Wstęp
Wstęp
Jesienią 1967 r. mój przyjaciel Jerzy W. Borejsza zaproponował mi
napisanie dla kierowanej przezeń "Omegi" niewielkiej książeczki
popularnonaukowej pt. Życie codzienne w okupowanej Polsce. Tadeusz
Manteuffel, dyrektor Instytutu Historii PAN, gdzie wówczas pracowałem i wciąż pracuję, poradził, jakże słusznie, ograniczenie tematu do
Warszawy. Zbieranie materiałów rozpocząłem od przejrzenia ogłoszeń w kolejnych rocznikach wydawanego przez Niemców "szmatławca", czyli
"Nowego Kuriera Warszawskiego". Pamiętam, że rankiem 8 marca 1968 r.
siedziałem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego i z okien oglądałem
rozpędzanie studenckiego wiecu.
Jednocześnie z zapoznawaniem się z przekazami źródłowymi - tu bezcenna
okazała się trzytomowa Kronika lat wojny i okupacji Ludwika
Landaua1 - przystąpiłem do lektury istniejących już opracowań.
Najważniejszym z nich był Warszawski pierścień śmierci Władysława
Bartoszewskiego. To właśnie w tej książce przeczytałem po raz pierwszy
obwieszczenie Feldkriegsgericht [Polowego Sądu Wojennego], datowane
"Warszawa, dnia 3.11.1939", o wyroku śmierci wydanym na wdowę Eugenię
Włodarz i studentkę Elżbietę Zahorską "za zamach na żołnierza
niemieckiego, względnie sabotaż, tzn. zrywanie plakatów". Dowiedziałem
się zarazem, że Elżbietę Zahorską rozstrzelano za zerwanie
hitlerowskiego plakatu propagandowego "Anglio! Twoje dzieło!". W przypisie umieszczono następującą o niej informację: "Była córką znanej
poetki i powieściopisarki ("Savitri"), aresztowanej potem również i zamęczonej w Oświęcimiu w 1942 r. Ksiądz obecny przy straceniu Elżbiety
przekazał rodzinie informację o bohaterskiej postawie dziewczyny w obliczu niemieckiego plutonu egzekucyjnego. Aby być lepiej zrozumianą
przez hitlerowców, wzniosła okrzyk po niemiecku: "Noch ist Polen nicht
verloren!""2 ("Jeszcze Polska nie zginęła"). Wzmiankę o jej
męczeńskiej śmierci oczywiście umieściłem w mojej książce Okupowanej
Warszawy dzień powszedni. Studium historyczne3,
opublikowanej w 1973 r., a więc przed kilkudziesięcioma laty.
O Elżbiecie Zahorskiej wiedziałem wówczas tylko to, co o niej przekazał
Władysław Bartoszewski. Przypuszczam zresztą, że on wiedział niewiele
więcej. Bez wątpienia nie znał jej daty urodzenia, miejsca egzekucji,
nie podał, że odbyła się 2 listopada 1939 r., na co wskazuje zapis w dzienniku pisarza Karola Irzykowskiego4. Relacja świadka,
kapelana Pawiaka ks. Stanisława Tworkowskiego, ukazała się w Londynie
dopiero w 1977 r.5. Przyszłemu autorowi 1859 dni Warszawy nie
mógł być znany udział Elżbiety Zahorskiej, w mundurze i z bronią w ręku,
w obronie Warszawy we wrześniu 1939 r. Wątpię, by wiedział o jej
pierwszym aresztowaniu przez Niemców, gdy została schwytana przy
ukrywaniu broni, by ta nie wpadła w ich ręce, ani tego, że ją wówczas
sfotografowano, a potem zdołała im uciec. Nie sądzę, by Władysław
Bartoszewski posiadał informacje, że podczas II wojny światowej zginęła
nie tylko matka Elżbiety, lecz straciły życie też jej dwie siostry, że
rodzina wywodziła się z Kresów, a wuj i stryj Elżbiety byli żołnierzami
Legionów Piłsudskiego.
