PRESKOT. To co zostało w ogniu - Marta Ręczkowska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Śnieżyca. Mróz, tak okrutny i całkowicie nie do zniesienia. Czas się zatrzymał. Pociąg stanął w miejscu. Chyba się popsuł.

- Super, jeszcze tego mi brakowało. Jakbym miała mało na głowie, dość mam już problemów - westchnęłam w myślach.

Do tego wszystkiego nie wiem, ile czasu tutaj spędzę. Godzinę, dwie, a może trzy. Jest już przecież 19:00, na 21:00 miałam być w Warszawie, bo z rana mam ważne spotkanie. Całkowicie utknęłam w jakimś szczerym polu.

Fajnie by było, jakbym chociaż wiedziała, gdzie jestem, jak daleko jest do najbliższej drogi, to chociaż może bym zamówiła jakiegoś Ubera czy innego Bolta. Jeszcze ci pasażerowie. Wrzeszczące dzieciaki i staruszkowie, którzy nagle zgłodnieli. Może gdybym miała przy sobie książkę, to bym poczytała. Jasne, na pewno nie, czemu się łudziłam? Utknęłam tutaj i jeszcze nie wiem, na jak długo. Może otworzę laptopa i spróbuję dopracować prezentację na jutrzejsze spotkanie. Chyba raczej nie, brak jakiegokolwiek zasięgu. Złość sięga już zenitu. Wkurzenie osiąga apogeum.

- Proszę, w ramach rekompensaty darmowa kawa bądź herbata - nagle wyrósł przede mną wysoki brunet.

Jeszcze tego mi brakowało, po co mi jakaś herbata, co z tego, że darmowa, a kawy o tej godzinie nie pijam. Już mam mu odpowiadać, gdy słyszę staruszkę obok mnie...

- Tak, ja poproszę kawę - odpowiada.

Po co ci kawa o tej godzinie? Zawsze się zastanawiałam, jak ci staruszkowie żyją. Kawa o tej godzinie? Godzina 12:00 w samo południe to idealna pora na zakupy na rynku, oczywiście bez czapki. Przechodzenie w miejscu bez pasów, bo do przejścia za daleko, a jest dosłownie za rogiem... Jeszcze żeby oczywiście przebiegli przez tę drogę, bo zbliża się auto... To nie, idą swoim normalnym, wolnym krokiem. Później ludzie się dziwią, że wypadki co chwila, a to podobno młodzież jest gorsza.

Z zamyślenia wybudził mnie ponownie głos bruneta...

- Wydaje mi się, że dla pani będzie kawa - przewróciłam oczami i odwróciłam się.

Już miałam odpowiadać, gdy jak w transie zapatrzyłam się tylko w obiekt przede mną. Nie mogłam oderwać oczu od jego twarzy. Była taka... jakby to powiedzieć, aby nie zabrzmiało zbyt górnolotnie... hm... no nic... była piękna. Dobra, Paulina, odezwij się w końcu - powiedziałam sama do siebie.

- Tak, poproszę kawę.

Durna, pomyślałam, po co mi ta kawa? Przecież nie pijam o takiej porze kawy. Teraz noc zarwana i jeszcze będzie mi kołatać serce. W sumie noc i tak będzie zarwana przez ten cholerny pociąg.

- Proszę tylko uważać, bo jest naprawdę gorąca - powiedział brunet, podając kawę w plastikowym, jednorazowym kubku.

Już bym wolała w papierowym, nie byłaby aż tak gorąca, pomyślałam w duchu. Dodatkowo jeszcze plastik, same odpady rozkładające się tysiące lat, zanieczyszczenia Ziemi, ocieplenie, dziura ozonowa... Z letargu wyrwał mnie głos.

- Jakub jestem.

- Paulina. Miło mi - szybko odpowiedziałam.

Sama się zdziwiłam swoją reakcją. Nie jestem skora do zawierania nowych znajomości, wolę swoje sprawdzone grono znajomych. Jestem także dość nieśmiała.

- Bardzo przepraszam za opóźnienie pociągu, za tę całą awarię. Dużo dzisiejszych pociągów było opóźnionych, stawały w zaspach i nie mogły ruszać dalej. Myśleliśmy, że nasz dojedzie do celu... Niestety utknęliśmy.

