Preludium do Diuny (#3). Diuna. Ród Corrinów - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (27,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oś obrotu Arra­kis prze­biega pod kątem pro­stym do płasz­czy­zny jej orbity. Pla­neta nie jest kuli­sta, lecz przy­po­mina dzie­cinny bączek, grub­sza na rów­niku i wklę­sła ku bie­gu­nom. Ma się wra­że­nie, że może ona być arte­fak­tem, wytwo­rem jakiejś sta­ro­żyt­nej sztuki.

- z raportu trze­ciej impe­rial­nej komi­sji na Arra­kis

W bla­sku dwóch księ­ży­ców świe­cą­cych na zapy­lo­nym nie­bie fre­meń­scy wojow­nicy mknęli po pustyn­nych ska­łach. Wta­piali się w szorst­kie oto­cze­nie, jakby byli wykuci z tego samego two­rzywa, surowi ludzie w suro­wym świe­cie.

"Śmierć Har­kon­ne­nom". Wszy­scy uzbro­jeni uczest­nicy raz­zia zło­żyli to samo przy­rze­cze­nie.

W ciszy przed­świtu Stil­gar, ich wysoki, czar­no­brody przy­wódca, stą­pał niczym kot nas czele dwu­dziestki swo­ich naj­lep­szych wojow­ni­ków. "Musimy poru­szać się jak nocne cie­nie. Cie­nie z ukry­tymi nożami".

Pod­niósł dłoń, zatrzy­mu­jąc ich. Wsłu­chał się w puls pustyni, w ciem­ność. Jego błę­kitne w błę­ki­cie oczy badały wynio­słe skalne zbo­cze rysu­jące się na tle nieba niczym gigan­tyczny war­tow­nik. Cie­nie prze­su­wały się zgod­nie z ruchem obu księ­ży­ców, roz­cią­ga­jąc się jak żywe po zbo­czu góry.

Ludzie wspi­nali się po skal­nej skar­pie, wyszu­ku­jąc nawy­kłymi do mroku oczami wykuty w kamie­niu szlak. Teren wyda­wał się dziw­nie zna­jomy, cho­ciaż Stil­gar ni­gdy tu nie był. Ojciec opi­sał mu tę drogę, szlak, który ich przod­ko­wie wyty­czyli do siczy Hadis, kie­dyś jed­nej z naj­więk­szych ukry­tych ludz­kich osad, dawno temu jed­nak opusz­czo­nej.

"Hadis" - słowo to pocho­dziło ze sta­rej fre­meń­skiej pie­śni o spo­so­bach prze­ży­cia na pustyni. Tak jak wielu żyją­cych Fre­me­nów miał tę histo­rię wyrytą w pamięci: opo­wieść o zdra­dzie i bra­to­bój­czej walce mię­dzy pierw­szymi poko­le­niami zen­sun­nic­kich Wędrow­ców tu, na Diu­nie. Legenda utrzy­my­wała, że wszyst­kie zna­czące wyda­rze­nia miały począ­tek tu, w tej świę­tej siczy.

"Teraz jed­nak Har­kon­ne­no­wie zbez­cze­ścili naszą pra­dawną sie­dzibę".

Takie świę­to­kradz­two budziło wstręt w ludziach Stil­gara. Nacię­cia na kamien­nej pły­cie w siczy Czer­wo­nego Muru upa­mięt­niały nie­przy­ja­ciół, któ­rych zabili, a dziś w nocy prze­lana zosta­nie krew nowych wro­gów.

Stil­gar sta­wiał ostroż­nie kroki, idąc w dół skal­nego szlaku, a za nim szła kolumna jego ludzi. Wkrótce nadej­dzie świt, a oni mieli jesz­cze wiele do zro­bie­nia.

Tutaj, z dala od czuj­nych oczu impe­rial­nych, baron Har­kon­nen sko­rzy­stał z pustych jaskiń siczy Hadis, by ukryć jeden ze swych nie­le­gal­nych zapa­sów przy­prawy. Stosy zde­frau­do­wa­nego dro­go­cen­nego melanżu ni­gdy nie poja­wiły się w żad­nym spi­sie prze­ka­za­nym Impe­ra­to­rowi. Szad­dam nie podej­rze­wał niczego, ale Har­kon­nenowie nie mogli ukryć takich dzia­łań przed oczami ludzi pustyni.

W leżą­cej u pod­nóża skal­nego grzbietu nędz­nej wio­sce Bar es Raszid Har­kon­ne­no­wie mieli poste­ru­nek obser­wa­cyjny i war­tow­ni­ków na urwi­skach. Nie było to żadną prze­szkodą dla Fre­me­nów, któ­rzy już dawno zbu­do­wali liczne ukryte szyby i wej­ścia do grot w głębi góry.

