Prawo i nieporządek. Spowiedź legendarnego profilera FBI - John E. Douglas, Mark Olshaker

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Polo­wa­nie na cza­row­nice

Wio­ska i mia­sto Salem, kolo­nia Mas­sa­chu­setts Bay, czer­wiec 1692 roku

Była inna, była wyrzut­kiem. Cho­ciaż żyła w ich spo­łecz­no­ści, ni­gdy nie stała się do końca jedną z nich. Sta­no­wiła ide­alną kan­dy­datkę na kogoś, kogo należy się bać.

Zawsze nosiła czarne, dziwne ubra­nia, nie­przy­sta­jące do pury­tań­skiego stylu życia. Kiedy więc sir Wil­liam Phips, nowo powo­łany guber­na­tor kró­lew­skiej kolo­nii Mas­sa­chu­setts Bay, usta­no­wił Sąd Oyer i Ter­mi­ner - komi­sję sądową wywo­dzącą się z bry­tyj­skiej tra­dy­cji praw­nej, któ­rej angiel­sko-fran­cu­ska nazwa ozna­cza dosłow­nie "wysłu­chać i osą­dzić" - praw­do­po­dob­nie nikogo nie zdzi­wiło, że sześć­dzie­się­cio­let­nia Brid­get Bishop jako pierw­sza została posta­wiona przed nim jako oskar­żona.

Minęło ponad pięć mie­sięcy, odkąd 20 stycz­nia Betty, dzie­wię­cio­let­nia córka pastora Samu­ela Par­risa, oraz jego jede­na­sto­let­nia sio­strze­nica Abi­gail Wil­liams zapa­dły na dziwną cho­robę. Cier­piały na spon­ta­niczne napady bólu przy­po­mi­na­jące uszczyp­nię­cia lub nakłu­wa­nie igłami i wyry­wa­nie języka. Krzy­czały gło­śno, skar­żąc się przy tym na dole­gli­wo­ści w oko­li­cach szyi i ple­ców.

Dole­gli­wo­ści szybko dopa­dły także Ann Put­nam, dwu­na­sto­let­nią przy­ja­ciółkę obu dziew­czy­nek, po czym prze­nio­sły się na Mary Wal­cott, sie­dem­na­sto­let­nią przy­ja­ciółkę Ann, i Mercy Lewis, sie­dem­na­sto­let­nią słu­żącą Put­namów. Nie­długo po tym w sumie dzie­sięć dziew­cząt i mło­dych kobiet w wieku poni­żej dwu­dzie­stu lat zaczęło zacho­wy­wać się w iden­tyczny spo­sób.

Wykształ­cony na Harvar­dzie pastor Par­ris wraz z innymi pro­mi­nent­nymi przed­sta­wi­cie­lami władz wio­ski Salem wycią­gnął na tej pod­sta­wie naj­bar­dziej logiczny wnio­sek: "dia­beł zamiesz­kał pośród nas" - a czary wdarły się prze­mocą w dobrze funk­cjo­nu­jącą spo­łecz­ność. Cot­ton Mather, naj­le­piej wykształ­cony i naj­bar­dziej wpły­wowy teo­log kolo­nii, syn pastora Increse'a Mathera - rek­tora Harvardu, prze­strze­gał przed podob­nym zagro­że­niem w swoim pro­gra­mo­wym trak­ta­cie Memo­ra­ble Pro­vi­den­ces, sam bowiem zmu­szony był badać w Bosto­nie przy­pa­dek dzieci, na które zostały rzu­cone czary.

Aby potwier­dzić dia­gnozę dok­tora oraz prze­ko­na­nie wie­leb­nego, zasto­so­wano róż­no­ra­kie metody naukowe. Sąsiadka pastora Par­risa - Mary Sibley, któ­rej sio­strze­nica Mary Wal­cott była jedną z cho­rych dziew­cząt, pole­ciła Titu­bie, nie­wol­nicy Par­risa, oraz jej mężowi Joh­nowi India­nowi, aby upie­kli cia­sto cza­row­nic. Była to dobrze znana metoda, opra­co­wana i po raz pierw­szy zasto­so­wana w Anglii. Otóż zamiast mleka, zgod­nie z prze­pi­sem, nale­żało zmie­szać mączkę żyt­nią z moczem cho­rych dziew­cząt. Gdy cia­sto wyro­sło w piecu i osty­gło, dawano je do spró­bo­wa­nia psu. Jeśli wyka­zał on podobne objawy, co dotknięci cier­pie­niem ludzie, od któ­rych pobrany został mocz, zna­czyło to, że cho­rzy byli ofia­rami cza­rów. Po ziden­ty­fi­ko­wa­niu osoby, która mogła dopu­ścić się takich prak­tyk, można było przy­stą­pić do próby dotyku opie­ra­ją­cej się na kar­te­zjań­skiej "dok­try­nie prze­pływu". Jeśli podej­rzany dotknąłby ofiary w cza­sie ataku cho­roby, a objawy by ustą­piły, sta­no­wi­łoby to nie­zbity dowód na to, że owa osoba była przy­czyną wszyst­kich dole­gli­wo­ści.

Pod koniec lutego nie­które z cho­rych dziew­cząt zaczęły wymie­niać imiona trzech kobiet, które rze­komo tor­tu­ro­wały je przy pomocy cza­rów. Pierw­szą była Tituba: miała zaba­wiać dziew­czynki swo­imi rodzi­mymi opo­wie­ściami, zaklę­ciami oraz zama­wia­niami. Druga - Sarah Good - to stara bez­domna żebraczka, która cho­dziła od domu do domu i mam­ro­tała pod nosem prze­kleń­stwa na tych, któ­rzy odmó­wili jej jał­mużny. Trze­cia kobieta to Sarah Osborne, wdowa, która ku dez­apro­ba­cie lepiej uro­dzo­nych miesz­kań­ców mia­steczka zde­cy­do­wała się na powtórne wyj­ście za mąż za zwy­kłego słu­żą­cego i która w dodatku rzadko uczęsz­czała do kościoła. Nikogo nie dzi­wiło, że to wła­śnie te trzy funk­cjo­nu­jące na mar­gi­ne­sie miej­sco­wej spo­łecz­no­ści kobiety miały wejść w kon­szachty z dia­błem. Wła­dze wysta­wiły nakaz ich aresz­to­wa­nia i wszyst­kie szybko tra­fiły do wię­zie­nia, oskar­żone o upra­wia­nie cza­rów. Sędzio­wie mieli teraz w swo­ich rękach solidne dowody, które umoż­li­wiły wyto­cze­nie kobie­tom pro­cesu.

Pierw­szego marca radni John Hathorne oraz Joh­na­than Cor­win otwo­rzyli pro­ces w domu spo­tkań wio­ski Salem, tym­cza­sowo zaadap­to­wa­nym na potrzeby sali sądo­wej. Chore dziew­częta zgod­nie zeznały, że wszyst­kie zostały zaata­ko­wane przez duchowe widmo Sarah Good.

Pod­dane ostremu prze­słu­cha­niu, Good i Osborne zaprze­czyły, jakoby miały być cza­row­ni­cami. Tituba jed­nak, sta­ra­jąc się unik­nąć w ten spo­sób kary, wyznała, że kie­dyś rze­czy­wi­ście została uwie­dziona przez dia­bła, od dawna jed­nak mu już nie służy. Good szybko przy­jęła podobną stra­te­gię, twier­dząc, że to tak naprawdę Osborne męczyła biedne dzieci. Uwa­dze sędziów nie umknął jed­nak fakt, że skoro Good wie­działa takie rze­czy, to sama także musiała być cza­row­nicą.

