Rozdział III
Pani Sellers wróciła właśnie, uspokojona, i
zaczęła wypytywać Hawkinsa o jego żonę, i o dzieci, i o ilość ich,
i t. p. Badania te doprowadziły do szczegółowego opowiedzenia
historji następujących po sobie wzniesień i upadków całej rodziny,
oraz przygód, które ich spotkały na Dalekim Zachodzie w przeciągu
tych piętnastu lat. Nagle zjawił się posłaniec i pułkownik wyszedł, by załatwić jakiś
interes. Hawkins skorzystał ze sposobności i zasięgnął informacji,
w jaki sposób świat obszedł się z pułkownikiem w przeciągu
ostatniego piętnastolecia. - O, obszedł się z nim tak, jak zwykle; gdyby nawet pragnął
zmienić swe postępowanie, to on nie dopuściłby nigdy do tego. - Wierzę w to z łatwością, pani Sellers! - Widzisz - on się nie zmienił - ani na jotę - jest zawsze
Mulberrym Sellers! - Widzę to aż nadto wyraźnie! - Jest to zawsze ten sam wspaniałomyślny; poczciwy, pogodny, pełen
nadziei bankrut, a jednak wszyscy lubią go tak, jak gdyby był
bogatym szczęśliwcem! - Zawsze go lubiano i to jest zupełnie zrozumiałe, gdyż zawsze był
uprzejmy i miły i miał w sobie coś, co ułatwiało prośbę o pomoc lub
względy - nie czuło się onieśmielenia, rozumie pani, i człowiek nie
miał tego "szkoda, że mówiłem" - uczucia, jakie się ma w stosunkach
z innymi ludźmi. - Tak, tak, to słuszne; i człowiek dziwi się temu, gdyż nieraz
postępowano z nim bezwzględnie; ludzie używali go za drabinę, po
której się wspinali, i pomiatali nim, gdy był już niepotrzebny.
Przez jakiś czas czuje się tem dotknięty, duma jego jest zraniona -
unika tych ludzi o nie życzy sobie o tem mówić - a ja zaczynam się
łudzić, że tym razem nauczył się czegoś i na przyszłość będzie
ostrożniejszy - ale właśnie! po paru tygodniach zapomina o
wszystkiem; dość by pierwszy lepszy samolub i włóczęga, przybyły
Bóg wie skąd, otworzył gębę, już może mu wleźć do duszy z butami! - Przypuszczam, iż czasami cierpliwość pani jest wystawiana na
najcięższą próbę! - A, nie; przywykłam do tego; wolę by był taki, aniżeli inny;
jeżeli nazywam go bankrutem, to chcę przez to powiedzieć, że jest
on bankrutem dla świata, ale nie dla mnie. Nie myślę, iż
pragnęłabym, by był innym; czasami łaję go, burczę na niego, jeżeli
chcesz pan to tak nazwać, ale robiłabym to smo, gdyby był inny.
Jest to moje przyzwyczajenie. Ale o wiele mniej łaję i burczę
wtedy, gdy mu się coś nie uda, aniżeli w przeciwnym wypadku. - A więc nie jest on zawsze bankrutem - powiedział Hawkins,
rozjaśniając się. - On? Ależ nie, Bóg z tobą; od czasu do czasu robi "kawał", jak on
to nazywa. Wtedy dopiero muszę gniewać się i krzyczeć. Gdyż
pieniądze lecą poprostu. Zaledwie są, - już ich niema. Natychmiast
zapełnia dom kalekami i idjotami, sprowadza bezdomne koty i innego
rodzaju graty, które inni ludzie wyrzucają, ale które on lubi; a
gdy nędza znowu nam doskwierczy - ja muszę połowę tego wszystkiego
wyrzucić, gdyż inaczej umarlibyśmy z głodu; i to martwi go, a i
mnie również, oczywiście. Naprzykład tacy Daulk i Jimmy, których
szeryf sprzedał nam kiedyś na południu - jeszcze przed wojną -
kiedyśmy właśnie świeżo zbankrutowali; po zawarciu pokoju powrócili
do nas, wyniszczeni i zmęczeni pracą na plantacji, niezaradni,
starzy, niezdolni do wykonania najlżejszej pracy przez resztę czasu
swojej ziemskiej pielgrzymki - a nas nędza tak przycisnęła, tak
przycisnęła, żeśmy ledwie zipali - a on szeroko otworzył podwoje na
ich spotkanie i przyjął ich w taki sposób, jakgdyby oni usłyszeli
nasze modły i zstąpili do nas z nieba. Wzięłam go na stronę i
mówię: "Mulberry, nie możemy ich przyjąć, sami nie mamy co jeść -
niepodobna ich żywić!" Spojrzał na mnie z boleścią i powiedział:
"Wyrzucić ich? A przyszli do mnie z taką ufnością i wiarą, jak -
jak - ach, Polly, musiałem w jakiś sposób kupić sobie ich zaufanie
- wtedy przed wielu laty - i dać im na to rewers - takich rzeczy
nie dostajesz w upominku - i jakże potrafię być ich dłużnikiem?!
