak nędzny. Pułkowniku, przybyłem do Waszyngtonu, ponieważ jestem wybrany posłem na kongres z Cherokee Strip!

Pułkownik zerwał się na równe nogi i wybuchnął niezmiernym zachwytem.

- Podaj mi rękę, mój chłopcze - ależ to bardzo ważna nowina! Winszuję ci z całego serca! Moje przepowiednie sprawdziły się. Zawsze mówiłem, że to cię czeka. Zawsze mówiłem, że urodziłeś się do najwyższych zaszczytów i otrzymasz je. Zapytaj Polly, czy nie mówiłem tego!

Waszyngton był zaskoczony tym nieoczekiwanym wybuchem.

- Ach, pułkowniku, to nie ma z tem nic wspólnego. Ten mały ciasny, spustoszały, bezludny, podłużny skrawek trawy i żwiru, zagubiony w odległych obszarach olbrzymiego kontynentu - no, to tak, jak gdybym reprezentował stół bilardowy, i do tego wybrakowany...

- Sza, sza, jest to ważny awans i zapewnia ci szerokie wpływy.

- Ts, pułkowniku, ależ ja nie posiadam nawet prawa głosu.

- To nic; mowy możesz wygłaszać.

- Nie, nie mogę; ludność wynosi zaledwie dwieście głów.

- Doskonale, doskonale.

- Nie mieli prawa mnie wybrać; nie jesteśmy uznani nawet za terytorjum; akt o uorganizowaniu nie został jeszcze ogłoszony. Rząd niema najmniejszego pojęcia o nas.

- Nie martw się tem; ja ci to przeprowadzę. Nie będę z tem bałamucił - zorganizuję was w jednej chwili.

- Zechciałbyś to zrobić, pułkowniku? O, to zbyt łaskawie z twojej strony; ale oto stoi przed tobą twój prawdziwy sobowtór, twój stary wierny przyjaciel - i łzy wdzędzności popłynęły z oczów Waszyngtona.

- To tak, jakby już zrobione, mój chłopcze. Podaj mi dłoń. Weźmiemy cugle w swoje ręce. Ty i ja, i pokażemy jak się jedzie.

 

ROZDZIAŁ I.

 

Jest niezrównany poranek wiejski w Anglji. Na pięknym pagórku widzimy majestatyczne budowle, porosłe bluszczem mury i wieżyce zamku Cholmondeley, potężną pamiątkę i świadectwo wielkości średniowiecznych baronów. Jest to jeden z zamków earla Rossmore, K. G., G. C. B., K. C. M. G., i t. p., i t. p., który posiada dwadzieścia tysięcy akrów ziemi angielskiej i jest właścicielem jednej z dzielnic Londynu, liczącej dwieście domów wypuszczonych w dzierżawę, i żyje dostatnio z dochodu dwustu tysięcy funtów rocznie. Ojcem i założycielem tego dumnego rodu był Wilhelm Zdobywca we własnej osobie - nazwiska matki historja nie wymienia, gdyż była ona tylko przypadkowym i małoznacznym epizodem w jego życiu, będąc córką garbarza z Falaise.

W sali jadalnej zamku w ów chłodny i piękny poranek znajdują się dwie osoby, oraz stygnące resztki przerwanego śniadania. Jedną z tych osób jest stary lord, wysoki, prosty, barczysty, siwy mężczyzna o surowych brwiach; z każdego rysu jego twarzy - z postawy, ruchów - przebija niezłomny charakter; dźwiga swoje siedemdziesiąt lat z taką samą łatwością, z jaką inny dźwiga pięćdziesiątkę. Drugą osobą jest jego jedynak i spadkobierca, młodzieniec o marzących oczach, który wygląda na lat dwadzieścia sześć, ale zbliża się już do trzydziestki. Prawość, uprzejmość, uczciwość, szczerość, prostota, skromność - łatwo to zauważyć, - są głównymi cechami jego charakteru. To też, jeżeli przystroimy go w całkowity przepych jego tytułów, wygląda jak jagnię w zbroi. Nazwisko jego i tytuły brzmią: czcigodny Kirkandbright Llonover Marjoribanks Sellers wicehrabia Berkeley, na Cholmondeley Castle, Warwickshire (wymawiaj: K'Kubry Tlanover Marsrbanks Seller wicehrabia Barklaj na Czumly Kastl, Worrikszr). Stoi w wielkiem oknie, w postawie wyrażającej głębokie uszanowanie dla tego, co ojciec jego mówi, a jednocześnie pełną szacunku odmienność zdania od narzucanych sobie dowodów. Ojciec przemierza pokój, mówiąc, a mowa jego dowodzi, że rozdrażnienie starego lorda doszło najwyższej temperatury lata.

- Chociaż jesteś taki łagodny, Berkeley, to wiem doskonale, że jeżeli raz uprzesz się uczynić coś, czego według ciebie wymaga poczucie honoru i sprawiedliwości, to wtedy wszelkie dowody i racje (przynajmniej chwilowo) nie działają na ciebie - i to ani śmieszność, ani perswazja, ani prośba; również i rozkaz. Co do mnie...

- Ojcze, jeżeli spojrzysz na to bez przesądów, bez gniewu, to zgodzisz się, że nie czynię nic nierozważnie, ani bezmyślnie, ani samowolnie, czego nie możnaby usprawiedliwić... Ja nie stworzyłem amerykańskiego pretendenta do hrabiostwa Rossmore; nie szukałem go, ani go nie wynalazłem, ani nie narzuciłem go tobie. Znalazł się sam, wmieszał się sam w nasze życie...

- I zamienił moje w istny czyściec na wiele lat przez te natrętne listy, rozwlekłe rezonerstwo, nudne, długie na mile, dowody...

- Których nigdy nie czytałeś, nigdy nie chciałeś czytać. Jednak przez prostą uczciwość należało go wysłuchać. Zbadanie całej sprawy wykazałoby jedynie, czy jest on rzeczywiście prawowitym earlem - w tym wypadku stanowisko nasze byłoby jasne - lub czy też nim nie jest - w którym to wypadku stanowisko nasze byłoby również jasne. Ja czytałem jego wywody, mylordzie. Zapoznałem się z niemi dobrze, zbadałem je cierpliwie i dokładnie. Łańcuch zdaje się być nieprzerwany, nie brak w nim ani jednego ogniwa. Mniemam, że jest on prawowitym earlem.

- A ja - że jestem uzurpatorem - nędzarzem bez nazwiska, włóczęgą. Zastanów się, co ty mówisz, sir. - Ojcze - jeżeli on jest prawdziwym earlem - czy zechcesz, czy mógłbyś - gdyby fakt ten został ustalony - zatrzymać jego tytuły i majątek choć przez jeden dzień, godzinę, minutę?!...

- Mówisz głupstwa - głupstwa - śmieszne idjotyzmy! Posłuchaj mię. Uczynię ci pewne wyznanie, jeżeli zechcesz to tak nazwać. Nie czytałem tych szpargałów, ponieważ nie miałem do tego powodu. Poznałem sprawę za czasów ojca tego pretendenta i mego ojca - przed czterdziestu laty. Przodkowie jego wtajemniczali przodków moich w tę historję blisko od stu pięćdziesięciu lat. Prawdą jest, że prawy dziedzic udał się do Ameryki - z dziedzicem Fairfax lub w tym samym czasie, w każdym razie - ale zniknął gdzieś w puszczach Wirginji, ożenił się i zaczął dostarczać dzikusów na rynek pretendentów; nie pisał do domu; przypuszczano, iż umarł; jego młodszy brat odziedziczył dobra; nagle ten w Ameryce rzeczywiście umarł, a jego najstarszy potomek zgłosił swoje pretensje, listownie - list ten istnieje dotychczas - umarł jednak, zanim stryj znalazł czas czy ochotę odpowiedzieć mu. Nieletni syn tego najstarszego potomka wyrósł tymczasem - przerwa była długa, jak widzisz, i ten zaczął pisać listy i zbierać dowody.

I tak czynił spadkobierca po spadkobiercy, nie wyłączając obecnego idjoty. Było to domaganie się sukcesji przez nędzarzy, żaden z nich bowiem nie był w możności opłacić podróży do Anglji lub wszcząć prawne dochodzenia; Fairfaxowie zachowali swój tytuł hrabiowski, i używają go do dzisiejszego dnia, chociaż mieszkają w stanie Maryland; przyjaciele ich stracili swój przez własne niedbalstwo. Rozumiesz więc, że faktycznie dochodzimy do takiego wniosku: moralnie włóczęga amerykański jest earlem Rossmore; prawnie - posiada do tego tytułu tyleż praw, co jego pies. No - jesteś zadowolony?

Nastąpiła pauza; następnie syn spojrzał na armaturę herbu, wyrzeźbioną na dębowym płaszczu wielkiego pieca, i powiedział z żalem w głosie:

- Od czasu wprowadzenia godeł herbowych, godłem naszego domu było Suum Cuique - każdemu, co mu się należy. Wobec twego śmiałego szczerego wyznania, mylordzie, brzmi to jak sarkazm. Jeżeli Seymour Lathers...

- Zostaw to nieszczęsne nazwisko przy sobie! Przez dziesięć lat kłuło mię w oczy i męczyło uszy! Czasami zdawało mi się, że własne moje kroki powtarzają rytmicznie: Seymour Lathers, Seymour Lathers - Szymon Lathers... A teraz aby nazawsze, na wieki wyryć je w mojej duszy, postanowiłeś - co właściwie postanowiłeś?!

- Jechać do Ameryki do Szymona Lathers i zamienić się z nim na miejsca...

- Jakto? Złożyć prawa earlostwa w jego ręce?!

- Taki mam zamiar...

- Chcesz przeprowadzić szalony plan nie poddawszy tego szczególnego wypadku pod obrady izby lordów?!

- Tak... (z zakłopotaniem i lekkiem wahaniem).

