Prawo przyciągania - Simone Elkeles

-
Proszę czekać

1. Carlos

Chcę żyć po swojemu. Ale jestem Meksykaninem i mi familia wciąż prowadzi mnie za rączkę i mówi, co mam robić, czy tego chcę, czy nie. "Mówi" to niedopowiedzenie. Po prostu mi dyktuje.

Mi'amá wcale nie pytała, czy chcę wyjechać z Meksyku i w ostatniej klasie ogólniaka przeprowadzić się do Kolorado do mojego brata Aleksa. Sama zdecydowała, że wyśle mnie z powrotem do Ameryki "dla mojego dobra" - to jej tekst, nie mój. Reszta mi familia ją poparła, więc było po sprawie.

Czy rodzinka naprawdę myśli, że wystarczy wysłać mnie do Stanów, żebym nie skończył dwa metry pod ziemią albo w więzieniu? Dwa miesiące temu wylali mnie z roboty w cukrowni i od tamtej pory prowadzę szalone życie, la vida loca. I nic nigdy tego nie zmieni.

Patrzę przez okienko, jak samolot leci nad ośnieżonymi szczytami Gór Skalistych. Zdecydowanie nie jestem już w Atencingo... ani na przedmieściu Chicago, gdzie mieszkałem od urodzenia aż do drugiej klasy liceum, kiedy mi'amá kazała nam się pakować i jechać do Meksyku.

Samolot ląduje. Inni pasażerowie przepychają się do wyjścia. Nie śpieszę się i próbuję ogarnąć tę całą sytuację. Za chwilę po raz pierwszy od prawie dwóch lat zobaczę brata. Do diabła, nawet nie wiem, czy w ogóle chcę go widzieć.

Prawie wszyscy już wysiedli, więc nie mogę się dłużej ociągać. Chwytam plecak i idę za drogowskazami po odbiór bagażu. Kiedy wychodzę z terminalu, Alex czeka za barierkami. Myślałem, że może go nie rozpoznam albo będę się czuć tak, jakby był obcy. Ale nie ma mowy, żebym pomylił starszego brata z kimś innym... Jego twarz znam tak dobrze jak własną. Mam radochę, że jestem teraz wyższy od niego i nie wyglądam już jak tamten chudy dzieciak, którego zostawił.

- Ya estás en Kolorado - mówi i ściska mnie w objęciach.

Kiedy mnie puszcza, zauważam ledwie widoczne blizny nad jego brwiami i przy uszach. Ostatnio ich nie miał. Wygląda na starszego, ale stracił tę czujność, którą osłaniał się zawsze i wszędzie jak tarczą. Chyba odziedziczyłem to po nim.

- Gracias - odpowiadam beznamiętnie. Wie, że nie chcę tu być. Wuj Julio nie odstępował mnie na krok i wcisnął siłą do samolotu. I odgrażał się, że poczeka na lotnisku, aż moja dupa oderwie się od ziemi.

- Nie zapomniałeś angielskiego? - odzywa się mój brat, gdy idziemy po bagaż.

Przewracam oczami.

- Przecież mieszkamy w Meksyku dwa lata, Alex. A właściwie nie my, tylko ja, mamá i Luis. Ty nas zostawiłeś.

- Wcale nie zostawiłem. Chodzę do college'u i wreszcie robię coś sensownego ze swoim życiem. Sam kiedyś spróbuj.

- Nie, dzięki. Lubię moje bezsensowne życie i nie chcę go zmieniać.

Biorę worek z taśmy bagażowej i idę za Aleksem do wyjścia.

- Po co ci to coś na szyi? - pyta mój brat.

- To różaniec - odpowiadam, obracając w palcach krzyż wysadzany czarno-białymi koralikami. - Zrobiłem się religijny, jak się rozstaliśmy.

- Religijny, gówno prawda. Przecież to symbol gangu - stwierdza, kiedy podchodzimy do srebrnej beemki cabrio. Mojego brata nie stać na taki wypasiony wóz; musiał go pożyczyć od swojej dziewczyny, Brittany.

- A jeśli nawet, to co z tego?

Alex sam należał do gangu w Chicago. A przed nim mi papá. I nieważne, czy Alex chce to przyznać, czy nie, przynależność do gangu jest moim dziedzictwem. Próbowałem żyć według zasad. Nie narzekałem nawet wtedy, kiedy zarabiałem mniej niż pięćdziesiąt pesos dziennie i harowałem po szkole jak wół. Gdy wywalili mnie z roboty, zacząłem się zadawać z Guerreros del barrio i wyciągałem ponad tysiąc pesos w ciągu jednego dnia. Nieważne, że to były brudne pieniądze, skoro mieliśmy co do garnka włożyć.

- Niczego się nie nauczyłeś na moich błędach? - pyta.

Cholera, kiedy Alex należał w Chicago do Latynoskiej Krwi, czciłem go jak bożka.

- Nie chcesz znać odpowiedzi.

Kręcąc głową z rozczarowaniem, Alex bierze ode mnie worek i wrzuca do bagażnika. I co z tego, że udało mu się wyrwać z Latynoskiej Krwi? I tak do końca życia będzie miał na skórze ich tatuaże. Obojętnie, co sobie myśli, na zawsze będzie związany z LK, nawet jak nic dla nich nie robi.

Przyglądam się bratu przez dłuższą chwilę. Zdecydowanie się zmienił. Wyczułem to od pierwszej chwili. Może i wygląda dalej jak Alex Fuentes, ale widzę, że stracił ducha walki. Jest w college'u i myśli, że może grać według reguł i zrobić ze świata lepsze miejsce do życia. Nie mogę się nadziwić, że tak szybko zapomniał o slumsach na przedmieściu Chicago, w których jeszcze niedawno mieszkaliśmy. Niektóre części świata nigdy nie będą błyszczeć, nawet jak wypucujesz z nich cały brud.

- ?Y mamá? - pyta Alex.

- Dobrze.

- A Luis?

- Też dobrze. Nasz młodszy brat jest prawie taki przemądrzały jak ty, Alex. Myśli, że zostanie astronautą jak José Hernández.

Alex przytakuje jak dumny tata i chyba naprawdę wierzy, że Luis może spełnić swoje marzenie. Obaj są fantastami... moi dwaj bracia to marzyciele. Alex uważa, że zbawi świat, jeśli wymyśli lekarstwa na choroby, a Luis się łudzi, że porzuci Ziemię, żeby odkrywać inne światy.

Skręcamy na autostradę. W dużej odległości przed nami widzę ścianę gór. Przypomina mi to surowy krajobraz Meksyku.

- To pasmo to Front Range - wyjaśnia Alex. - U jego stóp jest uniwersytet. - Pokazuje na lewo. - Tamte nazywają się Flatirons, bo skały są płaskie jak deska do prasowania. Kiedyś cię tam zabiorę. Czasami chodzimy tam z Brit na spacery, kiedy chcemy wyrwać się z kampusu.

