Presja Światów - Jakub Konicki
24.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Jake'a swędziały całe plecy - od lędźwi po łopatki. Pod koszulą czuł coś szorstkiego, kłującego.
Jaskrawe światło boleśnie dosięgło jego oczu. Otworzył je powoli, robiąc daszek ochronny z prawego przedramienia, by choć trochę ograniczyć dostęp rażącego słońca.
Leżał na stogu siana, które bez trudu dostało się pod odzienie, podrażniło skórę i namalowało na niej czerwone plamy. Kręciło mu się w głowie. Nie był pewien, czy próbując wstać, nie zachwieje się tak, że upadnie bezwiednie na twarz.
Jego oczy powoli przyzwyczajały się do niezwykle czystego błękitnego nieba, na którym słońce stanowiło jedyną plamkę - naniesioną z iście malarską precyzją. Promienie rozpościerały się po kopule, nie napotykając po drodze żadnych przeszkód.
Rozejrzał się i mimo czystego i przyjemnego jak jedwab powietrza miał problem z wzięciem głębokiego wdechu. Co on tutaj robił? Jego doznania były tak wyraźne, jakby dosłownie tutaj był. "To jest najbardziej realistyczny sen w całym moim życiu" - pomyślał.
Spojrzał na siebie i dostrzegł workowate, szorstkie w dotyku spodnie, białą, o dwa rozmiary za dużą koszulę z dużym dekoltem i podwiniętymi rękawami. Stopy z kolei spoczywały w wysokich, skórzanych butach przepasanych grubym rzemieniem.
Był ubrany jak chłop.
Siano, na którym się obudził, leżało na środku dzikiej polany. Nieopodal płynęła rzeka, szeroka na jakieś pięć metrów, z niebezpiecznie rwącym nurtem. Na brzegu próżno było szukać piaszczystych połaci. Za to przycumowano tam drewnianą łódkę. Była sfatygowana, jakby stała w tym miejscu już dłuższy czas, ale sądząc po rzeczach pozostawionych w środku, niedawno ktoś jej używał. Niektóre z desek wyróżniały się znacznie intensywniejszym kolorem - właściciel najwyraźniej dbał o to, by się nie rozpadła.
Jake poczuł suchość w ustach. Na odrętwiałych jeszcze nogach podszedł do brzegu rzeki. Tam ukląkł i zrobił łódeczkę z obu dłoni. Nabrał tyle wody, ile mógł, i podstawił do ust. Gdy pił, przez cały czas towarzyszyło mu osobliwe uczucie - jakby był obserwowany. Przeszył go dreszcz, a narastający niepokój nie pozwalał mu na opanowanie tętna. Mężczyzna kątem oka zerknął w lewo, potem w prawo, ale nie zauważył niczego wartego uwagi.
Zebrał się z kolan, czując smak naturalnej wody, która przyjemnie spływała po gardle. Raz po raz szczypał się po rękach, żeby się wybudzić - wciąż nie mógł uwierzyć, że we śnie można odczuwać tak silne bodźce. "Co ja wczoraj brałem przed zaśnięciem? To na pewno była hydroksyzyna?" - rozmyślał. Czy aby na pewno nie pomylił tabletek z jakimś specyfikiem o psychoaktywnym działaniu ubocznym?
Wziął dwa potężne wdechy, a później wypuścił powietrze, licząc w myślach do dziesięciu. Uznał, że skoro czuje się jak na jawie, to takie techniki powinny mu pomóc.
Nagle usłyszał dźwięk dobiegający z lewej strony.
Odwrócił się szybko, jakby oczekiwał nadciągającego zagrożenia, ale to był tylko czający się w zaroślach piesek.
Jake wyciągnął rękę, by pogłaskać stworzenie, gdy...
- Co jest, kurwa... - syknął, zabierając rękę. Odskoczył do tyłu.
Pies poruszał się na tylnych kończynach, pochylony do przodu. Jego przednie łapki były wyraźnie krótsze. Oczy miał żółto-zielone jak jaszczurka, a z pyska wystawały mu długie kły. Na gwałtowny ruch Jake'a zareagował podobnie jak on sam - uciekając w głąb zarośli.
Serce biło mężczyźnie jak szalone. Jakieś osiemdziesiąt, może sto metrów dalej dostrzegł drogę i jak najszybciej chciał się na nią dostać. Była usypana na delikatnym podwyższeniu, dzięki czemu wiedział, że będzie miał lepszy widok na okolicę.
W odległości kilku kilometrów majaczyły kształty przypominające chaty, a spomiędzy nich ulatywały szarawe strużki dymu. "Ogień" - pomyślał. "Ktoś tam musi być".