- Za wiele tych dziwactw! Przypuszczam, że jesteś chory, mój synu! Słuchajno - czy znowu zadajesz się z tym osłem, z tym radykałem - jeżeli wolisz to wyrażenie, chociaż ja uważam za synonimy - z lordem Tanzy, z Toolmache?

Syn nie odpowiedział, więc stary lord ciągnął dalej:

- Tak, potwierdzasz to. Ten szczeniak, ta zakała swego rodu i sfery, który uważa wszelkie dziedziczne tytuły i przywileje za uzurpację, szlachectwo za pusty blichtr, arystokrację za zdrajców, a wszystkie nierówności stanów za legalizowaną zbrodnię i podłość - a tylko ten chleb uczciwy, który się zdobyło własną pracą - pracą, ph! - i stary patrycjusz otrząsnął nieistniejące ślady pracy ze swoich białych rąk. - Zgadzasz się z jego poglądami, jak widzę, - dodał z szyderczym uśmiechem.

Nagły rumieniec na policzkach młodzieńca mówił, że pocisk trafił i zranił; odpowiedział jednak z godnością:

- Tak. Mówię to bez wstydu - nie wstydzę się. A teraz zrozumiałeś już powody, dla których chcę zrzec się dziedzictwa. Pragnę usunąć się od tego, co uważam za fałszywą egzystencję, fałszywe stanowisko, i chcę nanowo zacząć życie - zacząć je uczciwie, oprzeć jedynie na podstawie swego człowieczeństwa, nie uciekając się do sztucznej pomocy, i wygrać w życiu lub przegrać bez względu na to, czy tę pomoc posiadam, czy nie! Chcę jechać do Ameryki, gdzie wszyscy ludzie są równi i wszyscy mają jednakowe szanse powodzenia. Chcę żyć lub umrzeć, wypłynąć lub iść na dno, wygrać lub stracić, jak zwykły człowiek - tylko człowiek, a nie jak manekin strojny w fałszywy blichtr...

- Słuchajcie! Słuchajcie!

Obaj mężczyźni spojrzeli sobie twardo w oczy, poczem starszy dokończył śpiewnie:

- Zupełnie oszalał - zupełnie.

Po chwili milczenia zaczął jak ktoś, kto długo dręczony chmurami, ujrzał promień słońca:

- Doskonale, będę miał jedno zadowolenie przynajmniej - Szymon Lathers przybędzie tu w celu objęcia swego dziedzictwa, a ja każę go wrzucić do stawu dla pławienia koni. Biedak - zawsze tak pokorny w swoich listach, tak nędzny, tak uniżony; tak pełen uszanowania dla naszego wielkiego rodu i zaszczytnego stanowiska; tak chcący nas zjednać, tak błagający, byśmy uznali go za krewnego, za tego, w czyich żyłach płynie nasza święta krew - a przytem tak ubogi, tak nędzny, w wytartej odzieży, pogardzany, wyśmiewany za te głupie pretensje przez cyniczne szumowiny otaczającego go tłumu amerykanów - ach, ten ordynarny, skamlący, nieznośny nędzarz. Przeczytać jeden z jego płaszczących się, małych listów? No?!

To ostatnie zwrócone było do wspaniałego lokaja, z siwą czupryną, ubranego w płomienny aksamit z guzami i krótkie spodnie, który stał w pozycji pełnej szacunku z górną częścią tułowia podaną lekko naprzód, z tacą w rękach:

- Listy, mylordzie.

Mylord wziął je, i służący się oddalił.

- Między innemi, list z Ameryki. Od tego włóczęgi oczywiście. Do djabła, ale co to za zmiana! Koperta tym razem nie klejona z szarej bibuły, świśnięta z kramiku i z adresem firmy w rogu. O, koperta dość porządna, z szeroką czarną obwódką żałobną - zapewne z powodu śmierci kota, gdyż był nauczycielem - zalakowana czerwonym lakiem, z pieczęcią wielkości półkoronówki i - i - nasz herb na pieczęci! - motto i reszta! I już nie zwykłe szerokie pismo; wziął sobie sekretarza, który używa pióra z rozmachem i fantazją. Ach, oczywiście, interesy nasze się polepszyły - nasz pokorny włóczęga uległ metamorfozie!

- Przeczytaj list, mylordzie, proszę!

- Tak, tym razem przeczytam. Choćby ze względu na tego kota.

14,042 Szesnasta ulica, Waszyngton, maj 2.

"Mylordzie, spadł na mnie przykry obowiązek doniesienia Ci, że głowa naszego znakomitego rodu już odeszła. Prawdziwie Czcigodny, Najszlachetniejszy, Potężny Szymon Lathers lord Rossmore rozstał się z życiem. ("Umarł nareszcie - jest to niewypowiedzianie cenna wiadomość, mój synu!") w swojej siedzibie w okolicy wsi Duffy Corner w starym wielkim stanie Arkansas - a brat jego wraz z nim. Obaj zostali przywaleni klocem podczas budowania domu dzięki niedbalstwu obecnych, którzy winę tego zwalają na wesołość, wywołaną nadmiarem kwaśnej mieszanki ("Błogosławiona niech będzie kwaśna mieszanka - czemkolwiek ona jest, hę, Berkeley?") przed pięciu dniami, w nieobecności latorośli naszego starego rodu, któraby zamknęła mu oczy i pochowała go z honorami, należnemi historycznemu nazwisku i wysokiej godności - (w istocie leży on jeszcze w lodzie, on i jego brat) - przyjaciele byli zmuszeni zrobić składkę na ten cel. Ale ja postaram się przy najbliższej sposobności odesłać ich czcigodne szczątki Tobie ("Wielkie Nieba!"), abyś pochował je, z należytemi ceremonjami i pompą w familijnym grobie czy mauzoleum naszego domu. Tymczasem wywieszę parę flag żałobnych na froncie mego domu, i Ty, Mylordzie, uczynisz oczywiście to samo w licznych swoich majętnościach. Muszę ci także przypomnieć, iż po tem smutnem zdarzeniu, jako jedyny spadkobierca, dziedziczę i wchodzę w posiadanie wszystkich tytułów, zaszczytów, posiadłości i dóbr naszego opłakiwanego krewnego, i będę zmuszony, chociaż jest to przykry obowiązek, zwrócić się do Izby lordów z prośbą o przywrócenie mi tych godności i dóbr, z których teraz korzysta wasza tytularna lordowska mość.

Z zapewnieniem o swojem wyjątkowem poważaniu i gorącym kuzynowskim szacunku, pozostaję waszej tytularnej lordowskiej mości

wielce posłuszny sługa

Mulberry Sellers Earl Rossmore.

- Wspaniałe! Słuchaj, to jest interesujące! No, Berkeley, jego zimny bezwstyd jest - jest - no, kolosalny, wspaniały!

- No, ten nie robi wrażenia, że będzie się zbytnio płaszczył!

- Płaszczyć - nie, ten nie rozumie nawet, co taki wyraz znaczy. Żałobne chorągwie z herbem zmarłego! Dla uczczenia pamięci tamtego zasmarkanego obdartusa i jego braciszka! I odeśle mi ich szczątki! Ostatni pretendent był szaleńcem, ale ten to warjat! Co za nazwisko! Mulberry Sellers! - dla ciebie brzmi to dźwięcznie. Szymon Lathers - Mulberry Sellers - Mulberry Sellers - Szymon Lathers. To coś jak trzeszczenie i zgrzytanie maszyny. Szymon Lathers - Mulberry Sel - odchodzisz?

- Jeżeli pozwolisz, ojcze.

Po odejściu syna stary pan zadumał się na chwilę. Oto co myślał:

- Dobry to chłopak, i poczciwy. Niech robi, co chce - nie zwojowałbym niczego, sprzeciwiając mu się - przeciwnie, pogorszyłbym sprawę. Moje argumenty i perswazje jego ciotki chybiły celu. Zobaczymy, co Ameryka zrobi dla nas. Przekonajmy się, w jaki sposób równość i niedostatek uleczą chory umysł młodego angielskiego lorda. Chce zrzec się tytułu lordowskiego i stać się człowiekiem! Tak!

CHAPTER II.

 

COLONEL MULBERRY SELLERS-this was some days before he wrote his letter to Lord Rossmore-was seated in his "library," which was also his "drawing-room" and was also his "picture gallery" and likewise his "work-shop." Sometimes he called it by one of these names, sometimes by another, according to occasion and circumstance. He was constructing what seemed to be some kind of a frail mechanical toy; and was apparently very much interested in his work. He was a white-headed man, now, but otherwise he was as young, alert, buoyant, visionary and enterprising as ever. His loving old wife sat near by, contentedly knitting and thinking, with a cat asleep in her lap. The room was large, light, and had a comfortable look, in fact a home-like look, though the furniture was of a humble sort and not over abundant, and the knickknacks and things that go to adorn a living-room not plenty and not costly. But there were natural flowers, and there was an abstract and unclassifiable something about the place which betrayed the presence in the house of somebody with a happy taste and an effective touch.

Even the deadly chromos on the walls were somehow without offence; in fact they seemed to belong there and to add an attraction to the room-a fascination, anyway; for whoever got his eye on one of them was like to gaze and suffer till he died-you have seen that kind of pictures. Some of these terrors were landscapes, some libeled the sea, some were ostensible portraits, all were crimes. All the portraits were recognizable as dead Americans of distinction, and yet, through labeling added, by a daring hand, they were all doing duty here as "Earls of Rossmore." The newest one had left the works as Andrew Jackson, but was doing its best now, as "Simon Lathers Lord Rossmore, Present Earl." On one wall was a cheap old railroad map of Warwickshire. This had been newly labeled "The Rossmore Estates." On the opposite wall was another map, and this was the most imposing decoration of the establishment and the first to catch a stranger's attention, because of its great size. It had once borne simply the title SIBERIA; but now the word "FUTURE" had been written in front of that word. There were other additions, in red ink-many cities, with great populations set down, scattered over the vast-country at points where neither cities nor populations exist to-day. One of these cities, with population placed at 1,500,000, bore the name "Libertyorloffskoizalinski," and there was a still more populous one, centrally located and marked "Capital," which bore the name "Freedomolovnaivanovich."

