Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera 2 - T.M. Frazier

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Preppy

W OD­DALI DO­STRZE­GAM ŚWIA­TŁO. Jest ja­sne, pło­nie i cho­ler­nie ośle­pia. Nie mogę go uchwy­cić, cho­ciaż wy­daje się, że jest tak bli­sko. Mogę o nim mó­wić. Mogę o nim my­śleć, ale zdaje się ta­kie nie­praw­dziwe. Jakby go tam, kurwa, w ogóle nie było. Do­pro­wa­dza mnie to do obłędu. Nie mogę prze­stać my­śleć o tym, by je uchwy­cić.

Wy­cią­gam do cie­bie ręce.

Bo, jak po­wie­dzia­łem wcze­śniej w moim li­ście, to ty je­steś moim świa­tłem, gdy ota­cza mnie tylko ciem­ność.

Pró­buję ją igno­ro­wać, bo mam wy­je­bane na śmierć, cho­ciaż wo­ła­nie mo­jego imie­nia to­wa­rzy­szy mi za­wsze i wszę­dzie. Pie­przyć wszystko, co spró­buje mnie po­wstrzy­mać przed od­na­le­zie­niem drogi do cie­bie. Je­śli uwol­nię się kie­dyś z kaj­dan, któ­rymi je­stem przy­wią­zany do wrót pie­kła, bez wąt­pie­nia od razu po cie­bie przyjdę, dok­torku.

Bo to wła­śnie dzięki to­bie wy­trzy­ma­łem te wszyst­kie mie­siące.

To dzięki to­bie chcia­łem po­zo­stać przy ży­ciu.

Co jest cza­sami w chuj trudne, bo kiedy śmierć woła, brzmi jak dawna przy­ja­ciółka, która ofe­ruje uko­je­nie, to ła­two by­łoby z tego sko­rzy­stać. Ale prze­cież mnie znasz, pew­nie le­piej niż kto­kol­wiek inny, więc wiesz, że ni­gdy nie by­łem czło­wie­kiem, który idzie na ła­twi­znę. Może wła­śnie dla­tego po­sta­no­wi­łem do cie­bie wró­cić.

Do nas.

Ko­stu­cha po mnie przy­szła, za­żą­dała, bym ujął jej dłoń. Po­wie­działa, że jest moją przy­ja­ciółką, moją to­wa­rzyszką w śmierci.

Nie mo­głem się po­wstrzy­mać i po pro­stu za­śmia­łem się tej suce w twarz, po­wie­dzia­łem, że jej sio­stra śmierć robi do­bre la­ski. Na szczę­ście wy­słała mnie na drugą stronę rzeki, na co przy­sta­łem z ra­do­ścią.

Wró­ci­łem do ży­cia. Do moż­li­wo­ści.

Bar­dzo dawno temu, kiedy by­łem jesz­cze ma­łym chu­dym szczy­lem, któ­rego drę­czy­ciel bił na szkol­nym po­dwórku, po­zna­łem ko­goś, kto ochro­nił mnie, gdy nikt inny nie chciał tego zro­bić. Tam­tego dnia stwo­rzy­li­śmy plan, który za­kła­dał, że kie­dyś zo­sta­niemy wła­snymi sze­fami. To, że by­li­śmy wtedy dziećmi, nie miało zna­cze­nia, bo mó­wi­li­śmy na se­rio. Tak samo, jak w tej chwili mó­wię, kurwa, na se­rio.

I dla­tego gdy sta­ną­łem oko w oko ze żni­wia­rzem, na­plu­łem mu w twarz.

Bo na­zy­wam się Sa­muel Cle­ar­wa­ter i od ni­kogo nie przyj­muję roz­ka­zów.

Na­wet od śmierci.

ROZ­DZIAŁ 1

Dre

- O CO MU CHO­DZI? - za­py­tała Ray i sta­nęła obok mnie przy łóżku Preppy'ego. Po tym na­głym wy­bu­dze­niu szybko znowu stra­cił świa­do­mość, a ja po­czu­łam się jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wana, niż kiedy tu przy­szłam i od­kry­łam, że on żyje. - Dla­czego na­zwał cię swoją żoną?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie... Nie wiem - od­par­łam, nie mo­gąc się sku­pić na jej py­ta­niu, bo wciąż nie po­tra­fi­łam prze­tra­wić tego, że Preppy żyje. Był zmal­tre­to­wany i w ogóle sie­bie nie przy­po­mi­nał...

Ale żył.

- To pew­nie tylko ja­kieś bzdury - ode­zwał się z progu Bear. - Od paru dni coś tam mam­ro­cze pod no­sem. We­dług jed­nego z le­ka­rzy świad­czy to, że jego ciało do­szło do sie­bie na tyle, by zwal­czył śpiączkę. Dok­tor po­wie­dział, że może to za­jąć jesz­cze kilka ty­go­dni, ale to do­bry znak.

- Tak, ale dwa inne ma­toły my­ślą, że to tylko od­ruch, który nic nie ozna­cza - do­dał King. Wy­glą­dał na nieco scep­tycz­nego.

- Jak... Jak to... w ogóle... moż­liwe? - za­py­ta­łam, za­kry­wa­jąc usta dło­nią.

Po­chy­li­łam się nad jego cia­łem, by spraw­dzić, czy to na­prawdę on czy jed­nak wzrok płata mi fi­gle. Jego klatka pier­siowa wzno­siła się i opa­dała, a jego od­dech był naj­pięk­niej­szą me­lo­dią, jaką sły­sza­łam w ży­ciu.

Ray chciała coś po­wie­dzieć, ale w ostat­niej chwili za­mil­kła, jakby na­brała po­dej­rzeń co do mo­jej obec­no­ści. Twardo pa­trzyła na moją dłoń, którą do­ty­ka­łam ręki Preppy'ego. Naj­wy­raź­niej tylko ona kwe­stio­no­wała moje in­ten­cje, bo po­zo­stała trójka znik­nęła w ko­ry­ta­rzu, zo­sta­wia­jąc nas same w po­koju.

Nie same.

Z Prep­pym.

Ści­snę­łam jego dłoń i ode­tchnę­łam z ulgą, dzię­ku­jąc w du­chu wszech­świa­towi i dła­wiąc się szlo­chem.

- Preppy... - Ray wbiła wzrok w pod­łogę i za­szu­rała sto­pami. Skrzy­żo­wała ręce na piersi. - Był tu­taj przez cały czas. W Lo­gan's Be­ach - po­wie­działa ta­kim to­nem, jakby sama nie mo­gła w to uwie­rzyć.

Sap­nę­łam.

- Ale dla­czego? Jak to moż­liwe?

- Nie znamy szcze­gó­łów. Wiemy tylko tyle, że był prze­trzy­my­wany i że fa­cet, który go wię­ził, mu­siał mieć w gar­ści wielu lu­dzi, dzięki czemu spra­wił, że wszy­scy uwie­rzyli w jego śmierć.

- A co mówi po­li­cja?

Kiedy Ray prze­krzy­wiła głowę na bok, do­tarło do mnie, jak głu­pio mu­siało za­brzmieć moje py­ta­nie.

- Jak do­brze znasz Preppy'ego?

Uśmiech­nę­łam się do niej spięta.

- Na tyle do­brze, by wie­dzieć, że nie­po­trzeb­nie py­ta­łam o po­li­cję.

Ray po­ki­wała głową, jak­bym udzie­liła wła­ści­wej od­po­wie­dzi.

- King i Bear już się tym zaj­mują. Nie wie­rzą, że ktoś się zaj­mie tą sprawą le­piej od nich. Ca­łymi no­cami aż do wschodu słońca prze­pra­co­wują różne teo­rie i śle­dzą kroki wszyst­kich po­ten­cjal­nie po­wią­za­nych z tą sprawą, by do­wie­dzieć się, kto jesz­cze mógł być w to za­an­ga­żo­wany. - Wska­zała na Preppy'ego. - Ale tylko on wie, co się tam wy­da­rzyło, i je­stem prze­ko­nana, że ani jedna se­kunda tam spę­dzona nie była miła. Wiemy tylko tyle, że ma szczę­ście, bo prze­żył. Cie­szymy się.

- Tak, tak, cie­szymy się - zgo­dzi­łam się, sku­pia­jąc wzrok na Prep­pym, który mocno ścią­gał brwi, jakby śnił mu się kosz­mar, z któ­rego nie po­tra­fił się wy­bu­dzić.

- Wspo­mi­na­łaś, że je­steś jego przy­ja­ciółką, tak? - za­py­tała znowu Ray, jakby po­trze­bo­wała lep­szego wy­ja­śnie­nia niż to, któ­rej jej da­łam.

Nie ona jedna.

- Po­zna­li­śmy się dawno temu - po­wie­dzia­łam, bo nie wie­dzia­łam, jaka była wła­ściwa od­po­wiedź. Nie mia­łam po­ję­cia, kim dla sie­bie by­li­śmy. Wie­dzia­łam tylko, kim nie by­li­śmy. - Preppy kie­dyś ura­to­wał mi ży­cie - wy­zna­łam, żeby po­wie­dzieć jej co­kol­wiek na te­mat na­szej re­la­cji. - Wła­ści­wie wię­cej niż raz. - Za­śmia­łam się i otar­łam z po­liczka łzę.

Na­gle Preppy pod­niósł się z łóżka z wrza­skiem, wy­cią­gnął ra­miona i za­nim udało mi się zdu­sić prze­ra­żony szloch, Preppy za­ci­snął mi ręce na gar­dle. Ści­skał i ści­skał, aż zo­ba­czy­łam gwiazdki przed oczami, a moja tcha­wica za­mknęła się pod siłą jego nie­ustę­pli­wego uści­sku.

Na­pię­cie za mo­imi oczami na­ra­stało, aż mia­łam wra­że­nie, że za­raz wy­strzelą mi z czaszki. Po­czu­łam, że za­raz po­pę­kają mi na­czynka krwio­no­śne - tak mocno mnie trzy­mał.

Na­wet nie by­łam w sta­nie krzyk­nąć. Preppy bru­tal­nie mnie po­pchnął, a moje ło­patki za­pul­so­wały bó­lem, gdy wpa­dłam na ścianę. Ko­lo­rowy pla­sti­kowy ze­gar spadł ze ściany i obił się o moją głowę, a po­tem spadł na pod­łogę. Roz­le­gła się ja­kaś dziwna wer­sja pio­senki So­me­day My Prince Will Come, gdy Preppy pa­trzył na mnie in­ten­syw­nie, za­ci­ska­jąc zęby. Wszyst­kie mię­śnie na jego szyi się na­pięły. Pa­trzy­łam mu w oczy, szu­ka­jąc ja­kie­goś bły­sku roz­po­zna­nia, ale nic ta­kiego nie do­strze­głam. Po jego mar­twym spoj­rze­niu zro­zu­mia­łam, że to nie mnie wi­dział, dla niego na­wet mnie tu nie było. Moc­niej ści­snął moje gar­dło. Bio­drami przy­ci­snął mnie do ściany. Z każdą se­kundą czu­łam się co­raz słab­sza. Nie wal­czy­łam. Nie mo­gła­bym z nim wy­grać.

Wie­dzia­łam, że umrę, i gdy­bym mo­gła się w tym mo­men­cie za­śmiać, to bym to zro­biła, bo moją ostat­nią my­ślą było to, że przy­naj­mniej zo­ba­czy­łam Preppy'ego przed śmier­cią. Na­wet je­śli to on mnie za­bi­jał.

Jego ręka była jak ob­roża, a ra­mię jak smycz, gdy od­cią­gnął mnie od ściany. Przez chwilę my­śla­łam, że mnie pu­ści, jed­nak on jesz­cze moc­niej mnie w nią wbił. I tym ra­zem spa­dły na nas sto­jące na półce książki. Sły­sza­łam krzyki, chór gło­sów mę­skich i żeń­skich, ale znik­nęły tak szybko, jak się po­ja­wiły.

Na­gle ucisk na mo­jej szyi ze­lżał i upa­dłam na pod­łogę, łap­czy­wie wcią­ga­jąc po­wie­trze do płuc. Udało mi się od­dy­chać płytko, jed­nak to bo­lało, jakby ktoś roz­pa­lił ogień w moim gar­dle. Nie było ła­two.

Ale przy­naj­mniej w końcu od­dy­cha­łam. Po­woli od­zy­ska­łam wzrok, a głosy, które jesz­cze przed chwilą wy­da­wały się da­le­kie, te­raz sły­sza­łam tuż obok.

King i Bear trzy­mali Preppy'ego za ra­miona. Od­cią­gnęli go w stronę łóżka. Preppy krzy­czał gło­śno i prze­raź­li­wie. Ten dźwięk prze­szył mnie na wskroś. Do­piero gdy siłą po­ło­żyli go na łóżku, za­czął coś mó­wić.

- Skur­wiele, złaź­cie ze mnie! Nie mogę. Nie mogę! - wrzesz­czał.

Krzyki prze­szły w szlo­chy, a ja pa­trzy­łam, jak jego ciało po­woli prze­staje się opie­rać. Oczy ucie­kły mu w głąb czaszki, zwiot­czał. Po kilku se­kun­dach jego klatka pier­siowa za­częła się rów­no­mier­nie uno­sić i opa­dać. Jego koń­czyny wi­siały zwiot­czałe na brze­gach ma­te­raca.

Wy­pa­dłam z po­koju, gdy tylko zy­ska­łam pew­ność, że jest bez­pieczny. Trzy­ma­łam dło­nie na obo­la­łym gar­dle. Pę­dzi­łam w stronę drzwi, chwi­lowo ośle­piona świa­tłem i wi­do­kiem Preppy'ego.

- Za­cze­kaj! - za­wo­łała za mną Ray, ale ja się nie za­trzy­ma­łam.

Sta­wia­łam krok za kro­kiem, aż zna­la­złam się w sa­mo­cho­dzie i po­pę­dzi­łam drogą, dwu­krot­nie prze­kra­cza­jąc do­zwo­lony li­mit pręd­ko­ści.

Za­trzy­ma­łam się na pierw­szym par­kingu, na jaki na­tra­fi­łam. Przed ap­teką. Wy­łą­czy­łam sil­nik i opar­łam głowę o kie­row­nicę. Za­czę­łam szlo­chać. Płacz, wy­ni­ka­jący jed­no­cze­śnie z ulgi i zdez­o­rien­to­wa­nia, eks­plo­do­wał we mnie jak wul­kan na­war­stwio­nych emo­cji. Wy­da­wało mi się, że mi­nęło za­le­d­wie kilka mi­nut, gdy w końcu ze­bra­łam się w so­bie na tyle, by usiąść pro­sto i spoj­rzeć na ze­ga­rek. Nie, nie mi­nęło kilka mi­nut.

Tylko kilka go­dzin.

Pal­cami star­łam łzy z po­licz­ków. A po­tem ni stąd, ni zo­wąd, jak­bym zu­peł­nie nie kon­tro­lo­wała swo­ich emo­cji, za­czę­łam się śmiać. Bo... Preppy żył.

Żył.

Śmia­łam się co­raz gło­śniej. Ma­nia­kal­nie. To był wy­soki chi­chot, któ­rego ja sama nie roz­po­zna­wa­łam. Cała ta sy­tu­acja była nie­wia­ry­godna. Wręcz nie­moż­liwa. Ab­sur­dalna. Sur­re­ali­styczna. I piękna.

To pie­przony cud.

To by było na tyle, je­śli cho­dzi o za­mknię­cie roz­działu.

ROZ­DZIAŁ 2

Dre

STO­JĄC PRZED DO­MEM MIRNY, za­cią­gnę­łam się głę­boko po­wie­trzem i po­czu­łam wszyst­kie za­pa­chy, któ­rych bra­ko­wało mi przez te ostat­nie lata - słony za­pach po­bli­skiej Za­toki Mek­sy­kań­skiej, woń po­ma­rań­czy z dzie­sią­tek sa­dów w ca­łym mie­ście i sma­ko­wity za­pach grilla do­bie­ga­jący z po­bli­skiej knajpy, który nie­mal czu­łam w ustach.

To wszystko pach­niało jak Lo­gan's Be­ach. Jak dom.

Ale coś było nie tak. Jakby niebo nie po­winno być aż tak nie­bie­skie. Jakby nie po­winno być na nim żad­nej ide­al­nej pu­cha­tej chmurki. Wy­da­wało mi się, że świa­tła nie po­winny się zmie­niać z czer­wo­nego na zie­lone i na od­wrót, i że dzieci nie po­winny go­nić na za­rdze­wia­łych ro­we­rach za fur­go­netką z lo­dami, z któ­rej po­psute gło­śniki pusz­czały po­nurą wer­sję nor­mal­nie we­so­łej me­lo­dyjki. Już na­wet nie wspo­mnę o tych pie­przo­nych dzwo­nach w ko­ściele.

Za­bawne w ży­ciu jest to, że cho­ciaż coś wstrząsa tobą do­głęb­nie, coś wy­trąca cię z rytmu, to jed­nak świat wo­kół ja­koś nie wy­daje się tym do­tknięty.

Albo wręcz ma wszystko w du­pie.

A jed­nak ja tu sta­łam, w tym upale, w ciągu naj­pięk­niej­szego let­niego po­po­łu­dnia, cze­ka­jąc, aż ude­rzy we mnie me­te­oryt, który za­bił di­no­za­ury. By­łam na skraju wy­trzy­ma­ło­ści, drża­łam, jak­bym brała he­ro­inę nie­dawno, a nie całe lata temu. Po­do­bało mi się wszystko, co wią­zało się z Lo­gan's Be­ach, ale ja­koś nie po­tra­fi­łam się zmu­sić, by się tym cie­szyć. Nie­mal ogar­niało mnie po­czu­cie winy, bo mo­głam czuć te wszyst­kie nie­sa­mo­wite za­pa­chy, a Preppy nie. Na pewno nie czuł ich te­raz, le­żąc w łóżku, ale też nie mógł ich czuć z miej­sca, w któ­rym prze­by­wał przez ostat­nie lata.

Mu­sia­łam uci­szyć te my­śli, za­nim prze­ję­łyby nade mną kon­trolę. Mocno za­ci­snę­łam po­wieki, by po­zbyć się ty­sięcy złych rze­czy, które prze­la­ty­wały przez mój umysł. W tej chwili dwoje ma­łych dzieci mi­nęło mnie, śmie­jąc się jak dzi­kie hieny. Jedno śmi­gało na ro­we­rze, cią­gnąc za sobą dru­gie, które je­chało na de­sko­rolce. To mi przy­po­mniało o cza­sie spę­dza­nym z sio­strą, gdy by­łam młod­sza.

W my­ślach po­ka­za­łam dzie­cia­kom środ­kowy pa­lec.

Oczy­wi­ście nie dla­tego że na to za­słu­gi­wały, ale dla­tego że nie mia­łam po­ję­cia, jak zro­bić krok do przodu, a one w tym cza­sie ba­wiły się przed­nio.

Może po­win­nam do nich do­łą­czyć.

Ale to chyba do­brze, że świat krę­cił się da­lej, bo gdyby prze­stał, to mniej by w nim było nie­bie­skiego nieba i ro­we­rów, a wię­cej zom­bie i apo­ka­lipsy.

