2 - Frank
Frank Ribeiro pocił się ze strachu. Po raz pierwszy leciał na MarsGate2, żeby spotkać się z Adisem Gomą. Bywał tam regularnie od wielu lat, żeby serwisować serwery NewFaceTwitta. Miał tam nawet osobną stację roboczą oddzieloną od sekretariatu, ale nigdy dotąd nie przybywał tam w takiej tajemnicy i z takim problemem. Gomę spotykał regularnie na kwartalnych zebraniach zarządu, ale rzadko kiedy poza nimi. Odpowiadał za zabezpieczenie serwerów i zawiódł. Teraz cała firma mogła przez niego albo przez któregoś z jego podwładnych runąć jak domek z kart. Frank długo walczył w duszy, czy nie powinien najpierw skontaktować się z Glebem. Był pewien, że Rusek w pierwszym odruchu wtrąci go do jakiejś komórki i wyda swoim specom od przesłuchań. Petrow był paranoikiem bezpieczeństwa. Jego mottem było powiedzenie, że lepiej mieć wyrzuty sumienia z powodu czyjejś pomyłkowej śmierci niż kaca z powodu własnej. Choć nie miało to żadnego sensu.
Adisa Goma nie zadawał żadnych pytań, kiedy poprosił go o osobiste spotkanie w cztery oczy na MarsGate2. Kiedy dwa miesiące temu został po śmierci Liu Lana Głównym Informatykiem, Goma wprowadził go w swoje procedury ochrony i reagowania w sytuacjach nadzwyczajnych. Jedną z nich było właśnie takie spotkanie. Nikt nawet nie próbował przewidzieć, w jakiej sytuacji można było je ogłosić. Prawo do tego miało jedynie sześć osób w całej firmie. Goma zakładał, że będzie to oznaczało jakąś formę walki o przetrwanie całej jego firmy. Po prostu kazał mu się udać na prywatne lotnisko, na którym zawsze czekał gotowy do lotu prom firmy VirginGomaGalactic, którego większościowym udziałowcem był teraz Goma. Lot na stację miał trwać czternaście godzin. Przez ten czas nikt się z nim nie kontaktował. Kiedy zadokowali, pilot wskazał mu głową właz wyjściowy.
- Bettina czeka na zewnątrz - oznajmił obojętnym głosem, jakby cały lot był zwyczajną rutyną.
W rzeczywistości Frank nie słyszał jeszcze, żeby nawet Goma latał nim samotnie. W środku mogło się zmieścić dziesięć osób. MarsGate2 był wielkim pierścieniem mieszkalnym o przekroju osiemdziesięciu i średnicy trzystu metrów. Powierzchnia użytkowa w środku wynosiła około dziewięćdziesięciu hektarów, z czego dziesięć zajmowały różne elementy podtrzymujące życie stacji oraz zbiorniki na paliwo i tlen. Połowa pozostałej powierzchni stanowiła własność sędziwego Muska i jego programów kosmicznych. Tamtędy zaopatrywano projekt Mars, który Musk zaczął realizować pod koniec życia. Na Ziemi nazywano to Legionem Samobójców. Przez cały środek stacji biegł dość szeroki pas drzew i krzewów, zapewniających tlen. Adisa Goma wykupił za dwadzieścia miliardów dolarów dwa hektary tej powierzchni, na której urządził własne apartamenty, biura i serwerownie komputerów kwantowych, stanowiące serce jego korporacji. Na stałe zatrudniał tutaj dziesięć osób, nie licząc pilotów promów takiego samego typu jakim przyleciał tu Frank. Oprócz tego prowadził obsługę pozostałych mieszkańców w zakresie transportu ludzi i towarów. Jego promy lądowały i startowały stąd każdego dnia. Jak autobusy. Jedno miejsce kosztowało zaledwie dwieście pięćdziesiąt tysięcy Renminbi. To było miejsce dla elity elit, dla których te ceny były rozsądne i do przyjęcia. W ramach wartości dodanej VirginGomaGalactic gwarantowało lądowanie na dowolnym lotnisku na Ziemi, na którym znajdował się betonowy pas długości co najmniej trzech kilometrów.
- Goma czeka - stwierdziła Bettina tym swoim bezosobowym głosem, widząc, że Frank się zagapił. Ribeiro wrócił do rzeczywistości.
