ROZDZIAŁ 2
Powietrze jest cięższe, gdy przekraczam granicę starego Zachodu. Nie dlatego, że zmienia się krajobraz. Drzewa wyglądają tak samo, mech przykleja się do butów tak samo uparcie, a ziemia pachnie mokrym liściem i czymś jeszcze, czymś, czego nie potrafię nazwać, ale co zawsze przypomina mi jego, jakby wspomnienie Coltona przesiąkło te lasy tak mocno, że nawet czas nie był w stanie go wyprać. Nie chodzi o widok, chodzi o pamięć, i o to, że miejsce, do którego wracam, nie należy już do niego, a ja, choć nadal próbuję udawać, że jestem princepsem, nie wiem, czy mam prawo je odzyskać.
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - pyta Travis, idąc pół kroku za mną. - Rhys przejął to terytorium jak swój własny plac zabaw. Jeżeli zostawił tu ślady, to tylko takie, które sam chce, żebyś znalazła.
Nie odpowiadam od razu. Zatrzymuję się przy rozwalonym ogrodzeniu, kiedyś chroniącym dawny punkt obserwacyjny, teraz zapadniętym pod własnym ciężarem, porośniętym pajęczynami i rdzą, jakby ten teren od zawsze był opuszczony, jakby historia została z niego wypalona i wessana w ziemię. Kładę dłoń na jednej z belek. Chropowata powierzchnia pod palcami wydaje się bardziej żywa niż wszystko, co ostatnio mnie otacza.
- Tu nie chodzi o pomysł - mówię cicho. - Tu chodzi o obowiązek. O rodzinę. O coś, co kiedyś było domem.
Colton znał ten teren jak własne ciało. Jeśli Charlotta tu była, on o tym wiedział. I jeśli coś się jej stało, to... nie mogę pozwolić, żeby to miejsce umarło razem z nim.
Przechodzimy jeszcze kilkaset metrów w głąb, w milczeniu, które między mną a Travisem nie jest nieporozumieniem - raczej zaufaniem, że nie trzeba wszystkiego wypowiadać na głos. On zna mnie lepiej niż większość. Nie dlatego, że mu pozwalam, ale dlatego, że zbyt długo był cieniem Coltona, by nie nauczyć się czytać mnie między gestami.
W końcu zatrzymuje się i wskazuje dłonią porośnięty mchem schron, częściowo zapadnięty w ziemię, z fragmentami metalu wystającymi spod runa leśnego. Tu kiedyś mieściła się baza komunikacyjna.
- To tutaj - mówi. - Miejsce, z którego Rhys nie powinien mieć dostępu do niczego, a jednak dostał się tu bez oporu. Bez jednego wystrzału, tak jakby... ktoś otworzył mu drzwi od środka.
Zamieram.
- Sugerujesz zdradę?
- Sugeruję, że albo ktoś przeżył, kto nie powinien, albo Rhys ma w rękach więcej, niż przypuszczaliśmy.
Wchodzę do środka powoli, niemal ostrożnie, jakby duchy dawnych rozmów mogły obudzić się na mój krok. Tu jest zimniej niż na zewnątrz, a kurz, który unosi się w powietrzu, pachnie starą technologią, rdzą i krwią, bo jest też krew. Na ścianie, rozmazana, jakby ktoś próbował z niej coś napisać, ale zabrakło mu czasu albo sił.
Podchodzę bliżej. W kącie leży coś, co przypomina notatnik. Nie dotykam go od razu - najpierw patrzę, z dystansu, jakbym próbowała ocenić, czy to pułapka. Potem sięgam i otwieram ostrożnie.
Pierwsze strony puste. Dopiero po kilku przewróconych kartkach widzę to. Nie datę ani nie podpis. Tylko dwa zdania zapisane moim charakterem pisma, tak znajomym, że przez moment czuję, jak moje serce zatrzymuje się w miejscu.
Jeśli mnie znajdziesz, nie trać czasu na pytania. Po prostu mnie zabierz.
Travis stoi za mną, nie oddycha głośno. Szanuje ciszę, ale ja już wiem, że to wiadomość. Nie tylko od niej, tylko to wiadomość przede wszystkim od Rhysa. Zagrana dokładnie tak, jak on lubi - subtelna, osobista, podszyta emocją, której nie można zignorować.