Stil­gar natknął się na roz­wi­dle­nie szlaku i ruszył led­wie widoczną ścieżką, wypa­tru­jąc ukry­tego wej­ścia do siczy Hadis. W sła­bym świe­tle ujrzał plamę ciem­no­ści pod nawi­sem. Wczoł­gał się w ciem­ność i zna­lazł wej­ście, zimne i wil­gotne, pozba­wione gro­dzi. "Mar­no­traw­stwo".

Żad­nych świa­teł ani śladu straży. Wpeł­znąw­szy do otworu, się­gnął nogą w dół, wyma­cał nie­równą półkę i oparł na niej but. Drugą nogą wyszu­kał kolejną półkę, a pod nią następną. Stop­nie. Przed sobą zauwa­żył żółtą poświatę, w miej­scu, gdzie tunel pochy­lał się w prawo. Cof­nął się i uniósł rękę, wzy­wa­jąc innych, by poszli w jego ślady.

Na posadzce pod stop­niami zauwa­żył starą misę. Wyjął zatyczki nosowe i poczuł woń suro­wego mięsa. Przy­nęta na małe dra­pież­niki? Zastygł w bez­ru­chu, szu­ka­jąc czuj­ni­ków. Czyżby już uru­cho­mił jakiś bez­gło­śny alarm? Usły­szał odgłos kro­ków i pijany głos:

- Dosta­łem jesz­cze jed­nego. Dia­bli go wezmą do pie­kła kulo­nów.

Stil­gar i dwaj Fre­meni sko­czyli w boczny tunel i wydo­byli z pochew swe mlecz­no­białe kry­snoże. Pisto­lety maula byłyby zbyt gło­śne w tej zamknię­tej prze­strzeni. Kiedy dwaj har­kon­neń­scy war­tow­nicy prze­szli obok nich, zio­nąc piwem przy­pra­wo­wym, Stil­gar i Turok rzu­cili się na nich od tyłu.

Zanim nie­szczę­śnicy zdo­łali krzyk­nąć, Fre­meni pod­cięli im gar­dła i przy­tknęli do ran gąb­cza­ste tam­pony, by wchło­nęły dro­go­cenną krew. Bły­ska­wicz­nymi ruchami ode­brali broń jesz­cze drga­ją­cym. Stil­gar zatrzy­mał jedną rusz­nicę lase­rową, a drugą oddał Turo­kowi.

Ciemne woj­skowe lumis­fery koły­sały się we wgłę­bie­niach stropu, rzu­ca­jąc słabe świa­tło. Uczest­nicy raz­zia podą­żali kory­ta­rzem ku sercu pra­daw­nej siczy. Kiedy szli wzdłuż prze­no­śnika, któ­rym prze­sy­łano mate­riały do ukry­tej korony i z niej, poczuli z każdą chwilą sil­niej­szą cyna­mo­nową woń melanżu. Lumis­fery były tu bla­do­po­ma­rań­czowe, nie żółte.

Ludzie Stil­gara pomru­ki­wali na widok cza­szek i gni­ją­cych ciał opar­tych o ściany kory­ta­rza niczym nie­dbale porzu­cone tro­fea. Ogar­niał go gniew. Mogli to być fre­meń­scy więź­nio­wie albo wie­śniacy poj­mani przez Har­kon­ne­nów dla zabawy. Idący obok niego Turok roz­glą­dał się, szu­ka­jąc kolej­nego wroga, któ­rego mógłby zabić.

Stil­gar ostroż­nie pro­wa­dził ich naprzód. Sły­szeli już jakieś głosy i dźwięki. Dotarli do wnęki z niską kamienną balu­stradą góru­ją­cej nad pod­ziemną grotą. Stil­gar wyobra­ził sobie tysiące ludzi pustyni stło­czo­nych w tej roz­le­głej jaskini dawno temu, jesz­cze przed Har­kon­ne­nami, przed Impe­ra­to­rem... zanim przy­prawa stała się naj­cen­niej­szą sub­stan­cją we wszech­świe­cie.

Pośrodku groty wzno­siła się ośmio­kątna, gra­na­towo-srebrna kon­struk­cja oto­czona ram­pami. Wokół niej roz­sta­wiono jej mniej­sze kopie. Jedna była w budo­wie. Pośród roz­rzu­co­nych czę­ści z pla­sme­talu pra­co­wało sied­miu robot­ni­ków.