Bettina była piękną Arabką, która przyprawiała go zawsze o dreszcze, wywołane uczuciem niepokoju. Nikt nie wiedział, co naprawdę myśli, a jej zdanie i decyzje nigdy nie były podważane przez Gomę. Przynajmniej nikt z zarządu dotąd o takim zdarzeniu nie słyszał. Oboje wsiedli do elektrycznego mini wózka, który na tej stacji dla superbogaczy stanowił ekstrawagancką i zupełnie niepotrzebną podstawową formę transportu i po kilku minutach jazdy w całkowitym milczeniu, znalazł się w gabinecie Gomy. Niezbyt wielki pokój urządzony był w stylu czysto afrykańskim, z kilkoma rzeźbami z hebanu i drzewa żelaznego. Ich eksport był zakazany od prawie wieku. Goma siedział za wielkim rzeźbionym biurkiem, wykonanym również z hebanu. Wszystkie komputery zostały wyłączone.
- Sprawdź, kiedy Gleb może do nas dołączyć - powiedział Goma do Bettiny.
- Za trzy godziny - odparła równie spokojnym tonem.
- Wezwałam go z samego rana.
- Niech zaczeka, aż go poproszę. Powiedz marketingowcom, że od jutra zaczynamy tydzień ofert specjalnych w Azji. Klienci z Chin mają dodatkowe dwadzieścia procent rabatu na wszystkie reklamy, jako prezent noworoczny. Niech to odpowiednio sprzedadzą. Natychmiast.
- Nowy Rok w Chinach zaczyna się dopiero za tydzień.
- I tyle właśnie potrwa promocja. Musimy jakoś wyjaśnić jego nagły przylot na stację - wtrącił zniecierpliwiony Goma. - Po wyjściu zaplombuj nas na godzinę - dodał.
- Jak bardzo jesteśmy udupieni? - zapytał.
Frank, zaskoczony pytaniem, przez chwilę milczał. Goma nie zwykł owijać w bawełnę.
- Ktoś zhakował nasz serwer na stacji - wykrztusił niezbyt pewnym tonem.
- Kiedy? - zapytał Goma, jakby chodziło o wybór przystawki w restauracji.
- Minimum cztery miesiące temu. Nie umiem powiedzieć dokładniej. Mam tu wszystkie analizy, które zrobiłem za ostatnie pół roku i odchylenia zaczynają się pojawiać jakieś cztery miesiące temu.
- A konkretnie? Skąd taki wniosek?
- Nasz system promuje kilka firm farmaceutycznych, które nigdy nie zawarły z nami takich umów. Przesyła zamówienia bezpośrednio na serwery tych firm, ale nie powinien tego robić. Od dwóch miesięcy próbuję dociec, co mogło się stać. Nie mam najmniejszego pojęcia. Kody są czyste. Wygląda na to, że system sam się tego nauczył i z jakiegoś powodu promuje te firmy. Żadnych śladów włamania nie znalazłem. Żadnych anomalii. Nic. Mam ze sobą pełną analizę i zestawienia, które pokazują, jak do tego doszedłem.
- Zachowaj te dane na później. Mnie one i tak nic nie powiedzą. Tylko Petrow może o tym wiedzieć. Oprócz ciebie i mnie. Zakładam, że twoi programiści nie wiedzą?
- Nikt o tym nie wie. Dlatego chciałem spotkać się osobiście.
- Co możemy zrobić?
- Trzeba wstrzymać naszą działalność na co najmniej trzy dni, sformatować wszystko i postawić cały system od nowa. Przy założeniu, że żadna z naszych baz nie została zainfekowana.
- Po czymś takim konkurencja nas zabije - stwierdził Goma, zapalając nielegalnego papierosa, których zapasy miał w każdym biurze. Musiał być zdrowo wkurzony usłyszaną informacją. - WorldWeb od dziesięciu lat czeka na okazję, żeby przejąć naszą działkę. Musk ze swoim SkyLink3 aż się pali, żeby złapać taką gratkę. Będzie miał wtedy i satelity, i sieć społecznościową. To nie wchodzi w rachubę. Jakieś alternatywy?
- W perspektywie roku. - Frank odruchowo wzruszył ramionami, bo sam długo o tym myślał i wiedział, że ta propozycja nie spodoba się szefowi. - Można postawić lokalne serwerownie na każdy region świata i stopniowo je odłączać od stacji. Musiałby istnieć osobny węzeł pełniący rolę naszej sztucznej inteligencji. I tak NewFaceTwitt działa niezależnie na różnych kontynentach. Chińczycy są przekonani, że mają swoją lokalną wersję. Podobnie Hindusi czy Amerykanie, czy Europejczycy. W Afryce działają przecież trzy niezależne instancje. Nie mówiąc o arabskich czy jakichś regionalnych.