Zerka na mnie, a ja patrzę na niego tak, jakby wyrosła mu druga głowa.

- Co jest? - pyta.

Żartuje sobie? - ?Me está tomando los pelos?

- Zastanawiam się, kim jesteś i co, do diabła, zrobiłeś z moim bratem. Mój brat był buntownikiem, a teraz gada o górach, deskach do prasowania i spacerkach ze swoją dziewczyną.

- Wolałbyś, żebym mówił o chlaniu i ćpaniu?

- Tak! - mówię i udaję, że się tym jaram. - Powiedz mi lepiej, gdzie się mogę upić i naćpać, bo nie wytrzymam długo bez nielegalnych substancji w organizmie - kłamię. Mi'amá pewnie mu powiedziała, że podejrzewa, że biorę dragi, więc mogę odgrywać swoją rolę.

- Tak, jasne. Te gówniane kawałki możesz wciskać mamá, Carlos. Ja tego nie kupuję, tak jak ty sam.

Opieram stopy o deskę rozdzielczą.

- Nie wiesz, o czym gadasz.

Alex spycha moje nogi.

- Weź je, okej? To samochód Brittany.

- Ale cię oswoiła, stary. Kiedy rzucisz w cholerę tę gringa i zaczniesz się zachowywać jak normalny facet z college'u? - pytam go. - Powinien cię otaczać wianuszek dziewczyn.

- Ani Brittany, ani ja nie chodzimy na randki z innymi.

- Czemu nie?

- Tak to bywa, kiedy się ma dziewczynę albo chłopaka.

- Tak to bywa, kiedy się jest panocha. To nienormalne, żeby facet był z jedną dziewczyną, Alex. Jestem wolnym strzelcem i nie mam zamiaru tego zmieniać.

- No to mamy jasność, Se?or Wolny Strzelec, ale nie przelecisz żadnej w moim mieszkaniu.

Może i jest moim starszym bratem, ale nasz ojciec umarł dawno temu. Niepotrzebne mi jego gówniane zasady. Pora ustalić kilka własnych.

- Skoro walisz prosto z mostu, to powiem ci, że zamierzam, kurwa, robić, co mi się podoba.

- Zrób przysługę sobie i mnie i słuchaj, co mówię. Może to cię czegoś nauczy.

Wybucham krótkim śmiechem. No jasne. A czego mogę się od niego nauczyć? Jak wypełnić wniosek o przyjęcie do college'u? Jak robić doświadczenia termiczne z chemii? Nie mam w planach ani jednego, ani drugiego.

Jedziemy w milczeniu przez następne czterdzieści pięć minut, a góry przybliżają się z każdym kilometrem. Wjeżdżamy na teren kampusu Uniwersytetu Kolorado w Boulder. Z krajobrazu wyskakuje nagle budynek z czerwonej cegły, a dookoła kręci się mnóstwo studentów z plecakami. Czy Alex naprawdę myśli, że może pokonać przeciwności i znaleźć dobrze płatną pracę? Myśli, że nie będzie biedny do końca życia? Akurat w to uwierzę. Wystarczy, że ludzie spojrzą na jego twarz i tatuaże, a natychmiast wywalą go na zbity pysk.

- Za godzinę muszę być w pracy, ale najpierw pokażę ci mieszkanie - mówi, parkując samochód.

Wiem, że pracuje w jakimś warsztacie samochodowym, bo potrzebuje kupy forsy na szkołę i spłatę pożyczki rządowej.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmia i pokazuje na budynek, przed którym stoimy. - Tu casa.

Okrągłe ośmiopiętrowe szkaradztwo wygląda jak gigantyczna kolba kukurydzy i może być wszystkim, tylko nie domem. Wyciągam worek z bagażnika i idę za Aleksem do środka.

- Mam nadzieję, Alex, że to biedna dzielnica miasta - mówię. - Bo wśród bogaczy dostaję pokrzywki.

- Nie żyję w luksusie, jeśli o to ci chodzi. To dotowane mieszkania dla studentów.

Jedziemy windą na czwarte piętro. Na klatce śmierdzi starą pizzą, poplamiony dywan pamięta lepsze czasy. Mijają nas dwie seksowne dziewczyny ubrane w ciuchy do biegania. Alex uśmiecha się do nich. Robią maślane oczy i nie zdziwiłbym się, gdyby nagle padły na kolana i zaczęły całować ziemię, po której stąpa.

- Mandi, Jessica, to mój brat Carlos.

- Hej-ka, Carlos... - Jessica omiata mnie spojrzeniem od stóp do głów. Nareszcie czuję, że jestem w centrum napalonego college'u. - Dlaczego nam nie powiedziałeś, że takie z niego ciacho?

- Chodzi do liceum - ostrzega je Alex.

Co on sobie myśli? Że jest stróżem mojego fiuta?

- Jestem w ostatniej klasie - wyrzucam z siebie. Mam nadzieję, że to osłabi ich rozczarowanie, że nie chodzę do college'u. - Za dwa miesiące mam osiemnastkę.

- Urządzimy ci przyjęcie urodzinowe - mówi Mandi.

- Super - odpowiadam. - Dacie mi siebie w prezencie?

- Jeśli Alex nie ma nic przeciwko - żartuje Mandi.

Alex odchodzi i przeczesuje ręką włosy.

- Okej, koniec dyskusji, bo wpakuję się w kłopoty.

Tym razem dziewczyny się śmieją. Ruszają biegiem, ale odwracają się, żeby pomachać na pożegnanie.

Wchodzimy do mieszkania Aleksa. Faktycznie, nie można powiedzieć, żeby żył w luksusie. Przy ścianie stoi podwójne łóżko przykryte cienkim wełnianym kocem, po prawej jest stół z czterema krzesłami, a w pobliżu drzwi wejściowych znajduje się kuchnia, taka mała, że z trudem zmieściłyby się w niej dwie osoby. Trudno to nawet nazwać apartamentem z jedną sypialnią. To kawalerka. Ciasna jak diabli.

Alex pokazuje na drzwi koło łóżka.

- Tam jest łazienka. Możesz schować swoje rzeczy do tej szafy naprzeciwko kuchni.

Wciskam plecak do szafy i wchodzę w głąb pokoju.

- Hm, Alex... a gdzie mam spać?

- Pożyczyłem dmuchane łóżko od Mandi.

- Está buena, jest słodka. - Znowu oglądam pokój. W naszym domu w Chciago dzieliłem mniejszy z Aleksem i Luisem. - Gdzie jest TV? - pytam.

- Nie mam.

Cholera. To niedobrze.

- To co, do diabła, mam robić, żeby się nie nudzić?

