I.
Podróż poślubna inżyniera Andrzeja żarycza, znanego wynalazcy, filantropa i miljonera, trwała miesiąc, i powróciwszy z niej, zamieszkał wraz z żoną już nie w domku przy fabryce w Szczęśliwicach, lecz w dawnej cichej, może trochę ciasnej, lecz za to otoczonej przecudnym ogrodem willi w Mokotowie.
życie ich zdawało się układać równo, spokojnie, nie zapowiadając żadnych wstrząśnień... Inżynier żarycz zajął się pracą nad nowemi wynalazkami, oraz "trwonieniem pieniędzy", jak żartobliwie nazywał wydawanie olbrzymich dochodów na budowle i inne cele, a żona jego, Basia, pomagała mu w tej pracy gorliwie, służąc jak dawniej, za sekretarkę, cały ciężar prowadzenia gospodarstwa domowego składając na barki poczciwej, a wiernej Maciejowej.
Tak im dzień uplywał za dniem, a spokój pracy czasami przerywany był odwiedzinami przyjaciół.
Po pewnym jednak czasie inżynier Żarycz zauważył w żonie swej pewną zmianę... Stała się jakby poważniejszą, wpadała często w zamyślenie, i długie, długie nieraz, narady prowadziła z Maciejową.
Błysnęła w sercu inż. Żarycza nadzieja, że powodem tego jest być może tak oczekiwane i upragnione przez obydwoje macierzyństwo, gdy naraz, pewnego, wieczoru, siedząca przy nim i pogrążona w zadumie Basia, podniosła głowę i rzekła:
- Andrzeju, czy mogę ci przerwać?
- Ależ, proszę cię, - odrzekł, odkładając robotę i z zapytaniem w oczach wpatrując się w nią.
- Widzisz, - ciągnęła dalej jakby z wahaniem: - chciałam cię prosić, ażebyś mi dał pieniędzy...
Zaskoczony tem nieoczekiwanem żądaniem inż. Żarycz, spytał krótko:
- Ile?...
- Widzisz, ja potrzebuję dużo pieniędzy i ciągle, dlatego chciałabym, ażebyś mi przeznaczył stale pewną sumę miesięczną do mego uznania.
Dziwnem już wielce wydawało się to zgoła niezwykłe żądanie inż. Żaryczowi, który niczego żonie nie odmawiał, lecz nie uważał za właściwe dopytywać się Basi na co jej mogą być potrzebne te pieniądze, zwłaszcza, że wiedział dobrze, że i tak mu powie, więc odrzekł tylko:
- Jak najchętniej, tylko, proszę cię, określ mi sumę...
Basia zastanowiła się, poczem, jąkając się, rzekła:
- Widzisz, myśmy z Maciejową obliczyły, że dziesięć tysięcy na początek wystarczy...
Inż. Żarycz, nic nie mówiąc, wziął książeczkę czekową, i wypełniwszy czek na dwadzieścia tysięcy, podał jej.
Basia, spojrzawszy na wypisaną sumę, zarumieniła się i wyjąkała:
- To... już... na dwa miesiące...
- Nie, - odrzekł żarycz: - to na jeden miesiąc, i odtąd co miesiąc taką sumę otrzymywać będziesz...
Wzruszona i rozradowana tem Basia zerwała się z miejsca i przypadłszy do niego, całować go zaczęła, tuląc się do niego i mówiąc gorączkowo:
- Jakiś ty dobry... Maciejowa mówiła, że nie odmówisz... Widzisz... ale to jest tajemnica... nie mogę ci nic mówić, ale dowiesz się... dowiesz się tam...
Uśmiechnął się na to żarycz i tuląc ją do siebie, głaskać zaczął jej złotą główkę...
- Ależ zachowaj tą swoją tajemnicę, ptaszyno moja, - rzekł: - wiem i tak, że niedługo mi ją zdradzisz, nie umrę więc do tego czasu z ciekawości.
Uradowana Basia ucałowała go gorąco, poczem pobiegła do Maciejowej, ażeby podzielić się z nią radosną nowiną.
Od tego czasu zauważył inż. Żarycz, że Basia codzień zrana znikała z domu na przeciąg paru godzin, przyczem nigdy nie chciała brać auta, tylko jeździła tramwajami i autobusami. W godzinach popołudniowych odwiedzali ją jacyś tajemniczy interesanci, z którymi prowadziła w swoim pokoju długie, a ożywione rozmowy...