- Frank... - zaczął Goma jakby przemawiał do tępego ucznia w szkole. - Nasza siła polega na tym, że nikt nie wie, że to są czysto wirtualne twory. Gdybyśmy nie używali SI na MarsGate 2, to nie bylibyśmy w stanie gwarantować klientom ponad trzydziestoprocentowej skuteczności ich reklam. Na tym polega nasza przewaga nad Worldwebem i innymi. Każdy klient jest przekonany, że NewFaceTwitt jest dostosowany pod jego konkretne zamówienie i że ta wersja działa tylko w jego kraju. Dlatego Chińczycy nas wpuścili. Dlatego Hindusi nas popierają. Nie mówiąc o tych liberalnych dyktaturach z Europy czy z Bliskiego Wschodu. Nawet Rosjanie, którzy są paranoikami na punkcie bezpieczeństwa i propagandy. Dlatego w żadnym kraju nie musimy niczego cenzurować. Po prostu takie posty pojawiają się jedynie w wirtualnych bańkach poza danym krajem. Dlatego dopuszczamy wszystkie wypowiedzi. Lokalni dysydenci dyskutują sobie o wszystkim poprzez naszą sieć, ale tak naprawdę nikt poza nimi tego nie odbiera. Mogą więc sobie gadać o wszystkim. My nawet sami płacimy im tantiemy od reklam, które u nich puszczamy. Reklamy naszych klientów docierają bezpośrednio do odbiorców na całym świecie poza NewFaceTwittem, bo są wysyłane bezpośrednio na telefon odbiorców. Tak naprawdę jesteśmy Wielkim Bratem z Orwella.
Frank spojrzał na niego nierozumiejącym wzrokiem, bo nie bardzo kojarzył, o czym szef mówił.
- Nieważne. - Goma wzruszył ramionami. - Ciągle zapominam, że nawet ty jesteś dzieckiem piktogramów z telefonów. To była taka książka sprzed stu lat. Wtedy jeszcze ludzie je czytali i rozumieli. Chodzi o to, że nasza sieć inwigiluje sześć miliardów naszych użytkowników na okrągło. Mamy dane w czasie rzeczywistym każdego z nich. Dlatego jesteśmy w stanie dokładnie ich sprofilować psychologicznie i dopasować reklamy naszych klientów do podświadomych oczekiwań naszych użytkowników. Jeżeli zaczniemy stawiać te lokalne serwery, o których mówisz, staniemy się kolejnym serwisem społecznościowym, jak wszystkie inne, które upadły. Nasza przewaga zniknie i my wkrótce potem. Te światowe dyktatury nas tolerują nie dlatego, że przynosimy duże dochody ich firmom, ale dlatego że nam zlecają swoje kampanie wyborcze, a my im gwarantujemy określone wyniki. I to bez fałszowania samego procesu wyborczego. Wszystko jest absolutnie legalne.
Frank poczuł, że traci grunt pod nogami. Kody sieci neuronowej umiał pisać. Znał się na technologii komputerów kwantowych. To o czym mówił Goma było dla niego jak opowieści z innej planety.
- To pozostaje tylko zresetować całą sieć - powtórzył bezradnie.
- Albo znaleźć tego hackera i załatwić z nim, żeby wszystko przywrócił do stanu początkowego.
- Nie mam żadnego śladu włamania.
- Dlatego wezwałem Petrowa. Będziecie wspólnie szukać. Ktoś to musiał zrobić. Ilu jest takich ludzi na świecie według ciebie?
- Nie mam pojęcia... - Ribeiro zamyślił się na chwilę, a Goma mu nie przeszkadzał. - Może z dwudziestu... - stwierdził wreszcie z wahaniem. - Niewielu.
- Właśnie - stwierdził Goma. - Musicie ich wszystkich znaleźć. Bettina będzie waszym łącznikiem. Jej decyzje traktujcie jak moje. Środki nie mają znaczenia. Ile by to nie kosztowało.
- A co ze mną? - spytał wreszcie Frank.
- Zachowałeś się prawidłowo. Przyszedłeś z tym bezpośrednio do mnie. Teraz wspólnie spróbujemy rozwiązać ten problem. Tego oczekuję po swoich pracownikach. I na wszelki wypadek sprawdzisz jeszcze raz wszelkie nasze zabezpieczenia. Idź teraz do Bettiny i powiedz, żeby cię skontaktowała z Petrowem, jak tylko się zjawi. Powtórz mu wszystko ze szczegółami. Pewnie będzie chciał obejrzeć te twoje analizy. On uwielbia takie dane. Wciąż nie potrafię zgadnąć, czy coś z nich rozumie, ale zawsze wpatruje się w nie jakby naprawdę coś w nich widział.
Frank wstał i ruszył do drzwi, które nie wiedzieć czemu otworzyła Bettina. Stanęła z boku i gestem zaprosiła go do wyjścia. Frank znowu poczuł znajome dreszcze w krzyżu. Ta baba go przerażała.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI