3
Shin Ki-jeong była w trakcie oceniania projektów grupowych, gdy wezwał ją dyrektor. Zanim została nauczycielką, nie zdawała sobie sprawy, że zawód ten wiązał się z jedynie sporadycznym nauczaniem, a często z mrówczą pracą. Kiedy zebrała wszystkie rzeczy, które musiała zrobić przed końcem tygodnia, wyszło jej ponad dziesięć różnych czynności. Pierwszą z nich było wystawienie ocen. Nie dlatego, że było to najważniejsze, ale dlatego, że prace piętrzyły się na jej biurku.
W zadaniu zgodnym z tematem lekcji "Gdybym był przewodnikiem" chodziło o napisanie programu zwiedzania. Biurko zawalone było przygotowanymi przez każdą z grup materiałami do prezentacji. Jeszcze nie zaczęła ich sprawdzać, a już miała dosyć. Była pewna, że do treści wyszukanych w popularnych serwisach Naver czy Daum doklejone zostały zdjęcia ściągnięte z blogów. Największym przejawem wysiłku było co najwyżej wydrukowanie kolorowych, a nie czarno-białych materiałów.
Oceniała właśnie trzecią pracę, kiedy zadzwonił do niej dyrektor. Czasami w trakcie wykonywania przyziemnych zadań zdarzały się nieoczekiwane rzeczy. Takie jak niepożądane wezwania.
W gabinecie dyrektora był też wychowawca klasy numer 3. Po chwili przyszedł z surową miną wicedyrektor, prowadząc ze sobą Won Do-juna i jeszcze jednego ucznia. Kiedy tylko Do-jun zobaczył patrzącą na niego pytająco Ki-jeong, opuścił głowę.
W sklepie spożywczym niedaleko szkoły doszło do kradzieży. Łącznie dziewięciu współwinnych. W ciągu kilku ostatnich miesięcy uczniowie znający się z prywatnych kursów chodzili w grupkach po dwie albo cztery osoby, czasami było ich nawet sześciu, i regularnie okradali sklep prowadzony samotnie przez właścicielkę. Zdziwiona, dlaczego ciągle nie zgadzała jej się suma pieniędzy w kasie, zainstalowała monitoring i odkryła, że działo się tak za sprawką uczniów pobliskiej prywatnej placówki. Policja powiedziała, że już wielokrotnie łapała dzieci kradnące w sklepach papierniczych i spożywczakach, ale po raz pierwszy przestępstwo dokonane zostało w tak systematyczny sposób i przez tak liczną grupę sprawców.
Ki-jeong była zszokowana, słysząc, że należał do niej Do-jun. Jego rodzina była zamożna, a rodzice prowadzili własny interes. Podejrzewała, że mogło to być coś szemranego, bo nigdy nie wchodzili w szczegóły, czym się zajmują. Według informacji przekazanych przez jego poprzedniego wychowawcę rodzice Do-juna wpłacili pokaźny datek na rzecz szkoły. Jeżeli tylko nie byli nadzwyczaj skąpi w wypłacaniu mu kieszonkowego, Do-jun nie miał żadnego powodu uciekać się do kradzieży.
Ki-jeong patrzyła z ciekawością na opuszczoną głowę chłopca. Wielokrotnie była świadkiem, jak działał jedynie we własnym interesie, dlatego nie miała o nim dobrego zdania. Nie można było na nim polegać, bo na przykład zamiast pomagać we wspólnym sprzątaniu, ganiał za uczennicami i robił kawały. Z drugiej strony, jeżeli zapomniał pracy domowej podlegającej ocenie, w obawie przed utratą punktów rezygnował z obiadu, brał przepustkę i biegł do domu po zadanie. Egoizmem wykazał się również w trakcie niedawnej prezentacji grupowej. Wydaje się, że podczas przygotowywania materiałów wykręcał się od odpowiedzialności różnymi wymówkami, ale prowadząc prezentację, przypisał wszystkie zasługi sobie, ku rozgoryczeniu innych członków grupy. Gdyby Ki-jeong nie podsłuchała przypadkiem szepczących o tym uczniów, nie wiedziałaby o całej sprawie. Krótko mówiąc, Do-jun był typem osoby, która nie robi nic, co może przynieść jej szkodę, zbiera laury za rzeczy ważne, ignorując przy tym wszystko inne.