Widzisz Polly, oni są starzy, biedni, bezdomni". - Ale ja zdążyłam
się już zawstydzić, kazałam mu zamilknąć, jakaś nowa otucha
wstąpiła we mnie i mówię łagodnie: "Dobrze, przygarnijmy ich - Bóg
nam dopomoże!" Był uszczęśliwiony i już miał zamiar wyrwać się z
jednem ze swoich szczerych przemówień, ale opamiętał się w czas i
powiedział skromnie: "Moja w tem głowa!" Było to przed wielu,
wielu, wielu laty... No, a te stare graty tkwią u nas do
dzisiejszego dnia! - Ale czy nie można ich użyć do posług domowych? - Też pomysł! Możnaby, gdyby oni mogli coś robić, biedne stare
istoty, a być może, zdaje się im nawet, że coś robią. Ale to
przywidzenie. Daulk pilnuje drzwi i czasem chodzi na posyłki; a
czasami któreś z nich kręci się tu, niby żeby coś sprzątnąć; ale to
tylko dlatego, żeby podsłuchiwać rozmów i wtrącić swoje trzy
grosze. I, naturalnie, asystują podczas jedzenia - w tym samym
celu. Faktem jest, że trzymamy dziewczynę murzynkę do opieki nad
nimi, i starszą murzynkę d posług domowych i do pomocy w
nadzorowaniu ich. - No, przynajmniej muszą się czuć bardzo szczęśliwi, mam nadzieję. - Nie mam na to słów. Kłócą się ze sobą prawie bezustannie, zawsze
o religję, gdyż Daulk jest uparty baptysta a Jimmy krzykliwa
metodystka i Jimmy wierzy w opatrzność, a Daulk nie, ponieważ uważa
się za pewnego rodzaju wolnomyśliciela - a potem razem bawią się i
śpiewają hymny, których się nauczyli na plantacji - i gadają, i
kłócą się "na zawsze i do końca życia", a właściwie lubią się
serdecznie i nie widzą świata po za Mulberrym - a on cierpliwie
znosi ich szaleństwa i wyrządzane przez nich szkody i w ten sposób,
- no tak, jeżeli o to chodzi, czuje się chyba dość szczęśliwy. Ale
ja się nie skarżę - zdążyłam przywyknąć. Mogę przyzwyczaić się do
wszystkiego - przy pomocy Mulberrego; a właściwie, dopóki on jest
przy mnie, mało dbam o to, co się stanie. - Hm, jest w doskonałym humorze i ma nadzieję, że niedługo uda mu
się zrobić nowy kawał. - I przygarnąć kulawych, chromych, ślepych i znowu zamienić dom na
szpital? Oto, co chciałby uczynić! Widziałam to już - to i wiele
innych rzeczy. Nie, Waszyngtonie, pragnę jedynie, aby przez resztę
wędrówki naszej przez dolinę życia, pomysły jego nieco złagodniały! - Dobrze, ale czy będą to wielkie pomysły, czy małe, czy wogóle
porzuci myśl o nich - nigdy nie zabraknie mu przyjaciół -
przypuszczam, iż nie, nigdy nie odczuje ich braku, gdyż zawsze
znajdą się ludzie, którzy... - Jemu zabraknie przyjaciół! - i podniosła głowę dumnym ruchem. -
Ależ Waszyngtonie, nie znajdziesz człowieka, któryby go nie kochał!