Kry­jąc się w cie­niu, napast­nicy zsu­nęli się po niskich scho­dach na dno jaskini. Turok i inni Fre­meni, wszy­scy ze zdo­byczną bro­nią, zajęli miej­sca we wnę­kach góru­ją­cych nad grotą. Trzech wbie­gło po ram­pie ota­cza­ją­cej naj­więk­szą ośmio­kątną kon­struk­cję. U szczytu znik­nęli z widoku, a potem poja­wili się znowu, dając znaki Stil­ga­rowi. Sze­ściu straż­ni­ków padło już wcze­śniej w mil­cze­niu pod cio­sami kry­snoży.

Teraz nie musieli już się kryć. Sto­jąc na ska­li­stym dnie, dwaj wojow­nicy skie­ro­wali pisto­lety maula na zasko­czo­nych budow­ni­czych i kazali im wejść po scho­dach na górę. Robot­nicy o zapad­nię­tych oczach posłu­chali, pomru­ku­jąc, jakby nie dbali o to, komu pod­le­gają.

Fre­meni prze­szu­kali sąsied­nie kory­ta­rze i zna­leźli pod­ziemne koszary, w któ­rych dwa tuziny straż­ni­ków spały wśród wala­ją­cych się po posadzce bute­lek po piwie przy­pra­wo­wym. Silna woń melanżu prze­sy­cała wielką salę.

Z pogar­dli­wymi minami wpa­dli do środka, tnąc, kopiąc i tłu­kąc pię­ściami, ale nie raniąc nikogo śmier­tel­nie. Oszo­ło­mio­nych Har­kon­ne­nów roz­bro­jono i zapę­dzono do głów­nej groty.

Z roz­tęt­nioną krwią w żyłach i ze zmarsz­czo­nymi brwiami Stil­gar patrzył na przy­gar­bio­nych, na wpół pija­nych wro­gów. "Każdy chciałby mieć god­nego prze­ciw­nika. Nie znaj­dziemy tu dziś jed­nak nikogo takiego". Nawet tu, w sil­nie strze­żo­nej gro­cie, ci ludzie - zapewne bez wie­dzy barona - kosz­to­wali przy­prawy, któ­rej mieli strzec.

- Naj­chęt­niej zamę­czył­bym ich na śmierć - powie­dział Turok. W rdza­wym świe­tle lumis­fer jego oczy pociem­niały. - Powoli. Widzia­łeś, co zro­bili z poj­ma­nymi.

Stil­gar powstrzy­mał go.

- To może pocze­kać. Tym­cza­sem zapę­dzimy ich do pracy. - Gła­dząc czarną brodę, prze­cha­dzał się przed fron­tem har­kon­neń­skich jeń­ców. Pocili się ze stra­chu, a odór potu zaczął prze­wa­żać nad wonią przy­prawy. Prze­mó­wił spo­koj­nym, mia­ro­wym gło­sem, uży­wa­jąc groźby, którą pod­su­nął mu Liet-Kynes. - Ten zapas przy­prawy zgro­ma­dzono tu nie­le­gal­nie, z jaw­nym pogwał­ce­niem roz­ka­zów Impe­ra­tora. Cały znaj­du­jący się tu melanż zostaje skon­fi­sko­wany z powia­do­mie­niem Kaita­ina.

Liet, świeżo mia­no­wany pla­ne­to­log impe­rialny, udał się na Kaita­ina, aby pro­sić o spo­tka­nie z Pady­sza­chem Impe­ra­to­rem Szad­da­mem IV. Podróż przez Galak­tykę do pałacu Impe­ra­tora była długa, a Stil­gar, pro­sty miesz­ka­niec pustyni, nie umiał wyobra­zić sobie takich odle­gło­ści.

- I to mówi jakiś Fre­men? - par­sk­nął na wpół pijany kapi­tan straży, niski czło­wie­czek o obwi­słych policz­kach i wyso­kim czole.

- Tak mówi Impe­ra­tor. Przej­mu­jemy to w jego imie­niu.

Błę­kitne w błę­ki­cie oczy Stil­gara wwier­ciły się w tam­tego. Czer­wony na twa­rzy kapi­tan nie był jed­nak wystar­cza­jąco trzeźwy, by się bać. Naj­wy­raź­niej nie sły­szał jesz­cze, co Fre­meni robią z jeń­cami. Nie­długo się dowie.

- Do roboty! Roz­ła­do­wać silos! - wark­nął Turok. Więź­nio­wie patrzyli z satys­fak­cją na pra­cu­ją­cych Har­kon­ne­nów. - Zaraz tu będą nasze orni­top­tery.