Zmieniła się też znacznie, znikł gdzieś bez śladu dawny jej beztroski, radosny humor, zastąpiony przez smutki i zadumę, zmieniane często przez dziwne jakieś ożywienie.
Zaciekawiało go to bardzo, chciał przeniknąć tą tajemnicę, lecz powstrzymywał się od wszelkich zapytań, wiedząc dobrze, że przyjdzie czas, kiedy Basia wszystko mu wyzna.
Aż wreszcie czas ten nadszedł... Dnia pewnego, gdy zamierzał wyjechać z domu, ażeby udać się do fabryki, do gabinetu jego weszła Basia w skromnej szarej sukience, i patrząc nań z uśmiechem, rzekła:
- Andrzeju, czy mógłbyś mi poświęcić dzisiejsze przedpołudnie?
- Ależ jaknajchętniej... Wszystko zrobię, co sobie życzysz, - odrzekł żarycz, poczem dodał żartobliwie: - widzę z oczu mojej ptaszyny, że zamierzona przez nią eskapada będzie bardzo wesoła...
Lecz naraz rozjaśnioną twarzyczkę Basi powlokła chmura smutku...
- Niestety, - odparła: - nie mogę ci przyrzec wesołości, lecz chcę zdać ci rachunek i sprawozdanie z użycia pieniędzy, jakie mi tak hojnie przeznaczyłeś...
Żarycz podskoczył do telefonu domowego, mówiąc:
- Zaraz każę zajechać Jackowi...
Lecz Basia powstrzymała go.
- Nie, - rzekła: - tam, gdzie chcę cię zaprowadzić, nie jeździ się samochodem, lecz najwyżej tramwajem, lub idzie się piechotą.
- A więc chodźmy, - rzekł żarycz, biorąc kapelusz i laskę.
Wyszli z domu, a doszedłszy do ul. Puławskiej wsiedli do tramwaju... Po jakimś czasie znaleźli się w okolicach Woli, w dzielnicy robotniczej, w dzielnicy największego ubóstwa... Wysiedli i krętemi, brudnemi, pełnemi jakiegoś specyficznego zapachu nędzy ulicami, doszli prawie że do końca miasta, gdzie zatrzymali się wreszcie przed wielkim białym trzypiętrowym domem, o wielkich oknach, otoczonym przez olbrzymi ogród z rozłożystemi drzewami.
Z domu tego i ogrodu, przez otaczający go wysoki parkan, dobiegała dziwna jakaś wrzawa, pełne radości okrzyki i śmiechy dziecięcych głosów, podobne do gwaru ula.
Basia zatrzymała się przed drzwiami, prowadzącemi do domu i nacisnęła guzik dzwonka. Po chwili drzwi się otworzyły i przez obszerny holl, a potem korytarz poprowadziła męża do ogrodu, mile pieszczącego wzrok barwami kwiatów i zielenią drzew i trawników.
Lecz ogród ten przepełniały inne kwiaty, ruchliwe i głośne bardzo, w różnobarwnych ubrankach, o płowych lub czarnych główkach, zajęte bardzo swemi sprawami i zabawami.
Było tam tego drobiazgu mnóstwo, podzielonego na grupki, bawiące się, lub wypoczywające na świeżem powietrzu... Pośrodku ogrodu znajdował się wielki basen cementowy, napełniony wodą, w którym pluskała się radośnie gromada dzieciaków.
Inż. Żarycz stanął w drzwiach korytarza, oczarowany i oszołomiony widokiem, gdy naraz dziatwa spostrzegła Basię...
Jak sygnał trąbki rozległ się donośny okrzyk:
- Nasza pani!... Nasza pani, przyszła!...
I w jednej chwili cała ta rozdokazywana horda rzuciła się ,jak rój barwnych motyli, do roześmianej Basi, otaczając ją zwartem kołem, tłocząc się, popychając, starając się przedostać do niej.
A ona stała pośrodku nich, wysmukła, wiośniana, roześmianemi oczyma wodząc po tej czeredzie, głaszcząc tulące się do niej głowiny.
Próżno kilka młodych wychowawczyń w białych fartuchach starało się uwolnić ją z tej niewoli. Rozwrzeszczona radośnie gromada tłumiła wszystko, aż wreszcie Basia podniosła rękę na znak, że chce mówić. W jednej chwili nieomal zapanowała cisza.