Zastanawiałam się, czy każdemu pasażerowi tak tłumaczy. Przecież nie słyszałam nawet jeszcze żadnego komunikatu o tym, dlaczego stanęliśmy w tym szczerym polu.

- Przecież to nie twoja wina - odpowiadam.

- Nie do końca... Dostałem wcześniej informację, że może przejazd się nie odbędzie, ale jednak wydałem rozkaz, że damy radę i dojedziemy do celu. Mogłem posłuchać innych, ale postawiłem na swoim i stoimy. Podobno będziemy tak stać do rana.

- Do rana? - krzyknęłam zbyt głośno.

Kilkoro pasażerów odwróciło się w moją stronę z niesmakiem. Jakby im to nie robiło różnicy, że stoimy tutaj i nie wiadomo, co dalej.

- Tak, niestety. Utknęliśmy, zanim ktoś tutaj do nas dojedzie, minie trochę czasu. Jest noc, nic nie widać. Zaspy po pas. Musi się rozjaśnić, by dojechali tutaj inni - odpowiada Kuba z opadniętymi kącikami ust.

Ale za to z jakimi kącikami, myślę. Duże, różowe usta pięknie współgrają z idealnie prostym nosem, mocno zarysowanymi brwiami i świetnie ułożoną fryzurą. Chyba przed pracą był u barbera, bo jak można mieć aż tak idealnie wystrzyżone włosy i brodę. Co, jakby mu tak ją niesfornie lekko zmierzwić? Wjechać dłonią w te gęste włosy i dotknąć zaróżowionych ze skrępowania policzków.

Paulina, ocknij się, mówię sama do siebie. Z rana masz ważne spotkanie w pracy, które może zaważyć na całej twojej karierze, jeszcze nie wiadomo, czy stawisz się w tym miejscu na czas, a tobie w głowie jakiś niezobowiązujący flirt, który jest nie na miejscu. Masz 30 lat, a chłopak przed tobą zapewne o 10 mniej. To jakiś niewyrośnięty jeszcze dzieciak.

- Super... - wkurzona odpowiadam. - Z rana mam być w Warszawie, muszę tam być. Nie ma innej opcji. Co za pech...

Odwracam się w stronę okna. Może pójdę pieszo, przecież w końcu dojdę do jakiejś drogi. Nie mam ze sobą zbyt ciężkiej walizki. Dam radę. Unoszę się i sięgam po walizkę leżącą na górnych półkach.

- Dokąd się pani wybiera? To znaczy dokąd się wybierasz? - pyta chłopak. - Jest ciemno, zimno, śnieżyca hula... Do Warszawy zostało jeszcze naprawdę sporo drogi.

- Muszę być rano w Warszawie! Nie rozumie pan? - już mnie naprawdę zdenerwował.

Co on sobie wyobraża? Nie zważam na nic i wstaję, ciągnę za sobą walizkę, która okazała się jednak dość ciężka. Po co zapakowałam ten dodatkowy, seksowny komplet nowej bielizny? Gdzie on ma mi się przydać? W Warszawie na pewno się nie przyda. Komu miałabym go pokazać? Jackowi? On już dawno postradał zmysły, a ja jadę do Warszawy właśnie, aby mu to pokazać i aby w końcu dostał za swoje.

- Poczekaj! - krzyczy za mną Kuba. - Ja niebawem będę zmierzał do domu, podwiozę cię. To znaczy... przyjedzie po mnie kolega i odwieziemy cię.

Zdziwiłam się, jak nagle stąd, z tej śnieżycy, uda mu się wyrwać do domu i co z tymi ludźmi, którzy tu utknęli? Jak oni dostaną się do swoich domów? Kto po nich przyjedzie? W sumie co mnie to interesuje, ważne, że ja dostanę się do Warszawy. Z drugiej strony nie znam tego chłopaka ani jego kolegi, a co, jeśli coś mi się stanie... Nie no, dlaczego miałoby mi się coś stać, skoro pracuje tutaj w PKP, to przecież jest porządny. Sama aż się do siebie zaśmiałam. Tak, tak, jakby każdy był taki porządny, to nigdy nie dochodziłoby do żadnych morderstw czy napadów. Jak ktoś idzie z np. psem po ulicy, to już na pewno dobrze wychowany? Albo jak pracuje w korporacji, to już na pewno nie kradzieże mu w głowie. Nie mam na co czekać, muszę być w Warszawie z rana, nie ma po prostu innej opcji.