Powiem ci w zaufaniu, że miałam djablo ciężkie zadanie, by
powstrzymać ich od mianowania go na jakiś urząd. Równie dobrze, jak
ja, wiedzieli oni, że Mulberry nie ma pojęcia o urzędowaniu, ale
świat nie widział chyba człowieka, któremu byłoby trudniej odmówić,
gdy o coś prosi. Mulberry Sellers pracujący w urzędzie! Dobry Boże,
wiesz chyba, jakby to wyglądało! Ależ z drugiego końca świata
zbieraliby się ludzie, żeby popatrzeć na taki cyrk! Wtedy
rzuciłabym się chyba do Niagary, żeby raz z tym skończyć. Po krótkiej pauzie dodała, powracając do uwagi, uczynionej
poprzednio: - Przyjaciele? O zaprawdę, nikt nie miał tylu - i to jakich
przyjaciół: Grant, Sherman, Sheridan, Johnston, Dongstreet, Lee -
wiele razy siedzieli na tem krześle, które ty obecnie zajmujesz. Hawkins zerwał się natychmiast i zaczął przyglądać się krzesłu z
pełnem czci zdumieniem i przejmującem go grozą uczuciem, że
niegodną swą osobą zbezcześcił święte miejsce. - Tacy? - powiedział. - O, oczywiście, wielu z nich i wiele razy. Wpatrywał się w krzesło, jakby oczarowany, zamagnetyzowany; i po
raz pierwszy w życiu wydało mu się, że olbrzymie przestrzenie
suchych preryj stanęły nagle w płomieniach, a ogniste języki,
ślizgając się po nich, łączyły dwie przeciwne strony horyzontu i
pokrywały niebo obłokami dymu. Doświadczał tego, co doświadcza
niemal codziennie flegmatycznie, nieznający geografji cudzoziemiec,
który, patrząc tępym i obojętnym wzrokiem z okna wagonu, natrafia
nagle na napis, który opiewa: "Stratford nad Aron"! Pani Sellers
zaś z zadowoleniem paplała dalej: - O, oni lubią go słuchać, szczególniej, gdy brzemię pracy zbytnio
obciąża jedno ich ramię i pragnęliby go przesunąć. Mulberry jest
czemś w rodzaju powietrza - powiewem, jeżeli wolisz - i działa na
nich orzeźwiająco; jest to dla nich, jak wycieczka za miasto - tak
przynajmniej twierdzą. Wiele razy udawał Wielki Jeneralny śmiech -
i to jest prawdziwe arcydzieło, mówię ci; a co się tyczy Sheridana
- to słuchając Mulberrego Sellers, oczy błyszczą mu tak, jak gdyby
grały mu armaty. Widzisz, urok Mulberrego polega na tem, że to
człowiek wszechstronny, pozbawiony przesądów, że umie się do
wszystkiego i do wszystkich zastosować. Dzięki temu jest przemiłym
towarzyszem, a ludzie lubią go, jak skandal!... Idź-no kiedy do
Białego Domu na oficjalne przyjęcie do prezydenta, kiedy Mulberry
tam jest. Wierz mi, nie umiałbyś powiedzieć, który z nich jest
wtedy główną osobą! - No, tak, oczywiście... Jest to człowiek wyjątkowy i zawsze taki
był. Czy jest religijny? - Do szpiku kości - i myśli, i czyta na ten temat więcej od
innych, za wyjątkiem, naturalnie, Rosji i Syberji hasa
najswobodniej po całem tem polu i niema w nim śladu bigoterji. - Co za religję wyznaje? - Mulberry - zatrzymała się i przez chwilę utonęła w myślach,
następnie dodała z prostotą: - Zdaje mi się, że w zeszłym tygodniu
uważał się za Mahometanina, czy coś w tym rodzaju. Waszyngton udał się do miasta po swoje manatki, gdyż gościnni
Sllersowie ani słyszeć chcieli o jakichś wykrętach; dom ich musi
uważać za swój podczas sesji parlamentu. Wkrótce powrócił pułkownik
i zabrał się do fabrykowania swojej zabawki. Skończył ją zanim
Waszyngton wrócił. - Oto jest, - zawołał pułkownik. - Skończyłem! - Co takiego, pułkowniku? - O, taka sobie drobnostka; zabawka dla dzieci. Waszyngton obejrzał. - To wygląda na łamigłówkę. - I jest nią. Nazwałem to: "Prosięta w koniczynie". Wprowadź je
tam - spróbuj, czy potrafisz wprowadzić. Po wielu usiłowaniach udało się to wreszcie Waszyngtonowi, który
ucieszył się z tego, jak dziecko. - Ależ to nadzwyczaj sprytnie pomyślane, pułkowniku, bardzo mądre!