Skup się, Dre, zga­ni­łam się. Mu­sisz się sku­pić. Dla taty.

- Hej, Dre, je­steś tu? - za­py­tał Bran­don, ma­cha­jąc mi ręką przed twa­rzą. - To­tal­nie od­le­cia­łaś.

Otrzą­snę­łam się z za­my­śle­nia i za­śmia­łam.

- Prze­pra­szam, je­stem tro­chę przy­tło­czona.

- Nie mu­simy ro­bić tego te­raz - po­wie­dział Bran­don. - Jak mó­wi­łaś, nie po­szło gładko. Każdy miałby pro­blem na twoim miej­scu. Nie mu­sisz...

- Nie, mu­szę to zro­bić. Mu­szę za­jąć się czymś, co przy­kuje moje my­śli, bo ina­czej zwa­riuję, je­śli będę roz­my­ślać o... - Za­mil­kłam, prze­no­sząc cię­żar z jed­nej stopy na drugą.

- O nim - do­koń­czył za mnie Bran­don. On za­wsze wie­dział, co chcę po­wie­dzieć, i ni­gdy nie po­zwa­lał mi cze­goś w so­bie du­sić, co dla mnie było in­stynk­towne. - Za­sta­na­wiasz się, co te­raz zro­bisz, tak? Skoro on żyje?

W jego gło­sie nie sły­sza­łam oskar­że­nia. Tylko tro­skę. Po­krę­ci­łam głową.

- Nie. To zna­czy... Tak?

Bran­don prze­wró­cił oczami, zła­pał mnie za ra­miona i ob­ró­cił w swoją stronę. Mach­nął ręką w ge­ście "wal śmiało", a ja wie­dzia­łam, że chce, abym kon­ty­nu­owała, bo za­wsze tak ro­bił, kiedy nie mo­głam się wy­sło­wić. Ode­tchnę­łam głę­boko.

- Po­my­śla­łam, że tak, nie wiem, co te­raz zro­bić, ale prawda jest taka, że jesz­cze nie wia­domo, czy on w ogóle z tego wyj­dzie, na­wet le­ka­rze tego nie wie­dzą. Więc część mnie nie chce my­śleć, że on żyje, w ra­zie gdyby to się znowu miało zmie­nić... - Mój głos się za­ła­mał i wbi­łam wzrok w żwir.

- Hej, spójrz na mnie - po­wie­dział Bran­don, po czym uniósł mój pod­bró­dek i pod­niósł mi głowę. - Kon­ty­nuuj.

- A na­wet je­śli... - Od­chrząk­nę­łam. - Prze­żyje? To ni­czego nie zmie­nia. On i tak mnie ode­pchnął. I tak po­wie­dział nie­miłe rze­czy, chcąc mnie ce­lowo zra­nić, bo wcale mnie nie chciał.

- Ale prze­cież chciał. Na­pi­sał tak w li­ście, a to miało miej­sce wiele lat po twoim wy­jeź­dzie.

- Tak, ale to wciąż było rok temu. A Preppy prze­żył Bóg wie co i mo­gło go to zu­peł­nie zmie­nić. A na­wet gdyby nie cho­dziło o to, to wciąż po­zo­staje je­den gi­gan­tyczny po­wód i oboje wiemy, że to się nie skoń­czy ró­żami i sło­necz­kiem, więc czy mo­żemy już wró­cić do roz­mowy na te­mat domu? Pro­szę? - za­py­ta­łam.

Uśmiech­nę­łam się ża­ło­śnie nie­zręcz­nie, od­sła­nia­jąc górne i dolne zęby, przez co moja twarz na pewno wy­glą­dała, jakby utknęła w tu­nelu ae­ro­dy­na­micz­nym.

- Do­bra, ale to jesz­cze nie ko­niec, i tak o tym po­roz­ma­wiamy - oznaj­mił Bran­don i uszczyp­nął mnie w po­li­czek, by moja twarz wró­ciła do nor­mal­nego stanu.

- Obie­cu­jesz? - za­py­ta­łam sar­ka­stycz­nie.

- Cwa­niara - mruk­nął. Ski­nął głową w kie­runku domu. - Wiesz, twój tata cię o to nie pro­sił - za­uwa­żył. - I chyba by się wku­rzył, gdyby się do­wie­dział.

- Cóż, w ta­kim ra­zie mu nie po­wiemy, prawda?

- My­śla­łem, że prawda jest czę­ścią two­jego od­wyku.

- Prze­cież nie mó­wię mu, że po­jadę jego sa­mo­cho­dem do cen­trum han­dlo­wego, a w rze­czy­wi­sto­ści wy­mie­nię go na działkę, która star­czy na je­den dzień. To na­wet nie było kłam­stwo, ja tylko po­mi­nę­łam prawdę dla jego do­bra, nie by mu za­szko­dzić.

- Skoro dzięki temu le­piej śpi ci się w nocy... - stwier­dził Bran­don, dra­ma­tycz­nie prze­wra­ca­jąc oczami. Pod­cią­gnął rę­kawy ko­szuli. - Ale pa­mię­taj, żeby omó­wić to ze swoją spon­sorką, An­dreo. Je­stem pe­wien, że sko­men­tuje lo­gikę two­jego dzia­ła­nia.

- Edny w to nie mie­szaj - ostrze­głam żar­to­bli­wie, groź­nie ki­wa­jąc na niego pal­cem.

Od­wra­ca­jąc się od Bran­dona, osło­ni­łam oczy przed słoń­cem, by spoj­rzeć na coś, co ko­cham. Coś o wiele star­szego i bar­dziej zu­ży­tego.

Dom Mirny.

A po­nie­waż Preppy do­trzy­mał słowa, te­raz dom na­le­żał do mnie.

Moje serce za­biło nie­równo, jak­bym była na pierw­szej randce. Na­tych­miast za­uwa­ży­łam kre­ski na ganku, gdzie dzia­dek mie­rzył mój wzrost, gdy by­łam mała, a także wy­szczer­bioną lampę z boku domu, która wy­glą­dała tak dla­tego, że kie­dyś do­sta­łam od babci na uro­dziny łuk i strzały i po­sta­no­wi­łam je wy­pró­bo­wać. Po­do­bało mi się, że wszyst­kie drzewa przed do­mem po­chy­lały się w lewo, co było skut­kiem hu­ra­ganu, który prze­szedł tędy, gdy mia­łam dzie­więć lat. Mój stary przy­ja­ciel po­trze­bo­wał re­montu, bo był la­tami za­nie­dby­wany, ale wciąż był dla mnie piękny. Za­wsze bę­dzie.

Na­wet je­śli nie­długo nie bę­dzie mój.

Sto­pień na scho­dach ganku, ten, który kie­dyś na­pra­wi­łam, znowu się od­kształ­cił. Tym ra­zem jed­nak to druga strona wy­gięła się do góry jak skrzy­dło go­towe do lotu. Na da­chu bra­ko­wało wielu da­chó­wek, przez co w dziu­rach pod spodem dało się do­strzec wy­bla­kłą papę.

Cały ten dom był jak ko­lejna po­stać w moim ży­ciu. I to bar­dzo ważna po­stać.

Przez cały od­wyk, przy­go­to­wa­nia do eg­za­minu na ko­niec szkoły śred­niej i stu­dia na pań­stwo­wej uczelni mia­łam w gło­wie pe­wien po­mysł. Chcia­łam prze­pro­wa­dzić się do Lo­gan's Be­ach na stałe po skoń­cze­niu uni­wer­sy­tetu. Chcia­łam na­pra­wić ten dom i spra­wić, że będę dumna z tego miej­sca w mie­ście, o któ­rym nie po­tra­fi­łam za­po­mnieć.

Bo mimo wszystko Lo­gan's Be­ach było czę­ścią mnie.

Było miej­scem, gdzie moje ży­cie nie­mal się skoń­czyło i gdzie pra­wie się za­częło.

Jed­nak po od­wyku na­uczy­łam się jed­nego: plany się zmie­niają, a ty mu­sisz pró­bo­wać do­sto­so­wać się do sy­tu­acji. I pierw­szym kro­kiem w tym pro­ce­sie do­sto­so­wy­wa­nia jest sprze­da­nie domu, by po­móc ta­cie.

- Za­wsze mó­wi­łaś, jak bar­dzo ko­chasz to miej­sce - ode­zwał się Bran­don, marsz­cząc nos i pa­trząc na dom, jakby nie po­tra­fił zro­zu­mieć, co jest ta­kiego wy­jąt­ko­wego w sta­rym znisz­czo­nym domku sto­ją­cym przy za­po­mnia­nej dro­dze w ma­łym mia­steczku, w któ­rym są dwa sy­gna­li­za­tory świetlne i trzy znaki stopu.

- Bo ko­cham - zgo­dzi­łam się. - Ale bar­dziej ko­cham swo­jego tatę. Cho­ciaż tyle mogę dla niego zro­bić i sprze­dać ten dom.

- Dre, to nie twoja wina, że in­te­resy kiep­sko mu idą - wy­tknął Bran­don. - Twój tata jest wła­ści­cie­lem księ­garni w świe­cie, w któ­rym lu­dzie ku­pują książki głów­nie on­line.

- Wiem, ale to moja wina, że za­cią­gnął drugi kre­dyt pod hi­po­tekę, żeby wy­słać mnie na od­wyk. I jesz­cze jedną po­życzkę, bym mo­gła stu­dio­wać. Ścią­gnął Mirnę, żeby mo­gła miesz­kać bli­sko nas w ośrodku, który kosz­to­wał bar­dzo dużo, i wszystko za nią opła­cał, bo ja chcia­łam być bli­sko babci w ciągu jej ostat­nich dni. To przeze mnie tata ma długi. Może nie je­stem przy­czyną upadku jego sklepu, ale przy­czy­ni­łam się do tego, że za­raz straci dom - po­wie­dzia­łam, dła­wiąc się, gdy przy­po­mnia­łam so­bie, ile bólu przy­spo­rzyły mu moje kłam­stwa i że kie­dyś nic mnie nie ob­cho­dziło.

Bran­don uniósł brew i wsu­nął kciuki za pa­sek od spodni. Spoj­rzał na dom, a po­tem znowu na mnie. Wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego i za­gu­bio­nego. Za­uwa­ży­łam plamy potu na jego bia­łej ko­szuli, któ­rej ma­te­riał był zbyt gruby jak na wil­gotną, go­rącą po­godę po­łu­dnio­wej Flo­rydy. Wil­goć spra­wiła, że jego ciemne włosy, które za­zwy­czaj były ujarz­mione, te­raz ster­czały na wszyst­kie strony. Jego mocno opa­lona skóra kon­tra­sto­wała z białą ko­szulą, którą wy­cią­gnął ze spodni i wa­chlo­wał się nią dla ochłody. By­łam pewna, że gdy­by­śmy po­stali tam jesz­cze chwilę, roz­pu­ściłby się na miej­scu.

Ru­szy­łam w stronę ganku. Spraw­dzi­łam pierw­szy sto­pień, na­stę­pu­jąc na niego - roz­padł się na ka­wałki pod naj­mniej­szym na­ci­skiem.

- Tata po­trze­buje mo­jej po­mocy, ale sam o nią nie po­prosi. Prze­cież wiesz, jaki jest uparty, kie­dyś z nim pra­co­wa­łeś. Poza tym on wciąż ma mnie za dziecko, ćpunkę i nie chce mnie ni­czym do­dat­kowo obar­czać. - Spraw­dzi­łam dwa ko­lejne stop­nie i te oka­zały się w tro­chę lep­szej kon­dy­cji niż ten, który zmie­nił się w wióry. - My­ślę, że on się boi znowu po­pchnąć mnie do na­łogu.

Ze­sko­czy­łam ze stopni i ru­szy­łam w stronę ga­rażu. Prze­su­nę­łam ręką po je­dy­nych drzwiach ga­ra­żo­wych, zo­sta­wia­jąc smugę w po­kry­wa­ją­cym je ku­rzu. Przy­po­mnia­łam so­bie o tych wszyst­kich rze­czach, któ­rych dzia­dek na­uczył mnie w tym ga­rażu - ma­lo­wa­nia, spa­wa­nia, wier­ce­nia.

- Twój tata cię ko­cha - oznaj­mił Bran­don, gdy po chwili do­łą­czy­łam do niego na ganku. Ostroż­nie sta­wiał kroki tylko tam, gdzie ja wcze­śniej, bo dzięki temu wie­dział, że schody się nie po­kru­szą i nie wpad­niemy pod pod­łogę.

- Wiem. I ja też go ko­cham. Wła­śnie dla­tego to ro­bię. I gdy­bym nie zna­la­zła sta­rych we­zwań do za­płaty i po­zwów od kre­dy­to­dawcy w jego szu­fla­dzie, to na­wet bym nie wie­działa, że jest o krok od utraty domu.

- Masz ra­cję, ale mimo to ten dom jest dla cie­bie wy­jąt­kowy. Ja pier­dolę, prze­cież ty wy­glą­dasz, jak­byś miała ochotę go wy­ca­ło­wać - po­wie­dział Bran­don ze śmie­chem.

- Może nie od razu wy­ca­ło­wać - od­par­łam, rów­nież się do niego uśmie­cha­jąc - ale rze­czy­wi­ście jest dla mnie wy­jąt­kowy. I za­wsze bę­dzie - przy­zna­łam. - Ale gdy­bym wcze­śniej wie­działa, przez co prze­cho­dzi tata, to już dawno bym go sprze­dała. On ni­gdy nie po­wi­nien był...

- Prze­stań, Dre. Po­trze­bo­wa­łaś tego od­wyku. I mu­sia­łaś iść do szkoły. Twój tata zro­bił to dla cie­bie. A nie po­wie­dział ci o tym, bo nie chciał cię mar­twić. My­śla­łem, że już skoń­czy­łaś się za­drę­czać. Czy tego też nie po­win­naś uni­kać we­dług tego two­jego pro­gramu?

Bran­don przy­cią­gnął mnie do sie­bie i szybko po­ca­ło­wał w głowę, a po­tem pu­ścił. Mię­dzy mną a nim nie było żad­nych se­kre­tów. Wie­dział o wszyst­kim, co w moim ży­ciu mroczne i złe, a ja wie­dzia­łam wszystko o jego ży­ciu, cho­ciaż naj­bar­dziej mroczną i złą rze­czą, ja­kiej się do­pu­ścił, było ścią­ga­nie na te­ście w szó­stej kla­sie.

- Dzięki, czy­ścioszku - po­wie­dzia­łam do niego, uży­wa­jąc ksywki, którą mu nada­łam. Bo był czy­sty jak łza. - Sta­ram się, jak mogę.

Nie­spiesz­nie otwo­rzy­łam fron­towe drzwi, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że Mirna za­wsze stała po dru­giej stro­nie, by przy­wi­tać mnie roz­pro­mie­niona ze swo­imi słyn­nymi cia­stecz­kami. Dziw­nie się czu­łam, gdy jej tu nie było. W domu, i ogól­nie - na świe­cie.

Mirna zmarła pół roku temu.

- Cóż, je­śli je­steś pewna co do sprze­daży, to mu­szę ci po­móc do­pro­wa­dzić ten dom do po­rządku - oznaj­mił Bran­don, wy­gła­dza­jąc dłońmi brą­zowe włosy. Roz­piął ko­szulę, od­sła­nia­jąc jesz­cze bar­dziej prze­siąk­nięty po­tem pod­ko­szu­lek. - Co mam ro­bić?

Unio­słam brew, pa­trząc na niego.

- Ty miał­byś po­móc? A co ty wiesz o re­mon­tach?

- Ab­so­lut­nie nic - przy­znał ze śmie­chem, a jego ciem­no­szare oczy bły­snęły roz­ba­wie­niem. Uśmie­chał się tak sze­roko, że po­ka­zy­wał wszyst­kie zęby. - Ale ty wiesz wszystko na ten te­mat, więc mo­żesz mnie na­uczyć. Szybko się uczę. Poza tym jak my­ślisz, po co prze­le­cia­łem taki ka­wał drogi?

- Bo mój tata ka­zał ci mnie niań­czyć - od­po­wie­dzia­łam szcze­rze.

- Nie, dla mo­ral­nego wspar­cia i żeby świad­czyć usługi zło­tej rączki - od­parł. Pró­bo­wa­łam po­wstrzy­mać się od śmie­chu. Ostat­nio Bran­don pró­bo­wał po­wie­sić zdję­cie na ścia­nie. Po trzech mi­nu­tach spa­dło.

Mu­sia­łam zro­bić to sama.

Ten dom bę­dzie wy­ma­gał sporo pracy, żeby nada­wał się do sprze­daży, a czas mi nie sprzy­jał. Przyda mi się każda po­moc, a w tej chwili tylko Bran­don mi ją ofe­ro­wał.

- Do­bra, to bierzmy się do ro­boty. Ja będę Ti­mem Złotą Rączką, a ty Alem.

- Dla­czego ja mu­szę być Alem? - jęk­nął Bran­don. - On nosi ko­szulę w kratę.

- Wię­cej wło­sów na twa­rzy - za­żar­to­wa­łam, ale mój uśmiech szybko zbladł, gdy we­szłam do sa­lonu i do­świad­czy­łam sil­nego uczu­cia déja vu, ja­kiego jesz­cze w ży­ciu nie czu­łam. I wtedy wspo­mnie­nia jedno po dru­gim za­częły do mnie wra­cać, jak­bym znowu je prze­ży­wała. Sie­dzia­łam w sa­lo­nie, pró­bu­jąc oszu­kać moją bab­cię, ucie­ka­łam do lasu przed ku­lami Preppy'ego, me­dy­to­wa­łam z Mirną na po­dwórku za do­mem, spa­łam w moim ma­łym łóżku, a ciało Preppy'ego owi­jało się wo­kół mo­jego.

Dresz­cze prze­bie­gły mi wzdłuż krę­go­słupa.

We­szłam do kuchni i ko­lejna fala wspo­mnień wła­śnie za­częła za­le­wać mój umysł, gdy na­gle ktoś od­chrząk­nął za nami. Pod­sko­czy­łam i ob­ró­ci­łam się. W progu stała Ray. Jej dłu­gie blond włosy były pro­ste jak drut, ale mu­siała je za­ło­żyć za uszy, bo do domu przez otwarte drzwi wpa­dał wiatr. Miała na so­bie zwy­kłą białą ko­szulkę i dżin­sowe shorty. Na bio­drze bu­jała dziecko, które nie mo­gło mieć wię­cej niż pół roku i było ubrane całe na ró­żowo. Miało ta­kie same ja­sno­nie­bie­skie oczy jak Ray.

Ści­snęło mnie w sercu, gdy dziew­czynka za­chi­cho­tała i po­cią­gnęła za na­szyj­nik z ko­roną, który Ray miała na so­bie.

- Cześć, Ray, wejdź - po­wie­dzia­łam i wtedy moje my­śli na­tych­miast sku­piły się na Prep­pym. - Czy wszystko w po­rządku? - za­py­ta­łam, sta­ra­jąc się, by w moim gło­sie nie było sły­chać na­głej pa­niki, która mnie ogar­nęła.