W pewien sposób irytowało ją również to, że Do-jun zachowywał się wobec niej zbyt swobodnie. Każdego dnia odwiedzał ją w pokoju nauczycielskim i coś zostawiał. Zazwyczaj były to słodycze, ale czasem ni z tego, ni z owego zdarzyło mu się dać jej pastę do zębów lub mydełko. Zanim Ki-jeong mogła w jakiś sposób zareagować, zgrywał niewiniątko, mówiąc: "Ej, proszę się nie krępować, tylko po prostu to przyjąć!". Kiedy siedziała zaskoczona, mówił coś w stylu: "Mam przynieść coś innego?", czym ją denerwował. Miała przeczucie, że nie minęłoby wiele czasu, a przynosiłby jej w kopercie pieniądze. Choć nigdy tego nie zrobił, trzymała chłopca na dystans.
Do-jun prawdopodobnie zorientował się w sytuacji, bo stopniowo zaczął przed Ki-jeong grać rolę łagodnego i godnego zaufania ucznia. Pilnie mył okna na korytarzu i pomagał przestawiać biurka z innymi dziećmi. Jednak nawet wtedy Ki-jeong nie porzuciła swoich podejrzeń, myśląc: "Zachowuje się tak tylko przy mnie".
Sądziła, że powinna odciągnąć Do-juna na bok i przeprowadzić z nim poważną rozmowę, ale cały czas odkładała to na później. Właściwie nie zrobił niczego złego. To, co jej przynosił, było niedrogie. Prezenty mogła przekąsić lub wyrzucić po zużyciu, dlatego wydawało się, że przez skarcenie ucznia jedynie pokaże, że go po prostu nie lubi.
Otrzymanymi w prezencie słodyczami dzieliła się z innymi nauczycielami. Słuchanie przyjacielskich docinków, że ma powodzenie wśród uczniów, nie było w sumie takie złe. Rzeczy, których nie miała ochoty użyć od razu, jak pasta do zębów czy krem do rąk, chowała do kartonowego pudełka. Za każdym razem, gdy coś jej się skończyło, uzupełniała bez namysłu braki spośród prezentów od Do-juna. Zorientowała się, jak bardzo jest spostrzegawczy, kiedy jakiś czas temu przyniósł jej klapki. Dzień wcześniej jeden z klapków, które nosiła w szkole, zerwał się i nie nadawał do dalszego użytku. Prezent nie był drogi. Na butach widniało ewidentnie fałszywe logo zagranicznej marki.
Ki-jeong wtedy po raz pierwszy podziękowała Do-junowi. Chłopak uśmiechnął się zawstydzony. Widząc, jak niewinny się wydawał, poczuła ukłucie żalu, że tak źle myślała o jego poczynaniach. Szczególnie że robił to, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.
Ki-jeong przyprowadziła Do-juna z gabinetu dyrektora do pokoju nauczycielskiego i z westchnięciem posadziła go naprzeciwko siebie. Chłopiec zwiesił nisko głowę, jak gdyby jej westchnienie spowodowało, że powietrze w pomieszczeniu zrobiło się cięższe. Pod krótko przyciętymi włosami rysował się odsłonięty kark. U szczytu kręgosłupa widoczne było okrągłe znamię wielkości paznokcia u dłoni. Ki-jeong wpatrywała się w nie nieruchomym wzrokiem. Znamię było na tyle duże, że przykuwało spojrzenie, jednak na co dzień się go nie dostrzegało. Uczeń miał jasną skórę, pozbawioną zwyczajowego trądziku, a zęby równe. Być może w młodszym wieku nosił aparat ortodontyczny.
W tym momencie Ki-jeong zrozumiała nieco przyczynę jej niechęci do chłopaka. Był on bardzo pewny siebie i pełen arogancji typowej dla osób w czepku urodzonych. Mających ten rodzaj szczęścia, który oznacza posiadanie bogatych rodziców oraz ładnego domu. Pozwalający na kupowanie sobie nowych rzeczy, kiedykolwiek przyjdzie na to ochota, na życie pozbawione zmartwień o utrzymanie się w przyszłości.