The "mansion"-the Colonel's usual name for the house-was a rickety old two-story frame of considerable size, which had been painted, some time or other, but had nearly forgotten it. It was away out in the ragged edge of Washington and had once been somebody's country place. It had a neglected yard around it, with paling fence that needed straightening up, in places, and a gate that would stay shut. By the door-post were several modest tin signs. "Col. Mulberry Sellers, Attorney at Law and Claim Agent," was the principal one. One learned from the others that the Colonel was a Materializer, a Hypnotizer, a Mind-Cure dabbler; and so on. For he was a man who could always find things to do.

A white-headed negro man, with spectacles and damaged white cotton gloves appeared in the presence, made a stately obeisance and announced:

"Marse Washington Hawkins, suh."

"Great Scott! Show him in, Dan'l, show him in."

The Colonel and his wife were on their feet in a moment, and the next moment were joyfully wringing the hands of a stoutish, discouraged-looking man whose general aspect suggested that he was fifty years old, but whose hair swore to a hundred.

"Well, well, well, Washington, my boy, it is good to look at you again. Sit down, sit down, and make yourself at home. There, now-why, you look perfectly natural; aging a little, just a little, but you'd have known him anywhere, wouldn't you, Polly?"

"Oh, yes, Berry, he's just like his pa would have looked if he'd lived. Dear, dear, where have you dropped from? Let me see, how long is it since-"

"I should say it's all of fifteen years, Mrs. Sellers."

"Well, well, how time does get away with us. Yes, and oh, the changes that-"

There was a sudden catch of her voice and a trembling of the lip, the men waiting reverently for her to get command of herself and go on; but after a little struggle she turned away, with her apron to her eyes, and softly disappeared.

"Seeing you made her think of the children, poor thing-dear, dear, they're all dead but the youngest.

"But banish care, it's no time for it now-on with the dance, let joy be unconfined is my motto, whether there's any dance to dance; or any joy to unconfine-you'll be the healthier for it every time,-every time, Washington-it's my experience, and I've seen a good deal of this world. Come-where have you disappeared to all these years, and are you from there, now, or where are you from?"

"I don't quite think you would ever guess, Colonel. Cherokee Strip."

"My land!"

"Sure as you live."

"You can't mean it. Actually living out there?"

"Well, yes, if a body may call it that; though it's a pretty strong term for 'dobies and jackass rabbits, boiled beans and slap-jacks, depression, withered hopes, poverty in all its varieties-"

"Louise out there?"

"Yes, and the children."

"Out there now?"

"Yes, I couldn't afford to bring them with me."

"Oh, I see,-you had to come-claim against the government. Make yourself perfectly easy-I'll take care of that."

"But it isn't a claim against the government."

"No? Want to be postmaster? That's all right. Leave it to me. I'll fix it."

"But it isn't postmaster-you're all astray yet."

"Well, good gracious, Washington, why don't you come out and tell me what it is? What, do you want to be so reserved and distrustful with an old friend like me for? Don't you reckon I can keep a se-"

"There's no secret about it-you merely don't give me a chance to-"

"Now look here, old friend, I know the human race; and I know that when a man comes to Washington, I don't care if it's from heaven, let alone Cherokee-Strip, it's because he wants something. And I know that as a rule he's not going to get it; that he'll stay and try-for another thing and won't get that; the same luck with the next and the next and the next; and keeps on till he strikes bottom, and is too poor and ashamed to go back, even to Cherokee Strip; and at last his heart breaks-and they take up a collection and bury him. There-don't interrupt me, I know what I'm talking about. Happy and prosperous in the Far West wasn't I? You know that. Principal citizen of Hawkeye, looked up to by everybody, kind of an autocrat, actually a kind of an autocrat, Washington. Well, nothing would do but I must go Minister to St. James, the Governor and everybody insisting, you know, and so at last I consented-no getting out of it, had to do it, so here I came. A day too late, Washington. Think of that-what little things change the world's history-yes, sir, the place had been filled. Well, there I was, you see. I offered to compromise and go to Paris. The President was very sorry and all that, but that place, you see, didn't belong to the West, so there I was again. There was no help for it, so I had to stoop a little-we all reach the day some time or other when we've got to do that, Washington, and it's not a bad thing for us, either, take it by and large and all around-I had to stoop a little and offer to take Constantinople. Washington, consider this-for it's perfectly true-within a month I asked for China; within another month I begged for Japan; one year later I was away down, down, down, supplicating with tears and anguish for the bottom office in the gift of the government of the United States-Flint-Picker in the cellars of the War Department. And by George I didn't get it."

"Flint-Picker?"

"Yes. Office established in the time of the Revolution, last century. The musket-flints for the military posts were supplied from the capitol. They do it yet; for although the flint-arm has gone out and the forts have tumbled down, the decree hasn't been repealed-been overlooked and forgotten, you see-and so the vacancies where old Ticonderoga and others used to stand, still get their six quarts of gun-flints a year just the same."

ashington said musingly after a pause:

"How strange it seems-to start for Minister to England at twenty thousand a year and fail for flintpicker at-"

"Three dollars a week. It's human life, Washington-just an epitome of human ambition, and struggle, and the outcome: you aim for the palace and get drowned in the sewer."

There was another meditative silence. Then Washington said, with earnest compassion in his voice-

"And so, after coming here, against your inclination, to satisfy your sense of patriotic duty and appease a selfish public clamor, you get absolutely nothing for it."

"Nothing?" The Colonel had to get up and stand, to get room for his amazement to expand. "Nothing, Washington? I ask you this: to be a perpetual Member and the only Perpetual Member of a Diplomatic Body accredited to the greatest country on earth do you call that nothing?"

It was Washington's turn to be amazed. He was stricken dumb; but the wide-eyed wonder, the reverent admiration expressed in his face were more eloquent than any words could have been. The Colonel's wounded spirit was healed and he resumed his seat pleased and content. He leaned forward and said impressively:

"What was due to a man who had become forever conspicuous by an experience without precedent in the history of the world?-a man made permanently and diplomatically sacred, so to speak, by having been connected, temporarily, through solicitation, with every single diplomatic post in the roster of this government, from Envoy Extraordinary and Minister Plenipotentiary to the Court of St. James all the way down to Consul to a guano rock in the Strait of Sunda-salary payable in guano-which disappeared by volcanic convulsion the day before they got down to my name in the list of applicants. Certainly something august enough to be answerable to the size of this unique and memorable experience was my due, and I got it. By the common voice of this community, by acclamation of the people, that mighty utterance which brushes aside laws and legislation, and from whose decrees there is no appeal, I was named Perpetual Member of the Diplomatic Body representing the multifarious sovereignties and civilizations of the globe near the republican court of the United States of America. And they brought me home with a torchlight procession."

"It is wonderful, Colonel, simply wonderful."

"It's the loftiest official position in the whole earth."

"I should think so-and the most commanding."

"You have named the word. Think of it. I frown, and there is war; I smile, and contending nations lay down their arms."

"It is awful. The responsibility, I mean."

"It is nothing. Responsibility is no burden to me; I am used to it; have always been used to it."

"And the work-the work! Do you have to attend all the sittings?"

"Who, I? Does the Emperor of Russia attend the conclaves of the governors of the provinces? He sits at home, and indicates his pleasure."

Washington was silent a moment, then a deep sigh escaped him.

"How proud I was an hour ago; how paltry seems my little promotion now! Colonel, the reason I came to Washington is,-I am Congressional Delegate from Cherokee Strip!"

The Colonel sprang to his feet and broke out with prodigious enthusiasm:

"Give me your hand, my boy-this is immense news! I congratulate you with all my heart. My prophecies stand confirmed. I always said it was in you. I always said you were born for high distinction and would achieve it. You ask Polly if I didn't."

Washington was dazed by this most unexpected demonstration.

Why, Colonel, there's nothing to it. That little narrow, desolate, unpeopled, oblong streak of grass and gravel, lost in the remote wastes of the vast continent-why, it's like representing a billiard table-a discarded one."

"Tut-tut, it's a great, it's a staving preferment, and just opulent with influence here."

"Shucks, Colonel, I haven't even a vote."

"That's nothing; you can make speeches."

"No, I can't. The population's only two hundred-"

"That's all right, that's all right-"

"And they hadn't any right to elect me; we're not even a territory, there's no Organic Act, the government hasn't any official knowledge of us whatever."

"Never mind about that; I'll fix that. I'll rush the thing through, I'll get you organized in no time."

"Will you, Colonel?-it's too good of you; but it's just your old sterling self, the same old ever-faithful friend," and the grateful tears welled up in Washington's eyes.

"It's just as good as done, my boy, just as good as done. Shake hands. We'll hitch teams together, you and I, and we'll make things hum!"

 

CHAPTER III.

 

Mrs. Sellers returned, now, with her composure restored, and began to ask after Hawkins's wife, and about his children, and the number of them, and so on, and her examination of the witness resulted in a circumstantial history of the family's ups and downs and driftings to and fro in the far West during the previous fifteen years. There was a message, now, from out back, and Colonel Sellers went out there in answer to it. Hawkins took this opportunity to ask how the world had been using the Colonel during the past half-generation.

"Oh, it's been using him just the same; it couldn't change its way of using him if it wanted to, for he wouldn't let it."

"I can easily believe that, Mrs. Sellers."

"Yes, you see, he doesn't change, himself-not the least little bit in the world-he's always Mulberry Sellers."

"I can see that plain enough."

"Just the same old scheming, generous, good-hearted, moonshiny, hopeful, no-account failure he always was, and still everybody likes him just as well as if he was the shiningest success."

"They always did: and it was natural, because he was so obliging and accommodating, and had something about him that made it kind of easy to ask help of him, or favors-you didn't feel shy, you know, or have that wish-you-didn't-have-to-try feeling that you have with other people."