- Tak, wszystko w po­rządku. Chcia­łam tylko prze­pro­sić za to, co się wy­da­rzyło dzi­siaj rano z Prep­pym - wy­znała Ray, roz­glą­da­jąc się po pu­stym po­koju i ko­ły­sząc chi­cho­czące dziecko.

- To nie twoja wina. To ni­czyja wina - przy­zna­łam. - Chwila, skąd wie­dzia­łaś, gdzie mnie zna­leźć?

- To małe mia­steczko. Wy­star­czy wie­dzieć, kogo py­tać.

- Cześć, je­stem Bran­don - ode­zwał się mój to­wa­rzysz, wy­cią­ga­jąc rękę do dziew­czyny.

- Miło cię po­znać, Bran­do­nie - od­parła. - Je­stem Ray, a to jest mała Ni­cole Grace.

- Ooo, ma imię po tej Grace? - za­py­ta­łam, gdy Ray i Bran­don uści­snęli so­bie dło­nie.

Ray lekko prze­krzy­wiła głowę.

- Tak, po tej jed­nej je­dy­nej - od­parła, przy­kry­wa­jąc uśmie­chem po­dejrz­li­wość.

- Miło cię po­znać, Ni­cole Grace - za­gru­chał Bran­don naj­bar­dziej dzie­cię­cym gło­sem, na jaki było go stać. Po­trzą­snął rączką dziecka, trzy­ma­jąc ją w pal­cach.

- Bar­dzo prze­pra­szam. Po­win­nam była was so­bie przed­sta­wić - po­wie­dzia­łam. -Mam te­raz sporo na gło­wie i wy­gląda na to, że za­po­mnia­łam o ma­nie­rach.

- Nie przej­muj się - uspo­ko­iła mnie Ray i we­szła do sa­lonu, przy­glą­da­jąc się go­łym ścia­nom i drew­nia­nym bel­kom wi­szą­cym ni­sko pod su­fi­tem. - W sa­mo­cho­dzie wi­dzia­łam znak o sprze­daży. To twój dom? Sprze­da­jesz go?

Po­ki­wa­łam głową.

- Kie­dyś na­le­żał do mo­jej babci. - Za­ko­ły­sa­łam się na pię­tach, trzy­ma­jąc ręce w tyl­nych kie­sze­niach spodni. Cie­szy­łam się, że tu je­stem, na­wet je­śli tylko na chwilę.

- Jest piękny - po­wie­działa Ray, przy­glą­da­jąc się po­dwórku przez brudne ku­chenne okno. Mimo że to miej­sce było ru­derą, wie­rzy­łam w szcze­rość jej kom­ple­mentu, bo roz­glą­dała się tak, jakby wi­działa kry­jący się w tym miej­scu po­ten­cjał, a nie to, jak obec­nie wy­glą­dało. - Je­śli do­wiem się, że ktoś chce ku­pić dom, to na pewno mu o nim wspo­mnę.

- To cię opro­wa­dzę, że­byś też wie­działa, co lu­dziom za­pro­po­nu­jesz - po­wie­dzia­łam, pro­wa­dząc ją ko­ry­ta­rzem. Ray trzy­mała się bli­sko mnie z tyłu. - Cho­ciaż mu­szę cię ostrzec: to nie jest wielki dom, więc wy­cieczka bę­dzie krótka.

Ray się za­śmiała i dziecko rów­nież.

- Pójdę do sa­mo­chodu po resztę rze­czy - po­wie­dział Bran­don, kie­ru­jąc się do wyj­ścia.

- Mój dzia­dek zbu­do­wał ten dom - po­wie­dzia­łam do Ray. - Są tu trzy sy­pial­nie i dwie ła­zienki, cho­ciaż wiem, że z ze­wnątrz tak nie wy­gląda. - Otwo­rzy­łam pierw­sze drzwi w ko­ry­ta­rzu. - To kie­dyś był mój po­kój.

Ray zaj­rzała do środka, ale ja szybko za­mknę­łam drzwi. Póź­niej będę miała bar­dzo dużo czasu, by pa­trzeć na tę ta­petę w tru­skaw­ko­wym ko­lo­rze i wy­bla­kłe żółte za­słony. Nie chcia­łam roz­pła­kać się przy go­ściu.

- A więc kie­dyś tu miesz­ka­łaś? - za­py­tała Ray.

- Tak, ale tylko w wa­ka­cje, gdy by­łam dziec­kiem. To moja pierw­sza wi­zyta tu­taj od lat.

Po­ka­za­łam jej ła­zienkę i dawny po­kój Mirny, a na­stęp­nie otwo­rzy­łam drzwi na końcu ko­ry­ta­rza. Cały sprzęt wska­zu­jący na to, że kie­dyś była tu Zie­lar­nia, dawno znik­nął, ale wciąż było wi­dać haki w su­fi­cie i gwoź­dzie w ścia­nie, które utrzy­my­wały rury.

- A więc stąd znasz Preppy'ego - rzu­ciła Ray, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

- Tak, po­nie­kąd - przy­zna­łam.

- I kiedy po­ja­wi­łaś się u mnie w domu, na­prawdę nie wie­dzia­łaś, że Preppy żyje, co?

- Prze­ży­łam szok ży­cia - od­par­łam. - Wciąż nie mogę w to uwie­rzyć.

Za­mknę­łam drzwi i wró­ci­łam z nią do kuchni. Do­tknę­łam ręką gar­dła, czu­jąc opu­chli­znę po uści­sku dłoni Preppy'ego. Roz­su­nę­łam tylne drzwi pro­wa­dzące na po­dwórko. Po­mię­dzy wy­bla­kłymi de­skami pod­łogi ta­rasu wy­sta­wały chwa­sty, które ro­sły pod spodem. Traw­nik, na któ­rym Mirna uczyła mnie me­dy­to­wać, był za­ro­śnięty, aż sto­pił się z po­lem z tyłu. W od­dali za­gwiz­dał po­ciąg.

- Cóż - ode­zwała się Ray, roz­my­śla­jąc nad moją od­po­wie­dzią. Po­sa­dziła dziecko na bla­cie przed sobą i uśmiech­nęła się do uro­czego nie­mow­laka o py­za­tych po­licz­kach. - To była nie­zła wy­cieczka.

Spoj­rza­łam na dziecko, które trzy­mało w ustach je­den pa­lec Ray i żuło go dzią­słami.

- Mogę? - za­py­ta­łam z wa­ha­niem, wy­cią­ga­jąc ręce.

- Och, oczy­wi­ście - po­wie­działa Ray, ścią­ga­jąc Ni­cole Grace z blatu i wkła­da­jąc mi ją w ra­miona. Po­czu­łam ucisk w klatce pier­sio­wej, nie mo­głam od­dy­chać. Była naj­pięk­niej­szym, co w ży­ciu wi­dzia­łam.

- Pew­nie pa­trzysz na nią ca­łymi dniami, co? - za­py­ta­łam, tu­ląc dziew­czynkę w ra­mio­nach.

- Tak, jej ta­tuś rów­nież. Je­ste­śmy zmę­czeni, ale warto było - od­parła Ray. - Jak w przy­padku wszyst­kich dzieci. - Od­gar­nęła z czoła Ni­cole Grace miękki lo­czek. - Masz swoje?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie. Ja­kiś czas temu do­wie­dzia­łam się, że nie mogę mieć dzieci.

- Przy­kro mi.

Chyba wy­czuła, że nie chcę o tym roz­ma­wiać, bo szybko zmie­niła te­mat.

- Mam parę spraw do za­ła­twie­nia - oświad­czyła Ray. - Ale może spo­tkamy się póź­niej, gdy od­biorę dzieci ze szkoły i zo­sta­wię je z Kin­giem? Mo­żemy so­bie urzą­dzić bab­skie po­ga­du­chy. W tym mie­ście mam tylko Thię, ko­bietę Be­ara, ale ona jest w ciąży, a ja mam do­syć roz­ma­wia­nia o ko­szach na pie­lu­chy i po­dusz­kach do kar­mie­nia.

- Świetny po­mysł - od­par­łam.

- Po­trze­bu­jesz tu po­mocy? - za­py­tała Ray, roz­glą­da­jąc się po domu, po odła­żą­cej ta­pe­cie i po­pę­ka­nym tynku. - King i Bear mogą po­móc, a poza tym Bear może zwo­łać bandę chło­pa­ków, któ­rzy chęt­nie po­mogą za kilka piw.

Nie­chęt­nie od­da­łam Ray dziecko i od­pro­wa­dzi­łam je do wyj­ścia. Ray ostroż­nie ze­szła po roz­kle­ko­ta­nych scho­dach. Spoj­rza­łam na mo­jego po­moc­nika, który wciąż mę­czył się z wy­cią­gnię­ciem znaku "NA SPRZE­DAŻ" z ba­gaż­nika wy­na­ję­tego sa­mo­chodu.

- Wiesz, co, Ray? Chyba jed­nak sko­rzy­stam z po­mocy - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem, który od­wza­jem­niła.

- To do­brze, bo ten chło­pak jest uro­czy i tak da­lej, ale wy­gląda na typ, który nie roz­po­znałby młotka, na­wet gdyby spadł z szafki i ude­rzył go w głowę.

- Nie­stety to prawda - sap­nął Bran­don, kiedy w końcu udało mu się wy­cią­gnąć znak. Koł­nie­rzyk i pa­chy jego ko­szuli były prze­siąk­nięte po­tem.

- Cho­lera, za­po­mnia­łam, dla­czego w ogóle tu przy­je­cha­łam. Przy­się­gam, te ma­lu­chy cza­sami spra­wiają, że zu­peł­nie tracę głowę - po­wie­działa Ray i szybko po­de­szła do sta­rego forda pic­kupa za­par­ko­wa­nego na skraju traw­nika. Po­chy­liła się nad otwar­tym oknem od strony pa­sa­żera i wró­ciła z teczką. - My­śla­łam o tym, co po­wie­dział Preppy. Że je­steś jego żoną.

- Po­wie­dział tak, bo był oszo­ło­miony - po­wtó­rzy­łam to samo, co stwier­dzi­łam rano.

- Nie wy­daje mi się - od­parła Ray. Otwo­rzyła teczkę i po­dała mi do­ku­ment. To była ko­pia aktu mał­żeń­stwa, którą wy­ko­na­łam dla Preppy'ego. Po­krę­ci­łam głową.

- Nie, nie ro­zu­miesz. Ja ten do­ku­ment pod­ro­bi­łam. To fał­szywka. Wszyst­kie pod­pisy, świad­ko­wie. Wszystko fał­szywe - wy­ja­śni­łam, od­su­wa­jąc kartkę od twa­rzy. Ray pa­trzyła na mnie nie­prze­ko­nana. - Preppy po­trze­bo­wał tego, kiedy sta­rał się o prawo do opieki nad córką Kinga. To na­wet nie jest praw­dziwe. Nie było żad­nego ślubu, żad­nego urzęd­nika. Ni­czego. To... nie jest praw­dziwe - po­wtó­rzy­łam znowu, by ją prze­ko­nać

Ray stuk­nęła pal­cem w prawy dolny róg strony, w miej­scu ofi­cjal­nego stem­pla hrab­stwa, który wid­nieje na wszyst­kich ory­gi­na­łach. Ja tego stem­pla tam nie umie­ści­łam.

- Dzi­siaj rano ode­bra­łam ten do­ku­ment od urzęd­nika - kon­ty­nu­owała Ray. - I we­dług niego... jest bar­dzo praw­dziwy.

- Cho­lera - za­klę­łam, od­wra­ca­jąc kartkę, jakby przyj­rze­nie się pu­stej stro­nie miało mi po­wie­dzieć coś wię­cej. - To zna­czy, że je­ste­śmy...

- W oczach stanu Flo­ryda? Po ślu­bie - do­koń­czyła za mnie Ray i pu­ściła do mnie oko. - Gra­tu­luje, Dre. Te­raz je­steś pa­nią Cle­ar­wa­ter.

ROZ­DZIAŁ 3

Preppy

TY­SIĄCE PEŁ­NYCH NA­DZIEI SZEP­TÓW roz­brzmie­wały nad moim cia­łem. Ła­godne od­de­chy owie­wały moją skórę, kiedy ktoś de­li­kat­nie pod­no­sił mi rękę i przy­ci­skał dwa palce po we­wnętrz­nej stro­nie nad­garstka. Przy­kry­wano mnie koł­drą i od­kry­wano, coś nie­zna­jo­mego i mięk­kiego za­my­kało mnie w ko­ko­nie. Po­wie­trze było świeże i lek­kie, bez śladu wil­goci, do któ­rej przy­wy­kłem i która przy­kle­jała się do mo­jego gar­dła i płuc, chcąc mnie udu­sić cięż­kim odo­rem rdzy i zgni­li­zny.

W bę­ben­kach roz­brzmie­wał mi ciężki dźwięk desz­czu obi­ja­ją­cego się o szyby. Roz­legł się grzmot, który za­trząsł mo­imi obo­la­łymi ko­śćmi. Po­tem, mimo za­mknię­tych po­wiek, zo­ba­czy­łem ja­sną bły­ska­wicę, jakby ogła­szała światu to, że od­zy­ska­łem świa­do­mość.

A może ogła­szała to tylko mnie.

- Patrz, jego po­wieki znowu się po­ru­szyły. - Usły­sza­łem ko­biecy głos. - Może to już.

Przez chwilę wy­obra­ża­łem so­bie ciem­no­włosą dziew­czynę o czar­nych oczach i czer­wo­nych ustach. Tę, o któ­rej my­śla­łem tak czę­sto, że już nie wie­dzia­łem, czy była praw­dziwa czy tylko ją so­bie wy­obra­ża­łem, by ja­koś zle­ciał mi czas. Ale kiedy głos mó­wił coś da­lej, ob­raz tam­tej dziew­czyny znikł i wtedy ją roz­po­zna­łem.

Doe.

Za­lała mnie ad­re­na­lina, a także po­trzeba, by się pod­nieść i do­łą­czyć do świata, za któ­rym tak tę­sk­ni­łem każdą ko­mórką mo­jego ciała, świata, w któ­rym nie spo­dzie­wa­łem się mieć przy­jem­no­ści znowu żyć. Czu­łem się, jakby był pią­tek wie­czór i wszy­scy moi zna­jomi wy­cho­dzili zro­bić coś za­rą­bi­stego, pod­czas gdy ja mu­sia­łem zo­stać w domu, a po­tem słu­chał­bym o tym rano, jakby bo­le­śnie po­mi­nięty.

A te­raz mia­łem wra­że­nie, jakby to był prze­dłu­żony piąt­kowy wie­czór, w do­datku z gwał­tem w dupę i nie­ustan­nym bi­ciem. Na pewno będę miał dużo do nad­ro­bie­nia. Po­tem jed­nak przy­po­mnia­łem so­bie, że nie wszystko za­wsze jest ta­kie, jak się wy­daje. Za­trzy­ma­łem się na chwilę, by przy­po­mnieć so­bie, że to, co czu­łem, ten głos, który sły­sza­łem, może być tylko wy­two­rem mo­jej wy­ob­raźni, tak jak wcze­śniej. Bo praw­do­po­do­bień­stwo, że nie zo­ba­czę ni­kogo, gdy otwo­rzę oczy, lub na­po­tkam sa­mego dia­bła, było więk­sze niż szansa, że to bę­dzie moja przy­ja­ciółka.

Mogę być mar­twy. Albo może to być ja­kaś po­pier­do­lona ha­lu­cy­na­cja.

Ktoś uści­snął moją dłoń. Je­śli to był sam dia­beł, to miał bar­dzo małe rączki i uży­wał kremu. Ale to nie był dia­beł.

Gest był de­li­katny. Przy­ja­ciel­ski. Po­cie­sza­jący. Nie. To na pewno nie dia­beł.

I cho­ciaż wy­da­wało mi się, że ten zwy­kły do­tyk miaż­dży mi ko­ści w pal­cach, był to rów­nież naj­lep­szy ból, ja­kiego w ży­ciu do­świad­czy­łem, bo mó­wił mi, że to wszystko może się dziać na­prawdę.

Pró­bo­wa­łem otwo­rzyć oczy, ale to było tak trudne, jak roz­kle­je­nie za­mar­z­nię­tej ka­na­pki go­łymi rę­kami. Wi­dzia­łem tylko ko­lory tań­czące mi pod po­wie­kami, jak po­kaz świa­teł ma­jący miej­sce za ekra­nem.

Kiedy pró­bo­wa­łem się ode­zwać, za­krztu­si­łem się wła­sną śliną i przez chyba wiecz­ność by­łem w sta­nie tylko kasz­leć nie­re­gu­lar­nie.

- Może on jed­nak nie jest jesz­cze go­towy - ode­zwał się nie­zna­jomy ko­biecy głos. - Może po­trze­buje wię­cej czasu.

- Nie - opo­no­wała Doe. - Wiem, że on wraca do sie­bie. Po pro­stu to wiem. Czuję to. On nas sły­szy. Tym ra­zem jest ina­czej.

W gło­sie Doe brzmiała pew­ność, ale i de­spe­ra­cja - jakby pró­bo­wała prze­ko­nać samą sie­bie, tak samo jak osobę, z którą roz­ma­wiała.

- A przy­szło ci do głowy, że może on się po pro­stu za­cho­wuje jak pizda? - za­grzmiał King. Jego głosu nie dało się po­my­lić. Skur­wiel był gło­śniej­szy niż grzmot w desz­czu. - Może tylko z nami po­grywa. To by było w jego stylu. Może na­wet obu­dził się kilka dni temu, ale po pro­stu chce nas jesz­cze tro­chę po­wku­rzać.

- Ciii! - po­wie­dział ktoś.

Pra­gną­łem się uśmiech­nąć. Śmiać. Ale nic, co chcia­łem zro­bić, nic, co wcze­śniej było dla mnie ta­kie ła­twe, te­raz nie chciało się wy­da­rzyć. Wcze­śniej wszystko było dla mnie na­tu­ral­nym od­ru­chem, o któ­rym na­wet nie mu­sia­łem my­śleć, a te­raz to była wielka bi­twa mię­dzy moim zmie­lo­nym na papkę mó­zgiem a bez­u­ży­tecz­nym cia­łem - i te czę­ści mnie ze sobą wal­czyły, by spra­wić, że Preppy znowu bę­dzie funk­cjo­no­wał.

- Ja je­bię. Nie będę ci­cho. To nie bi­blio­teka. Chcemy, żeby się obu­dził, więc go, kurwa, obudźmy! Lubi być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, prze­cież o tym wie­cie. Sztyw­niak nie otwo­rzy oczu i nie za­szczyci nas swoją obec­no­ścią, do­póki nie bę­dzie mieć pew­no­ści, że przy­cią­gnął uwagę nas wszyst­kich. - Na­stała ci­sza, a po­tem po­czu­łem na czole od­dech Kinga, gdy się nade mną po­chy­lił. Jego cień przy­sło­nił świa­tło, kiedy ode­zwał się tuż przy moim no­sie: - Wszy­scy tu­taj je­ste­śmy. Skończ to przed­sta­wie­nie, Prep.

- Prze­stań - za­czą­łem, le­d­wie wy­ma­wia­jąc to słowo. W po­koju roz­le­gły się za­sko­czone sap­nię­cia, ale poza tym za­pa­dła ci­sza. Czu­łem się tak, jakby ktoś wziął małe ostre gra­bie i prze­su­nął nimi po moim gar­dle od środka. Zwil­ży­łem wargi ję­zy­kiem i znowu za­czą­łem. - Prze...

King na­chy­lił się jesz­cze ni­żej.

- Coś mó­wi­łeś, Prep? - Jego za­rost otarł się o mo­stek mo­jego nosa.

- Prze­stań...

Moje oczy w końcu po­sta­no­wiły współ­pra­co­wać i lekko się otwo­rzyły, cho­ciaż wciąż mia­łem wra­że­nie, jakby zo­stały skle­jone su­per­glue, a otwar­cie ich bo­lało jak wy­ry­wa­nie rzęs ra­zem z ce­bul­kami.

Przez szparki ob­raz był za­ma­zany, ale do­strze­głem ciemne włosy Kinga. Skur­wiel pró­bo­wał mnie przy­tu­lić.

To było w chuj uro­cze.

- Prep, spró­buj jesz­cze raz. Sły­szymy cię, ale nie ro­zu­miemy. Mów gło­śniej - za­żą­dał, wy­raź­nie wy­ma­wia­jąc każde słowo, jak­bym był głu­chy i głupi. Jego głos do­cie­rał jed­nak do mnie na zmianę albo przy­tłu­miony, albo gło­śny jak z me­ga­fonu. Jesz­cze bar­dziej się do mnie zbli­żył, a ja by­łem pe­wien, że za­raz po­łoży się na mo­jej twa­rzy, przy­ci­ska­jąc ucho do mo­ich ust.

- Prze­stań... mnie ob­ma­cy­wać - w końcu udało mi się po­wie­dzieć. - Za­rost mnie nie jara.

King się wy­pro­sto­wał, a ja po­czu­łem na­tych­mia­stową ulgę, gdy jego ciało prze­stało mnie zgnia­tać. Po­chy­lił się nade mną z za­do­wo­lo­nym uśmie­chem na tej prze­brzy­dłej gę­bie. Po jego le­wej stro­nie stała Doe, a jej duże nie­bie­skie oczy błysz­czały od łez. Dziew­czyna, któ­rej nie roz­po­zna­wa­łem, znik­nęła z mo­jego pola wi­dze­nia, ro­biąc krok w tył, by King i Doe mieli wię­cej miej­sca przy łóżku.

- Długo ci to, kurwa, za­jęło - po­wie­dział King. Wy­glą­dał jak dumny ro­dzic, gdy jego dziecko po­wie­działo pierw­sze słowo.

- Tę­sk­ni­li­śmy za tobą - do­dała Doe. W tej chwili po­wieki znowu za­częły mi cią­żyć. Nie mo­głem utrzy­mać ich otwar­tych, ale nie za­mie­rza­łem za­my­kać ich tak szybko, gdy w końcu uj­rza­łem lu­dzi, któ­rych nie spo­dzie­wa­łem się ni­gdy wię­cej zo­ba­czyć. - Tak bar­dzo tę­sk­ni­li­śmy.

King przy­cią­gnął Doe do swo­jego boku i po­ca­ło­wał ją w głowę.

- Czy mo­żemy coś dla cie­bie zro­bić? - za­py­tała Doe, ma­łym pal­cem wy­cie­ra­jąc wil­goć spod oka.

- Tak - od­po­wie­dzia­łem, od­wra­ca­jąc głowę na bok, by le­piej ich wi­dzieć. I wtedy po­czu­łem, jakby mi­lion ka­bli jed­no­cze­śnie po­ra­ziło mnie prą­dem, przy­pra­wia­jąc o ból krę­go­słupa. Nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, wy­da­łem z sie­bie zdu­szony okrzyk.

- Co się stało? Po­trze­bu­jesz le­ka­rza? Po­wiedz mi, czego po­trze­bu­jesz, Prep - żą­dała Doe, brzmiąc na spa­ni­ko­waną. Po­ło­żyła dłoń na moim ra­mie­niu, a ja po­czu­łem się tak, jakby przy­ci­snęła mi do skóry roz­grzane że­lazo do zna­cze­nia by­dła.

- Po­trze­buję paru rze­czy. - Od­chrząk­ną­łem.

Doe rzu­ciła się na drugi ko­niec po­koju i po chwili wró­ciła z ma­łym no­te­si­kiem z mo­ty­wem Bar­bie i pa­su­ją­cym do niego dłu­go­pi­sem.

- Mów - po­wie­działa.

Prze­wró­ciła stronę w no­te­sie i klik­nęła dłu­go­pi­sem, z któ­rego roz­le­gła się ra­do­sna me­lo­dyjka.

King zmie­rzył mnie zna­cząco wzro­kiem, jakby wie­dział, co pla­no­wa­łem. To było świetne spoj­rze­nie. Mó­wiło mi, że nie­za­leż­nie od tego, ile mi­nęło czasu, on i tak wie­dział, że wciąż je­stem dup­kiem.

By­łem, kurwa, w domu.

- Go­towa? - za­py­ta­łem Doe, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Kinga.

Po­ki­wała głową.

- Okej. Będę po­trze­bo­wał tro­chę koki, ale do­brej, nie tej, którą do­sta­je­cie od tego chuja z Har­per's Ridge. I oczy­wi­ście strip­ti­zerki, ale z mi­seczką nie mniej­szą niż C, i mu­szą być otwarte na anal. - Za­sta­no­wi­łem się przez chwilę. - Okej, to wtedy będą dziwki. Skreśl jed­nak te "strip­ti­zerki" i na­pisz "dziwki". Po­trzebna mi też krew dzie­wi­czej kozy i trzy bu­telki mek­sy­kań­skiej te­qu­ili vin­tage z nie­tknię­tym ro­ba­kiem.

Spoj­rza­łem na Doe, która ni­czego nie za­pi­sy­wała. Unio­sła brwi, opu­ściła dłu­go­pis i zgro­miła mnie wzro­kiem znad wie­lo­barw­nego no­te­siku. Po jej twa­rzy spły­wały łzy.

- Tak bar­dzo za tobą tę­sk­ni­łam - wy­du­kała, upu­ściła dłu­go­pis i no­te­sik z Bar­bie na pod­łogę i rzu­ciła się swoim ma­łym ciał­kiem na moje, by mocno i długo mnie przy­tu­lić. Ukryła twarz przy mo­jej szyi, a ja po­czu­łem jej go­rące łzy spły­wa­jące po mo­jej skó­rze.

Zi­gno­ro­wa­łem ści­na­jący krew w ży­łach ból, który pro­mie­nio­wał z mo­ich mię­śni. Na­wet opar­łem się chęci, by krzyk­nąć czy cho­ciaż się skrzy­wić, bo nie chcia­łem jej wy­stra­szyć.

- Ja też za tobą tę­sk­ni­łem, młoda - wy­szep­ta­łem.

Nie ru­sza­li­śmy się przez długi czas, za­mknięci w tym jed­no­stron­nym uści­sku, aż King od­chrząk­nął. Doe unio­sła głowę znad mo­jej szyi i spoj­rzała na niego.

- On wró­cił - po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem.

- Tak, zwier­za­czku, wró­cił - po­twier­dził King. Brzmiał tak, jakby chciał po­wie­dzieć "ale", jed­nak się po­wstrzy­mał.

- Wró­ci­łem - wy­mam­ro­ta­łem - ale King i tak uważa, że przy­tu­la­łaś mnie zbyt długo i te­raz li­czy na to, że szybko znowu za­padnę w śpiączkę, bo mia­łem oka­zję po­czuć, jak twoje fan­ta­styczne cycki przy­ci­skają się do mo­jego ciała.

- Coś w tym stylu - od­parł King.

Doe żar­to­bli­wie prze­wró­ciła oczami, gdy King ją ode mnie od­cią­gnął.

- To dla­tego że wciąż je­stem nie­złym cia­chem. Po­mimo śpiączki i po­obi­ja­nego ciała nic mnie nie boli, więc wska­kuj na mo­jego fiuta. - Im dłu­żej mó­wi­łem, tym mniej dra­pało mnie w gar­dle, a wy­po­wia­da­nie dłu­gich zdań nie przy­spa­rzało mi już ta­kiego bólu. - A przy oka­zji, cycki ci uro­sły? - za­py­ta­łem Doe. - Bo mam wra­że­nie, że są więk­sze.

Zmru­ży­łem oczy, przy­glą­da­jąc się jej biu­stowi pod ob­ci­słą żółtą ko­szulką. Tak, zde­cy­do­wa­nie się po­więk­szyły.

- Prep - ostrzegł King.

- Tyle mu­simy ci po­wie­dzieć - oznaj­miła Doe, przy­kła­da­jąc rękę do klatki pier­sio­wej Kinga. - Tyle się wy­da­rzyło, od­kąd...

King po­ło­żył swoją dłoń na jej.

- Za­nim po­wie­cie co­kol­wiek, chciał­bym za­su­ge­ro­wać małą ko­rektę - po­wie­dzia­łem.

- Co ta­kiego? - za­py­tał King.

Unio­słem pa­lec.

- Po pro­stu po­słu­chaj­cie mnie przez chwilę. Za­miast ob­cho­dzić się z tym te­ma­tem jak z jaj­kiem i mó­wić, że "mnie nie było", i za­miast stwier­dzać oczy­wi­ste, mó­wiąc coś w stylu: "wtedy, gdy by­łem prze­trzy­my­wany wbrew wła­snej woli i tor­tu­ro­wany przez psy­cho­patę, aż nie­mal umar­łem", chciał­bym za­su­ge­ro­wać małą zmianę.

- Oke­eeej...

- Mimo że wo­lał­bym ni­gdy wię­cej o tym nie mó­wić, to jed­nak nie jest to re­alne. Nie da się o tym nie mó­wić, bo wiele rze­czy dzie­ją­cych się w moim ży­ciu ma zwią­zek z tym, co się wy­da­rzyło, gdy by­łem... w Na­rnii.

- Ty chyba ro­bisz so­bie ze mnie, kurwa, jaja. Chcesz, że­by­śmy na­zy­wali dziurę pod klu­bem mo­to­cy­klo­wym, gdzie cię prze­trzy­my­wali, Na­rnią?

- Tak wła­śnie po­wie­dzia­łem.

King za­czął coś mam­ro­tać i wtedy zro­zu­mia­łem, że ko­goś bra­ko­wało, ko­goś po­tęż­nego i bez ko­szulki.

- Gdzie, do chuja, jest Bear?

Chcia­łem się pod­nieść, ale kiedy spró­bo­wa­łem, oka­zało się, że nad­garstki nie mogą udźwi­gnąć mo­jego ciała. King po­chy­lił się i po­niósł mnie, ła­piąc pod pa­chami, sa­dza­jąc w o wiele wy­god­niej­szej, nieco od­chy­lo­nej po­zy­cji.

Ani King, ani Doe nie od­po­wie­dzieli na moje py­ta­nie. Za­miast tego spoj­rzeli na sie­bie, jakby wła­śnie prze­pro­wa­dzali ja­kąś te­le­pa­tyczną roz­mowę, któ­rej ja nie by­łem czę­ścią.

- No co? - za­py­ta­łem. - Co waż­niej­szego może mieć te­raz na gło­wie? Chyba że za­ła­twia dziwki i kokę, w ta­kim ra­zie mogę przy­mknąć na to oko.

- Tu­taj je­stem, skur­wielu - mruk­nął Bear, po czym po­ja­wił się w moim polu wi­dze­nia i sta­nął tuż przy Doe.

Nie wie­dzia­łem, czy był tam przez cały czas czy do­piero przy­szedł. W każ­dym ra­zie od razu ude­rzyła mnie jedna rzecz.

- I przez cały ten czas - za­czą­łem - nie udało ci się zna­leźć pier­do­lo­nej ko­szulki?

Bear prych­nął i po­ło­żył mi rękę na ra­mie­niu, wi­ta­jąc się ze mną tak, jak za­wsze wi­tał się z mo­to­cy­kli­stami w swoim klu­bie.

- Wi­taj z po­wro­tem, bra­cie.

Doe i King prze­su­nęli się, by Bear miał wię­cej miej­sca przy moim łóżku. Przy­klęk­nął obok i po­chy­lił się nade mną. Tę­sk­ni­łem za tą bez­pro­ble­mową wy­mianą obelg mię­dzy nami. Tę­sk­ni­łem za wszyst­kim, co zwią­zane z tym skur­wie­lem, na­wet za tym jego głu­pim dzi­wacz­nym uśmie­chem, na który la­ski naj­wy­raź­niej le­ciały. Na­wet za tym, że za­wsze wy­glą­dał na wku­rzo­nego, na­wet gdy się nie wku­rzał.

Cho­ciaż trzeba przy­znać, że czę­sto mu się to zda­rzało.

Otwo­rzy­łem oczy tak sze­roko, jak tylko zdo­ła­łem, i przyj­rza­łem się mo­jemu sta­remu przy­ja­cie­lowi po raz pierw­szy od Bóg wie jak dawna. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak go za­pa­mię­ta­łem: blond włosy, pa­su­jąca blond broda, ta­tu­aże, duże nie­bie­skie oczy, piegi, skó­rzana ka­mi­ze­lka.

Ale jed­no­cze­śnie wy­da­wał się inny. Zu­peł­nie inny.

Może szczę­śliw­szy? Kurwa, nie­moż­liwe...

Zo­ba­cze­nie szczę­śli­wego Be­ara było rów­nie praw­do­po­do­bne, co za­uwa­że­nie yeti na po­dwórku za do­mem. To trzeba zo­ba­czyć, żeby uwie­rzyć.

Nie mo­głem zbyt długo się nad tym za­sta­na­wiać, bo w ułamku se­kundy wszystko za­częło się zmie­niać. Twarz Be­ara prze­kształ­ciła się jak ob­raz Da­lego. Mój uśmiech znik­nął, kiedy przy­ja­ciel za­czął sta­wać się czymś in­nym.

Kimś in­nym.

Już nie pa­trzył na mnie Bear uśmie­cha­jący się na wi­dok za­gu­bio­nego przy­ja­ciela. Nie. Te­raz pa­trzył na mnie ktoś ze zmarszcz­kami na czole i gry­ma­sem na ustach. Ktoś, kogo blond włosy stały się siwe, a piegi znik­nęły z cza­sem. Jego nie­bie­skie oczy już nie miały in­ten­syw­nej barwy i nie wi­dzia­łem w nich oznak lo­jal­no­ści czy bra­ter­skiej mi­ło­ści.

W ogóle nie wi­dzia­łem w nich ży­cia.

Bear znik­nął i jego miej­sce za­jęło czy­ste wcie­lone zło.

Mro­żące krew w ży­łach krzyki wy­peł­niły mały po­kój, od­bi­jały się od ścian i dzwo­niły mi w uszach - to były zna­jome i prze­ra­ża­jące dźwięki, głos ko­goś, kogo bru­tal­nie tor­tu­ro­wano.

Wzrok mi się roz­ma­zał i wró­ci­łem do czyśćca, wdzięczny za moż­li­wość ucieczki.

Do­piero kiedy znowu zna­la­złem się w ot­chłani, do­tarło do mnie, że te krzyki na­le­żały do mnie.

ROZ­DZIAŁ 4

Preppy

CIEMNE CHMURY ota­cza­jące mój umysł za­częły się prze­rze­dzać. Za każ­dym ra­zem, gdy się bu­dzi­łem z tego hor­roru, który mi się przy­da­rzył, i tra­fia­łem do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej się znaj­do­wa­łem, jedno od dru­giego co­raz bar­dziej się od­ci­nało, aż w końcu zro­zu­mia­łem, że to, co mó­wili mi przy­ja­ciele, było prawdą.

By­łem wolny.

Bez­pieczny.

I, kurwa, żywy.

A co naj­lep­sze?

Chop był mar­twy.

Wku­rzało mnie je­dy­nie to, że to nie ja wy­koń­czy­łem tego skur­wiela.

Do­bra wia­do­mość była taka, że za­czą­łem od­zy­ski­wać siły. Ból w mię­śniach i ko­ściach zmie­nił się z ostrych ukłuć w tępe pul­so­wa­nie.

Rana po po­strzale, któ­rej Chop ni­gdy nie po­zwo­lił się za­goić, w końcu się za­mknęła, cho­ciaż wy­glą­dała w chuj źle. Skóra wo­kół wiel­kiej czer­wo­nej bli­zny w kształ­cie hu­ra­ganu była po­skrę­cana w ka­lej­do­skop znie­kształ­co­nych ta­tu­aży.

Na­zwa­łem to hu­ra­ga­nem cier­pie­nia.

Nie po­do­bało mi się, jak zmie­niło to moje ta­tu­aże, ale przy­naj­mniej dzięki tej brzyd­kiej bliź­nie zy­skam sza­cun na dzielni.

Gdy moje ciało za­czy­nało na­bie­rać sił, Doe i King na zmianę wpro­wa­dzali mnie w swoją hi­sto­rię. Omi­nęło mnie wszystko, jak na przy­kład to, że King w końcu zy­skał prawa ro­dzi­ciel­skie do Max. Czu­łem się jak w od­cinku Dni na­szego ży­cia, gdy Doe opo­wia­dała mi, że do­wie­działa się, że ma syna, któ­rego King za­adop­to­wał, a po­tem uro­dziła jesz­cze jedno dziecko, a po­nadto w końcu od­zy­skała pa­mięć. By­łem pe­wien, że nie wdają się w szcze­góły, ale na ra­zie wy­star­czały mi te ogólne in­for­ma­cje. A je­śli chciał­bym do­wie­dzieć się wię­cej o ich ży­ciu, to wy­star­czy, że o dru­giej po po­łu­dniu włą­czę te­le­wi­zor, bo na pewno pusz­czają se­rial o ich ży­ciu na jed­nym z ka­na­łów.

- Ej, chwila, na­zy­wam cię Doe... ale jak ty na­prawdę masz na imię? - za­py­ta­łem, pod­no­sząc się na łóżku.

- Ra­mie. Ale wolę, gdy lu­dzie na­zy­wają mnie Ray.

- Wow.

Wie­dzia­łem, że tak na­prawdę nie ma na imię Doe, ale fakt, że od­zy­skała praw­dziwe imię, wciąż mnie szo­ko­wał.

- Ale je­śli chcesz, mo­żesz mnie na­zy­wać Doe - po­wie­działa, a ja po­czu­łem, że na­prawdę ma to na my­śli. - Od­no­szę wra­że­nie, że te­raz mam ty­siąc imion - Doe, Ra­mie, zwier­za­czek. Cho­ciaż moim ulu­bio­nym jest "ma­mu­sia".

- Moim też - do­dał King.

I na­gle w przej­ściu po­ja­wiło się dwoje blond dzieci, jakby wy­czuły, że o nich roz­ma­wiamy.

- Ma­mu­siu, ma­mu­siu, ma­mu­siu, mamo, ma­aaamooo - krzy­czały, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po pro­stu nie prze­sta­wały jej wo­łać, jakby chciały do­pro­wa­dzić swo­ich ro­dzi­ców do obłędu.

- Co­fam, co po­wie­dzia­łam - wy­znała Doe z uśmie­chem.

King po­biegł w stronę dzieci i wziął je w ra­miona. Ko­pały i pisz­czały za­chwy­cone.

- Chodź­cie, zro­bię wam coś do je­dze­nia. I nie obudź­cie swo­jej sio­strzyczki, bo ina­czej wa­sza mama... - Jego głos ucichł w ko­ry­ta­rzu.

- Gdzie jest, kurwa, Bear? - za­py­ta­łem, sia­da­jąc. - Tylko jego ostat­nio tu nie wi­dy­wa­łem. - Mgli­ście pa­mię­tam, że był tu­taj, kiedy obu­dzi­łem się po raz pierw­szy.

Ugią­łem ko­lana, te­stu­jąc ogra­ni­cze­nia mo­ich sta­wów. Wszystko trzesz­czało, strzy­kało i chru­pało, jak w pie­przo­nej re­kla­mie płat­ków śnia­da­nio­wych, ale wsta­nie z łóżka o wła­snych si­łach było świet­nym uczu­ciem.

Doe za­jęła się po­pra­wia­niem po­du­szek.

- Bear czę­sto przy to­bie sie­dział, ale te­raz na pewno jest za­jęty spra­wami klubu. Ostat­nio sporo się tam dzieje, od­kąd prze­jął wła­dzę.

- Masz na my­śli: od­kąd za­bił Chopa - po­wie­dzia­łem. - W po­rządku, mo­żesz wy­mó­wić jego imię. Mó­wi­łaś, że tamci skur­wiele już nie żyją, prawda? Więc to już nie ma zna­cze­nia.

Gdyby to tylko była prawda...

- Coś w tym stylu.

- Ża­łuję, że mnie tam nie było, chciał­bym to zo­ba­czyć - przy­zna­łem, szu­ra­jąc no­gami o dy­wan i ła­piąc się po dro­dze wszel­kich me­bli, gdy co­raz bar­dziej i bar­dziej od­da­la­łem się od łóżka.

- Ze­msta to nie wszystko, Preppy. Li­czy się to, że tu je­steś.

- Nie, wcale nie mu­siał­bym być świad­kiem śmierci Chopa, ważne, że do tego do­szło. Ale chciał­bym zo­ba­czyć, jak Bear zdo­bywa dziew­czynę - po­wie­dzia­łem, a Doe się za­śmiała. - Musi być wy­jąt­kowa. Przy­po­mnij mi, jak ona ma na imię?

- Thia - od­parła Doe. - Po­lu­bisz ją.

- Na pewno - stwier­dzi­łem, za­sta­na­wia­jąc się, jaka była ta dziew­czyna, która spra­wiła, że Bear za­pra­gnął cze­goś wię­cej niż tylko szyb­kiego bzy­kanka.

Bo je­śli jest cho­ciaż tro­chę po­do­bna do dziew­czyny, która spra­wiła, że ja za­pra­gną­łem wię­cej...

Doe wy­rwała mnie z za­my­śle­nia.

- Przy­nio­słam ci ubra­nia - po­wie­działa, od­wra­ca­jąc wzrok od tyłu mo­jej szpi­tal­nej ko­szuli. Wie­dzia­łem, że się roz­wią­zała, bo czu­łem na tyłku chłodne po­wie­trze kli­ma­ty­za­tora. - Je­steś pe­wien, że nie po­trze­bu­jesz po­mocy? - za­py­tała znowu.

- Nie. Chcę się ubrać sam. Po­czuć się znowu jak czło­wiek. Wiesz, to mały krok dla ludz­ko­ści i tak da­lej.

- Prep - ostrzegł King, który na­gle po­ja­wił się w przej­ściu, tym ra­zem bez dzieci.

- Po­waż­nie, sze­fie? Wra­cam z mar­twych, a ty wciąż tru­jesz mi dupę o Doe? W tej sy­tu­acji jedno bzy­kanko z li­to­ści nie by­łoby ni­czym złym - wy­tkną­łem, w pełni przy­go­to­wany na ri­po­stę.

- Mo­żesz ro­bić i mó­wić, co chcesz, Prep - od­parł King za­ska­ku­jąco spo­koj­nym to­nem.

Naj­wy­raź­niej nie tylko ja by­łem za­sko­czony jego nowo od­na­le­zio­nym spo­ko­jem du­cha, bo Doe wy­gląda na rów­nie zdzi­wioną, co ja. A po­tem King się uśmiech­nął i już wie­dzia­łem, że coś jest nie tak.

A może po pro­stu wszystko zmie­niło się bar­dziej, niż mi mó­wili...

- Eee... po­waż­nie? - za­py­ta­łem. W ko­la­nach mi strzyk­nęło, kiedy znowu po­ru­szy­łem no­gami. Po­woli otrzą­sną­łem koń­czyny, a po­tem w końcu pa­mięć mię­śniowa wró­ciła i by­łem w sta­nie zro­bić kilka kro­ków. - Gdzie jest ha­czyk?

- Mo­żesz pier­do­lić od rze­czy, ile tylko chcesz, o ile je­steś go­towy znowu umrzeć - po­wie­dział, mocno przy­cią­ga­jąc do sie­bie Doe. - Tym ra­zem na­prawdę.

Zgro­mi­łem go wzro­kiem.

- Nie je­steś przy­ja­cie­lem. Je­steś po­two­rem! - krzyk­ną­łem dra­ma­tycz­nie, ro­biąc co­raz dłuż­sze kroki po po­koju. Na­gle, gdy tak szu­ra­łem po ró­żo­wym dy­wa­nie, ude­rzyło mnie pewne wspo­mnie­nie.

Za­ci­ska­łem ręce na czy­imś gar­dle. Ja­kaś ko­bieta krzy­czała. Bły­snęły mi przed oczami ciemne włosy.

Za­mar­łem.

- Czy oprócz was ktoś tu­taj był? Kiedy się obu­dzi­łem albo wcze­śniej? - za­py­ta­łem.

- A spo­dzie­wa­łeś się ko­goś? - do­cie­kał King.

- Nie, ale mam dziwne po­czu­cie, że... - urwa­łem, ga­piąc się na ścianę w ko­lo­rze ró­żo­wej gumy ba­lo­no­wej. Te­raz była ró­żowa, ale kie­dyś miała nie­bie­ski ko­lor. To był mój dawny po­kój. Po­kój, w któ­rym pę­kłem i za­ci­sną­łem ręce na gar­dle Dre. To mu­siało być wspo­mnie­nie. Dziwne, ale wspo­mnie­nie. - Nie­ważne. Mój mózg chyba wciąż źle działa.

Doe odło­żyła ubra­nia na łóżko.

- Bę­dziemy w po­koju, jak już skoń­czysz. Chyba że po­trze­bu­jesz po­mocy tam na dole? - za­py­tał King.

- Od­pier­dol się - po­wie­dzia­łem, po­ka­zu­jąc mu środ­kowy pa­lec. King od­wza­jem­nił ten gest.

- Wi­taj w domu, skur­wielu - mruk­nął, nie mo­gąc ukryć uśmie­chu. To była na­sza wer­sja przy­tu­la­nia.

Ko­cham tego wiel­kiego, wred­nego dra­nia.

Po­pa­trzy­łem na ubra­nia le­żące na łóżku - wy­pra­so­wana biała ko­szula, spodnie khaki i ró­żo­wo­żółte szelki, a także muszka. To był mój ty­powy strój przed Na­rnią. Prze­su­ną­łem ręką po mięk­kim, czy­stym ma­te­riale, ale kiedy pod­nio­słem ko­szulę ze stosu, na­tych­miast ją upu­ści­łem, jakby mnie ukłuła w rękę. Ze­pchną­łem na bok szelki i muszkę, a po­tem wy­cią­gną­łem spod spodu szare spodnie dre­sowe i zwy­kły biały Tshirt.

Zsze­dłem na dół do sa­lonu, trzy­ma­jąc się ba­rierki. Po­woli sta­wia­łem kroki na scho­dach, a z każ­dym ko­lej­nym było mi ła­twiej, bo mię­śnie przy­zwy­cza­jały się do cho­dze­nia i przy­po­mi­na­łem so­bie, jak sta­wiać jedną stopę przed drugą.

Za­mar­łem w bez­ru­chu, za­nim skrę­ci­łem za róg, bo usły­sza­łem ści­szone głosy.

- Nie wiem, dla­czego go okła­ma­li­śmy. To było głu­pie - po­wie­działa Doe.

Kiedy King się ode­zwał, wy­chwy­ci­łem w jego gło­sie po­czu­cie winy.

- A co mie­li­śmy po­wie­dzieć? "Tak, Prep, mia­łeś go­ścia, gdy by­łeś w śpiączce. A tak przy oka­zji, nie wiem, kim jest ta dziew­czyna, ale obu­dzi­łeś się spa­ni­ko­wany i nie­mal ją udu­si­łeś, a poza tym na­zwa­łeś ją swoją żoną. I prze­ra­zi­łeś Be­ara, który my­śli, że to przez jego po­do­bień­stwo do psy­chicz­nego ojca, więc po­sta­no­wił tu wię­cej nie przy­cho­dzić, żeby ci znowu nie od­biło, bo jesz­cze pró­bo­wał­byś go za­bić"?

Cały się spią­łem.

Ona na­prawdę tu była.

King wes­tchnął ciężko. Wyj­rza­łem zza ściany i zo­ba­czy­łem, że trzy­mał głowę w dło­niach. Sie­dząca na pod­ło­kiet­niku ka­napy Doe gła­skała go po ple­cach. Dwójka dzieci sie­działa przy stole z boku, wy­ry­wała okru­chy ze swo­ich ka­na­pek i rzu­cała nimi w sie­bie na­wza­jem.

- Wiem, że to trudne, ale mu­simy mu po­wie­dzieć prawdę. On na to za­słu­guje. Je­ste­śmy jego ro­dziną. Nie mo­żemy go okła­my­wać.

- Na­szym za­da­niem jako jego ro­dziny jest go chro­nić, więc nie mo­żemy go w tej chwili obar­czyć wszyst­kim na raz - po­wie­dział King. - Już i tak prze­szedł zbyt, kurwa, wiele. Ża­łuję, że nie wie­dzia­łem, gdzie się znaj­do­wał. A cały ten czas był tak bli­sko. Tak ku­rew­sko bli­sko... - King urwał.

Wsze­dłem do sa­lonu, go­towy mu po­wie­dzieć, że nie po­wi­nien się ob­wi­niać za to, że nie wie­dział, gdzie prze­by­wa­łem.

Ale ona na­prawdę tu była.

Ani King, ani Doe nie wi­dzieli, że wsze­dłem do sa­lonu, kuś­ty­ka­jąc. King kon­ty­nu­ował:

- To wszystko jest już wy­star­cza­jąco po­pier­do­lone, więc jak, do dia­bła, mam mu po­wie­dzieć, że Grace nie żyje?

Ogar­nął mnie taki szok, że wpa­dłem na sto­lik, oznaj­mia­jąc swoją obec­ność.

- Cho­lera - za­klął King. Wstał i pod­szedł do mnie. Unio­słem ręce i cof­ną­łem się.

- Nie chcie­li­śmy, że­byś się tak do­wie­dział... - za­czął King, sfru­stro­wany prze­cze­su­jąc ręką włosy. - Kurwa, to moja wina.

- Nie. Nie - od­par­łem, ma­cha­jąc ręką lek­ce­wa­żąco i sta­ra­jąc się prze­łknąć gulę two­rzącą się w moim gar­dle. Nogi znów za­częły mi się trząść, ale wy­pro­sto­wa­łem się, bo nie chcia­łem, by oni po­czuli się jesz­cze go­rzej. Nie po­wi­nie­nem się za­ła­my­wać na ich oczach. - Nie ma­cie po­wodu, by się ob­wi­niać. Grace była chora, prawda? I to od dłuż­szego czasu. W su­mie to się do­my­śli­łem - skła­ma­łem. By­łem pe­wien, że Grace prze­ży­łaby ka­ra­lu­chy po apo­ka­lip­sie. Za­ło­żył­bym się, że gdyby prze­je­chała ją cię­ża­rówka, to ta cię­ża­rówka od­nio­słaby wię­cej ob­ra­żeń niż Grace.

Od­wró­ci­łem się, by ru­szyć do swo­jego po­koju. Albo do po­koju, który kie­dyś był mój.

- Idę pod prysz­nic - oznaj­mi­łem i skie­ro­wa­łem się w stronę scho­dów.

- Preppy, za­cze­kaj - za­wo­łał King, ale ja się nie za­trzy­ma­łem.

- On po­trze­buje czasu - po­wie­działa Doe.

Z każ­dym kro­kiem w stronę mo­jego po­koju praw­do­po­do­bień­stwo, że wy­buchnę pła­czem, wzra­stało. Do­piero gdy zna­la­złem się za za­mknię­tymi drzwiami, po­zwo­li­łem łzom po­pły­nąć. I pły­nęły.

Pła­ka­łem z po­wodu utraty Grace, która była dla mnie jak matka pod każ­dym wzglę­dem, cho­ciaż nie łą­czyły nas więzy krwi. Była matką, która ni­gdy mnie nie za­wio­dła. Ko­bietą, która besz­tała mnie, gdy zro­bi­łem coś, czego nie apro­bo­wała, ale ni­gdy mnie nie osą­dzała. Ko­chała mnie za to, jaki je­stem. Ko­chała moje sza­leń­stwo.

I ni­gdy nie pró­bo­wała mnie zmie­nić.

A ja na­wet się z nią nie po­że­gna­łem.

W końcu po­sze­dłem pod prysz­nic i zo­sta­łem tam długo, bar­dzo długo. Kiedy z tru­dem wy­sze­dłem z ka­biny, chcia­łem się od­lać, ale ką­tem oka zo­ba­czy­łem swoje od­bi­cie w lu­strze. Od­wró­ci­łem się w stronę lu­stra i zo­ba­czy­łem ko­goś, kogo nie wi­dzia­łem w chuj długo. Ko­goś, na kogo kie­dyś lu­bi­łem pa­trzeć.

I to bar­dzo.

Nie by­łem, kurwa, głupi. Wie­dzia­łem, że po tym, przez co prze­sze­dłem, nie je­stem ma­te­ria­łem na okładkę pi­sma dla fa­ce­tów.

Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak zo­ba­czyć w lu­strze zu­peł­nie ob­cej osoby.

Po­chy­li­łem się w stronę lu­stra. Po­ma­ca­łem długą, po­plą­taną brodę i nie­mal szlag mnie tra­fił, kiedy wy­czu­łem pod spodem za­pad­nięte po­liczki. Ko­ści wo­kół mo­ich ciem­nych i za­pad­nię­tych oczo­do­łów wy­sta­wały, przez co wy­glą­da­łem jak je­bany ja­ski­nio­wiec. Moje oczy, które kie­dyś miały piwny ko­lor, te­raz były przy­ga­szone, ra­czej w ko­lo­rze gówna.

Przy­naj­mniej Grace mnie te­raz nie wi­dzi.

Na­wet gdy mia­łem dłuż­sze włosy, za­wsze góra była długa, a boki wy­go­lone, by po­ka­zy­wały ta­tu­aże po bo­kach mo­jej głowy. Po tych wszyst­kich la­tach, gdy mnie tor­tu­ro­wano, krót­sza część się­gała mi te­raz za ra­miona i z ja­kie­goś po­wodu włosy wy­da­wały się ciem­niej­sze niż średni blond, który mia­łem kie­dyś.

Wy­glą­da­łem jak chud­sza, bar­dziej obłą­kana wer­sja Je­zusa Chry­stusa.

Jak cho­dząca śmierć.

Mo­głem po­li­czyć so­bie że­bra, a już od dawna, od dziecka nie po­tra­fi­łem tego zro­bić. I na­gle znów zna­la­złem się na po­dwórku, a po­tężny ni­czym za­wod­nik sumo dwu­na­sto­la­tek, który wszedł w okres doj­rze­wa­nia wcze­śniej, niż po­wi­nien, bił mnie przed szkołą.

Wszystko, co do­ty­czyło tej ża­ło­snej po­staci w od­bi­ciu, opo­wia­dało hi­sto­rię, któ­rej nie na­le­żało po­wta­rzać. Za­krę­ciło mi się w gło­wie. Zła­pa­łem się zlewu dla rów­no­wagi i po­chy­li­łem się, pa­trząc na cienką smużkę rdzy wo­kół od­pływu.

Na­wet po tym wszyst­kim, co w ży­ciu prze­sze­dłem, ni­gdy nie uwa­ża­łem sie­bie za ofiarę.

Ale wła­śnie na ofiarę pa­trzy­łem te­raz w lu­strze.

Po raz ostatni spoj­rza­łem z nie­za­do­wo­le­niem na swoje od­bi­cie i pod­sze­dłem do to­a­lety. Opar­łem się o ścianę i wy­cią­gną­łem fiuta, by się od­lać. Nie mo­głem prze­stać my­śleć o Grace.

Je­steś do­brą osobą, mój Sa­mu­elu. Je­steś do­brym chłop­cem - sły­sza­łem w gło­wie jej słowa. - Twoi bli­scy cię ko­chają. W trak­cie od­le­wa­nia od­sze­dłem od to­a­lety, roz­pry­sku­jąc mocz na klapę i pod­łogę. Gwał­tow­nie otwo­rzy­łem szafkę pod zle­wem. Przy­kuc­ną­łem, a moje ko­lana chrup­nęły gło­śno jak roz­cie­rany w dłoni żwir. Jęk­ną­łem, czu­jąc to dziwne do­zna­nie i sły­sząc jesz­cze gor­szy dźwięk.

- Wszystko w po­rządku, Preppy? - za­py­tała Doe zza drzwi.

- Tak - wark­ną­łem. Kto jak kto, ale ona nie za­słu­gi­wała na moje po­iry­to­wa­nie. Na­tych­miast ogar­nęło mnie po­czu­cie winy. - Tak - po­wtó­rzy­łem nieco ła­god­niej, cho­ciaż nie wy­szło le­piej, bo za­ci­ska­łem zęby z bólu pa­lą­cego mnie w no­gach i w tor­sie.

- Okej, wszy­scy bę­dziemy w sa­lo­nie. Więc... no wiesz. Jak skoń­czysz, to tam nas znaj­dziesz. Cze­kamy na cie­bie. - Jej głos prze­peł­niał smu­tek. - Tak mi przy­kro, Prep - po­wie­działa.

Usły­sza­łem szu­ra­nie jej dłoni po drzwiach od dru­giej strony, gdy ją opusz­czała, a po­tem ci­che kroki na dy­wa­nie, aż w końcu dźwięk za­my­ka­nych drzwi od sy­pialni.

Będę ją mu­siał póź­niej prze­pro­sić za by­cie ta­kim dup­kiem. Nie za­słu­gi­wała na to, bym się na niej wy­ży­wał z po­wodu tego, przez co prze­sze­dłem.