- Spójrz na mnie.
Do-jun zawahał się, zanim podniósł głowę. Krew napłynęła mu do twarzy, która się zaczerwieniła.
- Dlaczego to zrobiłeś?
Zadała pytanie łagodnie, ale chłopak nie odpowiedział. Spodziewała się tego, więc nie była zawiedziona. Nawet dziecko nie chce się przyznać od razu, że wpadło w złe towarzystwo, ani wydać prowodyra. Czternaście lat to wiek, w którym przychodzi nieco zrozumienia, że zrzucanie całej winy na innych jest łatwe, a zarazem najtrudniejsze. Ki-jeong, pomagając chłopcu wyjaśnić, dlaczego dał się przekonać przywódcy grupy, musiała uniknąć urażenia jego dumy. Nauczycielom z innych szkół prawdopodobnie też zdarzało się robić wszystko, żeby nakłonić dzieci do zeznania, że prowodyr nie uczęszcza do ich placówki. W takich wypadkach prawda o incydencie mogła się zmienić w zależności od tego, kto opowiedział najbardziej przekonującą historię jako pierwszy.
Ki-jeong zdecydowała się grać na czas. Zmęczyłaby chłopaka przedłużającą się ciszą, po czym osłabiłaby jego wolę, mówiąc na przykład: "Nie spełniłeś moich oczekiwań", "Nie jesteś taki" albo: "Przez ciebie mam kłopoty". Gdyby to zawiodło, nie pozostawałoby nic oprócz zastraszenia go. Mówiłaby o policji, stawianiu zarzutów i o poprawczaku. Wtedy chłopak usprawiedliwiałby się w przesadny, oczywisty sposób, mówiąc, że to wszystko wina innych dzieciaków.
- Co ten gnojek tak trzyma gębę na kłódkę? Ile ukradł ten gówniarz? - Siedzący biurko obok nauczyciel matematyki wstał i mocno trzepnął pochylonego chłopaka w głowę, która jeszcze bardziej opadła. Ki-jeong westchnęła głęboko, w momencie gdy jej kolega z klapnięciem usiadł z powrotem na swoje miejsce.
- Pani Shin, mam pani pomóc? Z takimi nie można dobrym słowem. Trzeba ich ręką.
Ki-jeong nie odpowiedziała.
- Nie złapie pani złodzieja, traktując go delikatnie niczym pediatra. Z nimi to jak na wydziale zabójstw. Trzeba się zachowywać jak policjant.
Matematyk mówił tak głośno, że siedzący nieopodal inni nauczyciele wybuchli śmiechem. Żartowali sobie: "Pani Shin ma szansę zadebiutować jako detektyw", "Nie wiedzieliście? Ona potajemnie jest detektywem!". Ki-jeong postanowiła nie reagować na zaczepki.
Nauczyciel matematyki lubił wścibiać nos w nie swoje sprawy. Miał w zwyczaju wyręczać innych nauczycieli, trzepiąc po głowie wezwanych uczniów i prawiąc im kazania. Uznawał to za odgrywanie roli złego nauczyciela, ale nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo szkodzi to autorytetowi wychowawców. Ki-jeong maskowała swoją niechęć do niego, dobierając słowa tak, by brzmiały życzliwiej, ale to tylko bardziej zachęcało go do wtrącania się.
- Pani Shin, mam może pani przedstawić mojego dobrego znajomego z wydziału zabójstw? Wysoki i przystojny. Trochę narwany, ale umie się zachować przy ładnej dziewczynie. Zastanawiam się, czy byłby taki przy pani?
Matematyk zachichotał. Ki-jeong odwróciła głowę, żeby nie dostrzegł jej otwarcie drwiącego uśmieszku. Kiedy spojrzała z powrotem na Do-juna, poczuła wyrzut sumienia. Chłopiec ewidentnie się na nią gapił. Wyglądał na dość zrelaksowanego. Nie była pewna, czy uważał, że zapłacił uczciwą cenę za swój uczynek, przyjmując cios od nauczyciela matematyki, czy to docinki matematyka wobec niej dodały mu odwagi. A może dojrzał jej uśmiech?