Wychodzę ze schronu z notatnikiem w dłoni, tak mocno zaciśniętym, że rogi już dawno się zagięły.
- Jedziemy? - pyta Travis. Nie musi więcej mówić.
- Jeszcze nie.
Odwracam się i patrzę w głąb lasu, jakbym mogła dostrzec przez drzewa kogoś, kto się tam ukrywa.
Nie Rhysa.
Nie Charlottę.
Tylko Jego.
Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że naprawdę tam jest. W cieniu, jak dawniej, z bronią na ramieniu, z tym spojrzeniem, które znało każdą moją ranę. Ale to tylko wiatr i ja.
Telefon dzwoni dokładnie w momencie, w którym zmęczenie zaczyna dopadać mnie z siłą pijanego ochroniarza po bankiecie. Odbieram bez patrzenia na ekran.
- Kochanie? - rozlega się w słuchawce głos tak słodki, że aż chce się sprawdzić, czy przypadkiem nie oblepia mnie lukrem.
- Mamo - wzdycham, przysięgając w duchu, że jeśli powie, że znowu potrzebuje pomocy z aplikacją do robienia kolaży, rozłączę się bez wyrzutów sumienia.
- Chciałam tylko zapytać, czy twoim zdaniem ten odcień czerwieni to bardziej truskawkowy czy poziomkowy?
Zawieszam się na chwilę.
- Co?
- Sukienka, skarbie - mówi z irytującą cierpliwością, jakbym była tą nieznośną, nieogarniętą córką, a nie princepsem na wojnie. - Zamówiłam trzy opcje na bal fundacji i muszę wiedzieć, który kolor wygląda bardziej "sugestywnie, ale bez desperacji". Rozumiesz, o czym mówię, prawda?
- Nie, ale udawajmy, że tak.
- Victoria... - jęczy przeciągle. - To ważne. Ojciec nie powie mi prawdy, a Lotta ma gust, jakby ubierała się w ciemności.
- Charlotta jest w niewoli, mamo.
- Dlatego nie mogę jej o to zapytać, prawda? Więc widzisz, z jakimi problemami muszę się mierzyć?
Zaciskam zęby, a Travis zerka na mnie ukradkiem z miejsca pasażera, ale mądrze milczy.
- Mamo, jestem w drodze powrotnej z misji zwiadowczej. Rhys przejął Zachód, prawdopodobnie robi sobie z niego podziemne królestwo, znalazłam notatnik z potencjalną wiadomością od Charlotty, która może być przynętą, a ja... Jestem zmęczona. Bardzo.
Cisza po drugiej stronie jest zbyt długa jak na moją matkę.
- A więc truskawkowy - kwituje w końcu. - Dobrze, że mamy to ustalone.
Parskam, mimo woli. Nie da się z nią wygrać. Ona gra w zupełnie inną grę, gdzie pionkami są perfumy, a planszą karta American Express.
- Jeszcze jedno - dodaje. - Zamówiłam ci suknię na kolację ambasadorską. Z dekoltem, ale gustownym. Wiem, że lubisz udawać, że jesteś wojowniczką, ale czasem trzeba też wyglądać jak ktoś, kto potrafi dobrze leżeć na dywanie dyplomatycznym.
- Jeśli to będzie tiul, przysięgam...
- Jedwab. Ciemny granat. Do twoich oczu będzie pasował, więc zaufaj matce.
- Tylko dlatego, że nie mam siły się z tobą kłócić.
- I dlatego mnie kochasz. Do zobaczenia na kolacji, skarbie. Nie zapomnij błyszczyka.
Rozłącza się, zanim zdążę przypomnieć jej, że najprawdopodobniej do tej kolacji dojdzie tylko wtedy, jeśli wcześniej nie zginę w zasadzce, ale w gruncie rzeczy... to było mi potrzebne. Pięć minut oderwania się od wojny, od krwi, od szukania śladów bliskich, którzy mogą już nie istnieć.
Siedzimy już w samochodzie, silnik cicho wibruje pod dłońmi, a powietrze w kabinie ma ten specyficzny ciężar, który zostaje po zbyt wielu niedopowiedzeniach i zbyt małej ilości pewności.
Trzymam notatnik Charlotty na kolanach, jakby mógł się rozpaść, jeśli tylko odwrócę od niego wzrok, ale prawda jest taka, że to nie papier mnie przeraża, tylko to, co mogłoby być jego konsekwencją. Travis nic nie mówi, co w jego przypadku znaczy więcej niż najdłuższy monolog. On wie, kiedy zostawić mnie z moimi myślami, choć jestem pewna, że sam też ma ich teraz bardzo wiele.
Już mamy przekroczyć granicę, już szykuję się na powrót do Kręgu, na kolejną dyskusję ze Starszyzną, na kolejne spojrzenia ojca, który za każdym razem, kiedy mnie widzi, jakby liczył moje dni u władzy... Ale wtedy jego telefon wibruje.
Krótko, tylko raz. Nie dźwięczy, tylko pulsuje - jakby to wiadomość była czymś żywym, jakimś dodatkowym sercem bijącym w zbyt cichym aucie.
Travis sięga po niego niemal odruchowo, ale gdy czyta, jego twarz się zmienia. Po prostu... inaczej trzyma szczękę, a palce, które zawsze są opanowane, teraz lekko drżą na krawędzi ekranu.
- Co? - pytam, zanim zdążę się powstrzymać i słyszę, jak moje własne serce zmienia rytm. - Travis?
Zamyka wiadomość i unosi na mnie wzrok.
- Mam kontakt - mówi krótko. - Jeden z ludzi, których zostawiłem w terenie, pisze, że pojawił się sygnał na granicy Zachodu i Południa. To zaledwie dziesięć kilometrów stąd. Coś, czego wcześniej nie było. Ktoś zostawił otwarty punkt sygnałowy i zniknął.
- Ufasz temu człowiekowi?
- Tak - mówi bez wahania. - Gdyby nie on, Colton nie przetrwałby jednego z pierwszych miesięcy po odejściu. Nie ma powodu, by teraz coś ugrać.
Patrzę przez szybę. Las wydaje się jeszcze bardziej nieruchomy niż wcześniej, jakby wszystko zatrzymało się w oczekiwaniu, co zdecydujemy, a ja wiem, że nie mam w sobie zgody na to, żeby wracać teraz, zostawiając choćby cień szansy.
- Pojedźmy - mówię cicho, ale bez wahania. - Nie wrócimy, dopóki nie sprawdzimy każdego skrawka ziemi, który może dać mi siostrę, albo...cokolwiek po niej.
Travis kiwa głową, a potem przyspiesza, skręcając w lewo. I znów wchodzimy w ciemność, która nie czeka, żeby nas połknąć. Ona po prostu... otwiera się coraz szerzej.
***
Zatrzymujemy się na tyłach budynku, którego architektura przypomina martwy sen. Bryła pozbawiona jakiejkolwiek symetrii, z wybitymi szybami i ścianami pokrytymi czarnym porostem, jakby sama natura chciała go wchłonąć, unicestwić, zapomnieć. Nie ma tu żadnych oznaczeń, żadnego śladu, że kiedykolwiek ktoś go ubezpieczał, chronił, nazywał własnością, a jednak coś w tym miejscu budzi pod skórą drżenie, które nie pochodzi z lęku, tylko z przeczucia, że właśnie przekraczamy granicę, której nie da się już cofnąć.
Travis omija zardzewiałą kratę, a ja podążam za nim, wsuwając dłoń pod płaszcz i zaciskając palce na rękojeści broni. Nie dlatego, że spodziewam się natychmiastowego zagrożenia, ale dlatego, że w takich miejscach nawet cisza może zabić. Nie próbujemy wejść tradycyjnie przez drzwi - nie tu, nie teraz. Wybieramy wybite okno w bocznym skrzydle, którego resztki szkła już dawno zostały wypłukane przez deszcz i czas.
W środku wita nas chłód - nie ten fizyczny, który można zignorować, tylko ten głębszy, który wciska się między żebra, oplata kręgosłup i sprawia, że ciało samo napina mięśnie, jakby próbowało odgrodzić się od rzeczywistości. Podłoga pokryta jest warstwą wilgoci, odłamków plastiku i zaschniętego błota. Powietrze pachnie czymś medycznym, czymś rozkładającym się, czymś jeszcze nienazwanym, jak laboratorium, które zostało zamknięte w połowie pracy.
Wchodzimy korytarzem w dół - głęboko, zbyt głęboko jak na zwykły budynek. Mijamy puste sale, łóżka bez materacy, haki wbite w ściany, które kiedyś mogły trzymać sprzęt, a teraz trzymają tylko wyobrażenie o tym, do czego mogły służyć.
Światło nie działa, ale w jednej z sal, tej najgłębiej położonej, świeci się pojedyncza, przemęczona lampa. Żarówka drga delikatnie, jakby jeszcze zastanawiała się, czy ma siłę oświetlić to, co ktoś zostawił pod nią.
Travis unosi dłoń w ostrzegawczym geście, a ja kiwam głową. Wyciągamy broń jednocześnie, bez słowa, zsynchronizowani jak w treningu, którego nikt nas wspólnie nie uczył, ale który powstał z konieczności - z bycia w tym samym piekle zbyt długo.
Wchodzimy do środka. Stół stoi dokładnie na środku pomieszczenia, jakby ktoś chciał mieć pewność, że niezależnie od tego, kto tu wejdzie i z której strony spojrzy, to właśnie ten widok uderzy go jako pierwszy. Nie ma krwi na podłodze, nie ma też śladów walki ani żadnych dokumentów, żadnych kartek, które mogłyby podpowiedzieć, co się tu wydarzyło. Jest tylko ciało, które leży nieruchomo, rozciągnięte jak eksponat, nagie, wychudzone, porażająco bezbronne.
Na pierwszy rzut oka - człowiek, ale im dłużej patrzę, tym bardziej nie jestem pewna, co tak naprawdę mam przed sobą. Niektóre cięcia są precyzyjne, tak równe, że mogłabym pomyśleć o profesjonalnej sekcji, ale inne... są głębokie, brutalne, porwane, jakby ktoś robił coś na siłę, na szybko, bez planu albo z desperacją.
Oczy wpatrują się w przestrzeń, mętne, nieobecne.
Travis zatrzymuje się kilka kroków za mną. Nie pyta ani nie komentuje. Czuję, jak jego oddech się spłyca, ale nie dlatego, że się boi. Po prostu nie wie, co widzi przed sobą. Tak samo jak ja.
Nie ma żadnych zapisów, nie ma notatek. Nie ma nic, co wskazywałoby na to, że ktoś chciał coś przekazać, a jednak wszystko tu wygląda, jakby zostało w nagłym momencie przerwane. Nie mam pojęcia, czy ktoś się spieszył, albo coś go przestraszyło, zmusiło do ucieczki w połowie działania.
Zostajemy z tym obrazem sami bez odpowiedzi i właśnie w tej niewiedzy jest coś o wiele gorszego niż we wszystkim, co już widziałam. Zamykam oczy na moment, nie żeby się odciąć, ale żeby zobaczyć lepiej. Nie przez oczy tylko przez to, co zostaje głębiej, pod skórą, w żołądku, tam, gdzie osadza się przeczucie, które nigdy się nie myli.
Nie potrafię tego nazwać. Nie mam słów, które byłyby adekwatne do tego, co czuję, ale wiem jedno: tego ciała nie powinno tu być.
- Victoria. - Głos Travisa brzmi cicho, jakby wypowiedzenie mojego imienia miało mnie zmaterializować w całości, postawić do pionu, przywrócić z tej ciszy.
- Wiem - odpowiadam równie cicho. - Nie powinno nas tu być, to nie jest normalne.
Tu coś... się zaczęło, ale nikt nie wie, co.
I może nigdy nie powinniśmy się dowiedzieć.
Już mamy ruszyć z powrotem, już prawie zamykam drzwi do tej sali, zostawiając ciało za sobą - to nienazwane, porzucone coś, które nie daje mi spokoju - gdy z głębi korytarza, z kierunku, który dotąd wydawał się pusty, dobiega nagły, suchy dźwięk. Nie echo, nie odgłos upadającego przedmiotu, ale coś bardziej... niepokojącego.