I zajmujące - o, mógłbym się tem bawić po całych dniach! Co z tem
zrobisz? - O, nic; opatentuję i schowam. - Nawet o tem nie myśl. Taka rzecz - to pieniądze. Wyraz politowania przebiegł po twarzy pułkownika; zawołał: - Pieniądze - o tak, nędzne grosze. Conajwyżej paręset tysięcy
dolarów. Nie więcej. Oczy Waszyngtona zabłysły. - Paręset tysięcy dolarów. Ty nazywasz to nędznym groszem? Pułkownik podniósł się i, przeszedłszy na palcach przez pokój,
przymknął odchylone drzwi; następnie na palcach, powrócił na swoje
miejsce, mówiąc półgłosem: - Potrafisz utrzymać tajemnicę? Waszyngton kiwnął głową potakująco - powaga chwili odebrała mu
mowę. - Słyszałeś kiedy o materjalizacji? - o materjalizacji duchów,
które odeszły? Waszyngton słyszał. - I prawdopodobnie nie wierzyłeś; i słusznie. Rzecz ta nie
zasługuje na uwagę lub uznanie, jeżeli jest uprawiana przez głupich
szarlatanów - w ciemnym pokoju, oświetlonym małem światłem, w
obecności bandy sentymentalnych dudków, spędzonych do kupy, którzy
wszyscy gotowi są wierzyć, bać się i płakać na zawołanie; no, i
zawsze jedna i ta sama obmierzła resztka protoplazmy czy humbugu
materjalizuje się we wszystko, czego zapragniesz - w babkę, wnuka,
szwagra, Johna Miltona, siostry Sjamskie, Piotra Wielkiego - i inne
temu podobne głupstwa - o, wszystko to jest głupie i godne
politowania! Ale kiedy człowiek znający się na tem, wnosi w to
skarby wiedzy, rzecz przedstawia się inaczej, zupełnie inaczej.
Duch, który przybył na takie wezwanie, przybył, by pozostać. Czy
wnikasz w wartość handlową tego szczegółu? - No, ja - prawdę mówiąc - niebardzo wiem, czy co rozumiem. Czy
chcesz powiedzieć, że taki, co jest trwały, a nie przejściowy, jest
o wiele ciekawszy i może podnieść cenę biletów widowiska? - Widowiska? Głupstwo; wysłuchaj mnie uważnie. A nabierz-no
powietrza w piersi, bo będziesz go potrzebował. Za trzy dni
uzupełnię swoją teorję, a wtedy - świat ze ździwienia wytrzeszczy
oczy, gdyż ujrzy cuda. Waszyngtonie, za trzy dni, - powiedzmy za
dziesięć - możesz mi kazać przywołać umarłych wszystkich wieków, a
oni powstaną i zaczną się poruszać. Poruszać? ależ chodzić będą już
nazawsze i nigdy nie umrą. Poruszać wszystkiemi mięśniami i stawami
z dawnym wigorem! - Pułkowniku! Rzeczywiście, to tamuje oddech! - Teraz widzisz, w czym leżą pieniądze? - Hm, tak, zapewne, - ale naprawdę to dobrze nie wiem. - Wielkie nieba, spójrz no tu. Będę miał monopol; wszystkie te
duchy będą moją własnością; może nie? Dwa tysiące policjantów w
city Nowego Jorku. Płaca, cztery dolary dziennie. Zastępuję ich
nieboszczykami za pół ceny. - O, to cudownie! Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Cztery
tysiące dolarów dziennie! Teraz zaczynam rozumieć! Ale czy umarli
policjanci zechcą odpowiadać? - A czy żywi odpowiadają? - No, jeżeli tak stawiasz sprawę... - Postaw ją, jak chcesz. Zmieniaj, jak ci się podoba - zawsze moi
chłopcy będą mieli wyższość. Nie będą jedli ani pili - jest to dla
nich zbyteczne; nie będą zaglądali do jaskiń gry, ani przesiadywać
