Prawo zła - Radosław Paszko

-
Proszę czekać

Pro­log

Wrza­ski do­bie­ga­ją­ce z ze­wnątrz były nie do wy­trzy­ma­nia. Pró­bo­wał je za­głu­szyć, moc­no przy­ci­ska­jąc dło­nie do uszu, ale nie­wie­le to po­mo­gło. Brak peł­ne­go i spo­koj­ne­go snu moc­no da­wał mu się we zna­ki. Był prze­mę­czo­ny i wście­kły, a złość była tym więk­sza, że aku­rat dziś przy­śnił mu się po­ra­nek, w któ­rym za­miast awan­tu­ry bu­dził go za­pach na­le­śni­ków z cze­ko­la­dą. Roz­ża­lo­ny agre­syw­nie prze­rzu­cił się na dru­gą stro­nę ma­lut­kiej ka­na­py, nie­for­tun­nie ude­rza­jąc gło­wą w sto­lik. Miał ocho­tę wy­krzy­czeć swo­ją złość świa­tu, ale nie mógł. Wie­dział, że jego mama nie­na­wi­dzi­ła, kie­dy pod­no­sił głos, a bar­dzo nie chciał, by była na nie­go zła. Za­ci­ska­jąc z ca­łej siły zęby, wy­tarł na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy sta­rym śmier­dzą­cym ko­cem, któ­rym na­stęp­nie na­krył się aż po czu­bek gło­wy. Zda­wał so­bie spra­wę, że już nie za­śnie, dla­te­go prze­stał pró­bo­wać.

Zrzu­cił z sie­bie dziu­ra­wą ka­po­tę i ostroż­nie po­sta­wił sto­py na pod­ło­dze. Uni­ka­jąc zu­ży­tych pre­zer­wa­tyw oraz strzy­ka­wek, ostroż­nym kro­kiem udał się do to­a­le­ty. Jej smród już daw­no prze­stał ro­bić na nim ja­kie­kol­wiek wra­że­nie. Za­pach siar­ko­wo­do­ru, amo­nia­ku i ple­śni był wy­czu­wal­ny na­wet po­mi­mo za­ty­ka­nia nosa pal­ca­mi, dla­te­go po pro­stu nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Kłót­nia, któ­ra prze­rwa­ła mu naj­przy­jem­niej­szy sen ostat­nich mie­się­cy prze­nio­sła się pod ma­lut­kie ła­zien­ko­we okien­ko. Sta­jąc na de­sce klo­ze­to­wej, pró­bo­wał do­strzec, z kim spo­tka­ła się jego mama, choć ton roz­mo­wy mógł wska­zy­wać tyl­ko jed­ną oso­bę.

Ro­man - jej ko­cha­nek - ostat­nio zja­wiał się u nich co­raz czę­ściej. To wła­śnie on od­po­wia­dał za to, że prak­tycz­nie każ­dy po­ra­nek wy­glą­dał tak samo. Jed­nak dziś było ina­czej. Był bar­dziej po­bu­dzo­ny i agre­syw­niej­szy niż zwy­kle, co mo­gło zwia­sto­wać tyl­ko jed­no - kło­po­ty. Po­mi­mo traf­ne­go roz­po­zna­nia hu­mo­ru aman­ta mat­ki, tego, co wy­da­rzy­ło się chwi­lę póź­niej, na­wet nie brał pod uwa­gę.

Ro­mek chwy­cił ją za gar­dło, po­pchnął na ścia­nę kam­pe­ra, a na­stęp­nie z ca­łej siły ude­rzył pię­ścią w twarz. Nie­wie­le my­śląc, wy­biegł z po­jaz­du i w obro­nie swo­jej ro­dzi­ciel­ki rzu­cił się na kon­ku­ben­ta.

Gdy­by to była sce­na w re­ży­se­ro­wa­nej ko­me­dii, wszy­scy pę­ka­li­by ze śmie­chu. Ale to nie był film.

Bosy ośmio­let­ni chło­piec, w sa­mych majt­kach z mo­ty­wem Żół­wi Nin­ja, wła­śnie bez­na­dziej­nie sta­rał się za­dać choć­by je­den cios po­staw­ne­mu do­ro­słe­mu męż­czyź­nie. Ro­man, wi­dząc za­cie­kłość i pło­ną­ce nie­na­wi­ścią oczy, po pro­stu wy­buch­nął śmie­chem. Zła­pał ma­lu­cha jed­ną ręką za gło­wę i z im­pe­tem ode­pchnął go na bok ni­czym wa­dzą­cy śmieć. Ośmio­la­tek wy­wra­ca­jąc się na uli­cę, zdra­pał so­bie część skó­ry ple­ców. To jed­nak nie po­wstrzy­ma­ło go przed dal­szy­mi pró­ba­mi. Chło­piec szyb­ko pod­niósł się na nogi i ru­szył w stro­nę ko­chan­ka mat­ki, któ­ry szar­pał ko­bie­tę za wło­sy. Uni­ka­jąc mę­skiej ręki i wy­mie­rzo­ne­go na od­lew cio­su, z ca­łej siły ude­rzył Ro­ma­na w kro­cze. Efekt był pio­ru­nu­ją­cy, a zwi­ja­ją­cy się z bólu męż­czy­zna prze­stał zwra­cać na nich uwa­gę.

Nie­wie­le my­śląc, pod­biegł do mamy. Pró­bo­wał pod­nieść ją z zie­mi, ale na próż­no. Przez spły­wa­ją­cą z brwi krew ko­bie­ta nie mo­gła otwo­rzyć oczu, a chwiej­ność jej kro­ków świad­czy­ła tyl­ko o jed­nym - po­ran­ną daw­kę nar­ko­ty­ków mia­ła już za sobą. Czuł złość i bez­na­dziej­ną bez­rad­ność, ale po­wstrzy­mał łzy. Wal­cząc z wiot­kim cia­łem mat­ki, z ca­łych sił sta­rał się utrzy­mać rów­no­wa­gę. Gdy uda­ło mu się za­rzu­cić ją so­bie na bark, ja­kaś ma­gicz­na siła znów po­sła­ła go na ło­pat­ki.

Wście­kłość Ro­ma­na była wręcz na­ma­cal­na. Przy­spie­szo­ny, cuch­ną­cy al­ko­ho­lem od­dech, nie­na­tu­ral­nie wiel­kie źre­ni­ce oraz ogrza twarz wzbu­dza­ły strach. Chciał wstać, ale prze­ra­że­nie było sil­niej­sze. Przy­gwoż­dżo­ny do zie­mi mógł tyl­ko ob­ser­wo­wać, jak ko­cha­nek mat­ki wła­śnie ko­pie ją po gło­wie i brzu­chu. Za­nim zdą­żył otwo­rzyć usta, by we­zwać po­moc, zo­stał bru­tal­nie pod­nie­sio­ny za szy­ję i rzu­co­ny w przy­cze­pę. Ból po­ty­li­cy bar­dzo szyb­ko roz­cho­dził się po ca­łej gło­wie, a rwa­nie krę­go­słu­pa pro­mie­nio­wa­ło aż do czub­ków pal­ców. Nie­po­trzeb­nie pró­bo­wał otwo­rzyć oczy. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy gdy­by za­ci­snął po­wie­ki, to bo­la­ło­by tak samo. Za­raz jed­nak prze­stał się za­sta­na­wiać. Stra­cił przy­tom­ność po trze­cim cio­sie.

Ock­nął się, gdy jego rana na gło­wie za­pie­kła ży­wym ogniem. Pró­bo­wał wstać, ale po­wstrzy­ma­ła go dam­ska dłoń przy­ci­ska­ją­ca jego cia­ło do ka­na­py.

- Leż spo­koj­nie, skar­bie, mu­szę prze­myć roz­cię­cie.

- Czy on da­lej tu jest? - spy­tał, se­ple­niąc przez spuch­nię­tą war­gę, ale nie usły­szał od­po­wie­dzi.

Po chwi­li do­strzegł, że po­mi­mo prób opa­trze­nia jego ran, sama nie zdą­ży­ła jesz­cze do­kład­nie po­zbyć się krwi z wła­snej twa­rzy. Nie mu­sia­ła od­po­wia­dać. Za­pach ta­nich pa­pie­ro­sów do­cho­dzą­cy z ze­wnątrz ja­sno wska­zy­wał, że Ro­man wy­szedł tyl­ko za­pa­lić.

Kil­ka mi­nut póź­niej obo­je aż pod­sko­czy­li. Ko­cha­nek mat­ki jak opa­rzo­ny wbiegł do środ­ka, sza­leń­czo omia­ta­jąc wzro­kiem wnę­trze kam­pe­ra. Za­uwa­żył, że na jego twa­rzy ry­su­je się pa­nicz­ny strach, a czo­ło ubar­wiał per­li­sty pot.

- Je­śli któ­reś z was choć pi­śnie im sło­wo, to za­je­bię jak psa - wark­nął, cho­wa­jąc się w to­a­le­cie, czym wzbu­dził w nich prze­peł­nio­ną oba­wą kon­ster­na­cję.

Do­pie­ro po chwi­li usły­sze­li dźwięk strze­la­ją­ce­go spod kół żwi­ru. Ktoś pod­je­chał pod ich przy­cze­pę.

- Na­kryj się i bądź ci­cho - po­wie­dzia­ła pra­wie szep­tem ko­bie­ta i wy­szła na ze­wnątrz.

Po­mi­mo ogrom­ne­go stra­chu, któ­ry go ogar­niał, nie mógł po­zwo­lić, by ktoś znów skrzyw­dził jego mat­kę. Za­nim zrzu­cił z sie­bie koc, do­szedł do nie­go jej pod­nie­sio­ny ton. To go spa­ra­li­żo­wa­ło.

- Nie ma go tu! - wark­nę­ła ro­dzi­ciel­ka.

- Wi­dzę, że się do­ga­du­je­cie - oznaj­mił zim­ny głos, po któ­rym na­stą­pi­ła sal­wa mę­skie­go śmie­chu.

- Po chuj go kry­jesz? Wi­dzia­łaś się w lu­strze? Chy­ba, że sama so­bie to zro­bi­łaś - ode­zwał się ktoś dru­gi, młod­szy.

- Gów­no cię to ob­cho­dzi - od­py­sk­nę­ła ko­bie­ta.

- Ostat­ni raz spy­tam, bo nie mam cza­su. Gdzie on jest? - Każ­de­go z trzech fa­ce­tów, któ­rych usły­szał ce­cho­wa­ły chłód i opa­no­wa­nie.

- W du­pie! Nie ma go...

Nie zdą­ży­ła do­koń­czyć. Na­uczył się roz­po­zna­wać dźwięk ude­rze­nia w twarz już daw­no temu. Roz­pę­dził się, by jej po­móc, ale gdy był w pół dro­gi do drzwi, we­szli oni.

Było ich czte­rech, każ­dy ubra­ny na czar­no. Dwóch roz­glą­da­ło się w środ­ku, a dwaj po­zo­sta­li cze­ka­li na ze­wnątrz. Wy­glą­da­li jak gra­ba­rze. Przed rzu­ce­niem się im do gar­dła po­wstrzy­mał go re­fleks świa­tła, któ­ry od­bi­ła przy­cze­pio­na do pa­ska broń. Wi­dząc ją, sta­nął jak wry­ty. Od­wró­ci­li się w jego stro­nę, ale nie wzbu­dza­li obrzy­dze­nia, tak, jak Ro­man. Byli zu­peł­nie inni. Opa­no­wa­ni i uśmiech­nię­ci, ale na pew­no nie sła­bi. Biła od nich nie­spo­ty­ka­na pew­ność sie­bie, któ­ra przy­cią­ga­ła ni­czym ma­gnes. Jed­nak świa­do­mość pod­po­wia­da­ła, by trzy­mać się od nich z da­le­ka. Nie mu­sie­li sta­rać się wy­glą­dać groź­nie, by wzbu­dzać sza­cu­nek. Wprost prze­ciw­nie do ko­chan­ka mat­ki.

