Prawo zła - Radosław Paszko

Reflow text when sidebars are open.
Wrzaski dobiegające z zewnątrz były nie do wytrzymania. Próbował je zagłuszyć, mocno przyciskając dłonie do uszu, ale niewiele to pomogło. Brak pełnego i spokojnego snu mocno dawał mu się we znaki. Był przemęczony i wściekły, a złość była tym większa, że akurat dziś przyśnił mu się poranek, w którym zamiast awantury budził go zapach naleśników z czekoladą. Rozżalony agresywnie przerzucił się na drugą stronę malutkiej kanapy, niefortunnie uderzając głową w stolik. Miał ochotę wykrzyczeć swoją złość światu, ale nie mógł. Wiedział, że jego mama nienawidziła, kiedy podnosił głos, a bardzo nie chciał, by była na niego zła. Zaciskając z całej siły zęby, wytarł napływające do oczu łzy starym śmierdzącym kocem, którym następnie nakrył się aż po czubek głowy. Zdawał sobie sprawę, że już nie zaśnie, dlatego przestał próbować.
Zrzucił z siebie dziurawą kapotę i ostrożnie postawił stopy na podłodze. Unikając zużytych prezerwatyw oraz strzykawek, ostrożnym krokiem udał się do toalety. Jej smród już dawno przestał robić na nim jakiekolwiek wrażenie. Zapach siarkowodoru, amoniaku i pleśni był wyczuwalny nawet pomimo zatykania nosa palcami, dlatego po prostu nie zwracał na niego uwagi. Kłótnia, która przerwała mu najprzyjemniejszy sen ostatnich miesięcy przeniosła się pod malutkie łazienkowe okienko. Stając na desce klozetowej, próbował dostrzec, z kim spotkała się jego mama, choć ton rozmowy mógł wskazywać tylko jedną osobę.
Roman - jej kochanek - ostatnio zjawiał się u nich coraz częściej. To właśnie on odpowiadał za to, że praktycznie każdy poranek wyglądał tak samo. Jednak dziś było inaczej. Był bardziej pobudzony i agresywniejszy niż zwykle, co mogło zwiastować tylko jedno - kłopoty. Pomimo trafnego rozpoznania humoru amanta matki, tego, co wydarzyło się chwilę później, nawet nie brał pod uwagę.
Romek chwycił ją za gardło, popchnął na ścianę kampera, a następnie z całej siły uderzył pięścią w twarz. Niewiele myśląc, wybiegł z pojazdu i w obronie swojej rodzicielki rzucił się na konkubenta.
Gdyby to była scena w reżyserowanej komedii, wszyscy pękaliby ze śmiechu. Ale to nie był film.
Bosy ośmioletni chłopiec, w samych majtkach z motywem Żółwi Ninja, właśnie beznadziejnie starał się zadać choćby jeden cios postawnemu dorosłemu mężczyźnie. Roman, widząc zaciekłość i płonące nienawiścią oczy, po prostu wybuchnął śmiechem. Złapał malucha jedną ręką za głowę i z impetem odepchnął go na bok niczym wadzący śmieć. Ośmiolatek wywracając się na ulicę, zdrapał sobie część skóry pleców. To jednak nie powstrzymało go przed dalszymi próbami. Chłopiec szybko podniósł się na nogi i ruszył w stronę kochanka matki, który szarpał kobietę za włosy. Unikając męskiej ręki i wymierzonego na odlew ciosu, z całej siły uderzył Romana w krocze. Efekt był piorunujący, a zwijający się z bólu mężczyzna przestał zwracać na nich uwagę.
Niewiele myśląc, podbiegł do mamy. Próbował podnieść ją z ziemi, ale na próżno. Przez spływającą z brwi krew kobieta nie mogła otworzyć oczu, a chwiejność jej kroków świadczyła tylko o jednym - poranną dawkę narkotyków miała już za sobą. Czuł złość i beznadziejną bezradność, ale powstrzymał łzy. Walcząc z wiotkim ciałem matki, z całych sił starał się utrzymać równowagę. Gdy udało mu się zarzucić ją sobie na bark, jakaś magiczna siła znów posłała go na łopatki.
Wściekłość Romana była wręcz namacalna. Przyspieszony, cuchnący alkoholem oddech, nienaturalnie wielkie źrenice oraz ogrza twarz wzbudzały strach. Chciał wstać, ale przerażenie było silniejsze. Przygwożdżony do ziemi mógł tylko obserwować, jak kochanek matki właśnie kopie ją po głowie i brzuchu. Zanim zdążył otworzyć usta, by wezwać pomoc, został brutalnie podniesiony za szyję i rzucony w przyczepę. Ból potylicy bardzo szybko rozchodził się po całej głowie, a rwanie kręgosłupa promieniowało aż do czubków palców. Niepotrzebnie próbował otworzyć oczy. Przez chwilę zastanawiał się, czy gdyby zacisnął powieki, to bolałoby tak samo. Zaraz jednak przestał się zastanawiać. Stracił przytomność po trzecim ciosie.
Ocknął się, gdy jego rana na głowie zapiekła żywym ogniem. Próbował wstać, ale powstrzymała go damska dłoń przyciskająca jego ciało do kanapy.
- Leż spokojnie, skarbie, muszę przemyć rozcięcie.
- Czy on dalej tu jest? - spytał, sepleniąc przez spuchniętą wargę, ale nie usłyszał odpowiedzi.
Po chwili dostrzegł, że pomimo prób opatrzenia jego ran, sama nie zdążyła jeszcze dokładnie pozbyć się krwi z własnej twarzy. Nie musiała odpowiadać. Zapach tanich papierosów dochodzący z zewnątrz jasno wskazywał, że Roman wyszedł tylko zapalić.
Kilka minut później oboje aż podskoczyli. Kochanek matki jak oparzony wbiegł do środka, szaleńczo omiatając wzrokiem wnętrze kampera. Zauważył, że na jego twarzy rysuje się paniczny strach, a czoło ubarwiał perlisty pot.
- Jeśli któreś z was choć piśnie im słowo, to zajebię jak psa - warknął, chowając się w toalecie, czym wzbudził w nich przepełnioną obawą konsternację.
Dopiero po chwili usłyszeli dźwięk strzelającego spod kół żwiru. Ktoś podjechał pod ich przyczepę.
- Nakryj się i bądź cicho - powiedziała prawie szeptem kobieta i wyszła na zewnątrz.
Pomimo ogromnego strachu, który go ogarniał, nie mógł pozwolić, by ktoś znów skrzywdził jego matkę. Zanim zrzucił z siebie koc, doszedł do niego jej podniesiony ton. To go sparaliżowało.
- Nie ma go tu! - warknęła rodzicielka.
- Widzę, że się dogadujecie - oznajmił zimny głos, po którym nastąpiła salwa męskiego śmiechu.
- Po chuj go kryjesz? Widziałaś się w lustrze? Chyba, że sama sobie to zrobiłaś - odezwał się ktoś drugi, młodszy.
- Gówno cię to obchodzi - odpysknęła kobieta.
- Ostatni raz spytam, bo nie mam czasu. Gdzie on jest? - Każdego z trzech facetów, których usłyszał cechowały chłód i opanowanie.
- W dupie! Nie ma go...
Nie zdążyła dokończyć. Nauczył się rozpoznawać dźwięk uderzenia w twarz już dawno temu. Rozpędził się, by jej pomóc, ale gdy był w pół drogi do drzwi, weszli oni.
Było ich czterech, każdy ubrany na czarno. Dwóch rozglądało się w środku, a dwaj pozostali czekali na zewnątrz. Wyglądali jak grabarze. Przed rzuceniem się im do gardła powstrzymał go refleks światła, który odbiła przyczepiona do paska broń. Widząc ją, stanął jak wryty. Odwrócili się w jego stronę, ale nie wzbudzali obrzydzenia, tak, jak Roman. Byli zupełnie inni. Opanowani i uśmiechnięci, ale na pewno nie słabi. Biła od nich niespotykana pewność siebie, która przyciągała niczym magnes. Jednak świadomość podpowiadała, by trzymać się od nich z daleka. Nie musieli starać się wyglądać groźnie, by wzbudzać szacunek. Wprost przeciwnie do kochanka matki.