w potajemnych szynkach, ani umizgać się do dziewcząt, a co
najważniejsze - bandyci, którzy napadają na policjantów w odległych
dzielnicach, strzelając i zręcznie operując nożami, conajwyżej
przedziurawią im mundury. - Ach, pułkowniku, jeżeli możesz dostarczyć policjantów,
oczywiście... - Oczywiście, że mogę wszystko. Weźmy np. armję -
obecnie liczy dwadzieścia pięć tysięcy ludzi; wydatki dwadzieścia
dwa miljony rocznie. Wykopię z ziemi rzymian, wskrzeszę greków, za
dziesięć miljonów rocznie dostarczę rządowi dziesięć tysięcy
weteranów, wybranych z pomiędzy zwycięskich legjonów wszystkich
epok, żołnierzy, którzy, jak rok długi, będą ścigali indjan na
zmaterjalizowanych koniach, a utrzymanie ich i żywienie nie będzie
kosztowało ani centa. Utrzymanie armij europejskich kosztuje
obecnie dwa biljony rocznie. Odkopię z ziemi doświadczonych mężów
stanu wszystkich epok i wszystkich stref geograficznych i obdarzę
nasz kraj kongresem, który potrafi wybrnąć z kabały - rzecz, która
jeszcze nigdy nie miała miejsca, od czasu ogłoszenia Niepodległości
i nigdy się nie zdarzy, jeżeli miejsce tych doświadczonych
nieboszczyków w dalszym ciągu będą zajmowały martwe prawa.
Wprowadzę na trony europejskie najtęższe mózgi i najszlachetniejsze
dusze, jakich wszystkie grobowce wszystkich epok mogą dostarczyć -
nie jest zbyt obiecujące - określę pensję i listę cywilną, uczciwie
i rzetelnie, biorąc jedynie swoją połowę i - - Pułkowniku, jeżeli połowa tego, co mówisz, jest prawdą - to to
są miljony - miljony. - Biljony, biljony, oto co chciałeś powiedzieć. Słuchaj no, sprawę
tę mam już w swojem ręku, i jest tak pewna, tak absolutnie pewna,
że gdyby ktoś przyszedł do mnie i powiedział: pułkowniku, jestem w
kłopotach, czybyś nie chciał mi pożyczyć parę biljonów dolarów
na... - proszę wejść! Była to odpowiedź na stukanie do drzwi. Człowiek o energicznym
wyglądzie wtoczył się do pokoju z olbrzymim notatnikiem w ręku,
wyjął stamtąd jakiś papier i podał go, z krótką uwagą: - Siedemnaste i ostatnie wezwanie, tym razem musi pan zapłacić w
całości te trzy dolary i pięćdziesiąt centów, pułkowniku Mulberry
Sellers! Pułkownik zaczął szperać w jednej i drugiej kieszeni, pomacał tu,
tam i ówdzie, i mruknął: - Co zrobiłem z portfelem? Niech no poszukam - nie tu, nie tam -
o, prawdopodobnie zostawiłem go w kuchni; skoczę i... - Nie, nie skoczysz pan; zostaniesz tam, gdzie stoisz. O, tym
razem zmuszę cię wyrzygać tę sumę! Waszyngton naiwnie zaproponował, że pójdzie poszukać portfelu; po
jego odejściu pułkownik odezwał się: - Mówiąc szczerze, pragnę raz jeszcze odwołać się do pańskiej
pobłażliwości, Suggs; widzi pan, pieniądze, na które czekałem... - Do djabła z pańskiem czekaniem! To odgrzewany dowcip, nie warto
odpowiadać. Chodź pan! Pułkownik spojrzał nań z rozpaczą; następnie twarz jego rozjaśniła
się; podbiegł do ściany i z zapałem zaczął wycierać chustką jakąś
ohydną chromolitografję; następnie zdjął ją z szacunkiem, podał
poborcy i odwracając twarz, powiedział: - Weź pan - ale nie każ mi patrzeć, kiedy będziesz to wynosił.
