4
Kilka godzin po tym, jak widziałem Preskota na plaży, pojawił się znowu.
Tym razem bez deski. Bez parasola.
Nawet bez ciała.
Ale i tak wiedziałem, że jest.
Była szósta po południu. Moja siostra Robin i ja graliśmy w dużym pokoju w chrupkosza. Gra w chrupkosza to dobry pomysł, kiedy jest się głodnym, a nie ma specjalnie nic do jedzenia aż do następnego dnia. Wymyśliliśmy ją któregoś razu, gdy burczało nam w brzuchach. "Ojej, zjadłbym kawałek pizzy z kiełbasą" - burczał mój brzuch. A brzuch mojej siostry odpowiadał: "No, albo krakersy z masłem orzechowym".
Robin uwielbia krakersy.
Chrupkosz to łatwa gra. Trzeba mieć kilka chrupek, płatków śniadaniowych albo kółek z miodem, albo trochę chleba porwanego na kawałki. Dobre są też cukierki M&M, jeśli rodziców nie ma w pobliżu i nie zabraniają słodyczy. Ale jeżeli nie nazbieraliśmy właśnie cukierków na Halloween, to raczej i tak ich nie mamy.
W naszej rodzinie cukierki szybko znikają.
Najpierw trzeba sobie wybrać kosz. Może być miska albo kubek. Lepiej nie rzucać do kosza na śmieci, bo tam mogą być bakterie. Czasami bierzemy czapkę z daszkiem Robin, chociaż w niej bakterii też pewnie nie brakuje.
Potrafi się porządnie spocić jak na pięciolatkę.
Teraz chodzi o to, żeby trafić swoją chrupką do kosza. Zasada jest taka, że nie można zjeść chrupki, dopóki się nie wceluje. Trzeba ustawić kosz dość daleko, bo inaczej zaraz wszystko będzie zjedzone.
Jak człowiek stara się trafić do kosza, to zapomina, że jest głodny. Przynajmniej na chwilę.
Najbardziej lubię rzucać kółkami Cheerios, a Robin lubi płatki z lukrem. Ale kiedy w spiżarni pusto, nie ma co wybrzydzać. Mama czasem tak mówi.
Kiedy skończą się chrupki, a w brzuchu dalej burczy, można próbować żuć gumę, żeby o tym nie myśleć. Dobrym sposobem na przechowanie gumy na później jest przyklejenie jej za uchem. Nawet jak nie ma już smaku, to zawsze można trochę pogryźć.
Preskot zjawił się - przynajmniej tak mi się wydawało - kiedy celowaliśmy żytnimi chrupkami mojego taty do czapki Robin. Była moja kolej i od razu trafiłem. Kiedy poszedłem wyjąć chrupkę, znalazłem w czapce cztery fioletowe żelki.
Uwielbiam fioletowe żelki.
Stałem i patrzyłem na nie.
- Skąd się wzięły te żelki? - spytałem w końcu.
Robin złapała za czapkę. Najpierw próbowałem ją wyrwać, ale dałem spokój. Chociaż Robin jest mała, lepiej z nią nie zadzierać.
Potrafi ugryźć.
- To magia! - oznajmiła i zaczęła dzielić żelki. - Jeden dla mnie, jeden dla ciebie, dwa dla mnie...
- Robin, ale słuchaj. Nie wygłupiaj się. Skąd?
Wrzuciła sobie naraz do buzi dwa żelki.
- Pchechtan - powiedziała, co zrozumiałem jako "przestań".
Aretha, nasz mieszaniec labradora, podbiegła sprawdzić, co się dzieje.
- Ty nie dostaniesz - poinformowała ją Robin. - Jesteś psem, więc masz psie jedzenie, panienko.
Ale Aretha wcale nie interesowała się żelkami, tylko węszyła, nastawiając uszu w kierunku drzwi, jakby nadchodzili goście.
- Mamo! - zawołałem. - Kupiłaś żelki?
- No pewnie! - odkrzyknęła mama z kuchni. - Podam je na kolację razem z kawiorem.