- Poczytaj książkę.

- Estás chiflado, zwariowałeś. Nie czytam.

- Od jutra zaczniesz - mówi i otwiera okno, żeby wpuścić świeże powietrze. - Przysłali już twoje papiery. Jutro masz być w liceum Flatiron.

Szkoła? Mój brat gada o szkole? Rany, to ostatnia rzecz, o której ma ochotę myśleć siedemnastolatek. Myślałem, że da mi chociaż tydzień na przyzwyczajenie się do życia w Stanach. Pora zmienić kurs.

- Gdzie chowasz trawę? - pytam. Wiem, że wystawiam jego cierpliwość na ciężką próbę. - Lepiej mi powiedz, bo będę musiał przeryć całe mieszkanie.

- Nie mam trawy.

- Okej. To kto jest twoim dilerem?

- Nie kumasz, Carlos. Nie używam już tego gówna.

- Powiedziałeś, że pracujesz. Nic nie zarabiasz?

- Tak. Starcza na jedzenie i college. Resztę wysyłam mamá.

Kiedy trawię tę wiadomość, otwierają się drzwi wejściowe. Staje w nich blond dziewczyna mojego brata, z kluczami do jego mieszkania i torebeczką w jednej ręce oraz brązową papierową torbą w drugiej. Wygląda jak chodząca lalka Barbie. Mój brat odbiera torbę i całuje swoją dziewczynę. Zachowują się jak małżeństwo.

- Carlos, pamiętasz Brittany.

Brittany otwiera szeroko ramiona i obejmuje mnie mocno.

- Carlos, świetnie, że przyjechałeś! - tryska entuzjazmem. Zdążyłem zapomnieć, że w liceum była cheerleaderką, ale gdy tylko otwiera usta, natychmiast sobie przypominam.

- Dla kogo świetnie? - mówię sztywno.

Odsuwa się.

- Dla ciebie. I dla Aleksa. Brakuje mu rodziny.

- Założę się.

Chrząka i patrzy z lekkim niepokojem.

- Hm... okej, no dobrze, przyniosłam wam, chłopcy, chińszczyznę na lunch. Na pewno jesteście głodni.

- Jesteśmy Meksykanami - odpowiadam. - Dlaczego nie przyniosłaś meksykańskiego żarcia?

Brittany ściąga idealnie wyskubane brwi.

- To był żart, tak?

- Nie całkiem.

Odwraca się w stronę kuchni.

- Alex, pomożesz mi?

Alex wyłania się z papierowymi talerzami i plastikowymi sztućcami.

- Carlos, o co ci chodzi?

Wzruszam ramionami.

- O nic. Zapytałem tylko twoją dziewczynę, dlaczego nie przyniosła meksykańskiego żarcia. Nie moja wina, że bierze wszystko do siebie.

- Nie bądź burakiem i podziękuj, zamiast ją wdeptywać w ziemię.

Mam już absolutną jasność, po czyjej stronie jest mój brat. Alex powiedział kiedyś, że przyłączył się do Latynoskiej Krwi, żeby jego bracia nie musieli wstępować do gangu. Ale teraz widzę jak na dłoni, że rodzina gówno dla niego znaczy.

Brittany podnosi ręce.

- Nie chcę, żebyście się kłócili przeze mnie. - Poprawia torebkę na ramieniu i wzdycha. - Lepiej sobie pójdę. Będziecie mieć czas, żeby się na nowo poznać.

- Nie odchodź - mówi Alex.

Dios mío, mój brat chyba zgubił jaja gdzieś między Kolorado a Meksykiem. Albo Brittany wcisnęła je do tej swojej fikuśnej torebeczki.

- Alex, niech sobie idzie, jeśli chce.

Pora poluzować smycz, na której go trzyma.

- Nic się nie stało. Naprawdę - mówi i całuje mojego brata. - Smacznego. Do zobaczenia jutro. Na razie, Carlos.

- Mhm. - Gdy tylko znika, biorę papierową torbę z kuchennego blatu i stawiam na stole. Czytam naklejki na pojemnikach. Kurczak chow mein... wołowina chow fun... zestaw pu-pu. - Zestaw pu-pu?

- To różne przystawki - wyjaśnia Alex.

Nie tknę niczego, co ma w nazwie "pu-pu". Wkurza mnie, że Alex w ogóle wie, co to jest. Odstawiam pojemnik, nakładam na talerz furę niezidentyfikowanej chińszczyzny i zaczynam szuflować.

- Nie jesz? - pytam Aleksa.

Patrzy na mnie jak na obcego.

- ?Qué pasa? - pytam.

- Brittany nie zniknie.

- I w tym problem. Nie rozumiesz?

- Nie. Ale widzę, że mój siedemnastoletni brat zachowuje się jak pięciolatek. Pora dorosnąć, mocoso.

- Żebym był takim cholernym nudziarzem jak ty? Nie, dzięki.

Alex bierze kluczyki.

- Gdzie jedziesz?

- Przeprosić moją dziewczynę, a potem do pracy. Czuj się jak w domu - mówi, rzucając mi klucze do mieszkania. - I nie pakuj się w kłopoty.

- Jak będziesz rozmawiał z Brittany - odpowiadam, odgryzając koniec egg rolla - to poproś ją, żeby ci oddała twoje huevos.

2. Kiara

Kiara, nie wierzę, że cię rzucił esemesem - mówi mój przyjaciel Tuck i czyta trzy krótkie zdania z ekranu komórki, siadając przy biurku w moim pokoju: "Nie wyszło. Sry. Nie wkurzaj się na mnie". - Rzuca mi telefon. - Mógł się bardziej wysilić. Nie wkurzaj się na mnie? Jasne, że się wkurzysz.

Kładę się na łóżku i gapię w sufit. Wspominam nasz pierwszy pocałunek. To było w lecie, na plenerowym koncercie w Niwot, za automatem do lodów.

- Lubiłam go.

- A ja nie. Nie można ufać komuś, kogo się poznało w poczekalni u terapeuty.

Przekręcam się na brzuch i opieram na łokciach.

- To był logopeda. A Michael tylko podrzucił brata.

Tuck, który od początku nie lubił chłopaka, z którym chodziłam, wyjmuje z szuflady biurka zeszyt w różowe trupie czaszki. Celuje we mnie wskazującym palcem.

- Nie ufaj chłopakowi, który mówi na pierwszej randce, że cię kocha. Raz tak miałem. To było totalne nieporozumienie.

- Dlaczego? Nie wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?

- Nie. Wierzę w pożądanie od pierwszego wejrzenia. I przyciąganie. Ale nie w miłość. Michael powiedział ci, że cię kocha, żeby się dobrać do twoich majtek.

- Skąd wiesz?

- Jestem facetem, to wiem. - Tuck marszczy czoło. - Chyba tego z nim nie zrobiłaś?