- Cześć, mały - rzucił jeden z nich, nachylając się nad nim. - Nie chcemy być tu dłużej, niż musimy. Powiedz nam, gdzie jest ten, który... - przerwał, łapiąc go za podbródek i obracając głowę - ...wam to zrobił - dokończył z grymasem.
Nie wiedział dlaczego, ale był im wdzięczny. Coś wewnętrznie podpowiadało mu, że przyszli z pomocą, ale nie byli to rycerze na białych koniach. Przypominali bardziej szwadron śmierci i demony na szkieletach ogierów. A biorąc pod uwagę to, jaką osobą był Roman, to właśnie takiej pomocy by oczekiwał, gdyby się po nią zgłosił.
- W toalecie - odparł, czując się jak pęknięty balon, z którego nagle wyleciało całe powietrze.
- Zuch chłopak - odpowiedział z uśmiechem mężczyzna, w dalszym ciągu nachylając się nad nim. Po chwili zaprosił do środka swojego kolegę, który wyprowadził chłopca, zamykając za sobą drzwi. Gdy chłopak pobiegł przytulić matkę, ta odepchnęła go od siebie.
- Coś ty narobił... - rzuciła załamana, zaglądając przez okno w poszukiwaniu ukochanego.
Z przebiegu spotkania szwadronu śmierci i Romka wywnioskował, że było ono ostatnim przypomnieniem o zaciągniętym długu i kończącym się terminie spłaty. Słysząc dochodzące z toalety wrzaski, płacz i szlochanie amanta matki, zastanawiał się, co mogli mu robić. Chciał być na ich miejscu lub im pomóc, bo wycie Romana działało na niego kojąco.
Zupełnie inne emocje towarzyszyły jego matce, która błagała, by przestali. Był im wdzięczny, że jej nie posłuchali.
Spotkanie w łazience trwało jakieś dwadzieścia minut, po których cała czwórka opuściła teren, odjeżdżając w stronę miasta. Gdy kobieta pobiegła sprawdzić stan zdrowia konkubenta, chłopak jeszcze długo wpatrywał się w niknący za horyzontem pojazd. Dziś życie zmusiło go, by po raz pierwszy wybrać, co jest ważniejsze - trzymać się matki czy przestać być bezsilnym. Jeszcze parę dni temu zrobiłby dla niej wszystko, ale teraz stracił tę pewność. Do tego przegrał walkę o jej uwagę z facetem, który ją bił i poniżał. To bolało bardziej niż zdarte plecy i rozbita głowa. A może to była jego wina? Bo był mały i słaby?
Dzisiejsza lekcja pozostanie już z nim na zawsze. Wiedział, że słabsi zawsze przegrywają, a on nie chciał być słaby.
Zafascynowany ludźmi, którzy do nich przyjechali, bardzo długo wpatrywał się w unoszący za nimi kurz. Rozpamiętywał i podziwiał ich postawę, stanowczość oraz pewność siebie. Zrozumiał, że Romek nie jest niezniszczalny, a pokonać go można, będąc silniejszym. Chciał być tak silny jak mężczyźni z czarnego Mercedesa. Czuł, że nie byli dobrzy, ale jeśli zło miało zostać pokonane przez większe zło, to chciał być jak oni. Zauważył też, że w grupie ma się ogromną przewagę, dlatego chciał stworzyć taką samą. Pragnął kiedyś pokonać Romana.
Przez moment zastanawiał się nad tym, czy nie pobiec za autem, by odjechać razem z nimi, ale postanowił zostać. Niestety niedane mu było dłuższe analizowanie swojego losu, bo myśl o ewentualnej przyszłości skończyła się szybciej, niż zdążyła ułożyć. Ponownie brutalnie przekonał się o tym, kto rządzi światem i dlaczego.
- Zabiję tego jebanego gnoja - usłyszał zza pleców.
Chwilę później poczuł jak grunt osuwa mu się spod nóg. Nieprzyjemny chłód rozchodził się wzdłuż kręgosłupa, a światło słońca zaczęło niebezpiecznie szybko gasnąć. Nie widział swojego upadku twarzą w piach, ale usłyszał upuszczony obok głowy metalowy pręt.
Leżąc na ziemi z zamkniętymi oczami, wsłuchiwał się w świst wiatru. Za nic w świecie nie chciał wracać do rzeczywistości. Wiedział, że to, co się wydarzyło, nieodwracalnie zmieni jego życie.
Z całych sił próbował pozostać w błogim metaforycznym stanie pomiędzy utratą przytomności a powrotem świadomości. Niestety ból z każdą minutą stawał się silniejszy, doskwierając coraz bardziej. Był wściekły, że nie jest mu dane odpocząć trochę dłużej. To wszystko nie powinno się wydarzyć - powtarzał w głowie.
Nie wiedział, co denerwowało go bardziej - bolesność całego ciała czy ego, którym się ktoś bezceremonialnie podtarł. Z upływem czasu zaczynał odczuwać więcej. Promienie słońca, które przed chwilą przyjemnie otulały jego wiotkie ciało, teraz stawały się nie do wytrzymania. Próbował wziąć głęboki oddech, ale złamany nos i zaschnięta w ustach krew skutecznie mu przeszkadzały. Miał wrażenie, że puchnąca w straszliwym tempie twarz zaraz eksploduje. Wiedział, że widzenie w lewym oku, które ucierpiało najmocniej, szybko nie wróci. Nie był w stanie wskazać choćby centymetra swojego ciała, który nie sprawiałby bólu.
Ostrożnie otworzył oczy i resztką sił przekręcił się na brzuch. To był błąd. Nieustannie pulsująca głowa nie była na to przygotowana. Podniósł się na czworaka i zwymiotował. Targany konwulsjami wydalał z siebie ślinę, ciemnobrązową krew i piasek. Pomimo majestatycznego wyglądu wymiocin nie zamierzał im poświęcać choćby sekundy swojej uwagi, dlatego zamknął oczy.
Gdy po kilku minutach wrócił do siebie, ciężko opadł na tyłek, próbując złapać powietrze i ostrość widzenia jednym okiem. Ciemność, która przechodziła w mroczki, w końcu zaczęła przedstawiać wizję tego, co pozostało na polu bitwy.
Wulkan oparty o drzewo nie miał już siły płakać. Pociągając nosem, wpatrywał się w swoją nienaturalnie wygiętą rękę.
Konrad splunął na ziemię pozostałością wymiocin i spojrzał na Prosiaka, który siedząc na konarze, lustrował go wzrokiem pełnym wyrzutów i żalu.
Wiedział, że przegrał. Zawiódł siebie i swoją ekipę. Czuł się odpowiedzialny za to, co się wydarzyło. Poległ sromotnie i pierwszy raz w życiu nie wiedział, co ma robić. Długo wahał się, czy podejść do swoich kompanów. Łapiąc równowagę, z widocznym grymasem ruszył w ich stronę.
- Chyba mogło być gorzej, co? - rzucił, siląc się na uśmiech.
- Gorzej?! - odparł piskliwym głosem Wulkan. - Jaja sobie robisz? Spójrz na moją rękę! - krzyknął rozpaczliwie.
- Ty zresztą też nie wyglądasz, jakbyś wrócił ze spaceru. - Prosiak wskazał na oko Konrada, dając do zrozumienia, że opuchlizna jest większa, niż myśli.
- Dobra, przestańcie się mazać. Jeszcze ich dorwiemy.
- O czym ty gadasz?! Jakie dorwiemy?! - Wulkan brzmiał jak mała, rozzłoszczona dziewczynka.