Ja o tym wszystkim także nie wiedziałem, nie tylko w 1973 r., ale
również wtedy, kiedy w Czytelniku ukazywały się kolejne trzy wydania
(1978, 1988, 2010) mojej książki o życiu codziennym w okupowanej
Warszawie. Zainteresowanie postacią Elżbiety Zahorskiej narodziło się w trakcie pracy nad książką, teraz już przez Bellonę opublikowaną, noszącą
tytuł Zapomniana egzekucja - Natolin, listopad 1939. Otóż w jej
pierwszym, wprowadzającym rozdziale omawiam egzekucje przeprowadzone w Warszawie i okolicach podczas pierwszych trzech miesięcy niemieckiej
okupacji. Jedną z nich, szczególnie głośną, wywołującą oburzenie i wciąż
po latach przypominaną, była właśnie ta, w której w Forcie Bema na Woli
rozstrzelano dwie kobiety - Eugenię Włodarz i Elżbietę Zahorską. O pierwszej z nich, mimo podjętych starań, nie udało mi się zebrać prawie
żadnych wiadomości, o drugiej zaś zgromadziłem ich wystarczająco dużo,
by zdecydować się na napisanie książki.
Początkowo miała to być jej biografia. Szybko musiałem jednak z tego
zamiaru zrezygnować, uświadomiwszy sobie, że o dzieciństwie i młodości
Elżbiety Zahorskiej, w tym o jej życiu prywatnym i intymnym, bardzo
mało, niestety, będę mógł powiedzieć. Zginęła w wieku zaledwie 24 lat, a nieźle znany i opisany jest tylko ostatni rok jej życia. Natomiast
zbierając materiały do książki jej poświęconej, coraz więcej
dowiadywałem się o jej rodzicach, rodzeństwie, a także bliższych i dalszych krewnych. Tym samym moja książka, mająca na celu upamiętnienie
postaci Elżbiety Zahorskiej, stała się jakby sagą dwu skoligaconych
rodzin - Zahorskich i Elzenbergów, okazją ocalenia od zapomnienia wielu
zasłużonych dla polskiej kultury przedstawicieli obu tych rodzin.
Zrealizowanie takiego przedsięwzięcia nie byłoby możliwe, gdyby historią
owych rodzin ktoś wcześniej, przede mną, się nie zajął. Myślę tu przede
wszystkim o publikacjach dwóch kobiet, bez których moja książka, nawet
jeśli by powstała, byłaby znacznie uboższa. Jako pierwszą muszę wymienić
spowinowaconą z Zahorskimi Danutę Hryniewicz, warszawiankę, urodzoną
około 1925 r., o której nie udało mi się zdobyć bliższych informacji.
Jest ona autorką dwóch najważniejszych artykułów dotyczących tej
rodziny, wielokrotnie będę się na nie powoływał6. Drugą z tych kobiet jest polonistka Anna Wydrycka, obecnie profesor Uniwersytetu
w Białymstoku, edytorka Poezji zebranych Anny Zahorskiej, matki
Elżbiety, oraz autorka znakomitej monografii Elzenbergowie. Trzy
pokolenia twórców kultury, nauki, historii7. Wiele
zawdzięczam również kontaktom nawiązanym z dwiema osobami spełniającymi
funkcję strażników pamięci rodziny Zahorskich. Są to mieszkający w Gliwicach inż. Andrzej Fostowicz Zahorski oraz krakowianka, architektka
Anna Fitt. Pan Andrzej jest synem brata Elżbiety Dominika, Pani Anna zaś
wnuczką Reginy Kubalskiej z domu Zahorskiej, siostry ojca Elżbiety -
Eugeniusza.
Zdarza się, że praca historyka przypomina tę wykonywaną przez detektywa.
Za przykład służyć może rozdział mojej książki zatytułowany "Cztery
zdjęcia Elżbiety Zahorskiej sfotografowanej przez Niemców". Można go też
uważać za przyczynek należący do nowej dziedziny badań naukowych, jaką
staje się Visual History. Tak jak przy pisaniu innych fragmentów tej
książki, również w tym wypadku tekst by nie powstał bez udzielonej mi
pomocy. Dotyczyła ona najpierw odnalezienia opublikowanych w prasie
wykonanych przez Niemców fotografii wziętej do niewoli umundurowanej
Polki, a potem ustalenia, kto je wykonał, kiedy i w jakich
okolicznościach trafiły do polskich zbiorów publicznych, a także gdzie
są obecnie przechowywane.