- Nie - mówię i kręcę głową, żeby było dobitniej. Chodziliśmy ze sobą, ale nie chciałam przechodzić na kolejny poziom. No nie wiem... Nie byłam gotowa.

Nie rozmawiałam z Michaelem od dwóch tygodni, od rozpoczęcia roku szkolnego. Wymieniliśmy kilka esemesów, jasne, ale ciągle powtarzał, że nie ma czasu i że zadzwoni, jak znajdzie chwilkę. Jest w ostatniej klasie liceum w Longmont, jakieś dwadzieścia minut stąd, a ja chodzę do szkoły w Boulder, więc myślałam, że ma dużo nauki. Ale teraz wiem, że to nie był powód milczenia. Po prostu chciał ze mną zerwać.

Czy dlatego, że poznał inną dziewczynę?

A może nie jestem dość ładna?

Czy przez to, że nie miałam ochoty uprawiać z nim seksu?

Na pewno nie dlatego, że się jąkam. Ćwiczyłam wymowę przez całe lato i od czerwca ani razu się nie zająknęłam. Raz w tygodniu chodziłam do logopedy, codziennie trenowałam przed lustrem. Gdy wypowiadam słowa, robię to świadomie. Wcześniej ciągle się denerwowałam, kiedy miałam coś powiedzieć. Wiedziałam, że ludzie najpierw się dziwią, potem przychodzi olśnienie: "Ach, rozumiem, dziewczyna ma problem", a na końcu pojawia się na ich twarzach wyraz współczucia. I wreszcie przekonanie: "Musi być głupia". A niektóre dziewczyny ze szkoły nabijały się ze mnie.

Ale już się nie jąkam.

Tuck wie, że w tym roku mam zamiar pokazać wszystkim w szkole nową twarz - pewną siebie dziewczynę, jakiej wcześniej nie znali. Przez pierwsze trzy lata liceum byłam nieśmiała i zamknięta w sobie, bo okropnie bałam się ludzi, którzy naśmiewali się z mojego jąkania. Teraz będzie inaczej. Nie zapamiętają Kiary Westford jako bojaźliwej osoby. Od dzisiaj zapadnie im w pamięć jako przebojowa i rozmowna.

Nie sądziłam, że Michael ze mną zerwie. Myślałam, że pójdziemy razem na bal absolwentów i bal maturalny...

- Nie myśl o Michaelu - rozkazuje Tuck.

- Był słodki.

- Owłosiona fretka też jest słodka, ale nie poszedłbym z nią na randkę. Stać cię na kogoś lepszego. Nie sprzedawaj się tak tanio.

- A kim ja jestem? - pytam go. - Spójrz prawdzie w oczy, Tuck. Nie wyglądam jak Madison Stone.

- No i chwała Bogu. Nienawidzę Madison Stone.

Dzięki Madison pojęcie "podła laska" nabrało nowego znaczenia. Wychodzi jej wszystko, czego się tknie, i bez trudu uzyskałaby tytuł najbardziej popularnej dziewczyny w szkole. Każda chce należeć do jej paczki. To Madison Stone decyduje, kto jest super.

- Przecież wszyscy ją lubią.

- Bo się jej boją. W głębi duszy każdy jej nienawidzi. - Tuck zaczyna coś skrobać w zeszycie, potem mi go podaje.

- Masz - mówi i rzuca mi długopis.

Gapię się na kartkę. Na górze napisał tytuł "Prawo przyciągania", a na środku kartki narysował linię biegnącą przez całą długość.

- Co to ma być?

- W lewej kolumnie zapisz to, co jest w tobie super.

Żartuje sobie?

- Nie.

- No dalej, pisz. To będzie ćwiczenie pewności siebie. Przekonasz się, że dziewczyny takie jak Madison Stone nie są nawet atrakcyjne. Dokończ zdanie: "Ja, Kiara Westford, jestem super, bo..."

Wiem, że Tuck nie odpuści, więc piszę coś głupiego i oddaję mu zeszyt.

Czyta i się krzywi.

- "Ja, Kiara Westford, jestem super, bo... umiem rzucać piłkę, wymieniać olej w samochodzie i wspinać się na czternastki". No weź, facetów to nie kręci. - Wyrywa mi długopis, siada na brzegu łóżka i zaczyna wściekle gryzmolić. - Wyjaśnijmy sobie, o co chodzi. Musisz zmierzyć swoją atrakcyjność za pomocą trzech kryteriów, żeby osiągnąć końcowy rezultat.

- Kto wymyślił to prawo?

- Ja. To Prawo przyciągania Tucka Reese'a. Zaczynamy od charakteru. Jesteś bystra, zabawna i sarkastyczna - zapisuje w zeszycie.

- Nie jestem pewna, czy to dobre cechy.

- O tak. Uwierz mi. Ale jeszcze nie skończyłem. Jesteś lojalna w przyjaźni, lubisz wyzwania bardziej niż większość facetów i jesteś wspaniałą siostrą dla Brandona. - Zapisuje i na koniec podnosi wzrok. - Druga część to twoje umiejętności. Umiesz naprawiać samochody, uprawiasz sport, wiesz, kiedy się zamknąć.

- To ostatnie to żadna umiejętność.

- Skarbie, zaufaj mi. To wielka umiejętność.

- Zapomniałeś o mojej niepowtarzalnej sałatce ze szpinaku i włoskich orzechów. - Nie umiem gotować, ale sałatka to mój popisowy numer.

- Jest zabójcza - mówi i dopisuje do listy. - Okej, teraz ostatnia część: walory fizyczne.

Przyjaciel taksuje mnie wzrokiem z góry na dół.

Wydaję jęk i czekam na koniec tego upokorzenia.

- Czuję się jak krowa na aukcji.

- Tak, tak, nieważne. Masz skórę bez skazy i zadarty nos, i sterczące cycki. Gdybym nie był gejem, tobym się skusił...

- Blee. - Odciągam jego dłoń od kartki. - Tuck, nie mów tak i nie zapisuj tego słowa.

Ruchem głowy strząsa długie włosy z oczu.

- Którego? Cycki?

- Uhm. Dokładnie. Powiedz lepiej biust albo piersi. To słowo na "c" jest takie... dosadne.

Tuck prycha i przewraca oczami.

- Okej, sterczące... piersi. - Śmieje się, rozbawiony. - Przepraszam, Kiara, ale te piersi kojarzą mi się z nazwą potrawy z menu. - Udaje, że mój zeszyt to karta dań i czyta z angielskim akcentem. - Poproszę o grillowane piersi z surówką coleslaw.

Rzucam go w głowę moim dużym niebieskim misiem, którego nazywam Mojo.

- Nazwij je intymnymi częściami ciała i skończmy temat.