- Normalnie. Muszę tylko wszystko przemyśleć i przygotować nowy plan.
Jednak zamiast aprobaty usłyszał grobową ciszę, co chwilę przerywaną szelestem liści. Po kilku długich minutach Wulkan odważył się wyjść przed szereg.
- Ja się wypisuję. Mam dość - oznajmił załamany, z brakiem nadziei w słuszność głoszonych idei.
- Spokojnie. W gniewie podejmuje się pochopne decyzje. Nie rób tego. Poza tym nastawimy ci tę grabę, zregenerujemy się i wrócimy silniejsi - dodał po chwili z uśmiechem Konrad.
- Nie! Cały czas się ciebie słuchałem, wykonywałem polecenia i patrz, jak skończyłem! - Upewniając się, że lider zauważył złamanie, przysunął rękę bliżej jego twarzy. - Pierdolę to! Sram na tych bliźniaków, na zemstę i... - Ugryzł się w język.
- No? Dokończ. - Lider sprawiał wrażenie pewnego siebie, jednak wewnętrznie zaczynał odczuwać niepokój. W skrupulatnie budowanym przez lata pomniku zaczęły pojawiać się spore pęknięcia.
- Ej, panowie! Nie kłóćcie się, to teraz bez sensu.
Konrad wstrzymał Prosiaka gestem dłoni, chcąc za wszelką cenę wysłuchać tego, co Wulkan ma do powiedzenia.
- Dokończ - powiedział chłodno, patrząc koledze prosto w oczy.
Wymowne milczenie było trudniejsze do zniesienia niż słowa.
Wulkan czuł, że coś w nim pęka.
- PIERDOLĘ CIEBIE! - wykrzyczał, opluwając śliną Konrada. - Pierdolę te twoje pomysły, twoje decyzje, twoje rozkazy i zbieranie za ciebie po pysku. Zawsze to ty byłeś najważniejszy, a my byliśmy tylko od brudnej roboty. Koniec z tym! - Łzy napłynęły mu do oczu, ale nie żałował tego, co powiedział. Wyrzucił z siebie coś, co od dawna nie dawało mu spokoju. W końcu poczuł upragnioną ulgę.
- Zapytam jeden jedyny raz, więc proszę cię o skupienie. Chciałbym tylko, abyś upewnił się, co do mnie powiedziałeś. - Ton głosu Konrada był lodowaty, wręcz mrożący krew w żyłach.
- Pojebało was?! - Prosiak wstał, próbując zapobiec eskalacji, jednak silny chwyt lidera za przód mięśnia barkowego sprawił, że grubas momentalnie usiadł.
Kciuk lidera wylądował na jednym z punktów witalnych jego pomagiera, co skutecznie przerwało próbę mediacji.
- Mam powtórzyć? Dobrze. Odchodzę. Mam dość! - Targany emocjami Wulkan był bliski płaczu.
- Ostrzegam cię. Robisz błąd. Wielki błąd, mój przyjacielu.
- Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy i ile dla ciebie zrobiłem, tylko tyle masz mi do powiedzenia? - Pryszczaty uśmiechnął się gorzko, wysmarkując nos. - Wiesz co? Spierdalaj - rzucił obojętnie i odszedł.
- Ale się narobiło... - rzucił grubas, przerywając trwającą zdecydowanie za długo ciszę, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Na próżno.
Konrad jeszcze długo obserwował oddalającą się sylwetkę kolegi. Był zawiedziony i czuł się oszukany. Nie spodziewał się, że kiedyś dojdzie do rozłamu grupy, której oddał serce. Ale przecież nie mógł się poddać. Gdy Wulkan zniknął z horyzontu, postanowił zwrócić się do kolegi.
- Nastawisz mi to? - Wskazał na opuchnięty nos.
- Co?! Chyba powinieneś pójść z tym do piguły. Ja nigdy tego nie robiłem - odpowiedział kompan drżącym głosem.
- Daj spokój. To banalne. Łapiesz palcami tu i tu, a potem mocno przesuwasz.
- W którą stronę?
- Chyba możesz tylko w jedną, co nie? - spytał rozbrajająco lider, próbując się uśmiechnąć i dodać koledze otuchy.
- Fakt... - odparł zmieszany.
- No to dawaj.
- Boje się. - Ręce Prosiaka wyraźnie się trzęsły.
- Ej! - Konrad złapał za pucołowatą buzię i patrząc w oczy kolegi, przemówił spokojnym głosem: - Wierzę w ciebie. Gdyby było inaczej, nie prosiłbym cię o pomoc. Będzie dobrze.
Prosiak wiedział, że nie może go zawieść. Delikatnie pokiwał głową, słuchając pokrzepiających słów, złapał za nos, co było sporym wyzwaniem przez opuchliznę lewego oka, i według instrukcji przekręcił w prawo.
- KURWA! - wydarł się Konrad, odrzucając głowę w tył. Czuł palący ból promieniujący od zatok przez oczy aż do skroni. Wiedział, że to nie była udana próba.
Grubas odskoczył jak rażony piorunem.
- Jezu! Przepraszam! - rzucił rozdygotany.
- Ah! - Lider starał się zdusić w sobie narastającą wściekłość. - Mówiłem. Kciuki tu i tu. Najpierw spokojnie złap, wyczuj, potem ściśnij i z całej siły w drugą stronę. To nie jest trudne. Dasz radę - instruował przez zaciśnięte zęby.
- Doo... dobrze... - odpowiedział niepewnym głosem Prosiak. Po chwili ponownie przyłożył palce we wskazane miejsca. - Teraz jest okej?
- Tak - syknął Konrad, czując nacisk. - Dawaj! - krzyknął, zamykając oczy, w których gromadziły się spore ilości łez, a gruby jak na komendę mocnym ruchem przesunął trzymany fragment nosa. Obaj usłyszeli charakterystyczny chrzęst przeskakującej kości.
- Chyba się udało? - spytał drżącym tonem. Dłonie trzęsły mu się jak galareta.
- Taa... - Konrad opanował poczucie gniecenia promieniujące aż do potylicy.
Obmacał twarz, po czym smarknął, zatykając palcem jedną z dziurek. Klnąc przy tym głośno i strasznie się krzywiąc. Jednak nie przeszkodziło mu to w wykonaniu tej samej czynności po drugiej stronie nosa. Miał wrażenie, że jego głowa zaraz eksploduje. Wytrzymując agresywnie atakujący całą głowę ból, pozbył się zalegających w zatokach skrzepów krwi, następnie ostrożnie zaciągnął świeżym powietrzem, którego chłód przyjemnie koił podrażnione nozdrza.
- To co teraz? - zapytał Prosiak.
- Jeszcze nie wiem...
- Odpuścisz mu? - Gruby grzebał kijem w piasku. - Wulkanowi?
- Nie. Jest dorosły i sam podjął decyzję. Może źle go wychowałem? Nie wiem... Wiem natomiast, że poniesie konsekwencje swojej niesubordynacji - odpowiedział, patrząc w kierunku, w którym odszedł pryszczaty.
Słysząc metaliczny i beznamiętny głos lidera, pomagier aż się wzdrygnął. Wolał nie ciągnąć tego tematu.
- A bliźniacy?
- Na razie sprawa jest zamknięta.
- Poddajesz się?! - Prosiak wręcz krzyknął z zaskoczenia.
- Tego nie powiedziałem. Wszystko w swoim czasie. Na razie musimy gdzieś przezimować, zebrać siły i zastanowić się, co dalej.
- Skłot?
- To była miejscówka Wulkana, nie wiem, czy nas tam teraz przyjmą.
- Musimy spróbować. - Gruby odrzucił kij, wstając energicznie.
- My już nic nie musimy... - odpowiedział w zadumie Konrad. - Możemy, ale nie musimy.
Po kilku godzinach, które upłynęły im na obmyciu się z krwi, przebraniu i próbie zniwelowania opuchlizny Konrada udali się do skłotu, by sprawdzić, czy zostaną wpuszczeni.