- Cześć, mały - rzu­cił je­den z nich, na­chy­la­jąc się nad nim. - Nie chce­my być tu dłu­żej, niż mu­si­my. Po­wiedz nam, gdzie jest ten, któ­ry... - prze­rwał, ła­piąc go za pod­bró­dek i ob­ra­ca­jąc gło­wę - ...wam to zro­bił - do­koń­czył z gry­ma­sem.

Nie wie­dział dla­cze­go, ale był im wdzięcz­ny. Coś we­wnętrz­nie pod­po­wia­da­ło mu, że przy­szli z po­mo­cą, ale nie byli to ry­ce­rze na bia­łych ko­niach. Przy­po­mi­na­li bar­dziej szwa­dron śmier­ci i de­mo­ny na szkie­le­tach ogie­rów. A bio­rąc pod uwa­gę to, jaką oso­bą był Ro­man, to wła­śnie ta­kiej po­mo­cy by ocze­ki­wał, gdy­by się po nią zgło­sił.

- W to­a­le­cie - od­parł, czu­jąc się jak pęk­nię­ty ba­lon, z któ­re­go na­gle wy­le­cia­ło całe po­wie­trze.

- Zuch chło­pak - od­po­wie­dział z uśmie­chem męż­czy­zna, w dal­szym cią­gu na­chy­la­jąc się nad nim. Po chwi­li za­pro­sił do środ­ka swo­je­go ko­le­gę, któ­ry wy­pro­wa­dził chłop­ca, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Gdy chło­pak po­biegł przy­tu­lić mat­kę, ta ode­pchnę­ła go od sie­bie.

- Coś ty na­ro­bił... - rzu­ci­ła za­ła­ma­na, za­glą­da­jąc przez okno w po­szu­ki­wa­niu uko­cha­ne­go.

Z prze­bie­gu spo­tka­nia szwa­dro­nu śmier­ci i Rom­ka wy­wnio­sko­wał, że było ono ostat­nim przy­po­mnie­niem o za­cią­gnię­tym dłu­gu i koń­czą­cym się ter­mi­nie spła­ty. Sły­sząc do­cho­dzą­ce z to­a­le­ty wrza­ski, płacz i szlo­cha­nie aman­ta mat­ki, za­sta­na­wiał się, co mo­gli mu ro­bić. Chciał być na ich miej­scu lub im po­móc, bo wy­cie Ro­ma­na dzia­ła­ło na nie­go ko­ją­co.

Zu­peł­nie inne emo­cje to­wa­rzy­szy­ły jego mat­ce, któ­ra bła­ga­ła, by prze­sta­li. Był im wdzięcz­ny, że jej nie po­słu­cha­li.

Spo­tka­nie w ła­zien­ce trwa­ło ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut, po któ­rych cała czwór­ka opu­ści­ła te­ren, od­jeż­dża­jąc w stro­nę mia­sta. Gdy ko­bie­ta po­bie­gła spraw­dzić stan zdro­wia kon­ku­ben­ta, chło­pak jesz­cze dłu­go wpa­try­wał się w nik­ną­cy za ho­ry­zon­tem po­jazd. Dziś ży­cie zmu­si­ło go, by po raz pierw­szy wy­brać, co jest waż­niej­sze - trzy­mać się mat­ki czy prze­stać być bez­sil­nym. Jesz­cze parę dni temu zro­bił­by dla niej wszyst­ko, ale te­raz stra­cił tę pew­ność. Do tego prze­grał wal­kę o jej uwa­gę z fa­ce­tem, któ­ry ją bił i po­ni­żał. To bo­la­ło bar­dziej niż zdar­te ple­cy i roz­bi­ta gło­wa. A może to była jego wina? Bo był mały i sła­by?

Dzi­siej­sza lek­cja po­zo­sta­nie już z nim na za­wsze. Wie­dział, że słab­si za­wsze prze­gry­wa­ją, a on nie chciał być sła­by.

Za­fa­scy­no­wa­ny ludź­mi, któ­rzy do nich przy­je­cha­li, bar­dzo dłu­go wpa­try­wał się w uno­szą­cy za nimi kurz. Roz­pa­mię­ty­wał i po­dzi­wiał ich po­sta­wę, sta­now­czość oraz pew­ność sie­bie. Zro­zu­miał, że Ro­mek nie jest nie­znisz­czal­ny, a po­ko­nać go moż­na, bę­dąc sil­niej­szym. Chciał być tak sil­ny jak męż­czyź­ni z czar­ne­go Mer­ce­de­sa. Czuł, że nie byli do­brzy, ale je­śli zło mia­ło zo­stać po­ko­na­ne przez więk­sze zło, to chciał być jak oni. Za­uwa­żył też, że w gru­pie ma się ogrom­ną prze­wa­gę, dla­te­go chciał stwo­rzyć taką samą. Pra­gnął kie­dyś po­ko­nać Ro­ma­na.

Przez mo­ment za­sta­na­wiał się nad tym, czy nie po­biec za au­tem, by od­je­chać ra­zem z nimi, ale po­sta­no­wił zo­stać. Nie­ste­ty nie­da­ne mu było dłuż­sze ana­li­zo­wa­nie swo­je­go losu, bo myśl o ewen­tu­al­nej przy­szło­ści skoń­czy­ła się szyb­ciej, niż zdą­ży­ła uło­żyć. Po­now­nie bru­tal­nie prze­ko­nał się o tym, kto rzą­dzi świa­tem i dla­cze­go.

- Za­bi­ję tego je­ba­ne­go gno­ja - usły­szał zza ple­ców.

Chwi­lę póź­niej po­czuł jak grunt osu­wa mu się spod nóg. Nie­przy­jem­ny chłód roz­cho­dził się wzdłuż krę­go­słu­pa, a świa­tło słoń­ca za­czę­ło nie­bez­piecz­nie szyb­ko ga­snąć. Nie wi­dział swo­je­go upad­ku twa­rzą w piach, ale usły­szał upusz­czo­ny obok gło­wy me­ta­lo­wy pręt.

Roz­dział I

Le­żąc na zie­mi z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chi­wał się w świst wia­tru. Za nic w świe­cie nie chciał wra­cać do rze­czy­wi­sto­ści. Wie­dział, że to, co się wy­da­rzy­ło, nie­od­wra­cal­nie zmie­ni jego ży­cie.

Z ca­łych sił pró­bo­wał po­zo­stać w bło­gim me­ta­fo­rycz­nym sta­nie po­mię­dzy utra­tą przy­tom­no­ści a po­wro­tem świa­do­mo­ści. Nie­ste­ty ból z każ­dą mi­nu­tą sta­wał się sil­niej­szy, do­skwie­ra­jąc co­raz bar­dziej. Był wście­kły, że nie jest mu dane od­po­cząć tro­chę dłu­żej. To wszyst­ko nie po­win­no się wy­da­rzyć - po­wta­rzał w gło­wie.

Nie wie­dział, co de­ner­wo­wa­ło go bar­dziej - bo­le­sność ca­łe­go cia­ła czy ego, któ­rym się ktoś bez­ce­re­mo­nial­nie pod­tarł. Z upły­wem cza­su za­czy­nał od­czu­wać wię­cej. Pro­mie­nie słoń­ca, któ­re przed chwi­lą przy­jem­nie otu­la­ły jego wiot­kie cia­ło, te­raz sta­wa­ły się nie do wy­trzy­ma­nia. Pró­bo­wał wziąć głę­bo­ki od­dech, ale zła­ma­ny nos i za­schnię­ta w ustach krew sku­tecz­nie mu prze­szka­dza­ły. Miał wra­że­nie, że puch­ną­ca w strasz­li­wym tem­pie twarz za­raz eks­plo­du­je. Wie­dział, że wi­dze­nie w le­wym oku, któ­re ucier­pia­ło naj­moc­niej, szyb­ko nie wró­ci. Nie był w sta­nie wska­zać choć­by cen­ty­me­tra swo­je­go cia­ła, któ­ry nie spra­wiał­by bólu.

Ostroż­nie otwo­rzył oczy i reszt­ką sił prze­krę­cił się na brzuch. To był błąd. Nie­ustan­nie pul­su­ją­ca gło­wa nie była na to przy­go­to­wa­na. Pod­niósł się na czwo­ra­ka i zwy­mio­to­wał. Tar­ga­ny kon­wul­sja­mi wy­da­lał z sie­bie śli­nę, ciem­no­brą­zo­wą krew i pia­sek. Po­mi­mo ma­je­sta­tycz­ne­go wy­glą­du wy­mio­cin nie za­mie­rzał im po­świę­cać choć­by se­kun­dy swo­jej uwa­gi, dla­te­go za­mknął oczy.

Gdy po kil­ku mi­nu­tach wró­cił do sie­bie, cięż­ko opadł na ty­łek, pró­bu­jąc zła­pać po­wie­trze i ostrość wi­dze­nia jed­nym okiem. Ciem­ność, któ­ra prze­cho­dzi­ła w mrocz­ki, w koń­cu za­czę­ła przed­sta­wiać wi­zję tego, co po­zo­sta­ło na polu bi­twy.

Wul­kan opar­ty o drze­wo nie miał już siły pła­kać. Po­cią­ga­jąc no­sem, wpa­try­wał się w swo­ją nie­na­tu­ral­nie wy­gię­tą rękę.

Kon­rad splu­nął na zie­mię po­zo­sta­ło­ścią wy­mio­cin i spoj­rzał na Pro­sia­ka, któ­ry sie­dząc na ko­na­rze, lu­stro­wał go wzro­kiem peł­nym wy­rzu­tów i żalu.

Wie­dział, że prze­grał. Za­wiódł sie­bie i swo­ją eki­pę. Czuł się od­po­wie­dzial­ny za to, co się wy­da­rzy­ło. Po­legł sro­mot­nie i pierw­szy raz w ży­ciu nie wie­dział, co ma ro­bić. Dłu­go wa­hał się, czy po­dejść do swo­ich kom­pa­nów. Ła­piąc rów­no­wa­gę, z wi­docz­nym gry­ma­sem ru­szył w ich stro­nę.

- Chy­ba mo­gło być go­rzej, co? - rzu­cił, si­ląc się na uśmiech.

- Go­rzej?! - od­parł pi­skli­wym gło­sem Wul­kan. - Jaja so­bie ro­bisz? Spójrz na moją rękę! - krzyk­nął roz­pacz­li­wie.

- Ty zresz­tą też nie wy­glą­dasz, jak­byś wró­cił ze spa­ce­ru. - Pro­siak wska­zał na oko Kon­ra­da, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że opu­chli­zna jest więk­sza, niż my­śli.

- Do­bra, prze­stań­cie się ma­zać. Jesz­cze ich do­rwie­my.

- O czym ty ga­dasz?! Ja­kie do­rwie­my?! - Wul­kan brzmiał jak mała, roz­złosz­czo­na dziew­czyn­ka.