W kolej­nym tygo­dniu trzy podej­rzane zostały ode­słane do odda­lo­nego o 20 mil od Salem wię­zie­nia w Bosto­nie, a sąd kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nia. Każda osoba wymie­niona przez dziew­czynki była dopro­wa­dzana na prze­słu­cha­nie, z czego więk­szość odsy­łano następ­nie do wię­zie­nia. Oskar­żo­nymi szybko prze­stały być osoby z mar­gi­nesu spo­łecz­nego. Nim upły­nął marzec, przed sąd zaczęto wzy­wać osoby regu­lar­nie uczęsz­cza­jące do kościoła, takie jak Rebecca Nurse.

Mimo to dziew­częta cier­piały na­dal. Zna­czyło to, że dia­beł trzy­mał mocno w swo­ich rękach zarówno Salem, jak i oko­lice. Sytu­acja uro­sła do roz­mia­rów praw­dzi­wego kry­zysu. Mogło się wyda­wać, że panuje tam jakaś nie­mal zabój­cza cho­roba, roz­cho­dząca się bły­ska­wicz­nie po całej spo­łecz­no­ści, na którą każdy może być poten­cjal­nie nara­żony. Nikt nie pozo­sta­wał wolny od podej­rzeń.

Mar­tha Corey publicz­nie wyra­ziła swój scep­ty­cyzm co do wia­ry­god­no­ści zeznań cho­rych dziew­cząt. Te wkrótce ujrzały jed­nak jej widmo w kościele, które sie­działo tam w pro­mie­niu słońca, wysy­sa­jąc krew trzy­ma­nego w dłoni żół­tego ptaszka.

Jedna z dziew­cząt - Mary War­ren - oskar­żyła swoją panią Eli­za­beth Proc­tor. John, mąż kobiety, był rol­ni­kiem i miał dobrze pro­spe­ru­jące gospo­dar­stwo. Podob­nie jak Mar­tha Corey, nie wie­rzył w czary. W cza­sie prze­słu­cha­nia Eli­za­beth dziew­częta wymie­niły także jego imię; pod­czas kil­ku­krot­nie powta­rza­nych pytań Mary stwier­dziła, że musi on być cza­row­ni­kiem.

Poza salą sądową Mary wyznała jed­nak, że John Proc­tor nie był tak naprawdę cza­row­ni­kiem, a zacho­wa­nie oskar­ża­ją­cych to jedy­nie forma "roz­rywki". Gdy usły­szały to pozo­stałe dziew­częta, część z nich obwi­niła o bycie cza­row­nicą także Mary. Aresz­to­wano ją i kil­ku­krot­nie pod­dano prze­słu­cha­niu przed sądem. Zezna­jąc, oznaj­miła, że John i Eli­za­beth Proc­torowie to w isto­cie cza­row­nik i cza­row­nica.

W tym cza­sie liczba prze­słu­chi­wa­nych osią­gnęła już tak ogromne roz­miary, że sąd zmu­szony był prze­nieść obrady do poło­żo­nego o osiem mil dalej więk­szego domu spo­tkań w mia­steczku Salem.

W mię­dzy­cza­sie Sarah Osborne umarła w wię­zie­niu, a Sarah Good wydała na świat dziecko, które nie­długo póź­niej zmarło w aresz­cie, a to tylko utwier­dziło podej­rze­nia co do jej złej duszy.

Trzy­dzie­stego pierw­szego maja swoje zezna­nia przed sądem zło­żył John Alden, sześć­dzie­się­cio­jed­no­letni sza­no­wany kapi­tan statku mor­skiego, zasłu­żony w walce z India­nami, syn powszech­nie cenio­nej pary - Pri­scilli i Johna Alde­nów. Nale­żał on do grona osób, które nie wie­rzyły w czary i miały odwagę zasu­ge­ro­wać, że solidne lanie wyle­czy­łoby dziew­częta z ich dziw­nych przy­pa­dło­ści. Wkrótce potem wska­zały go one jako głów­nego czar­no­księż­nika.

Sąd Oyer i Ter­mi­ner, powo­łany do wszyst­kich rodza­jów spraw, skła­dał się z sied­miu sędziów - wykształ­co­nych i powszech­nie sza­no­wa­nych męż­czyzn. Guber­na­tor Phips odde­le­go­wał swo­jego zastępcę Wil­liama Sto­ugh­tona, aby ten prze­wod­ni­czył skła­dowi sędziow­skiemu. Nara­dziw­szy się, sędzio­wie usta­lili kilka klu­czo­wych zasad, któ­rych posta­no­wili się trzy­mać. Przede wszyst­kim każda cza­row­nica, która przy­zna się do winy, nie zosta­nie uka­rana. Miało to z jed­nej strony poka­zać miło­sier­dzie sądu, z dru­giej zaś zachę­cić oskar­żo­nych do wymie­nie­nia innych osób prak­ty­ku­ją­cych czarną magię. Sto­ugh­ton ponadto zasię­gnął opi­nii naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych przed­sta­wi­cieli kleru w Mas­sa­chu­setts Bay, nim uznał, że sąd może dopu­ścić dowody w postaci widm.

Sąd był gotowy na prze­słu­cha­nie pierw­szej oskar­żo­nej - Brid­get Bishop.

Bishop liczyła sobie sześć­dzie­siąt lat i zdą­żyła już pocho­wać dwóch mężów, z czego na dru­giego rzu­cić miała czary, jesz­cze zanim wybu­chła obecna panika. Sąd odda­lił jed­nak od niej ten kon­kretny zarzut. Była wów­czas żoną Edwarda Bishopa, wła­ści­ciela dobrze pro­spe­ru­ją­cego tar­taku.

Pię­cioro dziew­cząt wymie­niło ją jako osobę, która je drę­czy. Samuel Shat­tuck, wła­ści­ciel far­biarni, zeznał, że Bishop przy­no­siła do niego "różne koronki", które były jed­nak za małe, aby nada­wały się na cokol­wiek innego niż kukiełki, podobne do tych, jakie dziś wyobra­żamy sobie, myśląc o lalecz­kach voodoo. Ponadto John i Wil­liam Blyowie widzieli iden­tyczne kukiełki w jej domu w trak­cie pracy w spi­żarni; twier­dzili, że cza­rami Brid­get dopro­wa­dziła do śmierci świń. Parę osób zeznało, że widmo pod posta­cią Bishop poja­wiało się w ich sypial­niach i ata­ko­wało we śnie.

W trak­cie prze­słu­cha­nia Bishop upar­cie twier­dziła, że nie jest cza­row­nicą, że nie dopro­wa­dziła do cho­roby dziew­cząt ani że nie nakła­niała ich do wpi­sa­nia się do dia­bel­skiej księgi. Fakt, że odmó­wiła przy­zna­nia się do winy, oka­zał się dla niej zgubny.

Pod koniec dnia, po zasto­so­wa­niu wszyst­kich pro­ce­dur sądo­wych, skład sędziow­ski orzekł o winie Brid­get Bishop, uzna­jąc ją za winną wszyst­kich sta­wia­nych jej zarzu­tów.

Osiem dni póź­niej, 10 czerwca, została zabrana na wzgó­rze Gal­lows, gdzie wyko­nano wyrok śmierci przez powie­sze­nie.