Od progu czuli na sobie nieprzyjemne spojrzenia obecnych tam ludzi, a to nie zwiastowało ciepłego przyjęcia. Gdy weszli do głównego pomieszczenia, przywitał ich tęgi facet o czarnych kręconych włosach ze sporych rozmiarów szramą na policzku. To był Darek - nieoficjalny właściciel miejsca, w którym się znajdowali.
- Wydaje mi się, czy ktoś przetrącił naszą gwiazdę? - zaśmiał się gospodarz, wyciągając papierosa z ust i wskazując palcem na opuchnięty nos oraz oko Konrada.
- To tylko drobne perturbacje, nic wielkiego. Przychodzimy w innej sprawie - odpowiedział.
- Wiem w jakiej, ktoś mnie uprzedził. - Drab wskazał głową za siebie. Na fotelu siedział Wulkan z ręką owiniętą w temblak. - Ostrzegał, że prawdopodobnie zjawi się tu ktoś taki jak ty i będzie próbował wchodzić nam w dupę, by skorzystać z naszej, a w szczególności mojej gościnności. - Parsknął, zaciągając się papierosem, a lider zaklął pod nosem.
- To nie tak - wtrącił Prosiak, a Dariusz zdawał się zaskoczony, jakby wcześniej nie zauważył małego, grubego chłopca.
- A jak? - spytał od niechcenia.
- Rozumiem, że ktoś ci coś naopowiadał, a my już nie mamy tu wstępu? - spytał Konrad.
- Bystry jesteś - oznajmił właściciel z szyderczym wyrazem twarzy.
- Nie chcesz wysłuchać naszej wersji? - Konrad próbował zachować spokój, choć w środku gotował się z wściekłości.
- Wiesz, jakoś niezbyt. - Kafar zaciągnął się papierosem i ostentacyjnie wypuścił dym prosto w opuchniętą twarz swojego rozmówcy.
- Jak ostatnio miałem pieniądze, to nie śmierdziała ci moja obecność - wycedził przez zęby.
- Po pierwsze, jak sam zauważyłeś, miałeś je kiedyś, a teraz ich nie masz, więc nie widzę powodów, by cię ponownie gościć. Po drugie, ostatnim razem byliście tu wyłącznie dlatego, że Daniel za was poświadczył, a nie ze względu na hajs. Zdążył już zrozumieć swój błąd i nas za niego przeprosić. - Darek uśmiechnął się złowrogo.
Przywódca rozpadłej już grupy zdał sobie sprawę, że przez ciągłe używanie ksywki zupełnie wyleciało mu z głowy, jak Wulkan ma naprawdę na imię.
- Jesteśmy pod ścianą, potrzebujemy pomocy i zrobimy dla was, co trzeba - odezwał się Prosiak, a Konrad czuł, że jest bliski wybuchu.
Nienawidził, gdy ktoś nie okazywał mu szacunku, a teraz musiał się mierzyć z pogardą. Jego duma nigdy nie pozwalała mu prosić się o cokolwiek. Teraz też nie zamierzał.
- Z tego, co wiem, Wulkan, to znaczy Daniel, też nie ma pieniędzy, więc mam nadzieję, że w ramach przeprosin dostatecznie dobrze wypucował ci berło.
Mina draba zmieniła się w sekundę. Drwiący uśmiech przemienił się w zabójczy gniew. Bordowy ze złości strzelił niedopałkiem w twarz grubego, a lewą ręką chwycił Konrada za szyję. Uderzył nim o ścianę i podniósł do góry.
- Słuchaj, szczylu, jeszcze jedno słowo, a rozpierdolę ci pysk tak, że nikt go już nie poskłada. - Słowa Darka ubarwiane były salwami śliny, która lądowała na twarzy siniejącego z niedotlenienia niechcianego gościa. - On jest tu rodziną, a ty zwykłym śmieciem, którego mogę w każdej chwili wyjebać. - Drab z odległości kilku centymetrów skrupulatnie wymawiał każde słowo do purpurowej twarzy swojego oponenta.
W tym czasie Prosiak rozpaczliwie próbował walczyć z żarem, który wylądował w jego oku.
- Darek, zostaw - odezwał się spokojnym głosem stojący za nimi Wulkan.
Konrad zezował na niego, walcząc z uściskiem na swojej szyi, który był niczym imadło. Jego wzrok zdawał się mówić, że pomimo próby załagodzenia sytuacji Daniel i tak podpisał na siebie wyrok.
- Daruś, odpuść. - Wulkan złapał kafara za bark, a ten puścił wzgardzonego przybysza, który próbując zaczerpnąć powietrza, o mało nie wypluł płuc.
- Doceń to. - Daniel skierował słowa do byłego lidera. - Mógłbyś teraz zginąć i nikt by nawet po tobie nie zapłakał. - Konrad, będąc na czworakach, dalej walczył o oddech. - Wiesz, dlaczego nigdy nie będziesz tu mile widziany? Bo masz jeden zasadniczy problem. Zawsze oczekujesz szacunku, nie dając go w zamian. Tutaj jest familia, która wspiera, a nie wymaga. Niech to będzie dla ciebie lekcją.
Konrad wstał i spojrzał mu głęboko w oczy, po czym splunął pod jego nogi.
- Tak też myślałem. Jesteś niereformowalny. Żegnaj - oznajmił Wulkan i wrócił do pokoju.
- Chodź, nic tu po nas - powiedział, ciężko oddychając, do Prosiaka, który zalany łzami z wielką ulgą zdał sobie sprawę, że nie oślepł.
- Postaram się, kurwo, by ganiali cię z każdej miejscówki w tym mieście. Przysięgam - rzucił na odchodne Darek, próbując opanować ciśnienie.
Konrad był wściekły. Wiedział, że ten facet ma znajomości i wystarczające możliwości, by skutecznie uprzykrzyć mu życie w stolicy.
Rozpijając wódkę na murku pomiędzy garażami, Konrad ze złością stwierdził, że to od momentu poznania detektywa wszystko zaczęło się psuć. Przechylając kolejny raz butelkę, zachodził w głowę, gdzie popełnił błąd, że to wszystko się tak spieprzyło. Na samą myśl o bliźniakach miał ochotę zwymiotować. Wychodząc ze skłotu, przysiągł sobie, że kiedyś ich dorwie i wyrówna rachunki. Wiedział, że prędzej czy później ich drogi się przetną, dlatego musi przygotować plan i poświęcić na niego dostatecznie dużo czasu. Nie chciał i nie mógł popełnić już żadnych błędów. Tak jak miało to miejsce do tej pory. Zastanawiał się, czy wolałby ich zabić od razu, czy zniszczyć im życia na tyle, by sami chcieli przestać oddychać. Podniecały go różne sposoby zakończenia tej znajomości.
Gdy Prosiak przestał polewać swoje oczy wodą, próbując pozbyć się resztek popiołu, z butelki, którą dzierżył Konrad, zniknęła już połowa zawartości.
- Ej, nie rozpędzaj się tak - rzucił, mrużąc powieki. - Zostaw mi coś.
- Bierz - odparł lider, podając ciepłą gorzałę, a gruby dorwał się do niej, jakby nie pił nic przez co najmniej kilka dni. Pochłaniając znaczną ilość, wzdrygnął się obrzydliwie i splunął na ziemię, powstrzymując odruch wymiotny.
- No, to chyba jesteśmy w czarnej dupie - oznajmił gruby, oddając butelkę. - Masz jakiś plan?
- W tym mieście jesteśmy spaleni, przynajmniej na razie - odpowiedział, wpatrując się w szkło.
- To co proponujesz?
- Nie wychylać się, a najlepiej wyjechać.
- A co z bidulem? Ze szkołą?