- Nor­mal­nie. Mu­szę tyl­ko wszyst­ko prze­my­śleć i przy­go­to­wać nowy plan.

Jed­nak za­miast apro­ba­ty usły­szał gro­bo­wą ci­szę, co chwi­lę prze­ry­wa­ną sze­le­stem li­ści. Po kil­ku dłu­gich mi­nu­tach Wul­kan od­wa­żył się wyjść przed sze­reg.

- Ja się wy­pi­su­ję. Mam dość - oznaj­mił za­ła­ma­ny, z bra­kiem na­dziei w słusz­ność gło­szo­nych idei.

- Spo­koj­nie. W gnie­wie po­dej­mu­je się po­chop­ne de­cy­zje. Nie rób tego. Poza tym na­sta­wi­my ci tę gra­bę, zre­ge­ne­ru­je­my się i wró­ci­my sil­niej­si - do­dał po chwi­li z uśmie­chem Kon­rad.

- Nie! Cały czas się cie­bie słu­cha­łem, wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia i patrz, jak skoń­czy­łem! - Upew­nia­jąc się, że li­der za­uwa­żył zła­ma­nie, przy­su­nął rękę bli­żej jego twa­rzy. - Pier­do­lę to! Sram na tych bliź­nia­ków, na ze­mstę i... - Ugryzł się w ję­zyk.

- No? Do­kończ. - Li­der spra­wiał wra­że­nie pew­ne­go sie­bie, jed­nak we­wnętrz­nie za­czy­nał od­czu­wać nie­po­kój. W skru­pu­lat­nie bu­do­wa­nym przez lata po­mni­ku za­czę­ły po­ja­wiać się spo­re pęk­nię­cia.

- Ej, pa­no­wie! Nie kłóć­cie się, to te­raz bez sen­su.

Kon­rad wstrzy­mał Pro­sia­ka ge­stem dło­ni, chcąc za wszel­ką cenę wy­słu­chać tego, co Wul­kan ma do po­wie­dze­nia.

- Do­kończ - po­wie­dział chłod­no, pa­trząc ko­le­dze pro­sto w oczy.

Wy­mow­ne mil­cze­nie było trud­niej­sze do znie­sie­nia niż sło­wa.

Wul­kan czuł, że coś w nim pęka.

- PIER­DO­LĘ CIE­BIE! - wy­krzy­czał, oplu­wa­jąc śli­ną Kon­ra­da. - Pier­do­lę te two­je po­my­sły, two­je de­cy­zje, two­je roz­ka­zy i zbie­ra­nie za cie­bie po py­sku. Za­wsze to ty by­łeś naj­waż­niej­szy, a my by­li­śmy tyl­ko od brud­nej ro­bo­ty. Ko­niec z tym! - Łzy na­pły­nę­ły mu do oczu, ale nie ża­ło­wał tego, co po­wie­dział. Wy­rzu­cił z sie­bie coś, co od daw­na nie da­wa­ło mu spo­ko­ju. W koń­cu po­czuł upra­gnio­ną ulgę.

- Za­py­tam je­den je­dy­ny raz, więc pro­szę cię o sku­pie­nie. Chciał­bym tyl­ko, abyś upew­nił się, co do mnie po­wie­dzia­łeś. - Ton gło­su Kon­ra­da był lo­do­wa­ty, wręcz mro­żą­cy krew w ży­łach.

- Po­je­ba­ło was?! - Pro­siak wstał, pró­bu­jąc za­po­biec eska­la­cji, jed­nak sil­ny chwyt li­de­ra za przód mię­śnia bar­ko­we­go spra­wił, że gru­bas mo­men­tal­nie usiadł.

Kciuk li­de­ra wy­lą­do­wał na jed­nym z punk­tów wi­tal­nych jego po­ma­gie­ra, co sku­tecz­nie prze­rwa­ło pró­bę me­dia­cji.

- Mam po­wtó­rzyć? Do­brze. Od­cho­dzę. Mam dość! - Tar­ga­ny emo­cja­mi Wul­kan był bli­ski pła­czu.

- Ostrze­gam cię. Ro­bisz błąd. Wiel­ki błąd, mój przy­ja­cie­lu.

- Po tym wszyst­kim, co ra­zem prze­szli­śmy i ile dla cie­bie zro­bi­łem, tyl­ko tyle masz mi do po­wie­dze­nia? - Prysz­cza­ty uśmiech­nął się gorz­ko, wy­smar­ku­jąc nos. - Wiesz co? Spier­da­laj - rzu­cił obo­jęt­nie i od­szedł.

- Ale się na­ro­bi­ło... - rzu­cił gru­bas, prze­ry­wa­jąc trwa­ją­cą zde­cy­do­wa­nie za dłu­go ci­szę, chcąc zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Na próż­no.

Kon­rad jesz­cze dłu­go ob­ser­wo­wał od­da­la­ją­cą się syl­wet­kę ko­le­gi. Był za­wie­dzio­ny i czuł się oszu­ka­ny. Nie spo­dzie­wał się, że kie­dyś doj­dzie do roz­ła­mu gru­py, któ­rej od­dał ser­ce. Ale prze­cież nie mógł się pod­dać. Gdy Wul­kan znik­nął z ho­ry­zon­tu, po­sta­no­wił zwró­cić się do ko­le­gi.

- Na­sta­wisz mi to? - Wska­zał na opuch­nię­ty nos.

- Co?! Chy­ba po­wi­nie­neś pójść z tym do pi­gu­ły. Ja ni­g­dy tego nie ro­bi­łem - od­po­wie­dział kom­pan drżą­cym gło­sem.

- Daj spo­kój. To ba­nal­ne. Ła­piesz pal­ca­mi tu i tu, a po­tem moc­no prze­su­wasz.

- W któ­rą stro­nę?

- Chy­ba mo­żesz tyl­ko w jed­ną, co nie? - spy­tał roz­bra­ja­ją­co li­der, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć i do­dać ko­le­dze otu­chy.

- Fakt... - od­parł zmie­sza­ny.

- No to da­waj.

- Boje się. - Ręce Pro­sia­ka wy­raź­nie się trzę­sły.

- Ej! - Kon­rad zła­pał za pu­co­ło­wa­tą bu­zię i pa­trząc w oczy ko­le­gi, prze­mó­wił spo­koj­nym gło­sem: - Wie­rzę w cie­bie. Gdy­by było ina­czej, nie pro­sił­bym cię o po­moc. Bę­dzie do­brze.

Pro­siak wie­dział, że nie może go za­wieść. De­li­kat­nie po­ki­wał gło­wą, słu­cha­jąc po­krze­pia­ją­cych słów, zła­pał za nos, co było spo­rym wy­zwa­niem przez opu­chli­znę le­we­go oka, i we­dług in­struk­cji prze­krę­cił w pra­wo.

- KUR­WA! - wy­darł się Kon­rad, od­rzu­ca­jąc gło­wę w tył. Czuł pa­lą­cy ból pro­mie­niu­ją­cy od za­tok przez oczy aż do skro­ni. Wie­dział, że to nie była uda­na pró­ba.

Gru­bas od­sko­czył jak ra­żo­ny pio­ru­nem.

- Jezu! Prze­pra­szam! - rzu­cił roz­dy­go­ta­ny.

- Ah! - Li­der sta­rał się zdu­sić w so­bie na­ra­sta­ją­cą wście­kłość. - Mó­wi­łem. Kciu­ki tu i tu. Naj­pierw spo­koj­nie złap, wy­czuj, po­tem ści­śnij i z ca­łej siły w dru­gą stro­nę. To nie jest trud­ne. Dasz radę - in­stru­ował przez za­ci­śnię­te zęby.

- Doo... do­brze... - od­po­wie­dział nie­pew­nym gło­sem Pro­siak. Po chwi­li po­now­nie przy­ło­żył pal­ce we wska­za­ne miej­sca. - Te­raz jest okej?

- Tak - syk­nął Kon­rad, czu­jąc na­cisk. - Da­waj! - krzyk­nął, za­my­ka­jąc oczy, w któ­rych gro­ma­dzi­ły się spo­re ilo­ści łez, a gru­by jak na ko­men­dę moc­nym ru­chem prze­su­nął trzy­ma­ny frag­ment nosa. Obaj usły­sze­li cha­rak­te­ry­stycz­ny chrzęst prze­ska­ku­ją­cej ko­ści.

- Chy­ba się uda­ło? - spy­tał drżą­cym to­nem. Dło­nie trzę­sły mu się jak ga­la­re­ta.

- Taa... - Kon­rad opa­no­wał po­czu­cie gnie­ce­nia pro­mie­niu­ją­ce aż do po­ty­li­cy.

Ob­ma­cał twarz, po czym smark­nął, za­ty­ka­jąc pal­cem jed­ną z dziu­rek. Klnąc przy tym gło­śno i strasz­nie się krzy­wiąc. Jed­nak nie prze­szko­dzi­ło mu to w wy­ko­na­niu tej sa­mej czyn­no­ści po dru­giej stro­nie nosa. Miał wra­że­nie, że jego gło­wa za­raz eks­plo­du­je. Wy­trzy­mu­jąc agre­syw­nie ata­ku­ją­cy całą gło­wę ból, po­zbył się za­le­ga­ją­cych w za­to­kach skrze­pów krwi, na­stęp­nie ostroż­nie za­cią­gnął świe­żym po­wie­trzem, któ­re­go chłód przy­jem­nie koił po­draż­nio­ne noz­drza.

- To co te­raz? - za­py­tał Pro­siak.

- Jesz­cze nie wiem...

- Od­pu­ścisz mu? - Gru­by grze­bał ki­jem w pia­sku. - Wul­ka­no­wi?

- Nie. Jest do­ro­sły i sam pod­jął de­cy­zję. Może źle go wy­cho­wa­łem? Nie wiem... Wiem na­to­miast, że po­nie­sie kon­se­kwen­cje swo­jej nie­sub­or­dy­na­cji - od­po­wie­dział, pa­trząc w kie­run­ku, w któ­rym od­szedł prysz­cza­ty.

Sły­sząc me­ta­licz­ny i bez­na­mięt­ny głos li­de­ra, po­ma­gier aż się wzdry­gnął. Wo­lał nie cią­gnąć tego te­ma­tu.

- A bliź­nia­cy?

- Na ra­zie spra­wa jest za­mknię­ta.

- Pod­da­jesz się?! - Pro­siak wręcz krzyk­nął z za­sko­cze­nia.

- Tego nie po­wie­dzia­łem. Wszyst­ko w swo­im cza­sie. Na ra­zie mu­si­my gdzieś prze­zi­mo­wać, ze­brać siły i za­sta­no­wić się, co da­lej.

- Skłot?

- To była miej­sców­ka Wul­ka­na, nie wiem, czy nas tam te­raz przyj­mą.

- Mu­si­my spró­bo­wać. - Gru­by od­rzu­cił kij, wsta­jąc ener­gicz­nie.

- My już nic nie mu­si­my... - od­po­wie­dział w za­du­mie Kon­rad. - Mo­że­my, ale nie mu­si­my.

Po kil­ku go­dzi­nach, któ­re upły­nę­ły im na ob­my­ciu się z krwi, prze­bra­niu i pró­bie zni­we­lo­wa­nia opu­chli­zny Kon­ra­da uda­li się do skło­tu, by spraw­dzić, czy zo­sta­ną wpusz­cze­ni.