Pięć dni póź­niej dwu­na­stu uzna­nych teo­lo­gów zebra­nych z całego Mas­sa­chu­setts Bay zawia­do­miło listow­nie sąd, że zmie­nili oni zda­nie co do zasad­no­ści uzna­wa­nia dowo­dów w postaci widm. Cot­tona Mathera tra­piło ryzyko nie­wła­ści­wej iden­ty­fi­ka­cji takich świa­dectw. Teo­lo­dzy uznali osta­tecz­nie, że widma osób podej­rze­wa­nych o upra­wia­nie cza­rów, które uka­zy­wały się wielu świad­kom, nie są wystar­cza­jąco wia­ry­godne - ist­niało bowiem ryzyko, że dia­beł mógł przy­bie­rać wygląd tych osób bez ich wie­dzy.

Nie zatrzy­mało to jed­nak pro­cesu. Wil­liam Beale zeznał przed wielką radą przy­się­głych hrab­stwa Essex, że pew­nego razu uka­zało mu się widmo Phi­lipa Engli­sha, a następ­nego dnia zmarł jego syn James, który wcze­śniej wyda­wał się już wycho­dzić z ospy, na którą zacho­ro­wał. Engli­showi udało się zbiec z wię­zie­nia i prze­cze­kać całą sprawę w Nowym Jorku.

Inni nie mieli tyle szczę­ścia. Pięć kobiet, w tym Rebecca Nurse, sta­nęło przed sądem 29 czerwca. Nurse, mająca już wów­czas ponad sie­dem­dzie­siąt lat, matka i babka wywo­dząca się z powszech­nie sza­no­wa­nej rodziny rol­ni­ków, w obli­czu braku dowo­dów została uznana przez sąd za nie­winną. Gdy odczy­tano jed­nak wyrok, prze­by­wa­jące na sali dziew­częta dostały nie­spo­dzie­wa­nego nawrotu swo­ich obja­wów. Dla Sto­ugh­tona był to nie­zbity dowód jej winy i zaczął on naci­skać na pozo­sta­łych sędziów, aby zmie­nili wer­dykt.

Dzie­więt­na­stego lipca wszyst­kie pięć kobiet zostało powie­szo­nych na wzgó­rzu Gal­lows.

Do końca wrze­śnia uznano za win­nych zbrodni upra­wia­nia cza­rów i stra­cono w sumie dzie­więt­na­ścioro oskar­żo­nych - trzy­na­ście kobiet i sze­ściu męż­czyzn. Spra­wie Geo­rge'a Bur­ro­ughsa nie przy­słu­żył się też fakt, że nie ochrzcił on jed­nego ze swo­ich dzieci, co sta­no­wiło wów­czas oczy­wi­sty dowód na to, że był w zmo­wie z Sza­ta­nem. Powie­szono go 19 sierp­nia, razem z Joh­nem Proc­to­rem i trzema innymi oso­bami. Jako win­nym bycia cza­row­ni­cami i cza­row­ni­kami nało­żono na nich eks­ko­mu­nikę i odmó­wiono im godzi­wego pochówku.

Dwu­na­sty oskar­żony - Giles, mąż Mar­thy Corey - był od ośmiu lat rol­ni­kiem. Nie chciał się sta­wić przed sądem, naj­wy­raź­niej kwe­stio­nu­jąc w ten spo­sób legal­ność całej pro­ce­dury. Sędzio­wie orze­kli, że ma on zostać zabrany na pole, a na jego piersi roz­ka­zano ukła­dać głazy tak długo, aż Giles nie zde­cy­duje się oddać w ręce wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. Za każ­dym razem, gdy pytano go o decy­zję, odpo­wia­dał: "Dokła­daj­cie wię­cej!". Zmarł w wyniku udu­sze­nia, do końca odma­wia­jąc sta­wie­nia się przed sądem.

W mię­dzy­cza­sie pro­cesy w Salem zaczęły wywo­ły­wać coraz wię­cej zanie­po­ko­jo­nych gło­sów docho­dzą­cych od bar­dziej postę­powo nasta­wio­nych kry­ty­ków. Duń­scy i fran­cu­scy teo­lo­dzy kal­wiń­scy mar­twili się o jakość pre­zen­to­wa­nych dowo­dów, a nowo­jor­ski sędzia główny wyra­żał wąt­pli­wo­ści co do war­to­ści praw­nej wyda­nych wyro­ków. Tho­mas Brat­tle, sza­no­wany bostoń­ski mate­ma­tyk i astro­nom, czło­nek Lon­dyń­skiego Kró­lew­skiego Towa­rzy­stwa Roz­woju Wie­dzy Natu­ral­nej, opu­bli­ko­wał list kry­ty­ku­jący pro­cesy, w któ­rym stwier­dzał: "Oba­wiam się, że nawet całe wieki nie wystar­czą, aby zmyć plamy, które sprawa ta zosta­wiła na naszej ziemi".

Guber­na­tor Phips robił się coraz bar­dziej ner­wowy. Naka­zał Cot­to­nowi Mathe­rowi opu­bli­ko­wać trak­tat Won­ders of the Invi­si­ble World. Being an Acco­unt of the Try­als of Seve­ral Wit­ches, Lately Exe­cu­ted in New England (Dziwy nie­wi­dzial­nego świata. Rzecz o pro­ce­sie kilku cza­row­nic, ska­za­nych nie­dawno w Nowej Anglii). Zgod­nie z inten­cją autora tekst ten miał "pomóc ukoić gniew, który kie­ru­jemy dziś wza­jem­nie prze­ciwko sobie".

Mimo egze­ku­cji zło, które zalę­gło się w wio­sce Salem i oko­licy, dalej nękało miej­scową spo­łecz­ność. Tak naprawdę było coraz gorzej. Dziew­częta oskar­żały kogo tylko się dało, w tym Mary Phips, żonę guber­na­tora. Jedna z nich obwi­niła nawet samego Cot­tona Mathera.

Gdy Incre­ase Mather poja­wił się w paź­dzier­niku w wię­zie­niu Salem, odkrył, że część z prze­trzy­my­wa­nych tam osób chcia­łaby odwo­łać swoje zezna­nia. W cza­sie, gdy odby­wała się więk­szość pro­ce­sów, prze­by­wał on w Anglii. Gdy tylko powró­cił do kolo­nii, od razu zanie­po­ko­iły go zasły­szane wie­ści. Swoje wąt­pli­wo­ści opu­bli­ko­wał w trak­ta­cie Cases of Con­science Con­cer­ning Evil Spi­rits Per­so­na­ting Men, Witch­craft, Infal­li­ble Pro­ofs of Guilt in Such as are Accu­sed with that Crime (Sprawy sumie­nia doty­czące złych duchów przy­wdzie­wa­ją­cych ludzką postać, cza­rów oraz nie­za­prze­czal­nych dowo­dów winy osób oskar­żo­nych o tę zbrod­nię).

W trak­ta­cie tym Mather zawarł swoją słynną for­mułę: "Lepiej, aby dzie­sięć tysięcy cza­row­nic unik­nęło kary, niż aby ska­zana została choćby jedna nie­winna osoba". Prze­ko­na­nie to wyewo­lu­owało z cza­sem w pod­porę moralną, na któ­rej wspiera się zachodni sys­tem prawny.

Należy w tym miej­scu pod­kre­ślić, że wszyst­kie dąże­nia do zatrzy­ma­nia pro­ce­sów pocho­dziły spoza spo­łecz­no­ści Salem.

Przed koń­cem mie­siąca sąd gene­ralny kolo­nii Mas­sa­chu­setts Bay zarzą­dził posie­dze­nie teo­lo­gów w celu oce­nie­nia bie­żą­cej sytu­acji. Trzy dni póź­niej guber­na­tor Phips roz­wią­zał Sąd Oyer i Ter­mi­ner, zwal­nia­jąc warun­kowo wszyst­kich osa­dzo­nych w wię­zie­niu.