Choć tylko niewiele ukazujących się po wojnie w Polsce czasopism zostało
zdigitalizowanych, a tym samym można z nich korzystać w internecie,
zrządzeniem losu stało się tak w wypadku krakowskiego tygodnika
"Przekrój". Mój syn Piotr odnalazł tam w numerze z 29 sierpnia 1971 r.
opublikowane, jak sądziłem, po raz pierwszy po wojnie, jedno z ujęć
sfotografowanej postaci, czemu towarzyszył apel "Kto zna tę
dziewczynę?". Wydawane przez ZBoWiD pismo "Za Wolność i Lud" nie jest
dostępne w internecie, zamieszczone w nim, w numerze z 13 lutego 1971
r., a więc parę miesięcy wcześniej, to samo ujęcie znalazł mój doktorant
Michał Studniarek, korzystając ze zbiorów warszawskiej Biblioteki
Publicznej przy ul. Koszykowej. Do odszukania obu tych publikacji
przyczyniła się jednak dr Magdalena Hułasówna, która jako pierwsza
dotarła do zamieszczonego w "Przekroju" z 30 stycznia 1972 r. tego
samego wciąż ujęcia fotografii, ale tym razem z ustaleniem, dzięki
listowi jednej z czytelniczek, że przedstawia ona właśnie Elżbietę
Zahorską. Ewidentnie to ją pokazuje odnalezione przeze mnie zdjęcie
opublikowane w wydanym w Berlinie w 1940 r. propagandowym albumie
Bilddokumente des Feldzugs in Polen.
Próba ustalenia miejsca obecnego przechowywania wykonanych przez Niemców
fotografii Elżbiety Zahorskiej doprowadziła do uzyskania zupełnie
rewelacyjnych informacji na ich temat. Wskazówkę, że tych fotografii
należy szukać w zbiorach Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej,
otrzymałem od dr. Janusza Marszalca, byłego wicedyrektora Muzeum II
Wojny Światowej (byłem tam członkiem międzynarodowego Kolegium
Programowego). Dowiedziałem się, że właśnie stamtąd uzyskaliśmy zdjęcie
Elżbiety Zahorskiej, jakie umieściliśmy w poświęconej jej muzealnej
gablocie. Janusz Marszalec podał mi sygnaturę zarówno tej fotografii,
jak też kilku innych, na których ona widnieje. To doprowadziło do mego
kontaktu z zatrudnionym w Archiwum IPN starszym kustoszem Konradem
Wiesławem Ślusarskim, któremu zawdzięczam rozwiązanie wielu zagadek i odpowiedź na sporo pytań dotyczących owych kilku fotografii.
W wydanej w 2020 r. przez Bellonę książce Tajemnica śmierci Stefana
Starzyńskiego umieściłem kalendarium w postaci aneksu, w odniesieniu do
lat 1945-2019 noszącego tytuł "Stefana Starzyńskiego "życie po życiu"".
Teraz zrobiłem to samo, lecz zamiast aneksu podobne kalendarium stanowi
ostatni rozdział mojej książki: "Elżbiety Zahorskiej "życie po życiu"".
Spełnia on podwójną funkcję, z jednej strony jest zestawem - w układzie
chronologicznym - zebranych przeze mnie wypowiedzi, publikacji i wydarzeń związanych z postacią Elżbiety Zahorskiej, z drugiej zaś
pozwala śledzić narastanie wiedzy o niej autora książki, odsłaniając
jego warsztat naukowy.
Wyjaśnienia, jak sądzę, wymaga jej tytuł. Określenie w nim użyte
zawdzięczam Władysławowi Bartoszewskiemu. Zastosował je w artykule
opublikowanym w 1966 r. w czasopiśmie naukowym "Najnowsze Dzieje Polski"
na temat Organizacji Małego Sabotażu "Wawer". Oto jak ten tekst się
zaczyna: "Historycznym początkiem akcji małego sabotażu w Warszawie
stały się pewne indywidualne poczynania w zakresie propagandy ulicznej,
skierowane zrazu przeciwko okupantowi, a następnie również przeciwko tym
współobywatelom, którzy nie zachowali postawy należytej godności wobec
okupanta. Za prekursorkę akcji sabotażowej tego typu uważać można
studentkę Elżbietę Zahorską"8.
Rzeczywiście była ona pierwszą osobą, której imię i nazwisko jako
skazanej na śmierć za zerwanie plakatu władz okupacyjnych, zostało
podane do publicznej wiadomości. Czesław Michalski w swych wspomnieniach
Wojna warszawsko-niemiecka przekazuje wiadomość następującą: "Już w pierwszych dniach listopada policja niemiecka w Wołominie pod Warszawą
rozstrzelała dwóch ludzi za zdzieranie plakatów. W Warszawie, w tym
samym mniej więcej czasie, przypłaciło to życiem dwadzieścia kilka
osób"9. Wszyscy ci ludzie popełnili taki sam czyn jak bohaterka
tej książki, pozostaną jednak anonimowymi ofiarami okupacyjnego terroru.