Od pro­gu czu­li na so­bie nie­przy­jem­ne spoj­rze­nia obec­nych tam lu­dzi, a to nie zwia­sto­wa­ło cie­płe­go przy­ję­cia. Gdy we­szli do głów­ne­go po­miesz­cze­nia, przy­wi­tał ich tęgi fa­cet o czar­nych krę­co­nych wło­sach ze spo­rych roz­mia­rów szra­mą na po­licz­ku. To był Da­rek - nie­ofi­cjal­ny wła­ści­ciel miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li.

- Wy­da­je mi się, czy ktoś prze­trą­cił na­szą gwiaz­dę? - za­śmiał się go­spo­darz, wy­cią­ga­jąc pa­pie­ro­sa z ust i wska­zu­jąc pal­cem na opuch­nię­ty nos oraz oko Kon­ra­da.

- To tyl­ko drob­ne per­tur­ba­cje, nic wiel­kie­go. Przy­cho­dzi­my w in­nej spra­wie - od­po­wie­dział.

- Wiem w ja­kiej, ktoś mnie uprze­dził. - Drab wska­zał gło­wą za sie­bie. Na fo­te­lu sie­dział Wul­kan z ręką owi­nię­tą w tem­blak. - Ostrze­gał, że praw­do­po­dob­nie zja­wi się tu ktoś taki jak ty i bę­dzie pró­bo­wał wcho­dzić nam w dupę, by sko­rzy­stać z na­szej, a w szcze­gól­no­ści mo­jej go­ścin­no­ści. - Par­sk­nął, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem, a li­der za­klął pod no­sem.

- To nie tak - wtrą­cił Pro­siak, a Da­riusz zda­wał się za­sko­czo­ny, jak­by wcze­śniej nie za­uwa­żył ma­łe­go, gru­be­go chłop­ca.

- A jak? - spy­tał od nie­chce­nia.

- Ro­zu­miem, że ktoś ci coś na­opo­wia­dał, a my już nie mamy tu wstę­pu? - spy­tał Kon­rad.

- By­stry je­steś - oznaj­mił wła­ści­ciel z szy­der­czym wy­ra­zem twa­rzy.

- Nie chcesz wy­słu­chać na­szej wer­sji? - Kon­rad pró­bo­wał za­cho­wać spo­kój, choć w środ­ku go­to­wał się z wście­kło­ści.

- Wiesz, ja­koś nie­zbyt. - Ka­far za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i osten­ta­cyj­nie wy­pu­ścił dym pro­sto w opuch­nię­tą twarz swo­je­go roz­mów­cy.

- Jak ostat­nio mia­łem pie­nią­dze, to nie śmier­dzia­ła ci moja obec­ność - wy­ce­dził przez zęby.

- Po pierw­sze, jak sam za­uwa­ży­łeś, mia­łeś je kie­dyś, a te­raz ich nie masz, więc nie wi­dzę po­wo­dów, by cię po­now­nie go­ścić. Po dru­gie, ostat­nim ra­zem by­li­ście tu wy­łącz­nie dla­te­go, że Da­niel za was po­świad­czył, a nie ze wzglę­du na hajs. Zdą­żył już zro­zu­mieć swój błąd i nas za nie­go prze­pro­sić. - Da­rek uśmiech­nął się zło­wro­go.

Przy­wód­ca roz­pa­dłej już gru­py zdał so­bie spra­wę, że przez cią­głe uży­wa­nie ksyw­ki zu­peł­nie wy­le­cia­ło mu z gło­wy, jak Wul­kan ma na­praw­dę na imię.

- Je­ste­śmy pod ścia­ną, po­trze­bu­je­my po­mo­cy i zro­bi­my dla was, co trze­ba - ode­zwał się Pro­siak, a Kon­rad czuł, że jest bli­ski wy­bu­chu.

Nie­na­wi­dził, gdy ktoś nie oka­zy­wał mu sza­cun­ku, a te­raz mu­siał się mie­rzyć z po­gar­dą. Jego duma ni­g­dy nie po­zwa­la­ła mu pro­sić się o co­kol­wiek. Te­raz też nie za­mie­rzał.

- Z tego, co wiem, Wul­kan, to zna­czy Da­niel, też nie ma pie­nię­dzy, więc mam na­dzie­ję, że w ra­mach prze­pro­sin do­sta­tecz­nie do­brze wy­pu­co­wał ci ber­ło.

Mina dra­ba zmie­ni­ła się w se­kun­dę. Drwią­cy uśmiech prze­mie­nił się w za­bój­czy gniew. Bor­do­wy ze zło­ści strze­lił nie­do­pał­kiem w twarz gru­be­go, a lewą ręką chwy­cił Kon­ra­da za szy­ję. Ude­rzył nim o ścia­nę i pod­niósł do góry.

- Słu­chaj, szczy­lu, jesz­cze jed­no sło­wo, a roz­pier­do­lę ci pysk tak, że nikt go już nie po­skła­da. - Sło­wa Dar­ka ubar­wia­ne były sal­wa­mi śli­ny, któ­ra lą­do­wa­ła na twa­rzy si­nie­ją­ce­go z nie­do­tle­nie­nia nie­chcia­ne­go go­ścia. - On jest tu ro­dzi­ną, a ty zwy­kłym śmie­ciem, któ­re­go mogę w każ­dej chwi­li wy­je­bać. - Drab z od­le­gło­ści kil­ku cen­ty­me­trów skru­pu­lat­nie wy­ma­wiał każ­de sło­wo do pur­pu­ro­wej twa­rzy swo­je­go opo­nen­ta.

W tym cza­sie Pro­siak roz­pacz­li­wie pró­bo­wał wal­czyć z ża­rem, któ­ry wy­lą­do­wał w jego oku.

- Da­rek, zo­staw - ode­zwał się spo­koj­nym gło­sem sto­ją­cy za nimi Wul­kan.

Kon­rad ze­zo­wał na nie­go, wal­cząc z uści­skiem na swo­jej szyi, któ­ry był ni­czym ima­dło. Jego wzrok zda­wał się mó­wić, że po­mi­mo pró­by za­ła­go­dze­nia sy­tu­acji Da­niel i tak pod­pi­sał na sie­bie wy­rok.

- Da­ruś, od­puść. - Wul­kan zła­pał ka­fa­ra za bark, a ten pu­ścił wzgar­dzo­ne­go przy­by­sza, któ­ry pró­bu­jąc za­czerp­nąć po­wie­trza, o mało nie wy­pluł płuc.

- Do­ceń to. - Da­niel skie­ro­wał sło­wa do by­łe­go li­de­ra. - Mógł­byś te­raz zgi­nąć i nikt by na­wet po to­bie nie za­pła­kał. - Kon­rad, bę­dąc na czwo­ra­kach, da­lej wal­czył o od­dech. - Wiesz, dla­cze­go ni­g­dy nie bę­dziesz tu mile wi­dzia­ny? Bo masz je­den za­sad­ni­czy pro­blem. Za­wsze ocze­ku­jesz sza­cun­ku, nie da­jąc go w za­mian. Tu­taj jest fa­mi­lia, któ­ra wspie­ra, a nie wy­ma­ga. Niech to bę­dzie dla cie­bie lek­cją.

Kon­rad wstał i spoj­rzał mu głę­bo­ko w oczy, po czym splu­nął pod jego nogi.

- Tak też my­śla­łem. Je­steś nie­re­for­mo­wal­ny. Że­gnaj - oznaj­mił Wul­kan i wró­cił do po­ko­ju.

- Chodź, nic tu po nas - po­wie­dział, cięż­ko od­dy­cha­jąc, do Pro­sia­ka, któ­ry za­la­ny łza­mi z wiel­ką ulgą zdał so­bie spra­wę, że nie oślepł.

- Po­sta­ram się, kur­wo, by ga­nia­li cię z każ­dej miej­sców­ki w tym mie­ście. Przy­się­gam - rzu­cił na od­chod­ne Da­rek, pró­bu­jąc opa­no­wać ci­śnie­nie.

Kon­rad był wście­kły. Wie­dział, że ten fa­cet ma zna­jo­mo­ści i wy­star­cza­ją­ce moż­li­wo­ści, by sku­tecz­nie uprzy­krzyć mu ży­cie w sto­li­cy.

Roz­pi­ja­jąc wód­kę na mur­ku po­mię­dzy ga­ra­ża­mi, Kon­rad ze zło­ścią stwier­dził, że to od mo­men­tu po­zna­nia de­tek­ty­wa wszyst­ko za­czę­ło się psuć. Prze­chy­la­jąc ko­lej­ny raz bu­tel­kę, za­cho­dził w gło­wę, gdzie po­peł­nił błąd, że to wszyst­ko się tak spie­przy­ło. Na samą myśl o bliź­nia­kach miał ocho­tę zwy­mio­to­wać. Wy­cho­dząc ze skło­tu, przy­siągł so­bie, że kie­dyś ich do­rwie i wy­rów­na ra­chun­ki. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej ich dro­gi się prze­tną, dla­te­go musi przy­go­to­wać plan i po­świę­cić na nie­go do­sta­tecz­nie dużo cza­su. Nie chciał i nie mógł po­peł­nić już żad­nych błę­dów. Tak jak mia­ło to miej­sce do tej pory. Za­sta­na­wiał się, czy wo­lał­by ich za­bić od razu, czy znisz­czyć im ży­cia na tyle, by sami chcie­li prze­stać od­dy­chać. Pod­nie­ca­ły go róż­ne spo­so­by za­koń­cze­nia tej zna­jo­mo­ści.

Gdy Pro­siak prze­stał po­le­wać swo­je oczy wodą, pró­bu­jąc po­zbyć się resz­tek po­pio­łu, z bu­tel­ki, któ­rą dzier­żył Kon­rad, znik­nę­ła już po­ło­wa za­war­to­ści.

- Ej, nie roz­pę­dzaj się tak - rzu­cił, mru­żąc po­wie­ki. - Zo­staw mi coś.

- Bierz - od­parł li­der, po­da­jąc cie­płą go­rza­łę, a gru­by do­rwał się do niej, jak­by nie pił nic przez co naj­mniej kil­ka dni. Po­chła­nia­jąc znacz­ną ilość, wzdry­gnął się obrzy­dli­wie i splu­nął na zie­mię, po­wstrzy­mu­jąc od­ruch wy­miot­ny.

- No, to chy­ba je­ste­śmy w czar­nej du­pie - oznaj­mił gru­by, od­da­jąc bu­tel­kę. - Masz ja­kiś plan?

- W tym mie­ście je­ste­śmy spa­le­ni, przy­naj­mniej na ra­zie - od­po­wie­dział, wpa­tru­jąc się w szkło.

- To co pro­po­nu­jesz?

- Nie wy­chy­lać się, a naj­le­piej wy­je­chać.

- A co z bi­du­lem? Ze szko­łą?

- Ty tak se­rio? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Kon­rad. - Zo­sta­wia­my. My­ślisz, że ktoś bę­dzie się przej­mo­wał i szu­kał peł­no­let­nich dzie­cia­ków? Wszy­scy zgod­nie po­my­ślą, że w świat po­szli­śmy - od­parł z ża­lem, po czym znów za­to­pił się w my­ślach. - Coś nie tak? - za­py­tał po chwi­li, wi­dząc kwa­śną minę Pro­sia­ka.

- Nie wiem... nie wiem, czy umiem tak po pro­stu wszyst­ko zo­sta­wić - od­po­wie­dział bez­rad­nie.