To ten rodzaj brzęku, który nie ma prawa się wydarzyć w opuszczonym budynku, który w teorii nie żyje, który miał umrzeć z chwilą, gdy ostatni cień wyszedł przez zbutwiałe drzwi.
Nasłuchujemy oboje. Travis, który zazwyczaj nie potrzebuje słów, pierwszy się prostuje, jakby całe jego ciało instynktownie wyczuło zagrożenie, którego wcześniej tu nie było. Ja również wstrzymuję oddech, dłoń niemal automatycznie zaciska się mocniej na broni, a palce drżą lekko z napięcia, które wnika pod skórę, rozciąga się w karku, gnieździ między łopatkami.
- Słyszałeś to? - pytam cicho, choć wiem, że tak.
- Tak - odpowiada, jeszcze ciszej. - I to było zdecydowanie zbyt blisko.
Ruszamy w tamtą stronę krok po kroku, płynnie, zsynchronizowani, jakbyśmy ćwiczyli to wcześniej. Tętno słyszę aż w skroniach. Korytarz po lewej jest węższy, duszniejszy, a ściany zdają się zamykać za nami. Po kilku metrach dostrzegam drzwi, a przygaszone światło przedziera się spod nich, migocząc niestabilnie.
Coś uderza od środka. Regularnie. Tępo. Cicho. Jednostajny rytm narasta, z każdym uderzeniem staje się bardziej agresywny.
Travis staje z lewej, a ja z prawej.
Policzę do trzech. Otworzę drzwi. On wejdzie pierwszy, a ja będę go osłaniać. Znamy ten schemat.
Rzucam mu pojedyncze porozumiewawcze spojrzenie i zaczynam odliczanie.
Raz. Dwa. Trzy.
Drzwi otwierają się z oporem. Wchodzimy do środka. Na pierwszy rzut oka nie widać żywej duszy
Nagle z cienia wyłania się postać wysokiego mężczyzny, ale co przykuwa moją uwagę, to jego oczy - są puste. Nie ze strachu ani z bólu. Jego szare oczy są puste jak lustra. Znam to zjawisko. Dusza została wypalona, a w jej miejsce włożono jedynie funkcję: przetrwać i zabić.
Rzuca się na Travisa z siłą, której się nie spodziewałam - nie przy tej posturze, nie przy tym poziomie wyniszczenia ciała. Walka jest szarpana, brudna, fizyczna, bez stylu - czysta siła kontra technika.
Strzelam. Najpierw w bark, potem w nogę, próbując go zatrzymać bez śmiertelnego ciosu, bo jeszcze nam się przyda, ale to nic nie daje. On się nie zatrzymuje i nie reaguje na ból.
Jasna cholera!
Travis wytrąca mu równowagę, rzucając go na ścianę, ale nawet wtedy, to coś wstaje zbyt szybko.
Oddaję kolejny strzał - precyzyjny, w sam środek czoła, a to coś upada z głuchym dźwiękiem na posadzkę. W sali zapada cisza przerywana jedynie naszymi oddechami. Patrzę na ciało, a potem na oczy, które nadal są otwarte. Na dłoń, która zaciska się mimowolnie. To nie była walka z człowiekiem. To było coś... zaprogramowanego, tylko jeszcze nie wiemy przez kogo i w jakim celu.
- I co teraz? - Travis pierwszy przerywa milczenie.
Nie odpowiadam od razu. Schylam się i zabieram coś, co przypomina resztkę materiału ze spodni postaci - oznaczenie, które nie pasuje do żadnej frakcji, żadnego znaku, niczego, co znam. Nie ma nigdzie dokumentów ani sprzętu.
Nic tutaj nie ma sensu.
Jest tylko... ta niepewność.
- Nie wiem - mówię w końcu. - Ale to, co tu się dzieje... to nie jest coś, o czym chcę mówić Starszyźnie. Jeszcze nie.
- Nie ufasz im? - pyta.
Nie wiem, czy to pytanie o Radę, o ojca, o kogokolwiek z naszej strony. Spoglądam na niego, będąc szczera jak zakonnica na spowiedzi.
- Nie wiem już, komu powinniśmy ufać.