- Okej, dobra. Jeśli to nie problem - odpowiadam.

- Żaden problem. Szczęście w nieszczęściu, że mieszkam tutaj niedaleko i że Paweł, mój kolega, niedawno skończył zmianę w innym pociągu, dowiedział się, że stoimy, i przyjedzie po mnie. To znaczy po nas - zarumienił się.

Zaczęłam się zastanawiać, przecież do Warszawy, z tego, co mówił, jest jeszcze kawał drogi, a on mieszka niedaleko. To nie będzie mu się opłacać wieźć mnie do Warszawy. Czy on chce mnie przenocować u siebie?

- Wiesz co, ja naprawdę muszę być w Warszawie - odpowiadam. - Przecież to kawał drogi, nie będę wam sprawiać problemów. Jakoś sobie poradzę - odpowiadam, idąc dalej i targając tę cholernie ciężką walizkę.

- Nie, no co ty. Żaden problem. Paweł odwiezie nas do mnie, wsiądziemy w moje auto i cię odwiozę. Luzik - odpowiada Kuba.

Też bym chciała mieć taki luzik chociaż raz w życiu, myślę, niczym się nie martwić i tak po prostu być tu i teraz.

- O, właśnie jest Paweł, widzę go - faktycznie za oknem migają światła samochodu. - Chodź, idziemy.

Dobra, i tak nie mam innego wyjścia. Idę tuż za Kubą, przeciskając się przez zdenerwowanych całą sytuacją pasażerów. No nic, darmowa kawa i herbata jakoś nie pomogły, ale lepsze to niż nic. Ach, to PKP. Na szczęście to już nie mój problem, bo jakoś wydostanę się z tego szczerego pola i ruszę dalej, chociaż krok do przodu, najpierw do domu Kuby.

Pewnie mieszka z rodzicami i zdziwią się całą sytuacją, ale przecież weźmie tylko auto i zawiezie mnie dalej. Ciekawe, czy ma swoje auto? Co, jeśli to auto jego ojca i go nie dostanie i nie będzie mógł mnie zawieźć? Nie no, przecież jest dorosły, myślę w duszy. A co, jeśli mu nie pozwolą i będę musiała... w sumie co ja będę musiała? Czekać w tej śnieżycy na dworze? Po co tak wszystko analizuję? Co ma być, to będzie, a może pozwoli mi zanocować u siebie i skoro świt pojedziemy do Warszawy.

Ale po co miałabym spać u niego, skoro mam wynajęty apartament w samym centrum. Może w sumie to nie byłby taki zły pomysł, odpoczęłabym, przespała się i chociaż chwilę zregenerowała się przed jutrzejszym ważnym dniem. Przespała się w wygodnym łóżku - zganiłam swoje myśli i próbowałam nastawić je na dobry tor.

Może na coś przydałby mi się ten czerwony, koronkowy komplet zabranej ze sobą bielizny pomyślałam.

- Uspokój się Paulina. - coraz bardziej wkurzona krzyczę na siebie w głębi duszy. Co na to wszystko Twój mąż? Nagle słyszę tylko krzyk Kuby.

- Uważaj! - i lecę w dół. Nie zauważyłam schodów i spadłam na sam dół w pole pełne śniegu. - Nie ruszaj się, może jest złamana. - ale co złamane myślę. Moja noga? Przecież ja muszę być jutro w Warszawie, a nie spędzić noc na SORze i wyjść z niego z gipsem.

- Nie, spokojnie, nic mi nie jest. Pewnie jest tylko zwichnięta. - dość zdenerwowana i obolała odpowiadam Kubie. - próbuje się podnieść, ale nic z tego, kostka daje o sobie znać przeszywającym kłuciem. Kuba mnie podnosi i stawia do pionu i nagle nasze oczy się spotykają. Chyba pierwszy raz tego wieczoru. Boże, jak ja będę wyglądać w tej koronkowej bieliźnie z gipsem na nodze? - nawet w takiej chwili, myślę sobie, ze złamaną pewnie nogą, żarty się mnie trzymają.

