Sen towarzysza Ziuka
Mara wyglądała za każdym razem podobnie, ale różniła się w szczegółach. Te szczegóły zmieniały się w sposób bardzo naturalny, gdyż Józef nie dość, że nigdy nie był w soborze Świętej Trójcy, to właściwie jego noga nigdy nie postała w Warszawie. Znał ją dobrze z opowieści stołecznych towarzyszy, a o samym soborze, dawnym kościele pijarskim, słyszał wiele razy od Ignacego. To on też czasem był przewodnikiem Józefa w tej dziwnej drodze i bratem w gwałtownym końcu sennego marzenia. Tym razem jednak Ziuk szedł sam.
Pod nosem nucił tę uliczną przyśpiewkę, którą kiedyś zaśpiewał mu Mościcki. Były to chwile, w których nie dość, że sam pałał gorącą nienawiścią do znaków prawosławnej wiary, to jeszcze czuł żal i furię katolicką, wspominając pijarską przeszłość świątyni. Choć niby już od lat kilkunastu nie poddawał się papistowskiej propagandzie ("Ech, Mario, Mario, przez ciebie same kłopoty", wzdychał niemo, myśląc o żonie, dla której porzucił wiarę ojców), w tym śnie zupełnie szczerze deklarował:
Poczekajcie no kopułki,
Przyjdą jeszcze z Francji pułki,
My nie chcemy obcej wiary,
Wróci nasza i pijary!
Wchodził więc do soboru, co dziwne przez nikogo nie niepokojony. W owym śnie miał na sobie znienawidzony mundur rosyjski, a wąsy wypomadowane i zawinięte jak u Stołypina, piekielnika, premiera, co te wąsiska chyba we krwi dobrych bojowców maczał. "Rany boskie, ja nigdy nie zostanę premierem - powtarzał Józef, a potem wracał do swojej sennej mantry: - Poczekajcie no kopułki..."
Minął siedzące w ławach damy, żony, córki i siostry urzędników. Minął wyfrakowanych mężczyzn, którzy jednak zdawali się nic nieznaczącymi dekoracjami prawosławnego spektaklu. Przed samym ikonostasem znajdowały się te najważniejsze ławki. Tak naprawdę siedział tam generał Hurko i jego świta, czasem kilku jeszcze oficerów z garnizonu. Ale w śnie jak to w śnie: Józef widział nie tylko nieżyjącego przecież już generała gubernatora warszawskiego, ale jeszcze z dziesięciu wyższych tuzów, w tym kogoś, kto wyglądał jak admirał Aleksiejew i generał Kuropatkin.
"O, dobry łup będzie!" - pomyślał śpiący Ziuk i przyspieszył kroku.
Pod mundurem trzymał dwa słoiki z nitrogliceryną, w dłoni dzierżył rączkę kwasowego detonatora. Śmiało podszedł do ławki z rosyjskimi oficerami i bez pardonu wepchnął się na siedzenie tuż obok udekorowanego admirała.
- Co się pchasz, Lachu? - zapytał skompromitowany wilk morski. - Nawet w świątyni nie dacie spokoju...
- Ja tylko na chwilę... - bąknął Józef, pokazując rączkę zapalnika.
Admirał, widocznie rozumiejąc prawidła zamachu terrorystycznego, skinął głową i powrócił do śpiewania nabożnej pieśni. A Ziuk, choć siedział w jednej ławie z admirałem, generałem i martwym gubernatorem Warszawy, międlił w dłoni spust detonatora, ale nie mógł go wcisnąć.
- No dalej, wciskaj! - krzyknął do niego pop, który miał twarz Ignacego Mościckiego.
- No coś nie idzie! - wystękał Józef.
- Cisza! - syknął admirał Aleksiejew. - Ludzie się tu modlą!
- Już, przepraszam! - odparł Ziuk, kolejny raz wciskając spust detonatora.
- Czy to problemy ze spełnieniem aktu? - zapytał wąsaty adiutant gubernatora, który miał twarz jakby żywcem zdjętą z wiedeńskiego lekarza, ucznia Freuda, u którego bywali czasem po pijaku.
- Nie, tylko mi się zacięło! - odparł Józef, uderzając detonatorem o krawędź ławki.
- To jakaś farsa! Wy, Lachy, nawet wysadzić się nie... - zaczął martwy gubernator Hurko, ale przerwał mu huk eksplozji.
Wnętrze cerkwi zajaśniało niebiańskim blaskiem wybuchu nitrogliceryny. Zamiast fali gorąca i bólu Ziuk poczuł tylko elektryzujące doznanie w całym ciele, podobne do tego paraliżu, który ogarnia źle zgiętą nogę na jadącym godzinami wozie.
- No, wreszcie to zrobiłeś! - zawołał niewidoczny pop Mościcki. - Ty poświęciłeś życie dla ojczyzny, abym ja stał się gigantem nauki i służył sprawie narodowej przez odkrycia i patenty.
- Cisza! - rzucił ponownie teraz już pod dwakroć martwy gubernator Hurko. Ale Józef nie zdążył mu odpowiedzieć, gdyż się obudził.