Uszczypnął się ponownie - zabolało. Wszystko czuł. Podjął jeszcze jedną próbę wybudzenia się i wymierzył sobie cios otwartą dłonią w twarz. Jedynym efektem, jaki uzyskał, były piekące wysepki w kształcie palców na policzku.
Ruszył w kierunku wioski.
Początkowe ciepło płynące z nieba powoli zamieniało się w żar.
- Jak się obudzę, to chyba najwyższy czas pomyśleć o jakichś wakacjach - wymamrotał do siebie.
Podróż była coraz bardziej wyczerpująca, a ukształtowanie terenu nie pomagało. Powtarzające się wzniesienia i pomniejsze dolinki stanowiły dla mięśni Jake'a solidne wyzwanie. Ile by teraz dał za kolejny łyk wody i kawałek czegoś do jedzenia! Brzuch odzywał się coraz nachalniej, dokładając bolesne skurcze do donośnego marsza granego przez kiszki.
Przystanął na rozwidleniu.
Droga uciekała w lewą stronę, otulając górę, która zdawała się rosnąć w oczach. W prawo zaś, w kierunku interesującym Jake'a, prowadził prowizoryczny mostek zbudowany nad pasmem wody, która pędziła tu już ze znaczącą prędkością.
Podchodząc bliżej, mężczyzna dostrzegł, że most nie jest zbudowany z drewna. Wyglądał na skonstruowany z nienaturalnie powyginanych pnączy, trzymających się wzajemnie niczym splecione dłonie.
Z ogromną uwagą postawił pierwszą stopę.
Poczuł, jak pnącza delikatnie się uginają, a kątem oka dostrzegł ruch, nie zdążył jednak się przyjrzeć, co to było. Z kolejnym krokiem miał wrażenie, jakby pnącza dostosowywały uścisk do jego ciężaru. Most sprawiał wrażenie żywego.
Jake pokonał już połowę jego długości, gdy coś rzuciło na okolicę ogromny cień. Towarzyszący temu hałas przypominał ryk nadlatującego samolotu. Mężczyzna spojrzał szybko w górę i zamarł.
Jego oczom ukazał się szeroki na kilkanaście metrów i równie długi kształt. Dostrzegł podkurczone nogi, spomiędzy których wystawał wijący się ogon. Gdy Jake przeniósł wzrok wyżej, zauważył ogromne, rozciągnięte skrzydła - pokryte łuskami i wyraźnie cieńszą tkanką, której zadaniem było zgarnianie powietrza - a także wściekłozielony pysk.
W jednej sekundzie świst skrzydeł i skrzek wydobywający się z przerażającej paszczy stworzenia wywołały poruszenie na ziemi, a raczej - dokładniej rzecz ujmując - na moście. Jake poczuł, że traci grunt pod stopami, a pnącza nie wyglądały już jak splecione dłonie. Chowały się z prędkością uniemożliwiającą mu podjęcie decyzji na chłodno.
- O cholera, to się rusza! - krzyknął i instynktownie skoczył w kierunku drugiego brzegu.
Prędkość cofania się pnączy skutecznie obniżyła siłę wyskoku Jake'a, w efekcie czego mężczyzna runął prosto na skałę, a następnie sturlał się do rzeki.
Prąd był bardzo silny. Jake szamotał się pod taflą wody. Uderzał w leżące na dnie kamienie, a dodatkowo obijały go niesione przez nurt gałęzie. Spadek terenu połączony z silnym prądem rzeki wyrzucił go na ułamek sekundy nad wodę. Wykorzystał tę sytuację, by szybko nabrać powietrza, i gdy tylko wrócił pod wodę, starał się czegoś chwycić. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu powalczyć z prądem. W poprzek rzeki leżało wielkie drzewo - w ostatniej chwili złapał za wystający korzeń i podciągnął się, walcząc ze wszystkich sił. Następnie wspiął się na pień i powoli zszedł na ląd.
Wycieńczony runął na brzuch, obrócił się na plecy i głębokimi haustami łapał powietrze, cały przemoczony i poobijany. Jego ubranie było pokryte mieszanką błota, wody i krwi, która cienkimi strużkami wypływała z ran powstałych w wyniku zderzeń z ostrymi krawędziami kamieni.
Ponownie obrócił się na brzuch, a potem na czworakach i podpełzł do najbliższego drzewa. Opierając się mocno o pień, stanął na nogach. W butach mu chlupało, do tego cały był obolały i strasznie głodny.
Po kilku krótkich chwilach zdecydował się ruszyć na szlak. Wizyta w wiosce mogła się bowiem okazać zbawienna, zważywszy na jego stan.
Szczypać się już nie zamierzał, skoro nie obudziły go te wszystkie uderzenia - uznał, że nie ma to sensu. Największe skaleczenie miał na lewym udzie - wypływająca z niego krew bez najmniejszego oporu przesiąkała przez spodnie.
W końcu opuścił nadrzeczny lasek i znalazł się na drodze, z której było już widać drewniane chaty. Promienie słońca nareszcie docierały do jego przemoczonego ciała. Przystanął na chwilę, obracając głowę ku niebu i - skrajnie wyczerpany - oddychał głęboko. Jego klatka piersiowa spokojnie unosiła się i opuszczała... dopóki nie uderzył go nadjeżdżający wóz, ciągnięty przez dwa konie.
- Ej, ty tam! Z drogi! - dobiegł go głos woźnicy.
- P-przepraszam, ja...
- Wyglądasz, jakby cię smok przetrącił i zbałamucił, ha, ha, ha! - Woźnica odjechał w kierunku wioski, zaśmiewając się w głos.
"To naprawdę dziwny sen, naprawdę dziwny sen".
Wioska ogrodzona była niewielkim, wysokim na metr parkanem, a przy bramie głównej stała wielka tablica z ogłoszeniami i wyrytą na górze nazwą: Greenbridge.
"Może wezmę jakieś zlecenie" - zażartował w myślach, choć tak naprawdę nie było mu do śmiechu. Wszystko go bolało, cały przemókł, a do tego piekielnie zgłodniał.
Stojąc przy palach powitalnych, dostrzegł schemat, według którego zbudowana była wioska. Odezwały się w nim doświadczenie i zamiłowanie do zawodu architekta. Chaty - dwupiętrowe drewniane bryły - zakończone strzelistym, pokrytym słomą dachem, z którego wystawał szeroki komin, otulały po obu stronach drogę wiodącą w głąb miasteczka. Do każdego z widocznych domków przylegał niewielki ogród znajdujący się obok lub, w niektórych przypadkach, z tyłu - Jake widział kobiety pielęgnujące warzywa i podlewające wysuszoną przez ostre słońce glebę.
Kilka chat dalej ulica rozwidlała się i przekształcała w rondo otaczające centralną sadzawkę. Osobliwe oczko wodne, przy którym stały ławki, było na pewno czymś w rodzaju głównego miejsca spotkań gawiedzi. Jego średnica mierzyła mniej więcej pięć metrów, a pośrodku zbiornika stała drewniana rzeźba przedstawiająca trzech... wojowników? Musieli to być lokalni bohaterowie. Dwóch z nich, tych na lewym i prawym skraju, dzierżyło kolejno topór i miecz, a środkowy, najwyższy - ale i najchudszy z nich - trzymał uniesiony wysoko łuk.
Na tle ronda widoczny był większy od innych budynek, z którego dobiegał rumor i gwar. Czyżby okoliczna gospoda? "Czego bym szukał w gospodzie? Pomyślmy... Łóżka! Jak zaraz się nie obudzę, to pójdę tam i położę się spać. Może ocknę się w swoim domu! Oby" - myślał Jake.
Od sadzawki odchodziły jeszcze trzy odnogi. Dwie z nich prowadziły do kolejnych rzędów chat, z kolei trzecia biegła prosto w kierunku pobliskiej góry, skąd dało się usłyszeć stłumiony, choć nadal wyraźny łoskot.
Gdyby nie głód i przeszywający lęk wywołany niezwykle realistycznym snem, Jake zdecydowałby się na eksplorację tej przesympatycznej krainy. Niestety, powoli odchodził od zmysłów. Poczuł kolejny skurcz żołądka. Nie był już w stanie trzeźwo myśleć, oczy płatały mu figle, przedstawiając coraz to kształtniejsze i wyraźniejsze plamidła, a serce dawało o sobie znać w sposób daleki od subtelnego. Wziął głęboki oddech, wyprostował się i na moment przymknął powieki, by wyostrzyć pozostałe zmysły. Do jego nozdrzy zawitał zapach gotującej się zupy. Nie mógł jednoznacznie określić, co dokładnie czuje, ale organizm wzmógł produkcję śliny, co działało drażniąco na wyschnięte gardło. Odruchowo spojrzał w prawo i zaraz za ogrodem, w drugiej chacie ujrzał otwarte na oścież drzwi. Nie wiedząc, czy to wytwór wyobraźni, czy jednak prawdziwa para wydobywająca się z domostwa, ruszył w tamtym kierunku.
Wchodząc, pamiętał o manierach. Zapukał trzy razy i zawołał, lecz nikt nie odpowiedział.
- Niegrzecznie tak wchodzić bez pytania - powiedział sam do siebie.
Nie rozległy się głosy sprzeciwu, więc Jake wszedł do środka. Przywitał go salon z dużym stołem, nakrytym drewnianymi misami, przy którym stało sześć krzeseł z wysokimi oparciami. Górę oparć zdobiły drewniane żłobienia, co od razu nasunęło mu na myśl stare krzesła należące do jego kolegi z pracy - fanatyka realiów średniowiecznych. Peter, bo tak miał na imię, miał nawet zbroję rycerza. Nie raz w nią wskakiwał w okolicach wakacji, gdy wraz z grupą znajomych uczestniczył w średniowiecznych jarmarkach, takich jak Bristol Renaissance Faire.
Kawałek dalej, na lewo od schodów znajdujących się bardziej w rogu chaty, zauważył kącik kuchenny. Tak zakładał, bo dostrzegł palenisko z uchwytem na wielki gar, który zwisał jakieś piętnaście centymetrów nad płomieniem. Zapach był zachwycający. Ślina ciekła Jake'owi już do tego stopnia, że musiał przecierać kąciki ust.
- Ała - syknął, gdy za mocno przejechał dłonią po zastrupiałych wargach.
Poczuł przechodzący po całym ciele dreszcz ekscytacji, gdy podszedł bliżej i zaciągnął się aromatem wywaru. Szukał jakiejś łychy, ale nic takiego nie znalazł. Sięgnął po drewnianą misę ze stołu i wrócił do garnka, z którego próbował nabrać trochę zupy.
- Coś ty za jeden?! - krzyknął rosły mężczyzna stojący u progu.
- Ja... przepraszam! Jestem głodny, pukałem, ale nikt...
- Wypierdalać mi stąd, ale już!
Jake czuł narastający strach, głód i mieszankę dziwnych emocji, których nie umiał dokładniej opisać. Dlaczego tak się bał we śnie?
Gospodarz nie czekał na wyjaśnienia i chwycił Jake'a za koszulę. Targając go w stronę wyjścia, powtarzał na głos:
- Nie będzie mi się tu żadna łajza pałętać po chacie. Psia mać, zewsząd przylezą!
Jake syczał z bólu, gdyż na skutek szarpnięcia rozlał gorącą zupę na lewe udo, świeżo przecież zranione. Ból był przeszywający.
- Proszę mi nie robić krzywdy! Ja naprawdę nie chcę kłopotów! - wykrzykiwał, ale zupełnie nieskutecznie.
Przed chatą zebrała się kilkunastoosobowa grupa gapiów, w tym kobiety i dzieci. Jake dostrzegł kątem oka, że niektóre dzieci mają w rękach małe, dziwaczne zwierzątka. Zastanawiał się, czy te stworzenia zieją ogniem.
Mężczyzna rzucił intruzem o ziemię.
- A teraz pożałujesz, że w ogóle się tu zjawiłeś! - krzyknął i uderzył go prosto w nos. I jeszcze raz.
Jake'owi zaświszczało w uszach. "Dlaczego to mnie tak cholernie boli? Kiedy się, kurwa, obudzę?!"
Niezbyt uważnie oglądał filmy akcji, więc nie wiedział, że próba wstania może w podobnej sytuacji prowadzić tylko do jednego - wzmożonej agresji ze strony oprawcy.
Nie inaczej było w tym przypadku. Jake powoli obrócił się na brzuch i próbował podnieść na kolana.
- A masz! - rozbrzmiał krzyk, o ułamek sekundy wyprzedzając soczysty kopniak, który rozlał się falą bólu po brzuchu ofiary.
Impet odrzucił Jake'a do tyłu. McKean wylądował na plecach.
- Próbujesz być taki twardy, co?
- Nie, p-proszę...
- Ośmieszać mnie przed moją własną rodziną?!
Jake uniósł ręce w obronnym geście i zatrzymał nadciągający cios. Nie musiał być wirtuozem sztuk walk, by przewidzieć, co się zaraz wydarzy. I miał rację - to tylko rozwścieczyło mężczyznę jeszcze bardziej.
"O kurwa".
Tym razem facet usiadł okrakiem na jego klatce piersiowej i siłą odciągnął mu ramiona na boki, by umieścić jego nadgarstki pod swoimi kolanami. W tej pozycji Jake był całkowicie bezradny. Pozostało mu jedynie czekać na karę. I tu nie było mowy o najniższym wymiarze.
Słońce powoli zachodziło, malując niebo na pomarańczowo-granatowy kolor, gdzieniegdzie mieszający się z szarością wiszących nad horyzontem chmur. W tym świecie zachody słońca wydawały się jeszcze intensywniejsze za sprawą okalającego wszystko czerwonego koloru. Zupełnie jakby natura płakała, witając się z nocą.
To nie były jednak łzy żegnającej się ognistej gwiazdy, ale krew. Krew Jake'a, zalewająca jego oczy po kolejnej serii potężnych ciosów.