W miarę jak wscho­dzące słońce stop­niowo przy­pie­kało pusty­nię, Stil­gar zaczął się nie­po­koić. Poj­mani Har­kon­ne­no­wie pra­co­wali już od kilku godzin. Ten wypad trwał zbyt długo, mieli jed­nak jesz­cze wiele do zro­bie­nia.

Turok i jego towa­rzy­sze stali z bro­nią w pogo­to­wiu, a posępni Har­kon­ne­no­wie łado­wali pakunki melanżu na pas grze­cho­cą­cego prze­no­śnika pro­wa­dzą­cego do otwo­rów w ścia­nie urwi­ska przy lądo­wi­skach orni­top­te­rów. Skarb, który fre­meń­scy wojow­nicy już skon­fi­sko­wali, wystar­czyłby do wyku­pie­nia całej pla­nety.

"Co baron zamie­rzał zro­bić z takim bogac­twem?"

W samo połu­dnie, zgod­nie z pla­nem, Stil­gar usły­szał huk wybu­chów dola­tu­jący z Bar es Raszid - to drugi oddział raz­zia zaata­ko­wał poste­ru­nek obser­wa­cyjny Har­kon­ne­nów.

Cztery nie­ozna­ko­wane orni­top­tery okrą­żyły z gra­cją skalną skarpę, łopo­cąc mecha­nicz­nymi skrzy­dłami, a ludzie Stil­gara napro­wa­dzili je na lądo­wi­ska. Uwol­nieni robot­nicy i Fre­meni zaczęli łado­wać do nich dwu­krot­nie skra­dziony melanż. Nad­szedł czas, by zakoń­czyć ope­ra­cję.

Stil­gar wypro­wa­dził straż­ni­ków na urwi­sko nad zapy­lo­nymi cha­tami Bar es Raszid. Po godzi­nach cięż­kiej pracy i nara­sta­nia stra­chu kapi­tan o obwi­słych policz­kach wytrzeź­wiał cał­ko­wi­cie. Włosy miał zle­pione potem, a oczy prze­ra­żone. Stil­gar patrzył na niego z pogardą.

Bez słowa wycią­gnął kry­snóż i roz­pła­tał tam­tego od kości łono­wej do mostka. Kapi­tan z nie­do­wie­rza­niem zła­pał oddech, a jego krew i wnętrz­no­ści wylały się na świa­tło słońca.

- Mar­no­traw­stwo wil­goci - mruk­nął Turok.

Kilku Har­kon­ne­nów rzu­ciło się w panice do ucieczki, ale Fre­meni sko­czyli na nich, nie­któ­rych strą­ca­jąc z urwi­ska, a innych zabi­ja­jąc kry­sno­żami. Ci, któ­rzy pogo­dzili się z losem, ginęli szybko i bez­bo­le­śnie. Tchó­rzami Fre­meni zaj­mo­wali się dłu­żej.

Robot­ni­kom o zapad­nię­tych oczach kazano zała­do­wać ciała do orni­top­te­rów, nawet te roz­kła­da­jące się, zna­le­zione w kory­ta­rzach. W alem­bi­kach śmierci siczy Czer­wo­nego Muru ludzie Stil­gara wydo­będą z nich każdą kro­plę wody dla ple­mie­nia. Zbez­czesz­czona Hadis znów będzie siczą duchów.

Ostrze­że­nie dla barona.

Zała­do­wane orni­top­tery wzbi­jały się jeden po dru­gim niczym czarne ptaki w czy­ste niebo, pod­czas gdy ludzie Stil­gara wra­cali truch­tem w palą­cym słońcu popo­łu­dnia, wyko­naw­szy swoje zada­nie.

Kiedy baron Har­kon­nen dowie się o stra­cie swego przy­pra­wo­wego skarbu i wymor­do­wa­niu straż­ni­ków, zemści się na Bar es Raszid, nawet na tych bied­nych wie­śnia­kach, któ­rzy nie mieli nic wspól­nego z wypa­dem. Zaci­snąw­szy usta, Stil­gar posta­no­wił, że prze­nie­sie całą lud­ność do jakiejś odle­głej, bez­piecz­nej siczy.

Tam, wraz z poj­ma­nymi budow­ni­czymi, staną się Fre­me­nami albo zostaną zabici, jeśli nie zechcą współ­pra­co­wać. Bio­rąc pod uwagę ich nędzne życie w Bar es Raszid, Stil­gar był pewien, że wyświad­cza im przy­sługę.

Kiedy Liet-Kynes powróci ze spo­tka­nia z Impe­ra­to­rem na Kaita­inie, będzie bar­dzo ura­do­wany wyczy­nem Fre­me­nów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki