Ludwik Zamenhof
Ludwik Zamenhof
1859-1917
twórca uniwersalnego języka
poliglota
głosiciel pokoju
W listach
Miejsce moich urodzin zdeterminowało całą moją przyszłość. Białystok zamieszkiwali Rosjanie, Polacy, Niemcy i Żydzi. Wszyscy oni rozmawiali innymi językami i byli do siebie nieprzyjaźnie nastawieni. W takim mieście, bardziej niż gdzieś indziej, wrażliwa natura czuje ciężar nieszczęść spowodowanych różnorodnością językową. Na każdym kroku przekonywałem się, że różność języków jest jedynym, a przynajmniej głównym powodem, który dzieli ludzkość i rozdziera ją na nieprzyjacielskie obozy. Wychowano mnie na idealistę, uczono mnie, że wszyscy są dla siebie braćmi, a przecież na każdej ulicy, na każdym podwórku, z każdym krokiem czułem, że nie ma braci, są jedynie Rosjanie, Polacy, Niemcy, Żydzi i inni. Ta myśl na wskroś przeszyła moją dziecięcą duszę, choć może wielu wydawać się śmiesznym ten mój "dziecięcy ból istnienia". Zdawało mi się wówczas, że dorośli mogą dokonać wszystkiego, powtarzałem sobie, że gdy będę dorosłym - zmienię to wszystko.
[4]
Jeśli nie byłbym Żydem z getta, idea o zjednoczeniu całej ludzkości albo w ogóle nie przyszłaby mi do głowy, albo nigdy nie towarzyszyłaby mi tak uparcie przez całe moje życie. Nikt nie może tak mocno czuć nieszczęść ludzkich podziałów, jak Żyd z getta. Nikt nie może również czuć tak silnie potrzeby nie narodowego, ale neutralnie ludzkiego języka, jak Żyd, który musi modlić się do Boga w długo już wymarłym języku, otrzymywać wychowanie i nauki w języku narodu, który go wypędza, mieć rozsianych po całym świecie cierpiących pobratymców, z którymi nie może się porozumieć. [...] Od wczesnej młodości moja hebrajskość jest głównym powodem oddania moich sił jednemu celowi i marzeniu - marzeniu o zjednoczeniu ludzkości. Ta idea jest esencją mojego życia. [...]
Ponieważ duża część naszego ludu (szczególnie w Rosji) nie posługuje się lokalnymi językami, lecz mówi oddzielnym żydowsko-niemieckim żargonem (nazywanym jidysz), który nie posiada własnej gramatyki, dlatego wiele lat temu poświęciłem jidysz około dwóch lat studiów, przeanalizowałem jego reguły i wypracowałem jego gramatykę, której nigdy nie opublikowałem. Później zaniechałem tej pracy, gdyż doszedłem do przekonania, że obudzenie niby narodowego patriotyzmu u Żydów może być nieprzydatne dla nich samych i dla idei połączenia ludzkości. [...]
Język był zawsze najdroższym przedmiotem moich zainteresowań. Najbardziej kochałem język, w którym zostałem wyedukowany, mianowicie rosyjski. Uczyłem się go z największą przyjemnością. Marzyłem kiedyś, by zostać poetą języka rosyjskiego [...]. Z przyjemnością uczyłem się jeszcze innych języków, lecz interesowały mnie one bardziej teoretycznie niż praktycznie, a że nie miałem możliwości ich stosować, poznawałem je wzrokowo, lecz nie mówiłem nimi. Dlatego mogę powiedzieć, że bardzo dobrze mówię po rosyjsku, po polsku i po niemiecku. Swobodnie czytam po francusku, ale niestety nie mówię nim często i poprawnie. Oprócz tego w różnych okresach mojego życia uczyłem się jeszcze ośmiu innych języków, które znam tylko powierzchownie i teoretycznie.
W dzieciństwie kochałem rosyjski i rosyjską ziemię, wkrótce jednak przekonałem się, że moja miłość zostaje odpłacona nienawiścią, że włodarze tej ziemi [...] widzą we mnie pozbawionego praw obcego (mimo że ja, moi dziadowie i pradziadowie urodzili się i pracowali w tym kraju). Wszyscy nienawidzą, znieważają i uciskają moich braci. Wszystkie inne grupy narodowe, które zamieszkiwały moje miasto, były względem siebie wrogo nastawione i prześladowały się wzajemnie... Wiele cierpiałem z tego powodu i zacząłem marzyć o takich czasach, kiedy zniknie nienawiść między narodami, kiedy zaistnieje język i kraj, który należy pełnoprawnie do wszystkich jego mieszkańców, w którym ludzie zrozumieją, że należy szanować się wzajemnie.
[3]
Z biegiem czasu oczywiście przekonałem się, że nie wszystko jest tak proste, jak w umyśle dziecka, porzucałem jedną dziecinną utopię za drugą, tylko nie mogłem odrzucić marzenia o jednym wspólnym języku. [...] Dość wcześnie doszedłem do przekonania, że taki język może być tylko neutralny, nienależący do żadnego z istniejących narodów. Kiedy z białostockiej szkoły realnej (wtedy jeszcze to było gimnazjum) przeniosłem się do drugiego warszawskiego klasycznego gimnazjum, przez jakiś czas byłem zauroczony starożytnymi językami, marzyłem o tym, że kiedyś wyruszę po całym świecie i zacznę gorąco zachęcać do ożywienia jednego z tych języków na wspólne potrzeby. [...] Później doszedłem do przekonania, że jest to niemożliwe, i zacząłem mgliście marzyć o nowym, sztucznym języku.
Często podejmowałem najróżniejsze próby, wymyślałem skomplikowane deklinacje, koniugacje itp. Ale język ludzki - jak mi się wydawało - z niekończącymi się gramatycznymi formami i setkami tysięcy słów, z przerażającymi mnie opasłymi słownikami, zdawał mi się tak podstępną i kolosalną maszynerią, że pewnego razu powiedziałem sobie: "Dość tych marzeń, ta praca przekracza ludzkie możliwości!". A jednak nie mogłem rozstać się z marzeniem.
Niemieckiego i francuskiego wyuczyłem się w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie można porównywać i czynić konkluzji. Gdy byłem w piątej klasie gimnazjalnej, zacząłem się uczyć angielskiego i wówczas, dzięki nagłemu skokowi z łaciny i greki, zauważyłem prostotę gramatyki angielskiej. Spostrzegłem, że tak zwane bogactwo gramatycznych form jest tylko ślepym historycznym przypadkiem, zbytecznym dla języka. [...] Zacząłem poszukiwać i odrzucać zbędne formy i zauważyłem, jak gramatyka stopniowo topnieje w moich rękach, aż w końcu doszedłem do prostej gramatyki, którą mogłem pomieścić na kilku stronach. Wtedy z jeszcze większą pasją oddałem się marzeniu, choć potężne słowniki wciąż nie dawały mi spokoju.
Pewnego razu, w szóstej lub siódmej klasie gimnazjalnej, zwróciłem uwagę na napis "Svejcerskaja", który niejednokrotnie widziałem, a później na szyld "Konditorskaja". To "-skaja" zainteresowało mnie i wskazało, że sufiksy dają możliwość, by z jednego słowa utworzyć inne, których nie potrzeba się specjalnie wyuczyć. Ta myśl opętała mnie w całości, tak że nagle poczułem ziemię pod nogami. Na potężne tomiska słowników padł promyczek światła - i te słowniki nagle zaczęły topnieć w moich oczach.
"Znalazłem wyjście" - powiedziałem sobie. Zatrzymałem się nad sufiksami i rozpocząłem pracę w tym kierunku. Zrozumiałem, jak wielkie znaczenie może mieć dla świadomie tworzonego języka pełne użycie tej siły, która w narodowych językach została użyta tylko częściowo, bezkrytycznie, nieregularnie i nie w pełni. Zacząłem porównywać słowniki, szukałem między nimi podobieństw i codziennie wyrzucałem ze słownika nową partię słów, zmieniając ich znaczenie tylko jednym sufiksem, o określonym znaczeniu. Spostrzegłem [...], że olbrzymia liczba słów, które normalnie tworzą rdzenie (na przykład "siostra", "wąski", "nóż") może być łatwo urobiona [przez sufiksy] od innych rdzeni i tym samym zniknąć ze słowników. Cała mechanika języka znalazła się na mej dłoni, zacząłem więc systematyczną pracę z miłością i nadzieją. Wkrótce miałem już całą gramatykę i niewielki słownik.
[...] Dużo wcześniej, gdy wyrzucałem wszystko, co zbyteczne z gramatyki, chciałem użyć zasady ekonomii również dla słów, i - przekonany, że jest bez znaczenia, jaką formę będzie posiadać takie czy inne słowo, jeśli tylko zgodzimy się, że wyraża ono daną ideę - wymyślałem słowa, trudząc się nad tym, by były one najkrótsze i nie miały zbytecznych liter. Zamiast 11-literowej "konstytucji", można to samo powiedzieć przez 2-literowe "ko". Wtedy po prostu pisałem matematyczną serię najkrótszych, a zarazem łatwo wymawianych związków liter - i każdemu nadawałem znaczenie (na przykład a, b, ac..., ba, ca, da [...]). Szybko jednak odrzuciłem tę myśl, bo zauważyłem, że sam nie jestem w stanie z łatwością tego wszystkiego wyuczyć się i zapamiętać. Wtedy też przekonałem się, że tworzywem dla słownika muszą być języki romańskie i język niemiecki, zmienione na tyle, na ile wymaga tego regularność i inne konieczne uwarunkowania [...]. Będąc już na ziemi, zauważyłem, że współczesne języki posiadają ogromny zasób gotowych słów międzynarodowych, znanych wszystkim narodom - i że stanowią one skarb, z którego oczywiście skorzystałem [...].
W 1878 roku język był już mniej więcej gotowy. [...] Byłem wtedy w ósmej klasie gimnazjum i powiedziałem o tym moim kolegom. Większość z nich była zauroczona ideą i zaskoczona łatwością języka, więc zaczęli się go uczyć. 5 grudnia 1878 wszyscy wspólnie to święciliśmy. Na uroczystości były przemówienia w tym języku i z radością śpiewaliśmy hymn, który zaczynał się następująco:
Malamikete de las nacjes
Kadó, kadó, jam temp' está!
la tot' homoze in familje
Konunigare so debá
("Niech upadnie nienawiść między narodami, czas już nastał! Cała ludzkość musi się zjednać w jedną rodzinę").
Na stole, oprócz gramatyki i słownika, leżało kilka tłumaczeń na ten język.
Tak skończył się pierwszy okres języka. Byłem jeszcze za młody, by publicznie przedstawić mój projekt - i zdecydowałem się poczekać pięć-sześć lat [...] - chciałem bardziej udoskonalić język i w pełni opracować go dla praktycznych potrzeb. Pół roku po uroczystościach z 5 grudnia skończyliśmy gimnazjum i rozeszliśmy się do domów. Przyszli apostołowie języka próbowali coś napomykać o "nowym języku" i spotykając szyderstwa dorosłych, natychmiast zaprzeczali mu, a ja pozostałem sam. Przewidując wyłącznie kpiny i udręki, zdecydowałem się przed wszystkimi ukryć moją pracę. Podczas pięciu i pół roku mojego pobytu na uniwersytecie nigdy nie mówiłem o tej sprawie. To był dla mnie ciężki okres. Dręczyło mnie ukrywanie idei. [...]
Przez sześć lat doskonaliłem i wypróbowywałem język, w co włożyłem bardzo dużo pracy, chociaż w 1878 roku wydawało mi się, że był już gotowy. Tłumaczyłem, pisałem w nim oryginalne dzieła, a liczne próby wskazywały, że to, co jest już gotowe w teorii, nie jest jeszcze gotowe w praktyce. Wiele musiałem wygładzić, poprawić i radykalnie zmienić. Słowa i formy, zasady i prawidła gromadziły się i wchodziły sobie w drogę, podczas gdy teoretycznie wszystko oddzielnie i w małych partiach wydawało się dobre. Takie rzeczy jak na przykład uniwersalny przyimek "je", elastyczne słowo "meti" czy neutralna, ale określona końcówka "-a?" najprawdopodobniej nigdy nie przyszłyby mi do głowy w teorii. Kilka form, które uznałem za bogactwo, okazało się w praktyce zbytecznym balastem, tak na przykład musiałem odrzucić kilka nieprzydatnych sufiksów.
W 1878 roku wydawało mi się, że wystarczy, by język miał gramatykę i słownik, zaś jego ociężałość i brak elegancji przypisywałem temu, że ja sam na razie nie znam perfekcyjnie esperanta; praktykowanie go podpowiadało mi jednak, że język potrzebuje jeszcze czegoś nieuchwytnego, co scala go, dając mu życie i ukształtowaną "duszę". [...] Wówczas zacząłem rezygnować z dosłownego tłumaczenia z takiego czy innego języka i zacząłem myśleć w esperancie. I zauważyłem, że esperanto przestaje być bezproduktywnym cieniem takiego czy innego języka, którym posługiwałem się w danym momencie, lecz ma ono własną duszę, własne życie, własną zdefiniowaną i wyrażalną fizjonomię, niezależną od obcych naleciałości. Język stawał się wówczas giętki, posiadał życie i wdzięk, jak żywy ojczysty język.
Jeszcze jedna okoliczność zmuszała mnie do zwłoki w ogłoszeniu esperanta. Przez bardzo długi czas pozostawał nierozwiązany problem, który ma kolosalne znaczenie dla neutralnego języka. Wiedziałem, że wszyscy będą mówić: "Twój język będzie dla mnie użyteczny tylko wtedy, gdy wszyscy go zaakceptują, dlatego nie mogę go się uczyć, dopóki inni tego nie zrobią". Ponieważ "wszyscy" są niemożliwi bez poprzedzających "jednostek", neutralny język nie będzie mógł mieć przed sobą przyszłości, jeśli nie uda się zrobić go użytecznym dla każdej osoby, bez względu na to, czy jest on już powszechnie przyjęty, czy jeszcze nie. Długo myślałem nad tym problemem. Skupiłem się na tak zwanych tajnych alfabetach czy kodach, którymi posługują się ludzie, by w sekrecie przekazać jakieś treści, których nie mogą odczytać bez posiadania "klucza". I wtedy ta myśl zawiodła mnie do tego, by również zaaranżować esperanto w formie takiego "klucza", który zawierałby w sobie nie tylko cały słownik, ale i całą gramatykę w postaci oddzielnych, samodzielnych i alfabetycznie uporządkowanych części, co pozwalałoby adresatowi każdego narodu od razu zrozumieć list.
Skończyłem uniwersytet i zacząłem praktykę lekarską. I wówczas zacząłem myśleć nad upublicznieniem mojej pracy. Przygotowałem manuskrypt pierwszej broszury Język międzynarodowy. Przedmowa i podręcznik kompletny i rozpocząłem poszukiwanie wydawcy. [...] Wreszcie, po długich udrękach, udało mi się w lipcu 1887 samemu ją wydać. Przed jej wydaniem byłem bardzo podekscytowany, czułem, że stoję przed Rubikonem - a kiedy ukaże się moja broszura, nie będę już miał możliwości cofnąć się. Wiedziałem, jak los lekarza uzależniony jest od ludzi i co będzie, gdy ci zobaczą we mnie fantastę, człowieka, który zajmuje się "ubocznymi sprawami" - poczułem, że rzuciłem na jedną kartę cały przyszły spokój i egzystencję mojej rodziny, ale nie mogłem porzucić idei, którą przesiąkło moje ciało i krew, i... tak przekroczyłem Rubikon.
[4]
W przedmowie do podręcznika Język międzynarodowy jako Dr Esperanto
Nie mam zamiaru rozwodzić się tu nad doniosłym znaczeniem, jakie by miało dla ludzkości wprowadzenie jednego, przez wszystkich bezwarunkowo uznanego, międzynarodowego języka, który, będąc wspólną własnością całego świata, nie należałby specjalnie do żadnego z istniejących narodów. Ileż to marnuje się czasu i pracy na naukę języków obcych, a mimo to, wyjeżdżając za granicę, zwykle nie jesteśmy w stanie porozumieć się z podobnymi do siebie ludźmi. Ileż to marnuje się czasu, pracy i pieniędzy, aby utwory jednego piśmiennictwa przyswoić innym piśmiennictwom, a jednakże z tłumaczeń możemy poznać nieznaczną zaledwie część piśmiennictw obcych. Otóż, gdyby istniał język międzynarodowy, wszystkich tłumaczeń dokonywano by wyłącznie na ten ostatni, jako na język powszechny, dla wszystkich zrozumiały, a dzieła, mające same przez się cechę międzynarodową, pisano by oryginalnie w tym języku. Znikłby mur chiński, przedzielający piśmiennictwa, utwory innych narodów byłyby dla nas równie dostępne, jak utwory własnego naszego narodu. Lektura stałaby się wspólna dla wszystkich, a wraz z nią wychowanie, ideały, przekonania, dążenia - i narody połączyłyby się w jedną rodzinę. [...]
Różnica językowa jest podstawą [...] nienawiści obopólnej narodów, albowiem [...] nie mogąc się porozumieć, stronimy od siebie. [...] Komu kiedykolwiek zdarzyło się przebywać w mieście zamieszkanym przez rozmaite, walkę toczące ze sobą narodowości, ten bez wątpienia zrozumiał, jak olbrzymią usługę oddałby ludzkości język międzynarodowy, który, nie wdzierając się do życia domowego ludów, mógłby przynajmniej w krajach zaludnionych przez różne narodowości odgrywać rolę języka państwowego i towarzyskiego. Jaką by wreszcie olbrzymią doniosłość miał język międzynarodowy dla nauki, handlu, słowem: na każdym kroku - o tym, jak sądzę, nie ma potrzeby się rozwodzić. Kto choćby raz poważnie zastanowił się nad tą kwestią, ten przyzna, że żadna ofiara nie byłaby zbyt wielką, gdybyśmy przez nią mogli sobie zdobyć język ogólnoludzki. Z tego powodu wszelka, choćby najsłabsza, próba w tym kierunku zasługuje na uwagę. [...]
Kwestia języka powszechnego zajmowała mnie od dawna; lecz, nie czując się ani zdolniejszym, ani energiczniejszym od autorów wszystkich bezowocnie przebrzmiałych prób, przez długi czas zadowalałem się marzeniem i mimowolnym zastanawianiem się nad tą kwestią. Ale kilka szczęśliwych myśli, które były owocem tego mimowolnego rozmyślania, zachęciły mnie do dalszej pracy i skłoniły do spróbowania, azali się nie uda systematycznie przezwyciężyć wszystkich przeszkód, stojących na drodze do stworzenia i wprowadzenia w użycie racjonalnego języka powszechnego. Zdaje mi się, że rzecz ta mniej więcej mi się powiodła, występuję więc z tym owocem długiej, wytrwałej pracy przed sąd czytającego świata.
Główne zagadnienia, które należało rozwiązać, były następujące:
I. Aby język był nadzwyczaj łatwy - tak, by nauka jego była igraszką.
II. Aby każdy, kto się tego języka nauczy, mógł zeń natychmiast korzystać, by porozumiewać się z ludźmi rozmaitych narodowości bez względu na to, czy będzie on uznany przez świat i czy znajdzie wielu adeptów lub też nie; to jest - aby język zaraz z samego początku mógł zostać istotnym środkiem do stosunków międzynarodowych.
III. Znaleźć środek dla przezwyciężenia obojętności świata i do nakłonienia go, aby jak najprędzej i en masse zaczął używać proponowanego języka, jako języka żywego, nie zaś z kluczem w ręku i tylko w razie ostatecznej konieczności.
Ze wszystkich projektów przedstawionych rozmaitymi czasy publiczności, nieraz pod szumną, niczym zgoła nieusprawiedliwioną, nazwą "języka powszechnego", żaden nie rozwiązywał więcej nad jedno ze wzmiankowanych zagadnień, a i to nawet częściowo tylko. [...]
Pierwsze zadanie rozwiązałem w sposób następujący:
a. Uprościłem do najwyższego stopnia gramatykę, a to z jednej strony w duchu języków nowożytnych dla ułatwienia jej nauki, z drugiej zaś - nie pozbawiając przez to języka jasności, dokładności i giętkości. Całej gramatyki mego języka można się doskonale nauczyć w ciągu jednej godziny. [...]
b. Dałem prawidła dla tworzenia słów, przez co wprowadziłem ogromną ekonomię pod względem liczby wyrazów, potrzebnych do nauczenia się języka, nie tylko nie pozbawiając go tym bogactwa, lecz przeciwnie - czyniąc go, dzięki możności tworzenia z jednego wyrazu wielu innych i wyrażania wszelkich odcieni pojęć, bogatszym od najbogatszych języków nowożytnych. [...]
Nadto przyjąłem ogólną regułę, że wszystkie wyrazy, które już teraz stały się międzynarodowe (czyli tak zwane wyrazy "cudzoziemskie"), nie ulegają w języku międzynarodowym żadnej zmianie, lecz stosują się tylko do pisowni międzynarodowej. W ten sposób ogromna liczba słów staje się zbyteczną do nauki, jak na przykład "lokomotywa", "redakcja", "telegraf", "nerw", "temperatura" [...].
[...] Nauka tego dźwięcznego, bogatego i zrozumiałego dla całego świata [...] języka wymaga w ten sposób nie całego szeregu lat, jak nauka innych języków, lecz posiąść go można zupełnie w ciągu kilku dni.
Drugie zadanie rozwiązałem w sposób następujący:
a. Wprowadziłem zupełne rozczłonkowanie pojęć na samoistne wyrazy tak, że cały język, zamiast wyrazów w rozmaitych formach gramatycznych, składa się tylko z wyrazów nieodmiennych. Jeżeli weźmiecie dzieło napisane w moim języku, to przekonacie się, że tam każde słowo zawsze i jedynie znajduje się w jednej stałej formie - w tej mianowicie, w jakiej zamieszczone zostało w słowniku. Różne zaś formy gramatyczne, wzajemny stosunek słów itp. wyrażone są przez połączenie słów nieodmiennych. Lecz ponieważ podobna budowa języka zupełnie jest obca narodom europejskim, które by też z trudnością mogły się do niej przyzwyczaić, przystosowałem zupełnie to rozczłonkowanie do ducha języków europejskich - tak, że kto się uczy mego języka z podręcznika, nie przeczytawszy wpierw przedmowy (która dla uczącego się zupełnie jest zbyteczną), ten nie domyśli się nawet, że budowa tego języka różni się czymkolwiek od budowy jego ojczystego języka. [...]
b. [...] Ułożyłem słownik nie dowolnie, lecz - o ile się tylko dało - z wyrazów znanych całemu wykształconemu światu. Tak na przykład słowa używane we wszystkich językach cywilizowanych pozostawiłem bez wszelkiej zmiany, z wyrazów zaś rozmaicie brzmiących w różnych językach wziąłem albo wspólne dwóm lub trzem głównym językom europejskim, albo też należące tylko do jednego, lecz popularne i u pozostałych narodów. [...] W ten sposób, korespondując ze średnio wykształconym Europejczykiem, który się nigdy nie uczył języka międzynarodowego, mogę być przekonany, że zrozumie mnie bez potrzeby ciągłego radzenia się słownika, do którego uciekać się będzie jedynie przy wyrazach wątpliwych. [...]
Niniejsza broszura rozejdzie się po całym świecie. Nie wymagając ani nauczenia się języka, ani żadnego zgoła nakładu pracy, czasu lub pieniędzy, proszę każdego czytelnika, aby wziął na minutę pióro, wypełnił jeden z załączonych poniżej blankietów i nadesłał go mnie. Treść blankietu jest następująca:
"Ja, niżej podpisany, obiecuję nauczyć się proponowanego przez Dra Esperanto języka międzynarodowego, jeżeli się okaże, że dziesięć milionów ludzi uczyniło publicznie takąż obietnicę". Następuje podpis [...], a na drugiej stronie blankietu wyraźnie wypisane całe imię i nazwisko i dokładny adres. [...] Podpisanie powyższej obietnicy nie wymaga najmniejszej ofiary lub pracy, a w razie niepowodzenia sprawy do niczego nie obowiązuje; obowiązuje jedynie do nauczenia się języka, jeżeli się go nauczy dziesięć milionów innych osób piśmiennych: wówczas wszakże będzie to ze strony podpisanego nie ofiarą, lecz rzeczą, do której nie omieszkałby się zabrać bez wszelkiego zobowiązania. Tymczasem przez podpisanie blankietu każdy, nic osobiście nie ryzykując, przyspieszy urzeczywistnienie tradycyjnego ideału ludzkości.
Gdy liczba nadesłanych podpisów dojdzie do dziesięciu milionów, wtedy wszystkie nazwiska i adresy ogłoszone zostaną w oddzielnej księdze, a nazajutrz po wyjściu księgi okaże się, że dziesięć milionów lub więcej ludzi zobowiązało się publicznie do nauki języka międzynarodowego - i kwestia będzie rozstrzygnięta. [...]
Przed wydrukowaniem obszernych słowników, przed przystąpieniem do wydawania pism, książek itd. pracę mą przedstawiam na rok sądowi publiczności i zwracam się do całego świata piśmiennego z prośbą o nadesłanie mi opinii o proponowanym przeze mnie języku. Niechaj mi każdy listownie zakomunikuje, jakie zmiany, ulepszenia, dopełnienia etc. uważa za niezbędne. [...] Po tych możliwych zmianach, które w takim razie ogłoszone zostaną w osobnej broszurce, język otrzyma ostateczną stałą formę. Gdyby się komu te poprawki wydały niewystarczające, ten niech nie zapomina, że język nadal nie zostanie zamknięty dla wszelkich ulepszeń, z tą różnicą jedynie, że wówczas prawo czynienia zmian nie do mnie już należeć będzie, lecz do uznanej przez ogół akademii tego języka. [...]
Pracę, która kosztowała mnie wiele czasu i zdrowia, polecam teraz łaskawej uwadze ogółu. Spodziewam się, że każdy, komu są drogie interesy ludzkości, poda mi dłoń pomocną i poprze proponowaną przeze mnie sprawę, o ile to będzie w jego mocy. Okoliczności wskażą każdemu, czym może być pożyteczny dla sprawy [...]. Niech każdy czyni, co może, a w krótkim bardzo czasie będziemy posiadali to, o czym tak dawno już marzą ludzie - język powszechny.
Warszawa, 1887[2]
W przemówieniu na otwarciu I Światowego Kongresu Esperantystów
Święty jest dla nas dzisiejszy dzień. Skromne jest nasze zgromadzenie; świat zewnętrzny niewiele wie o nim, a słowa, które na nim padają, nie popłyną przez telegraf do wszystkich miast i miasteczek świata; nie zjechały się głowy państw ani ministrowie, aby zmieniać polityczną mapę świata, nie błyszczą wytworne szaty i ogrom imponujących orderów na naszej sali, nie huczą armaty wokół skromnego budynku, w którym się znajdujemy. Lecz przez powietrze naszej sali lecą tajemnicze dźwięki, niesłyszalne dla ucha, ale odczuwalne dla każdej wrażliwej duszy: to dźwięk czegoś wielkiego, co się dziś rodzi. Poprzez powietrze lecą tajemnicze duchy; nie widzą ich oczy, ale czuje je dusza - to obrazy przyszłych czasów, czasów zupełnie nowych. Duchy polecą w świat, ucieleśnią się, staną się potężne, a nasi synowie i wnukowie będą je widzieć, odczuwać i napawać się nimi.
W odległej starożytności, która już dawno zatarła się w pamięci ludzkości i po której żadna historia nie pozostawiła nam nawet najmniejszego dokumentu, rodzina ludzka rozdzieliła się, a jej członkowie przestali rozumieć się nawzajem. Bracia stworzeni według jednego wzoru, bracia, którzy mieli jednakowe ciała, jednakowe dusze, jednakowe zdolności, jednakowe ideały, jednego Boga w swoich sercach, bracia, którzy powinni byli pomagać sobie nawzajem dla szczęścia i chwały swej rodziny - ci bracia stali się sobie obcy, podzielili się niby na zawsze na wrogie grupy, a pomiędzy nimi rozpoczęła się wieczna wojna. W ciągu wielu tysiącleci, przez cały czas, który pamięta historia ludzkości, ci bracia jedynie wiecznie walczyli pomiędzy sobą, a jakiekolwiek zrozumienie było pomiędzy nimi absolutnie niemożliwe. Prorocy i poeci marzyli o jakimś odległym, mglistym czasie, w którym ludzie znów zaczną rozumieć jeden drugiego i ponownie połączą się w jedną rodzinę: lecz było to jedynie marzenie. Mówiono o tym jak o jakiejś słodkiej fantazji, lecz nikt nie brał tego poważnie, nikt w to nie wierzył.
I dziś po raz pierwszy marzenie tysiącleci zaczyna się urzeczywistniać. Do małego miasta na francuskim wybrzeżu zjechali ludzie z najróżniejszych krajów i narodów, i spotykają się oni nawzajem nie niemo i głucho, lecz rozumieją jeden drugiego, mówią do siebie jak bracia, jak członkowie jednego narodu. Często spotykają się ludzie różnych narodowości i rozumieją się wzajemnie; lecz jak ogromna jest różnica pomiędzy ich wzajemnym zrozumieniem a naszym! Tam rozumie się jedynie mała część zebranych, która miała możliwość poświęcenia ogromnego czasu i ogromnych pieniędzy, aby nauczyć się języków obcych - wszyscy pozostali uczestniczą w zgromadzeniu jedynie swoim ciałem, nie głową: ale na naszym zgromadzeniu rozumieją się wzajemnie wszyscy uczestnicy, rozumie nas z łatwością każdy, kto tylko pragnie nas zrozumieć - i ani bieda, ani brak czasu nie zamykają mu uszu na nasze mowy.
Tam wzajemne zrozumienie jest osiągalne na drodze nienaturalnej, obraźliwej i niesprawiedliwej, gdyż członek jednego narodu upokarza się tam przed członkiem innego narodu, mówi w jego języku, kompromitując swój własny, bełkocze, rumieni się i czuje zakłopotanie przed swoim rozmówcą, podczas gdy ten drugi czuje się silny i dumny; na naszym spotkaniu nie istnieją narody silne i słabe, uprzywilejowane i przywilejów pozbawione, nikt się nie kaja, nikt się nie krępuje; my wszyscy stoimy na fundamencie neutralnym, my wszyscy jesteśmy w pełni równoprawni; my wszyscy czujemy się jak członkowie jednego narodu, jak członkowie jednej rodziny - i po raz pierwszy w historii ludzkości my, członkowie najróżniejszych ludów, stoimy jeden obok drugiego nie jak obcy, nie jak konkurenci, ale jak bracia, którzy nie narzucając jeden drugiemu swojego języka, rozumieją się wzajemnie, nie podejrzewają się o dzielące ich zło, kochają się wzajemnie i ściskają sobie wzajemnie dłonie nie z hipokryzją, jak obcokrajowiec obcokrajowcowi, lecz szczerze, jak człowiek człowiekowi.