"It's just so, yet; and a body wonders at it, too, because he's been shamefully treated, many times, by people that had used him for a ladder to climb up by, and then kicked him down when they didn't need him any more. For a time you can see he's hurt, his pride's wounded, because he shrinks away from that thing and don't want to talk about it-and so I used to think now he's learned something and he'll be more careful hereafter-but laws! in a couple of weeks he's forgotten all about it, and any selfish tramp out of nobody knows where can come and put up a poor mouth and walk right into his heart with his boots on."

"It must try your patience pretty sharply sometimes."

"Oh, no, I'm used to it; and I'd rather have him so than the other way. When I call him a failure, I mean to the world he's a failure; he isn't to me. I don't know as I want him different much different, anyway. I have to scold him some, snarl at him, you might even call it, but I reckon I'd do that just the same, if he was different-it's my make. But I'm a good deal less snarly and more contented when he's a failure than I am when he isn't."

"Then he isn't always a failure," said Hawking, brightening.

"Him? Oh, bless you, no. He makes a strike, as he calls it, from time to time. Then's my time to fret and fuss. For the money just flies-first come first served. Straight off, he loads up the house with cripples and idiots and stray cats and all the different kinds of poor wrecks that other people don't want and he does, and then when the poverty comes again I've got to clear the most of them out or we'd starve; and that distresses him, and me the same, of course.

"Here's old Dan'l and old Jinny, that the sheriff sold south one of the times that we got bankrupted before the war-they came wandering back after the peace, worn out and used up on the cotton plantations, helpless, and not another lick of work left in their old hides for the rest of this earthly pilgrimage-and we so pinched, oh so pinched for the very crumbs to keep life in us, and he just flung the door wide, and the way he received them you'd have thought they had come straight down from heaven in answer to prayer. I took him one side and said, 'Mulberry we can't have them-we've nothing for ourselves-we can't feed them.' He looked at me kind of hurt, and said, 'Turn them out?-and they've come to me just as confident and trusting as-as-why Polly, I must have bought that confidence sometime or other a long time ago, and given my note, so to speak-you don't get such things as a gift-and how am I going to go back on a debt like that? And you see, they're so poor, and old, and friendless, and-' But I was ashamed by that time, and shut him off, and somehow felt a new courage in me, and so I said, softly, 'We'll keep them-the Lord will provide.' He was glad, and started to blurt out one of those over-confident speeches of his, but checked himself in time, and said humbly, 'I will, anyway.' It was years and years and years ago. Well, you see those old wrecks are here yet."

"But don't they do your housework?"

"Laws! The idea. They would if they could, poor old things, and perhaps they think they do do some of it. But it's a superstition. Dan'l waits on the front door, and sometimes goes on an errand; and sometimes you'll see one or both of them letting on to dust around in here-but that's because there's something they want to hear about and mix their gabble into. And they're always around at meals, for the same reason. But the fact is, we have to keep a young negro girl just to take care of them, and a negro woman to do the housework and help take care of them."

"Well, they ought to be tolerably happy, I should think."

"It's no name for it. They quarrel together pretty much all the time-most always about religion, because Dan'l's a Dunker Baptist and Jinny's a shouting Methodist, and Jinny believes in special Providences and Dan'l don't, because he thinks he's a kind of a free-thinker-and they play and sing plantation hymns together, and talk and chatter just eternally and forever, and are sincerely fond of each other and think the world of Mulberry, and he puts up patiently with all their spoiled ways and foolishness, and so-ah, well, they're happy enough if it comes to that. And I don't mind-I've got used to it. I can get used to anything, with Mulberry to help; and the fact is, I don't much care what happens, so long as he's spared to me."

"Well, here's to him, and hoping he'll make another strike soon."

"And rake in the lame, the halt and the blind, and turn the house into a hospital again? It's what he would do. I've seen aplenty of that and more. No, Washington, I want his strikes to be mighty moderate ones the rest of the way down the vale."

"Well, then, big strike or little strike, or no strike at all, here's hoping he'll never lack for friends-and I don't reckon he ever will while there's people around who know enough to-"

"Him lack for friends!" and she tilted her head up with a frank pride-"why, Washington, you can't name a man that's anybody that isn't fond of him. I'll tell you privately, that I've had Satan's own time to keep them from appointing him to some office or other. They knew he'd no business with an office, just as well as I did, but he's the hardest man to refuse anything to a body ever saw. Mulberry Sellers with an office! laws goodness, you know what that would be like. Why, they'd come from the ends of the earth to see a circus like that. I'd just as lieves be married to Niagara Falls, and done with it." After a reflective pause she added-having wandered back, in the interval, to the remark that had been her text: "Friends?-oh, indeed, no man ever had more; and such friends: Grant, Sherman, Sheridan, Johnston, Longstreet, Lee-many's the time they've sat in that chair you're sitting in-" Hawkins was out of it instantly, and contemplating it with a reverential surprise, and with the awed sense of having trodden shod upon holy ground-

"They!" he said.

"Oh, indeed, yes, a many and a many a time."

He continued to gaze at the chair fascinated, magnetized; and for once in his life that continental stretch of dry prairie which stood for his imagination was afire, and across it was marching a slanting flamefront that joined its wide horizons together and smothered the skies with smoke. He was experiencing what one or another drowsing, geographically ignorant alien experiences every day in the year when he turns a dull and indifferent eye out of the car window and it falls upon a certain station-sign which reads "Stratford-on-Avon!" Mrs. Sellers went gossiping comfortably along:

"Oh, they like to hear him talk, especially if their load is getting rather heavy on one shoulder and they want to shift it. He's all air, you know,-breeze, you may say-and he freshens them up; it's a trip to the country, they say. Many a time he's made General Grant laugh-and that's a tidy job, I can tell you, and as for Sheridan, his eye lights up and he listens to Mulberry Sellers the same as if he was artillery. You see, the charm about Mulberry is, he is so catholic and unprejudiced that he fits in anywhere and everywhere. It makes him powerful good company, and as popular as scandal. You go to the White House when the President's holding a general reception-sometime when Mulberry's there. Why, dear me, you can't tell which of them it is that's holding that reception."

"Well, he certainly is a remarkable man-and he always was. Is he religious?"

"Clear to his marrow-does more thinking and reading on that subject than any other except Russia and Siberia: thrashes around over the whole field, too; nothing bigoted about him."

"What is his religion?"

"He-" She stopped, and was lost for a moment or two in thinking, then she said, with simplicity, "I think he was a Mohammedan or something last week."

Washington started down town, now, to bring his trunk, for the hospitable Sellerses would listen to no excuses; their house must be his home during the session. The Colonel returned presently and resumed work upon his plaything. It was finished when Washington got back.

"There it is," said the Colonel, "all finished."

"What is it for, Colonel?"

"Oh, it's just a trifle. Toy to amuse the children."

Washington examined it.

"It seems to be a puzzle."

"Yes, that's what it is. I call it Pigs in the Clover. Put them in-see if you can put them in the pen."

After many failures Washington succeeded, and was as pleased as a child.

"It's wonderfully ingenious, Colonel, it's ever so clever and interesting-why, I could play with it all day. What are you going to do with it?"

"Oh, nothing. Patent it and throw it aside."

"Don't you do anything of the kind. There's money in that thing."

A compassionate look traveled over the Colonel's countenance, and he said:

"Money-yes; pin money: a couple of hundred thousand, perhaps. Not more."

Washington's eyes blazed.

"A couple of hundred thousand dollars! do you call that pin money?"

The colonel rose and tip-toed his way across the room, closed a door that was slightly ajar, tip-toed his way to his seat again, and said, under his breath:

"You can keep a secret?"

Washington nodded his affirmative, he was too awed to speak.

"You have heard of materialization-materialization of departed spirits?"

Washington had heard of it.

"And probably didn't believe in it; and quite right, too. The thing as practised by ignorant charlatans is unworthy of attention or respect-where there's a dim light and a dark cabinet, and a parcel of sentimental gulls gathered together, with their faith and their shudders and their tears all ready, and one and the same fatty degeneration of protoplasm and humbug comes out and materializes himself into anybody you want, grandmother, grandchild, brother-in-law, Witch of Endor, John Milton, Siamese twins, Peter the Great, and all such frantic nonsense-no, that is all foolish and pitiful. But when a man that is competent brings the vast powers of science to bear, it's a different matter, a totally different matter, you see. The spectre that answers that call has come to stay. Do you note the commercial value of that detail?"

"Well, I-the-the truth is, that I don't quite know that I do. Do you mean that such, being permanent, not transitory, would give more general satisfaction, and so enhance the price-of tickets to the show-"

"Show? Folly-listen to me; and get a good grip on your breath, for you are going to need it. Within three days I shall have completed my method, and then-let the world stand aghast, for it shall see marvels. Washington, within three days-ten at the outside-you shall see me call the dead of any century, and they will arise and walk. Walk?-they shall walk forever, and never die again. Walk with all the muscle and spring of their pristine vigor."

"Colonel! Indeed it does take one's breath away."

"Now do you see the money that's in it?"

"I'm-well, I'm-not really sure that I do."

"Great Scott, look here. I shall have a monopoly; they'll all belong to me, won't they? Two thousand policemen in the city of New York. Wages, four dollars a day. I'll replace them with dead ones at half the money."

"Oh, prodigious! I never thought of that. F-o-u-r thousand dollars a day. Now I do begin to see! But will dead policemen answer?"

"Haven't they-up to this time?"

"Well, if you put it that way-"

"Put it any way you want to. Modify it to suit yourself, and my lads shall still be superior. They won't eat, they won't drink-don't need those things; they won't wink for cash at gambling dens and unlicensed rum-holes, they won't spark the scullery maids; and moreover the bands of toughs that ambuscade them on lonely beats, and cowardly shoot and knife them will only damage the uniforms and not live long enough to get more than a momentary satisfaction out of that."