Mojo odbija się od niego i spada na podłogę. Ale mój najlepszy przyjaciel nie odpuszcza.

- Wykreślić sterczące cycki. Wykreślam sterczące cycki. - Rozwodzi się nad prostą czynnością. - Wpisuję... sterczące intymne części ciała - wypowiada każde słowo, które zapisuje. - Długie nogi i długie rzęsy. - Zerka na moje ręce i marszczy nos. - Nie obraź się, ale mogłabyś zrobić manikiur.

- To wszystko? - pytam.

- Nie wiem. Coś ci przychodzi do głowy?

Kręcę przecząco.

- Okej, teraz już wiemy, że jesteś bajeczna. Musimy jeszcze zapisać, jakie cechy ma mieć twój facet. Po prawej stronie kartki. Zacznijmy od charakteru. Chcesz, żeby twój facet był... wypełnij puste miejsce.

- Chcę, żeby był pewny siebie. Naprawdę pewny siebie.

- Dobra. - Tuck zapisuje.

- Chcę, żeby był dla mnie miły.

- Miły facet - pisze.

- Chciałabym, żeby był bystry - dodaję.

- Bystry życiowo czy bystry książkowo?

- Jedno i drugie? - odpowiadam pytaniem, bo nie mogę się zdecydować.

Klepie mnie w głowę, jakbym była małym dzieckiem.

- Dobra. Przejdźmy do umiejętności. - Ucisza mnie, bo nie chce, żebym tworzyła. I dobrze. - Sam to za ciebie wymyślę. Chcesz faceta, który umie to samo co ty, i trochę więcej. Kogoś, kto lubi sport, kogoś, kto potrafi przynajmniej docenić to, że bez przerwy dłubiesz w tym swoim głupim starym samochodzie i...

- Prawie bym zapomniała. - Zeskakuję z łóżka. - Muszę pojechać do miasta i odebrać coś z warsztatu.

- Tylko mi nie mów, że pluszowe kostki do lusterka.

- Nie żadne kostki, tylko radio. Staroświeckie.

- Rewelacja! Staroświeckie radio do staroświeckiego samochodu! - mówi ironicznie Tuck i klaszcze kilka razy w dłonie z udawanym entuzjazmem.

Przewracam oczami.

- Jedziesz ze mną?

- Nie. - Zamyka zeszyt i wrzuca go do szuflady. - Nic mnie bardziej nie nudzi niż słuchanie, jak gadasz o samochodach z ludźmi, których to interesuje.

Podrzucam Tucka do domu i po piętnastu minutach jestem pod warsztatem McConnella. Parkuję pod sklepem i idę do Aleksa, jednego z mechaników. Stoi pochylony nad silnikiem garbusa. Alex był studentem mojego taty. W zeszłym roku po sesji tata dowiedział się, że pracuje w warsztacie samochodowym. Powiedział mu, że zajmuję się renowacją monte carlo z 1972 r. Od tamtej pory Alex pomaga mi zdobywać części do auta.

- Hej, Kiara. - Wyciera dłonie w szmatę i mówi, że zaraz mi poda radio. - Proszę. - Otwiera pudełko. Wyjmuje radio i odwija je z folii bąbelkowej. Kable sterczą z tyłu jak chude nogi, ale radio jest rewelacyjne. Wiem, że nie powinnam się podniecać czymś takim, ale dopiero teraz kokpit będzie wyglądał super. Wprawdzie kupiłam samochód z radiem, ale nie działało, a plastikowa obudowa była pęknięta.

- Nie miałem okazji go sprawdzić - wyjaśnia i wygina druciki, żeby skontrolować połączenia. - Musiałem odebrać brata z lotniska i spóźniłem się do pracy.

- Przyjechał w odwiedziny z Meksyku? - pytam.

- Nie w odwiedziny. Jutro zaczyna naukę w ostatniej klasie we Flatiron - mówi i wypisuje fakturę. - Chodzisz tam, prawda?

Potakuję.

Wkłada radio do pudełka.

- Umiesz je sama zamontować?

Myślałam, że dam sobie radę, ale po obejrzeniu radia już nie jestem pewna.

- Nie wiem. Kiedy ostatnio lutowałam druciki, wszystko poplątałam.

- To jeszcze nie płać. Wpadnij jutro po szkole, jeśli masz czas. Zamontuję radio i sprawdzę, czy działa.

- Dzięki, Alex.

Podnosi wzrok i stuka długopisem w ladę.

- Wiem, że to zabrzmi loco, ale zgodziłabyś się oprowadzić mojego brata po szkole? Nikogo nie zna.

- Mamy program pomocy koleżeńskiej - mówię, dumna, że mogę pomóc. - Spotkam się z wami rano w gabinecie dyrektora i zgłoszę się na przewodniczkę twojego brata.

Dawna Kiara byłaby zbyt nieśmiała, żeby to zaproponować, ale nowa nie ma z tym problemu.

- Muszę cię ostrzec...

- Przed czym?

- Mój brat bywa trudny.

Uśmiecham się szeroko, bo jak zauważył Tuck lubię trudne wyzwania.

3. Carlos

Nie potrzebuję przewodnika.

To pierwsze słowa, które wypływają z moich ust, kiedy pan House, dyrektor liceum Flatiron, przedstawia mi Kiarę Westford.

- Jesteśmy dumni z naszego programu pomocy koleżeńskiej - mówi pan House do Aleksa. - Pomaga uczniom w adaptacji.

Mój brat przytakuje.

- Nie musi mnie pan przekonywać. Podoba mi się ten pomysł.

- A mnie nie - mamroczę.

Nie potrzebuję żadnego przewodnika, bo po pierwsze: z tego, jak Alex przywitał się z Kiarą kilka minut temu, wynika, że ją zna; po drugie: dziewczyna nie jest seksowną laską; ma koński ogon, skórzane buty do pieszych wędrówek, spodnie trzy czwarte ze stretchu, z wystającym ze spodu logo Under Armour i na dodatek cała tonie w za dużym T-shircie z napisem "Alpinistka"; po trzecie: nie potrzebuję niańki, zwłaszcza załatwionej przez brata.

Pan House siada w dużym brązowym fotelu ze skóry i podaje Kiarze ksero mojego planu lekcji. No świetnie, teraz będzie wiedziała, gdzie mnie znaleźć o każdej sekundzie dnia. Gdyby nie to, że czuję się upokorzony, to miałbym z tego bekę.

- To duża szkoła, Carlos - mówi House, jakbym sam nie umiał sprawdzić na mapie. - Kiara jest wzorową uczennicą. Pokaże ci twoją szafkę i przez pierwszy tydzień będzie cię odprowadzać do klas.

- Gotowy? - pyta dziewczyna i uśmiecha się szeroko. - Już był dzwonek na pierwszą lekcję.