Jest to jedyny pozostały Rembrandt, który... - Do djabła z Rembrandtem, to chromolitografja! - O, nie mów o tem w ten sposób, błagam cię! Jest to jedyny cenny
oryginał, najwyższy wzór tej wspaniałej szkoły artystycznej,
która... - Szkoły artystycznej! nigdy nie widziałem podobnej ohydy! Pułkownik niósł już inne szkaradzieństwo, czyszcząc je troskliwie. - Weź i to - perłę moich zbiorów - jedyny prawdziwy Fra Angelico,
który... - Wypacykowana szkapa - oto, co mi pan daje! Daj no tutaj - dobry
Boże! ludzie pomyślą, że ograbiłem murzyńską golarnię! Gdy zatrzasnął za sobą drzwi, pułkownik zawołał głosem
boleściowym: - Okryj je, proszę, ochroń je od kurzu. Delikatne barwy
Angelico... Ale człowiek ów zniknął. Waszyngton powrócił i oznajmił, że szukał wszędzie, to samo
czyniła pani Sellers i służący, ale napróżno i powiedział, iż
chciałby mieć oko na pewnego człeczynę - a wtedy nie potrzebaby
szukać portfelu. Ciekawość pułkownika natychmiast została
rozbudzona. - Jakiego człeczynę? - Nazywali go u nas - u nas, to jest w Cherokee - jednorękim Pete.
Ograbił bank w Tahlequah. - Czy w Tahlequah są banki? - O tak - w każdym razie jest jeden bank. Podejrzewano, że to on
go ograbił. Ktokolwiek to zrobił, udało mu się uciec z przeszło
20.000 dolarów. Za wykrycie obiecali 5.000. Zdaje mi się, że
widziałem tego człowieka, jadąc tutaj... - Nie - czy naprawdę? - W każdym razie, gdy wsiadłem do pociągu zobaczyłem człowieka,
który dokładnie odpowiadał temu opisowi - przynajmniej co do
ubrania i braku ręki. - Dlaczego nie kazałeś go aresztować i nie zgłosiłeś się po
nagrodę? - Nie mogłem. Musiałbym mieć dowody. Ale miałem zamiar towarzyszyć
mu i czekać okazji. - I? - O, wysiadł z pociągu pewnej nocy. - O, do djabła, to fatalne! - Niezupełnie. - Jakto? - Ponieważ przybył do Baltimore tym samym pociągiem, co ja,
chociaż nie domyślał się tego. Kiedy wyszliśmy ze stacji,
spostrzegłem, że idzie wzdłuż żelaznej barjery z torbą w ręku. - Doskonale. Złapiemy go. Ułóżmy plan. - Chcesz posłać opis do policji baltimorskiej? - Co ty pleciesz?! Nie. Chcesz, żeby policja otrzymała nagrodę? - A więc co zrobimy? Pułkownik zastanowił się. - Powiem ci. Daj ogłoszenie do baltimorskiego "Słońca". Ułóż je
tak: A. Napisz mi słówko, Pete. - Poczekaj, którą rękę stracił? - Prawą. - Dobrze. Pisz dalej: A. Przyślij mi słówko, Pete, nawet gdybyś był zmuszony pisać lewą
ręką. Adresuj do X. Y. Z., główny Urząd pocztowy, Waszyngton. Od.
Ty wiesz kogo. - No, na to się złapie. - Ale on nie będzie wiedział kto pisał - prawda? - Ale zechce wiedzieć - czyż nie? - No, naturalnie, o tem nie pomyślałem. Co naprowadziło cię na tę
myśl? - Znajomość ludzkiej ciekawości. Ciekawy rys. - Teraz pójddę do siebie, przepiszę ogłoszenie i dołączę dolara, z
objaśnieniem, żeby wydrukowali mi to za niego.