- Bę­dziesz mu­siał się na­uczyć. - Li­der zro­bił te­atral­ną pau­zę, by uzu­peł­nić pły­ny. - Za­sta­nów się. Czy coś cię tu trzy­ma? Coś ko­muś za­wdzię­czasz? Na kimś ci za­le­ży? - Kon­rad spo­glą­dał w za­du­mie na za­cho­dzą­ce słoń­ce.

- W su­mie to nie i tro­chę to smut­ne - oznaj­mił ze spusz­czo­ną gło­wą Pro­siak.

- Smut­ne w chuj. Ale damy radę - od­po­wie­dział li­der, po­krze­pia­ją­co kle­piąc ko­le­gę po ra­mie­niu, po czym wrę­czył mu wód­kę. - Pa­mię­taj: albo oni nas, albo my ich.

Gru­bas po­cią­gnął z gwin­ta, ale tym ra­zem od­ruch wy­miot­ny był sil­niej­szy. Wi­dząc to, Kon­rad od razu po­dał mu sok.

- Se­rio by­łem aż ta­kim ku­ta­sem i nie oka­zy­wa­łem wam sza­cun­ku?

Mil­cze­nie ze stro­ny jego kom­pa­na trwa­ło dłu­żej, niż po­win­no.

- Od­po­wiedz. Tyl­ko szcze­rze, bo jak mamy za­cząć wszyst­ko od nowa, to mu­si­my za­dzia­łać od pod­staw.

- Tro­chę tak - od­parł nie­pew­nie Pro­siak.

To był dla Kon­ra­da klu­czo­wy mo­ment. Mu­siał spoj­rzeć na sie­bie bar­dziej kry­tycz­nie i zro­bić wszyst­ko, by nie stra­cić ko­lej­ne­go żoł­nie­rza.

- Prze­pra­szam, Adam.

Gru­by pod­niósł gło­wę z wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi, o mało nie wy­pusz­cza­jąc soku z dło­ni. Nie wie­dział, co za­sko­czy­ło go bar­dziej - to, że usły­szał prze­pro­si­ny, czy to, że przy­wód­ca zwró­cił się do nie­go po imie­niu.

- Za to, że nie trak­to­wa­łem cię tak, jak po­wi­nie­nem. A prze­cież je­steś dla mnie jak brat, wiesz? - Pro­siak za­czął ner­wo­wo prze­cie­rać pię­ścią oko. - Co jest? - spy­tał.

- A nic, wiesz... cią­gle gry­zie mnie ten pie­przo­ny po­piół.

Od­kąd po­znał Kon­ra­da, na ni­czym nie za­le­ża­ło mu bar­dziej niż na jego ak­cep­ta­cji i sza­cun­ku. Trak­to­wał go jak swo­je­go ido­la, dla któ­re­go był w sta­nie zro­bić wszyst­ko. Za­wsze sta­rał się mu od­wdzię­czać za to, że wy­cią­gnął do nie­go po­moc­ną dłoń, gdy nie miał już na kogo li­czyć. Sły­sząc, jak na­zy­wa go bra­tem, mógł­by śmia­ło przy­znać, że speł­ni­ło się jed­no z jego ma­rzeń. Nie chciał wyjść na mię­cza­ka, dla­te­go szyb­ko wy­tarł łzę, któ­ra po­ja­wi­ła się w ką­ci­ku oka, i z po­wro­tem sku­pił się na roz­mo­wie.

- Kie­dyś po­ka­że­my im wszyst­kim, że się co do nas my­li­li, i ode­gra­my się na nich po­dwój­nie. Na tych pie­przo­nych bliź­nia­kach, na ich kum­plach, na Da­ru­siu...

- Na Wul­ka­nie też? - nie­pew­nie prze­rwał wy­li­czan­kę Adam.

Nie otrzy­mał od­po­wie­dzi.

- Mu­si­my jesz­cze wró­cić do bi­du­la na ja­kiś czas. Po­trze­bu­je­my da­chu nad gło­wą i do­stę­pu do neta. Mu­szę do­pra­co­wać plan, bo pierw­szy przy­sta­nek już mam.

- Jaki?

- Cze­ka nas dłu­ga po­dróż, przy­ja­cie­lu - oznaj­mił li­der z szel­mow­skim uśmie­chem.

- Gdzie?

- Mu­si­my wy­sko­czyć nad mo­rze, bo mamy nie­do­koń­czo­ne spra­wy z pew­ną nie­wia­stą... - po­wie­dział Kon­rad z obrzy­dli­wym wy­ra­zem twa­rzy, któ­re­go Pro­siak szcze­rze się wy­stra­szył.

Po chwi­li zro­zu­miał, że jed­nak cie­szy go ten wi­dok, bo to zwia­sto­wa­ło jed­no: po­wrót ido­la, któ­re­go po­dzi­wiał.

- Ka­ro­li­na?

- Tak. To bę­dzie pierw­szy etap na­sze­go po­wro­tu. Po­wro­tu do by­cia ra­kiem w ży­ciu Igor­ka i jego cio­to­wa­te­go bra­cisz­ka - od­parł, po­cią­ga­jąc ostat­ki z bu­tel­ki i efek­tow­nie roz­bi­ja­jąc ją o mu­rek. - Na zdro­wie, kur­wy! - krzyk­nął w po­wie­trze.

- Cie­szę się, że wró­ci­łeś - rzu­cił Pro­siak, ze smut­kiem pa­trząc na roz­bi­te szkło.

- Chodź tu do mnie, mój gru­ba­sku. - Przy­wód­ca, wi­dząc minę ko­le­gi, roz­ło­żył ra­mio­na, za­pra­sza­jąc go do przy­tu­le­nia. - Spo­koj­nie, za­raz ku­pi­my dru­gą.

Na twa­rzy kom­pa­na od razu wy­ma­lo­wał się uśmiech. Przy­tu­la­jąc się do swo­je­go no­we­go bra­ta, otrzy­mał bu­zia­ka w gło­wę.

- Ko­cham cię, wiesz? Obie­cu­ję ci, że ra­zem zdo­bę­dzie­my świat! - Kon­ra­do­wi za­czy­nał udzie­lać się spo­ży­wa­ny na pu­sty żo­łą­dek al­ko­hol, ro­biąc z nie­go nad wy­raz wy­lew­ne­go, co ni­g­dy mu się nie zda­rza­ło.

Cie­szą­cy się chwi­lą Adam na­wet nie my­ślał pro­te­sto­wać.

- To mó­wisz, że mu­szę ogar­nąć ką­pie­lów­ki?

- Co? - spy­tał skon­ster­no­wa­ny ka­pi­tan.

- No po­noć je­dzie­my nad mo­rze.

- Ha, ha! Zga­dza się! Ale mu­szę jesz­cze usta­lić, gdzie do­kład­nie. De­tek­tyw nie był za bar­dzo wy­lew­ny, ale to ża­den pro­blem. Ogar­nie­my to po mo­je­mu.

- Co zro­bisz, jak ją znaj­dziesz?

- Nie ja, tyl­ko my. Nie pa­mię­tasz, na co mia­łeś ocho­tę? Wiesz, że ja nie rzu­cam słów na wiatr. Spraw­dzi­my, co jej tam pisz­czy w majt­kach... - Li­der za­śmiał się ochry­ple.

Pro­siak wy­da­wał się nie po­dzie­lać opty­mi­stycz­ne­go na­stro­ju swo­je­go kum­pla. Wy­glą­dał, jak­by miał oba­wy, czy przed­sta­wio­ny przez nie­go plan jest do­bry. Wo­lał jed­nak nie psuć sym­pa­tycz­nej at­mos­fe­ry, dla któ­rej jesz­cze nie tak daw­no dał­by się po­kro­ić. Całe ży­cie cze­kał na to, by móc usły­szeć te wszyst­kie miłe sło­wa od Kon­ra­da. Po­sta­no­wił nie wy­gła­szać wąt­pli­wo­ści, tyl­ko po­dą­żać dro­gą tego, któ­re­go sza­no­wał i po­dzi­wiał naj­bar­dziej na świe­cie. W dro­dze po suk­ces i splen­dor ich na­stęp­nym przy­stan­kiem oka­zał się mo­no­po­lo­wy.

***

Ży­cie Ka­ro­li­ny po prze­pro­wadz­ce do Świ­no­uj­ścia zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Ro­dzi­ce za­pi­sa­li ją do naj­lep­szej pry­wat­nej szko­ły w mie­ście, gdzie jej sła­wa, blask i po­dziw, któ­ry­mi cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się w po­przed­niej, prze­sta­ły zna­czyć co­kol­wiek. Po­śród dzie­cia­ków, któ­rych sta­rzy byli jesz­cze le­piej sy­tu­owa­ni niż jej, od­czu­wa­ła od­rzu­ce­nie i po­gar­dę. Nie była na to przy­go­to­wa­na. Dla ko­goś, kto całe ży­cie był uwiel­bia­ny i pod­ry­wa­ny, to było jak zde­rze­nie ze ścia­ną. Wie­lo­krot­nie była wy­śmie­wa­na, bo no­si­ła star­sze mo­de­le ubrań, albo za uśmie­cha­nie się do chło­pa­ków, co było błęd­nie in­ter­pre­to­wa­nie jako nie­udol­ne pró­by pod­ry­wu. Tłu­ma­cze­nia, że to zwy­kła życz­li­wość, spo­ty­ka­ły się z ko­lej­ną falą drwin.

Była cał­ko­wi­cie sama po­śród lu­dzi, któ­ry­mi gar­dzi­ła, w mie­ście, któ­re się jej nie po­do­ba­ło, w szko­le, któ­rą naj­chęt­niej by spa­li­ła, i z ro­dzi­ca­mi, któ­rych szcze­rze nie­na­wi­dzi­ła. Wie­lo­krot­nie my­śla­ła o dwóch rze­czach: uciecz­ce i sa­mo­bój­stwie. Na to pierw­sze nie mia­ła pie­nię­dzy, a na dru­gie od­wa­gi. Żyła w ma­ra­zmie, nie od­czu­wa­jąc smut­ku, żalu ani szczę­ścia. Dzień mi­jał za dniem, ty­dzień za ty­go­dniem, a mie­siąc za mie­sią­cem. Mo­ment, w któ­rym otrzy­ma­ła wia­do­mość na jed­nym z por­ta­li, był dla niej jak gwiazd­ka z nie­ba, któ­rej się nie spo­dzie­wa­ła, choć bar­dzo na nią cze­ka­ła.

Po wy­jeź­dzie z War­sza­wy nie było dnia, by nie my­śla­ła o Igo­rze. Pra­wie każ­dy wie­czór po­świę­ca­ła na szu­ka­niu ja­kiej­kol­wiek in­for­ma­cji o swo­im uko­cha­nym. Jed­nak wszyst­kie pró­by od­na­le­zie­nia da­nych w sie­ci koń­czy­ły się fia­skiem. Igor nie miał ani jed­ne­go pro­fi­lu na stro­nach spo­łecz­no­ścio­wych, co sku­tecz­nie prze­szka­dza­ło w pró­bach zlo­ka­li­zo­wa­nia jego oso­by. Na do­miar złe­go ro­dzi­ce za­bra­li jej sta­ry te­le­fon, więc stra­ci­ła ja­ką­kol­wiek moż­li­wość skon­tak­to­wa­nia się ze zna­jo­my­mi, by móc cho­ciaż spy­tać, co u nich. O uzy­ska­niu choć szcząt­ko­wych wie­ści o bliź­nia­kach nie było mowy.