- No, dlaczego to zrobiłeś? - zapytała cichym, ale nerwowym głosem.
- Ta suka oszalała.
Do-jun powiedział to, patrząc prosto na nią. Ki-jeong była zszokowana. W pierwszej chwili myślała, że mówi o niej.
- Jak taki gówniarz śmie mówić do dorosłego "suka"?! - krzyknął nagle matematyk zza Ki-jeong. Nauczycielka zmarszczyła brwi. Żałowała, że nie skorzystała z sali konsultacyjnej. Zarówno tamto pomieszczenie, jak i pokój nauczycielski były przeznaczone do rozmów z uczniami. Powodem była chęć uniknięcia skandalicznych sytuacji, kiedy nauczyciel przebywa z podopiecznym sam na sam w pomieszczeniu bez kamer.
- Kto jest szalony?
- Kobieta ze sklepu.
- W jakim sensie jest szalona?
- Nawrzeszczała na mnie, że jestem złodziejem.
- Nazwała cię złodziejem, bo ją okradłeś - odpowiedziała oschle.
- Kurwa - powiedział Do-jun, patrząc wprost na Ki-jeong. - Naprawdę nic wtedy nie ukradłem! Płaciłem właśnie, kiedy Hyeong-chul wybiegł, żeby odebrać telefon. Wtedy ta kobieta zaczęła go nagle gonić, krzycząc: "Złodziej"! Mnie też nazwała złodziejem, a ja po prostu tam stałem.
- Kto to jest Hyeong-chul?
- Mój kolega. Chodzimy na te same prywatne kursy. Mega się uczy.
Do-jun się rozgadał. Zaczęły mu się wymykać wyrażenia potoczne, których na co dzień unikał, żeby sprawiać wrażenie dobrze wychowanego. Ujawniał też więcej szczegółów, niż go o to pytano. Wyglądało na to, że zaczynał się ekscytować. Ki-jeong nieco się rozluźniła.
- Należy do grupy?
- Nic wtedy nie ukradliśmy.
- Mówimy o tym razie.
- Dobrze.
- Więc?
- Powiedziałem już przecież.
- Więc?
- Słucham?
Chłopak próbował wyczuć, jakiej odpowiedzi się od niego oczekuje. Ki-jeong szybko spytała:
- Ukradłeś coś?
- Nie o to chodzi...
- Czułeś się ofiarą, tak?
- Nic nie ukradłem, ale nazwała mnie złodziejem, złapała i lała po głowie, wyzywając od sukinsynów. Kurwa, tamtego dnia zbiła Hyeong-chulowi okulary. Biła go po twarzy na oczach przechodniów. To było hańbiące... Ta wariatka zawsze się tak zachowuje. Od razu wszystkich bierze za złodziei. Łapie cię, nawet nie sprawdzając, czy cokolwiek ukradłeś, leje i przeklina.
- Brawo, świetnie zagrane. Słuchaj, gnojku! Zostałeś fałszywie oskarżony, więc naprawdę zacząłeś kraść? - Nauczyciel matematyki chlasnął chłopaka po głowie. Do-jun zgarbił się i zaklął pod nosem. Matematyk puścił to mimo uszu i ruszył w kierunku drzwi. Ki-jeong nie zbeształa go. Rozmyślała o tym, że dobrze by było, gdyby Do-jun był bardziej zuchwały, mniej udolnie kontrolował swój gniew i łatwiej wpadał w furię. Szkoda, że się nie odwinął matematykowi.
- Jak się uformowała grupa?
- Wiele dzieci czuło się pokrzywdzonych.
- Więc się zebraliście? Żeby się zemścić?
- To nie tak...
- Czyj to był pomysł? Twój?
- Naprawdę nie, ja dołączyłem później. Przysięgam.
Teraz, kiedy sprawa wyszła na jaw, nie była pewna, jak dalej poprowadzić rozmowę. Kradzież paczki gum czy opakowania ciasteczek w poczuciu krzywdy za niesprawiedliwe oskarżenie nie była straszną przewiną. Problemem, obok którego szkoła nie mogła jednak przejść obojętnie, był fakt, że jej uczeń zbyt długo należał do zorganizowanej grupy i wielokrotnie brał udział w kradzieżach.