Miejmy świadomość całej wagi dzisiejszego dnia, ponieważ dziś w gościnnych murach Boulogne-sur-Mer spotkali się nie Francuzi z Anglikami, nie Rosjanie z Polakami, lecz ludzie z ludźmi. Niech będzie błogosławiony dzień, wielkie i chwalebne niech będą jego następstwa!
Spotkaliśmy się dziś, aby pokazać światu poprzez niezbite fakty to, w co świat do tej pory nie chciał wierzyć. [...] Każdy, kto twierdzi, że neutralny sztuczny język jest niemożliwy, niechaj przyjdzie do nas i nawróci się. Każdy, kto twierdzi, że narząd mowy jest u każdego ludu inny, że każdy wymawia język sztuczny inaczej i że użytkownicy takiego języka nie mogą się wzajemnie zrozumieć, niech przybędzie do nas - i jeśli jest człowiekiem uczciwym i nie zamierza świadomie kłamać, przyzna on, że się pomylił. [...]
Osiemnaście lat minęło od dnia, kiedy esperanto przyszło na świat. Niełatwe osiemnaście lat. Obecnie widzę przed sobą ogromną liczbę gorących przyjaciół esperanta, którzy reprezentują sobą prawie wszystkie kraje kuli ziemskiej, prawie wszystkie narody świata, wszystkie stopnie, stany i klasy ludzi. Bardzo bogata jest już nasza literatura, bardzo liczne są nasze gazety, na całym świecie mamy dziś grupy i kluby esperanckie - i żadnemu światłemu człowiekowi na świecie nazwa naszej sprawy nie jest już obca.
Boulogne-sur-Mer, 5 sierpnia 1905[7]
W Deklaracji o istocie esperantyzmu, podpisanej także przez innych esperantystów
1. Esperantyzm to usiłowanie rozpowszechniania na całym świecie języka neutralnie ludzkiego, który - "nie narzucając się w wewnętrzne życie narodów i nie mając na celu wyparcia istniejących języków narodowych" - dawałby ludziom różnych narodowości możliwość porozumienia się; który mógłby służyć jako pokojowy język publicznych instytucji w tych krajach, gdzie różne narody walczą między sobą o język, i w którym mogłyby być publikowane te dzieła, które są ważne dla wszystkich ludów. Wszystkie inne idee lub nadzieje tego czy innego esperantysty, które łączy on z esperantyzmem, są jego czysto prywatną sprawą, za którą [esperantyzm] nie ponosi odpowiedzialności.
2. Ponieważ w obecnych czasach żaden na świecie badacz nie wątpi w to, że język międzynarodowy może być tylko wybrany spośród języków nieetnicznych i że ze wszystkich licznych prób, dokonanych w minionych wiekach, prezentowano wyłącznie teoretyczne projekty, a język rzeczywiście kompletny i we wszystkich stosunkach najodpowiedniejszy to esperanto, dlatego przyjaciele sprawy języka międzynarodowego, przekonani, że dalsze teoretyczne dyskusje językowe nie doprowadzą do niczego i że cel może być osiągnięty jedynie praktyczną pracą, już od dłuższego czasu zgrupowali się wokół esperanta i pracują nad jego upowszechnieniem i wzbogaceniem literatury.
3. Ponieważ autor języka esperanto [...] odrzucił raz na zawsze osobiste prawa i przywileje w związku z tym językiem, esperanto [nie] jest "niczyją własnością" ani w sensie materialnym, ani w sensie duchowym.
4. Materialnym włodarzem tego języka jest cały świat i każdy, kto chce, może w nim lub o nim wydawać wszelkie dzieła, jakie chce, jak i używać tego języka do jakichkolwiek celów; jako duchowi mistrzowie tego języka zawsze będą uważani ci ludzie, którzy w świecie esperanckim będą uznani za najlepszych i najbardziej utalentowanych pisarzy w tym języku.
5. Esperanto nie posiada żadnego prawnego kuratora i nie zależy od kogokolwiek. Wszystkie opinie i pisma twórcy esperanto mają, podobnie jak opinie i pisma innych esperantystów, charakter wyłącznie prywatny i nieobowiązujący nikogo. Jedynym i na zawsze obowiązującym wszystkich esperantystów fundamentem języka esperanto jest Fundamento de Esperanto [podręcznik z 1905 roku], w którym nikt nie ma prawa dokonać zmian. [...] Dla pełnej jedności języka zaleca się wszystkim esperantystom upodabniać jak najbardziej do tego stylu, jaki znajduje się w dziele twórcy esperanta, który wniósł największy wkład do esperanta i najlepiej zna jego ducha.
6. Esperantystą nazywa się każdą osobę, która zna i używa esperanta bez względu na cele, dla których go używa. Przynależność do jakiegoś aktywnego towarzystwa esperanckiego jest rekomendowana, ale nie obowiązkowa.
Boulogne-sur-Mer, 9 sierpnia 1905[12]
W przemówieniu na otwarciu II Światowego Kongresu Esperantystów
Przyjechałem do was z kraju [Imperium Rosyjskiego], w którym obecnie wiele milionów ludzi ciężko walczy o wolność, o najbardziej podstawową ludzką wolność, o prawa człowieka. [...] Jako esperantystów walka ta nie powinna was dotyczyć, a nasz kongres nie ma nic wspólnego ze sprawami politycznymi. Natomiast poza walką czysto polityczną we wspomnianym kraju jest dziś dokonywane coś, co nas jako esperantystów nie może nie dotyczyć: widzimy w tym kraju okrutną walkę pomiędzy narodami. [...]
Gdy byłem jeszcze dzieckiem, w Białymstoku, z bólem spoglądałem na wzajemne wyobcowanie, które dzieli naturalnych synów jednego kraju i jednego miasta. I marzyłem wówczas, że minie ileś lat, a wszystko zmieni się na dobre. I lata rzeczywiście przeminęły, a zamiast mych pięknych snów ujrzałem wstrząsającą rzeczywistość. [W czerwcu 1906] Na ulicach nieszczęsnego miasta moich narodzin dzicy ludzie z siekierami i żelaznymi prętami rzucali się jak najokrutniejsze zwierzęta na spokojnych mieszkańców, których cała wina polegała na tym tylko, iż rozmawiali w innym języku i wyznawali inną religię niż te dzikusy. Za to rozbijano czaszki i wyłupywano oczy mężczyznom i kobietom, niedołężnym starcom i bezbronnym dzieciom!
[...] Kruszcie, kruszcie mury pomiędzy narodami, dajcie im możliwość swobodnie poznawać się i porozumiewać na neutralnym fundamencie, a dopiero wtedy będą mogły zniknąć takie potworności, które dziś oglądamy w wielu miejscach.
Nie jesteśmy tak naiwni, jak sądzą o nas niektórzy: nie wierzymy, iż neutralny fundament uczyni z ludzi aniołów; wiemy doskonale, że źli ludzie także potem pozostaną źli. Pokładamy jednak nadzieję w tym, iż porozumiewanie i poznawanie się na neutralnym fundamencie zlikwiduje przynajmniej tę wielką masę bestialstwa i zbrodni, których źródłem jest nie zła wola, ale po prostu brak wzajemnego poznania [...]. Dziś, gdy w wielu częściach świata walka między narodami stała się tak okrutna, my, esperantyści, musimy pracować bardziej energicznie niż kiedykolwiek. [...]
Esperantystą jest nie ten jedynie, kto marzy o zjednoczeniu ludzkości z pomocą esperanta, esperantystą jest także ta osoba, która używa esperanta wyłącznie dla celów praktycznych, esperantystą jest również ten, kto korzysta z esperanta do zarabiania pieniędzy, esperantystą jest ten, dla kogo esperanto służy jedynie do rozrywki, w końcu esperantystą jest nawet ta osoba, która korzysta z esperanta dla celów najbardziej niegodnych i skierowanych przeciw bliźnim. Ale poza stroną praktyczną, obowiązkową dla wszystkich i wskazaną w Deklaracji, esperantyzm posiada jeszcze inną stronę, nieobowiązkową, ale o wiele ważniejszą, stronę ideową. [...]
Jeżeli my, bojownicy esperanta, z własnej woli daliśmy szerokiemu światu pełne prawo spoglądania na esperanto tylko z jego praktycznej strony i używania go wyłącznie dla naszej korzyści, nie daje to oczywiście nikomu prawa wymagania, byśmy wszyscy widzieli w esperancie jedynie sprawę praktyczną. Ostatnimi czasy niestety wśród esperantystów pojawiły się takie głosy, mówiące: "Esperanto jest tylko językiem; unikajcie nawet w prywatnych sytuacjach łączenia esperantyzmu z jakąś ideą, gdyż w przeciwnym wypadku pomyślą, że wszyscy podzielamy tę ideę - i stracimy przychylność różnych osób, które tej idei nie lubią!". Och, co za słowa! Ze strachu przed tym, że może nie zadowolimy tych osób, które same chcą używać esperanta wyłącznie dla celów im praktycznych, musimy wszyscy wydrzeć z naszych serc tę część esperantyzmu, która jest dla nas najistotniejszą, najświętszą, tę ideę, która była naczelnym celem sprawy esperanta, która była gwiazdą stale prowadzącą wszystkich walczących dla esperanta! O nie, nie, nigdy! Z żywym protestem porzucamy to żądanie. Jeżeli nas, pierwszych bojowników esperanta zmusi się, byśmy unikali w naszym działaniu wszystkiego, co ideowe, z oburzeniem porwiemy i spalimy wszystko, cośmy dla esperanta napisali, zniszczymy z bólem prace i ofiary całego naszego życia, wyrzucimy w dal zieloną gwiazdę przypiętą do naszej piersi i zawołamy z obrzydzeniem: "Z takim esperantem, które ma służyć wyłącznie celom handlu i praktycznego zastosowania, nie chcemy mieć nic wspólnego!".
Nadejdzie kiedyś czas, gdy esperanto, będąc już własnością całej ludzkości, utraci swój charakter ideowy; wtedy stanie się ono jedynie językiem, o który nie będzie się walczyć, a jedynie czerpać z niego korzyści. Jednakże dziś, gdy prawie wszyscy esperantyści są nie zyskującymi, a wojującymi, mamy wszyscy pełną świadomość, iż praca dla esperanta skłania nas nie do myślenia o praktycznej przydatności, ale do myśli o świętej, wielkiej i ważnej idei, którą język międzynarodowy w sobie zawiera. Idea ta - wszyscy doskonale ją odczuwacie - to braterstwo i sprawiedliwość pomiędzy wszystkimi ludami. [...]
Jeżeli całą, lepszą część życia dobrowolnie spędziłem na wielkich cierpieniach i ofiarach, nie pozostawiając sobie jakiegokolwiek prawa do autorstwa - czy uczyniłem to dla jakiejś korzyści praktycznej? Jeżeli pierwsi esperantyści wystawiali się nie tylko na stałe kpiny, ale wręcz na wielkie ofiary, i na przykład pewna uboga nauczycielka długi czas cierpiała głód po to tylko, by zaoszczędzić nieco pieniędzy na propagandę esperancką - czy wszyscy oni dokonali tego dla jakiejś praktycznej korzyści? Kiedy osoby często przykute do łoża śmierci pisały do mnie, że esperanto jest ostatnią pociechą ich dogasającego życia, czy myśleli wtedy o korzyści praktycznej? O nie, nie, nie! Wszyscy oni pamiętali tylko o wewnętrznej idei zawartej w esperantyzmie; wszyscy miłowali esperanto nie dlatego, że zbliża ono wzajemnie ciała ludzi, nawet nie dlatego, że zbliża ich umysły, ale dlatego tylko, iż zbliża ono ich serca.
Pamiętacie, jak pełni byliśmy zapału w Boulogne-sur-Mer. Wszystkie osoby, które uczestniczyły w tamtym kongresie, zachowały o nim na całe życie pamięć najmilszą i przepełnioną zachwytem, wszyscy nazywają go "niezapomnianym kongresem". Co więc tak wprawiło w entuzjazm uczestników kongresu? [...] Wszyscy czuliście doskonale, iż zapalają nas nie zabawy same w sobie, nie wzajemne zrozumienie samo przez się, nie praktyczna korzyść, którą esperanto pokazało, lecz wewnętrzna idea esperantyzmu, którą wszyscy odczuwaliśmy w naszym sercu. Czuliśmy, że rozpoczyna się upadek murów między ludami, odczuwaliśmy ducha braterstwa wszystkich ludzi. Mieliśmy pełną świadomość, że do ostatecznego zniknięcia murów jest jeszcze bardzo, bardzo daleko; atoli czuliśmy, że jesteśmy świadkami pierwszego mocnego ciosu przeciwko tym murom; czuliśmy, że przed naszymi oczami frunie jakiś duch lepszej przyszłości, duch jeszcze bardzo mglisty, który od tej pory stale będzie się ucieleśniał i umacniał.
[...] Ci esperantyści, którzy do naszej sprawy przynależą nie swoją głową, ale sercem, zawsze będą odczuwać i cenić w esperancie przede wszystkim wewnętrzną ideę; nie zlękną się, iż świat z kpiną nazwie ich utopistami, a szowiniści narodowi wręcz zaatakują ich ideały niczym zbrodnię; będą oni dumni z nazwania ich utopistami. Każdy nasz nowy kongres wzmocni w nich miłość do wewnętrznej idei esperantyzmu, a nasze coroczne kongresy stopniowo staną się nieprzerwanym świętem ludzkości i ludzkiego braterstwa.
Genewa, 28 sierpnia 1906[8]
W przemówieniu na otwarciu III Światowego Kongresu Esperantystów
Fakt, iż kongresujemy teraz w chwalebnym mieście uniwersyteckim Wielkiej Brytanii, ma wielkie znaczenie. Oponenci naszej idei stale nam powtarzali, że ludy anglojęzyczne nigdy do nas nie dołączą, jako że nie tylko mniej od innych ludów czują one potrzebę języka międzynarodowego, ale także umacnianie języka międzynarodowego jest dla nich wprost szkodliwe, ponieważ język taki będzie konkurował w świecie przede wszystkim z językiem angielskim, który pretenduje do roli międzynarodowego. Zobaczcie jednak, jak bardzo mylili się nasi przeciwnicy! Zobaczcie, jak licznie przystąpili już do nas Brytyjczycy, którzy tak niechętnie uczą się języków innych niż ich ojczysty! [...] Dowodzi to przede wszystkim tego, że ludzie zaczęli już rozumieć, iż język międzynarodowy niesie pożytek nie tylko ludom słabym, lecz też tym silnym; ale pokazuje to również inną rzecz, o wiele istotniejszą: że ludzie widzą w esperantyzmie nie tylko sprawę praktycznej dogodności, ale ważną ideę międzynarodowej sprawiedliwości i braterstwa, i tejże idei chcą służyć szlachetni ludzie wszystkich narodów, bez względu na to, czy ich ludy są silne, czy słabe, oraz czy sprawiedliwość międzyetniczna przyniesie im korzyść, czy stratę. [...]
Wszystko, co prowadzi do rozbijania murów pomiędzy narodami, należy do naszego kongresu. [...] Będzie można zaproponować neutralne systemy międzynarodowe, jak na przykład system walutowy, system godzinowy, kalendarz itd. - i wtedy będziemy mogli dociec, czy propozycja jest dobra czy nie, ale nie możemy mówić, że dyskusja o owych projektach przeciwstawia się naszemu programowi. Być może zaproponuje się nam organizację kilku świąt międzynarodowych, które istniałyby równolegle do odrębnych świąt każdego narodu i religii - i służyły braterskiemu łączeniu ze sobą wzajemnie narodów.
Cambridge, 12 sierpnia 1907[9]
W przemówieniu na otwarciu IV Światowego Kongresu Esperantystów
Dziś po raz pierwszy kongres nasz występuje z oficjalnym usankcjonowaniem władcy i rządu; jestem pewien, iż esperantyści wysoko ocenią wagę tego faktu; mam nadzieję, że będzie to początek tego nowego czasu, kiedy idea nasza przestanie być usiłowaniem jedynie prywatnych osób, a stanie się ważkim zadaniem rządów świata. [...]
Sam nasz język wciąż się wzbogaca i staje się giętki. Powoli stale pojawiają się coraz to nowe słowa i formy, jedne umacniają się, inne wychodzą z użycia. Wszystko dzieje się łagodnie, bez wstrząsów i wręcz niezauważalnie. Nigdzie nie pojawiają się podziały w naszym języku w zależności od różnych krajów, a im bardziej doświadczeni stają się autorzy, tym bardziej zbliżone wzajemnie jest używanie przez nich naszego języka, bez względu na wielką odległość ich miejsc zamieszkania. Nigdzie nie przerywa się ani nie ulega zepsuciu ciągłość pomiędzy językiem starym i nowym, a mimo faktu, iż nasz język mocno się rozwija, każdy nowy esperantysta czyta dzieła sprzed dwudziestu lat z taką samą łatwością, jak esperantysta ówczesny, i nie zauważa on nawet, że dzieła tamte napisano nie dziś, ale w pierwszym, niemowlęcym okresie naszego języka.
Drezno, 17 sierpnia 1908[10]
W przemówieniu na otwarciu V Światowego Kongresu Esperantystów
Na naszych kongresach los wyznaczył mi rolę choć bardzo pochlebną, to jednocześnie ciężką: jestem zmuszony przyjmować zaszczyty, które nie należą do mnie. Słusznie albo niesłusznie świat widzi we mnie zawsze naturalnego przedstawiciela grona esperanckiego, symbol esperantyzmu, esperanckiej lojalności i jedności; a ponieważ ludzie nie potrafią wyrażać swoich uczuć względem czegoś abstrakcyjnego, przeto wszelkie wyrazy sympatii i entuzjazmu dla esperantyzmu kierują się pod mój adres. [...] Oto przyczyna, dla której zawsze z ciężkim sercem jadę na nasze kongresy. Mocno, bardzo mocno chciałbym odrzucić swoją zbyt dręczącą mnie rolę i stanąć nie przed, ale pomiędzy wami; jednak sprawa nie zależy od mojej woli, zależy ona od rozmaitych okoliczności, przed którymi muszę pochylić głowę, jeśli nie chcę zaszkodzić naszemu ruchowi. Dlatego również dzisiaj stoję przed wami jako symbol waszej sprawy i waszej jedności, jako wasz konkretny przedstawiciel; przyjmuję wszystko, co przeznaczone jest dla was - i wszystko wiernie przekazuję wam, ludu esperancki.
Barcelona, 6 września 1909[11]
W liście do Komitetu Organizacyjnego VIII Światowego Kongresu Esperanto w Krakowie
W sytuacji, w której konieczne będzie mówienie o mojej osobie, możecie nazwać mnie "synem polskiej ziemi" (bo przecież nikt nie może zaprzeczyć, że ziemia, w której spoczywają moi rodzice, gdzie stale pracuję i zamierzam pracować do śmierci, chociaż nie jestem nacjonalistą, jest polska), lecz nie nazywajcie mnie "Polakiem", by nie mówiono, że - aby przyjmować honory - założyłem na siebie maskę narodu, do którego nie należę.
Aby nie zrobić jakiegoś niewłaściwego kroku, może dobrze będzie, gdy będziecie wiedzieć, do jakiego narodu sam się zaliczam. Otóż według moich polityczno-religijnych przekonań nie jestem ani Polakiem, ani Rosjaninem, ani Żydem, tylko zwolennikiem Humanitaryzmu (nie mylić z kosmopolityzmem); z pochodzenia uważam się za Hebrajczyka.
Warszawa, 14 lutego 1912[12]
W Odezwie do dyplomatów
Straszliwa wojna opanowała dziś niemal całą Europę. Gdy zakończy się masowa wzajemna rzeź, która tak bardzo hańbi cywilizowany świat, zjadą się dyplomaci i spróbują przywrócić ład w relacjach pomiędzy narodami. Do Was, przyszłych reorganizatorów, zwracam się dziś.
[...] Od Was zależeć będzie, czy świat otrzyma na długi czas, a może na zawsze, trwały pokój, czy też będziemy mieć tymczasową ciszę, którą wkrótce przerwą wybuchy międzynarodowych bitew albo nawet nowe wojny. [...]
Czy zaczniecie po prostu przerabiać i łatać mapę Europy? Czy postanowicie tylko, że skrawek ziemi A ma należeć do ludu X, a skrawek B do ludu Y? To prawda, musicie tę pracę wykonać; musi ona jednak stanowić jedynie nieistotną część Waszego zajęcia. Strzeżcie się, aby poprawianie mapy nie stanowiło całej istoty Waszych prac, gdyż pozostaną one całkowicie bezwartościowe, a wielkie krwawe ofiary, które poniosła ludzkość, pozostaną bezcelowe.
Jakkolwiek zechcecie zadowolić narody, jakkolwiek sprawiedliwi zechcecie być wobec rozmaitych ludów, nie osiągniecie niczego, przerysowując mapę, gdyż pozorna sprawiedliwość wobec jednego ludu będzie zarazem nieprawością wobec innego. Dzisiejsze czasy nie przypominają czasów antycznych: na każdym spornym kawałku ziemi pracował i przelewał swoją krew nie jeden, ale wiele narodów - i jeśli stwierdzicie, że ten czy inny teren ma należeć do tego czy tamtego ludu, Wasz czyn nie tylko będzie niesprawiedliwy: nie zlikwidujecie w ten sposób przyczyny przyszłych konfliktów. "Wyzwolenie", które przyniesiecie krajowi, będzie jedynie wykrętem oznaczającym, że danemu ludowi dacie prawo panowania nad innymi ludźmi, którzy również urodzili się, pracowali, cierpieli i mają do danego kraju takie same naturalne prawa, jak każde dziecko ma wobec swojej matki. [...]
Jedyną rzeczywiście sprawiedliwą decyzją, jaką możecie podjąć, jest: głośno obwieścić, że oficjalną, trwale ustaloną i w pełni gwarantowaną przez wszystkie europejskie państwa jest ta oto naturalna, lecz do dziś niestety nieprzestrzegana zasada: każdy kraj moralnie i materialnie na w pełni równych zasadach należy do wszystkich swoich dzieci.
Znaczy to, że w życiu prywatnym każdy obywatel każdego państwa ma pełne prawo mówić w tym języku czy dialekcie, w którym sobie życzy, i wyznawać dowolną religię; że jeśli w instytucjach państwowych używany jest jeden język państwowy lub miejscowy, to jest to jedynie wygodne ustąpienie mniejszości na rzecz większości, a nie upokarzający hołd składany panującemu narodowi. Ponieważ nazwy narodów, które nadal nosić będzie wiele krajów i prowincji, są główną przyczyną, dla której mieszkańcy jednego domniemanego pochodzenia spoglądają z wyższością na innych, to każdy kraj i prowincja powinny nosić nie nazwę jakiegoś narodu, a jedynie nazwę geograficznie neutralną.
Najlepiej byłoby, gdybyśmy zamiast rozmaitych dużych i małych państw europejskich mieli kiedyś proporcjonalnie i geograficznie zorganizowane "Stany Zjednoczone Europy". Jeśli jednak dziś jest za wcześnie na rozmowę o tym, należy przynajmniej oficjalną i zgodną decyzją opartą na powyższej zasadzie zlikwidować to wielkie zło, to niewyczerpane źródło stałych walk, które wywołuje identyfikowanie kraju z narodem. Gdy zasada ta zostanie oficjalnie przyjęta i zagwarantowana przez wszystkie państwa europejskie, zniknie główna przyczyna wojen, stałego lęku i niekończących się zbrojeń. [...]
Gdy w całej Europie zapanuje absolutna sprawiedliwość polityczna, to znaczy naturalna, wszędzie i dla wszystkich równa, gdy w każdym kraju wszyscy mieszkańcy będą moralnie i materialnie w pełni równi, gdy kraje nie będą dłużej nosić nazw narodów, gdy język państwowy nie będzie miał już charakteru szowinistycznego i upokarzającego i nie będzie podziału na narody-władców i narody-poddanych - wtedy zniknie przyczyna wojen międzyetnicznych; wtedy każdy człowiek będzie mógł spokojnie żyć w swojej naturalnej, jedynie prawdziwej i szczerze kochanej ojczyźnie, nie będzie musiał się więcej bać, że ktoś może mu ją "zabrać", i nie będzie musiał marzyć o odebraniu ojczyzny innym ludziom.
Wiem doskonale, że nienawiść między narodami nie zniknie nagle, w jeden dzień, jakąkolwiek decyzję podjęliby dyplomaci. Ale dla tej sprawy będą później pracować osoby prywatne, poprzez kazania, nauczanie, przyzwyczajanie itp. Od Was, dyplomaci, oczekujemy tylko, że dacie nam szansę, aby to robić. Wzajemna nienawiść między różnymi narodami świata nie jest niczym naturalnym, tak jak naturalnym nie jest wzajemna nienawiść pomiędzy rodzinami jednego narodu. Nienawiść powoduje jedynie - oprócz łatwo usuwalnego braku zrozumienia i poznania - istnienie ludów uciskających i ludów ciemiężonych, ślepy egoizm, skłonność do oskarżania jednych i naturalną reakcję drugich. Łatwo jest zbratać ludzi wolnych i równych w prawach, jednak niemożliwe jest zbratanie ludzi, wśród których jedni widzą siebie pełnoprawnymi panami innych.
Gdyby nawet jedyną rzeczą, którą uczynicie, było usunięcie etnicznych nazw krajów (sprawa prosta do wykonania), samo to byłoby rzeczą niezwykle ważną, otworzylibyście nową erę w historii Europy. Ponieważ w kraju z neutralną nazwą wcześniej czy później osiągalna będzie naturalna pełna równość wszystkich jego mieszkańców, czego nigdy w pełni i na stałe nie osiągnie się w kraju noszącym nazwę narodu, jako że nieszczęsna nazwa nie tylko uzasadni najpodlejsze niesprawiedliwości w wieloetnicznych krajach wschodniej Europy, ale nawet w krajach bardziej cywilizowanych będzie zaprzątała umysł bodaj najuczciwszych obywateli, wspierając tam opinię i uczucie, iż kraj przynależy do tego tylko narodu, którego nazwę nosi, a wszystkie pozostałe narody są w nim obce. [...]
Po straszliwej, wyniszczającej wojnie, która postawiła ludzkość niżej od najdzikszych zwierząt, Europa będzie oczekiwać od was pokoju. Oczekuje ona nie tymczasowego zawieszenia broni, lecz trwałego pokoju, jedynego, który godzien jest cywilizowanej rasy ludzkiej. Lecz pamiętajcie, [...] że jedynym środkiem do osiągnięcia takiego pokoju jest usunięcie raz na zawsze głównej przyczyny wojen, barbarzyńskiej pozostałości po najdawniejszych czasach: rządzenia jednych narodów nad innymi narodami.
Warszawa, koniec 1914[1]
Wimereux k. Boulogne-sur-Mer, 6 sierpnia 1905. Wyścigi konne podczas I Światowego Kongresu Esperanto. Przy stole siedzą, od lewej: francuski esperantysta Alfred Michaux, Klara i Ludwik ZamenhofowieFot. Henri Caudevelle / forum / RSW / Forum
Leo Belmont, pisarz, założyciel Polskiego Związku Esperantystów, w mowie podczas pogrzebu Ludwika Zamenhofa
Ludwik Zamenhof, duch genialny, twórca dzieła, ogarniającego miłośnie wszystkie narody ziemi, prorok, wiodący je możnością wzajemnego zrozumienia na drogę braterstwa - nie umarł, bo jest nieśmiertelny! Zamknięte czasu wojny okrutnej granice nie pozwoliły tłumnym orszakom jego czcicieli i uczniów podążyć ze wszystkich kresów ziemi i pochylić w hołdzie zielonych sztandarów esperanta u świętej trumny drogiego mistrza. Odprowadza go w podróż ostatnia tylko znikoma garść ludzka. Bo prawem fatalnym, co ciąży nad wszystkimi wielkimi duchami, które pracują dla przyszłych pokoleń i długich stuleci - genialne dzieło Zamenhofa jeszcze nie jest zrozumiane i ocenione przez ogół wartości. Lecz nie dziwimy się temu... Bośmy w tym orszaku żałobnym, Jego uczniowie i wielbiciele, ogromu Jego dzieła i płodnych tegoż skutków dziś zmierzyć nie jesteśmy w stanie. Nie starczy na to wyobraźni.
Wszakże ten człowiek, którego dziś tak skromnie, tak bez rozgłosu chowamy - człowiek zrodzony kiedyś w ubogiej żydowskiej dzielnicy Białegostoku na ziemi polskiej, kryjący się gdzieś na ulicy Dzikiej [w Warszawie] - z tej ulicy po stopniach chwały trafił do wielkich środowisk Europy i Ameryki i odbierał hołdy monarsze od przedstawicieli najświetniejszych kultur i rozentuzjazmowanych w dni dziewięciu kongresów tłumów!... [...] ?
Cześć dla Zamenhofa wybuchała gorącym płomieniem miłości u wszystkich narodów różnojęzycznych, wśród których się pojawiał. To była cześć dzieci dla ojca - miłość uczniów dla mistrza. Żaden wielki człowiek nie stykał się bezpośrednio, jak on, z synami i córami tylu narodów. Był to - bez przesady mówiąc - najbardziej ukochany wśród narodów całego świata mąż epoki bieżącej. I chwała jego będzie jedyną. Bo widzą jasno poprzez mgły przyszłości ową chwilę, gdy we wszystkich stolicach świata staną jego pomniki!
A wróżba ta nie zdziwi nikogo, kto wie, że był on jedynym człowiekiem, co za życia już doczekał się pomnika na obczyźnie! Ma Ludwik Zamenhof świetny monument w Franzensbadzie [obecnie Franciszkowe Łaźnie]. [...]
Mowa, którą tworzył, dotarła do krańców Oceanu Spokojnego i Atlantyku, obiła się o mury Port Artur [obecnie Lüshun] i Madrytu, rozbrzmiała w Bombaju, Pekinie i Jokohamie, dosięgła puszcz Brazylii, cieśnin Meksyku i miast Stanów Zjednoczonych, trąciła także o fiordy szwedzkie, o skały Szkocji i zielone brzegi Anglii, przeszła nad szczytami Alp i przeskoczyła przez Morze Śródziemne, i znalazła ogniska na wybrzeżach północy i południa Afryki, w australijskim Sydney - rozbrzmiała z kazalnic w kościółkach katolickich Krakowa i znalazła serca bijące miłością we wszystkich częściach świata na obu półkulach globu! [...]
Zamknął oczy już nazbyt zbolałe od widoku okrucieństw i spustoszeń wojny i cicho odszedł od nas, kiedy już odejść miał prawo - kiedy świat otwiera oczy ze zgrozą na bezmyślność powszechnych rzezi i zbrodni, a stęsknione ręce wyciąga do mądrego pokoju pod znakiem zbratania się wolnych i równych ludów!
Nieporozumienie nazywało ten czysty idealizm Zamenhofa kosmopolityzmem, zapominając, że on li sercem i czynem wyznawał to, co inni wyznają tylko ustami i co jest wieczystą religią ideału! Ale on był dobrym synem ziemi, na której się urodził: bo w jego duszy właśnie dłużyło się potężnym echem słowo jej wieszcza Mickiewicza, który nawet nieprzyjaciołom swej ojczyzny na dalekiej północy zwiastował sercem gołębim wolną jutrzenkę i który o ludzie wygnańczym, przybyłym ze Wschodu, mówił nie inaczej, jak: "bracia moi starsi Izraelici".
(Warszawa, 16 kwietnia 1917)[5]
Hector Hodler, szwajcarski pionier ruchu esperanckiego, w przemówieniu na zebraniu esperantystów
Zwróćcie uwagę na ów istotny fakt: Zamenhof stworzył esperanto nie dlatego, że doszedł do wniosku, iż język międzynarodowy jest bardzo pożądany dla wzajemnego zrozumienia intelektualistów; nie działał jak naukowiec na rzecz świata nauki, działał jak człowiek na rzecz ludzkości. Nie stworzył esperanta dla celu czysto naukowego, lingwistycznego, lecz stworzył je dla społecznego celu, dla ogółu. Widział w esperancie środek, z pomocą którego ludzie, ponad barierą narodowości i języka, będą mogli się wzajemnie rozumieć, nawiązywać stosunki w pełnej równości i sprawiedliwości, ponieważ wszyscy będą stać na tym samym neutralnym gruncie. Ta idea go trapiła; idea ta go napędzała, inspirowała, podtrzymywała go, kiedy w obliczu ogromu stojącego przed nim dzieła czuł, że brak mu sił. [...] Tym jest określana przez niego wewnętrzna idea esperantyzmu. Nie jest ona dodatkiem, poboczną, oddzielną, prywatną opinią twórcy esperanta, jak sądzą niektórzy esperantyści przyciągani do naszej sprawy wyłącznie jej stroną językową; jest to dusza naszego ruchu, która czyni z niego coś głębokiego, coś swoim znaczeniem wielkiego.
A jednak - i tu leży ważna nauka - Zamenhof był nie tylko idealistą, człowiekiem marzącym w swoim gabinecie o poprawie losu ludzkości. Był on, nie porzucając niczego ze swojego idealizmu, człowiekiem czynu. Nie należy on do tego grona gadatliwych, ale ociągających się mędrców - tych, których zadowalają górnolotne frazesy czy teoretyczne projekty, które, choć doskonałe, nigdy nie będą zrealizowane. On, doszedłszy do przekonania, że jedynie neutralny język ludzki będzie w stanie rzeczywiście ułatwić stosunki między narodami, odważnie pracował na jego rzecz. Myśląc, tworzył. Co czuł, to urzeczywistniał w formie konkretnego, dokładnego dzieła, i w tym to leży oznaka prawdziwego, użytecznego geniuszu: w harmonijnym zjednoczeniu, współdziałaniu myśli oraz czynu.
Inni przed i po nim marzyli o ułatwieniu stosunków międzyludzkich; inni wypracowywali projekty językowe i poświęcali życie na szczegółowe, techniczne prace w dziedzinie języka sztucznego, ale żaden z nich nie powiązał tak blisko wzniosłego myślenia z praktycznym tworzeniem, z tą głęboką znajomością potrzeb i żywotnych postulatów, która zawsze była u niego silna.
Kolejna oznaka jest charakterystyczna i posiada ją każdy prawdziwy twórca: niczego nie bierze od innych, ale sam tworzy, sam cierpi za swoje dzieło, sam je ulepsza. Nigdy nie widzieliście, żeby Zamenhof radził się opasłych tomów lingwistycznych i czuł potrzebę zbadania wszystkich możliwych teorii istoty języków, natomiast wszystko, co potrzebne, znajdował w życiu, oglądając swoje miasto Białystok, będące dla niego jakby miniaturowym, lecz w pełni wiernym obrazem szerokiego, współczesnego świata, z jego międzyplemiennymi waśniami, jego przeciwieństwami językowymi, jego rasowymi szowinizmami. [...] Wszystko czuł i wynalazł sam, stale rozważając swoje ustalenia, nie jako krytyk, ale jako twórca oświecony przemożnym ideałem, jako człowiek, który w odrębnościach poszukuje tego, co wspólne, istotne, w końcu neutralne. Tym samym dochodzimy do naprawdę oryginalnego charakteru naszego mistrza: poczucia międzynarodowości. Dla stworzenia języka międzynarodowego zawierającego elementy naturalne, dla urzeczywistnienia tej syntezy istniejących języków koniecznym było, aby człowiek, który miał odwagę się tego podjąć, sam uniósł się ponad swój lud i język, rozszedł się duchem poza granice swojej ojczyzny, wniknął w sposób myślenia rozmaitych narodów, poznał nie tylko surową materię języków, słowa i formy, ale i życie, własnego tych języków ducha; sprawą niezbędną było wejście w nie, odrzuciwszy wszelkie więzy narodowe, rasowe czy językowe, poszukiwanie w tym gęstym splocie wielokolorowych tkanin czegoś dostatecznie wspólnego, dostatecznie akceptowalnego dla wszystkich narodów, czegoś, w czym każdy odnajdzie cząstkę swojego ukochanego języka, w czym respektowane są uczucia narodowe w ich pozytywnym wymiarze. Prawdziwie gigantyczna i niewykonalna wydawała się ta mozolna praca. Sam rozum nie był w stanie jej podołać. Zamenhofowi się jednak powiodło. Choć mieszkał w jednym kraju, potrafił się unieść ponad granice narodów; umiał być międzynarodowym, nie w tym sensie, że wszystko uprościł i wyrównał zgodnie ze swoją jedyną teorią - co było proste - ale w tym znaczeniu, że z różnorodności wydobył coś wspólnego, jednolitego, co owej różnorodności nie zabija, lecz czerpie z niej swoje życie i wdzięk. Można by wykazać, że to uczucie jest wytworem naturalnym, iż życie w mieście czy kraju, który zamieszkuje tyle rozmaitych narodów, że widowisko ich różnic, poszukiwanie jakiegoś wspólnego i przez wszystkich akceptowalnego narzędzia porozumienia wyostrzyło jego poczucie międzynarodowości. Jakkolwiek było, w esperancie stworzył on jedność, równowagę, harmonię wszystkich sposobów myślenia. Język nie jest ani szczególnie romański, ani specjalnie germański czy słowiański; każdy odnajdzie w nim coś z tych systemów językowych - ale jakże cudowna jest obopólna kombinacja, scalenie, wzajemna neutralność tych poszczególnych części! Jak samodzielnym i oryginalnym przedstawia się rezultat tego tkania, nasze esperanto, które wygląda nie jak kostium arlekina, ale jak najprawdziwszy język posiadający własnego ducha dzięki harmonijnemu geniuszowi, który połączył jego podstawowe części, oraz dzięki życiu, które za sprawą nas, jego użytkowników, z niego promieniuje.
(Genewa, 15 grudnia 1919)[6]
Spis źródeł
1. "The British Esperantist" nr 4/1915, tłum. za: Ludwik Zamenhof, Po Wielkiej Wojnie. Odezwa do dyplomatów, tłum. Przemysław Wierzbowski, strona internetowa Białostockiego Towarzystwa Esperantystów, https://espero.bialystok.pl/.
2. Dr Esperanto [Ludwik Zamenhof], Język międzynarodowy. Przedmowa i podręcznik kompletny, Warszawa 1887.
3. List do Alfreda Michaux, Warszawa, 21 lutego 1905, [w:] Walter Żelazny, Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Zakład Wydawniczy "Nomos", Kraków 2012.
4. List do Nikolaja Afrikanowicza Borowko, 1895 [w:] Walter Żelazny, Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Zakład Wydawniczy "Nomos", Kraków 2012.
5. "Nowa Gazeta" nr 186/1917 z 18 kwietnia 1917.
6. La Verko de Zamenhof. Parolado farita ?e la ?enevaj Esperantistaj grupoj, okaze de la Zamenhofa Jubileo de H. Hodler, Vic-Prezidanto de U. E. A., Wikisource, tłum. Przemysław Wierzbowski.
7. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na pierwszym Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/.
8. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na drugim Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/
9. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na trzecim Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/
10. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na czwartym Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/.
11. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na piątym Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/.
12. Walter Żelazny, Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Zakład Wydawniczy "Nomos", Kraków 2012.
Ignacy Jan Paderewski
Ignacy Jan Paderewski
1860-1941
trybun polskiej niepodległości
architekt nowej Europy
pianista-wirtuoz
We wspomnieniach
Wojna została wypowiedziana. Przyszłość Europy, a może i całego świata zagrożona, a z nią zagrożona cała ludzkość. Nowy świat, nowa epoka rozpoczynały się. Także dla mnie zaczynała się nowa epoka - epoka innej, nieprzewidzianej, a jednak przeznaczonej mi kariery. "Następuje koniec mego dotychczasowego życia artysty i to na czas dłuższy - pomyślałem - a może nawet na zawsze".
Morges (Szwajcaria), lato 1914[11]
W odezwie do Polaków w Ameryce w imieniu Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce
Jestem Polakiem, wiernym synem Ojczyzny. Myśl o Polsce wielkiej i silnej, wolnej i niepodległej była i jest treścią mego istnienia, urzeczywistnienie jej było i jest jedynym celem mego życia. Choć większość lat przeżytych spędziłem wśród obcych, nie sprzeniewierzyłem się jej ani na chwilę i nie sprzeniewierzę nigdy.
Nowy Jork, 22 maja 1915[1]
W przemówieniu na wiecu Polaków (pod pomnikiem Tadeusza Kościuszki)
Od samego początku naszego istnienia, gromadząc własne ziemie, własne jednocząc plemiona, broniliśmy rozproszonej, dręczonej, mordowanej, tępionej przez Niemcy Słowiańszczyzny. Wszelako już w zaraniu dziejów przypadło nam spełniać zadanie, którego żaden inny nie podjął się naród. [...] Staliśmy się strażnikiem całej Europy, obrońcą całego chrześcijaństwa, orędownikiem wolności całego Zachodu. I rosły, i rozwijały się, bogaciły się i potężniały europejskie ludy we względnym spokoju, swarząc się tylko między sobą, bo od istotnego, groźnego niebezpieczeństwa bronił ich stale, wytrwale i skutecznie Naród Polski, stojąc u bram Wschodu, krew swoją bez ustanku przelewając za ich wolność. [...]
Upadliśmy, ale nie sami! Upadło wraz z nami wszystkich cywilizowanych narodów sumienie i nie oczyści się ono z błota i nie podniesie zgoła, aż my powstaniemy!
Chicago, 30 maja 1915[1]
We wspomnieniach
Po moim przybyciu do Ameryki nie zetknąłem się z objawami wielkiej sympatii dla krajów alianckich. Nie rozumiano ich, a niemałą rolę odgrywała tu świetnie prowadzona propaganda niemiecka. [...] Przybyłem do Ameryki z zamiarem obudzenia tam zainteresowania i sympatii dla mego kraju. Sądziłem, że wojna będzie trwała długo i że Ameryka zostanie moralnie zmuszona do wzięcia w niej udziału. Zgodnie z moimi dążeniami i pragnieniami, konieczne dla dobra mego kraju było przystąpienie Ameryki do wojny. Oczywiście nie mogłem o tym mówić ani też czynić nic, co mogłoby sugerować, że prowadzę w tym kierunku propagandę. [...]
Propagowanie [amerykańskiej filii] Komitetu [Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce] rozpocząłem tak naprawdę dopiero jesienią 1915; zatonięcie "Lusitanii" [7 maja 1915] mi w tym pomogło [Amerykanie oskarżali Niemców o zatopienie brytyjskiego statku]. [...] Rozpocząłem zwyczajowe wizyty, wybierając takie a takie nazwiska, składając różnym ludziom wyrazy szacunku i prosząc o przystąpienie do Komitetu. [...] Z każdej strony spotykałem się z niechęcią. [...]
Przeglądając gazety, [...] otworzyłem niedzielny dodatek do "Timesa". Spojrzałem na zdjęcie pięknej, trudnej do wymazania z pamięci twarzy. Nie czytając podpisu, powiedziałem do siebie: "Chciałbym poznać tego człowieka". Potem dostrzegłem nazwisko: pułkownik Edward Mandell House. Przeczytałem tekst obok zdjęcia. Pułkownik House cieszył się największym zaufaniem prezydenta Wilsona, był jego doradcą. Prezydent wysyłał go już dwa razy z misją pokojową do Europy. Pomyślałem: "To człowiek, który musi mi pomóc, i zrobię wszystko, by się z nim spotkać".
Nowy Jork, jesień 1915[11]
W przemówieniu do Amerykanów podczas koncertu-benefisu poświęconego pomocy dla Polski
Największym nieszczęściem Polski jest jej położenie geograficzne. Na samym krańcu Europy, bez naturalnych granic od niespokojnego Wschodu, przeznaczeniem Polski było zawsze bronić się, jako pierwsza, przed ciosami Tatarów i Mongołów, przed najazdami Turków. [...] [W 1683 roku] polska krew uratowała chrześcijaństwo, polska odwaga uratowała zachodnią Europę przed nieuniknioną inwazją, od niechybnego zniszczenia.
Jak szczęśliwe są kraje zachodniej Europy! Mogły one mniej lub bardziej normalnie zająć się własnymi sprawami, rozwinąć handel i przemysł, gromadzić bogactwa, mogły oddać się nauce, sztuce, cieszyć się przyjemnościami życia, bo między nimi a prawdziwym niebezpieczeństwem stał niewzruszony mur strzegący ich dobrobytu, mur zbudowany z piersi polskiej szlachty. [...]
Całemu naszemu narodowi grozi zagłada - wyginie z głodu. Jeśli pomoc nie nadejdzie niezwłocznie, jeśli zawiedzie hojność tego jedynego wielkiego narodu, który może nam udzielić wsparcia, wkrótce nie pozostanie na polskiej ziemi nikt, prócz obcych żołnierzy. [...] Wierny polskiej tradycji, zgodnie z duchem naszych przodków, nie szukam wsparcia jedynie dla tych, co są mojej krwi lub wiary, ale dla wszystkich, bez różnicy rasy, wyznania lub poglądów, dla wszystkich, którzy dzielą to nie do opisania nieszczęście mojego kraju.