Czy mogę prosić o zmianę przewodnika? Wolałbym kogoś, kto nie cieszy się z tego, że musi przyjść do szkoły na siódmą trzydzieści.

Alex machnięciem ręki każe mi iść. Kusi mnie, żeby mu pokazać środkowy palec, ale pewnie dyrekcji by się to nie spodobało.

Wychodzę za wzorową uczennicą na opustoszały korytarz i czuję się, jakbym trafił do piekła. Pod ścianami stoją długie rzędy szafek, a na ścianach wiszą plakaty. Z jednego krzyczy hasło: "Damy radę! Megan Kahn na przewodniczącą szkoły! Głosuj z nami!", na drugim jest napis: "Jason Tu - Zawsze tu i teraz! Twój kandydat na skarbnika samorządu", a wśród nich podpisy ludzi, którzy popierają postulat: "Zdrowsze jedzenie dla uczniów jako norma! - głosuj na Norma Reddinga".

Zdrowsze jedzenie dla uczniów?

Do diabła, w Meksyku jadło się to, co człowiek przyniósł z domu albo co mu dali, nawet najgorszy chłam. Nie było wyboru. Tam, gdzie mieszkałem, je się, żeby przeżyć, i nikt nie zawraca sobie głowy liczeniem kalorii i węglowodanów. Jasne że niektórzy żyją jak królowie. W każdym z trzydziestu jeden stanów Meksyku są bogate rejony, tak samo jak w Ameryce, ale moja rodzina nie mieszka w żadnym z nich.

Nie pasuję do Flatiron i niech mnie diabli wezmą, jeśli mam ochotę snuć się przez cały tydzień za tą dziewczyną. Ciekawe, ile wzorowa uczennica da radę znieść, zanim odpuści i zostawi mnie w spokoju.

Pokazuje mi szafkę. Upycham rzeczy do środka.

- Moja szafka jest kawałek dalej - oznajmia, jakby to była dobra wiadomość. Kiedy kończę, studiuje mój plan i rusza przed siebie korytarzem.

- Klasa pana Henneseya jest piętro wyżej.

- ?Dónde está el servicio? - pytam.

- Co? Nie rozumiem po hiszpańsku. Je parle français - mówi po francusku.

- Po co? Czy w Kolorado mieszka dużo Francuzów?

- Nie, ale na ostatnim roku college'u chcę pojechać na jeden semestr do Francji, tak jak moja mama.

Moja nie skończyła nawet liceum. Zaszła w ciążę, wyszła za mąż za tatę i urodziła Aleksa.

- Uczysz się języka, który ci się przyda przez jeden semestr? - Dla mnie to głupota. Zatrzymuję się, gdy docieramy do drzwi z namalowaną figurką mężczyzny. Wskazuję kciukiem. - Servicio to toaleta... Pytałem, gdzie jest toaleta.

- Aha. - Wydaje się trochę zmieszana. Nie wie chyba, jak ma potraktować to odstępstwo od planu. - No dobra, poczekam tu.

Mam okazję ponabijać się trochę z mojej przewodniczki.

- Chyba że chcesz wejść i mi pokazać... No bo nie wiem, jak daleko chcesz się posunąć w tym całym oprowadzaniu.

- Nie aż tak daleko. - Krzywi usta, jakby połknęła kwaśną cytrynę, i kręci głową. - Idź sam. Poczekam.

Wchodzę do toalety, opieram dłonie na umywalce i biorę głęboki oddech. W lustrze widzę faceta, którego rodzina uważa za totalnego zasrańca.

Może trzeba było powiedzieć mi'amá prawdę: że wywalili mnie z cukrowni, bo broniłem Emilie Juarez, którą molestował jeden z przełożonych. Jakby mało było tego, że musiała rzucić szkołę, żeby pomóc rodzinie zarobić na chleb. Kiedy szef pomyślał, że tylko dlatego, że jest el jefe, może jej dotykać swoimi brudnymi łapami, wkurzyłem się jak diabli. Tak, przez to straciłem pracę... ale było warto i zrobiłbym to po raz drugi, nawet gdybym wiedział, jakie będą konsekwencje.

Pukanie do drzwi przywraca mnie do rzeczywistości. Przypominam sobie, że mam iść do klasy pod eskortą laski ubranej jak na górską wycieczkę. Taka dziewczyna jak Kiara raczej nie potrzebuje faceta, który by jej bronił, bo gdyby któryś ośmielił się ją tknąć, to zadusiłaby go tą wielką koszulką.

Drzwi się uchylają.

- Jesteś tam? - Głos Kiary odbija się echem w łazience.

- Tak.

- Skończyłeś?

Przewracam oczami. Po minucie wychodzę z toalety i idę do schodów. Eskorta gdzieś zniknęła. Stoi w pustym korytarzu, wciąż z tym samym kwaśnym uśmiechem przylepionym do twarzy.

- Wcale ci się nie chciało - mówi jakby poirytowana. - Robisz uniki.

- Jesteś genialna - odpowiadam beznamiętnie i wchodzę po dwa stopnie.

Punkt dla Carlosa Fuentesa.

Słyszę jej kroki za plecami. Próbuje mnie dogonić. Schodzę na drugie piętro i myślę, jak się jej pozbyć.

- Dzięki, że przez ciebie spóźnię się na lekcję bez powodu - mówi, kiedy mnie dogania.

- Nie moja wina. Nie prosiłem się o niańkę. I żeby było jasne, bez problemu sam wszędzie trafię.

- Naprawdę? Bo właśnie minąłeś klasę pana Henneseya.

Cholera.

Punkt dla wzorowej uczennicy.

Wynik 1:1. Rzecz w tym, że nie lubię remisów. Lubię wygrywać... dużą przewagą.

Wkurza mnie zdziwienie w oczach mojej przewodniczki.

Podchodzę bliżej, bardzo blisko.

- Urwałaś się kiedyś z lekcji? - pytam tonem podrywacza. Próbuję wytrącić ją z równowagi, żeby zyskać przewagę.

- Nie - odpowiada wolno, wyraźnie onieśmielona.

Dobra robota. Zbliżam się jeszcze bardziej.

- Powinniśmy zrobić to razem - mówię miękko i otwieram drzwi klasy.

Słyszę, że wciąga powietrze. Nie prosiłem się o twarz i ciało, które dziewczyny uważają za atrakcyjne. Ale dzięki mieszance DNA rodziców mam, co mam, i nie wstydzę się z tego korzystać. Twarz, której nie powstydziłby się Adonis, jest jedną z moich nielicznych zalet, więc wykorzystuję to bez zahamowań i do dobrych, i do złych rzeczy.