"Why, Colonel, if you can furnish policemen, then of course-"

"Certainly-I can furnish any line of goods that's wanted. Take the army, for instance-now twenty-five thousand men; expense, twenty-two millions a year. I will dig up the Romans, I will resurrect the Greeks, I will furnish the government, for ten millions a year, ten thousand veterans drawn from the victorious legions of all the ages-soldiers that will chase Indians year in and year out on materialized horses, and cost never a cent for rations or repairs. The armies of Europe cost two billions a year now-I will replace them all for a billion. I will dig up the trained statesmen of all ages and all climes, and furnish this country with a Congress that knows enough to come in out of the rain-a thing that's never happened yet, since the Declaration of Independence, and never will happen till these practically dead people are replaced with the genuine article. I will restock the thrones of Europe with the best brains and the best morals that all the royal sepulchres of all the centuries can furnish-which isn't promising very much-and I'll divide the wages and the civil list, fair and square, merely taking my half and-"

"Colonel, if the half of this is true, there's millions in it-millions."

"Billions in it-billions; that's what you mean. Why, look here; the thing is so close at hand, so imminent, so absolutely immediate, that if a man were to come to me now and say, Colonel, I am a little short, and if you could lend me a couple of billion dollars for-come in!"

This in answer to a knock. An energetic looking man bustled in with a big pocket-book in his hand, took a paper from it and presented it, with the curt remark:

"Seventeenth and last call-you want to out with that three dollars and forty cents this time without fail, Colonel Mulberry Sellers."

The Colonel began to slap this pocket and that one, and feel here and there and everywhere, muttering:

"What have I done with that wallet?-let me see-um-not here, not there -Oh, I must have left it in the kitchen; I'll just run and-"

"No you won't-you'll stay right where you are. And you're going to disgorge, too-this time."

Washington innocently offered to go and look. When he was gone the Colonel said:

"The fact is, I've got to throw myself on your indulgence just this once more, Suggs; you see the remittances I was expecting-"

"Hang the remittances-it's too stale-it won't answer. Come!"

The Colonel glanced about him in despair. Then his face lighted; he ran to the wall and began to dust off a peculiarly atrocious chromo with his handkerchief. Then he brought it reverently, offered it to the collector, averted his face and said:

"Take it, but don't let me see it go. It's the sole remaining Rembrandt that-"

"Rembrandt be damned, it's a chromo."

"Oh, don't speak of it so, I beg you. It's the only really great original, the only supreme example of that mighty school of art which-"

"Art! It's the sickest looking thing I-"

The colonel was already bringing another horror and tenderly dusting it.

"Take this one too-the gem of my collection-the only genuine Fra Angelico that-"

"Illuminated liver-pad, that's what it is. Give it here-good day-people will think I've robbed a' nigger barber-shop."

As he slammed the door behind him the Colonel shouted with an anguished accent-

"Do please cover them up-don't let the damp get at them. The delicate tints in the Angelico-"

But the man was gone.

Washington re-appeared and said he had looked everywhere, and so had Mrs. Sellers and the servants, but in vain; and went on to say he wished he could get his eye on a certain man about this time-no need to hunt up that pocket-book then. The Colonel's interest was awake at once.

"What man?"

"One-armed Pete they call him out there-out in the Cherokee country I mean. Robbed the bank in Tahlequah."

"Do they have banks in Tahlequah?"

"Yes-a bank, anyway. He was suspected of robbing it. Whoever did it got away with more than twenty thousand dollars. They offered a reward of five thousand. I believe I saw that very man, on my way east."

"No-is that so?

"I certainly saw a man on the train, the first day I struck the railroad, that answered the description pretty exactly-at least as to clothes and a lacking arm."

"Why din't you get him arrested and claim the reward?"

"I couldn't. I had to get a requisition, of course. But I meant to stay by him till I got my chance."

"Well?"

"Well, he left the train during the night some time."

"Oh, hang it, that's too bad."

"Not so very bad, either."

"Why?"

"Because he came down to Baltimore in the very train I was in, though I didn't know it in time. As we moved out of the station I saw him going toward the iron gate with a satchel in his hand."

"Good; we'll catch him. Let's lay a plan."

"Send description to the Baltimore police?"

"Why, what are you talking about? No. Do you want them to get the reward?"

"What shall we do, then?"

The Colonel reflected.

"I'll tell you. Put a personal in the Baltimore Sun. Word it like this:

"A. DROP ME A LINE, PETE."

"Hold on. Which arm has he lost?"

"The right."

"Good. Now then-

 

"A. DROP ME A LINE, PETE, EVEN IF YOU HAVE to write with your left hand. Address X. Y. Z., General Postoffice, Washington. From YOU KNOW WHO."

 

"There-that'll fetch him."

"But he won't know who-will he?"

"No, but he'll want to know, won't he?"

"Why, certainly-I didn't think of that. What made you think of it?"

"Knowledge of human curiosity. Strong trait, very strong trait."

"Now I'll go to my room and write it out and enclose a dollar and tell them to print it to the worth of that."

ROZDZIAŁ III.

 

Pani Sellers wróciła właśnie, uspokojona, i zaczęła wypytywać Hawkinsa o jego żonę, i o dzieci, i o ilość ich, i t. p. Badania te doprowadziły do szczegółowego opowiedzenia historji następujących po sobie wzniesień i upadków całej rodziny, oraz przygód, które ich spotkały na Dalekim Zachodzie w przeciągu tych piętnastu lat.

Nagle zjawił się posłaniec i pułkownik wyszedł, by załatwić jakiś interes. Hawkins skorzystał ze sposobności i zasięgnął informacji, w jaki sposób świat obszedł się z pułkownikiem w przeciągu ostatniego piętnastolecia.

- O, obszedł się z nim tak, jak zwykle; gdyby nawet pragnął zmienić swe postępowanie, to on nie dopuściłby nigdy do tego.

- Wierzę w to z łatwością, pani Sellers!

- Widzisz - on się nie zmienił - ani na jotę - jest zawsze Mulberrym Sellers! - Widzę to aż nadto wyraźnie!

- Jest to zawsze ten sam wspaniałomyślny; poczciwy, pogodny, pełen nadziei bankrut, a jednak wszyscy lubią go tak, jak gdyby był bogatym szczęśliwcem!

- Zawsze go lubiano i to jest zupełnie zrozumiałe, gdyż zawsze był uprzejmy i miły i miał w sobie coś, co ułatwiało prośbę o pomoc lub względy - nie czuło się onieśmielenia, rozumie pani, i człowiek nie miał tego "szkoda, że mówiłem" - uczucia, jakie się ma w stosunkach z innymi ludźmi.

- Tak, tak, to słuszne; i człowiek dziwi się temu, gdyż nieraz postępowano z nim bezwzględnie; ludzie używali go za drabinę, po której się wspinali, i pomiatali nim, gdy był już niepotrzebny. Przez jakiś czas czuje się tem dotknięty, duma jego jest zraniona - unika tych ludzi o nie życzy sobie o tem mówić - a ja zaczynam się łudzić, że tym razem nauczył się czegoś i na przyszłość będzie ostrożniejszy - ale właśnie! po paru tygodniach zapomina o wszystkiem; dość by pierwszy lepszy samolub i włóczęga, przybyły Bóg wie skąd, otworzył gębę, już może mu wleźć do duszy z butami!

- Przypuszczam, iż czasami cierpliwość pani jest wystawiana na najcięższą próbę!

- A, nie; przywykłam do tego; wolę by był taki, aniżeli inny; jeżeli nazywam go bankrutem, to chcę przez to powiedzieć, że jest on bankrutem dla świata, ale nie dla mnie. Nie myślę, iż pragnęłabym, by był innym; czasami łaję go, burczę na niego, jeżeli chcesz pan to tak nazwać, ale robiłabym to smo, gdyby był inny. Jest to moje przyzwyczajenie. Ale o wiele mniej łaję i burczę wtedy, gdy mu się coś nie uda, aniżeli w przeciwnym wypadku.

- A więc nie jest on zawsze bankrutem - powiedział Hawkins, rozjaśniając się.

- On? Ależ nie, Bóg z tobą; od czasu do czasu robi "kawał", jak on to nazywa. Wtedy dopiero muszę gniewać się i krzyczeć. Gdyż pieniądze lecą poprostu. Zaledwie są, - już ich niema. Natychmiast zapełnia dom kalekami i idjotami, sprowadza bezdomne koty i innego rodzaju graty, które inni ludzie wyrzucają, ale które on lubi; a gdy nędza znowu nam doskwierczy - ja muszę połowę tego wszystkiego wyrzucić, gdyż inaczej umarlibyśmy z głodu; i to martwi go, a i mnie również, oczywiście. Naprzykład tacy Daulk i Jimmy, których szeryf sprzedał nam kiedyś na południu - jeszcze przed wojną - kiedyśmy właśnie świeżo zbankrutowali; po zawarciu pokoju powrócili do nas, wyniszczeni i zmęczeni pracą na plantacji, niezaradni, starzy, niezdolni do wykonania najlżejszej pracy przez resztę czasu swojej ziemskiej pielgrzymki - a nas nędza tak przycisnęła, tak przycisnęła, żeśmy ledwie zipali - a on szeroko otworzył podwoje na ich spotkanie i przyjął ich w taki sposób, jakgdyby oni usłyszeli nasze modły i zstąpili do nas z nieba. Wzięłam go na stronę i mówię: "Mulberry, nie możemy ich przyjąć, sami nie mamy co jeść - niepodobna ich żywić!" Spojrzał na mnie z boleścią i powiedział: "Wyrzucić ich? A przyszli do mnie z taką ufnością i wiarą, jak - jak - ach, Polly, musiałem w jakiś sposób kupić sobie ich zaufanie - wtedy przed wielu laty - i dać im na to rewers - takich rzeczy nie dostajesz w upominku - i jakże potrafię być ich dłużnikiem?! Widzisz Polly, oni są starzy, biedni, bezdomni". - Ale ja zdążyłam się już zawstydzić, kazałam mu zamilknąć, jakaś nowa otucha wstąpiła we mnie i mówię łagodnie: "Dobrze, przygarnijmy ich - Bóg nam dopomoże!" Był uszczęśliwiony i już miał zamiar wyrwać się z jednem ze swoich szczerych przemówień, ale opamiętał się w czas i powiedział skromnie: "Moja w tem głowa!" Było to przed wielu, wielu, wielu laty... No, a te stare graty tkwią u nas do dzisiejszego dnia!