- Dizieci, - rzekła swym melodyjnym głosem: - idźcie się bawić, gdyż ten pan, co przyszedł ze mną, chce widzieć, jak się grzecznie bawicie...
W jednej chwili rozproszyła się cała gromada, wracając do przerwanej zabawy, przy Basi pozostało tylko dwoje, najmniejszych, może dwuletnich, uczepiwszy się jej sukni drobnemi rączkami i wznosząc ku niej ufne błękitne oczęta.
Basia nachyliła się, ucałowała obydwoje i rzekła:
- A teraz Andziu i Jasiu idźcie bawić się...
Dzieci odeszły, a Basia zaczęła oprowadzać męża po całym ogrodzie, pokazując mu i przyrządy gimnastyczne, i plac zabaw i werandę na wypadek deszczu z leżakami dla słabszych dzieci, i basen, i góry piasku dla najmłodszych, i wszystko, co się w tym zaczarowanym ogrodzie znajdowało.
Poprowadziła go potem do domu, gdzie pokazała mu wielką salę parterową, służącą w zimie, lub w czasie niepogody do zabaw i za jadalnię, kuchnię i pralnię w suterynach, potem na pierwszem piętrze szereg sal, w których starsze dzieci, oprócz zabaw, uczyły się, wreszcie na drugiem piętrze sale, w których zupełnie bezdomne dzieci znajdowały przytułek...
Wszędzie było jasno, czysto wprost radośnie...
Inż. Żaryczowi cisnął się na usta szereg pytań, lecz Basia wstrzymała je, mówiąc:
- Teraz o nic nie pytaj... teraz patrz i krytykuj... A w domu opowiem ci wszystko...
Nie pytał też o nic, tylko patrzał na tę gromadę rozdokazywanych dzieciaków, i dopiero wtedy spostrzegł cały szereg szczegółów, które zwróciły jego uwagę...
Większość tych dzieciaków chudziutka była i bledziutka, a pomimo ożywienia, z jakiem brały udział w zabawie, z ocząt wielu z nich wyzierała dzikość, połączona z jakimś lękiem dziwnym, jakby obawą, że naraz coś złego na nie spaść może.
Na twarzyczkach tych dzieci, które teraz dopiero słońce złocić i krasić rumieńcem zaczęlo, nędza, straszliwa nędza wyryła swe ślady, lata spędzone w zaduchu, w suterynach lub na poddaszach, piętno swe wycisnęły... Znać było, że długiego jeszcze czasu, a przytem kochającego serca potrzeba, ażby zebrać z twarzyczek te ślady straszliwe, ażeby wyrwać z ich duszyczek wspomnienia tego, co przeżywaly tam, w domach rodzicielskich..
Pozostawiony sam przez Basię, która zajęta była rozmową z wychowawczyniami i otaczającemi ją zwartem kołem dziećmi, miał czas do przyglądania się tym cudnym kwiatom dziecięcym, rzuconym od zarania na bagnisko życia, skazanych wprost na zatratę...
I wtedy dopiero pojął całą wielkość "tajemnicy" Basi, która je uratować chciała, nauczyć śmiechu, radości, i poczuł już dla niej nietylko miłość wielką, ale i cześć i uwielbienie bez granic.
Asystował jeszcze przy obiedzie dziatwy, posilnym i obfitym, a gdy wracali do domu, nie rzekł nic, tylko ujął rękę Basi i długo a gorąco przytulił ją do ust.
A wieczorem, gdy siedział w gabinecie swoim pogrążony w myślach, wsunęła się Basia i usiadłszy przy nim, rzekła z uśmiechem:....
- Widzisz, to jest właśnie ta tajemnica, na którą potrzebowałam taką masę pieniędzy... A teraz pytaj...
- O cóż mam się pytać, - odrzekł poprostu: - stworzyłaś rzecz wielką, za którą ci tylko wdzięcznym być mogę.
- Musisz jednak wysłuchać wszystkiego, ażebyś wiedział, co mnie skłoniło do tego... Tyś stworzył wielkie rzeczy, dając zarobek bezrobotnym, broniąc ich przed śmiercią głodową, dając zdrowe mieszkania robotnikom, tak że mnie zazdrość zdjęła, że pędząc przy przy tobie życie próżniacze w dostatkach nic, ale to nic robić nie mogę... I oto zaczęłam obserwować w czasie mych wędrówek po mieście, że dola tych, którzy mają pracę, nieraz nie jest lepszą od doli bezrobotnych... Wyzysk tam panuje straszliwy, do tego stopnia, że mimo ciężkiej, nad siły nieraz pracy, nie mają na chleb dla siebie i dzieci... A już najstraszniejszą jest dla dzieci, bezbronnych istot, które nie mając warunków odpowiednich, od urodzenia już skazane były na mękę i śmierć... I oto tym dzieciom postanowiłam dać uśmiech radości, dać choć cząstkę lepszej, jaśniejszej doli... Długo się namyślałam nad tem, co czynić, chciałam poruszyć grono pań, znanych ze swej dobroczynnej działalności, lecz te zaraz chciały tworzyć komitety, urządzać różne reklamowane imprezy, a gdym im zaproponowała, ażeby pracując bez rozgłosu, same zajęły się opieką nad temi dziećmi, wszystkie bogate filantropki odmówiły mi, natomiast znalazłam spory zastęp chętnych z pośród ubogiej inteligencji pracującej, które, same zaznawszy biedy, zgodziły się pracować ze mną... Potrzeba jednak było nato pieniędzy... Wtedy to zwróciłam się do ciebie o pomoc i nie zawiodłam się..
- A dom? - spytał żarycz: - skąd on?
- Jeden ze zbudowanych przez ciebie, a przeznaczonych na szkołę, który miasto, nie mogąc samo zaradzić potrzebom ubogich dzieci, oddało mi w dzierżawę na moją prośbę...
- Lecz urządzenie tego wszystkiego musiało dużo kosztować, jak ci wystarczyło pieniędzy?...
- Nie tak bardzo, zresztą część robót wykonana została na kredyt.
- A więc moja żona robi długi? - ze śmiechem zawołał inż. Żarycz.
- Niestety, - z westchnieniem rzekła Basia: - ale spłacę ją z sumy miesięcznej, przeznaczonej dla mnie...
- Nie, - rzekł z udaną ostrością: - nie mogę się zgodzić, ażeby moja żona miała długi i jeszcze może za nie dostała się do więzienia, i...
- I co? - z niepokojem spytała Basia.
- I spłacę je wszystkie...
- O, jakiś ty dobry, - zawołała Basia, rzucając mu się na szyję: - będę mogła przynajmniej większą ilość dzieci przyjąć... A gdybyś tylko wiedział, ile tam jest tego nieszczęśliwego drobiazgu...
Zamyśliła się, smutek i powaga powlokły jej ruchliwą twarzyczkę, a po chwili spytała głosem jakby dalekim jakimś, jakby nabrzmiałym przez łzy:
- Powiedz mi, tyś taki mądry, dlaczego tak jest na świecie, że jedni mają wszystkiego aż nadmiar, opływają w dostatki, a inni, choć ciężko pracują, głód i nędzę cierpieć muszą... Dlaczego zwłaszcza tak cierpią te biedne nic niewinne dzieci?...
Zaskoczony tem pytaniem inż. Żarycz, który pochłonięty swemi wynalazkami i pracą, nie wiele zajmował się sprawami socjalnemi, nie wiedział zrazu co odpowiedzieć, wreszcie rzekł:
- Widzisz, to już taki ustrój...
- Ustrój!... a więc należy go zmienić!...
- Ba! nad tem już ludzie myślą od tysięcy lat, i nic jakoś wymyślić nie mogą...
- A jednak to musi ulec zmianie! - zawołała rozpłomieniona Basia: - tak dalej trwać nie może, taka straszliwa krzywda tylu wydziedziczonych skończyć się musi... Wierz mi, że na wszystko, co posiadam, patrzę ze wstrętem, gdy pomyślę o tem, że jednak są miljony ludzi, którzy nie mają co do ust włożyć i w co się ubrać...
Inż. żarycz przygarnął ją do siebie i rzekł pełnym powagi i uczucia głosem:
- Buntownico ty moja!... Nad zagadnieniem tem myślało już wielu ludzi uczonych, stworzono wiele doktryn, lecz przy wprowadzaniu w czyn wszystkie one zawiodły...
- Bo ja myślę, - rzekła z zadumą Basia: że do tego nie potrzeba ani wielkiej nauki, ani doktryny, tylko...
- Tylko czego? - spytał zaciekawiony żarycz.
- Serca...
- Tak, masz słuszność, lecz wśród ludzi bardzo znikoma ilość ma serce, i ci, niestety, nic zrobić nie mogą w walce z bezdusznym egoizmem, rządzącym światem.