Za­wsze śmia­ła się z ko­le­ża­nek, któ­re w zło­tych my­ślach za­pi­sy­wa­ły nu­me­ry do swo­ich psiap­si. Uwa­ża­ła to za dzie­ci­na­dę. Nie są­dzi­ła, że tak szyb­ko przyj­dzie jej gorz­ko ża­ło­wać swo­je­go po­dej­ścia. Wie­le razy prze­kli­na­ła swo­ją fa­tal­ną pa­mięć do cyfr.

Po wie­lu mie­sią­cach nie­uda­nych prób po­pa­dła w de­pre­sję. Bez­u­stan­nie po­wta­rza­ła, że gdy­by Igo­ro­wi za­le­ża­ło, to sam zna­la­zł­by roz­wią­za­nie sy­tu­acji, w któ­rej się zna­leź­li. Była pew­na, że za­miast pró­bo­wać się z nią skon­tak­to­wać, po pro­stu so­bie od­pu­ścił. Po­sta­no­wi­ła cał­ko­wi­cie za­prze­stać po­szu­ki­wań. Zre­zy­gno­wa­ła też z je­dze­nia, wy­cho­dze­nia z domu i od­zy­wa­nia się do ko­go­kol­wiek. Pod przy­mu­sem ro­dzi­ców mu­sia­ła cho­dzić do szko­ły, ale za­raz po niej szyb­ko wra­ca­ła do swo­je­go po­ko­ju i za­my­ka­ła się na ze­wnętrz­ny świat. To w tym okre­sie do ich domu po raz pierw­szy zo­sta­ła we­zwa­na ka­ret­ka.

Po nie­udol­nej pró­bie pod­cię­cia so­bie żył w wan­nie jej ro­dzi­ce zda­li so­bie spra­wę, że sami nie roz­wią­żą pro­ble­mu na­tu­ry psy­chicz­nej, któ­ry mia­ła ich cór­ka. Od tego mo­men­tu do wa­chla­rza nie­chcia­nych szkol­nych wyjść z po­ko­ju do­łą­czy­ły jesz­cze bar­dziej awer­syj­ne se­sje u psy­cho­lo­ga. Spo­tka­nia te nie przy­no­si­ły jej ulgi, jed­nak uda­wa­ła, że jest le­piej, by zmi­ni­ma­li­zo­wać czę­sto­tli­wość opusz­cza­nia wła­sne­go azy­lu. Je­dy­nym po­zy­ty­wem ostat­nich wy­da­rzeń było to, że nie pró­bo­wa­ła się już tar­gnąć na wła­sne ży­cie. Po pro­stu nie chcia­ła prze­cho­dzić przez to wszyst­ko jesz­cze raz. Za­miast tego co ja­kiś czas ubar­wia­ła swo­ją go­ją­cą się już bli­znę kil­ko­ma mniej­szy­mi no­wy­mi cię­cia­mi. Nie po to, by umrzeć, tyl­ko by po­czuć, że żyje.

Pod­czas jed­nej z mrocz­nych wie­czor­nych wę­dró­wek w głąb sie­bie przy­da­rzy­ło się coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­ła. Słu­cha­jąc He­art­be­at Nne­ki przy­mie­rza­ła się do ko­lej­ne­go cię­cia, ale z transu wy­rwał ją dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści na jed­nym z por­ta­li. Po chwi­li od­gło­sy no­wych ko­mu­ni­ka­tów sta­ły się nie do wy­trzy­ma­nia. To było sil­niej­sze od niej. Mu­sia­ła spraw­dzić, kto bom­bar­du­je jej skrzyn­kę od­bior­czą.

Za wszyst­ko od­po­wie­dzial­ny był ano­ni­mo­wy pro­fil bez zdjęć o dzi­wacz­nej na­zwie. Ka­ro­li­na, wi­dząc fał­szy­we kon­to, któ­re praw­do­po­dob­nie chce wy­łu­dzić od niej ja­kieś dane, stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie tym, co ten ktoś ma jej do po­wie­dze­nia. Ale przed cał­ko­wi­tym zi­gno­ro­wa­niem użyt­kow­ni­ka po­wstrzy­ma­ło ją jed­no zda­nie, któ­re wy­ła­pa­ła ką­tem oka. Brzmia­ło ono: "To ja, Igor".

Ka­ro­li­na po­trze­bo­wa­ła dwu­dzie­stu mi­nut, by po raz czwar­ty prze­czy­tać wszyst­kie wia­do­mo­ści, któ­re otrzy­ma­ła. Część z nich była bar­dzo cha­otycz­na, więc zro­zu­mie­nie ich zaj­mo­wa­ło ko­lej­nych kil­ka mi­nut. Za­nim od­wa­ży­ła się co­kol­wiek od­pi­sać, za­la­ły ją ko­lej­ne:

Halo

Je­steś tam?

Ode­zwij się

Ha­lo­ooo

Cze­ka­łem tyle cza­su, to po­cze­kam jesz­cze tro­chę. Daj mi tyl­ko znać, czy wszyst­ko u Cie­bie ok, pro­szę. Ko­cham Cię.

Nie wie­dzia­ła, jak za­cząć kon­wer­sa­cję z kimś, z kim nie tak daw­no roz­ma­wia­ła go­dzi­na­mi. Te­raz pa­trzy­ła na okno cza­tu i mia­ła wra­że­nie, że po dru­giej stro­nie jest ktoś zu­peł­nie obcy. Jesz­cze ja­kiś czas temu zro­bi­ła­by wszyst­ko, by móc po­now­nie po­ga­wę­dzić z uko­cha­nym, ale te­raz w jej gło­wie pa­no­wa­ła zu­peł­na pust­ka. Wie­le wie­czo­rów spę­dzi­ła na ukła­da­niu tego dia­lo­gu. Mia­ła już na­wet wy­bra­ne te­ma­ty i py­ta­nia, ale gdy przy­szło to, na co tak cze­ka­ła, zda­ła so­bie spra­wę, że nic nie pa­mię­ta. Na­gle przez jej gło­wę prze­bie­gło ty­siąc my­śli, a świat nie­bez­piecz­nie za­wi­ro­wał. Nie­wie­le my­śląc, chwy­ci­ła za kosz, któ­ry mia­ła pod biur­kiem, i zwy­mio­to­wa­ła. Po kil­ku mi­nu­tach, gdy do­szła do sie­bie, otwo­rzy­ła sze­ro­ko okno i wy­pi­ła dużą szklan­kę wody. Zi­mo­wa aura na ze­wnątrz szyb­ko uświa­do­mi­ła ją, że wie­czor­ne wie­trze­nie po­miesz­cze­nia nie jest naj­lep­szym po­my­słem. Za­mknę­ła okno, wzię­ła kil­ka głęb­szych od­de­chów i po­ło­ży­ła dło­nie na kla­wia­tu­rze lap­to­pa.

Cze­mu się nie od­zy­wa­łeś?!

Za­czę­ła.

Po kil­ku­na­stu se­kun­dach po­ja­wi­ła się ikon­ka, że oso­ba po dru­giej stro­nie jest w trak­cie pi­sa­nia od­po­wie­dzi.

To dłu­ga hi­sto­ria.

Mam czas.

Cały czas cię szu­ka­łem. Wie­le razy by­łem na na­szych miej­sców­kach, ko­czo­wa­łem pod two­im do­mem, py­ta­łem są­sia­dów i zna­jo­mych, ale nikt nic nie wie­dział. Nie mia­łem po­ję­cia, jak Cię zna­leźć. Do­pie­ro w szko­le usły­sza­łem, że wy­je­cha­li­ście do Świ­no­uj­ścia...

W na­szych miej­scach? Czy­li ja­kich?

Ka­ro­li­na stwier­dzi­ła, że to bę­dzie ide­al­ny test na we­ry­fi­ka­cję, czy po dru­giej stro­nie fak­tycz­nie jest Igor.

Cho­dzi­łem na czwór­kę, na bo­isko, do la­sku obok sie­ro­ciń­ca, do bud­ki z lo­da­mi na Wi­la­no­wie, a na sta­rów­ce to już za­czę­li się ze mną wi­tać. Mam wy­mie­niać da­lej?

Nie mu­sisz.

Wszyst­kie po­da­ne miej­sca ich wspól­nych spo­tkań się zga­dza­ły.

Za­wsze po szko­le szli­śmy na Że­gań­ską po za­pie­kan­ki, po­tem spa­cer la­sem, aż do Wo­lę­ciń­skiej i od­pro­wa­dza­łem Cię na przy­sta­nek na Pa­trio­tów. Je­śli po­trze­bu­jesz jesz­cze do­kład­niej­sze dane do spraw­dze­nia, czy ja to ja, mogę po­wie­dzieć, o któ­rej go­dzi­nie co ro­bi­li­śmy ;)

"Nie mu­sisz" - po­wtó­rzy­ła za­wsty­dzo­na na myśl o wspól­nych po­ca­łun­kach i nie tyl­ko. Mia­ła pew­ność, że to on. Jej dło­nie za­czę­ły drżeć jesz­cze bar­dziej. Na­gle po­czu­ła, że pod­nie­ce­nie, strach, eu­fo­ria, pa­ni­ka i jesz­cze wie­le in­nych sprzecz­nych ze sobą od­czuć za­czę­ło się w niej mie­szać ni­czym w pral­ce. Po­ciem­nia­ło jej przed ocza­mi, a w gło­wie za­hu­cza­ło. Gdy­by mia­ła czym, to zwy­mio­to­wa­ła­by dru­gi raz. Nie mia­ła. Chcia­ła krzyk­nąć z ra­do­ści, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­ma­ła. Wie­dzia­ła, że ro­dzi­ce ana­li­zu­ją jej po­czy­na­nia w in­ter­ne­cie, i bała się, że mogą na­mie­rzyć jej uko­cha­ne­go. Znów wzię­ła kil­ka głęb­szych od­de­chów i wró­ci­ła do cza­to­wa­nia.

Mu­si­my się jak naj­szyb­ciej spo­tkać. Mój oj­ciec prze­glą­da mi kom­pu­ter.

Hola, hola. Nie tak szyb­ko, ko­cha­na. Wiem, że twój sta­ry to świr, dla­te­go za­ło­ży­łem lewe kon­to i pi­szę z ka­fej­ki.

Spryt­ny i prze­bie­gły, jak za­wsze ;)

Spo­koj­nie, za ten po­mysł bu­zia­ka w siu­sia­ka dasz mi na miej­scu :D

CO?!

Jezu, sor­ry. Kot mi prze­biegł po kla­wia­tu­rze.

Ha-Ha, bar­dzo śmiesz­ne.

Ka­ro­li­na mia­ła pro­blem, by tra­fić w od­po­wied­nie li­te­ry na kla­wia­tu­rze, wpa­da­jąc w kon­wul­sje spo­wo­do­wa­ne śmie­chem. Boże, jak bar­dzo za tobą tę­sk­ni­łam - po­my­śla­ła. Ktoś, ob­ser­wu­jąc ją z boku, mógł­by wy­śmiać pra­cę psy­cho­lo­ga, któ­re­mu przez kil­ka mie­się­cy nie uda­ło się do­pro­wa­dzić jej choć­by czę­ścio­wo do ta­kie­go sa­mo­po­czu­cia, ja­kie mia­ła te­raz. Wy­star­czy­ła tyl­ko upra­gnio­na oso­ba i jed­na roz­mo­wa.

A tak se­rio, to fakt. Mu­si­my się jak naj­szyb­ciej spik­nąć i skoń­czyć z tymi roz­mo­wa­mi przez neta. Nie ma co ku­sić losu.

Masz ra­cję.

No to że­bym mógł cię uca­ło­wać do snu, mu­sisz mi po­dać swój nowy ad­res :P

Będę cze­ka­ła na rogu Ry­cer­skiej i Olsz­tyń­skiej, tyl­ko po­wiedz, kie­dy i o któ­rej.

Ko­cha­niut­ka, na­wet ju­tro.

Ka­ro­li­na była za­sko­czo­na zwro­tem, któ­re­go użył, bo ni­g­dy wcze­śniej tak do niej nie mó­wił, ale prze­ję­ta wi­zją spo­tka­nia na­wet nie pod­ję­ła tego te­ma­tu.

Ju­tro od­pa­da, mam spo­ro lek­cji i tre­ning. Pią­tek bę­dzie naj­lep­szy. Szes­na­sta?

Ok! Czy­li mam trzy dni, by się przy­go­to­wać ;)

Ja też :) Już nie mogę się do­cze­kać! :*

Ja też. :*

Igor, jesz­cze jed­no. Mógł­byś mi wy­słać swo­je ak­tu­al­ne zdję­cie?

Po tym py­ta­niu na­sta­ła ci­sza. Ka­ro­li­na kil­ka razy prze­czy­ta­ła to, co na­pi­sa­ła, ale nie do­szu­ka­ła się w swo­im py­ta­niu cze­goś, co mo­gło­by zde­pry­mo­wać jej uko­cha­ne­go. Z każ­dą mi­nu­tą de­ner­wo­wa­ła się co­raz bar­dziej. Ode­tchnę­ła, gdy w koń­cu wy­świe­tli­ła się ikon­ka pi­sa­nej wia­do­mo­ści.

Zgu­bi­łem swój te­le­fon :(

Szko­da...

Ale mo­żesz mi wy­słać swo­je ;)

No tak, w koń­cu mu­sisz mnie roz­po­znać ;)

Za­czę­ła prze­glą­dać swo­je naj­lep­sze zdję­cia z ga­le­rii i umie­ści­ła jed­no w oknie dia­lo­go­wym.

Boże, nic się nie zmie­ni­łaś! <3 Nie mogę się do­cze­kać, by cię uca­ło­wać! :*

Mam to samo <3! Ucie­kam, bo już póź­no. Mat­ka mnie za­bi­je, jak nie wsta­nę do szko­ły. Bę­dziesz ju­tro?

Nie obie­cu­ję, bo ostat­nio mam spo­ro pra­cy, ale prze­cież nie­dłu­go i tak się wi­dzi­my ;)

Masz ra­cję, ko­cham cię!

Ja cie­bie też! Do zo­ba­cze­nia! <3

Pa! <333

Ka­ro­li­na jesz­cze dłu­go nie mo­gła za­snąć po tej roz­mo­wie. Poza tym, że była cała w skow­ron­kach, a mo­ty­le w brzu­chu oży­ły na nowo jak fe­niks, mia­ła dziw­ne oba­wy przed spo­tka­niem. Nie umia­ła opi­sać, skąd bie­rze się lęk, ale wie­dzia­ła, że pe­wien bar­dzo bo­le­sny i przy­kry te­mat będą zmu­sze­ni omó­wić. Chcia­ła wie­rzyć, że to dla­te­go się boi. Nie chcia­ła go po­ru­szać przy pierw­szej roz­mo­wie, by nie spło­szyć uko­cha­ne­go, ale była świa­do­ma, że od nie­go nie uciek­ną. Wie­le wie­czo­rów roz­ma­wia­ła sama ze sobą, dla­cze­go ją zo­sta­wił, gdy na­pa­dła ich ban­da Kon­ra­da. Te­raz bę­dzie mia­ła oka­zję za­dać mu to py­ta­nie bez­po­śred­nio. Znów po­czu­ła ten nie­przy­jem­ny misz­masz od­czuć - od mi­ło­snej eu­fo­rii po de­pre­syj­ne za­ła­ma­nie. Przez bra­ku po­kar­mu w żo­łąd­ku zwy­mio­to­wa­ła do ko­sza żół­cią. Wy­cień­czo­na cza­sem, któ­ry spę­dzi­ła na ka­ru­ze­li emo­cji, umy­ła zęby i po­szła spać.

Przez trzy doby nie po­tra­fi­ła sku­pić się na czym­kol­wiek poza Igo­rem. Szko­ła, ko­lej­ne dni po­gar­dy czy prze­by­wa­nie w jed­nym domu ze znie­na­wi­dzo­ny­mi ro­dzi­ca­mi zu­peł­nie nie mia­ły zna­cze­nia. Li­czy­ło się tyl­ko spo­tka­nie z uko­cha­nym. Jej upły­wa­ją­cy czas kon­cen­tro­wał się wy­łącz­nie na roz­wa­ża­niu, od cze­go za­cząć roz­mo­wę, ja­kie pod­jąć te­ma­ty i jak wspól­nie uciec z mia­sta, któ­re spra­wi­ło, że chcia­ła się za­bić.

W pią­tek nie po­szła do szko­ły. Skła­ma­ła ro­dzi­com, że nie ma dwóch pierw­szych lek­cji i w łóż­ku na­słu­chi­wa­ła, kie­dy opusz­czą dom. Cały dzień chcia­ła po­świę­cić na upo­rząd­ko­wa­nie my­śli oraz przy­go­to­wa­nie w gło­wie wi­zji spo­tka­nia. Chcia­ła też opro­wa­dzić uko­cha­ne­go po mie­ście i za­ha­czyć o cha­rak­te­ry­stycz­ne lo­kal­ne punk­ty. Po ką­pie­li, zro­bie­niu ma­ki­ja­żu i uło­że­niu lo­ków po­zo­sta­ły jej już tyl­ko dwie go­dzi­ny. Gdy za­uwa­ży­ła, że wska­zów­ki ze­ga­ra nie­bez­piecz­nie przy­spie­szy­ły, chwi­lę po czter­na­stej trzy­dzie­ści wpa­dła w pa­ni­kę. Akom­pa­nia­ment blu­zgów na brak ubrań, na­rze­ka­nie na wło­sy, któ­re w bar­dzo szyb­kim tem­pie tra­ci­ły swo­ją sprę­ży­stość, i wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści spo­tka­nia ubar­wiał Fisz w ka­wał­ku Sznu­ro­wa­dła. Bli­ska pła­czu przez bez­na­dziej­ną sy­tu­ację zwią­za­ną z wy­glą­dem stwier­dzi­ła, że od­wo­łu­je spo­tka­nie. Chwy­ci­ła te­le­fon w dłoń, ale szyb­ko zda­ła so­bie spra­wę, że na­wet nie mia­ła nu­me­ru do Igo­ra, któ­ry i tak zgu­bił swo­ją ko­mór­kę. Rzu­ci­ła iPho­ne'a na nie­po­sła­ne łóż­ko i nie­wie­le my­śląc, za­ło­ży­ła pierw­sze lep­sze ciu­chy, któ­re na­wi­nę­ły się jej pod rękę.

Za­nim zna­la­zła te­le­fon w fał­dach koł­dry, mi­nę­ło ko­lej­nych dzie­sięć mi­nut. Wy­bie­ga­jąc z domu, ze­ga­rek po­ka­zy­wał pięt­na­stą pięć­dzie­siąt, a za­nim do­tar­ła na miej­sce, była już szes­na­sta pięt­na­ście. Pod wska­za­nym pod­czas cza­tu ad­re­sem nie do­strze­gła uko­cha­ne­go, któ­ry cze­kał­by na nią nie­cier­pli­wie. Na po­dwór­ku było już ciem­no, ale cha­rak­te­ry­stycz­ne punk­ty kra­jo­bra­zu oświe­tla­ły ulicz­ne lam­py. Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej za­uwa­ży­ła sa­mo­chód, któ­ry po­wol­nym, wręcz śla­ma­zar­nym tem­pem po­ru­szał się po dro­dze. Gdy auto za­par­ko­wa­ło kil­ka me­trów przed la­tar­nią, pod któ­rą sta­ła, po­czu­ła dziw­ny nie­po­kój. Kie­row­ca mru­gnął do niej dłu­gi­mi świa­tła­mi i za­ma­chał ręką zza bocz­nej szy­by, za­pra­sza­jąc do środ­ka.

Nie­wie­le my­śląc, za­czę­ła iść w jego stro­nę, za­kła­da­jąc, że Igo­ro­wi po pro­stu nie chce się wy­cho­dzić na mróz z cie­płe­go wnę­trza swo­jej fury. Pod­nie­co­na wi­zją spo­tka­nia wy­grze­ba­ła z dna to­reb­ki etui na bez­prze­wo­do­we słu­chaw­ki, któ­re chcia­ła wy­jąć z uszu, ale nie zdą­ży­ła. Na­gle po­czu­ła bar­dzo sil­ne ude­rze­nie w po­ty­li­cę i upa­dła na chod­nik. Świat za­czął mie­nić się mi­lio­nem barw, w uszach prze­raź­li­wie pisz­cza­ło, a ona po­czu­ła w koń­czy­nach bło­gi stan roz­luź­nie­nia. Za­nim stra­ci­ła przy­tom­ność, usły­sza­ła pisk opon i stłu­mio­ne krzy­ki do­bie­ga­ją­ce jak­by z od­le­gło­ści są­sied­nie­go mia­sta. Gdy drzwi kie­row­cy się otwo­rzy­ły, po­czu­ła ko­lej­ne ude­rze­nie w gło­wę, któ­re spra­wi­ło, że z jej świa­do­mo­ści ktoś odłą­czył ka­bel za­si­la­nia.

Pierw­sze, co wra­ca­ło do sta­nu sprzed ude­rze­nia, był słuch. Pisk, dud­nie­nie krwi, a na­stęp­nie szu­mie­nie po­wo­li prze­sta­wa­ło grać pierw­sze skrzyp­ce. Zmysł z każ­dą ko­lej­ną chwi­lą sta­wał się bar­dziej wy­ostrzo­ny. Mia­ła wra­że­nie, że zna gło­sy osób, któ­re szar­pią jej cia­ło, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć ją z wnę­trza sa­mo­cho­du. W po­twier­dze­niu sku­tecz­nie prze­szka­dzał pa­lą­cy ból gło­wy, któ­ry pro­mie­nio­wał aż do oboj­czy­ków. Po­mi­mo otwar­tych oczu na­dal wi­dzia­ła tyl­ko ciem­ność. Wpa­dła w pa­ni­kę, my­śląc, że stra­ci­ła wzrok. Na do­miar złe­go za­kle­jo­ne usta sku­tecz­nie prze­szka­dza­ły w za­czerp­nię­ciu po­wie­trza, któ­re­go z każ­dą ko­lej­ną chwi­lą nie­bez­piecz­nie za­czy­na­ło bra­ko­wać. Jej ser­ce biło w prze­ra­ża­ją­cym tem­pie. Pró­bo­wa­ła krzy­czeć, ale nie uda­ło jej się wy­do­być choć­by sło­wa. Po chwi­li uświa­do­mi­ła so­bie, że za kom­plet­ny mrok od­po­wia­da wo­rek, któ­ry mia­ła na gło­wie.