- Ale czy nie można ich użyć do posług domowych?

- Też pomysł! Możnaby, gdyby oni mogli coś robić, biedne stare istoty, a być może, zdaje się im nawet, że coś robią. Ale to przywidzenie. Daulk pilnuje drzwi i czasem chodzi na posyłki; a czasami któreś z nich kręci się tu, niby żeby coś sprzątnąć; ale to tylko dlatego, żeby podsłuchiwać rozmów i wtrącić swoje trzy grosze. I, naturalnie, asystują podczas jedzenia - w tym samym celu. Faktem jest, że trzymamy dziewczynę murzynkę do opieki nad nimi, i starszą murzynkę d posług domowych i do pomocy w nadzorowaniu ich.

- No, przynajmniej muszą się czuć bardzo szczęśliwi, mam nadzieję.

- Nie mam na to słów. Kłócą się ze sobą prawie bezustannie, zawsze o religję, gdyż Daulk jest uparty baptysta a Jimmy krzykliwa metodystka i Jimmy wierzy w opatrzność, a Daulk nie, ponieważ uważa się za pewnego rodzaju wolnomyśliciela - a potem razem bawią się i śpiewają hymny, których się nauczyli na plantacji - i gadają, i kłócą się "na zawsze i do końca życia", a właściwie lubią się serdecznie i nie widzą świata po za Mulberrym - a on cierpliwie znosi ich szaleństwa i wyrządzane przez nich szkody i w ten sposób, - no tak, jeżeli o to chodzi, czuje się chyba dość szczęśliwy. Ale ja się nie skarżę - zdążyłam przywyknąć. Mogę przyzwyczaić się do wszystkiego - przy pomocy Mulberrego; a właściwie, dopóki on jest przy mnie, mało dbam o to, co się stanie.

- Hm, jest w doskonałym humorze i ma nadzieję, że niedługo uda mu się zrobić nowy kawał.

- I przygarnąć kulawych, chromych, ślepych i znowu zamienić dom na szpital? Oto, co chciałby uczynić! Widziałam to już - to i wiele innych rzeczy. Nie, Waszyngtonie, pragnę jedynie, aby przez resztę wędrówki naszej przez dolinę życia, pomysły jego nieco złagodniały!

- Dobrze, ale czy będą to wielkie pomysły, czy małe, czy wogóle porzuci myśl o nich - nigdy nie zabraknie mu przyjaciół - przypuszczam, iż nie, nigdy nie odczuje ich braku, gdyż zawsze znajdą się ludzie, którzy...

- Jemu zabraknie przyjaciół! - i podniosła głowę dumnym ruchem. - Ależ Waszyngtonie, nie znajdziesz człowieka, któryby go nie kochał! Powiem ci w zaufaniu, że miałam djablo ciężkie zadanie, by powstrzymać ich od mianowania go na jakiś urząd. Równie dobrze, jak ja, wiedzieli oni, że Mulberry nie ma pojęcia o urzędowaniu, ale świat nie widział chyba człowieka, któremu byłoby trudniej odmówić, gdy o coś prosi. Mulberry Sellers pracujący w urzędzie! Dobry Boże, wiesz chyba, jakby to wyglądało! Ależ z drugiego końca świata zbieraliby się ludzie, żeby popatrzeć na taki cyrk! Wtedy rzuciłabym się chyba do Niagary, żeby raz z tym skończyć.

Po krótkiej pauzie dodała, powracając do uwagi, uczynionej poprzednio:

- Przyjaciele? O zaprawdę, nikt nie miał tylu - i to jakich przyjaciół: Grant, Sherman, Sheridan, Johnston, Dongstreet, Lee - wiele razy siedzieli na tem krześle, które ty obecnie zajmujesz.

Hawkins zerwał się natychmiast i zaczął przyglądać się krzesłu z pełnem czci zdumieniem i przejmującem go grozą uczuciem, że niegodną swą osobą zbezcześcił święte miejsce.

- Tacy? - powiedział.

- O, oczywiście, wielu z nich i wiele razy.

Wpatrywał się w krzesło, jakby oczarowany, zamagnetyzowany; i po raz pierwszy w życiu wydało mu się, że olbrzymie przestrzenie suchych preryj stanęły nagle w płomieniach, a ogniste języki, ślizgając się po nich, łączyły dwie przeciwne strony horyzontu i pokrywały niebo obłokami dymu. Doświadczał tego, co doświadcza niemal codziennie flegmatycznie, nieznający geografji cudzoziemiec, który, patrząc tępym i obojętnym wzrokiem z okna wagonu, natrafia nagle na napis, który opiewa: "Stratford nad Aron"! Pani Sellers zaś z zadowoleniem paplała dalej:

- O, oni lubią go słuchać, szczególniej, gdy brzemię pracy zbytnio obciąża jedno ich ramię i pragnęliby go przesunąć. Mulberry jest czemś w rodzaju powietrza - powiewem, jeżeli wolisz - i działa na nich orzeźwiająco; jest to dla nich, jak wycieczka za miasto - tak przynajmniej twierdzą. Wiele razy udawał Wielki Jeneralny śmiech - i to jest prawdziwe arcydzieło, mówię ci; a co się tyczy Sheridana - to słuchając Mulberrego Sellers, oczy błyszczą mu tak, jak gdyby grały mu armaty. Widzisz, urok Mulberrego polega na tem, że to człowiek wszechstronny, pozbawiony przesądów, że umie się do wszystkiego i do wszystkich zastosować. Dzięki temu jest przemiłym towarzyszem, a ludzie lubią go, jak skandal!... Idź-no kiedy do Białego Domu na oficjalne przyjęcie do prezydenta, kiedy Mulberry tam jest. Wierz mi, nie umiałbyś powiedzieć, który z nich jest wtedy główną osobą!

- No, tak, oczywiście... Jest to człowiek wyjątkowy i zawsze taki był. Czy jest religijny?

- Do szpiku kości - i myśli, i czyta na ten temat więcej od innych, za wyjątkiem, naturalnie, Rosji i Syberji hasa najswobodniej po całem tem polu i niema w nim śladu bigoterji.

- Co za religję wyznaje?

- Mulberry - zatrzymała się i przez chwilę utonęła w myślach, następnie dodała z prostotą: - Zdaje mi się, że w zeszłym tygodniu uważał się za Mahometanina, czy coś w tym rodzaju.

Waszyngton udał się do miasta po swoje manatki, gdyż gościnni Sllersowie ani słyszeć chcieli o jakichś wykrętach; dom ich musi uważać za swój podczas sesji parlamentu. Wkrótce powrócił pułkownik i zabrał się do fabrykowania swojej zabawki. Skończył ją zanim Waszyngton wrócił.

- Oto jest, - zawołał pułkownik. - Skończyłem!

- Co takiego, pułkowniku?

- O, taka sobie drobnostka; zabawka dla dzieci.

Waszyngton obejrzał.

- To wygląda na łamigłówkę.

- I jest nią. Nazwałem to: "Prosięta w koniczynie". Wprowadź je tam - spróbuj, czy potrafisz wprowadzić.

Po wielu usiłowaniach udało się to wreszcie Waszyngtonowi, który ucieszył się z tego, jak dziecko.

- Ależ to nadzwyczaj sprytnie pomyślane, pułkowniku, bardzo mądre! I zajmujące - o, mógłbym się tem bawić po całych dniach! Co z tem zrobisz?

- O, nic; opatentuję i schowam.

- Nawet o tem nie myśl. Taka rzecz - to pieniądze.

Wyraz politowania przebiegł po twarzy pułkownika; zawołał:

- Pieniądze - o tak, nędzne grosze. Conajwyżej paręset tysięcy dolarów. Nie więcej.

Oczy Waszyngtona zabłysły.

- Paręset tysięcy dolarów. Ty nazywasz to nędznym groszem?

Pułkownik podniósł się i, przeszedłszy na palcach przez pokój, przymknął odchylone drzwi; następnie na palcach, powrócił na swoje miejsce, mówiąc półgłosem:

- Potrafisz utrzymać tajemnicę?

Waszyngton kiwnął głową potakująco - powaga chwili odebrała mu mowę.

- Słyszałeś kiedy o materjalizacji? - o materjalizacji duchów, które odeszły?

Waszyngton słyszał.

- I prawdopodobnie nie wierzyłeś; i słusznie. Rzecz ta nie zasługuje na uwagę lub uznanie, jeżeli jest uprawiana przez głupich szarlatanów - w ciemnym pokoju, oświetlonym małem światłem, w obecności bandy sentymentalnych dudków, spędzonych do kupy, którzy wszyscy gotowi są wierzyć, bać się i płakać na zawołanie; no, i zawsze jedna i ta sama obmierzła resztka protoplazmy czy humbugu materjalizuje się we wszystko, czego zapragniesz - w babkę, wnuka, szwagra, Johna Miltona, siostry Sjamskie, Piotra Wielkiego - i inne temu podobne głupstwa - o, wszystko to jest głupie i godne politowania! Ale kiedy człowiek znający się na tem, wnosi w to skarby wiedzy, rzecz przedstawia się inaczej, zupełnie inaczej. Duch, który przybył na takie wezwanie, przybył, by pozostać. Czy wnikasz w wartość handlową tego szczegółu?

- No, ja - prawdę mówiąc - niebardzo wiem, czy co rozumiem. Czy chcesz powiedzieć, że taki, co jest trwały, a nie przejściowy, jest o wiele ciekawszy i może podnieść cenę biletów widowiska?