- Ale naprawdę - drążyłem dalej, biorąc do ręki moje żelki.
- Zjedz chrupki, Jackson. Są dobre na wypróżnianie - odparła.
Po chwili stanęła w drzwiach kuchni, ze ścierką do naczyń w rękach.
- Jesteście jeszcze głodni? - spytała z westchnieniem. - Zostało trochę makaronu z serem z obiadu. I pół jabłka, możecie się podzielić.
- Ja dziękuję - powiedziałem szybko. Dawniej, kiedy w domu zawsze było coś do jedzenia, potrafiłem wybrzydzać i marudzić, gdy nie było czegoś, na co miałem ochotę. Ale ostatnio wszystkiego brakowało i widziałem, że rodzice czują się z tym fatalnie.
- Mamy żelki, mamo - powiedziała Robin.
- No dobrze. Dopóki jecie jakieś wartościowe jedzenie - stwierdziła mama. - Jutro dostanę tygodniówkę w Rite Aid i po pracy zrobię zakupy.
Kiwnęła głową, jakby rozwiązała jakiś problem, i wróciła do kuchni.
- Nie zjesz swoich żelków? - spytała Robin, kręcąc w palcach koniec blond kitki. - Mogę zjeść za ciebie, jak chcesz.
- Zjem - odparłem. - Ale... później.
- Czemu? To fioletowe. Twoje ulubione.
- Najpierw muszę się nad nimi zastanowić.
- Ale jesteś dziwny - stwierdziła. - Idę do siebie do pokoju. Aretha chce się bawić w przebieranie.
- Wątpię - powiedziałem. Wziąłem jednego żelka i spojrzałem na niego pod światło. Wyglądał zupełnie niewinnie.
- Najbardziej lubi czapki i skarpetki - wyjaśniła Robin, wychodząc z psem. - Prawda, piesiu?
Aretha machała ogonem. Lubiła każdą zabawę. Ale idąc za Robin, odwróciła się i spojrzała za okno, a potem zaskomliła.
Podszedłem do okna i wyjrzałem. Zajrzałem też za kanapę. Potem do szafy w przedpokoju.
Nic. Nikogo.
Żadnych kotów-surferów. Ani śladu Preskota.
Nie powiedziałem nikomu, co widziałem na plaży. Robin byłaby przekonana, że z niej żartuję, a mama i tata zrobiliby jedną z dwóch rzeczy: albo by się przestraszyli i pomyśleli, że zwariowałem, albo by uznali, że to słodkie, że wyobrażam sobie spotkanie z dawnym wymyślonym przyjacielem.
Powąchałem żelki. Pachniały trochę winogronowo, tak jak powinny. Wyglądały na prawdziwe. W dotyku były jak prawdziwe. I moja prawdziwa siostra właśnie zjadła dwa.
Pierwsza zasada w nauce: zawsze jest jakieś logiczne wyjaśnienie. Trzeba je tylko znaleźć.
Może żelki nie są prawdziwe, a ja jestem chory albo przemęczony. Albo mam halucynacje.
Położyłem rękę na czole. Niestety, nie było gorące.
Może na plaży dostałem udaru słonecznego? Nie byłem pewien, czym dokładnie jest udar słoneczny, ale przypuszczałem, że można po nim widzieć latające koty i magiczne żelki.
A może śpię i utknąłem w środku długiego, dziwacznego i denerwującego snu?
Tak czy siak - żelki wyglądały na całkowicie realne!
A może po prostu byłem głodny. Przez głód człowiek może się poczuć naprawdę dziwnie. Nawet tak, jakby zwariował.
Powoli i ostrożnie zjadłem pierwszego żelka. Jak się odgryza bardzo małe kawałeczki, jedzenie starcza na dłużej.
W głowie słyszałem głos rozsądku: Nigdy nie bierz cukierków od obcych! Ale Robin nic się nie stało. A jeśli to była sprawka kogoś obcego, to ten ktoś był niewidzialny.
Musiało być jakieś wytłumaczenie. Na razie wiedziałem na pewno, że fioletowe żelki są o wiele smaczniejsze od żytnich chrupek.