- Ty tak serio? - spytał z niedowierzaniem Konrad. - Zostawiamy. Myślisz, że ktoś będzie się przejmował i szukał pełnoletnich dzieciaków? Wszyscy zgodnie pomyślą, że w świat poszliśmy - odparł z żalem, po czym znów zatopił się w myślach. - Coś nie tak? - zapytał po chwili, widząc kwaśną minę Prosiaka.
- Nie wiem... nie wiem, czy umiem tak po prostu wszystko zostawić - odpowiedział bezradnie.
- Będziesz musiał się nauczyć. - Lider zrobił teatralną pauzę, by uzupełnić płyny. - Zastanów się. Czy coś cię tu trzyma? Coś komuś zawdzięczasz? Na kimś ci zależy? - Konrad spoglądał w zadumie na zachodzące słońce.
- W sumie to nie i trochę to smutne - oznajmił ze spuszczoną głową Prosiak.
- Smutne w chuj. Ale damy radę - odpowiedział lider, pokrzepiająco klepiąc kolegę po ramieniu, po czym wręczył mu wódkę. - Pamiętaj: albo oni nas, albo my ich.
Grubas pociągnął z gwinta, ale tym razem odruch wymiotny był silniejszy. Widząc to, Konrad od razu podał mu sok.
- Serio byłem aż takim kutasem i nie okazywałem wam szacunku?
Milczenie ze strony jego kompana trwało dłużej, niż powinno.
- Odpowiedz. Tylko szczerze, bo jak mamy zacząć wszystko od nowa, to musimy zadziałać od podstaw.
- Trochę tak - odparł niepewnie Prosiak.
To był dla Konrada kluczowy moment. Musiał spojrzeć na siebie bardziej krytycznie i zrobić wszystko, by nie stracić kolejnego żołnierza.
- Przepraszam, Adam.
Gruby podniósł głowę z wybałuszonymi oczami, o mało nie wypuszczając soku z dłoni. Nie wiedział, co zaskoczyło go bardziej - to, że usłyszał przeprosiny, czy to, że przywódca zwrócił się do niego po imieniu.
- Za to, że nie traktowałem cię tak, jak powinienem. A przecież jesteś dla mnie jak brat, wiesz? - Prosiak zaczął nerwowo przecierać pięścią oko. - Co jest? - spytał.
- A nic, wiesz... ciągle gryzie mnie ten pieprzony popiół.
Odkąd poznał Konrada, na niczym nie zależało mu bardziej niż na jego akceptacji i szacunku. Traktował go jak swojego idola, dla którego był w stanie zrobić wszystko. Zawsze starał się mu odwdzięczać za to, że wyciągnął do niego pomocną dłoń, gdy nie miał już na kogo liczyć. Słysząc, jak nazywa go bratem, mógłby śmiało przyznać, że spełniło się jedno z jego marzeń. Nie chciał wyjść na mięczaka, dlatego szybko wytarł łzę, która pojawiła się w kąciku oka, i z powrotem skupił się na rozmowie.
- Kiedyś pokażemy im wszystkim, że się co do nas mylili, i odegramy się na nich podwójnie. Na tych pieprzonych bliźniakach, na ich kumplach, na Darusiu...
- Na Wulkanie też? - niepewnie przerwał wyliczankę Adam.
Nie otrzymał odpowiedzi.
- Musimy jeszcze wrócić do bidula na jakiś czas. Potrzebujemy dachu nad głową i dostępu do neta. Muszę dopracować plan, bo pierwszy przystanek już mam.
- Jaki?
- Czeka nas długa podróż, przyjacielu - oznajmił lider z szelmowskim uśmiechem.
- Gdzie?
- Musimy wyskoczyć nad morze, bo mamy niedokończone sprawy z pewną niewiastą... - powiedział Konrad z obrzydliwym wyrazem twarzy, którego Prosiak szczerze się wystraszył.
Po chwili zrozumiał, że jednak cieszy go ten widok, bo to zwiastowało jedno: powrót idola, którego podziwiał.
- Karolina?
- Tak. To będzie pierwszy etap naszego powrotu. Powrotu do bycia rakiem w życiu Igorka i jego ciotowatego braciszka - odparł, pociągając ostatki z butelki i efektownie rozbijając ją o murek. - Na zdrowie, kurwy! - krzyknął w powietrze.
- Cieszę się, że wróciłeś - rzucił Prosiak, ze smutkiem patrząc na rozbite szkło.
- Chodź tu do mnie, mój grubasku. - Przywódca, widząc minę kolegi, rozłożył ramiona, zapraszając go do przytulenia. - Spokojnie, zaraz kupimy drugą.
Na twarzy kompana od razu wymalował się uśmiech. Przytulając się do swojego nowego brata, otrzymał buziaka w głowę.
- Kocham cię, wiesz? Obiecuję ci, że razem zdobędziemy świat! - Konradowi zaczynał udzielać się spożywany na pusty żołądek alkohol, robiąc z niego nad wyraz wylewnego, co nigdy mu się nie zdarzało.
Cieszący się chwilą Adam nawet nie myślał protestować.
- To mówisz, że muszę ogarnąć kąpielówki?
- Co? - spytał skonsternowany kapitan.
- No ponoć jedziemy nad morze.
- Ha, ha! Zgadza się! Ale muszę jeszcze ustalić, gdzie dokładnie. Detektyw nie był za bardzo wylewny, ale to żaden problem. Ogarniemy to po mojemu.
- Co zrobisz, jak ją znajdziesz?
- Nie ja, tylko my. Nie pamiętasz, na co miałeś ochotę? Wiesz, że ja nie rzucam słów na wiatr. Sprawdzimy, co jej tam piszczy w majtkach... - Lider zaśmiał się ochryple.
Prosiak wydawał się nie podzielać optymistycznego nastroju swojego kumpla. Wyglądał, jakby miał obawy, czy przedstawiony przez niego plan jest dobry. Wolał jednak nie psuć sympatycznej atmosfery, dla której jeszcze nie tak dawno dałby się pokroić. Całe życie czekał na to, by móc usłyszeć te wszystkie miłe słowa od Konrada. Postanowił nie wygłaszać wątpliwości, tylko podążać drogą tego, którego szanował i podziwiał najbardziej na świecie. W drodze po sukces i splendor ich następnym przystankiem okazał się monopolowy.
***
Życie Karoliny po przeprowadzce do Świnoujścia zmieniło się diametralnie. Rodzice zapisali ją do najlepszej prywatnej szkoły w mieście, gdzie jej sława, blask i podziw, którymi charakteryzowała się w poprzedniej, przestały znaczyć cokolwiek. Pośród dzieciaków, których starzy byli jeszcze lepiej sytuowani niż jej, odczuwała odrzucenie i pogardę. Nie była na to przygotowana. Dla kogoś, kto całe życie był uwielbiany i podrywany, to było jak zderzenie ze ścianą. Wielokrotnie była wyśmiewana, bo nosiła starsze modele ubrań, albo za uśmiechanie się do chłopaków, co było błędnie interpretowanie jako nieudolne próby podrywu. Tłumaczenia, że to zwykła życzliwość, spotykały się z kolejną falą drwin.
Była całkowicie sama pośród ludzi, którymi gardziła, w mieście, które się jej nie podobało, w szkole, którą najchętniej by spaliła, i z rodzicami, których szczerze nienawidziła. Wielokrotnie myślała o dwóch rzeczach: ucieczce i samobójstwie. Na to pierwsze nie miała pieniędzy, a na drugie odwagi. Żyła w marazmie, nie odczuwając smutku, żalu ani szczęścia. Dzień mijał za dniem, tydzień za tygodniem, a miesiąc za miesiącem. Moment, w którym otrzymała wiadomość na jednym z portali, był dla niej jak gwiazdka z nieba, której się nie spodziewała, choć bardzo na nią czekała.