[...] Proszę was: mówcie o Polsce waszym życzliwym, dobrym przyjaciołom. Powiedzcie im, że hen, daleko od waszego kwitnącego, zasobnego, szczęśliwego kraju, żyje w ogromnej nędzy wielki naród, zgnębiony biedą, a jego cierpienia przekroczyły wszelkie granice ludzkiej wytrzymałości.
Chicago, 5 lutego 1916[11]
We wspomnieniach
Połączone komitety pomocy wszystkich krajów, które miały siedziby w Nowym Jorku, zwróciły się do prezydenta Wilsona z prośbą o audiencję. Oczywiście zatelefonowano także do mojego Komitetu i poproszono, bym jako przewodniczący przyłączył się do nich. Prezydent [...] wyznaczył na audiencję dzień 6 listopada, to jest nazajutrz po wydaniu i opublikowaniu na całym świecie wspomnianego manifestu [Aktu 5 listopada - zapowiedzi utworzenia Królestwa Polskiego pod niemieckim i austriackim protektoratem]. Pojechałem. [...]
Rozmawiałem z prezydentem blisko dwie godziny. Zapytał o manifest, który mu objaśniłem, a potem powiedział do mnie:
- Jestem bardzo zadowolony, słysząc, że pan potwierdza moją opinię.
[...] 6 listopada spotkałem się z prezydentem, a 7 listopada został on ponownie wybrany na ten urząd. [...] Teraz wypadki potoczyły się bardzo szybko. Byłem niemal pewien, że ogłoszenie deklaracji wojny jest sprawą miesięcy, jeśli nie tygodni [Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny 6 kwietnia 1917], i spowodowałem, że moi rodacy - kilka dużych polskich organizacji w Stanach Zjednoczonych - dokonali pewnych ważnych rzeczy. Oświadczyłem im, że powinniśmy mieć własną armię i trzeba natychmiast zorganizować szkołę oficerską. [...]
Moja pozycja wśród Polaków amerykańskich i Amerykanów polskiego pochodzenia bardzo okrzepła. Wiedzieli, jak pracuję i że pracuję nie dla siebie. Pokładali we mnie całą ufność. [...]
Dzięki moim rosnącym wpływom w Waszyngtonie, dzięki wszechstronnym powiązaniom, moim przemówieniom i staraniom tak bardzo mi zaufano, że pewnego dnia otrzymałem [...] dokument [...] - pełnomocnictwo do działania w każdej sprawie dotyczącej Wychodźstwa i Polski, bez zasięgania ich [reprezentacji polskiej w Chicago] rady i bez ich kontroli.
Nowy Jork, listopad 1916[11]
W memoriale dla prezydenta Stanów Zjednoczonych Woodrowa Wilsona
Nie biorąc pod uwagę faktu, że w obecnej wojnie ponad dwa miliony żołnierzy mówiących po polsku zostało zmuszonych do walki bratobójczej, mocarstwa wojujące, zarówno centralne, jak i sojusznicze, upierają się przy nazywaniu Polski małym narodem. Byłoby to obrazą, jeśli nie nonsensem. [...] Terytorium Polski przed jej pierwszym rozbiorem w roku 1772 obejmowało 763.940 kilometrów kwadratowych. [...] Jest w Europie ponad 23 miliony osób czystej - bez domieszki - rasy polskiej, 35 milionów mówi po polsku, a jeszcze 15 milionów doskonale rozumie po polsku. Gdyby Polska była zupełnie wolna, jej dawne granice przywrócone, mielibyśmy naród o 54 milionach ludzi, tak jednolity jak Francja [...]. Od samego początku swego politycznego istnienia, Polska była tym, czym Ameryka jest dziś: bezpieczną ucieczką dla uciskanych ludzi, wygodnym schronieniem dla prześladowanych religii i opinii. [...]
Zło rodzi zło. Zbrodnia rozbiorów Polski okazała się zgubna dla Europy i jej ludów. Zniszczyła ona równowagę sił politycznych w starym świecie. Ustanowiła i usankcjonowała system politycznego, gospodarczego i religijnego ucisku mniejszych narodów, stworzyła atmosferę zbrodni, która panuje w Europie od 142 lat i która, jak się wydaje, sięgnęła teraz szczytu.
W interesie ludzkości, dla dobra wolności i sprawiedliwości, sprawa polska musi być rozwiązana przez odbudowę całego państwa polskiego. [...]
Składniki odbudowy Polski są następujące: Wielkie Księstwo Poznańskie, [...] Prusy Zachodnie, [...] Prusy Wschodnie, [...] Śląsk Pruski, [...] Galicja, [...] Śląsk Austriacki, [...] Hrabstwa Spisz i Orawa, [...] Królestwo Polskie, [...] Litwa, [...] Biała Ruś, [...] Ruś. [...]
Idea neutralnego, biernego państwa buforowego, które miałoby stać się dla potężnych sąsiadów terenem rozgrywek w czasie pokoju i polem bitwy na czas wojny, musi być wyeliminowana. [...] Jeśli ma ona [Polska] żyć i zająć ponownie swoje miejsce w europejskiej rodzinie narodów, musi się stać tym, do czego jest uprawniona: silnym i niepodległym państwem.
W odnowieniu Polski prawa historyczne, wyznanie ludności - jakkolwiek ważne - nie mogą być uznane za jedyne decydujące czynniki. Racje polityczne, ekonomiczne i moralne są o wiele bardziej istotne. Umysłowość, uczucia, dążenia różnych ludzi, ich niewątpliwe prawo do pokojowego i stopniowego rozwoju muszą być brane pod uwagę. Im więcej różnorodności, tym więcej potrzeba harmonii. [...] Nowe państwo musi być zbudowane harmonijnie. Musi mieć siłę do obrony, jak i moc wewnętrznie go podtrzymującą. Rozsądna konstytucja i sprawiedliwe prawodawstwo winny zapewnić maksimum rozsądnej wolności zarówno jednostkom, jak i zbiorowościom.
Odnowiona Polska winna przybrać kształt Stanów Zjednoczonych Polski, obejmujących: Królestwo Polski, Królestwo Litwy, Królestwo Polesia, Królestwo Galicji-Podola, Królestwo Wołynia. [...]
Prezydent Stanów Zjednoczonych Polski, by zadowolić dzielnicowe ambicje mieszkańców i wzmocnić swą władzę, winien nosić tytuł króla Polski, króla Litwy, króla Polesia, króla Galicji. [...]
Słowo o przyszłości Prus Wschodnich: mogą stać się one księstwem, republiką lub wolnym miastem Królewcem i wciąż pozostać niemiecką własnością, chociaż oddzieloną przez Polskę od ojczyzny.
Nowy Jork, 11 stycznia 1917[10]
W drugiej części memoriału dla prezydenta Woodrowa Wilsona
Prusy Wschodnie z etnograficznego punktu widzenia są niemiecką wyspą na polskim morzu, odległą wyspą, odciętą zupełnie od Niemiec zwartą masą ludności polskiej na lewym brzegu Wisły, aż do Morza Bałtyckiego. [...]
Niemcy, którzy wchodzą w kontakt z Polakami, bardzo szybko polonizują się i to tylko z jednej przyczyny - dzięki wpływowi polskiej kultury. [...] Ta niemożność oparcia się polskiej kulturze ducha jest główną przyczyną walki między tymi dwiema rasami, jest niczym innym, jak tylko objawem instynktu zachowawczego. Walka ta może być z łatwością zneutralizowana przez ustanowienie granicy politycznej między obydwoma narodami.
Kraj ten [Prusy Wschodnie], jako morskie wybrzeże Polski, otoczony ze wszystkich stron przez Polaków, ulega z pewnością naturalnemu ciążeniu ku dolinie Wisły. Ten milion niemieckich poddanych, rzuconych przeznaczeniem historii do słowiańskiego kraju, nigdy nie będzie wiele znaczył dla Niemiec, a odgradza on 25-milionowy naród od morza, do którego ma on prawo zgodnie z naturą, geografią i historią. [...]
Jeśli Polska ma istnieć jako wolny kraj, a z pewnością takim będzie, bo taka jest wola 25 milionów ludzi i chodzi tu o trwałość europejskiego pokoju, o swobodny rozwój demokracji, ludzkości i cywilizacji, to Polska nie może istnieć bez Gdańska. [...] Dla Polski Gdańsk jest oknem na cały świat [...], jako port zjednoczonej Polski będzie naturalnym i jedynym wyjściem dla jej całego handlu zagranicznego, olbrzymim składem eksportowym i importowym kraju, który zajmuje siódme miejsce wśród państw europejskich. [...]
Jednym słowem to, co na mapie Europy nosi miano Śląska, Poznania, Zachodnich i Wschodnich Prus, to właśnie Polska.
Waszyngton, 11 stycznia 1917[10]
We wspomnieniach
22 stycznia prezydent Wilson dokonał czegoś, co praktycznie oznaczało całkowitą zmianę statusu mojego kraju. Do tej chwili wszystkie rządy w Europie uważały problem Polski za sprawę dotyczącą jedynie trzech mocarstw zaborczych, a więc za wewnętrzną sprawę Rosji, Prus i Austrii. W swym orędziu do Senatu [USA] prezydent oświadczył: "Mężowie stanu są wszędzie zgodni, że winna istnieć zjednoczona, niepodległa i samorządna Polska z dostępem do morza". W ten sposób sprawa Polski stała się sprawą międzynarodową. [...] Prezydent Wilson był wówczas "superarbitrem" całego świata, zajmował stanowisko, jakiego nigdy przedtem nie zajmował żaden człowiek w historii ludzkości; dlatego jego oświadczenie potwierdziły wszystkie rządy.
Nowy Jork, 22 stycznia 1917[11]
W komunikacie Wydziału Narodowego Polskiego Centralnego Komitetu Ratunkowego w Ameryce, którego celem była pomoc materialna dla rodaków w Polsce
Sprawa polska - wskutek wiekopomnego orędzia prezydenta Wilsona z 22 stycznia, następnie wybuchu rewolucji rosyjskiej [lutowej], wreszcie wdania się Stanów Zjednoczonych z całą ich finansową potęgą i nieprzebranymi zasobami w żywności, amunicji i materiale ludzkim w wojnę po stronie państw alianckich - wybiła się na pierwszy plan międzynarodowych zagadnień politycznych obecnej doby. Punkt ciężkości dyplomatycznych zabiegów, mających polskiej sprawie zapewnić jak najpomyślniejsze rozwiązanie, przeniósł się bezwzględnie na teren waszyngtoński, czyli tam, skąd padły i lotem błyskawicy rozeszły się po świecie pierwsze silne i męskie słowa stwierdzające ten pewnik, że: Polska musi być zjednoczona i niepodległa, jeżeli ma zapanować trwały pokój na ziemi.
Waszyngton, maj 1917[1]
We wspomnieniach
Sytuacja Polski natychmiast się zmieniła. W konsekwencji, a było to ważne następstwo tego oświadczenia, Francja oficjalnie uznała Armię Polską w tym kraju. [...] Został utworzony Komitet Narodowy Polski w Paryżu pod przewodnictwem Romana Dmowskiego. Poproszono mnie od razu o przyjęcie członkostwa Komitetu jako jego przedstawiciela w Waszyngtonie. [...] Od tej chwili w Waszyngtonie traktowano mnie oficjalnie jako przedstawiciela narodu polskiego.
Sierpień 1917[11]
W oświadczeniu pożegnalnym przed wyjazdem z USA
Polska będzie wolnym krajem i wolnymi będą jej obywatele. W sławnej i silnej Rzeczpospolitej demokratyczna konstytucja Polski zapewni wolność i równość każdemu obywatelowi, bez względu na jego pochodzenie, rasę, religię czy poglądy polityczne.
Nowy Jork, 23 listopada 1917[6]
W przemówieniu na zebraniu amerykańskiej Ligi Bezpieczeństwa Narodowego
Jak długo Polska - zjednoczona, niepodległa, z dostępem do morza - nie zostanie odbudowana, jak długo Czechy, Morawy i Słowacja nie będą wolne, jak długo ludy jugosłowiańskie nie zostaną wyzwolone i zjednoczone i dopóki nie powstanie nieprzezwyciężony mur od Bałtyku po Adriatyk zbudowany z ponad 54 milionów zachodnich Słowian, zdecydowanych, wysoko cywilizowanych - dopóty nie będzie końca ambicjom Prus. Nie tylko Europa nie będzie bezpieczna dla demokracji, ale nawet wasza - jakkolwiek wielka, zaradna i potężna Republika - a będzie w wielkim niebezpieczeństwie.
Nowy Jork, 3 marca 1918[2]
W przemówieniu z okazji przyjazdu wojskowej misji Armii Polskiej we Francji
Chcemy dla siebie ziem od wieków naszych, nam należnych, z dostępem do morza, ale chcemy również wolności dla wszystkich Słowian, dla Czechów, Morawian, Słowaków, Serbów, Kroatów i Słoweńców - my chcemy dla nich, jak dla siebie, pełnej niepodległości - jako warunku światowego pokoju.
Polska misja wojskowa przyszła tu [z Francji] opowiedzieć o niebywałych gwałtach niemieckich i wywożeniu przez nich z ziem polskich całego dobytku. Opowie misja, że trzeba tu równie gorąco być [walczyć] z Polakami i z aliantami za całość Stanów Zjednoczonych, za całość Polski.
Nowy Jork, 22 marca 1918[10]
W oświadczeniu w imieniu Komitetu Narodowego Polskiego w związku z kwestią żydowską
Naród polski jest obecnie ożywiony jedną myślą, a mianowicie, że program Polski niepodległej, zjednoczonej, obejmującej także ziemie, które jej dają dostęp do morza, został ogłoszony przez rządy sprzymierzone, zgodnie z piękną inicjatywą prezydenta Wilsona.
Polacy witają z radością enuncjację sprzymierzonych mężów stanu, dotyczącą narodów uciśnionych przez panowanie austriackie, w przekonaniu, że całkowite ich wyzwolenie stanowi warunek nieodzowny odbudowy Polski.
Polska, [...] świadoma swych praw nieprzedawnionych, domagając się pełnej i absolutnej niepodległości, pragnie, by wszystkie ludy były wolne; toteż, skoro będzie panią siebie, zabezpieczy każdemu obywatelowi polskiemu bez różnicy rasy czy religii pełnię praw politycznych, zgodnie z zasadami równości, wolności, sprawiedliwości.
Stany Zjednoczone, sierpień 1918[12]
We wspomnieniach
Od 30 maja 1915 do 10 listopada 1918 wygłosiłem 340 przemówień po polsku i po angielsku. Większość oczywiście po polsku. Musiałem przemawiać na mityngach politycznych, w stowarzyszeniach charytatywnych i komitetach. Mówiłem na zgromadzeniach rzymskokatolickich, na dwudziestu zjazdach księży, na których bywało od pięciuset do ośmiuset uczestników.
[11]
W wystąpieniu podczas pierwszego posiedzenia Sejmu Ustawodawczego (jako premier i minister spraw zagranicznych)
Po władzę nie sięgałem nigdy, nie uśmiechała mi się ona zgoła i, doprawdy, w tej chwili także się nie uśmiecha. Władza to jarzmo, to najgorsza niewola. Ale gdy ze wszech stron i ze wszystkich stronnictw zapewniano mnie, iż mogę być pożyteczny, iż mogę stać się tym cementem, co potrafi choć na krótko spoić te stronnictwa, iż mogę oddać usługi Ojczyźnie, nie zawahałem się i oto wkładam dumny kark w to jarzmo; przyjmuję niewolę w nadziei, że mi ten ciężar lżejszym uczynicie.