Kiara przedstawia mnie szybko panu Henneseyowi i równie szybko znika za drzwiami. Mam nadzieję, że mój podryw odstraszył ją na dobre. Jeśli nie, to następnym razem będę bardziej napastliwy. Zajmuję miejsce w pracowni matematycznej i rozglądam się po klasie. Wszystkie dzieciaki wyglądają na takie z bogatych rodzin. To nie jest szkoła jak Fairfield na przedmieściach Chicago, gdzie mieszkałem, zanim wyjechaliśmy do Meksyku. W Fairfield też były bogate i biedne dzieciaki, ale Flatiron przypomina prywatne liceum w Chicago, gdzie każdy nosi markowe ciuchy i jeździ wypasionym wozem.

Tam nabijaliśmy się z tych dzieciaków. Tutaj jestem nimi otoczony.

Po matmie Kiara czeka pod klasą. Nie wierzę własnym oczom.

- I jak było? - przekrzykuje hałas, kiedy tłum wylewa się z klasy.

- Chyba nie spodziewasz się uczciwej odpowiedzi, co?

- Chyba nie. Chodź, mamy tylko pięć minut. - Przeciska się przez tłum uczniów, a ja za nią. Koński ogon huśta się przy każdym kroku. - Alex mnie uprzedził, że jesteś zbuntowany.

Jeszcze niewiele widziała.

- Skąd znasz mojego brata?

- Był studentem mojego taty. I pomaga mi przy samochodzie, który restauruję.

Ta chica jest niemożliwa. Restauruje samochód?

- A co ty wiesz o samochodach?

- Więcej niż ty - rzuca przez ramię.

Śmieję się.

- Założysz się?

- Może. - Staje przed drzwiami klasy. - Tutaj masz biolę.

Mija nas jakaś gorąca laseczka, która znika w klasie. Ma obcisłe dżinsy i jeszcze ciaśniejszą koszulkę.

- Łoł, kto to był?

- Madison Stone - odpowiada Kiara pod nosem.

- Poznaj mnie z nią.

- Czemu?

Bo wiem, że to cię maksymalnie wkurzy.

- A czemu nie?

Przyciska książki do piersi, jakby zasłaniała się tarczą.

- Mogę na poczekaniu podać pięć powodów.

Wzruszam ramionami.

- Okej, wal.

- Nie ma czasu. Zaraz będzie dzwonek. Przedstawisz się sam pani Shevelenko? Przypomniało mi się, że muszę wziąć z szafki zadanie domowe z francuskiego.

- No to się pośpiesz. - Patrzę na nadgarstek, chociaż nie mam zegarka, ale chyba tego nie zauważa. - Zaraz będzie dzwonek.

- Przyjdę po ciebie po lekcji - mówi i rusza biegiem przez korytarz.

Wchodzę do klasy. Czekam, aż Shevelenko podniesie wzrok znad biurka i zaszczyci mnie spojrzeniem. Wpatruje się w ekran laptopa. Chyba wysyła prywatnego mejla.

Chrząkam, żeby zwrócić jej uwagę. Zerka na mnie i zamyka program.

- Usiądź, gdzie chcesz. Za minutę sprawdzę obecność.

- Jestem nowy - mówię jej. Powinna wpaść na to sama, bo rok szkolny zaczął się dwa tygodnie temu, a ja jestem tu pierwszy raz, ale wolę przypomnieć.

- Jesteś tym uczniem z Meksyku na wymianę?

Nie całkiem. Co prawda nazywają to wymianą, ale nie sądzę, żeby tę kobietę obchodziły szczegóły.

- Tak.

Na jej wardze obsypanej meszkiem wąsika błyszczą kropelki potu. Nie chce mi się wierzyć, że nie ma tu nikogo, kto zrobiłby z tym porządek. Moja ciotka Consuelo miała ten sam problem, ale mama się za nią wzięła i załatwiła sprawę gorącym woskiem.

- Mówisz w domu po hiszpańsku czy po angielsku? - pyta Shevelenko.

Nie wiem nawet, czy wolno jej o to pytać, ale odpuszczam.

- I tak, i tak.

Wyciąga szyję i przeczesuje wzrokiem klasę.

- Ramiro, chodź tu.

Z ławki wstaje jakiś Latynos. Wygląda jak wyższa wersja najlepszego przyjaciela Aleksa, Paco. Kiedy Alex i Paco byli w ostatniej klasie liceum, zostali postrzeleni i nasze życie stanęło na głowie. Paco umarł. Nie wiem, czy kiedykolwiek się z tym pogodzimy. Brat trafił do szpitala, a jak wyszedł, przeprowadziliśmy się do rodziny w Meksyku. Od tamtego czasu nic nie jest takie jak dawniej.

- Ramiro, to jest... - Shevelenko patrzy na mnie. - Jak masz na imię?

- Carlos.

Zerka na Ramiro.

- Carlos jest Meksykaninem, ty jesteś Meksykaninem. Obaj mówicie po hiszpańsku, więc zadbaj o to, żebyście pracowali razem.

Idę za Ramiro do jednego ze stołów w pracowni.

- Ona tak zawsze? - pytam.

- Prawie. W zeszłym roku Heavy Shevy przez sześć miesięcy mówiła na jednego Iwana "Rosjanin", bo nie mogła zapamiętać jego imienia.

- Heavy Shevy? - pytam.

- Nie wiem, skąd się wzięło - mówi Ramiro. - Ja tego nie wymyśliłem. Ma takie przezwisko od dwudziestu lat, jak nie dłużej.

Rozlega się dzwonek na lekcję, ale wszyscy dalej gadają. Heavy Shevy siedzi przy kompie zajęta swoim mejlem.

- Me llamo Ramiro, ale to zbyt latynoskie, więc mówią na mnie Ram.

Moje imię też jest latynoskie, ale nie widzę powodu, żeby gardzić dziedzictwem i skracać je na Carl. Wystarczy jedno spojrzenie, żeby stwierdzić, że jestem Latynosem, więc po co miałbym udawać kogoś innego? Alex nie pozwala mówić na siebie Alejandro. Wciąż oskarżam go o to, że chce się dopasować do białych.

- Me llamo Carlos. Mów na mnie Carlos.

Przyglądam się uważniej Ramowi. Ma na sobie markowy golf z widocznym logo. Może i w Meksyku została su familia, ale na pewno jego rodzina mieszka w bezpiecznej odległości od mojej.

- Co tu się robi po szkole? - pytam.

- Spytaj, czego się nie robi - odpowiada Ram. - Można się pokręcić po centrum handlowym Pearl Street, iść do kina, na wycieczkę w góry, uprawiać snowboard, pływać na tratwie, chodzić na piesze wędrówki i na imprezy z laskami z Niwot i Longmont.

Z tej listy tylko ostatnie zajęcie jest warte uwagi.

Po drugiej stronie stołu siedzi seksowna laseczka Madison. Ma długie blond włosy z pasemkami, wielki uśmiech i jeszcze większe chichis, nie gorsze niż Brittany. Nie żebym gapił się na dziewczynę mojego brata, ale trudno ich nie zauważyć.