Po wyjeździe z Warszawy nie było dnia, by nie myślała o Igorze. Prawie każdy wieczór poświęcała na szukaniu jakiejkolwiek informacji o swoim ukochanym. Jednak wszystkie próby odnalezienia danych w sieci kończyły się fiaskiem. Igor nie miał ani jednego profilu na stronach społecznościowych, co skutecznie przeszkadzało w próbach zlokalizowania jego osoby. Na domiar złego rodzice zabrali jej stary telefon, więc straciła jakąkolwiek możliwość skontaktowania się ze znajomymi, by móc chociaż spytać, co u nich. O uzyskaniu choć szczątkowych wieści o bliźniakach nie było mowy.
Zawsze śmiała się z koleżanek, które w złotych myślach zapisywały numery do swoich psiapsi. Uważała to za dziecinadę. Nie sądziła, że tak szybko przyjdzie jej gorzko żałować swojego podejścia. Wiele razy przeklinała swoją fatalną pamięć do cyfr.
Po wielu miesiącach nieudanych prób popadła w depresję. Bezustannie powtarzała, że gdyby Igorowi zależało, to sam znalazłby rozwiązanie sytuacji, w której się znaleźli. Była pewna, że zamiast próbować się z nią skontaktować, po prostu sobie odpuścił. Postanowiła całkowicie zaprzestać poszukiwań. Zrezygnowała też z jedzenia, wychodzenia z domu i odzywania się do kogokolwiek. Pod przymusem rodziców musiała chodzić do szkoły, ale zaraz po niej szybko wracała do swojego pokoju i zamykała się na zewnętrzny świat. To w tym okresie do ich domu po raz pierwszy została wezwana karetka.
Po nieudolnej próbie podcięcia sobie żył w wannie jej rodzice zdali sobie sprawę, że sami nie rozwiążą problemu natury psychicznej, który miała ich córka. Od tego momentu do wachlarza niechcianych szkolnych wyjść z pokoju dołączyły jeszcze bardziej awersyjne sesje u psychologa. Spotkania te nie przynosiły jej ulgi, jednak udawała, że jest lepiej, by zminimalizować częstotliwość opuszczania własnego azylu. Jedynym pozytywem ostatnich wydarzeń było to, że nie próbowała się już targnąć na własne życie. Po prostu nie chciała przechodzić przez to wszystko jeszcze raz. Zamiast tego co jakiś czas ubarwiała swoją gojącą się już bliznę kilkoma mniejszymi nowymi cięciami. Nie po to, by umrzeć, tylko by poczuć, że żyje.
Podczas jednej z mrocznych wieczornych wędrówek w głąb siebie przydarzyło się coś, czego się nie spodziewała. Słuchając Heartbeat Nneki przymierzała się do kolejnego cięcia, ale z transu wyrwał ją dźwięk przychodzącej wiadomości na jednym z portali. Po chwili odgłosy nowych komunikatów stały się nie do wytrzymania. To było silniejsze od niej. Musiała sprawdzić, kto bombarduje jej skrzynkę odbiorczą.
Za wszystko odpowiedzialny był anonimowy profil bez zdjęć o dziwacznej nazwie. Karolina, widząc fałszywe konto, które prawdopodobnie chce wyłudzić od niej jakieś dane, straciła zainteresowanie tym, co ten ktoś ma jej do powiedzenia. Ale przed całkowitym zignorowaniem użytkownika powstrzymało ją jedno zdanie, które wyłapała kątem oka. Brzmiało ono: "To ja, Igor".
Karolina potrzebowała dwudziestu minut, by po raz czwarty przeczytać wszystkie wiadomości, które otrzymała. Część z nich była bardzo chaotyczna, więc zrozumienie ich zajmowało kolejnych kilka minut. Zanim odważyła się cokolwiek odpisać, zalały ją kolejne:
Halo
Jesteś tam?
Odezwij się
Haloooo
Czekałem tyle czasu, to poczekam jeszcze trochę. Daj mi tylko znać, czy wszystko u Ciebie ok, proszę. Kocham Cię.
Nie wiedziała, jak zacząć konwersację z kimś, z kim nie tak dawno rozmawiała godzinami. Teraz patrzyła na okno czatu i miała wrażenie, że po drugiej stronie jest ktoś zupełnie obcy. Jeszcze jakiś czas temu zrobiłaby wszystko, by móc ponownie pogawędzić z ukochanym, ale teraz w jej głowie panowała zupełna pustka. Wiele wieczorów spędziła na układaniu tego dialogu. Miała już nawet wybrane tematy i pytania, ale gdy przyszło to, na co tak czekała, zdała sobie sprawę, że nic nie pamięta. Nagle przez jej głowę przebiegło tysiąc myśli, a świat niebezpiecznie zawirował. Niewiele myśląc, chwyciła za kosz, który miała pod biurkiem, i zwymiotowała. Po kilku minutach, gdy doszła do siebie, otworzyła szeroko okno i wypiła dużą szklankę wody. Zimowa aura na zewnątrz szybko uświadomiła ją, że wieczorne wietrzenie pomieszczenia nie jest najlepszym pomysłem. Zamknęła okno, wzięła kilka głębszych oddechów i położyła dłonie na klawiaturze laptopa.
Czemu się nie odzywałeś?!
Zaczęła.
Po kilkunastu sekundach pojawiła się ikonka, że osoba po drugiej stronie jest w trakcie pisania odpowiedzi.
To długa historia.
Mam czas.
Cały czas cię szukałem. Wiele razy byłem na naszych miejscówkach, koczowałem pod twoim domem, pytałem sąsiadów i znajomych, ale nikt nic nie wiedział. Nie miałem pojęcia, jak Cię znaleźć. Dopiero w szkole usłyszałem, że wyjechaliście do Świnoujścia...
W naszych miejscach? Czyli jakich?
Karolina stwierdziła, że to będzie idealny test na weryfikację, czy po drugiej stronie faktycznie jest Igor.
Chodziłem na czwórkę, na boisko, do lasku obok sierocińca, do budki z lodami na Wilanowie, a na starówce to już zaczęli się ze mną witać. Mam wymieniać dalej?
Nie musisz.
Wszystkie podane miejsca ich wspólnych spotkań się zgadzały.
Zawsze po szkole szliśmy na Żegańską po zapiekanki, potem spacer lasem, aż do Wolęcińskiej i odprowadzałem Cię na przystanek na Patriotów. Jeśli potrzebujesz jeszcze dokładniejsze dane do sprawdzenia, czy ja to ja, mogę powiedzieć, o której godzinie co robiliśmy ;)
"Nie musisz" - powtórzyła zawstydzona na myśl o wspólnych pocałunkach i nie tylko. Miała pewność, że to on. Jej dłonie zaczęły drżeć jeszcze bardziej. Nagle poczuła, że podniecenie, strach, euforia, panika i jeszcze wiele innych sprzecznych ze sobą odczuć zaczęło się w niej mieszać niczym w pralce. Pociemniało jej przed oczami, a w głowie zahuczało. Gdyby miała czym, to zwymiotowałaby drugi raz. Nie miała. Chciała krzyknąć z radości, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Wiedziała, że rodzice analizują jej poczynania w internecie, i bała się, że mogą namierzyć jej ukochanego. Znów wzięła kilka głębszych oddechów i wróciła do czatowania.
Musimy się jak najszybciej spotkać. Mój ojciec przegląda mi komputer.
Hola, hola. Nie tak szybko, kochana. Wiem, że twój stary to świr, dlatego założyłem lewe konto i piszę z kafejki.
Sprytny i przebiegły, jak zawsze ;)
Spokojnie, za ten pomysł buziaka w siusiaka dasz mi na miejscu :D
CO?!
Jezu, sorry. Kot mi przebiegł po klawiaturze.
Ha-Ha, bardzo śmieszne.
Karolina miała problem, by trafić w odpowiednie litery na klawiaturze, wpadając w konwulsje spowodowane śmiechem. Boże, jak bardzo za tobą tęskniłam - pomyślała. Ktoś, obserwując ją z boku, mógłby wyśmiać pracę psychologa, któremu przez kilka miesięcy nie udało się doprowadzić jej choćby częściowo do takiego samopoczucia, jakie miała teraz. Wystarczyła tylko upragniona osoba i jedna rozmowa.
A tak serio, to fakt. Musimy się jak najszybciej spiknąć i skończyć z tymi rozmowami przez neta. Nie ma co kusić losu.
Masz rację.
No to żebym mógł cię ucałować do snu, musisz mi podać swój nowy adres :P
Będę czekała na rogu Rycerskiej i Olsztyńskiej, tylko powiedz, kiedy i o której.
Kochaniutka, nawet jutro.
Karolina była zaskoczona zwrotem, którego użył, bo nigdy wcześniej tak do niej nie mówił, ale przejęta wizją spotkania nawet nie podjęła tego tematu.
Jutro odpada, mam sporo lekcji i trening. Piątek będzie najlepszy. Szesnasta?
Ok! Czyli mam trzy dni, by się przygotować ;)
Ja też :) Już nie mogę się doczekać! :*
Ja też. :*
Igor, jeszcze jedno. Mógłbyś mi wysłać swoje aktualne zdjęcie?
Po tym pytaniu nastała cisza. Karolina kilka razy przeczytała to, co napisała, ale nie doszukała się w swoim pytaniu czegoś, co mogłoby zdeprymować jej ukochanego. Z każdą minutą denerwowała się coraz bardziej. Odetchnęła, gdy w końcu wyświetliła się ikonka pisanej wiadomości.
Zgubiłem swój telefon :(
Szkoda...
Ale możesz mi wysłać swoje ;)
No tak, w końcu musisz mnie rozpoznać ;)
Zaczęła przeglądać swoje najlepsze zdjęcia z galerii i umieściła jedno w oknie dialogowym.
Boże, nic się nie zmieniłaś! <3 Nie mogę się doczekać, by cię ucałować! :*
Mam to samo <3! Uciekam, bo już późno. Matka mnie zabije, jak nie wstanę do szkoły. Będziesz jutro?
Nie obiecuję, bo ostatnio mam sporo pracy, ale przecież niedługo i tak się widzimy ;)
Masz rację, kocham cię!
Ja ciebie też! Do zobaczenia! <3
Pa! <333
Karolina jeszcze długo nie mogła zasnąć po tej rozmowie. Poza tym, że była cała w skowronkach, a motyle w brzuchu ożyły na nowo jak feniks, miała dziwne obawy przed spotkaniem. Nie umiała opisać, skąd bierze się lęk, ale wiedziała, że pewien bardzo bolesny i przykry temat będą zmuszeni omówić. Chciała wierzyć, że to dlatego się boi. Nie chciała go poruszać przy pierwszej rozmowie, by nie spłoszyć ukochanego, ale była świadoma, że od niego nie uciekną. Wiele wieczorów rozmawiała sama ze sobą, dlaczego ją zostawił, gdy napadła ich banda Konrada. Teraz będzie miała okazję zadać mu to pytanie bezpośrednio. Znów poczuła ten nieprzyjemny miszmasz odczuć - od miłosnej euforii po depresyjne załamanie. Przez braku pokarmu w żołądku zwymiotowała do kosza żółcią. Wycieńczona czasem, który spędziła na karuzeli emocji, umyła zęby i poszła spać.
Przez trzy doby nie potrafiła skupić się na czymkolwiek poza Igorem. Szkoła, kolejne dni pogardy czy przebywanie w jednym domu ze znienawidzonymi rodzicami zupełnie nie miały znaczenia. Liczyło się tylko spotkanie z ukochanym. Jej upływający czas koncentrował się wyłącznie na rozważaniu, od czego zacząć rozmowę, jakie podjąć tematy i jak wspólnie uciec z miasta, które sprawiło, że chciała się zabić.
W piątek nie poszła do szkoły. Skłamała rodzicom, że nie ma dwóch pierwszych lekcji i w łóżku nasłuchiwała, kiedy opuszczą dom. Cały dzień chciała poświęcić na uporządkowanie myśli oraz przygotowanie w głowie wizji spotkania. Chciała też oprowadzić ukochanego po mieście i zahaczyć o charakterystyczne lokalne punkty. Po kąpieli, zrobieniu makijażu i ułożeniu loków pozostały jej już tylko dwie godziny. Gdy zauważyła, że wskazówki zegara niebezpiecznie przyspieszyły, chwilę po czternastej trzydzieści wpadła w panikę. Akompaniament bluzgów na brak ubrań, narzekanie na włosy, które w bardzo szybkim tempie traciły swoją sprężystość, i wątpliwości co do słuszności spotkania ubarwiał Fisz w kawałku Sznurowadła. Bliska płaczu przez beznadziejną sytuację związaną z wyglądem stwierdziła, że odwołuje spotkanie. Chwyciła telefon w dłoń, ale szybko zdała sobie sprawę, że nawet nie miała numeru do Igora, który i tak zgubił swoją komórkę. Rzuciła iPhone'a na nieposłane łóżko i niewiele myśląc, założyła pierwsze lepsze ciuchy, które nawinęły się jej pod rękę.
Zanim znalazła telefon w fałdach kołdry, minęło kolejnych dziesięć minut. Wybiegając z domu, zegarek pokazywał piętnastą pięćdziesiąt, a zanim dotarła na miejsce, była już szesnasta piętnaście. Pod wskazanym podczas czatu adresem nie dostrzegła ukochanego, który czekałby na nią niecierpliwie. Na podwórku było już ciemno, ale charakterystyczne punkty krajobrazu oświetlały uliczne lampy. Kilkanaście minut później zauważyła samochód, który powolnym, wręcz ślamazarnym tempem poruszał się po drodze. Gdy auto zaparkowało kilka metrów przed latarnią, pod którą stała, poczuła dziwny niepokój. Kierowca mrugnął do niej długimi światłami i zamachał ręką zza bocznej szyby, zapraszając do środka.
Niewiele myśląc, zaczęła iść w jego stronę, zakładając, że Igorowi po prostu nie chce się wychodzić na mróz z ciepłego wnętrza swojej fury. Podniecona wizją spotkania wygrzebała z dna torebki etui na bezprzewodowe słuchawki, które chciała wyjąć z uszu, ale nie zdążyła. Nagle poczuła bardzo silne uderzenie w potylicę i upadła na chodnik. Świat zaczął mienić się milionem barw, w uszach przeraźliwie piszczało, a ona poczuła w kończynach błogi stan rozluźnienia. Zanim straciła przytomność, usłyszała pisk opon i stłumione krzyki dobiegające jakby z odległości sąsiedniego miasta. Gdy drzwi kierowcy się otworzyły, poczuła kolejne uderzenie w głowę, które sprawiło, że z jej świadomości ktoś odłączył kabel zasilania.
Pierwsze, co wracało do stanu sprzed uderzenia, był słuch. Pisk, dudnienie krwi, a następnie szumienie powoli przestawało grać pierwsze skrzypce. Zmysł z każdą kolejną chwilą stawał się bardziej wyostrzony. Miała wrażenie, że zna głosy osób, które szarpią jej ciało, próbując wyciągnąć ją z wnętrza samochodu. W potwierdzeniu skutecznie przeszkadzał palący ból głowy, który promieniował aż do obojczyków. Pomimo otwartych oczu nadal widziała tylko ciemność. Wpadła w panikę, myśląc, że straciła wzrok. Na domiar złego zaklejone usta skutecznie przeszkadzały w zaczerpnięciu powietrza, którego z każdą kolejną chwilą niebezpiecznie zaczynało brakować. Jej serce biło w przerażającym tempie. Próbowała krzyczeć, ale nie udało jej się wydobyć choćby słowa. Po chwili uświadomiła sobie, że za kompletny mrok odpowiada worek, który miała na głowie.
Odzyskując większą świadomość, próbowała się wyrywać, jednak osoby, które ją trzymały, były od niej znacznie silniejsze. Gdy prowadzili ją w nieznane miejsce, czuła, że brodzi w błocie, a buty jej oprawców ochlapują jej nogi lodowatą wodą z kałuż. Przerażało ją to, że poza nimi nie słyszała w okolicy nikogo. Zanim dotarli do punktu docelowego, słyszała łamane gałęzie drzew lub krzewów oraz przeraźliwy dźwięk otwieranych starych metalowych drzwi. Zatrzymali się na moment, po czym poczuła na plecach bardzo silne pchnięcie. Potknęła się o próg i z całym impetem upadła na kolana, uderzając głową o coś twardego. Ból przemarzniętych kończyn rozszedł się palącym ogniem aż do kręgosłupa, a na twarzy poczuła lepką, ciepłą ciecz płynącą znad prawego oka.
- Patrz, co robisz! Przecież nie chcemy zabawiać się z trupem.
Karolina miała już pewność. Znała ten głos, ale za wszelką cenę chciała, by było inaczej. Nie wiedziała, czy bardziej bała się spojrzenia mu w twarz, czy tego, co powiedział.
- Ale ja tylko delikatnie ją popchnąłem.
Charakterystyczne długie przerwy na wzięcie oddechu i sapanie sprawiły, że zamarła. W sekundę znalazła się myślami w objęciach tłustego oblecha, który skutecznie przeszkadzał jej w wezwaniu pomocy, gdy banda Konrada biła Igora. Świat zaczął wirować jeszcze bardziej, a przed zwymiotowaniem uratowało ją szarpnięcie za worek, który miała na głowie. Szybki i silny ruch poza materiałem zabrał ze sobą również sporą kępkę jej włosów. Była jednak zbyt przerażona, by się tym przejąć i poświęcić dodatkowemu bólowi chociaż skrawek swojej uwagi. Bardziej skupiła się na oślepiającym świetle, które wściekle zaatakowało jej zmrużone oczy.
- No hej, ślicznotko - powiedział Konrad ze swoim charakterystycznym obrzydliwym uśmiechem. - Przyjechaliśmy do tej nory specjalnie dla ciebie. Chcieliśmy spełnić jedno z twoich najskrytszych marzeń. Nie płacz, przecież wiem, że skrycie o tym śniłaś. Jak myślisz, Prosiaczku, zabawiała się palcami, wspominając twoją akcję? - spytał, zaśmiewając się ochryple.
- Na pewno! - odpowiedział gruby, zacierając ręce.
- To co, chyba nie będziemy się z nią zbytnio pieprzyć, nie? O pardon, ależ niefartowna gra słów. - Konrad wybuchnął śmiechem. - W istocie przecież będziemy, prawda, kolego? - To pytanie było skierowane do Adama, ale adresat nawet na niego nie spojrzał. Za to lider wpatrywał się w Karolinę przekrwionymi oczami, wyglądając przy tym, jak wygłodniałe zwierzę, które bardzo długo czekało, by skonsumować swoją zwierzynę. Jego nienaturalnie rozszerzone źrenice dodawały grozy do i tak już przerażającego wyrazu twarzy. - Zamknij drzwi - rzucił w stronę tłustego pomagiera, bezceremonialnie zrywając taśmę z twarzy dziewczyny.
- Dlaczego? - spytała, szlochając i się trzęsąc.
- Nie bierz tego do siebie. Pamiętasz, jak obiecałem coś sobie i tobie? - Konrad ponownie wybuchnął gromkim śmiechem, wracając wspomnieniami do szkolnej dyskoteki. Prosiak, widząc twarz dziewczyny, przestał podzielać rozochocony temperament przywódcy. Jej głowa zaczęła puchnąć w niewyobrażalnie szybkim tempie, a guz nad prawym łukiem brwiowym rozlewał się na całe oko. Podrapana i opuchnięta buzia, której głównymi kolorami makijażu były teraz czerwień krwi i fiolet sinizn, w niczym nie przypominała mu szkolnej miłości, w której skrycie się podkochiwał.
- Prze... przepraszam. Proszę. Błagam... przestańcie - łkała Karolina. Walczyła ze spazmami, łapiąc powietrze.
- Oj daj spokój, skarbie. To nic wielkiego, rachu-ciachu i po strachu - oznajmił beznamiętnie Konrad, zdejmując spodnie. - Zdejmij z niej te szmaty, przecież nie będziemy uprawiać bezpiecznego seksu - rozkazał, po czym znów się zaśmiał.
- Błagam - rzuciła Karolina, odwracając się w stronę Adama, który wyraźnie skonsternowany stracił rezon i zapał do działania. Zauważyła, że drżały mu ręce. Nie wiedziała, czy to od zmęczenia, czy z zimna.
- Dobra, japa. Oszczędzaj siły. A ty na co czekasz?!
Uderzenie z otwartej dłoni w tył głowy skutecznie wyrwało grubego z transu. Jak na komendę przystąpił do rozbierania dziewczyny, która ostatkiem sił próbowała się bronić. Postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i całe powietrze, które miała w płucach wykorzystała do wezwania pomocy. Jej krzyk nie potrwał jednak długo. Chwilę później otrzymała solidne kopnięcie w głowę z gołej stopy Konrada. Świat znów zaczął wirować, a jej ciało stawało się nienaturalnie rozluźnione. Miała wrażenie, że Prosiak szepcze jej do ucha "przepraszam", ale w zaistniałych okolicznościach musiała się przesłyszeć.
- Proszę... - rzuciła rozpaczliwie, ale to nic nie dało.
Konrad chwycił ją mocno za biodra, przekręcił na brzuch i podniósł pośladki ku górze. Czuła, jak próbuje włożyć do jej suchej pochwy swojego nabrzmiałego penisa. Ostatkiem sił chciała się wyrwać, ale silne uderzenie z pięści w skroń sprawiło, że zemdlała.
Ocknęła się po chwili, czując, jak oprawca wypełnia ją ciepłym nasieniem. Nie miała już sił walczyć. Poddała się, cicho płacząc.
- Obiecałem ci, że to zrobię. Jesteś moja, rozumiesz? - wyszeptał jej do ucha, następnie oderwał się od jej ciała. - Jezu, aż bym sobie zapalił! - rzucił nonszalancko, ciężko opadając na rozrzucone po podłodze ubrania. - Nie sądziłem, że to dziewica, ha, ha! - oznajmił szyderczo, wycierając przyrodzenie w koszulkę. - Dawaj, Prosiu, póki jeszcze mokra. Może już nie ciasna - zaśmiał się - ale nadal ciepła. Bierzcie i ruchajcie z tego wszyscy! - krzyknął, wstając, i klepnął grubego w plecy, po czym zaczął się ubierać. - No, na co czekasz? - spytał, widząc zawahanie kolegi. - Przecież jeszcze niedawno masowałeś pod nią z pamięci, a teraz, jak masz okazję, to co, pała ci zmiękła? Kurwa, bo pomyślę, że jesteś pedałem - dodał szorstko, nakładając bluzę. - Bierz się za nią, powiedziałem - wycedził lodowatym tonem prosto w twarz kompana, a ten powolnie zaczął ściągać spodnie.
- Wyjdź, nie mogę się skupić - odparł ostrożnie Adam, wprowadzając Konrada w zakłopotanie.
Ten dłuższą chwilę przyglądał mu się w milczeniu. Wiedział, że nie może tak po prostu wyjść. Musiał odzyskać kontrolę nad sytuacją.
- Nie rób z siebie takiego świętojebliwego i dawaj - odpowiedział, popychając kolegę w kierunku Karoliny. Tłuścioch złapał dziewczynę za biodra i przylgnął do niej swoim ciałem. - No! Od razu lepiej. Idę zapalić, a ty działaj i zaraz się zwijamy - oznajmił, zostawiając w pomieszczeniu dziewczynę ze swoim grubym kolegą. [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej ksiązki.