Warszawa, 14 stycznia 1919[4]
W wystąpieniu podczas posiedzenia Sejmu
Nie jestem zgoła imperialistą - i aczkolwiek ze względu na jedność, siłę i bezpieczeństwo państwa, przyznając wszystkim zupełne prawa obywatelskich równości, pragnąłbym szczerze, ażeby na ziemiach rdzennie polskich w urzędach, w sądach, w państwowym szkolnictwie jedna tylko polska rozbrzmiewała mowa, to jednak uważam, że tam, na Kresach Wschodnich, inny powinien panować porządek. [...] Zgodnie z tradycją, z tą przepiękną tradycją przodków naszych, narodowościom, które już ongi tuliły się do polskiego łona i które - żywimy nadzieję - znowu pod opiekuńcze skrzydła Rzeczpospolitej ufnie chronić się będą, narodowościom tym nie powinniśmy stawiać żadnych przeszkód na drodze do odrębnego rozwoju, ale przeciwnie - powinniśmy wyciągać do nich bratnią, pomocną dłoń. [...]
Nie idzie jednakże o to, żebyśmy praw naszych do tych ziem kresowych, do tych kolebek Żółkiewskich i Sobieskich, wyrzec się mieli. [...] My o nich pamiętać musimy. [...]
Przed kilkoma tygodniami zabrali Czesi nasze polskie ziemie na Spiszu, na Orawie i części Komitetu Trenczyńskiego. [...] Dlaczego ogół nasz przyjął tę wiadomość bez szemrania, bez protestu, bez oburzenia? [...] Przecież my bronić musimy wszystkiego, co polskie. [...] Ze wszystkimi narodami pragnie ona [Polska] żyć w zgodzie i w przyjaźni, a więc i z Czechami, tym bardziej że tak żywą państw sprzymierzonych cieszą się one sympatią. Jeśli państwo czesko-słowackie [...] chce naprawić wyrządzoną nam ciężką krzywdę, to zgoda nastąpić musi, bo ta zgoda będzie dla dobra ludzkości i dla dobra obu narodów, i dla dobra Europy konieczna.
Warszawa, 20 lutego 1919[4]
W przemówieniach sejmowych
Nie żądamy od nikogo łaski, nikogo nie prosimy o jałmużnę. Świadomi naszych wartości fizycznych i moralnych, możemy śmiało powiedzieć, że sojusz z państwami sprzymierzonymi jest nie tylko Polsce potrzebny, lecz i dla Europy koniecznością. [...]
Jesteśmy otoczeni przez ocean rewolucji. Biją w nas rozszalałe fale anarchii, obryzgują nawet rzęsiście nasze wybrzeża, a jednak my jesteśmy i musimy zostać tą na wschodzie Europy jedyną ostoją ładu i porządku, puklerzem i tarczą cywilizacji i ewolucyjnego postępu. [...]
Naród polski cały zdaje się być ożywiony jednym uczuciem i jednym wołać głosem ku tym państwom sprzymierzonym: dopomóżcie nam w odbudowie słusznie należnych, niezbędnych nam granic, dopomóżcie w odbudowie naszego państwa polskiego, a pokrzepiając siłę naszą - spotęgujecie tylko waszą własną moc na walkę z przemocą, gdziekolwiek się ona ukaże.
Warszawa, 26 marca 1919[4]
W obronie życia i mienia rodaków, w imię sprawiedliwości i prawa, w imię wolności dla wszystkich, poświęcamy życie nasze i mienie nasze, przeświadczeni głęboko i szczerze, że poniesione przez nas ciężkie ofiary okupią ład i porządek na starym kontynencie Europy i ochronią cywilizację świata od grożącej jej zagłady.
Broniąc na kresach dawnej Rzeczpospolitej wszystkich mieszkańców bez różnicy krwi, wiary i mowy, bronimy zarazem całego Zachodu od najazdu Wschodu, czynimy dzisiaj to samo, co od lat siedmiuset czynili nasi przodkowie.
Warszawa, 22 maja 1919[4]
Podczas posiedzenia Rady Czterech złożonej z szefów rządów Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch
Panie Prezydencie [Wilsonie], Panowie [George'u, Clemenceau i Orlando], zwracam waszą uwagę na fakt, że zmiany [terytorialne], jakie zamierzacie wprowadzić do Traktatu, mogą zagrozić sytuacji nie tylko mojego kraju, ale Europy Wschodniej. Od ostatnich kilku miesięcy Polska była twierdzą pokoju i porządku na Wschodzie. Nie było żadnych śladów rewolucji, żadnych śladów bolszewizmu, a jeżeli toczą się walki, to są to niestety walki graniczne [w Galicji]. Nie nasz naród to spowodował. Spowodowała je konieczność wystąpienia we własnej obronie. [...]
[My, Polacy] Nie jesteśmy imperialistami i nie chcemy anektować żadnego kraju ani narodu. Nigdy nie narzucaliśmy się jakiemukolwiek innemu narodowi lub obcemu językowi. Nigdy nie prześladowaliśmy żadnej religii. Nigdy nie narzucaliśmy ludziom odmiennych obyczajów, a dowodem tego jest fakt, że po sześciuset latach wspólnego życia z prymitywnymi narodami, takimi jak Litwini, jak Rusini, a nawet jak Ukraińcy, te narody ciągle jeszcze istnieją, a nawet - przy naszym poparciu, przy naszej praktycznej pomocy - odzyskują swój indywidualny charakter.
Paryż, 5 czerwca 1919[15]
W liście do Georges'a Clemenceau, premiera Republiki Francuskiej
Nie potrzebuję zapewniać Pana, iż Polska, która znów zajęła należne jej miejsce wśród narodów niezależnych, dołoży wszelkich starań, aby wypełnić zadania wyznaczone jej przez historię. Stojąc wiecznie na straży wielkich haseł wolności i sprawiedliwości, Polska - z chwilą otrzymania możności rozwinięcia wszystkich swoich środków działania - będzie usiłowała przyczynić się z korzyścią do wspólnego dzieła pokoju, cywilizacji i postępu.
Lipiec 1919[8]
W przemówieniu w Sejmie w sprawie ratyfikacji Traktatu Wersalskiego
Ojczyzna nasza wolna nareszcie! Traktat pokojowy, podpisany przez Niemców, uznał niepodległość Polski, główne sprzymierzone i stowarzyszone mocarstwa stwierdziły ją uroczyście. [...]
Jeśli plebiscyt na Warmii, w Prusach Książęcych i na Górnym Śląsku na naszą wypadnie korzyść, to odzyskamy znaczny szmat macierzystej ziemi i nawet tę część jej prastarą-drogocenną, która już za najświetniejszych jagiellońskich czasów nie była w naszych rękach. I choć przy obejmowaniu w posiadanie odwiecznych ojczystych zagonów niemało jeszcze wypadnie ponieść ofiar, choć tam może poleje się jeszcze droga krew polska, to jednak dziś już śmiało rzec można, że tam na zachodzie stanęła pokaźna i piękna część państwowego gmachu Polski, stanęła mocno, na prawnych podstawach, uznana przez wszystkie ludy i narody, przez wszystkie największe potęgi świata. (brawa, głos: "A gdzie jest Gdańsk?")
[...] Narzucone nam prawa mniejszości narodowej odczuliśmy żywo, jak je Polak odczuwać powinien. [...] Czy wypadało tej Polsce, która od lat ośmiuset była bezpiecznym schronieniem dla wszystkich prześladowanych w religii i wierze, która była bezpiecznym przytułkiem dla wszystkich uciemiężonych ludów i plemion [...], narzucać prawa i porządki wewnętrzne, jak jakiemuś małemu, pierwotnemu i barbarzyńskiemu narodowi? [...] Jeśli owe prawa przyczynią się do polepszenia naszych stosunków, [...] do uspokojenia kraju, do usunięcia tych potępienia godnych rasowych zatargów, [...] to wówczas i ja te prawa mniejszości narodowych uznam za walne dla nas zwycięstwo. Bo nie masz człowieka, który by goręcej niż ja pragnął spokoju, pomyślności i szczęścia dla tej polskiej ziemi i dla wszystkich jej dzieci bez wyjątku.
Warszawa, 30 lipca 1919[13]
W przemówieniu sejmowym
Naród nasz pragnie sprawiedliwości, pożąda pokoju, dążyć więc będzie szczerze i uczciwie do trwałej sąsiedzkiej zgody z narodem niemieckim. [...] Stosunki nasze z Rumunią są jak najlepsze. [...] Braterstwo broni i wspólność granicy zbliżyły bardzo oba narody, czas może utrwalić i wzmocnić uczucia przyjaźni, które nas już dziś łączą. Z narodem czeskim, z rzeczpospolitą czesko-słowacką [...] pragniemy żyć w niezmąconej zgodzie i przyjaźni. [...] Wymaga tego nie tylko wspólny interes, wspólne dobro obu narodów, lecz również poczucie obowiązku względem wielkich mocarstw, od których oba nasze narody wolność i niepodległość otrzymały, a którym tak wiele na utrzymaniu i zachowaniu pokoju w Europie zależy. [...]
Program stały rodzi się z myśli politycznej narodu, rozwija się i uzupełnia przez potrzeby i życie pokoleń. [...] Polska nie chce awantury: Polska nie chce rewolucji, nie chce też reakcji (brawo). Polska chce ładu, porządku i prawa. Polska chce być zdrowa, wolna i czysta.
Warszawa, 12 listopada 1919[14]
W przemówieniu w hotelu Bristol
Przez lat blisko trzydzieści byłem wędrownym ambasadorem polskim za granicą, w przeróżnych najodleglejszych krajach świata przypominającym o istnieniu Polski, usiłującym na każdym kroku i każdym czynem zjednać szacunek i życzliwość dla jej imienia. Byłem artystą muzykiem, ale moja muzyka nie była jako miedź brzęcząca lub cymbał brzmiący... Dźwięczało w niej zawsze czyste uczucie miłości dla uciśnionej ziemi ojców i może dlatego słuchano jej chętniej niż innych.
Warszawa, 1 stycznia 1920[3]
W przemówieniu podczas 27. plenarnego posiedzenia I Zgromadzenia Ligi Narodów
Łotwa, Estonia i Litwa - dzisiaj nasi wrogowie, lecz - mam nadzieję - jutro nasi przyjaciele, młoda i ludna Ukraina, antyczna Gruzja, nowo powstały Azerbejdżan i ten przez wieki męczony naród, stroskana Armenia, proszą o udział w Lidze Narodów. [...]
Wyrażam szczerą i ciepłą nadzieję, że dobroczyńcy mojego kraju będą w stanie uczynić wszystko, co w ich mocy, aby raz na zawsze ogłosić wolność wszystkim tym małym narodom, kimkolwiek by były - zarówno naszym wrogom, jak i naszym przyjaciołom. W ten oto sposób przyznajemy, że jest ciemność, która rozpościera się nad naszą europejską cywilizacją; Liga Narodów pojawi się jako świt nowego porządku.
Genewa, 16 grudnia 1920[5]
Nowy Jork, około 1918. Ignacy Jan Paderewski przemawia na wiecu do mieszkańców miastaFot. Library of Congress, LC-B2- 4571-3 [P&P]
Robert Lansing, amerykański dyplomata, sekretarz stanu USA
Wśród mężów stanu, którzy zebrali się w Paryżu [...], by sformułować warunki pokoju, jakie miały być narzucone pokonanym mocarstwom Europy Środkowej, Ignacy Jan Paderewski, minister spraw zagranicznych i premier nowo powstałej Rzeczpospolitej Polskiej, był postacią godną uwagi nie tylko ze względu na swoją osobowość, lecz też dlatego, że reprezentował kraj, który dzięki swojemu hartowi i wierze, pomimo niewyobrażalnych cierpień, będących udziałem jego mieszkańców w czasie wojny, odzyskał swoje życie narodowe i niepodległość wydartą mu ponad sto lat temu przez chciwość i zazdrość dwóch mocarstw centralnych oraz Rosji.
[...] Spoglądając wstecz na lata wojny i miesiące następujące bezpośrednio po podpisaniu rozejmu 11 listopada 1918, zdaję sobie sprawę, że po panu Paderewskim pozostały we mnie dwa wyraźne i w pewnym stopniu sprzeczne wrażenia. Pierwsze wyrobiłem sobie w Stanach Zjednoczonych w czasie trwania wojny - wrażenie, które zostało wyparte i w znacznym stopniu wyeliminowane przez to późniejsze, wynikające z bliższej znajomości z polskim mężem stanu, które znalazło potwierdzenie w jego działalności w Warszawie i w Paryżu. ?
Moje pierwotne wrażenie nie było zbyt pochlebne w świetle zadania, którego podjął się w imieniu swojego kraju. Niewątpliwie wynikało to z faktu, że był on wielkim pianistą, jak sądzę, największym w swoim pokoleniu. Miałem wrażenie, że jego temperament artystyczny, jego gorące oddanie muzyce, jego intensywne emocje i ekscentryczności, z których słynął, wskazywały na brak tych cech umysłu, które pozwalałyby mu zajmować się zawiłymi problemami politycznymi, niezbędnymi do rozwiązania, aby odbudować niepodległość Polski i przywrócić jej suwerenność.
Kiedy ten słynny muzyk przyszedł do mnie do biura w Departamencie Stanu, jak to wielokrotnie czynił po przyłączeniu się Stanów Zjednoczonych do wojny, aby podnosić sprawę swojego kraju i uzyskać zgodę na werbowanie polskiej armii w Ameryce, nie mogłem oprzeć się myśli, że emocje pchają go na ścieżkę, do której zupełnie się nie nadaje. Z długimi, płowymi włosami, oprószonymi siwizną i zaczesanymi z szerokiego, białego czoła do tyłu, niczym grzywa, z niezwykle niskim kołnierzykiem i luźno zwisającym czarnym krawatem podkreślającym długość szyi, z dziwnie wąskimi oczami, niewielkim wąsikiem i kozią bródką, które wyglądały tak cudzoziemsko, wydawał się człowiekiem, którego całkowicie pochłaniała raczej estetyczna strona życia niż praktyczna polityka światowa. Miałem wrażenie, że mam oto do czynienia z kimś oddanym ekstrawaganckim ideałom, wizjom i fantazjom, z człowiekiem, którym rządzą raczej emocjonalne impulsy niż rozum i realia życia. Byłem pod wrażeniem jego żarliwego patriotyzmu i intensywnego oddania sprawie Polski, ale nie było nic nienaturalnego w przypuszczeniu, że tak temperamentna natura, orędując za jakimś tokiem postępowania, zwodzona będzie sentymentami i że będzie on namiętnie trzymać się swoich idei, bez względu na logikę czy względy praktyczne.