Zupełnie przypadkowo, pisząc ten wstęp i przeglądając zrobione przed
laty notatki z wydanej w 1941 r. w Londynie książeczki I Saw Poland
Suffer, znalazłem tam imię i nazwisko kogoś, kogo zabito za zerwanie
takiego samego plakatu, jaki zerwała Elżbieta Zahorska. Okazuje się, że
plakat "Anglio! Twoje dzieło!", rozlepiony na rogu Trębackiej i Krakowskiego Przedmieścia, zerwał 9-letni Staś Kempiński. Widzący to
niemieccy żołnierze postawili chłopca pod murem i na miejscu
zastrzelili10. Nigdzie nie znalazłem potwierdzenia tej
wiadomości, co nie znaczy, by była nieprawdziwa.
Ani Elżbiety Zahorskiej, ani też nikogo innego, kogo raziły i oburzały
rozlepiane przez najeźdźcę plakaty i kto postanowił, w geście własnego,
spontanicznego protestu, je usunąć, być może nie zdając sobie sprawy z możliwych konsekwencji tego czynu, nikt do podejmowania takich działań
nie namawiał! Pomysł zorganizowania akcji, nazwanej przez jej inicjatora
Aleksandra Kamińskiego "małym sabotażem", narodził się prawdopodobnie
dopiero latem 1940 r. Oto jak do tego doszło: "Na parę miesięcy przed
powstaniem w grudniu 1940 r. Organizacji Małego Sabotażu Wawer
Aleksander Kamiński naradzał się z przyjaciółmi, w jaki sposób do
antyniemieckiej działalności konspiracyjnej wciągnąć młodzież, dbając
jednocześnie o jej bezpieczeństwo. To właśnie wówczas autorowi Wielkiej
gry przypomniały się pojawiające się na murach i parkanach brzydkie
wyrazy. Kamiński zwrócił uwagę, że choć wszyscy napisy widzą, nikomu nie
udało się zobaczyć tego, kto je malował. Słusznie więc rozumował, że
podobnie rzecz się będzie miała, gdy w mieście pojawią się patriotyczne
hasła i symbole, wykonane taką samą niewidzialną ręką"11.
Artykuł "Mały" sabotaż Aleksandra Kamińskiego opublikowany w podziemnym "Biuletynie Informacyjnym", organie prasowym Związku Walki
Zbrojnej, z 1 listopada 1940 r.
Pierwsza akcja "Wawra", polegająca na rozbijaniu szyb witryn zakładów
fotograficznych ze zdjęciami niemieckich oficerów, przeprowadzona
została w Warszawie 5 grudnia 1940 r. Wzięło w niej udział kilka osób,
wśród nich sam Aleksander Kamiński i jego najbliższa współpracownica,
sekretarz redakcji "Biuletynu Informacyjnego" Maria Straszewska (zmarła
w 2021 r. w wieku 102 lat). Właśnie w tym głównym organie podziemnego
Związku Walki Zbrojnej 1 listopada 1940 r. został opublikowany artykuł
"Mały" sabotaż, autorstwa pomysłodawcy tej formy walki z okupantem.
Zwracano się w nim z następującym apelem: "Każdy z nas - mężczyźni,
kobiety, młodzież, zorganizowani i chodzący luzem - każdy z nas musi
wziąć czynny udział w tej akcji "małego" sabotażu. Sabotażu, który nie
narazi nikogo na szkody [podkr. moje - T.S.], a jednocześnie utrudni
wybitnie codzienne życie okupanta". Wśród podanych sześciu przykładów
proponowanych działań wymieniono także "przylepianie na słupie
reklamowym lub na "niczyim" parkanie antyniemieckiego wiersza, aforyzmu,
dowcipu"12. Zwróćmy uwagę, że nie znajdziemy tu zachęty do
zrywania plakatów z obwieszczeniami najeźdźcy, ale jak się okazało,
nawet wówczas gdy w podwarszawskiej Zielonce ktoś nalepił kartkę z otwierającymi Rotę Marii Konopnickiej słowami "Nie będzie Niemiec pluł
nam w twarz, ni dzieci nam germanił", Niemcy w odwecie 11 listopada 1939
r. rozstrzelali tam dziewięciu, znanych dziś z imienia i nazwiska,
mieszkańców13.