By­łem po pro­stu tak cho­ler­nie zmę­czony. Zmę­czony le­że­niem w łóżku przez tak długi czas. Zmę­czony mar­no­wa­niem czasu. Zmę­czony tym, że nie ży­łem.

Zmę­czony tym, że by­łem, kurwa, mar­twy.

A może po pro­stu by­łem zmę­czony by­ciem, kurwa, zmę­czo­nym.

Kiedy zna­la­złem to, czego szu­ka­łem, zła­pa­łem się zlewu i pod­cią­gną­łem. Pod­łą­czy­łem to, co we­dług mnie miało być roz­wią­za­niem mo­jego pro­blemu, i po­ma­cha­łem tym lek­ce­wa­żąco w po­wie­trzu.

- Pa, pa, skur­wielu - po­wie­dzia­łem do swo­jego od­bi­cia.

Włą­czy­łem urzą­dze­nie i zo­ba­czy­łem pa­nikę w oczach tego chuja, gdy w ma­łej ła­zience roz­legł się wi­bru­jący dźwięk.

Usta­wi­łem na go­le­nie i prze­je­cha­łem ma­szynką po gło­wie, od czoła do karku, jed­nym ru­chem.

Na­tych­miast za­lało mnie po­czu­cie sa­tys­fak­cji, kiedy prze­su­ną­łem pal­cami po świeżo ogo­lo­nej gło­wie.

Mu­sia­łem zro­bić coś wię­cej. O wiele wię­cej.

To wszystko musi znik­nąć!

Na­wet nie pró­bo­wa­łem naj­pierw ob­ciąć wło­sów no­życz­kami, więc każde prze­su­nię­cie ma­szynką po gło­wie pa­liło, jak­bym był po­woli skal­po­wany, jed­nak to mnie nie po­wstrzy­mało. W du­pie mia­łem ból.

Po tym wszyst­kim.

Bo ból nie był dla mnie żadną no­wo­ścią. Ale wol­ność tak.

Czu­łem się wolny od gniewu. Od żalu. Już nie mu­sia­łem się za­mar­twiać, czy będę osobą, którą by­łem, za­nim to wszystko się wy­da­rzyło.

Ta osoba była dla mnie nie­mal ta­kim sa­mym ob­cym jak Je­zus w od­bi­ciu, który zaj­mo­wał się po­trzebną od dawna de­pi­la­cją. Krwa­wi­łem i two­rzy­łem so­bie na gło­wie za­dra­pa­nia, bo raz po raz prze­jeż­dża­łem po niej ma­szynką.

Mia­łem to w du­pie.

Co­raz wię­cej wło­sów opa­dało na stertę przy mo­ich sto­pach. Naj­pierw z głowy, po­tem z twa­rzy, gdy za­ją­łem się brodą, aż w końcu by­łem ogo­lony - i zo­ba­czy­łem skórę, która od lat nie wi­działa świa­tła dzien­nego, a te­raz mo­gli ją uj­rzeć wszy­scy.

W tym ja.

Sa­tys­fak­cja to­wa­rzy­sząca mi pod­czas go­le­nia szybko zmie­niła się w roz­cza­ro­wa­nie i na­gły ucisk w żo­łądku. Zła­pa­łem się brze­gów umy­walki i z wark­nię­ciem po­chy­li­łem głowę.

Spo­dzie­wa­łem się, że uj­rzę ko­goś no­wego. Ko­goś czy­stego.

Ale wcale taki nie by­łem.

W mo­jej klatce pier­sio­wej za­pło­nął gniew, bul­go­tał i wrzał, kiedy do­tarło do mnie, że wciąż pa­trzę na tego sa­mego udrę­czo­nego czło­wieka, któ­rego wi­dzia­łem parę chwil wcze­śniej.

Tylko ogo­lo­nego.

Te­raz wy­chu­dze­nie i bli­zny były jesz­cze le­piej wi­do­czne. Wi­dzia­łem każdy gu­zek i źle za­go­jone roz­cię­cie. Moje ta­tu­aże po bo­kach głowy, kie­dyś ko­lo­rowe, te­raz były po­strzę­pione i po­orane bli­znami, tak samo jak cienka jak pa­pier skóra na twa­rzy prze­ci­nana łzami, co pa­so­wało do reszty mo­jego znisz­czo­nego ciała.

Z mo­jego gar­dła wy­rwał się wrzask. Od­chy­li­łem się i ude­rzy­łem w od­bi­cie. Ka­wałki szkła po­sy­pały się po pod­ło­dze, za­bar­wiły stos wło­sów kro­plami gę­stej czer­wieni, która wy­pły­wała rów­nież ze środka pęk­nię­tego lu­stra. Ale to mi nie wy­star­czyło. Ude­rza­łem raz po raz, a pięść pa­liła mnie od każ­dego ciosu w lu­strzaną ta­flę.

- Jak ja cię, kurwa, nie­na­wi­dzę! - krzyk­ną­łem ile sił w płu­cach, plu­jąc do­okoła i ude­rza­jąc w lu­stro raz za ra­zem, aż moje knyk­cie całe po­kryły się krwią.

Upa­dłem na pod­łogę, a moje ra­miona za­trzę­sły się od gniewu, który zmie­nił się w roz­pacz. Sku­li­łem się i przy­cią­gną­łem ko­lana do piersi, chcąc, by cały świat wo­kół się ode mnie od­pier­do­lił.

Chcia­łem, by wszystko się od­pier­do­liło.

Za­ci­sną­łem za­krwa­wione dło­nie w pię­ści i uda­łem się do je­dy­nego miej­sca, w któ­rym czu­łem się bez­piecz­nie: w głąb umy­słu, do wspo­mnień tak wy­raź­nych i ja­snych, że cza­sami wy­da­wały mi się nie­praw­dziwe, jakby ni­gdy się nie wy­da­rzyły.

Za­mkną­łem oczy i za­czą­łem od­pły­wać wśród sterty toż­sa­mo­ści, któ­rej się po­zba­wi­łem. By­łem już da­leko na ścieżce pro­wa­dzą­cej do tego miej­sca, gdy na­gle wo­kół mnie usły­sza­łem za­mie­sza­nie, jed­nak nie po­tra­fi­łem pod­nieść głowy i spraw­dzić, o co cho­dzi. Na­wet wtedy, gdy drzwi otwo­rzyły się z hu­kiem, wy­pa­dły z za­wia­sów i ude­rzyły o pod­łogę. Ani wtedy, gdy chór za­tro­ska­nych gło­sów, mę­skich i żeń­skich, roz­legł się nade mną. Ktoś do ko­goś krzy­czał.

A może do mnie.

Na­wet nie by­łem w sta­nie otwo­rzyć oczu, kiedy nie­siono mnie do po­koju i kła­dziono na łóżku, któ­rego tak nie­na­wi­dzi­łem, bo już do­tar­łem na miej­sce - go­ni­łem za dziew­czyną o ciem­nych oczach przy­po­mi­na­ją­cych oczy lalki, kru­czo­czar­nych wło­sach i in­ten­syw­nie czer­wo­nych, po­nęt­nych ustach.

"Za­trzy­maj mnie", wy­szep­tała, przy­wo­łu­jąc mnie do sie­bie pal­cem.

Po­czu­łem, że ktoś mnie ob­raca i spraw­dza, czy zro­bi­łem so­bie krzywdę, i po­zwo­li­łem na to, bo to już nie miało zna­cze­nia.

Nic nie miało zna­cze­nia.

Go­ni­łem za nią co­raz da­lej i da­lej, aż głosy wo­kół mnie znik­nęły.

I nie­za­leż­nie od tego, jaki by­łem szybki, ona ucie­kała szyb­ciej.

I wkrótce już jej nie go­ni­łem. Zgu­bi­łem ją. Je­stem sam, stoję po­środku to­rów. Nie­ru­chomy.

Pa­trzę w ośle­pia­jące żółte świa­tła nad­jeż­dża­ją­cego po­ciągu, jest co­raz bli­żej i bli­żej... Aż jest już, kurwa, za późno.

ROZ­DZIAŁ 5

Dre

CZU­ŁAM SIĘ BAR­DZIEJ PO­BU­DZONA niż stu­dent pi­jący sie­dem kaw ze Star­bucksa dzien­nie.

Był śro­dek nocy i po ca­łym dłu­gim dniu walki z dżun­glą, jaką było po­dwórko za do­mem, uzbro­jona w wy­po­ży­czoną pod­ka­szarkę i po­ży­czoną zwy­kłą ko­siarkę po­win­nam być pad­nięta, ale cho­ciaż ob­ra­ca­łam się z boku na bok, nie po­tra­fi­łam zna­leźć so­bie od­po­wied­niej po­zy­cji i za­snąć.

Nie tej nocy. Nie, skoro wró­ci­łam do Lo­gan's Be­ach.

Za po­kry­tymi bru­dem oknami wi­dzia­łam świe­cący po­ma­rań­czowy księ­życ. By­łam już zmę­czona walką z Mor­fe­uszem, więc po­sta­no­wi­łam, że sen i ja na ra­zie nie bę­dziemy wcho­dzić so­bie w drogę.

Po­szu­ka­łam oku­la­rów i za­ło­ży­łam je, po czym usia­dłam i opar­łam się o ścianę. Włą­czy­łam lap­top, słu­cha­jąc szumu prze­ro­śnię­tych drzew, które ko­niecz­nie trzeba bę­dzie przy­ciąć, bo szu­rały o dach. Z torby wy­cią­gnę­łam wi­śniowy li­zak i zdję­łam opa­ko­wa­nie. Ssa­nie sło­dy­czy było dziw­nym na­wy­kiem, któ­rego na­uczy­łam się pod­czas od­wyku - ro­bi­łam tak za każ­dym ra­zem, gdy ogar­niał mnie nie­po­kój, a tej nocy czu­łam, że wyjdę ze skóry.

W po­zba­wio­nym me­bli pu­stym domu wszel­kie skrzyp­nię­cia i jęki, które zna­łam z prze­szło­ści, te­raz brzmiały tak, jakby ktoś po­woli prze­cha­dzał się po drew­nia­nych pod­ło­gach, a każdy naj­mniej­szy dźwięk od­bi­jał się echem w ma­łych po­ko­jach. Bran­don spał smacz­nie w śpi­wo­rze obok mo­jego i lekko chra­pał - uwa­ża­łam, że to uro­cze, ale jed­no­cze­śnie mia­łam ochotę wy­bić mu te do­sko­nałe ząbki kop­nia­kiem.

We­szłam na stronę lo­kal­nego biura nie­ru­cho­mo­ści i po­sta­no­wi­łam zmie­nić bez­senną noc w pro­duk­tywną, prze­glą­da­jąc po ko­lei po­do­bne domki na sprze­daż w oko­licy, by spraw­dzić, co jesz­cze mogę zro­bić, żeby za­ro­bić jak naj­wię­cej na sprze­daży domu, który nie jest wiele wart. Z każ­dym ude­rze­niem w kla­wi­sze i klik­nię­ciem myszką w trak­cie prze­glą­da­nia myśl o sprze­daży domu z lekko drę­czą­cej, umiej­sco­wio­nej z tyłu głowy, mó­wią­cej mi, że to złe, zmie­niała się w przy­pra­wia­jącą o mdło­ści, przez którą za­czę­łam się za­sta­na­wiać, jak ja będę ze sobą żyła po tym, gdy to wszystko się już skoń­czy.

Nie masz wy­boru, Dre.

Moją uwagę przy­kuł dźwięk do­cho­dzący z kuchni, jakby coś upa­dło. Za­mknę­łam szybko lap­topa i ro­zej­rza­łam się po ciem­nym po­koju - moje oczy do­piero po chwili przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści, bo zbyt długo pa­trzy­łam w pod­świe­tlany ekran.

Przy­wy­kłam do tego, że w nocy sły­szę różne dźwięki. Pa­ra­noja i wy­ol­brzy­mia­nie tych od­gło­sów w gło­wie nie było dla mnie ni­czym no­wym. Spoj­rza­łam na Bran­dona, który wciąż smacz­nie spał, i do­tarło do mnie, że to pew­nie nic ta­kiego.

Do­koń­czy­łam li­zaka i się­gnę­łam do torby po ko­lej­nego, ale zro­zu­mia­łam, że zo­sta­wi­łam je w to­rebce w in­nym po­koju. Po­woli wy­szłam ze śpi­wora i na pa­lusz­kach prze­szłam ko­ry­ta­rzem, dba­jąc o to, by moje kroki nie skrzy­piały na pod­ło­dze, bo nie chcia­łam obu­dzić Bran­dona.

I wtedy to zo­ba­czy­łam. W drzwiach stała wy­soka, szczu­pła po­stać. Otwo­rzy­łam usta, by krzyk­nąć, ale nie opu­ścił ich ża­den dźwięk. W tej sa­mej chwili bły­ska­wica oświe­tliła po­dwórko i zo­ba­czy­łam męż­czy­znę w czar­nej blu­zie z kap­tu­rem na gło­wie.

Ko­lana się pode mną ugięły, bo go roz­po­zna­łam. Mu­sia­łam oprzeć się o blat, by nie upaść.

Preppy.

Nie miał brody, jego po­liczki były za­pad­nięte, ale rów­nie do­brze mógłby mieć na gło­wie nar­ciar­ską ma­skę za­kry­wa­jącą całą jego twarz.

I tak wszę­dzie bym go po­znała.

Ode­pchnę­łam się od blatu i rzu­ci­łam się do drzwi. Otwo­rzy­łam je z taką siłą, że gło­śno trza­snęły o sto­per. Wy­szłam na ga­nek, ale było już za późno. Ni­kogo tu nie za­sta­łam. Wy­cią­gnę­łam rękę i zna­la­złam na ścia­nie pstry­czek. Włą­czy­łam świa­tło i zo­ba­czy­łam, jak li­ście drżą na drze­wach za ogro­dze­niem.

Pod wpły­wem ad­re­na­liny wło­ży­łam białe, po­pla­mione trawą trampki, które zo­sta­wi­łam przy drzwiach, i zbie­głam z ganku po dwa stop­nie na­raz. Za­suwa w furtce w ogro­dze­niu była za­rdze­wiała i ukryta w prze­ro­śnię­tych chwa­stach. Kiedy pró­bo­wa­łam ją otwo­rzyć, na­wet nie drgnęła, więc wspię­łam się na małe me­ta­lowe ogro­dze­nie, które za­kle­ko­tało i za­ko­ły­sało się pod moim cię­ża­rem. Prze­sko­czy­łam na drugą stronę.

Księ­życ nade mną był cho­ler­nie ja­sny i słu­żył mi za prze­wod­nika, gdy sprin­tem prze­mie­rza­łam ciemny las. Przy­po­mnia­łam so­bie, że gdy po raz ostatni bie­głam tym sa­mym la­sem, ucie­ka­łam przed męż­czy­zną, za któ­rym te­raz go­ni­łam. Kiedy do­tar­łam do po­lany na skraju lasu, zo­ba­czy­łam wieżę ci­śnień ską­paną w świe­tle księ­życa w pełni. Wie­dzia­łam, do­kąd zmie­rzam. Kiedy by­łam tu po raz ostatni, pró­bo­wa­łam wszystko za­koń­czyć.

Te­raz jed­nak nie mia­łam, kurwa, po­ję­cia, co mnie czeka. I chcia­łam się do­wie­dzieć.

***

Preppy

Po raz pierw­szy od dawna wy­sze­dłem na ze­wnątrz, na świeże nocne po­wie­trze mia­sta, w któ­rym miesz­ka­łem i które ko­cha­łem całe ży­cie. Niebo nade mną było bez­chmurne i upstrzone mi­lio­nem mi­go­czą­cych gwiazd.

Na ze­wnątrz jak zwy­kle było dwa­dzie­ścia sześć stopni. W chuj go­rąco, ale chłodny wiatr znad za­toki roz­rze­dzał wil­gotne po­wie­trze, od któ­rego za­wsze w Po­łu­dnio­wej Flo­ry­dzie ubra­nia przy­kle­jały się do ciała.

To była piękna noc. Piękna na każdy spo­sób.

To był taki dzień, o któ­rym lu­dzie na Pół­nocy mogą tylko po­ma­rzyć.

To był tro­pi­kalny raj. Nie­któ­rzy cze­kają całe ży­cie, by go do­świad­czyć.

A ja go, kurwa, nie­na­wi­dzi­łem.

Nie­na­wi­dzi­łem tego wszyst­kiego.

Było zbyt ja­sno, po­mimo nocy. Księ­życ wi­siał zbyt wy­soko na bez­chmur­nym nie­bie. Po­wie­trze było zbyt czy­ste. Je­stem pe­wien, że w pie­kle jest spe­cjalne miej­sce dla lu­dzi, któ­rzy prze­kli­nają tak piękną noc jak ta.

Dla mnie to nie miało zna­cze­nia. Ja już tam by­łem.

Na­wet ptaki la­ta­jące po nie­bie wy­da­wały mi się zbyt gło­śne, gdy wspi­na­łem się na wieżę. Mu­sia­łem za­sło­nić uszy dłońmi, bo w któ­rymś mo­men­cie my­śla­łem, że je­stem ata­ko­wany. Czu­łem się tak, jak­bym sie­dział w ki­nie tuż przy gło­śni­kach, pod­czas gdy na ekra­nie wy­świe­tlano Ptaki Al­freda Hitch­cocka.

W po­wie­trzu uno­sił się zna­jomy za­pach sło­nej wody. Kie­dyś za­cią­ga­łem się nim jak nar­ko­ty­kiem, od któ­rego mógł­bym się na­ćpać, ale te­raz żo­łą­dek mi się zwi­jał i ści­skał, aż mu­sia­łem się zła­pać za brzuch, by się nie po­rzy­gać, bo na­gle te za­pa­chy przy­ćmiły wszyst­kie moje zmy­sły.

Świat, do któ­rego wró­ci­łem, był jak dia­bel­ski młyn świa­teł i dźwię­ków, na­pa­sto­wał mnie na każ­dym kroku, a ja nie mo­głem zro­bić ni­czego, by to po­wstrzy­mać, cho­ciaż tak na­prawdę chcia­łem zejść z tej ka­ru­zeli, na któ­rej ni­gdy nie pla­no­wa­łem się zna­leźć.

Kie­dyś Lo­gan's Be­ach było moim miej­scem na ziemi. Moim azy­lem. Ale wyj­ście z ciem­no­ści na ośle­pia­jące świa­tło, któ­rego wcze­śniej tak długo pra­gną­łem, nie było ta­kie, ja­kie mi się z po­czątku wy­da­wało.

To było zu­peł­nie nowe pie­kło.

W końcu zna­la­złem się w domu i pra­gną­łem odro­biny nor­mal­no­ści. Cóż, a przy­naj­mniej tego, co nor­malne we­dług mnie. Ale kiedy tu sta­łem i pa­trzy­łem z góry na je­dyne mia­sto, które było dla mnie do­mem, w ogóle nie czu­łem się nor­malny.

I to wcale nie był dom.