Mając takie wrażenie o panu Paderewskim, podzielane - jak sądzę - przez wielu z tych, z którymi miał kontakt w pierwszych dniach aktywnej działalności na rzecz swojego kraju, przyznaję, że nie byłem skłonny przykładać do jego opinii takiej wagi, jaką nadawałem im później. Lubiłem go jako osobę. Cieszyłem się, kiedy wchodził do mojego biura, bo rozmowa z nim zawsze była dla mnie przyjemnością. Podziwiałem intensywność, z jaką orędował na rzecz niepodległości Polski, i patriotyzm, który skłonił go do porzucenia kariery muzycznej, aby poświęcić życie sprawie swojego kraju. Serdeczność jego sposobu bycia i zwracania się do ludzi była bardzo pociągająca. Był sympatyczny, myślę, że można powiedzieć: atrakcyjny - w każdym tego słowa znaczeniu. A jednak w czasie, o którym mówię, wszechobecne było poczucie, że żył w sferze muzycznych harmonii, nie będąc w stanie zniżyć się do rzeczy materialnych i zmagać z twardymi faktami życia. Wyglądało to tak, jakby nie potrafił zdać sobie sprawy z trudności roli, którą wybrał dla siebie do odegrania w tragicznym dramacie spraw świata. Prawdę mówiąc, wydawało mi się, że popełnia błąd.
To było moje pierwsze wrażenie o panu Paderewskim. Dopiero z czasem, zdobywszy pełniejszą wiedzę o tym człowieku, zrozumiałem, jak bardzo było błędne i jak całkowicie myliłem się w ocenie jego zdolności i faktycznej siły jego umysłu. [...]
W przypadku muzyka o jego geniuszu, który z konieczności implikował naturę wrażliwą oraz łatwo poddającą się wpływowi emocji i estetycznego piękna sztuki, przekształcenie się niejako z dnia na dzień w chłodnego, trzeźwo myślącego męża stanu, mądrze radzącego sobie z brutalnymi faktami, zdawało się całkowicie zaprzeczać wszelkiemu doświadczeniu. Trudno było uwierzyć, że taka kompletna zmiana sposobu myślenia i celu w życiu jest prawdziwa. Jednak w miarę, jak polska nadzieja na niepodległość coraz bardziej zamieniała się w pewność, a pan Paderewski grał coraz ważniejszą rolę w kształtowaniu polityki i kierowaniu działalnością organizacji polskich tutaj i w innych krajach, byłem zmuszony z pewnym oporem, ale też z dużą radością zrewidować swój osąd i uznać, że moje pierwsze wrażenie było błędne [...].
Moje drugie wrażenie - któremu nadal hołduję - sprowadzało się do tego, że Ignacy Paderewski był większym mężem stanu niż muzykiem, że był zdolnym i taktownym przywódcą swoich rodaków, a przy tym roztropnym dyplomatą, że jego emocjonalność i temperament, podczas gdy wzmacniały jego patriotyczną żarliwość i ducha poświęcenia, nigdy nie brały nad nim góry ani nie wpływały negatywnie na trafność jego osądu czy na praktyczność jego punktu widzenia.
Pierwszym bezpośrednim dowodem jego zdolności przywódczych, który zrobił na mnie wrażenie, był sukces jego wysiłków na rzecz zjednoczenia zazdrosnych i kłótliwych frakcji polskich w Stanach Zjednoczonych i uzyskania ich wspólnej akceptacji dla autorytetu Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Inni wcześniej próbowali tego zadania i im się nie powiodło. Frakcyjność była wadą i słabością dawnego Królestwa Polskiego. To zło narodowe zdawało się odżywać wraz z coraz jaśniej świecącą nadzieją na odrodzenie Rzeczpospolitej. Jestem przekonany, że pan Paderewski był jedynym Polakiem, który mógł przezwyciężyć to zagrożenie dla sprawy Polski - zagrożenie, ponieważ poważnie zmniejszało ono szanse na uznanie Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu przez aliantów. Jego siła perswazji, która dała się poznać natychmiast po tym, jak wszedł na drogę kariery politycznej, entuzjastyczna pewność, że Polska zmartwychwstanie jako niepodległe państwo, i kompletny brak osobistych ambicji - uczyniły z niego jedynego człowieka, wokół którego Polacy, niezależnie od frakcji, byli skłonni się jednoczyć. Było to wielkie osiągnięcie, triumf osobowości, hołd, a jednocześnie dowód wiary ludzi w bezinteresowny patriotyzm przywódcy narodowego, co potwierdzili później, wybierając go na premiera nowego rządu. Pan Paderewski osiągnął to, czego nie udało się osiągnąć innym, z pewnością bardziej doświadczonym od niego w sprawach publicznych i odznaczającym się większym sprytem politycznym. Jego sukces w pogodzeniu ze sobą różnych polskich frakcji dał mu od razu wybitną pozycję w organach narodowych, co inne rządy szybko dostrzegły i co zyskało mu ich szacunek.
Od momentu objęcia przez pana Paderewskiego przywódczej roli w sprawach Polski moje pierwsze wrażenie o nim zaczęło się zmieniać. Zdałem sobie sprawę, że nie doceniłem jego wrodzonego geniuszu w zakresie przywództwa politycznego, które okazało się tak skuteczne w okolicznościach, jakie wystawiłyby na próbę mądrość człowieka dysponującego o wiele dłuższym doświadczeniem w życiu publicznym. Choć w świecie polityki był całkowitym amatorem - a określenie go w ten sposób nie wynika wcale z braku szacunku - prawie wszystko, co mówił, i prawie wszystko, co robił, wydawało się słuszne. Popełniał niewiele błędów i nigdy nie wydawał się wątpić w to, jaki kierunek powinien obrać. Był cudownie zaradny i wyraźnie miał instynktowne wyczucie tego, co jest możliwe i wykonalne. Trzymał swoją wyobraźnię na smyczy, tak jak i emocje. Nie dawał się ponieść ekstrawaganckim nadziejom i niemożliwym do zrealizowania marzeniom. Jego poglądy były zasadniczo rozsądne i logiczne.
Gdybym potrzebował dalszych dowodów do zrewidowania mojego wrażenia o polskim przywódcy, który tak wiele zrobił dla swojego kraju w odniesieniu do polskiego ruchu w Stanach Zjednoczonych, gdzie jego patriotyczny zapał był stałą inspiracją dla rodaków, jego późniejsze działania w Warszawie i w Paryżu byłyby bardziej niż wystarczające. Nie zmieniając prostoty i szczerości swej natury ani też nie naruszając swej genialności, wykazał się opanowaniem charakteru w podejmowaniu tematów istotnych dla przyszłości Polski, konserwatywnym osądem, a także spokojnym i nieskłonnym do uniesień sposobem omawiania spraw spornych, co dodawało wagi jego słowom i znacznie zwiększało jego wpływ jako negocjatora.
Wysoko rozwinięta artystyczna natura pana Paderewskiego wydawała się bardzo słabym fundamentem dla kariery męża stanu. Samo rozważanie takiej możliwości sprawiało wrażenie dziwactwa, wręcz fantasmagorii. Niemal każdy, stając przed takim zdumiewającym faktem, uznałby - nie bez powodu - za niemożliwe, aby człowiek, który całe swoje życie aż do wieku średniego poświęcił rozwojowi i doskonaleniu swoich umiejętności jako muzyk, stał się bez żadnego innego przygotowania urzędnikiem państwowym, mogącym skutecznie uczestniczyć w sprawach państwa. Była to, jak wiem, powszechna opinia na temat nagłego pojawienia się pana Paderewskiego w życiu publicznym. Wyrażano ją otwarcie i często. Jednak była błędna. Zostawił muzykę, która była jego życiem, i rzucił się w sprawy polityki z takim samym zapałem i oddaniem, jakie okazywał, podążając za impulsami swojego nieporównywalnego z niczym geniuszu. Tak jak tysiące ludzi oklaskiwało jego mistrzostwo w harmonii, tak tysiące przyszły oklaskiwać intensywność jego patriotyzmu i ofiarnego ducha, z jakim porzucił ukochaną muzykę dla sprawy swego kraju.
Jakże właściwe było, aby to pan Paderewski podpisał w imieniu Polski traktat, który kruszył noszone przez nią tak długo kajdany i ogłaszał całemu światu, że niepodległość Polski jest faktem. Proszę sobie wyobrazić, jeśli to możliwe, myśli i emocje tego wybitnego Polaka, gdy podchodził do stołu na środku sali Lustrzanej w Wersalu i składał swój podpis na dokumencie, będącym świadectwem triumfu sprawy, której dał z siebie wszystko. 28 czerwca 1919 był wielkim dniem dla delegatów zgromadzonych narodów, ale największym w życiu Ignacego Paderewskiego.
To, co pan Paderewski zrobił dla Polski, będzie powodem wdzięczności trwającej wiecznie. To, z czego zrezygnował dla Polski, będzie budzić powszechny żal. Jego odpowiedź na wołanie swojego kraju, odradzającego się w bólu i cierpieniu, jest jednym z najwspanialszych przykładów prawdziwego patriotyzmu, jaki historyk miał kiedykolwiek przywilej dokumentować. Jego kariera zasługuje na pamięć nie tylko jego rodaków, dla których uczynił tak wiele, lecz także każdego człowieka, dla którego miłość do kraju i wierność wielkiej sprawie stanowią najszlachetniejsze atrybuty ludzkiego charakteru.
[...] Mogę dziś myśleć o panu Paderewskim tylko jako o gorliwym orędowniku niepodległości Polski, jako o roztropnym mężu stanu, o taktownym negocjatorze, o bezinteresownym słudze publicznym, który zabiegał o dobro swojego kraju i jego mieszkańców. Szczęśliwy to bowiem naród, który może zaliczyć takiego człowieka do swoich synów, i szczęśliwy to człowiek, który może pozostawić potomnym taką pamięć o swojej hojnej służbie.
[...] Wszystko w panu Paderewskim i jego karierze zachęca do używania superlatywów. Piękno jego charakteru, delikatność uczuć, wzniosłość ideałów, wrażliwość i skromność jego natury - to najwyższe impulsy, jakie mogą powodować ludzkim zachowaniem. Człowiek posiadający te cechy - a pan Paderewski pokazał, że je posiada - wywiera głęboki wpływ na swoich bliźnich, głębszy, niż on sam może to sobie wyobrazić.
[...] Wrażenia niemające podstaw w rzeczywistości z reguły tracą siłę w miarę, jak kontynuujemy stosunki z człowiekiem, którego dotyczą, oraz gdy pełniej poznajemy jego intelekt i naturę duchową. Niczego takiego nie doświadczyłem w przypadku tego późniejszego wrażenia, jakie zrobił na mnie polski przywódca. Nie słabło, przeciwnie - stawało się coraz silniejsze, w miarę, jak znajdowało uzasadnienie w wydarzeniach, a bliższa znajomość dawała mi wyraźniejszy wgląd w jego motywy i cele.
Obok zauroczenia jego osobowością wzrastał mój podziw i szacunek dla tego człowieka jako przywódcy opinii publicznej i jako dyplomaty, który nie uciekał się do oszustw i intryg w dążeniu do osiągnięcia swoich celów, jakkolwiek chwalebne byłyby te cele lub jakkolwiek silna pokusa, aby użyć wszelkich środków do ich osiągnięcia. Uczciwość środków, jak również uczciwość celu były oczywiste w jego postępowaniu jako negocjatora. Jeżeli wypaczył jakiś fakt, to czuło się instynktownie, że było to wynikiem niepełnej wiedzy lub błędnej informacji, a nie celowego tłumienia lub zniekształcania prawdy. Naturalną konsekwencją znajomości i obcowania z panem Paderewskim było zaufanie do jego uczciwości - i to właśnie uniwersalność tego zaufania uczyniła go tak wpływowym wśród delegatów na konferencję pokojową.
Przedstawiłem tutaj wrażenie, jakie wywarł na mnie premier Rzeczpospolitej Polskiej podczas naszych relacji w Paryżu, jak się wzmacniało i rozwijało, pomimo moich wcześniejszych poglądów, opartych na z góry przyjętych wyobrażeniach o jego możliwościach i talentach. Analiza tej zmiany sposobu myślenia przysparza mniejszych trudności niż wytłumaczenie radykalnej zmiany w życiu i działalności samego Ignacego Jana Paderewskiego. Tak nienaturalna przemiana geniuszu estetycznego w geniusz polityczny, bez przechodzenia przez stopniowy proces transformacji, wydaje się anomalią, która nie ma zadowalającego wyjaśnienia. To, że do niej doszło, jest niezwykłe i musi zostać zaakceptowane z tego prostego powodu, że jest faktem. W historii, tak jak i w pamięci, zawsze będzie żyło dwóch Paderewskich - muzyczny maestro i polski mąż stanu.
[9]
Prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson w liście do Ignacego Jana Paderewskiego, premiera Polski
Chciałbym wyrazić naszą wdzięczność za pomoc, której udzielił nam Pan przy podjęciu decyzji w trudnych i delikatnych kwestiach dotyczących Polski i jej sąsiadów. Zaimponowało nam Pańskie spojrzenie na różnorodne problemy, przenikliwa znajomość rządzących tą częścią Europy stosunków historycznych i etnicznych oraz gotowość do przyjęcia szerokich, a nie wąskich zasad porozumienia. W imieniu moich kolegów i własnym chcę powiedzieć, że Pańska postawa dała nam pewność, że Polska wkrótce znów zajmie swoje miejsce wśród pełnych potencjału mocarstw i będzie wpływać na rozwój wolności politycznej i postęp ludzkości.
(26 kwietnia 1919)[7]
Spis źródeł
1. Archiwum Polityczne Ignacego Paderewskiego, t. I: 1890-1918, Wrocław 1973.
2. Archiwum Polityczne Ignacego Paderewskiego, t. I: 1890-1918, Wrocław 1973, tłum. fragm. z ang. Justyna Avc?.
3. Archiwum Polityczne Ignacego Paderewskiego, t. II: 1919-1921, Wrocław 1974.
4. Archiwum Polityczne Ignacego Paderewskiego, t. VI: 1915-1941, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2007.
5. Archiwum Polityczne Ignacego Paderewskiego, t. VI: 1915-1941, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2007, tłum. fragm. z franc. Justyna Avc?.
6. Marian Marek Drozdowski, Ignacy Jan Paderewski. Zarys biografii politycznej, Warszawa 1979.
7. Hoover Institution Library & Archives, Ignace Jan Paderewski papers, Box no. 5, Folder no. 75, tłum. Justyna Avc?.
8. Kazimierz Władysław Kumaniecki, Odbudowa państwowości polskiej. Najważniejsze dokumenty 1912 - styczeń 1924, Warszawa 1924.
9. Robert Lansing, The Big Four and others of the Peace Conference, Boston 1921, tłum. fragm. Dorota Gołębiewska.
10. Ignacy Jan Paderewski, Myśli o Polsce i Polonii, Edition Dembinski, Paryż 1992.
11. Ignacy Jan Paderewski, Pamiętniki. 1912-1932, tłum. z ang. Andrzej Piber, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1992.
12. Marian Seyda, Polska na przełomie dziejów. Fakty i dokumenty, t. II, Poznań 1931.
13. Sprawozdanie stenograficzne z 81 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 30 lipca 1919, Biblioteka Sejmowa, Lp. RPII/0/81.
14. Sprawozdanie stenograficzne z 97 Posiedzenie Sejmu Ustawodawczego z dnia 12 listopada 1919, Biblioteka Sejmowa, Lp. RPII/0/97.
15. Sprawy polskie na konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 r. Dokumenty i materiały, t. 1: Drogi do niepodległości, Warszawa 1965.