Pod koniec listo­pada powo­łano nowy sąd (Court of Judi­ca­ture), który miał się zająć wszyst­kimi pozo­sta­łymi spra­wami, nie zło­żono jed­nak żad­nych nowych oskar­żeń ani nie doszło do egze­ku­cji. Ludzie prze­stali przej­mo­wać się dziw­nym zacho­wa­niem dziew­cząt, które po pro­stu nagle ustą­piło. Pro­cesy o czary w Salem dobie­gły końca. W maju 1693 roku guber­na­tor Phips uła­ska­wił wszyst­kich oskar­żo­nych. Od tam­tej pory nikt już nie został ska­zany za czary w żad­nej ame­ry­kań­skiej kolo­nii ani w kraju, który z nich z cza­sem wyrósł.

Przy­czyna - lub przy­czyny - dziw­nego zacho­wa­nia dziew­cząt do dziś pozo­staje przed­mio­tem dys­ku­sji. Nie­któ­rzy twier­dzą, że mogła to być źle zin­ter­pre­to­wana cho­roba, przy­pusz­czal­nie infek­cja grzy­bi­cza wywo­łana ziar­nami zbóż, znana dziś jako zatru­cie spo­ry­szem. Nie tłu­ma­czy to jed­nak, dla­czego symp­tomy ogra­ni­czyły się jedy­nie do dziew­cząt i mło­dych kobiet w wieku od dzie­wię­ciu do dwu­dzie­stu lat. Inni suge­rują, że cała sprawa zaczęła się po pro­stu od dwóch dziew­czy­nek doma­ga­ją­cych się uwagi oto­cze­nia, które z cza­sem zaczęły szu­kać spo­sobu na unik­nię­cie kary za prze­kro­cze­nie jasno wyty­czo­nych ram spo­łecz­nych. Moż­liwe wresz­cie, że był to przy­pa­dek maso­wych zabu­rzeń, kiedy ist­nie­jące wcze­śniej pro­blemy ner­wowe zna­la­zły ujście w postaci obja­wów fizycz­nych, które dostrze­żono jed­no­cze­śnie u kilku róż­nych osób - to zja­wi­sko wystę­pu­jące w rze­czy­wi­sto­ści znacz­nie czę­ściej, niż mogłoby się wyda­wać.

Bez względu na to, co było tego pier­wotną przy­czyną, sprawa zmie­niła się w masową histe­rię, która utrzy­my­wała się tak długo, jak długo poświę­cano jej sto­sowną uwagę.

Pastor Samuel Par­ris, w któ­rego domu cała sprawa miała swój począ­tek, został zwol­niony z funk­cji pro­bosz­cza i w nie­sła­wie opu­ścił wio­skę Salem.

Zastępca guber­na­tora kolo­nii Mas­sa­chu­setts Bay - Wil­liam Sto­ugh­ton, który prze­wod­ni­czył pro­ce­som, był świę­cie prze­ko­nany o ist­nie­niu cza­rów i nakła­niał pozo­sta­łych sędziów do ska­za­nia Rebekki Nurse, docze­kał się nazwa­nia swoim imie­niem zarówno mia­steczka w dzi­siej­szym sta­nie Mas­sa­chu­setts, jak i jed­nego z budyn­ków na Uni­wer­sy­te­cie Harvarda.

Pra­wnuk sędziego Johna Hathorne'a zmie­nił zapis swo­jego nazwi­ska, aby odciąć się od nie­sław­nego przodka. Swo­imi książ­kami Natha­niel Haw­thorne przy­wró­cił cześć i dobre imię rodziny.

W stycz­niu 1697 roku sąd gene­ralny prze­gło­so­wał budżet, z któ­rego wypła­cono zadość­uczy­nie­nie i repa­ra­cje finan­sowe oso­bom oskar­żo­nym o czary w Salem oraz rodzi­nom stra­co­nych.

Wresz­cie 25 sierp­nia 1706 roku dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia wów­czas Ann Put­nam, która w wieku dwu­na­stu lat jako pierw­sza dziew­czynka w Salem rzu­ciła oskar­że­nie o upra­wia­nie cza­rów, zgło­siła się do wier­nych tam­tej­szego kościoła, publicz­nie opi­su­jąc funk­cję, jaką peł­niła w wyda­rze­niach z 1692 roku. Popro­siła jed­no­cze­śnie o wyba­cze­nie Boga oraz wszyst­kich tych, któ­rym swoim dzia­ła­niem wyrzą­dziła krzywdę. Wspól­nota jed­no­gło­śnie przy­jęła jej bła­ga­nia.

Dziś wio­ska ta nosi nazwę Danvers, a Muzeum Cza­row­nic w mie­ście Salem jest popu­larną atrak­cją tury­styczną, łączącą w sobie lek­cję histo­rii z nieco upior­nym, hal­lo­we­eno­wym kli­ma­tem. Ale jak napi­sano o tym powy­żej, dla tych, któ­rzy wpa­dli w wir ówcze­snych wyda­rzeń, gniew wymie­rzony prze­ciwko cza­row­ni­com z Salem był sprawą śmier­tel­nie poważną, która na zawsze pozo­sta­nie skazą na obra­zie wcze­sno­ame­ry­kań­skiego sys­temu sądow­ni­czego. Jak długo histe­ria dziew­cząt i ich zwo­len­ni­ków domi­no­wała życie publiczne, tak długo nikt nie był bez­pieczny.

Powo­dem, dla któ­rego przy­ta­czamy szcze­góły tej dawno minio­nej sprawy, jest fakt, że nad­uży­cia do któ­rych doszło w cza­sie pro­cesu, nie­stety, ale do dziś rezo­nują w wymia­rze spra­wie­dli­wo­ści, obja­wia­jąc się, gdy kto­kol­wiek - pro­ku­ra­tor, adwo­kat, sędzio­wie, media, opi­nia publiczna - zaczyna przed­kła­dać swoje idee lub wie­rze­nia ponad fakty, dowody lub po pro­stu zdrowy roz­są­dek. I nie ma zna­cze­nia, czy mówimy tu o ludziach nie­słusz­nie ska­za­nych czy o win­nych, któ­rzy unik­nęli kary. Nie­spra­wie­dli­wość może mieć różne obli­cza.

W przy­padku Salem obec­ność i wpływ Sza­tana na świat mate­rialny były uzna­wane za realne, a więc to zało­że­nie - ów przed-osąd - było ele­men­tem codzien­no­ści ówcze­snych ludzi. Ele­men­tem tym mogło - może - być jed­nak wszystko. Zało­że­nia i przed-zało­że­nia, fał­szywe zezna­nia i odwo­łane świa­dec­twa, brak zaufa­nia do obcych, strach przed Innym, nie­od­parta potrzeba uzy­ska­nia pew­no­ści, auto­ry­tetu i bli­sko­ści... To wszystko ele­menty histo­rii Salem. Ale ta histo­ria nie koń­czy się na tam­tych wyda­rze­niach. Podobne motywy znaj­dziemy w naj­róż­niej­szych spra­wach opi­sy­wa­nych na kolej­nych stro­nach tej książki.

Trzy­sta lat po wyda­rze­niach z Salem na­dal nie zdo­ła­li­śmy odro­bić tam­tej lek­cji.

Rozdział 1. Złapcie mnie, nim znowu kogoś zabiję

Roz­dział 1

Złap­cie mnie, nim znowu kogoś zabiję

Było to jedno z naj­bar­dziej odra­ża­ją­cych i okrut­nych mor­derstw w histo­rii Chi­cago, mia­sta, które i bez tego sły­nęło z bru­tal­no­ści popeł­nia­nych w nim prze­stępstw.

Siód­mego stycz­nia 1946 roku we wcze­snych godzi­nach poran­nych uro­cza, blon­d­włosa sze­ścio­latka Suzanne Degnan została porwana ze swo­jej sypialni na pierw­szym pię­trze z domu rodzin­nego przy North Ken­more Ave­nue 5943 w Edge­wa­ter, które od połu­dnia sąsia­duje z Chi­cago. Kiep­sko radzący sobie ze sło­wem pisa­nym pory­wacz żądał 20 tysięcy dola­rów okupu, ostrze­ga­jąc rodzi­ców, aby ci nie wzy­wali FBI ani poli­cji ("NoTify FBI oR Police") i każąc im cze­kać na dal­sze wia­do­mo­ści ("wAITe foR WoRd"). Pod oknem sypialni Suzanne zna­le­ziono dra­binę.

W ano­ni­mo­wym tele­fo­nie nie­znana osoba poin­stru­owała poli­cję, aby ta spraw­dziła kanały w pobliżu domu dziew­czynki. Przed zmro­kiem funk­cjo­na­riu­sze zna­leźli poćwiar­to­wane kawałki jej ciała w kilku kana­łach w oko­licy, jak rów­nież w zakrwa­wio­nej pralni w poło­żo­nym nie­da­leko apar­ta­men­towcu przy Win­th­rop Street, gdzie ciało zostało roz­człon­ko­wane. Przy­czyną śmierci było udu­sze­nie, do któ­rego doszło w nie­zna­nym miej­scu, gdzieś pomię­dzy domem, z któ­rego została porwana, a pral­nią.

Doszło do tego rok przed moim przyj­ściem na świat. Zanim mia­łem oka­zję zająć się tą sprawą, prze­słu­chany i ska­zany za tę zbrod­nię czło­wiek sie­dział w wię­zie­niu już od trzy­dzie­stu trzech lat.

Po odsłu­że­niu pew­nego czasu jako agent w Detroit i Mil­wau­kee zosta­łem w 1977 roku przy­dzie­lony do Jed­nostki Nauk Beha­wio­ral­nych w Aka­de­mii FBI w Quan­tico w sta­nie Vir­gi­nia, gdzie naucza­łem psy­cho­lo­gii sto­so­wa­nej nowych agen­tów, detek­ty­wów oraz poli­cjan­tów prze­cho­dzą­cych przez pro­gramy doszka­la­jące. Pro­blem w tym, że więk­szość z tych face­tów - mie­li­śmy wów­czas bar­dzo mało uczen­nic - wie­działo o ana­li­zo­wa­nych spra­wach wię­cej ode mnie; od czasu do czasu tra­fiał nam się nawet funk­cjo­na­riusz lub detek­tyw, który oso­bi­ście pro­wa­dził oma­wiane przez nas na zaję­ciach śledz­two.

Aby nie wyglą­dać przy tych poli­cyj­nych wete­ra­nach jak ktoś nie­do­in­for­mo­wany lub zwy­czaj­nie głupi, zde­cy­do­wa­łem się poznać oso­bi­ście oma­wia­nych na zaję­ciach dra­pież­ców i prze­pro­wa­dzić z nimi wywiady. Chcia­łem się dowie­dzieć, co sie­działo w ich gło­wach, gdy popeł­niali zbrod­nie, a także co myśleli o tym póź­niej. Wraz z kolegą, który także był instruk­to­rem w Aka­de­mii, Rober­tem Res­sle­rem, wybie­ra­li­śmy się regu­lar­nie na "szkolne wycieczki" po kraju. Oka­zały się ide­alną oka­zją do tego, by odwie­dzić prze­stęp­ców osa­dzo­nych w róż­nych wię­zie­niach.

Wła­śnie od tego typu nie­for­mal­nych i nie­ofi­cjal­nych spo­tkań począ­tek wzięło nasze stu­dium poświę­cone seryj­nym mor­der­com, które osta­tecz­nie zaowo­co­wało znacz­nie bar­dziej roz­bu­do­waną pracą sfi­nan­so­waną przez Naro­dowy Insty­tut Spra­wie­dli­wo­ści (Natio­nal Insti­tute of Justice). Zosta­łem współ­au­to­rem dwóch pio­nier­skich prac, które napi­sa­łem wspól­nie z Res­sle­rem i dok­tor Ann Bur­gess z Uni­wer­sy­tetu Pen­syl­wa­nii, zaty­tu­ło­wa­nych odpo­wied­nio Sexual Homi­cide. Pat­terns and Moti­ves (Mor­der­stwa na tle sek­su­al­nym. Sche­maty i motywy) oraz Crime Clas­si­fi­ca­tion Manual (Pod­ręcz­nik kla­sy­fi­ka­cji prze­stępstw), które sce­men­to­wały moją karierę w FBI jako pierw­szego pro­fi­lera w histo­rii Biura.

Co zaska­ku­jące - a przy­naj­mniej wtedy nam się to takie wyda­wało - nie­mal każdy mor­derca z naszej "listy życzeń" zgo­dził się z nami roz­ma­wiać. Jed­nym z pierw­szych osa­dzo­nych, z któ­rym prze­pro­wa­dzi­li­śmy wywiad, był Wil­liam Geo­rge Heirens, prze­by­wa­jący w wię­zie­niu w Joliet w sta­nie Illi­nois. Jako sie­dem­na­sto­la­tek Heirens przy­znał się do zbrodni i został uznany za win­nego zamor­do­wa­nia maleń­kiej Suzanne Degnan, a także - do czego doszło w kolej­nych mie­sią­cach - dwóch kobiet: czter­dzie­sto­trzy­let­niej pomocy domo­wej Jose­phine Ross i trzy­dzie­sto­jed­no­let­niej Fran­ces Brown, byłej mary­narz słu­żą­cej we flo­cie pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej.

Nagie, zakrwa­wione ciało Brown ran­kiem 11 grud­nia 1945 roku zna­la­zła Mar­tha Engels, pomoc domowa, która przy­szła posprzą­tać w jej miesz­ka­niu znaj­du­ją­cym się nie­da­leko domu Jose­phine Ross. Brown leżała w wan­nie - w jej czaszce była widoczna rana po kuli, a w karku tkwił nóż rzeź­ni­czy. Na ścia­nie salonu czer­woną szminką nale­żącą do Brown wypi­sano tekst, który był albo prośbą o pomoc, albo drwiną z orga­nów ści­ga­nia:

For heAVens Sake cAtch Me BeFore I Kill More I can­not con­trol myself

("Na miłość Boską, złap­cie mnie, nim znowu kogoś zabiję, nie panuję nad sobą").

Kolej­nego dnia chi­ca­gow­skie gazety nazwały nie­zna­nego sprawcę tej odra­ża­ją­cej i prze­ra­ża­ją­cej zbrodni "mor­dercą ze szminką".

Nim prze­pro­wa­dzi­li­śmy wywiad w Joliet, przej­rza­łem wraz z Res­sle­rem akta sprawy oraz infor­ma­cje z wię­zie­nia na temat Wil­liama Heirensa. Przez cały okres odby­wa­nia kary zacho­wy­wał się wzo­rowo i jako pierw­szy osa­dzony w histo­rii stanu Illi­nois uzy­skał tytuł naukowy - gdy z nim roz­ma­wia­li­śmy, był dok­to­rem.