- Jedziemy do mnie. - mówi Kuba. Musimy to opatrzeć, założyć opatrunek i w razie czego jechać do szpitala.

- Ale ja nie mogę... - odpowiadam.

- Tak, wiem, musisz być w Warszawie. Ale chyba, zdrowie jest ważniejsze, a pan Preskot sobie poradzi.- skąd on wie o moim mężu, jak? Przecież... Tak, bilet, przecież jest imienny. Czyli wie kim jest, to nie powinno się wydać.- Spokojnie. Nikomu nie powiem, wiem po co jedziesz do Warszawy, wiem, że w firmie PRESKOT COMPANY dzieją się dziwne akcje i jest coraz głośniej o tym.. Wiem, że Twój mąż jest w to wszystko zamieszany i najprawdopodobniej tym wszystkim zarządza. Ale z tą nogą i tak na razie nic nie zdziałasz, a na pewno nie tej nocy. Moja mama jest pielęgniarką, jedziemy do mnie.- czyli tak, mieszka z rodzicami, tak jak myślałam, ciekawe, czy ma chociaż swoje auto. Tylko, że Kuba myśli, że jadę ratować swojego męża, a nie, że jadę go zniszczyć. Wszystko przez tego pieprzonego Jacka.

Rozdział 4

Nie miałam zamiaru uczestniczyć w tej jakże fascynującej sytuacji. Marcyśka była w ciąży, super... Jacek będzie ojcem, fajnie. Zawsze chciał nim być, ekstra. Pozazdrościć. Z drugiej strony, tyle lat z tą laską, aż dziwne, że jej nie zostawił. Przecież wiadomo było, że zanim mnie poznał, miał wiele kobiet, a po rozstaniu ze mną również.

Rozstaniu... niby formalnie nadal jesteśmy małżeństwem. Dziwne to wszystko... Rozstaliśmy się, gdy przyłapałam go na zdradzie z Marceliną... Niby mówił, że to tylko seks, że go zmieniłam itd., no ale jakby faktycznie tak było, to nie doszłoby nigdy do takiej sytuacji. W naszym związku owszem zmienił się, ale chyba jednak stare przyzwyczajenie wygrało. Tłumaczył się jeszcze, że wszystko go przerosło, bał się o mnie, dodatkowo jeszcze strata syna... ale to nieważne, mnie także było smutno, a nie puściłam się z nikim...

Zresztą Jacek nigdy nie był święty, był hazardzistą, nieraz wyciągałam go z rąk podejrzanych ludzi, z jakichś dziwnych sytuacji. Raz był kochającym i do rany przyłóż mężem, a raz agresywnym zwyrolem. Zawsze lubiłam ostry seks, ale czasami przesadzał i to nie tylko w czasie erotycznych sytuacji. Gdy puszczały mu nerwy, nieraz oberwałam od niego z całej siły, a potem musiałam chodzić w ciemnych okularach, udając alergię bądź światłowstręt.

- Hej, Paula? Jesteś? - nagle poczułam na sobie dłoń Jacka.

Odsunęłam się jak najszybciej.

- Nie mów do mnie Paula. Cześć, spieszę się - odeszłam tak szybko, jak się dało, w stronę rejestracji, a stamtąd w stronę gabinetu nr 8.

Na szczęście z nogą wszystko w porządku. Mam ją tylko oszczędzać, zero treningów, okłady itd. Podziękowałam szybko lekarzowi i wyszłam, kierując się do auta Kuby.

- I jak noga? - pyta Kuba.

- Mówiłam, że jest okej.

- Uff, to całe szczęście.

- A ty czemu tak szybko uciekłeś i nie przyszedłeś już do mnie? - pytam, zdziwiona całą sytuacją.

- Poszedłem po portfel, a później zadzwoniła moja mama, miała mały wypadek w pracy i muszę do niej jak najszybciej jechać.

- Nic się jej nie stało?

- Nie, chyba nie. Odwiozę cię i później się zdzwonimy. Przepraszam.

- Okej, nic się nie dzieje. Jestem ci mega wdzięczna za pomoc.

- No co ty, Paula, nie ma za co.

- Nie mów do mnie Paula! - krzyczę.

- Sorry, nie wiedziałem - odpowiada zestresowany Kuba.

- To ja przepraszam, skąd mogłeś wiedzieć. Po prostu nie lubię, jak ktoś tak do mnie mówi... Mam już dość, jestem zmęczona, chociaż dzień się dopiero zaczął. Ale no... spotkaliśmy Jacka, to mój mąż.

- Mąż? - pyta Kuba.

- Tak, jeszcze nie wzięliśmy rozwodu. Wszystko zawsze jest ważniejsze, ale między nami wszystko okej? - pytam.

- No tak, mówiłem ci wczoraj.

Po burzliwej i chaotycznej rozmowie jedziemy w całkowitej ciszy. Dojeżdżamy do samego centrum, pod Marriotta, unikając korków.

- Dzięki, naprawdę wielkie dzięki, Kuba - uśmiecham się miło, wstając i kierując się w stronę bagażnika, aby wyciągnąć walizkę.

- Nie ma za co, pomogę ci, wniosę do hotelu.

- Nie trzeba, jedź do mamy. Daj później znać, czy wszystko okej.

- Jasne, zobaczymy się wieczorem? - nagle pyta Kuba.

- Możemy, nie mam planów, jeśli o to pytasz. Niedługo skoczę do firmy Jacka, muszę coś załatwić i później jestem wolna.

- 20:00? Będzie dobrze?

- Bardzo dobrze.

Kuba nachyla się i namiętnie mnie całuje. Między nami chyba naprawdę jest okej, chociaż ta sytuacja w szpitalu była naprawdę dziwna. Kuba uciekł jak poparzony, ale może mi się tylko wydaje.

- Do zobaczenia, Paulina!

- Cześć. Do wieczora. Wyślę ci SMS-a z numerem pokoju.

- Okej, pa!

Patrzę jeszcze, jak odjeżdża czarnym Mercedesem, wciąż zastanawiając się, skąd miał na to kasę.

Wchodzę do dużego, przestronnego korytarza, kierując się szybko w stronę recepcji. Chcę się już znaleźć w pokoju, napić wina, wziąć prysznic i chwilę odpocząć.

- Dzień dobry, pani Preskot - witają mnie już od progu. - Pokój 256, proszę, kluczyk. Wino już czeka. Takie, jak pani lubi.

- Dziękuję, panie Piotrze.

Fajnie mieć swoje miejsce, gdzie wiedzą, czego potrzebujesz i czego chcesz. Fajnie również, że zastałam Piotra, on już całkowicie wiedział, czego potrzebuję. Gdy rozstałam się z Jackiem, lubiłam bywać w tym miejscu. Zresztą często tutaj musiałam być, ratując firmę Jacka, a ten hotel był opłacony przez firmę. Piotr natomiast nie był opłacony przez nikogo, ale umiał pokazać, co potrafi...

W pokoju czeka już na mnie wytrawne czerwone wino, takie jak lubię, cierpkie i gorzkie. Rozbieram się jak najszybciej i wchodzę pod prysznic. Gorąca woda zmywa ze mnie ciężar poranka. Wino rozgrzewa mnie od środka, a moje myśli kierują się tylko w stronę Kuby. Jego ciała, jego ust i tego, co robił ze mną wczoraj wieczorem. Nagle moje ręce samoistnie lądują u ujścia moich nóg, zanurzam palec w swojej cipce, jestem cała rozpalona i rozbudzona. Ruszam coraz szybciej, a moje serce przyspiesza, oddech staje się przerywany, zagryzam usta i dochodzę.

Moje podniecenie przerywa dźwięk pukania do drzwi. Akurat teraz... Owijam ciało ręcznikiem i wychodzę.

- Dzień dobry, pani Preskot.

To Piotr. Kurczę, akurat teraz? Kiedy jestem tak rozpalona, że najchętniej skonsumowałabym jakiegoś mężczyznę, a właśnie taki kąsek przede mną stoi. Wysoki, dobrze zbudowany, opalony, łysy i z tatuażami. Czy może być lepiej?

- Cześć - odpowiadam szybko, poprawiając ręcznik. - Wejdź, proszę - pokazuję ręką gest zapraszający.

- Chyba jestem nie w porę, ale mam właśnie chwilę przerwy i pomyślałem, że...