I wła­śnie wtedy, w chwili gdy wdy­cha­łem świeże po­wie­trze, które kie­dyś tak uwiel­bia­łem, a od któ­rego te­raz chciało mi się rzy­gać, gdy słu­cha­łem zna­jo­mych dźwię­ków, które nie­gdyś na­pa­wały mnie spo­ko­jem, a te­raz roz­brzmie­wały w mo­jej gło­wie jak młot pneu­ma­tyczny na ulicy, wie­dzia­łem, że już ni­gdy nie od­najdę daw­nej nor­mal­no­ści. Już ni­gdy nie od­zy­skam spo­koju.

Nie tu­taj.

Wła­ści­wie to ni­g­dzie.

Moją je­dyną na­dzieją było zna­le­zie­nie no­wej nor­mal­no­ści, ale to była dla mnie myśl strasz­niej­sza niż ja­ka­kol­wiek tor­tura za­dana mi przez Chopa.

I to by wy­ja­śniało, dla­czego od­szu­ka­łem Dre.

Cho­ciaż tak na­prawdę nie wiem, dla­czego po­sze­dłem się z nią zo­ba­czyć. Kurwa, na­wet nie wie­dzia­łem, czy ona wciąż tam jest. Ale kiedy szok po wie­ści o śmierci Grace za­czął ustę­po­wać, przy­po­mnia­łem so­bie, że we­dług Doe Dre jest w domu i te słowa nie­ustan­nie roz­brzmie­wały w moim umy­śle.

Za­nim w ogóle się zo­rien­to­wa­łem, co ro­bię, wy­mkną­łem się w środku nocy, jak ja­kiś dzie­ciak ła­miący go­dzinę po­li­cyjną. Przy­po­mnia­łem so­bie, że okno nad zle­wem w kuchni w domu Dre miało ze­psute za­bez­pie­cze­nie, więc nie było trudno je otwo­rzyć i wpeł­znąć do środka.

W domu było ciemno. I ci­cho. I pu­sto.

A mimo to, gdy tylko sta­ną­łem na pod­ło­dze, wie­dzia­łem, że ona tu jest.

Czu­łem ją.

Wszyst­kie drzwi w ko­ry­ta­rzu były za­mknięte poza tymi jed­nymi na końcu, które pro­wa­dziły do Zie­larni. Były uchy­lone, ale to wy­star­czyło, bym zo­ba­czył tył jej głowy wy­sta­ją­cej spod śpi­wora i ścianę pod oknem. Chcia­łem zo­ba­czyć wię­cej Dre, więc po­woli otwo­rzy­łem drzwi i już mia­łem wejść do środka, gdy na­gle ona wes­tchnęła ciężko. Wtedy do­tarło do mnie, że nie śpi. Po­woli wy­co­fa­łem się ko­ry­ta­rzem, aż zna­la­złem się w bez­piecz­nej kuchni. Pod­cią­gną­łem się na bla­cie i wy­peł­złem przez okno, przez które tu wsze­dłem.

Już by­łem na ganku i mia­łem odejść, gdy ką­tem oka do­strze­głem ruch. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem ją po raz pierw­szy od wie­ków.

Nie wie­dzia­łem, czego się spo­dzie­wa­łem, je­śli ją znowu zo­ba­czę. Ale na pewno nie spo­dzie­wa­łem się, że po­czuję się tak, jakby z mo­ich płuc uszło całe po­wie­trze.

Miała na so­bie zwy­kły biały Tshirt, na tyle długi, że za­sta­na­wia­łem się, czy pod spodem ma szorty, bo brzeg mu­skał jej uda, gdy szła. Jej błysz­czące ciemne włosy były ścią­gnięte w wy­soki ku­cyk. W świe­tle księ­życa były tak czarne, że nie­mal nie­bie­skie, jak pióra kruka. Ni­gdy nie wi­dzia­łem jej w oku­la­rach, ale te­raz miała na no­sie szkła w ciem­nych gru­bych opraw­kach, które po­pra­wiła po wej­ściu do kuchni. Nie mo­głem się ru­szyć. Nie po­tra­fi­łem zro­bić ni­czego poza za­sta­na­wia­niem się, dla­czego, do chuja, w ogóle tu­taj przy­sze­dłem i stoję tu jak du­pek, ga­piąc się na naj­pięk­niej­szą dziew­czynę, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem. Pięk­niej­szą, niż za­pa­mię­ta­łem. Była zu­peł­nie inna, niż mi się wy­da­wało.

Jej uwagę przy­cią­gnęła bły­ska­wica na nie­bie i wtedy prze­nio­sła wzrok na drzwi. Za­uwa­żyła mnie. Nasz wzrok się skrzy­żo­wał. Moje bo­lące serce za­biło moc­niej, a in­stynkt krzy­czał: Idź do niej!

I za­mie­rza­łem. Mój mózg już wy­słał wia­do­mość no­gom, by się ru­szyć i zro­bić pierw­szy krok, ale na­gle ko­lejna bły­ska­wica prze­rwała ciąg mo­ich my­śli i za­miast tego ob­ró­ci­łem się i wró­ci­łem, skąd przy­sze­dłem. Prze­mie­rzy­łem ogro­dze­nie i wsze­dłem do lasu. Wtedy do­tarło do mnie, że po pro­stu nie mógł­bym tego zro­bić.

Chcia­łem. Chcia­łem wal­czyć o to każdą cząstką mo­jej osoby.

Ale po pro­stu nie mo­głem.

Stopy same mnie po­nio­sły. Zna­la­złem się na szczy­cie świata, który kie­dyś pod­bi­łem. Za­sta­na­wia­łem się, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek znów po­czuję się nor­malny. Na­gle plat­forma za­drżała.

Od­wró­ci­łem głowę w kie­runku dra­biny, po któ­rej ktoś się wspi­nał. Naj­pierw zo­ba­czy­łem drobne ko­biece dło­nie, które zła­pały się po­rę­czy. Roz­po­zna­łem ją do­piero, gdy w końcu we­szła na plat­formę, otrze­pała się, a jej ciemne włosy za­fa­lo­wały wo­kół twa­rzy.

- Wiesz - ode­zwała się - je­śli chcesz sko­czyć, to ktoś mi kie­dyś po­wie­dział, że droga na gro­bli jest naj­le­piej oce­nia­nym na por­talu Yelp miej­scem w Lo­gan's Be­ach, gdzie można za­koń­czyć ży­cie.

ROZ­DZIAŁ 6

Dre

- DOK­TORKU - ode­zwał się Preppy.

Wie­dzia­łam, że on tu jest, jed­nak nie by­łam przy­go­to­wana na to, jak wpły­nie na mnie po­nowne usły­sze­nie jego głosu. Ude­rzyło to we mnie jak lewy sier­powy, któ­rego się nie spo­dzie­wa­łam, i wy­trą­ciło z rów­no­wagi. Za­chwia­łam się i chwy­ci­łam po­rdze­wiałą ba­rierkę. Mia­łam na­dzieję, że wy­glą­dało to tak, jak­bym stra­ciła rów­no­wagę z po­wodu wy­so­ko­ści.

- Preppy - od­par­łam i od­chrząk­nę­łam, kiedy mój głos oka­zał się za­chryp­nięty i wy­soki nie­mal jak u doj­rze­wa­ją­cego chłopca.

Wy­raź­nie usły­sza­łam, jak Preppy gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze do płuc.

- Sły­sza­łam, że by­łeś mar­twy. Wy­pra­wili ci na­wet po­grzeb i tak da­lej - oznaj­mi­łam.

- Ni­gdy nie lu­bi­łem prze­strze­gać za­sad.

- Prawa też nie prze­strze­ga­łeś, ale ni­gdy bym się nie spo­dzie­wała, że sprze­ci­wisz się pra­wom na­tury. No wiesz, ży­cie i śmierć, i tak da­lej. Więk­szość lu­dzi nie wraca po śmierci.

- Ja nie je­stem jak więk­szość lu­dzi.

- Wiem o tym.

Preppy sie­dział na stop­niu na skraju ka­wa­łek da­lej, skryty w cie­niu wieży. Wi­dzia­łam tylko za­rys jego syl­we­tki. Usły­sza­łam dźwięk od­pa­la­nej za­pal­niczki i zo­ba­czy­łam pło­mień ukryty mię­dzy jego dłońmi, gdy pod­pa­lił pa­pie­rosa.

- Sły­sza­łem, że od ja­kie­goś czasu gro­bla jest atrak­cją tu­ry­styczną - po­wie­dział w od­po­wie­dzi na mój wcze­śniej­szy ko­men­tarz. - I że wszy­scy się tam za­bi­jają. Więc to zbyt po­pu­larne. Każdy hip­ster stąd do Miami rzuca się z tego miej­sca. Nie wiem, czy wiesz, ale ja ni­gdy nie lu­bi­łem po­dą­żać za tłu­mem.

- My­ślę, że gdzieś to już sły­sza­łam - od­par­łam i zro­bi­łam krok w jego stronę.

- Nie, dok­torku. Zo­stań tam - za­żą­dał. Po­waga w jego gło­sie spra­wiła, że za­trzy­ma­łam się w pół kroku. Opu­ści­łam stopę na plat­formę i już mia­łam go za­py­tać dla­czego, ale on do­dał ła­god­nie: - Pro­szę.

Nie wie­dzia­łam, gdzie się po­dziać, więc za­trzy­ma­łam się przy ba­rierce, w tym sa­mym miej­scu, gdzie sta­łam kie­dyś i mo­gło się to wtedy dla mnie skoń­czyć ina­czej. Spoj­rza­łam na zie­mię na dole.

- Wy­soko - za­uwa­żył Preppy.

-Tak - zgo­dzi­łam się - ale ni­gdy nie po­dzię­ko­wa­łam temu fa­ce­towi, który nie chciał, że­bym na­wie­dzała jego uko­chaną wieżę.

Kiedy unio­słam głowę, na­gle za­krę­ciło mi się w gło­wie. Mu­sia­łam za­mknąć oczy, wziąć głę­boki od­dech i unieść pod­bró­dek w stronę ja­snego księ­życa, ko­ły­sząc się na pię­tach.

- Zo­stań tam, dok­torku - po­wie­dział Preppy. Jego głos był gładki, ogrze­wał mnie jak koc, któ­rego po­trze­bo­wa­łam. - Ja ni­czego nie zro­bi­łem. Po­dą­ży­łem tylko za dziew­czyną, która okra­dła Mirnę, bo chcia­łem jej do­tknąć, za­nim roz­płasz­czy­łaby się na ziemi. I to wszystko. - Preppy po­pra­wił po­zy­cję, a jego ubra­nia otarły się o wieżę. - Co u Mirny?

- Zmarła. Sześć mie­sięcy temu - po­wie­dzia­łam. - Trzy­mała się na­prawdę bar­dzo długo, dłu­żej niż więk­szość osób z jej ro­dza­jem de­men­cji. Za­bawne jest to, że za­nim umarła, już od dłuż­szego czasu nie była sobą, więc po­nie­kąd mi ulżyło.

- Przy­kro mi. Jak na star­szą ko­bietę była za­je­bi­sta - stwier­dził Preppy.

Przy­po­mnia­łam so­bie, jak wy­ba­czyła mi kra­dzież. Za­pew­niła mi dach nad głową. Dała mi kre­dyt za­ufa­nia, cho­ciaż na to nie za­słu­gi­wa­łam.

- Tak, to prawda. - Od­chrząk­nę­łam, pró­bu­jąc się nie roz­pła­kać. - Jak na to, że ni­gdy nie są­dzi­łam, że znowu będę z tobą roz­ma­wiać, to jest...

- W chuj dziwne - pod­su­nął Preppy.

- Tak - przy­zna­łam. - Chcia­łam po­wie­dzieć "nie­sa­mo­wite", ale "dziwne" też pa­suje.

Za­czę­łam wy­krę­cać so­bie palce i za­gry­złam wargę.

- "Nie­sa­mo­wity" to tylko star­sze, bar­dziej doj­rzałe ro­dzeń­stwo "dziw­nego" - za­uwa­żył Preppy.

Spoj­rza­łam w niebo.

- Mia­łam uło­żoną w gło­wie li­stę. Li­stę rze­czy, o któ­rych chcia­łam ci po­wie­dzieć, je­śli kie­dy­kol­wiek mia­ła­bym szansę, a te­raz...

- A te­raz? - za­py­tał Preppy, jakby nie mógł się do­cze­kać, jak to zda­nie się za­koń­czy.

- A te­raz nie po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć ani jed­nej z tych rze­czy - przy­zna­łam.

- Po­goda - po­wie­dział na­gle.

- Co? - Od­wró­ci­łam się w stronę za­cie­nio­nego kąta, chcąc po­now­nie zo­ba­czyć twarz Preppy'ego.

- Kiedy lu­dzie nie wie­dzą, co po­wie­dzieć, za­czy­nają roz­ma­wiać o po­go­dzie, prawda? Więc... go­rąco dziś.

Smuga srebr­nego dymu na tle czar­nych cieni unio­sła się w po­wie­trze, gdy ją wy­dmu­chał.

Gło­śno prze­łknę­łam ślinę.

- Tak, go­rąco - po­twier­dzi­łam. - A je­śli chcesz usły­szeć ja­kieś newsy i po­roz­ma­wiać o ak­tu­al­nych wy­da­rze­niach, to sły­sza­łam, że w Lo­gan's Be­ach gra­suje stal­ker. Staje na gan­kach i rzuca groźne spoj­rze­nia ni­czego nie­po­dej­rze­wa­ją­cym ko­bie­tom.

- Też chyba o tym sły­sza­łem. Ale ga­pił się w okno tylko jed­nej ni­czego nie­po­dej­rze­wa­ją­cej ko­biety. I nie jest stal­ke­rem.

- Nie?

- Bar­dziej pod­glą­da­czem.

Za­śmia­łam się i znowu ru­szy­łam w jego stronę, już czu­łam sprze­ciw na jego ustach, ale za­nim się ode­zwał, usia­dłam poza mroczną strefą, za­le­d­wie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów da­lej, opie­ra­jąc się ple­cami o wieżę, tuż obok bia­łej fo­lii za­sta­wio­nej wia­der­kami i pędz­lami, które pach­niały świeżą farbą.

- Dla­czego przy­sze­dłeś się ze mną zo­ba­czyć?

- A ty dla­czego przy­szłaś się zo­ba­czyć ze mną? - od­po­wie­dział na­tych­miast. Oboje mil­cze­li­śmy, pew­nie dla­tego, że żadne z nas nie po­tra­fiło od­po­wie­dzieć z ła­two­ścią na to py­ta­nie. - Ci­cho tu - do­dał.

- Tak, to prawda.

- Od­kąd wró­ci­łem, wszystko jest tak cho­ler­nie gło­śne - na­rze­kał.

- Preppy, to, co ci się przy­da­rzyło...

- Nie, dok­torku - prze­rwał mi, za­nim do­koń­czy­łam. - Nie te­raz. Nie dzi­siaj. Pew­nie, kurwa, ni­gdy.

Spoj­rza­łam w jego stronę i zo­ba­czy­łam, że za­ciąga się pa­pie­ro­sem, a koń­cówka roz­pala się do czer­wo­no­ści. Ża­ło­wa­łam, że nie pło­nęła ja­śniej, bo wtedy może do­strze­gła­bym za­rys jego ust przy tym pa­pie­ro­sie.

On chyba też mi się przy­glą­dał.

- Po­do­bają mi się twoje oku­lary - po­wie­dział.

- Dzięki - od­par­łam, po­pra­wia­jąc je na no­sie. - Od lat mia­łam lekko roz­ma­zany ob­raz. Za­wsze są­dzi­łam, że to przez he­ro­inę, a może po po­stu przez nią mnie to nie ob­cho­dziło. Do­piero po tym, jak po­szłam na od­wyk i mój wzrok się nie po­pra­wił, zro­bi­łam ba­da­nia. By­łam w szoku, kie­dyś po­wie­dziano mi, że to jed­nak nie przez he­ro­inę. Że tak po pro­stu mam. - Za­śmia­łam się ner­wowo. - Pew­nie je­steś za­sko­czony, że tyle czasu je­stem czy­sta.

- Nie, za­wsze wie­dzia­łem, że dasz po­pa­lić uza­leż­nie­niu - od­parł Preppy, a pew­ność jego tonu mnie za­sko­czyła. Ode­tchnął głę­boko. - Dok­torku, mu­szę to po­wie­dzieć. Cztery lata temu...

- Preppy, nie. Nie mu­sisz - te­raz ja mu prze­rwa­łam. - Nie mu­sisz tłu­ma­czyć, co się wtedy stało. To było dawno temu. Już o tym za­po­mnia­łam - skła­ma­łam.

- Cztery lata temu - za­czął znowu, z jesz­cze więk­szą de­ter­mi­na­cją - za­cho­wa­łem się wo­bec cie­bie jak skoń­czony du­pek. Od tam­tego czasu czę­sto o tym my­śla­łem. Są­dzi­łem, że mogę cię po pro­stu ode­pchnąć za­miast zmie­rzyć się ze swoim za­gu­bie­niem. Po pro­stu chcia­łem ukryć to wszystko głę­boko w swoim umy­śle. - Za­śmiał się, jakby nie mógł uwie­rzyć we wła­sne słowa. - Przez wiele lat mia­łem się za twar­dziela, bo wy­da­wało mi się, że zo­sta­wie­nie cie­bie nie wpły­nęło na mnie. Ale prawda jest inna. Wpły­nęło. I to bar­dzo. Po pro­stu nie da­wa­łem tego po so­bie po­znać i z ja­kie­goś głu­piego po­wodu wy­da­wało mi się, że to to samo, co brak ja­kie­go­kol­wiek wpływu. Wy­star­czyło, że spę­dzi­łem kilka mie­sięcy w ciem­no­ści, by do­tarło do mnie, jaki by­łem ża­ło­sny.

Co się, kurwa, z tobą stało, Preppy?

- Ja też tak my­śla­łam przez bar­dzo długi czas - przy­zna­łam. - I to je­den z po­wo­dów, dla któ­rego tu przy­je­cha­łam. Do tego mia­sta. Żeby za­mknąć roz­dział. Po­peł­ni­łam wiele błę­dów. Tak cho­ler­nie dużo błę­dów.

- I za­mknę­łaś go? - za­py­tał Preppy. - Ten roz­dział?

Spoj­rza­łam w ciemny kąt i po­czu­łam na so­bie jego wzrok.

- Ani tro­chę - od­po­wie­dzia­łam.

Za­gry­złam dolną wargę. Wes­tchnę­łam i opar­łam głowę o wieżę cie­śnień.

- Dla­czego nie? - za­py­tał Preppy.

Spoj­rza­łam w ide­al­nie bez­chmurne niebo i ty­siące mi­go­czą­cych gwiazd nad moją głową. Mocno za­ci­snę­łam po­wieki.

- Bo za­miast za­koń­cze­nia od­na­la­złam cie­bie.