Madison przechyla się przez stół.

- Podobno jesteś nowy - mówi. - Jestem Madison. A ty masz na imię...

- Carlos - rzuca Ram, nie dając mi dojść do słowa.

- Jestem pewna, że sam potrafi się przedstawić, Ram - syczy i zakłada włosy za ucho. Ma w uszach kolczyki z brylantami, którymi mogłaby oślepiać, gdyby słońce padło pod odpowiednim kątem. Przechyla się w moją stronę i przygryza dolną wargę. - Jesteś tym nowym chłopakiem z Me-chi-kou?

Zawsze mnie wkurza, jak białe dzieciaki próbują wymawiać to po hiszpańsku. Ciekawe, co jeszcze o mnie słyszała.

- .

Posyła mi seksowny uśmiech i przechyla się bliżej.

- Estás muy caliente. - Jeśli się nie mylę, chciała powiedzieć, że jestem gorące ciacho. Nie tak to mówią w Me-chi-kou, ale łapię. - Przydałby mi się dobry nauczyciel hiszpańskiego. Poprzedni to było totalne dno.

Ram głośno chrząka.

- Qué tipa! Gdybyś nie wiedział, to ja nim byłem.

Wlepiam oczy w Madison. Jest naprawdę wystrzałowa i najwyraźniej nie ma problemu z demonstrowaniem swoich walorów. Chociaż wolę raczej egzotyczne, meksykańskie chicas o miodowej skórze, to przecież żaden facet nie oprze się Madison. I ona o tym wie.

Koleżanka woła ją do innego stołu.

- Uczyłeś ją czy chodziłeś z nią na randki? - odwracam się do Rama.

- I to, i to. Czasami jednocześnie. Zerwaliśmy miesiąc temu. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. Gryzie.

- Dosłownie? - szczerzę zęby.

- Lepiej nie zbliżaj się do niej na tyle, żeby poznać odpowiedź na to pytanie. Powiem ci tylko tyle, że pod koniec role się odwróciły: ja byłem uczniem, a ona nauczycielką. I nie mam na myśli hiszpańskiego.

- Está sabrosa. Zaryzykuję.

- Jak chcesz, stary - mówi Ram i wzrusza ramionami, a Heavy Shevy w końcu zabiera się do lekcji. - Ale nie mów, że cię nie ostrzegałem.

Nie zamierzam być niczyim chłopakiem, ale nic by się nie stało, gdybym zaciągnął kilka dziewczyn z liceum Flatiron do mieszkania Aleksa. Muszę mu udowodnić, że jestem jego przeciwieństwem. Odwracam się do Madison. Uśmiecha się, jakby obiecywała coś więcej. Byłoby ekstra przyprowadzić ją do Aleksa. Jest taka jak Brittany, tyle że bez aureoli.

Po przebrnięciu przez poranne lekcje zdecydowanie mam ochotę coś przegryźć. Kiedy odzywa się dzwonek, cieszę się, że Kiara nie czeka na mnie pod drzwiami, chociaż obiecała. Idę do szafki po drugie śniadanie, które sam sobie zrobiłem z tego, co znalazłem w lodówce Aleksa.

Może moja przewodniczka odpuściła. Jeśli o mnie chodzi, to super, chociaż krążę dziesięć minut, żeby trafić do stołówki. Wchodzę tam w końcu i mam zamiar usiąść przy jednym z okrągłych stolików, ale widzę, że Ram do mnie macha.

- Dzięki, że mnie wystawiłeś - mówi jakiś głos za moimi plecami.

Odwracam się do Kiary.

- Myślałem, że odpuściłaś.

Kręci głową, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką słyszała.

- Oczywiście, że nie. Nie mogłam urwać się wcześniej z lekcji.

- Wielka szkoda. - Udaję, że jej współczuję. - Poczekałbym, gdybym wiedział...

- Tak, jasne. - Wskazuje skinieniem głowy na stolik Rama. - Idź usiądź z Ramem. Widziałam, że do ciebie machał.

Rzucam jej zaszokowane spojrzenie.

- No nie. Pozwalasz mi z nim usiąść?

- Możesz usiąść ze mną.

Nie palę się do tego.

- Nie, dzięki.

- Tak myślałam.

Idę do stolika Rama, a Kiara staje w kolejce po ciepły lunch. Siadam okrakiem na krześle, a Ram przedstawia mnie swoim kumplom - sami biali goście, wyglądają jak klony. Gadają o dziewczynach i sporcie, i swoich ulubionych drużynach futbolowych. Chyba żaden z nich nie wytrzymałby jednego dnia w cukrowni w Meksyku. Niektórzy moi kumple nie zarabiali nawet piętnastu dolarów dziennie. A ci mają zegarki, które kosztują więcej niż roczne wynagrodzenie tamtych.

Madison zjawia się przy naszym stoliku, kiedy Ram wraca do kolejki.

- Cześć wam - mówi. - Moi rodzice wyjeżdżają na weekend. W piątek wieczorem urządzam imprezę i wszystkich zapraszam. Tylko nie mówcie nic Ramowi.

Madison wyjmuje z torebki tubkę z błyszczykiem do ust. Kilka razy przesuwa w środku aplikator, po czym przejeżdża nim po wargach. Kiedy już myślę, że skończyła przedstawienie, robi z ust idealne kółko i wodzi dookoła aplikatorem. Zerkam, czy inni też się gapią na ten erotyczny błyszczykowy show. Dwaj kumple Rama przestali rozmawiać i wpatrują się jak zahipnotyzowani w Madison prezentującą swój wyjątkowy talent. Wraca Ram i zabiera się do jedzenia, nie odrywając oczu od swojego kawałka pizzy pepperoni.

Madison cmoka ustami i zwraca się do mnie.

- Carlos, zapiszę ci parę informacji.

Wyciąga długopis i chwyta mnie za ramię. Zapisuje swój numer telefonu i adres na moim przedramieniu nad tatuażami, jak jakaś artystka. Na koniec macha, przebierając palcami, i odchodzi do koleżanek.

Odgryzam kawałek sandwicza i szukam wzrokiem Kiary, przeciwieństwa Madison. Siedzi z chłopakiem, który ma jasne zmierzwione włosy opadające na twarz. Gościu jest mojego wzrostu i ma podobną sylwetkę. Czy to jej chłopak? Jeśli tak, to mu współczuję. Kiara jest typem dziewczyny, która oczekuje od chłopaka, żeby był uległy i tańczył tak, jak mu zagra.

Moje ciało i umysł nie są zaprogramowane na uległość i prędzej bym umarł, niż tańczył tak, jak mi ktoś zagra.

Koniec wersji demonstracyjnej.