Wiedziałam, że Piotrowi o to chodzi, ale nie mogę, nie tym razem, chociaż stoi tu przede mną i jest mega przystojny, i wiem, na co go stać, a on wie, czego pragnę i co lubię.

- Przepraszam cię, Piotr, ale nie mogę. Spotykam się z kimś, to znaczy chyba się spotykam. Wybacz. Bardzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę.

- Serio? Nie gadaj! Jak tylko wiedziałem, że tu będziesz, nie mogłem się doczekać. Twoje ciało, cała ty... Paulina, coś ty odwaliła? - śmieje się lekko Piotr.

- No tak wyszło, poznałam kogoś, to świeża sprawa, bardzo świeża. Ale mam zawsze numer do ciebie, jakby coś nie wyszło - puszczam oczko w stronę Piotrka.

- No dobra, nie będę w takim razie przeszkadzał. Mogę cię tylko przytulić? - pyta.

Akurat teraz, kiedy jestem w ręczniku. No nic.

- Jasne, chodź tutaj - mówię śmiało.

Czuję zbliżające się ciało Piotra, jego umięśnione ciało i mocny uścisk. Tak. Tego mi było trzeba, mocnego uścisku twardego faceta. Ucieczki przed całym światem.

- Lecę - mówi Piotr. - Jak coś, wiesz, gdzie mnie szukać.

Mówi i klepie mnie w tyłek, a ręcznik opada na podłogę.

- Ups, wybacz, nie chciałem.

Podaje mi go, schylając się i przejeżdżając od samego dołu językiem ku górze mojego ciała. Stoję jak wryta w ziemię, gdy jego usta kierują się w stronę moich piersi i sterczących sutków. Moje ciało pragnie więcej.

- Idź już, proszę. Zanim będę żałować - mówię szybko do Piotra.

- Pa, pani Preskot.

Jego mruczący głos żegna mnie, gdy wychodzi z mojego pokoju.

Gdy tylko wychodzi, rzucam się na łóżko, pijąc kolejny kieliszek wina. Ręką szukam w walizce wibratora, mojego przyjaciela, z którym się nie rozstaję. Znajduję go i szybko zaczynam zabawę. Moje myśli kierują się już tylko w stronę Kuby. Na szczęście. Dochodzę już drugi, a nawet trzeci raz dzisiaj i zasypiam.

Budzę się wyrwana ze snu i patrzę na zegarek, nie wiedząc, co się dzieje. 12:00, samo południe. Miałam być w firmie. Zbieram się szybko, ubierając seksowną bieliznę, jakby nie wiem, na co była mi potrzebna, skórzane jeansy, czarny golf. Przeczesuję włosy palcami, nie mogąc znaleźć szczotki, i zakładam płaszcz, gdy nagle słyszę pukanie do drzwi.

To pewnie znowu Piotr, może myśli, że zmieniłam zdanie. W progu widzę Kubę. Nie wysłałam mu przecież SMS-a, ale nie to jest najważniejsze. Jest cały zdenerwowany, z nosa kapie mu krew, a pod okiem ciąży fioletowe limo.

- Kuba? Co się stało? Co ty tu robisz? - wpuszczam go do środka, zdejmując swój płaszcz i rzucając go na fotel.

- Jacek dał mi numer pokoju.

No tak, zawsze wybieram ten sam pokój, ale Jacek?

- Jacek? - pytam zdziwiona.

- Tak, Jacek. To mój brat.

Rozdział 5

- Ale jak to brat? - pytam zdziwiona jak nigdy wcześniej.

- Przyrodni br...

- Brat to brat - odpowiadam. - Ale jakim cudem nic o tym nie wiedziałam? Przecież byliśmy z Jackiem małżeństwem, formalnie nadal jesteśmy. I my... razem spaliśmy.

- No tak i było pięknie - uśmiecha się Kuba.

- Kuba, to twój brat - krzyczę.

- Przyrodni, rozumiesz? Przecież nic się nie stało, nie jesteśmy rodzeństwem - Kuba zbliżył się do mnie i lekko dotknął moich ramion.

- Tak, chyba tak... ale co ci się stało w oko? Daj, trzeba przyłożyć lód - kieruję się do minilodówki i wyjmuję na szybko zimny kompres. - Masz, przyłóż. Będzie wielki siniak.

- A daj spokój, nic się nie stało.

- Jak się nie stało? Ledwo widzisz na oko. Kto to zrobił? To Jacek?

- Tak, to on.

- Ale czemu? - zastanawiam się i wtedy też przychodzi mi do głowy zachowanie Kuby pod szpitalem. - A, i to dlatego tak dziwnie zachowywałeś się pod szpitalem.

- Tak, nie było mnie długo w Polsce, wyjechałem kilka lat wcześniej do pracy za granicą. Jacek zdziwił się. Kiedy wyjechałem, pokłóciliśmy się dość mocno.

- O co, jeśli mogę spytać?

- Wiem, co Jacek ma za uszami. Wiem, że nie jest święty. Wiem, że kręci lewe interesy. Niszczy ojca, on i tak już ledwo zipie, nie daje sobie z nim rady, niszczy firmę. Ojciec przepisał firmę na mnie i na Jacka, mamy, a raczej mieliśmy, udziały po połowie. Na początku szło wszystko super, Jacek zajmował się biznesem, ja siedziałem w technologii. Kasa się kręciła, biznes szedł gładko, do czasu, gdy Jacek wpadł w kłopoty. W sumie sam jest sobie winien, chciał zarabiać więcej, ale nie można robić tego kosztem ludzi. Fałszował dokumenty, poznał ludzi z mafii, wisiał im dużo kasy... Gdy dowiedział się, że poznaję prawdę o nim, że łączę kropki, odebrał mi udziały, wrobił w kradzież danych, a jak wiadomo, znałem się na technologiach, to ja za to odpowiadałem w firmie, więc wszyscy pomyśleli, że jestem winny upadkowi firmy. Musiałem wyjechać, ojciec mi kazał, nie miałem szans wygrać procesu, Jacek miał wpływy. Ukrywałem się za granicą, ale wszystko mnie przerosło, stwierdziłem, że nie mogę się ukrywać, muszę wrócić i znaleźć dowody na swoją niewinność. Czara goryczy się przelała, gdy wybuchł pożar w firmie - smuci się Kuba.

- Tak, pamiętam. Szukałam Jacka jak szalona, bałam się, że coś mu się stało, wtedy także dowiadywałam się powoli, że mnie zdradza... a teraz spodziewa się dziecka - nagle łapię się za brzuch i lekko kulę w sobie.

- Coś się stało? - Kuba podtrzymuje mnie.

- Nie, złe wspomnienia. W trakcie pożaru bardzo się martwiłam o Jacka, szukałam go, nie mogłam go znaleźć, trafiłam do szpitala, straciłam dziecko - siadam na łóżku, trzęsąc się.

- Bardzo mi przykro, nie wiedziałem, przepraszam - Kuba klęka przy mnie i dotyka moich kolan.

- To nie twoja wina, mów dalej, proszę.

- Jacek sam wzniecił pożar, miał już dość, nie wiedział, jak się z tego wszystkiego pozbierać, chciał to wszystko zakończyć, ale na szczęście ochrona i straż ugasiły pożar.

- Co? Przecież w środku byli ludzie? - wstaję gwałtownie, aż kręci mi się w głowie.

- Przecież dla Jacka to nieistotne. Liczy się tylko on, w firmie wtedy był ojciec, to także miał w dupie. Chciał spalić firmę i uciec. Rozumiesz to? - Kuba łapie się mocno za włosy i patrzy w dal za oknem.

Słychać gwar miasta, ludzi wracających z pracy, dzieciaki skaczące po zaśnieżonych chodnikach, karetki, straż pożarną, policję na kogucie.

- Ojciec wtedy zawziął się, stwierdził, że tak być nie może, ale Jacek... - chowa twarz w dłoniach.

- Co Jacek? - pytam.

- Chciał zabić ojca, nalał mu do bourbona jakiegoś syfu, chciał go otruć. Na szczęście byłem w pobliżu, znalazłem ojca i pojechaliśmy na płukanie żołądka. Ojciec po tamtej sytuacji nie doszedł do siebie, ma raka... Kazał mi ratować firmę. A wiesz, co jest najgorsze?

Nie zdążyłam zapytać, gdyż słyszę walenie do drzwi. Pewnie to znowu Paweł, kurczę, akurat nie w porę. Jednak ostro się mylę. To policja.