- Widowiska? Głupstwo; wysłuchaj mnie uważnie. A nabierz-no powietrza w piersi, bo będziesz go potrzebował. Za trzy dni uzupełnię swoją teorję, a wtedy - świat ze ździwienia wytrzeszczy oczy, gdyż ujrzy cuda. Waszyngtonie, za trzy dni, - powiedzmy za dziesięć - możesz mi kazać przywołać umarłych wszystkich wieków, a oni powstaną i zaczną się poruszać. Poruszać? ależ chodzić będą już nazawsze i nigdy nie umrą. Poruszać wszystkiemi mięśniami i stawami z dawnym wigorem!

- Pułkowniku! Rzeczywiście, to tamuje oddech!

- Teraz widzisz, w czym leżą pieniądze?

- Hm, tak, zapewne, - ale naprawdę to dobrze nie wiem.

- Wielkie nieba, spójrz no tu. Będę miał monopol; wszystkie te duchy będą moją własnością; może nie? Dwa tysiące policjantów w city Nowego Jorku. Płaca, cztery dolary dziennie. Zastępuję ich nieboszczykami za pół ceny.

- O, to cudownie! Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Cztery tysiące dolarów dziennie! Teraz zaczynam rozumieć! Ale czy umarli policjanci zechcą odpowiadać?

- A czy żywi odpowiadają?

- No, jeżeli tak stawiasz sprawę...

- Postaw ją, jak chcesz. Zmieniaj, jak ci się podoba - zawsze moi chłopcy będą mieli wyższość. Nie będą jedli ani pili - jest to dla nich zbyteczne; nie będą zaglądali do jaskiń gry, ani przesiadywać w potajemnych szynkach, ani umizgać się do dziewcząt, a co najważniejsze - bandyci, którzy napadają na policjantów w odległych dzielnicach, strzelając i zręcznie operując nożami, conajwyżej przedziurawią im mundury.

- Ach, pułkowniku, jeżeli możesz dostarczyć policjantów, oczywiście... - Oczywiście, że mogę wszystko. Weźmy np. armję - obecnie liczy dwadzieścia pięć tysięcy ludzi; wydatki dwadzieścia dwa miljony rocznie. Wykopię z ziemi rzymian, wskrzeszę greków, za dziesięć miljonów rocznie dostarczę rządowi dziesięć tysięcy weteranów, wybranych z pomiędzy zwycięskich legjonów wszystkich epok, żołnierzy, którzy, jak rok długi, będą ścigali indjan na zmaterjalizowanych koniach, a utrzymanie ich i żywienie nie będzie kosztowało ani centa. Utrzymanie armij europejskich kosztuje obecnie dwa biljony rocznie. Odkopię z ziemi doświadczonych mężów stanu wszystkich epok i wszystkich stref geograficznych i obdarzę nasz kraj kongresem, który potrafi wybrnąć z kabały - rzecz, która jeszcze nigdy nie miała miejsca, od czasu ogłoszenia Niepodległości i nigdy się nie zdarzy, jeżeli miejsce tych doświadczonych nieboszczyków w dalszym ciągu będą zajmowały martwe prawa. Wprowadzę na trony europejskie najtęższe mózgi i najszlachetniejsze dusze, jakich wszystkie grobowce wszystkich epok mogą dostarczyć - nie jest zbyt obiecujące - określę pensję i listę cywilną, uczciwie i rzetelnie, biorąc jedynie swoją połowę i -

- Pułkowniku, jeżeli połowa tego, co mówisz, jest prawdą - to to są miljony - miljony.

- Biljony, biljony, oto co chciałeś powiedzieć. Słuchaj no, sprawę tę mam już w swojem ręku, i jest tak pewna, tak absolutnie pewna, że gdyby ktoś przyszedł do mnie i powiedział: pułkowniku, jestem w kłopotach, czybyś nie chciał mi pożyczyć parę biljonów dolarów na... - proszę wejść!

Była to odpowiedź na stukanie do drzwi. Człowiek o energicznym wyglądzie wtoczył się do pokoju z olbrzymim notatnikiem w ręku, wyjął stamtąd jakiś papier i podał go, z krótką uwagą:

- Siedemnaste i ostatnie wezwanie, tym razem musi pan zapłacić w całości te trzy dolary i pięćdziesiąt centów, pułkowniku Mulberry Sellers!

Pułkownik zaczął szperać w jednej i drugiej kieszeni, pomacał tu, tam i ówdzie, i mruknął:

- Co zrobiłem z portfelem? Niech no poszukam - nie tu, nie tam - o, prawdopodobnie zostawiłem go w kuchni; skoczę i...

- Nie, nie skoczysz pan; zostaniesz tam, gdzie stoisz. O, tym razem zmuszę cię wyrzygać tę sumę!

Waszyngton naiwnie zaproponował, że pójdzie poszukać portfelu; po jego odejściu pułkownik odezwał się:

- Mówiąc szczerze, pragnę raz jeszcze odwołać się do pańskiej pobłażliwości, Suggs; widzi pan, pieniądze, na które czekałem...

- Do djabła z pańskiem czekaniem! To odgrzewany dowcip, nie warto odpowiadać. Chodź pan!

Pułkownik spojrzał nań z rozpaczą; następnie twarz jego rozjaśniła się; podbiegł do ściany i z zapałem zaczął wycierać chustką jakąś ohydną chromolitografję; następnie zdjął ją z szacunkiem, podał poborcy i odwracając twarz, powiedział:

- Weź pan - ale nie każ mi patrzeć, kiedy będziesz to wynosił. Jest to jedyny pozostały Rembrandt, który...

- Do djabła z Rembrandtem, to chromolitografja!

- O, nie mów o tem w ten sposób, błagam cię! Jest to jedyny cenny oryginał, najwyższy wzór tej wspaniałej szkoły artystycznej, która...

- Szkoły artystycznej! nigdy nie widziałem podobnej ohydy!

Pułkownik niósł już inne szkaradzieństwo, czyszcząc je troskliwie.

- Weź i to - perłę moich zbiorów - jedyny prawdziwy Fra Angelico, który...

- Wypacykowana szkapa - oto, co mi pan daje! Daj no tutaj - dobry Boże! ludzie pomyślą, że ograbiłem murzyńską golarnię!

Gdy zatrzasnął za sobą drzwi, pułkownik zawołał głosem boleściowym:

- Okryj je, proszę, ochroń je od kurzu. Delikatne barwy Angelico...

Ale człowiek ów zniknął.

Waszyngton powrócił i oznajmił, że szukał wszędzie, to samo czyniła pani Sellers i służący, ale napróżno i powiedział, iż chciałby mieć oko na pewnego człeczynę - a wtedy nie potrzebaby szukać portfelu. Ciekawość pułkownika natychmiast została rozbudzona.

- Jakiego człeczynę?

- Nazywali go u nas - u nas, to jest w Cherokee - jednorękim Pete. Ograbił bank w Tahlequah.

- Czy w Tahlequah są banki?

- O tak - w każdym razie jest jeden bank. Podejrzewano, że to on go ograbił. Ktokolwiek to zrobił, udało mu się uciec z przeszło 20.000 dolarów. Za wykrycie obiecali 5.000. Zdaje mi się, że widziałem tego człowieka, jadąc tutaj...

- Nie - czy naprawdę?

- W każdym razie, gdy wsiadłem do pociągu zobaczyłem człowieka, który dokładnie odpowiadał temu opisowi - przynajmniej co do ubrania i braku ręki.

- Dlaczego nie kazałeś go aresztować i nie zgłosiłeś się po nagrodę?

- Nie mogłem. Musiałbym mieć dowody. Ale miałem zamiar towarzyszyć mu i czekać okazji.

- I?

- O, wysiadł z pociągu pewnej nocy.

- O, do djabła, to fatalne!

- Niezupełnie.

- Jakto?

- Ponieważ przybył do Baltimore tym samym pociągiem, co ja, chociaż nie domyślał się tego. Kiedy wyszliśmy ze stacji, spostrzegłem, że idzie wzdłuż żelaznej barjery z torbą w ręku.

- Doskonale. Złapiemy go. Ułóżmy plan.

- Chcesz posłać opis do policji baltimorskiej?

- Co ty pleciesz?! Nie. Chcesz, żeby policja otrzymała nagrodę?

- A więc co zrobimy?

Pułkownik zastanowił się.

- Powiem ci. Daj ogłoszenie do baltimorskiego "Słońca". Ułóż je tak:

A. Napisz mi słówko, Pete.

- Poczekaj, którą rękę stracił?

- Prawą.

- Dobrze. Pisz dalej:

A. Przyślij mi słówko, Pete, nawet gdybyś był zmuszony pisać lewą ręką. Adresuj do X. Y. Z., główny Urząd pocztowy, Waszyngton. Od. Ty wiesz kogo.

- No, na to się złapie.

- Ale on nie będzie wiedział kto pisał - prawda?

- Ale zechce wiedzieć - czyż nie?

- No, naturalnie, o tem nie pomyślałem. Co naprowadziło cię na tę myśl?

- Znajomość ludzkiej ciekawości. Ciekawy rys.

- Teraz pójddę do siebie, przepiszę ogłoszenie i dołączę dolara, z objaśnieniem, żeby wydrukowali mi to za niego.

 

CHAPTER I.

 

It is a matchless morning in rural England. On a fair hill we see a majestic pile, the ivied walls and towers of Cholmondeley Castle, huge relic and witness of the baronial grandeurs of the Middle Ages. This is one of the seats of the Earl of Rossmore, K. G. G. C. B. K. C. M. G., etc., etc., etc., etc., etc., who possesses twenty-two thousand acres of English land, owns a parish in London with two thousand houses on its lease-roll, and struggles comfortably along on an income of two hundred thousand pounds a year. The father and founder of this proud old line was William the Conqueror his very self; the mother of it was not inventoried in history by name, she being merely a random episode and inconsequential, like the tanner's daughter of Falaise.