W odróż­nie­niu od wielu innych prze­stęp­ców, z któ­rymi już się spo­tka­li­śmy lub dopiero mie­li­śmy roz­ma­wiać, w zacho­wa­niu Heirensa nie było nic zło­wróżb­nego, ego­istycz­nego ani przy­tła­cza­ją­cego. Nic nas w nim nie prze­ra­żało - w prze­ci­wień­stwie do kilku innych naszych roz­mów­ców nie spra­wiał wra­że­nia, jakby chciał nam za chwilę poury­wać głowy. Był uprzejmy i ład­nie się wysła­wiał, ale przez wiele godzin roz­mowy nie­ustan­nie pod­kre­ślał, że jest nie­winny. Twier­dził, że naj­pierw został zastra­szony przez chi­ca­gow­ską poli­cję, a następ­nie zma­ni­pu­lo­wany przez swo­ich adwo­ka­tów, przez co przy­znał się przed sądem do winy - była to bra­wu­rowa próba wyra­to­wa­nia go od egze­ku­cji na krze­śle elek­trycz­nym.

Bez względu na to, w jaki spo­sób pró­bo­wa­li­by­śmy podejść do sprawy i jakich pytań byśmy nie sta­wiali, Heirens zawsze miał na nie gotową odpo­wiedź. Cho­ciaż otwar­cie opo­wia­dał o swo­jej dłu­giej karie­rze wła­my­wa­cza, to zarze­kał się, że dys­po­nuje alibi potwier­dza­ją­cym, iż żad­nej z trzech nocy, pod­czas któ­rych doszło do mor­derstw, nie prze­by­wał w oko­licy. Do tego stop­nia pero­ro­wał o swo­jej nie­win­no­ści i był prze­ko­nu­jący w swo­ich twier­dze­niach, iż mia­łem pew­ność, że gdyby tylko pod­łą­czono go w tej chwili do wykry­wa­cza kłamstw, nic by nie wykryto.

Gdy wycho­dzi­li­śmy z wię­zie­nia, po gło­wie koła­tała mi się myśl: "Kur­czę, może ten gość fak­tycz­nie jest nie­winny?!".

Jedną z naj­więk­szych zaga­dek ludz­kiej natury sta­nowi pyta­nie o to, co zacho­dzi w dowol­nej sytu­acji pomię­dzy dwoma oso­bami. Gdy sprawa doty­czy rela­cji z mor­dercą, zagadka ta ura­sta do eks­tre­mum. Zada­jemy sobie wtedy pyta­nia: "Czy moż­liwe, że ta kon­kretna osoba zdolna jest do popeł­nie­nia naj­gor­szego aktu, jaki jeden czło­wiek może wyrzą­dzić dru­giemu? A jeśli nie, to w takim razie kto jest do tego zdolny?".

Na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym pozio­mie pro­wa­dze­nie sprawy kry­mi­nal­nej polega na zebra­niu dowo­dów, wska­zó­wek i poszlak, a następ­nie uło­że­niu z nich logicz­nej, spój­nej i prze­ko­nu­ją­cej histo­rii. Histo­rię taką musi przy­go­to­wać sobie zarówno detek­tyw, jak i adwo­kat oraz pro­ku­ra­tor. Wer­sja, którą osta­tecz­nie przyj­mie sąd, decy­duje o wer­dyk­cie. Na tym wła­śnie pole­gała moja praca i tym na­dal zaj­mują się inni pro­fi­le­rzy w Quan­tico: wyko­rzy­stu­jąc naszą wie­dzę, doświad­cze­nie i instynkt, two­rzymy wia­ry­godną histo­rię o zna­nej nam ofie­rze i nie­zna­nym sprawcy. Jak zawsze w przy­padku spraw kry­mi­nal­nych, rów­nież resztę sprawy Wil­liama Heirensa można było opo­wie­dzieć na kilka spo­so­bów.

Jego na pozór racjo­nalne twier­dze­nia co do rze­ko­mej nie­win­no­ści wywarły na mnie tak wiel­kie wra­że­nie, że gdy tylko wró­ci­łem do Quan­tico, odko­pa­łem akta sprawy i przej­rza­łem jej naj­waż­niej­sze punkty.

Zabra­łem te doku­menty ze sobą i posze­dłem z nimi do biblio­teki. Cho­dzi­łem tam czę­sto, gdy potrze­bo­wa­łem się sku­pić. Przy moim biurku było to nie­moż­liwe, bo co chwila albo dzwo­nił tele­fon, albo kole­dzy z pracy wpa­dali, aby o coś zapy­tać i poplot­ko­wać. Zaj­mu­jąc się zresztą spra­wami, w któ­rych domi­no­wał mrok, lubi­łem cie­szyć się świa­tłem sło­necz­nym. W tym cza­sie Jed­nostka Nauk Beha­wio­ral­nych znaj­do­wała się w pomiesz­cze­niach zbu­do­wa­nych osiem­na­ście metrów pod zie­mią, w miej­scu, które ory­gi­nal­nie zapro­jek­to­wane zostało jako bun­kier dowo­dze­nia na wypa­dek zagro­że­nia wojen­nego, co owo­co­wało naszymi czę­stymi skar­gami, że zako­pali nas dzie­sięć razy głę­biej, niż grze­bie się nie­bosz­czy­ków.

Jak można było się tego spo­dzie­wać, wszyst­kie obcią­ża­jące fakty z życia Heirensa oka­zały się łatwo uchwytne w aktach jego sprawy. Prze­szłość miał dokład­nie taką, jakiej ocze­ki­wał­bym od seryj­nego mor­dercy: samot­nik-ryzy­kant, który pra­wie spa­lił dom rodzinny, prze­pro­wa­dza­jąc eks­pe­ry­ment che­miczny, a przy innej oka­zji sko­czył z garażu, pró­bu­jąc prze­te­sto­wać skrzy­dła wła­sno­ręcz­nie wycięte z kar­tonu; rodzice, któ­rzy urzą­dzali potworne awan­tury i mieli okre­sowe pro­blemy z pie­niędzmi; długa seria udo­wod­nio­nych mu wła­mań, cią­gnąca się co naj­mniej od trzy­na­stego roku życia; zarzuty o uży­wa­nie broni pal­nej; zbiór infor­ma­cji na temat przy­jęć i wyda­leń z kolej­nych popraw­cza­ków. Ana­liza skra­dzio­nych ksią­żek, które posia­dał (w tym Psy­cho­pa­thia Sexu­alis autor­stwa Richarda von Krafft-Ebinga), oraz zbiór wycin­ków pra­so­wych na temat nazi­stów mogły suge­ro­wać trwałe zain­te­re­so­wa­nie per­wer­sją sek­su­alną. Zna­le­ziono u niego nawet prze­no­śny zestaw chi­rur­giczny. Narzę­dzia były zbyt małe i deli­katne, aby dało się nimi pociąć ludz­kie ciało, ale zain­te­re­so­wa­nie, jakim je obda­rzał, raczej nie prze­ma­wiało na korzyść kogoś, kto przy­znał się do poćwiar­to­wa­nia zwłok dziecka.