Zapędziwszy Do-juna w kozi róg, Ki-jeong w końcu zadała pytanie:
- Dlaczego dalej kradłeś?
Myślała jeszcze o dorzuceniu: "Powinieneś przestać, zanim cię przyłapią", ale nauczyciele nie powinni czegoś takiego mówić.
- Bo mnie nie złapano - odpowiedział nonszalancko chłopak. Gdyby ktoś go przyłapał wcześniej, Do-jun przestałby kraść. A tak zrobił to dopiero, gdy wpadł. Sprawa była poważna, bo stało się to za późno.
- Co ty właściwie kradłeś? - zadała pytanie, tym razem cicho, ponieważ nie chciała, żeby ktoś ją podsłuchał. Wydawało się, że wypytywanie o szczegóły to bardziej zadanie dla policji niż nauczycielki.
- Takie tam drobiazgi.
- Tyle tego było, że już nie pamiętasz?
- Nic szczególnego.
- Co ukradłeś za pierwszym razem?
Do-jun westchnął, po czym odpowiedział:
- Baterie.
- A potem?
- Nie pamiętam dokładnie.
- To wylicz po kolei.
- Naprawdę wszystkiego po trochu.
- Co zrobiłeś z tym, co zabrałeś?
- Rozdałem biedniejszym dzieciom.
- Biedniejszym dzieciom?
- No wie pani, takim, co wyglądają, jakby nic nie miały. Im wszystko rozdałem, a sobie nie zostawiłem nic.
Do-jun zrobił minę prawdziwego filantropa.
- Dzieci, które wyglądają, jakby nic nie miały?
Chłopiec, zawstydzony, nieco się uśmiechnął. Był przekonany, że nie zrobił nic złego. Ki-jeong przemówiła stanowczo, żeby uświadomić mu powagę sytuacji.
- Ładnie sobie wychowałeś wspólników.
- Wspólników?
- Tak, wspólników. Osoby, które popełniły przestępstwo razem z tobą. Twoi koledzy, którzy sami nic nie ukradli, przez ciebie stali się współwinni. Wszystko, co wziąłeś, to skradzione mienie. Każdy, kto je przyjmie, automatycznie staje się wspólnikiem.
- Naprawdę? Świetnie! Tak właśnie myślałem. - Do-jun zachichotał. - Przypomniałem sobie, co ukradłem.
- To powiedz.
- To. - Do-jun wskazał na noszone przez Ki-jeong klapki. Jego mina była całkowitym przeciwieństwem wyrazu twarzy, który towarzyszył jego protestom, gdy mówił o kradzieży jak o reakcji na niesprawiedliwe traktowanie.
- Było tego więcej. Pasta do zębów, lizaki, krakersy serowe, czekoladowe ciasteczka, chipsy ziemniaczane, kolorowe zakreślacze, płyn do płukania ust, odświeżacz do tkanin, mydło ryżowe albo jęczmienne. W każdym razie mydło... - Do-jun patrzył nauczycielce prosto w oczy. Zapytany o skradzione przedmioty, wyliczył wszystkie prezenty, które wręczył Ki-jeong, łącznie z klapkami. Zaskoczony pytaniem nie mógł sobie na początku przypomnieć, ale gdy wspomniała o wspólnikach albo o skradzionym mieniu, nagle wszystko naturalnie do niego wróciło.
Chociaż nie...
Jakkolwiek by na to patrzeć, to nie było tak. Od początku wiedział, że ta sprawa wyjdzie na jaw, dlatego zaplanował wszystko i codziennie przynosił jej różne drobiazgi. Nie usiłował zwrócić na siebie uwagi ani nie próbował zaspokoić potrzeb uczuciowych. Od pierwszego dnia dla samego zabicia czasu dążył do zrobienia ze swojej nauczycielki współwinnej kradzieży. Co za podstępne i przebiegłe dziecko.
Podrobione logo na klapkach drażniło ją. Podziękowała za nie Do-junowi, nie wiedząc, że były kradzione. Chodziła po całej szkole w kradzionym mieniu i miała je na spotkaniach z rodzicami uczniów. Miała je na nogach podczas lekcji, kiedy czytała wiersze słynnego poety Baek Seoka i gdy uczyła struktury opisów na przykładzie eseju o morskich ekosystemach. Nosiła je podczas zadawania dzieciom wypracowania o etyce i odpowiedzialności, a także w trakcie oceniania ich prac.
Miała ochotę natychmiast ściągnąć klapki i trzepnąć nimi chłopaka w głowę, ale nie zdążyła. Przeszkodził jej leżący do tej pory na szczycie stosu prac domowych telefon, który zaczął dzwonić. Ki-jeong poczuła ulgę. Dzięki przychodzącemu w samą porę połączeniu nikt nie musiał być świadkiem jej gwałtownej reakcji. Nikt również nie dowiedział się, jak bardzo ubodły ją słowa chłopaka.
Do-jun podniósł sztywno głowę, ale zaraz rozsiadł się, opierając plecy o krzesło. W miarę jak dalej rozbrzmiewał dzwonek telefonu, ostentacyjnie skrzyżował ręce. Ki-jeong wolno odebrała. Jej zamiarem było kupienie sobie trochę czasu w tej wojnie nerwów między nią a chłopakiem. Gdyby rozmawiała z dzwoniącym zbyt ostro, Do-jun od razu dostrzegłby skuteczność swojej strategii.
- Czy rozmawiam z panią Shin Ki-jeong?
Było oczywiste, kto dzwonił. Pewnie jakiś kurier. Większość dzwoniących, takich jak inni nauczyciele lub rodzice uczniów, zwracała się do niej "pani Shin" lub "nauczycielko Shin".
- Kto mówi?
Ki-jeong celowo nadała głosowi chłodny ton. Do-jun nadal siedział z założonymi rękami i rozglądał się teraz nieśpiesznie po pokoju nauczycielskim. Nie zważała już na to, że ktoś ją zobaczy albo że później będzie musiała wysłuchać kazania dyrektora na temat niedopuszczalności kar cielesnych w żadnej sytuacji. W momencie gdy tylko się rozłączy, zamierzała zdjąć klapek i stłuc nim chłopaka na kwaśne jabłko.
- Tu policja.
- Policja?
Ki-jeong zerknęła na Do-juna. Chłopak drgnął i powoli opuścił ręce. Jego twarz wyrażała strach. Nie spuszczając z niego wzroku, nauczycielka zapytała:
- W jakiej sprawie pan dzwoni?
Ku zaskoczeniu Ki-jeong policjant wspomniał imię jej młodszej siostry. W tym samym momencie naszło ją przeczucie, że już niedługo bycie wspólniczką młodocianego złodzieja i noszenie skradzionego mienia nie będą miały większego znaczenia.
Po wysłuchaniu słów oficera przesłoniła usta dłonią. Do-jun miał przerażoną minę. Z pewnością myślał, że rozmowa dotyczy jego.
Po chwili nauczycielka cicho zakończyła połączenie. Ręka, w której trzymała telefon, lekko drżała. Ki-jeong ledwo zebrała w sobie siłę, żeby przemówić do siedzącego przed nią chłopaka.
- Idź już.
- Mam sobie iść? - zapytał, nie dowierzając.
Ki-jeong słabo skinęła głową. Chłopak powiedział coś pod nosem. Nie zareagowała. Raptem usłyszała głośne zawodzenie. Nieprzyjemny dźwięk dochodził z jej ciała i na nim skoncentrowała całą swoją uwagę.
Chłopak podniósł palec do głowy i zakręcił nim kilka kółek w powietrzu, po czym wstał z krzesła i wybiegł z pokoju nauczycielskiego. Do Ki-jeong nie dotarły jego słowa, zignorowała również wykonany przez niego gest. Cokolwiek by powiedział lub zrobił, i tak by nie zareagowała. Po tym, co usłyszała od policjanta, nic nie miało już znaczenia. Mężczyzna przekazał Ki-jeong, że znaleziono domniemane ciało jej młodszej siostry.