W tej chwili dwa czarne skrze­czące ptaki nie­mal spa­dły z nieba, złą­czone ze sobą. Pa­trzy­łam na roz­gry­wa­jącą się przed nami scenę z sze­roko otwar­tymi oczami. Ptaki na chwilę się roz­dzie­liły, prze­le­ciały kilka me­trów, a po­tem znowu się złą­czyły. Ogony miały wy­cią­gnięte, za­ma­chi­wały się dzio­bami w swoją stronę. Parę piór spa­dło na plat­formę. Ptaki wy­mie­niały cios za cio­sem, wzno­sząc się w po­wie­trze i opa­da­jąc, jakby były na ko­lejce gór­skiej.

- My­ślisz, że wal­czą czy się pie­przą? - za­py­ta­łam. Do­piero w ostat­niej chwili, gdy te słowa opu­ściły moje usta, do­tarło do mnie, że wy­po­wie­dzia­łam je na głos.

At­mos­fera mię­dzy nami stała się bar­dziej po­ważna. Na­wet świersz­cze chyba za­uwa­żyły tę zmianę na­stroju, bo zu­peł­nie uci­chły, jakby chciały nas po­słu­chać.

- Chyba oboje do­brze wiemy, że można ro­bić jedno i dru­gie jed­no­cze­śnie.

Jego słowa przy­po­mniały mi o tym, jak Bear stał się na­rzę­dziem w na­szej bi­twie o to, kto sprawi, że ta druga osoba po­czuje się go­rzej.

Je­śli ktoś zwy­cię­żył, to na pewno nie ja.

- Kto by po­my­ślał, że seks okaże się osta­teczną bro­nią ato­mową? - za­py­ta­łam i za­śmia­łam się ner­wowo. Chcia­łam na­cią­gnąć rę­kawy dłu­giej ko­szulki na dło­nie, ale nie mia­łam jej na so­bie. Czu­łam na so­bie wzrok Preppy'ego, ob­ser­wo­wał każdy mój ruch. Po­ru­szy­łam się w prawo i w lewo, czu­jąc, jak plat­forma pode mną wbija mi się w ty­łek. - A więc... może wró­cimy do te­matu po­gody? - za­py­ta­łam, chcąc roz­ła­do­wać na­pię­cie mię­dzy nami, które sta­wało się co­raz sil­niej­sze, za­nim eks­plo­duje.

- Każdy inny te­mat bę­dzie do­bry - od­parł Preppy. Brzmiał je­do­cze­śnie, jakby mu ulżyło i jakby po­smut­niał.

- Czy do­wie­dzia­łeś się cze­goś no­wego, od­kąd... - Za­wa­ha­łam się, nie wie­dząc, ja­kiego użyć słowa. - Wró­ci­łeś?

- Cóż - za­czął Preppy - King i jego dziew­czyna mają te­raz gro­madkę dzieci. Prze­bu­do­wali ga­raż, bo do­szło do ja­kie­goś ka­ta­stro­ficz­nego wy­da­rze­nia, o któ­rym nie chcą mi po­wie­dzieć. W ogóle nie­wiele mi mó­wią. Bear ukrywa się przede mną z pew­nego po­wodu. Mój po­kój jest te­raz w ko­lo­rze ró­żo­wej gumy ba­lo­no­wej i zaj­muje go sze­ścio­latka, która lubi do niego przy­cho­dzić i pa­trzeć na mnie, gdy śpię. - Za­marł. - I Grace nie żyje.

- Tak mi przy­kro - po­wie­dzia­łam, wy­cią­ga­jąc rękę, by go po­cie­szyć, ale na­tra­fi­łam tylko na zimny me­tal wieży, bo on się ode mnie od­su­nął. Cof­nę­łam rękę i pod­cią­gnę­łam ko­lana do piersi.

- Za­po­mnij o po­go­dzie. Może po­wiedz mi coś śmiesz­nego. Opo­wiedz mi ja­kiś żart, dok­torku. - Jego głos słabł, jakby ro­bił się zmę­czony. - Od dawna żad­nego nie sły­sza­łem. Sie­dzia­łam przez chwilę nie­ru­chomo, wdy­cha­jąc za­pach dymu pa­pie­ro­so­wego i my­dła Preppy'ego, my­śląc, że znaj­duję się w ja­kimś śnie, który za­raz się skoń­czy. Wszyst­kie moje sny o Prep­pym koń­czyły się na­gle, więc je­śli to też był sen, czas mi nie sprzy­jał.

- Puk puk - za­czę­łam.

- Kto tam?

Nie­mal się roz­my­śli­łam, nie chcąc wy­znać tego, co za­mie­rza­łam, ale mu­sia­łam po­wie­dzieć te słowa, za­nim się obu­dzę z tego dziw­nego snu i bę­dzie za późno.

- Kto tam, dok­torku? - za­py­tał Preppy szep­tem. Ode­tchnę­łam głę­boko.

- Ja.

- Czyli kto? - za­py­tał, gra­jąc da­lej.

- Naj­wy­raź­niej... twoja żona. Ci­sza.

Od­chrząk­nę­łam.

- Pa­mię­tasz te do­ku­menty, które ci zo­sta­wi­łam? - za­czę­łam. - Te, któ­rych po­trze­bo­wa­łeś, by zy­skać prawo do opieki nad córką Kinga? Miały być tylko na po­kaz dla praw­ni­ków i sę­dzi, ale ostat­nio, wła­ści­wie bar­dzo nie­dawno, do­wie­dzia­łam się, że zło­ży­łeś akt mał­żeń­stwa. Więc w oczach urzęd­nika... cóż, w oczach ca­łej Flo­rydy...

- Je­ste­śmy mał­żeń­stwem - do­koń­czył Preppy, nie brzmiąc ani tro­chę na zdzi­wio­nego.

- Tak - od­par­łam. - Je­ste­śmy mał­żeń­stwem.

- Chyba coś mi się po­mie­szało - po­wie­dział, po­pra­wia­jąc się. Nie wi­dzia­łam, jak te­raz sie­dział, ale sły­sza­łam dźwięk naj­praw­do­po­dob­niej gu­zika od spodni dra­pią­cego o me­tal plat­formy. - Mia­łem na gło­wie całą tę sprawę z Max. Pew­nie my­śla­łem, że mia­łem je zło­żyć.

Wy­ja­śnił to tak, że za­częło mi się wy­da­wać, że chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze.

On cię ko­cha, ty pie­przona idiotko. Wy­słał ci tam­ten list. Po­wie­dział ci, że cię ko­cha. Zło­żył te pa­piery, BO CIĘ KO­CHA.

- Dla­czego wró­ci­łaś, dok­torku? Tu­taj? Do Lo­gan's Be­ach?

- Gdy wró­ci­łam do domu, tata wy­słał mnie na od­wyk. Naj­lep­szy w No­wym Jorku. Za­py­ta­łam, skąd ma na to pie­nią­dze, a on skła­mał i od­parł, że jego ubez­pie­cze­nie je po­krywa. In­te­res taty za­wsze się krę­cił, więc uwie­rzy­łam w jego od­po­wiedź. - Ode­tchnę­łam głę­boko i przy­po­mnia­łam so­bie po­cie­sza­jącą minę taty, kiedy pró­bo­wał mnie prze­ko­nać, że wszystko bę­dzie do­brze.

- Ale tak nie było.

- Nie. Ubez­pie­cze­nie tego nie po­kry­wało. W ogóle nie było żad­nego ubez­pie­cze­nia. On się wszyst­kim za­jął. Za­cią­gnął kre­dyty. Naj­pierw wy­słał mnie na od­wyk, a po­tem do szkoły. - Skrzy­wi­łam się, bo było mi źle z tym, że oj­ciec stra­cił wszystko przez moje błędy. - W skró­cie: jego in­te­res upada. Albo już upadł, je­śli są­dzić po sta­rych za­wia­do­mie­niach i we­zwa­niach do za­płaty, które zna­la­złam.

- I?

- I tata straci dom - od­par­łam. - Przeze mnie.

- To nie twoja wina - po­wie­dział Preppy, brzmiąc jak Bran­don.

- Wiem - zgo­dzi­łam się, cho­ciaż wcale tak nie my­śla­łam. - Ale to nie zna­czy, że się nie po­sta­ram i nie zro­bię, co w mo­jej mocy, by mu po­móc.

- Więc sprze­da­jesz dom? - zgadł Preppy.

- Tak, taki mam za­miar. Skąd wiesz?

- Albo do­my­śli­łem się, do czego zmie­rza twoja hi­sto­ria... albo wi­dzia­łem wielki znak o sprze­daży na po­dwórku Mirny - od­parł. - To zna­czy... Prze­śla­dowca go wi­dział, gdy prze­cho­dził obok.

- Ro­zu­miem - od­par­łam, uśmie­cha­jąc się.

- Wiesz o tych li­stach, które na­pi­sa­łem w ra­zie mo­jej na­głej śmierci? Mó­wi­łem ci o nich - oznaj­mił Preppy.

Za­mar­łam.

- Tak, i...?

- Cóż, za­cho­wa­łem je i zo­sta­wi­łem in­struk­cje dla Doe... To zna­czy Ray, dziew­czyny Kinga, by je wy­słała, je­śli ja... - urwał.

Usły­sza­łam, jak zmie­nia po­zy­cję i wy­ciąga nogi. Te­raz w świe­tle księ­życa wi­dzia­łam jego czarne buty.

- Ray mnie dzi­siaj od­wie­dziła. Lu­bię ją - wy­zna­łam.

- Na­prawdę przy­szła? - za­py­tał.

- Tak, chciała się tylko przy­wi­tać - po­wie­dzia­łam. - A więc co się stało z tymi li­stami?

- Cóż... Je­den na­pi­sa­łem do cie­bie - oznaj­mił Preppy, za­pa­la­jąc ko­lej­nego szluga. - Ale na ko­per­cie na­pi­sa­łem chyba tylko "Dre". - Za­śmiał się. - Bez ad­resu.

- Co cię tak bawi? - za­py­ta­łam.

- Doe nie chciała otwie­rać li­stu i na­ru­szać mo­jej pry­wat­no­ści. A kiedy sprzą­tała moją ko­lek­cję płyt, za­uwa­żyła dużo krąż­ków ze­społu N.W.A i sta­rych do­brych Dre i Sno­opa.

- I co w związku z tym? - za­py­ta­łam, bo nie wie­dzia­łam, do­kąd on zmie­rza i co, u li­cha, ra­pe­rzy ze Wschod­niego Wy­brzeża mają wspól­nego z tą hi­sto­rią.

- Po­wie­działa mi, że spoj­rzała na mój list pod świa­tło, żeby spraw­dzić, czy jest tam ja­kiś ad­res, ale zo­ba­czyła tylko pierw­szą li­nijkę i słowo "Dok­torku".

Na­gle zro­zu­mia­łam, o co mu cho­dzi.

- Nie, nie zro­biła tego! - pi­snę­łam, za­kry­wa­jąc usta ręką.

- Och, wła­śnie że tak. Wy­słała mój list do Dr. Dre, tego ra­pera, przez jego fan­klub.

- Ja pier­dzielę! - Po­chy­li­łam się, trzy­ma­jąc się za brzuch ze śmie­chu.

- Nie, dok­torku, to jesz­cze nie jest naj­dziw­niej­sze. Bo oka­zało się że... od­pi­sali.

- Czy chcę w ogóle wie­dzieć co? - za­py­ta­łam, po­chy­la­jąc się w jego stronę.

- Wy­słali mi zdję­cie ra­pera z jego au­to­gra­fem i...

- I? - na­ci­ska­łam, ko­niecz­nie chcąc usły­szeć resztę.

- I... za­kaz zbli­ża­nia się - do­koń­czył.

Oboje wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem. Gdy się uspo­ko­iłam, przy­po­mnia­łam so­bie, że kiedy do­sta­łam list od Preppy'ego, do­star­czył mi go ku­rier z L.A. Wtedy uwa­ża­łam, że to dziwne, ale mia­łam waż­niej­sze rze­czy na gło­wie. Jak to, że w ogóle do­sta­łam list od Preppy'ego. Po­tra­fi­łam wy­re­cy­to­wać każde za­pi­sane tam słowo. Mo­gła­bym opi­sać, jak po­chyla li­tery w lewo i to, że jego "y" mają tak długi ogo­nek, że za­ha­czają o zda­nie pod spodem. Więc oczy­wi­ście pa­mię­ta­łam, że mój ad­res znaj­do­wał się w środku. I kto­kol­wiek otwo­rzył go w fan­klu­bie, prze­ka­zał go do mnie...

On są­dzi, że go nie do­sta­łam, stwier­dzi­łam.

- Co było w tym li­ście? - za­py­ta­łam nie­pew­nie, gdy na­sze śmie­chy już uci­chły. Na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­łam. Prze­cież on i tak mi nie po­wie.

I mia­łam ra­cję.

Preppy mil­czał przez chwilę.

- Nic waż­nego. No wiesz. To i tamto. Pew­nie coś o po­go­dzie.

Po chwili kom­for­to­wej ci­szy Preppy ode­zwał się znowu:

- Wi­dzia­łaś, co z tym zro­bili? - za­py­tał, stu­ka­jąc knyk­ciami o me­ta­lową wieżę.

- To zna­czy? - za­py­ta­łam.

- Mó­wię o far­bie. Chyba w końcu zna­leźli coś, co jest w sta­nie za­kryć tego wiel­kiego czar­nego ku­tasa, któ­rego tu kie­dyś wy­ma­lo­wa­łem. Znisz­czyli moje ar­cy­dzieło - po­wie­dział, a ja wraz ze zmianą te­matu po­czu­łam się le­piej. - Dra­nie.

- Jaka szkoda - po­wie­dzia­łam, uda­jąc za­sko­cze­nie. - Cho­ciaż mu­sieli to za­ma­lo­wać ja­kiś ty­dzień lub dwa temu, bo wi­dzia­łam go, gdy lą­do­wa­łam.

- Wi­dzia­łaś go z sa­mo­lotu? - za­py­tał z za­chwy­tem w gło­sie. - A oni mu­sieli tu przyjść i go za­ma­lo­wać. To był punkt orien­ta­cyjny. Naj­lep­sza rzecz, jaka przy­da­rzyła się temu mia­stu, od­kąd tu­ry­ści od­kryli, że te na­sze małe slumsy mają plażę o bia­łym pia­sku. - Za­śmiał się ci­cho. - Za każ­dym ra­zem, gdy wi­dzia­łem za­rys ku­tasa na pocz­tów­kach sprze­da­wa­nych w tych ma­łych skle­pi­kach dla tu­ry­stów, chciało mi się śmiać. - Cóż... - Klep­nę­łam się w ko­lana i wsta­łam. Przej­rza­łam wia­derka z farbą, czu­jąc na so­bie wzrok Preppy'ego, gdy się po­chy­la­łam. - To chyba bę­dziemy mu­sieli to na­pra­wić, prawda? - Od­wró­ci­łam się, trzy­ma­jąc w dłoni puszkę czar­nej farby w sprayu, którą naj­pew­niej przy­ciem­nili na­pis "LO­GAN'S BE­ACH". - Co ty na to? - Po­trzą­snę­łam puszką, która za­kle­ko­tała w spo­sób cha­rak­te­ry­styczny tylko dla farb w sprayu. - Zro­bimy to?

- In­nym ra­zem, dok­torku. Chodź, usiądź tu­taj. - Preppy ziew­nął, a ja nie­chęt­nie odło­ży­łam farbę i zro­bi­łam to, co ka­zał, sia­da­jąc na swoim miej­scu tuż obok jego za­cie­nio­nego kąta.

- Ja to zro­bi­łem? - za­py­tał na­gle. Gdy do­tarło do niego, że go nie wi­dzę, do­dał: - Mó­wię o two­jej szyi. Wcze­śniej tego nie mia­łaś.

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie. To zna­czy tak, wy­stra­szy­łeś mnie, kiedy rzu­ci­łeś mi się do gar­dła, ale zo­stały mi już tylko czer­wone ślady. To było kilka ty­go­dni temu. Już znik­nęły. - Za­kry­łam roz­cię­cie na szyi dło­nią. - Ale to mam po walce z ko­siarką. W ra­zie gdy­byś jesz­cze się nie do­my­ślił... Nie wy­gra­łam.

- Kurwa - jęk­nął, jakby po­czuł mój ból.

Pod­niósł się i przy­kuc­nął na plat­for­mie, jakby bał się wejść w oświe­tloną strefę albo za­sta­na­wiał się, czy odejść czy zo­stać.

- Nie mu­sisz od­cho­dzić - wy­szep­ta­łam.

Mi­nęło kilka se­kund. W od­dali usły­sza­łam klak­son.

- Po­ło­żysz się ze mną? - za­py­tał, brzmiąc na zmę­czo­nego. - Tylko na chwilę. Ostat­nio w ogóle nie sy­piam.

- Tu­taj? - za­py­ta­łam.

- Tak. Od­wróć się na bok.

Zro­bi­łam to, o co mnie pro­sił, i po­ło­ży­łam się na boku na zim­nej plat­for­mie, ty­łem do niego. Po­woli się do mnie zbli­żył i wtedy go po­czu­łam. W chwili, gdy jego skóra do­tknęła mo­jej, od­nio­słam wra­że­nie, że zo­stała zmie­niona ża­rówka, która już dawno się wy­pa­liła. Za­lały mnie ja­sność, iskry i cie­pło, gdy on oto­czył mnie ra­mie­niem. Mu­snął kciu­kiem moją dłoń i za­drża­łam. Ode­tchnął głę­boko, jakby wy­czuł mię­dzy nami to nowe świa­tło.

- Wciąż je­ste­śmy tacy sami, wiesz? - wy­szep­tał.

Od­wró­ci­łam głowę, by za­py­tać go, co ma na my­śli, ale za­trzy­mał mnie ręką i de­li­kat­nie od­wró­cił moją twarz od sie­bie.

- Nie patrz.

- Nie mu­sisz się przede mną ukry­wać, Preppy. Już cię prze­cież wi­dzia­łam.

- Wiem - od­po­wie­dział, moc­niej mnie ści­ska­jąc, i wtedy to po­czu­łam. Świa­tło prze­szło w wielką elek­tryczną bu­rzę. W po­wie­trzu do­szło do wy­ła­do­wa­nia, ota­czała nas ener­gia. Preppy splótł swoje palce z mo­imi i przy­się­gam, moje serce na chwilę prze­stało bić. - Wiem - po­wtó­rzył. Wes­tchnął, jego od­dech prze­su­nął się po moim karku, a usta po skó­rze. - Ale to ja ukry­wam się przed sobą.

To była ostat­nia rzecz, jaką Preppy po­wie­dział, po­tem jego od­dech się wy­rów­nał. I ja nie­długo rów­nież za­snę­łam w jego ob­ję­ciach.

Obu­dzi­łam się na­stęp­nego ranka, gdy słońce wi­siało wy­soko na nie­bie, a jego go­rące pro­mie­nie za­częły wy­pa­lać dziury w mo­ich siat­ków­kach.

By­łam sama.

Przez chwilę my­śla­łam, że to wszystko było tylko snem, ale po­tem mój wzrok przy­zwy­czaił się do ostrego świa­tła i sku­pi­łam go na wiel­kim czar­nym ku­ta­sie, świeżo wy­ma­lo­wa­nym na boku wieży.