In a breakfast room of the castle on this breezy fine morning there are two persons and the cooling remains of a deserted meal. One of these persons is the old lord, tall, erect, square-shouldered, white-haired, stern-browed, a man who shows character in every feature, attitude, and movement, and carries his seventy years as easily as most men carry fifty. The other person is his only son and heir, a dreamy-eyed young fellow, who looks about twenty-six but is nearer thirty. Candor, kindliness, honesty, sincerity, simplicity, modesty-it is easy to see that these are cardinal traits of his character; and so when you have clothed him in the formidable components of his name, you somehow seem to be contemplating a lamb in armor: his name and style being the Honourable Kirkcudbright Llanover Marjoribanks Sellers Viscount-Berkeley, of Cholmondeley Castle, Warwickshire. (Pronounced K'koobry Thlanover Marshbanks Sellers Vycount Barkly, of Chumly Castle, Warrikshr.) He is standing by a great window, in an attitude suggestive of respectful attention to what his father is saying and equally respectful dissent from the positions and arguments offered. The father walks the floor as he talks, and his talk shows that his temper is away up toward summer heat.

"Soft-spirited as you are, Berkeley, I am quite aware that when you have once made up your mind to do a thing which your ideas of honor and justice require you to do, argument and reason are (for the time being,) wasted upon you-yes, and ridicule; persuasion, supplication, and command as well. To my mind-"

"Father, if you will look at it without prejudice, without passion, you must concede that I am not doing a rash thing, a thoughtless, wilful thing, with nothing substantial behind it to justify it. I did not create the American claimant to the earldom of Rossmore; I did not hunt for him, did not find him, did not obtrude him upon your notice. He found himself, he injected himself into our lives-"

"And has made mine a purgatory for ten years with his tiresome letters, his wordy reasonings, his acres of tedious evidence,-"

"Which you would never read, would never consent to read. Yet in common fairness he was entitled to a hearing. That hearing would either prove he was the rightful earl-in which case our course would be plain-or it would prove that he wasn't-in which case our course would be equally plain. I have read his evidences, my lord. I have conned them well, studied them patiently and thoroughly. The chain seems to be complete, no important link wanting. I believe he is the rightful earl."

"And I a usurper-a-nameless pauper, a tramp! Consider what you are saying, sir."

"Father, if he is the rightful earl, would you, could you-that fact being established-consent to keep his titles and his properties from him a day, an hour, a minute?"

"You are talking nonsense-nonsense-lurid idiocy! Now, listen to me. I will make a confession-if you wish to call it by that name. I did not read those evidences because I had no occasion to-I was made familiar with them in the time of this claimant's father and of my own father forty years ago. This fellow's predecessors have kept mine more or less familiar with them for close upon a hundred and fifty years. The truth is, the rightful heir did go to America, with the Fairfax heir or about the same time-but disappeared-somewhere in the wilds of Virginia, got married, and began to breed savages for the Claimant market; wrote no letters home; was supposed to be dead; his younger brother softly took possession; presently the American did die, and straightway his eldest product put in his claim-by letter-letter still in existence-and died before the uncle in-possession found time-or maybe inclination-to-answer. The infant son of that eldest product grew up-long interval, you see-and he took to writing letters and furnishing evidences. Well, successor after successor has done the same, down to the present idiot. It was a succession of paupers; not one of them was ever able to pay his passage to England or institute suit. The Fairfaxes kept their lordship alive, and so they have never lost it to this day, although they live in Maryland; their friend lost his by his own neglect. You perceive now, that the facts in this case bring us to precisely this result: morally the American tramp is rightful earl of Rossmore; legally he has no more right than his dog. There now-are you satisfied?"

There was a pause, then the son glanced at the crest carved in the great oaken mantel and said, with a regretful note in his voice:

"Since the introduction of heraldic symbols,-the motto of this house has been 'Suum cuique'-to every man his own. By your own intrepidly frank confession, my lord, it is become a sarcasm: If Simon Lathers-"

"Keep that exasperating name to yourself! For ten years it has pestered my eye-and tortured my ear; till at last my very footfalls time themselves to the brain-racking rhythm of Simon Lathers!-Simon Lathers! -Simon Lathers! And now, to make its presence in my soul eternal, immortal, imperishable, you have resolved to-to-what is it you have resolved to do?"

"To go to Simon Lathers, in America, and change places with him."

"What? Deliver the reversion of the earldom into his hands?"

"That is my purpose."

"Make this tremendous surrender without even trying the fantastic case in the Lords?"

"Ye-s-" with hesitation and some embarrassment.

"By all that is amazing, I believe you are insane, my son. See here -have you been training with that ass again-that radical, if you prefer the term, though the words are synonymous-Lord Tanzy, of Tollmache?"

The son did not reply, and the old lord continued:

"Yes, you confess. That puppy, that shame to his birth and caste, who holds all hereditary lordships and privilege to be usurpation, all nobility a tinsel sham, all aristocratic institutions a fraud, all inequalities in rank a legalized crime and an infamy, and no bread honest bread that a man doesn't earn by his own work-work, pah!"-and the old patrician brushed imaginary labor-dirt from his white hands. "You have come to hold just those opinions yourself, I suppose,"-he added with a sneer.

A faint flush in the younger man's cheek told that the shot had hit and hurt; but he answered with dignity:

"I have. I say it without shame-I feel none. And now my reason for resolving to renounce my heirship without resistance is explained. I wish to retire from what to me is a false existence, a false position, and begin my life over again-begin it right-begin it on the level of mere manhood, unassisted by factitious aids, and succeed or fail by pure merit or the want of it. I will go to America, where all men are equal and all have an equal chance; I will live or die, sink or swim, win or lose as just a man-that alone, and not a single helping gaud or fiction back of it."

"Hear, hear!" The two men looked each other steadily in the eye a moment or two, then the elder one added, musingly, "Ab-so-lutely cra-zy-ab-solutely!" After another silence, he said, as one who, long troubled by clouds, detects a ray of sunshine, "Well, there will be one satisfaction-Simon Lathers will come here to enter into his own, and I will drown him in the horsepond. The poor devil-always so humble in his letters, so pitiful, so deferential; so steeped in reverence for our great line and lofty-station; so anxious to placate us, so prayerful for recognition as a relative, a bearer in his veins of our sacred blood-and withal so poor, so needy, so threadbare and pauper-shod as to raiment, so despised, so laughed at for his silly claimantship by the lewd American scum around him-ah, the vulgar, crawling, insufferable tramp! To read one of his cringing, nauseating letters-well?"

This to a splendid flunkey, all in inflamed plush and buttons and knee-breeches as to his trunk, and a glinting white frost-work of ground-glass paste as to his head, who stood with his heels together and the upper half of him bent forward, a salver in his hands:

"The letters, my lord."

My lord took them, and the servant disappeared.

"Among the rest, an American letter. From the tramp, of course. Jove, but here's a change! No brown paper envelope this time, filched from a shop, and carrying the shop's advertisement in the corner. Oh, no, a proper enough envelope-with a most ostentatiously broad mourning border-for his cat, perhaps, since he was a bachelor-and fastened with red wax-a batch of it as big as a half-crown-and-and-our crest for a seal!-motto and all. And the ignorant, sprawling hand is gone; he sports a secretary, evidently-a secretary with a most confident swing and flourish to his pen. Oh indeed, our fortunes are improving over there-our meek tramp has undergone a metamorphosis."

"Read it, my lord, please."

"Yes, this time I will. For the sake of the cat:"

 

14,042 SIXTEENTH. STREET,

WASHINGTON, May 2.

 

My Lord-

It is my painful duty to announce to you that the head of our illustrious house is no more-The Right Honourable, The Most Noble, The Most Puissant Simon Lathers Lord Rossmore having departed this life ("Gone at last-this is unspeakably precious news, my son,") at his seat in the environs of the hamlet of Duffy's Corners in the grand old State of Arkansas,-and his twin brother with him, both being crushed by a log at a smoke-house-raising, owing to carelessness on the part of all present, referable to over-confidence and gaiety induced by overplus of sour-mash-("Extolled be sour-mash, whatever that may be, eh Berkeley?") five days ago, with no scion of our ancient race present to close his eyes and inter him with the honors due his historic name and lofty rank-in fact, he is on the ice yet, him and his brother-friends took up a collection for it. But I shall take immediate occasion to have their noble remains shipped to you ("Great heavens!") for interment, with due ceremonies and solemnities, in the family vault or mausoleum of our house. Meantime I shall put up a pair of hatchments on my house-front, and you will of course do the same at your several seats.

I have also to remind you that by this sad disaster I as sole heir, inherit and become seized of all the titles, honors, lands, and goods of our lamented relative, and must of necessity, painful as the duty is, shortly require at the bar of the Lords restitution of these dignities and properties, now illegally enjoyed by your titular lordship.

With assurance of my distinguished consideration and warm cousinly regard, I remain

Your titular lordship's

 

Most obedient servant,

Mulberry Sellers Earl Rossmore.

 

"Im-mense! Come, this one's interesting. Why, Berkeley, his breezy impudence is-is-why, it's colossal, it's sublime."

"No, this one doesn't seem to cringe much."

"Cringe-why, he doesn't know the meaning of the word. Hatchments! To commemorate that sniveling tramp and his, fraternal duplicate. And he is going to send me the remains. The late Claimant was a fool, but plainly this new one's a maniac. What a name! Mulberry Sellers-there's music for you, Simon Lathers-Mulberry Sellers-Mulberry Sellers-Simon Lathers. Sounds like machinery working and churning. Simon Lathers, Mulberry Sel-Are you going?"

"If I have your leave, father."

 

The old gentleman stood musing some time, after his son was gone. This was his thought:

"He is a good boy, and lovable. Let him take his own course-as it would profit nothing to oppose him-make things worse, in fact. My arguments and his aunt's persuasions have failed; let us see what America can do for us. Let us see what equality and hard-times can effect for the mental health of a brain-sick young British lord. Going to renounce his lordship and be a man! Yas!"