Moim zdaniem trudno byłoby uznać Elżbietę Zahorską za prekursorkę tych
form małego sabotażu, jakie zostały zalecone społeczeństwu w roku 1940.
Stała się prekursorką dalszego etapu walki cywilnej z wrogiem, wciąż bez
użycia broni. Informuje o nim wydana w podziemiu pod pseudonimem J.
Górecki, u progu 1942 r., książka Aleksandra Kamińskiego Wielka gra.
Cały jej rozdział czwarty nosi tytuł "Mały sabotaż". Przypomniano tu
rozlepiony w końcu października 1939 r. plakat z proklamacją Hansa
Franka o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa, jednak bez informacji,
by był zdzierany, natomiast ze słowami podziwu dla tych, którzy na owym
plakacie umieszczali nalepkę "Marszałek Piłsudski powiedziałby: A my was
w d... mamy". Dziś wiemy, że była ona dziełem członków utworzonej 15
października 1939 r. organizacji konspiracyjnej Polska Ludowa Akcja
Niepodległościowa.
W Wielkiej grze znajdziemy taki oto znamienny fragment: "Zdzieranie
afiszów jest częstą formą protestu przeciwko zbyt już bezczelnemu
cynizmowi wrogiej propagandy. Tak np. gdy miesiąc czy dwa po okupacji
kraju rozlepiono w Polsce wielkie malowidła, przedstawiające rannych
żołnierzy polskich, ruiny i pożary, a na tym tle napis: "Anglio - twoje
dzieło" - nic dziwnego, że samorzutnym odruchem setek ludzi [podkr.
moje - T.S.] stało się zdzieranie tej płachty. Dla nowicjuszy podaję
techniczny szczegół: nie musi się dążyć do zdarcia całego afisza -
wystarczy naderwać róg albo przejechać się przez afisz jakimś twardym,
drapiącym przedmiotem (kluczem, trzonkiem scyzoryka). Gdy zobaczycie
jakiś wyjątkowo cyniczny i bezczelny afisz niemiecki - nie czekajcie
rozkazu i niszczcie go od razu sami"14. Zaskakujące, że właśnie w tym kontekście nie przypomniano postaci Elżbiety Zahorskiej, która w ten
sposób postąpiła!15
Rzetelność historyka wymaga sprawdzenia, czy istotnie czyn Elżbiety
Zahorskiej i wydany na nią przez Niemców, za zerwanie ich propagandowego
plakatu, wyrok śmierci odbiły się głośnym echem poza granicami naszego
kraju. Taką informację przekazał w swym wspomnieniowym tekście brat
Elżbiety - Jerzy Dominik. Pisze on: "Po przyjeździe do Anglii [w 1942
r.? - T.S.] poinformowano mnie, że wkrótce po śmierci Litki radiostacje
londyńskie nadały na cały świat przemówienie królowej angielskiej, w którym podkreśliła bohaterski czyn mojej siostry oraz złożyła jej hołd w imieniu Anglii. W prasie angielskiej i amerykańskiej czytałem informacje
o tragicznej śmierci mojej Matki"16. Anna Zahorska "Savitri"
zmarła 14 października 1942 r. w obozie koncentracyjnym
Auschwitz-Birkenau, o jej śmierci powiadomiono męża Eugeniusza,
wątpliwe, by ta wiadomość przedostała się do zagranicznej prasy.
Przyznaję, że nie wiedziałem, jak można dotrzeć do przemówienia
brytyjskiej królowej Elżbiety, żony króla Jerzego VI i matki zmarłej 8
września 2022 r. Elżbiety II. I tym razem pomogła mi moja koleżanka dr
Magdalena Hułas, której udało się, dzięki zamieszkałej w Anglii
rodzinie, wysłuchać owego przemówienia, trwającego zaledwie osiem minut,
nadanego 11 listopada 1939 r. Królowa w imieniu kobiet brytyjskich
przekazała w nim m.in. wyrazy głębokiej sympatii kobietom w Polsce,
pierwszym, na które "padło okrutne, druzgocące uderzenie" w tej wojnie.
Nie została przy tym wspomniana Elżbieta Zahorska17.
Z kolei inną tego rodzaju wiadomość znajdziemy w tekście Danuty
Hryniewicz. Dowiadujemy się mianowicie, iż "Jeszcze w 1939 r. dotarła do
Polski wiadomość, że królowa belgijska przyznała Litce wysokie
odznaczenie wojskowe"18. Znów poprosiłem Magdalenę Hułas o poszukiwanie w internecie informacji zarówno o tej królowej, jak też
nadawanych przez nią medalach czy orderach. Okazuje się, że pochodząca z Bawarii królowa Elżbieta (1876-1965), żona króla Belgii Alberta I i matka króla Leopolda III (odwiedziła Polskę w 1955 r. z okazji Konkursu
Chopinowskiego), medal swego imienia ufundowala 15 września 1915 r.