Od­zy­sku­jąc więk­szą świa­do­mość, pró­bo­wa­ła się wy­ry­wać, jed­nak oso­by, któ­re ją trzy­ma­ły, były od niej znacz­nie sil­niej­sze. Gdy pro­wa­dzi­li ją w nie­zna­ne miej­sce, czu­ła, że bro­dzi w bło­cie, a buty jej opraw­ców ochla­pu­ją jej nogi lo­do­wa­tą wodą z ka­łuż. Prze­ra­ża­ło ją to, że poza nimi nie sły­sza­ła w oko­li­cy ni­ko­go. Za­nim do­tar­li do punk­tu do­ce­lo­we­go, sły­sza­ła ła­ma­ne ga­łę­zie drzew lub krze­wów oraz prze­raź­li­wy dźwięk otwie­ra­nych sta­rych me­ta­lo­wych drzwi. Za­trzy­ma­li się na mo­ment, po czym po­czu­ła na ple­cach bar­dzo sil­ne pchnię­cie. Po­tknę­ła się o próg i z ca­łym im­pe­tem upa­dła na ko­la­na, ude­rza­jąc gło­wą o coś twar­de­go. Ból prze­mar­z­nię­tych koń­czyn roz­szedł się pa­lą­cym ogniem aż do krę­go­słu­pa, a na twa­rzy po­czu­ła lep­ką, cie­płą ciecz pły­ną­cą znad pra­we­go oka.

- Patrz, co ro­bisz! Prze­cież nie chce­my za­ba­wiać się z tru­pem.

Ka­ro­li­na mia­ła już pew­ność. Zna­ła ten głos, ale za wszel­ką cenę chcia­ła, by było ina­czej. Nie wie­dzia­ła, czy bar­dziej bała się spoj­rze­nia mu w twarz, czy tego, co po­wie­dział.

- Ale ja tyl­ko de­li­kat­nie ją po­pchną­łem.

Cha­rak­te­ry­stycz­ne dłu­gie prze­rwy na wzię­cie od­de­chu i sa­pa­nie spra­wi­ły, że za­mar­ła. W se­kun­dę zna­la­zła się my­śla­mi w ob­ję­ciach tłu­ste­go ob­le­cha, któ­ry sku­tecz­nie prze­szka­dzał jej w we­zwa­niu po­mo­cy, gdy ban­da Kon­ra­da biła Igo­ra. Świat za­czął wi­ro­wać jesz­cze bar­dziej, a przed zwy­mio­to­wa­niem ura­to­wa­ło ją szarp­nię­cie za wo­rek, któ­ry mia­ła na gło­wie. Szyb­ki i sil­ny ruch poza ma­te­ria­łem za­brał ze sobą rów­nież spo­rą kęp­kę jej wło­sów. Była jed­nak zbyt prze­ra­żo­na, by się tym prze­jąć i po­świę­cić do­dat­ko­we­mu bó­lo­wi cho­ciaż skra­wek swo­jej uwa­gi. Bar­dziej sku­pi­ła się na ośle­pia­ją­cym świe­tle, któ­re wście­kle za­ata­ko­wa­ło jej zmru­żo­ne oczy.

- No hej, ślicz­not­ko - po­wie­dział Kon­rad ze swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym obrzy­dli­wym uśmie­chem. - Przy­je­cha­li­śmy do tej nory spe­cjal­nie dla cie­bie. Chcie­li­śmy speł­nić jed­no z two­ich naj­skryt­szych ma­rzeń. Nie płacz, prze­cież wiem, że skry­cie o tym śni­łaś. Jak my­ślisz, Pro­siacz­ku, za­ba­wia­ła się pal­ca­mi, wspo­mi­na­jąc two­ją ak­cję? - spy­tał, za­śmie­wa­jąc się ochry­ple.

- Na pew­no! - od­po­wie­dział gru­by, za­cie­ra­jąc ręce.

- To co, chy­ba nie bę­dzie­my się z nią zbyt­nio pie­przyć, nie? O par­don, ależ nie­far­tow­na gra słów. - Kon­rad wy­buch­nął śmie­chem. - W isto­cie prze­cież bę­dzie­my, praw­da, ko­le­go? - To py­ta­nie było skie­ro­wa­ne do Ada­ma, ale ad­re­sat na­wet na nie­go nie spoj­rzał. Za to li­der wpa­try­wał się w Ka­ro­li­nę prze­krwio­ny­mi ocza­mi, wy­glą­da­jąc przy tym, jak wy­głod­nia­łe zwie­rzę, któ­re bar­dzo dłu­go cze­ka­ło, by skon­su­mo­wać swo­ją zwie­rzy­nę. Jego nie­na­tu­ral­nie roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce do­da­wa­ły gro­zy do i tak już prze­ra­ża­ją­ce­go wy­ra­zu twa­rzy. - Za­mknij drzwi - rzu­cił w stro­nę tłu­ste­go po­ma­gie­ra, bez­ce­re­mo­nial­nie zry­wa­jąc ta­śmę z twa­rzy dziew­czy­ny.

- Dla­cze­go? - spy­ta­ła, szlo­cha­jąc i się trzę­sąc.

- Nie bierz tego do sie­bie. Pa­mię­tasz, jak obie­ca­łem coś so­bie i to­bie? - Kon­rad po­now­nie wy­buch­nął grom­kim śmie­chem, wra­ca­jąc wspo­mnie­nia­mi do szkol­nej dys­ko­te­ki. Pro­siak, wi­dząc twarz dziew­czy­ny, prze­stał po­dzie­lać roz­ocho­co­ny tem­pe­ra­ment przy­wód­cy. Jej gło­wa za­czę­ła puch­nąć w nie­wy­obra­żal­nie szyb­kim tem­pie, a guz nad pra­wym łu­kiem brwio­wym roz­le­wał się na całe oko. Po­dra­pa­na i opuch­nię­ta bu­zia, któ­rej głów­ny­mi ko­lo­ra­mi ma­ki­ja­żu były te­raz czer­wień krwi i fio­let si­nizn, w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła mu szkol­nej mi­ło­ści, w któ­rej skry­cie się pod­ko­chi­wał.

- Prze... prze­pra­szam. Pro­szę. Bła­gam... prze­stań­cie - łka­ła Ka­ro­li­na. Wal­czy­ła ze spa­zma­mi, ła­piąc po­wie­trze.

- Oj daj spo­kój, skar­bie. To nic wiel­kie­go, ra­chu-cia­chu i po stra­chu - oznaj­mił bez­na­mięt­nie Kon­rad, zdej­mu­jąc spodnie. - Zdej­mij z niej te szma­ty, prze­cież nie bę­dzie­my upra­wiać bez­piecz­ne­go sek­su - roz­ka­zał, po czym znów się za­śmiał.

- Bła­gam - rzu­ci­ła Ka­ro­li­na, od­wra­ca­jąc się w stro­nę Ada­ma, któ­ry wy­raź­nie skon­ster­no­wa­ny stra­cił re­zon i za­pał do dzia­ła­nia. Za­uwa­ży­ła, że drża­ły mu ręce. Nie wie­dzia­ła, czy to od zmę­cze­nia, czy z zim­na.

- Do­bra, japa. Oszczę­dzaj siły. A ty na co cze­kasz?!

Ude­rze­nie z otwar­tej dło­ni w tył gło­wy sku­tecz­nie wy­rwa­ło gru­be­go z transu. Jak na ko­men­dę przy­stą­pił do roz­bie­ra­nia dziew­czy­ny, któ­ra ostat­kiem sił pró­bo­wa­ła się bro­nić. Po­sta­no­wi­ła po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę i całe po­wie­trze, któ­re mia­ła w płu­cach wy­ko­rzy­sta­ła do we­zwa­nia po­mo­cy. Jej krzyk nie po­trwał jed­nak dłu­go. Chwi­lę póź­niej otrzy­ma­ła so­lid­ne kop­nię­cie w gło­wę z go­łej sto­py Kon­ra­da. Świat znów za­czął wi­ro­wać, a jej cia­ło sta­wa­ło się nie­na­tu­ral­nie roz­luź­nio­ne. Mia­ła wra­że­nie, że Pro­siak szep­cze jej do ucha "prze­pra­szam", ale w za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach mu­sia­ła się prze­sły­szeć.

- Pro­szę... - rzu­ci­ła roz­pacz­li­wie, ale to nic nie dało.

Kon­rad chwy­cił ją moc­no za bio­dra, prze­krę­cił na brzuch i pod­niósł po­ślad­ki ku gó­rze. Czu­ła, jak pró­bu­je wło­żyć do jej su­chej po­chwy swo­je­go na­brzmia­łe­go pe­ni­sa. Ostat­kiem sił chcia­ła się wy­rwać, ale sil­ne ude­rze­nie z pię­ści w skroń spra­wi­ło, że ze­mdla­ła.

Ock­nę­ła się po chwi­li, czu­jąc, jak opraw­ca wy­peł­nia ją cie­płym na­sie­niem. Nie mia­ła już sił wal­czyć. Pod­da­ła się, ci­cho pła­cząc.

- Obie­ca­łem ci, że to zro­bię. Je­steś moja, ro­zu­miesz? - wy­szep­tał jej do ucha, na­stęp­nie ode­rwał się od jej cia­ła. - Jezu, aż bym so­bie za­pa­lił! - rzu­cił non­sza­lanc­ko, cięż­ko opa­da­jąc na roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze ubra­nia. - Nie są­dzi­łem, że to dzie­wi­ca, ha, ha! - oznaj­mił szy­der­czo, wy­cie­ra­jąc przy­ro­dze­nie w ko­szul­kę. - Da­waj, Pro­siu, póki jesz­cze mo­kra. Może już nie cia­sna - za­śmiał się - ale na­dal cie­pła. Bierz­cie i ru­chaj­cie z tego wszy­scy! - krzyk­nął, wsta­jąc, i klep­nął gru­be­go w ple­cy, po czym za­czął się ubie­rać. - No, na co cze­kasz? - spy­tał, wi­dząc za­wa­ha­nie ko­le­gi. - Prze­cież jesz­cze nie­daw­no ma­so­wa­łeś pod nią z pa­mię­ci, a te­raz, jak masz oka­zję, to co, pała ci zmię­kła? Kur­wa, bo po­my­ślę, że je­steś pe­da­łem - do­dał szorst­ko, na­kła­da­jąc blu­zę. - Bierz się za nią, po­wie­dzia­łem - wy­ce­dził lo­do­wa­tym to­nem pro­sto w twarz kom­pa­na, a ten po­wol­nie za­czął ścią­gać spodnie.

- Wyjdź, nie mogę się sku­pić - od­parł ostroż­nie Adam, wpro­wa­dza­jąc Kon­ra­da w za­kło­po­ta­nie.

Ten dłuż­szą chwi­lę przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu. Wie­dział, że nie może tak po pro­stu wyjść. Mu­siał od­zy­skać kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

- Nie rób z sie­bie ta­kie­go świę­to­je­bli­we­go i da­waj - od­po­wie­dział, po­py­cha­jąc ko­le­gę w kie­run­ku Ka­ro­li­ny. Tłu­ścioch zła­pał dziew­czy­nę za bio­dra i przy­lgnął do niej swo­im cia­łem. - No! Od razu le­piej. Idę za­pa­lić, a ty dzia­łaj i za­raz się zwi­ja­my - oznaj­mił, zo­sta­wia­jąc w po­miesz­cze­niu dziew­czy­nę ze swo­im gru­bym ko­le­gą. [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej ksiązki.