Zezna­nie Heirensa było dość pro­ste, nie licząc frag­mentu o współ­sprawcy nazwi­skiem Geo­rge Mur­man, który miał "go do tego nakło­nić", a któ­rego sąd uznał za alter ego oskar­żo­nego, za któ­rym pró­bo­wał się on ukryć. "Geo­rge" figu­ro­wał w doku­men­tach jako jego dru­gie imię, a nazwi­sko Mur­man, jak stwier­dzono, sta­no­wiło skrót od "mur­der man" - "mor­derca". Był to, co wkrótce wyka­zało i nasze bada­nie, kla­syczny przy­pa­dek eska­la­cji pro­wa­dzą­cej do mor­der­stwa, w któ­rej sprawca sko­rzy­stał z nada­rza­ją­cej się oka­zji: w domach, do któ­rych się wła­mał, prze­by­wały ich miesz­kanki. Po tym nastą­piła jesz­cze jedna eska­la­cja prze­mocy w postaci bru­tal­nego zamor­do­wa­nia małej dziew­czynki. Heirens pod­pi­sał swoje zezna­nie nie raz, ale dwu­krot­nie, w obu przy­pad­kach w obec­no­ści adwo­ka­tów.

Zga­dzały się także inne ele­menty. Oko­lica, w któ­rej doszło do mor­derstw, pokry­wała się z obsza­rem, gdzie Heirens dopusz­czał się w prze­szło­ści wła­mań - nazwa­li­by­śmy to jego "strefą kom­fortu". W trak­cie wtar­gnię­cia do jed­nego z domów został przy­pad­kowo nakryty, a rzu­ciw­szy się do ucieczki, pró­bo­wał strze­lać do ści­ga­ją­cych go poli­cjan­tów, dopóki całego zaj­ścia nie zauwa­żył prze­by­wa­jący w oko­licy funk­cjo­na­riusz po służ­bie, który zno­kau­to­wał Heirensa ude­rze­niem cera­miczną doniczką w głowę - w efek­cie ten drugi tra­fił do Bri­de­well, aresztu medycz­nego pod­le­ga­ją­cego pod wię­zie­nie sta­nowe Cooka. Choć do szkoły cho­dził w kratkę, był wystar­cza­jąco inte­li­gentny, aby w wieku szes­na­stu lat przy­jęto go na powszech­nie sza­no­wany Uni­wer­sy­tet Chi­ca­gow­ski. Osią­gnię­cie to zrów­nało go z dwoma innymi noto­rycz­nymi mor­der­cami z Chi­cago - Natha­nem Leopol­dem i Richar­dem Loebem, któ­rzy zostali ska­zani za mor­derstwo czter­na­sto­let­niej sąsiadki Loeba i zara­zem jego odle­głej kuzynki Bobby Franks. Od celi śmierci wyra­to­wała ich jedy­nie żar­liwa obrona popro­wa­dzona przez adwo­kata Cla­rence'a Dar­rowa. Lokalna prasa dopil­no­wała, aby żaden szcze­gół sprawy nie umknął prze­ra­żo­nej i głod­nej wszel­kich infor­ma­cji opi­nii publicz­nej. "Chi­cago Tri­bune" okre­śliło śmierć Suzanne Degnan mia­nem "naj­bar­dziej odra­ża­ją­cego mor­derstwa w histo­rii Ame­ryki od cza­sów sprawy Loeba i Leopolda".

Dostaw­szy się na pre­sti­żowy uni­wer­sy­tet, Heirens posta­no­wił spe­cja­li­zo­wać się w elek­tryce, kon­ty­nu­ując karierę wła­my­wa­cza - rabo­wał domy, sklepy i pokoje hote­lowe. Nie­wiel­kie ilo­ści gotówki, drobna biżu­te­ria i dziwne przed­mioty, które padały jego łupem, świad­czyły chyba bar­dziej o tym, że pró­bo­wał nie wyjść z wprawy, niż że usi­ło­wał się w ten spo­sób cze­goś doro­bić. Jeśli ten dzie­ciak był w sta­nie do tego stop­nia podzie­lić na czę­ści swoje życie, to może prośba o to, aby zła­pano go, nim zabije kolejną osobę, miała pewien sens. Nie­doj­rzały napis zosta­wiony na miej­scu zbrodni mógł być nawet próbą psy­chicz­nego roz­dzie­le­nia od sie­bie nie­zwy­kle inte­li­gent­nego "Billa Heirensa" od zło­wro­giego "Geo­rge'a Mur­mana".

Naj­bar­dziej prze­ko­nu­jący oka­zał się jed­nak dowód fizyczny: odci­ski pal­ców Heirensa pozo­sta­wione zarówno na notatce infor­mu­ją­cej o wyso­ko­ści okupu, jak rów­nież odci­śnięte w krwi na fra­mu­dze drzwi od miesz­ka­nia Fran­ces Brown. Odcisk na notatce został zakwe­stio­no­wany, nie posia­dał bowiem wystar­cza­ją­cej liczby punk­tów wspól­nych - tych nali­czono dzie­więć, FBI nato­miast wymaga co naj­mniej dwu­na­stu. Ale odcisk z miej­sca zbrodni był nie do pod­wa­że­nia.

Wobec tego realia sprawy stały się oczy­wi­ste. Sie­dząc przez te wszyst­kie lata w wię­zie­niu i mając czas na roz­my­śla­nia, inte­li­gentny i skłonny do ana­li­zo­wa­nia swo­ich uczuć Heirens zdo­łał psy­chicz­nie odkleić się od całej sprawy i prze­ko­nać samego sie­bie, że cho­ciaż był nie­re­for­mo­wal­nym seryj­nym wła­my­wa­czem, to pozo­sta­wał jed­no­cze­śnie nie­winny popeł­nie­nia trzech mor­derstw, do któ­rych się przy­znał.

Przez lata, odkąd tylko umie­ści­li­śmy ją w naszym pro­jek­cie badaw­czym poświę­co­nym oso­bo­wo­ści prze­stęp­ców, naucza­li­śmy sprawy Wil­liama Heirensa jako pierw­szego zor­ga­ni­zo­wa­nego stu­dium, które zesta­wiało kolejne kroki bru­tal­nego prze­stęp­stwa z tym, co sprawca myślał i robił w danym momen­cie. Ta ana­liza poło­żyła pod­wa­liny pod naukę, która przez ponad czter­dzie­ści lat, jak się oka­zało, w trak­cie wielu tysięcy prze­słu­chań i postę­po­wań sądo­wych spraw­dzała się ide­al­nie przy pró­bie odnaj­dy­wa­nia i prze­słu­chi­wa­nia seryj­nych mor­der­ców, gwał­ci­cieli i innych bru­tal­nych prze­stęp­ców.

W 1987 roku, nie­mal dzie­sięć lat po moim wywia­dzie z Bil­lem Heiren­sem, zadzwo­nił do mnie do Quan­tico Joe Hor­gas, detek­tyw z pobli­skiego hrab­stwa Arling­ton w Wir­gi­nii. Przez lata cięż­kiej detek­tywistycznej roboty, któ­rej nie potra­fię okre­ślić ina­czej niż jako bły­sko­tliwą i inspi­ru­jącą, Hor­gas uznał, że jest w sta­nie powią­zać ze sobą wła­ma­nia, bru­talne gwałty oraz gwałty połą­czone z mor­der­stwami, które na prze­strzeni lat miały miej­sce w Arling­ton, sąsia­du­ją­cej z nim Ale­xan­drii oraz w oko­li­cach Rich­mond. W żad­nym wydziale poli­cji nikt nie chciał kupić jego wer­sji wyda­rzeń. Hor­gas był jed­nak prze­ko­nany o praw­dzi­wo­ści swo­jej teo­rii. Zgod­nie z nią seria zbrodni zaczy­nała się od zamor­do­wa­nia w Arling­ton w 1984 roku trzy­dzie­sto­dwu­let­niej pro­ku­ra­torki Caro­lyn Hamm.