Ustanowiono go jako odznaczenie dla tych wszystkich, którzy przyczynili
się do ulżenia cierpieniom ofiar tamtej wojny19. Nie udało się
ustalić, czy ten medal był też przyznawany podczas II wojny światowej, a jeśli tak, kto go otrzymał. Bardzo wątpliwe, by w ten sposób uczczono
Elżbietę Zahorską.
Na zakończenie pragnę przekazać słowa serdecznego podziękowania
wszystkim tym osobom, których dotychczas nie wymieniłem. Byłemu
wicedyrektorowi Biblioteki Narodowej Mikołajowi Baliszewskiemu
zawdzięczam zrobienie dla mnie, podczas pandemii, kilku kserokopii
znajdujących się w jej zbiorach artykułów z czasopism oraz fragmentów
książek. Jego kuzyn, zmarły 10 sierpnia 2020 r. nieodżałowany Dariusz
Baliszewski, przekazał mi odnalezione przezeń informacje o poległych we
wrześniu 1939 r. żołnierzach noszących nazwisko Włodarz. Być może jeden
z nich był mężem rozstrzelanej wraz z Elżbietą Zahorską wdowy Eugenii.
Otrzymałem odeń także cenne informacje o świadku egzekucji ks.
Stanisławie Tworkowskim (1901-1999). Zatrudniona w Archiwum Uniwersytetu
Warszawskiego Anna Dziedzic w liście z 22 stycznia 2021 r. poinformowała
mnie, że w dokumentach nie znaleziono potwierdzenia, by Elżbieta
Zahorska była studentką tej uczelni. Dr Irenie Fedorowicz z Wilna
zawdzięczam wiadomość, że w tamtejszym archiwum nie udało się jej
odnaleźć teczki osobowej Elżbiety Zahorskiej. Urodzona w Wilnie, od lat
zaprzyjaźniona ze mną, orientalistka Maria Emilia Lopatto, dzięki
posiadanemu przez nią wspaniałemu zbiorowi publikacji na temat historii
Wilna, pomogła mi zgromadzić materiały dotyczące Jerzego Zahorskiego ps.
"Fostowicz" (1921-1944), wspaniałej i tragicznej postaci żołnierza
wileńskiego Kedywu, a także jego rodziny. Siostrze Karolinie Łuczak,
dyrektorce Zespołu Szkół Sióstr Nazaretanek przy ul. Czerniakowskiej 137
w Warszawie, dziękuję za zrobienie dla mnie i przesłanie fotografii
tablicy upamiętniającej nauczycieli i wychowanków. Wymienione tam są
wszystkie trzy siostry Zahorskie. Doktor Elżbiecie Orman jestem
wdzięczny za przesłanie mi kserokopii tekstu, jaki 3 marca 1985 r.
Danuta Hryniewicz wysłała do krakowskiej redakcji Polskiego Słownika
Biograficznego. Zawierał on wstępną wersję życiorysów Anny, Elżbiety i Bolesława Zahorskich. Podziękowania kieruję też pod adresem dr. hab.
Jacka Zygmunta Sawickiego, profesora w Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim, zatrudnionego od lat także w Instytucie Pamięci Narodowej.
Jego artykuł Kobieta września '39, opublikowany w 2012 r. w "Tygodniku
Powszechnym", był dla mnie pierwszym obszernym tekstem o życiu Elżbiety
Zahorskiej, jaki przeczytałem20. Jako popularyzatorski
pozbawiony był przypisów. Dopiero z czasem udało mi się ustalić, skąd
autor zaczerpnął informacje. Recenzentowi mojej książki, profesorowi
Markowi Ney-Krwawiczowi, zawdzięczam uzyskanie dofinansowania ze strony
Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Beacie Bińko dziękuję za zredagowanie
tekstu i wpisanie go do komputera. Wydawnictwu Bellona za podpisanie ze
mną umowy na tę książkę i jej piękną, z uwagi na liczne ilustracje,
edycję.
Bronisława z Kowalewskich Elzenbergowa (1857-1940) - babka Elżbiety
Zahorskiej po kądzieli. Fotografia wykonana w Mohylewie