- Słucham? - pytam zdziwiona.

Chyba pomylili pokoje.

- Pani Paulina Preskot? - pyta funkcjonariusz.

- Tak, to ja, co się stało?

- Pojedzie pani z nami - widzę, że wyjmuje kajdanki.

Odsuwam się lekko w tył, Kuba staje za mną.

- Co się dzieje? - pyta.

- Pani Paulino, jest pani zatrzymana za udział w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie brudnych pieniędzy oraz poświadczanie nieprawdy w dokumentach - odpowiada zimnym tonem funkcjonariusz, skuwając mnie zimnym metalem kajdanek.

- Co? Przecież to jakaś pomyłka.

Patrzę na Kubę.

- Właśnie tego nie zdążyłem ci powiedzieć... - denerwuje się Kuba. - Ale nie martw się, jeszcze dziś postaram się cię uwolnić.

- To raczej nie będzie możliwe... - wtrąca się policjant.

- Nie z tobą rozmawiam... - pyskuje Kuba.

Podoba mi się ton jego odpowiedzi, lecz nie podoba mi się ta cała sytuacja.

- Nie mów nic, dopóki nie przyjadę z adwokatem. Kocham cię, Paulina, jeszcze dziś po ciebie będę.

Kuba powiedział, że mnie kocha. Co? Wow. Nie mam niestety chwili na myślenie o tym, gdyż wchodząc do samochodu, uderzam głową i budzę się w celi.

Rozdział 6

- Wody! - krzyczę ostatkiem sił.

Gdzie ja w ogóle jestem? Co się stało? Pamiętam, że byłam w Warszawie w hotelu, przyszedł do mnie Kuba, później zaczęliśmy rozmawiać, ktoś zapukał, skuli mnie w kajdanki, wyprowadzili i... Boże, jestem w więzieniu.

Podnoszę się z podłogi, ale nagle upadam szybciej, niż wstałam. Łapię się za głowę i przeszywa mnie przeraźliwy ból.

- Wody! Czy ktoś mnie słyszy? - ponawiam swój krzyk.

- Czego się drzesz?! - zza rogu wychyla się starszy, grubszy pan w okularach. Nie ma na sobie munduru, więc chyba tutaj nie pracuje. - Niepotrzebna ci woda, za chwilę wychodzisz, a noc przespałaś po badaniach, bo zemdlałaś, ale spokojnie, nic ci nie jest...

Słyszę zgrzyt otwieranych krat. W sumie to dobrze, że nic nie pamiętam z tego pobytu, o tyle dobrze.

- Darek jestem, jestem dyrektorem. Masz dobrych bliskich, wstawili się za tobą.

Zastanawiam się, kto się mógł za mnie wstawić. To pewnie Kuba, ale nie wiem, czy by mu pozwolili, nie jesteśmy w sumie rodziną, chyba... nie no, na pewno nie.

- Wstawaj! - ciągnie mnie za rękę.

Próbuje być delikatny, ale coś mu nie idzie.

- Poradzę sobie - mówię.

Nagle odzyskuję siły, nie zważam na zawroty głowy i wstaję na równe nogi.

- Chodź, poczekasz w moim gabinecie. Twój mąż już na ciebie czeka - mówi zadowolony Darek.

Nie wiem, z czego jest zadowolony, ale mi nie jest do śmiechu.

- Hej, Paula! - mówi do mnie Jacek tym swoim starym, dobrym, małżeńskim głosem. - Chodź, kochanie, jedziemy do domu. Zaszła jakaś pomyłka.

Jaka pomyłka, myślę. Nic już nie wiem, znalazłam się tutaj, bo mój były mąż, jeszcze niestety nie były, wrobił mnie w jakieś swoje głupie gierki i wmieszał mnie w podrabianie dokumentów, a teraz udaje kochającego męża i ratuje z opresji, w którą sam mnie wsadził. Chyba muszę teraz udawać jego żonę, aby mnie stąd wypuścili.

- Tak, skarbie, to chyba jakaś pomyłka, zabierz mnie stąd, proszę - patrzę współczującym wzrokiem na Jacka.

- Dzięki, Darek. Mam nadzieję, że nie do zobaczenia - śmieje się fałszywie mój mąż.