Po wysłu­cha­niu pre­zen­ta­cji detek­tywa i prze­ana­li­zo­wa­niu wszel­kich aspek­tów sprawy (czasu i wyko­rzy­sta­nych metod, dowo­dów fizycz­nych i beha­wio­ral­nych, doboru ofiar) oraz po zapo­zna­niu się z rapor­tami labo­ra­to­ryj­nymi zgo­dzi­li­śmy się co do tego, że wszyst­kie sprawy były nie­mal na pewno ze sobą powią­zane. W naszej pracy jest bar­dzo mało pew­ni­ków, a w przy­padku pro­fi­lo­wa­nia nie ma ich w ogóle, ale ta teo­ria była naprawdę cho­ler­nie dobra.

I wtedy Hor­gas rzu­cił nam praw­dziwą bombę: - Sprawa Hamm jest zamknięta - wyja­śnił - ponie­waż ktoś został już w tej spra­wie aresz­to­wany, osą­dzony i ska­zany.

Nie­źle!

Opo­wie­dział nam wów­czas histo­rię Davida Vasqu­eza, Hisz­pana, który w wieku trzy­dzie­stu sied­miu lat został aresz­to­wany przez poli­cję w Arling­ton jakieś dwa tygo­dnie po zamor­do­wa­niu Hamm. Miesz­kał ze zna­jo­mym w tej samej oko­licy co ofiara, był ponadto widziany przez dwóch świad­ków w pobliżu jej domu. Gdy detek­tywi prze­szu­kali jego pokój, zna­leźli por­no­gra­fię z udzia­łem zwią­za­nych i zakne­blo­wa­nych kobiet, a także zdję­cia ero­tyczne przed­sta­wia­jące w róż­nym stop­niu roz­ne­gli­żo­wane kobiety. Nie udało się połą­czyć Vasqu­eza z prób­kami nasie­nia pobra­nymi z ciała i ubra­nia Hamm, ale nie­które próbki wło­sów mogły wska­zy­wać na jego winę. Mimo to głów­nym dowo­dem winy był fakt, że Vasquez przy­znał się do popeł­nie­nia prze­stęp­stwa!

- Myśli­cie, że w sprawę była zaan­ga­żo­wana wię­cej niż jedna osoba? - zapy­tał nas Hor­gas.

Trudne pyta­nie. Jako że Vasquez prze­ja­wiał bar­dzo niski ilo­raz inte­li­gen­cji, a popeł­nione prze­stęp­stwo było dobrze zapla­no­wane, mogło ist­nieć podej­rze­nie, że za zamor­do­wa­niem Hamm stały dwie osoby - nie­znany sprawca, który wszystko zapla­no­wał, oraz Vasquez, który był jedy­nie jego wspól­ni­kiem. Na prze­strzeni lat mie­li­śmy do czy­nie­nia z innymi podob­nymi przy­pad­kami. Tak więc, choć szansa była nie­wielka, nie można było tego wyklu­czyć z cał­ko­witą pew­no­ścią. Nor­mal­nie w takich przy­pad­kach ma się do czy­nie­nia z dość sil­nymi poszla­kami na samym miej­scu zbrodni, gdzie zna­leźć można ślady dzia­łań zarówno zor­ga­ni­zo­wa­nych, jak i cha­otycz­nych.

Ale Vasquez ani razu nie wspo­mniał o kimś innym, w jego zezna­niu nie było niczego, co mogłoby to suge­ro­wać, wresz­cie: ani w spra­wie Hamm, ani w żad­nej innej nic nie wska­zy­wało na udział dwóch osób. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak z tego, co Hor­gas opo­wie­dział nam o Vasqu­ezie, nie dało się wywnio­sko­wać, że był on wystar­cza­jąco inte­li­gentny, aby zapla­no­wać rów­nie skom­pli­ko­waną zbrod­nię.

Prze­stęp­stwa w Karo­li­nie Pół­noc­nej w pew­nym momen­cie się skoń­czyły, a nowe, podobne zbrod­nie poja­wiły się w oko­li­cach Rich­mond trzy lata póź­niej - two­rzyło to bar­dzo suge­stywny wzór. Jako że tego typu histo­rie rzadko kiedy koń­czą się same z sie­bie, przy­pusz­cza­li­śmy, że sprawca tra­fił być może do wię­zie­nia z innego powodu (na przy­kład za wła­ma­nia), po czym został zwol­niony warun­kowo i pod­jął pracę w Rich­mond.

Hor­gas uchwy­cił się tej myśli i przej­rzał akta wszyst­kich, któ­rzy paso­wali do sche­matu. Wró­cił w oko­lice Arling­ton, gdzie popeł­niono pierw­sze zbrod­nie. Wkrótce natknął się na kło­po­tli­wego nasto­let­niego Afro­ame­ry­ka­nina - Timo­thy'ego Wil­sona Spen­cera, który został ska­zany za wła­ma­nia. Spraw­dze­nie kilku rze­czy w kom­pu­te­rze potwier­dziło przy­pusz­cze­nia detek­tywa: Spen­cer miał dwa­dzie­ścia dwa lata, gdy w 1984 roku aresz­to­wano go w Ale­xan­drii, po czym w 1987 roku prze­nie­siono do Rich­mond, do pół­otwar­tej pla­cówki. Gdy tylko podej­rze­nie padło na Spen­cera, wszyst­kie ele­menty ukła­danki nagle zaczęły wska­ki­wać na swoje miej­sca. Przede wszyst­kim jed­nak jego DNA paso­wało do DNA zna­le­zio­nego tam, gdzie doko­nano trzech mor­derstw oraz kilku gwał­tów.

Choć ni­gdy się do nich nie przy­znał, Spen­cer został oskar­żony o trzy nie­za­leżne mor­der­stwa pierw­szego stop­nia - za każde z nich ska­zano go na karę śmierci. Jego sprawa sta­no­wiła pierw­szy sku­teczny przy­pa­dek wyko­rzy­sta­nia DNA jako mate­riału dowo­do­wego przed ame­ry­kań­skim sądem. Po prze­gra­niu wszyst­kich trzech ape­la­cji 27 kwiet­nia 1994 roku Timo­thy Wil­son Spen­cer został stra­cony na krze­śle elek­trycz­nym w wię­zie­niu sta­no­wym w Jar­ratt.

Dla ludzi takich jak ja, któ­rzy całe zawo­dowe życie spę­dzili na poma­ga­niu poli­cji w chwy­ta­niu naj­gor­szych z naj­gor­szych prze­stęp­ców oraz na szu­ka­niu spra­wie­dli­wo­ści w imie­niu tych, któ­rzy sami nie byli już w sta­nie jej docho­dzić, wer­dykt w tej spra­wie był nie­zwy­kle satys­fak­cjo­nu­jący. Wciąż pozo­sta­wał jed­nak jesz­cze jeden nie­roz­wią­zany pro­blem. David Vasquez na­dal prze­by­wał w wię­zie­niu, ska­zany za prze­stęp­stwo, które - jak dowie­dziono - było tylko jed­nym z ogniw dłu­giego łań­cu­cha zbrodni popeł­nio­nych przez kogoś innego. Dwóch świad­ków w spra­wie Vasqu­eza nie chciało zmie­nić swo­ich zeznań, a próbki pobrane z miej­sca zbrodni roz­ło­żyły się w stop­niu unie­moż­li­wia­ją­cym ich ponowną ana­lizę. Naj­lep­szym spo­so­bem na wycią­gnię­cie go z wię­zie­nia (i udo­wod­nie­nie, że Hamm została zamor­do­wana przez tę samą osobę, co pozo­stałe ofiary) było podej­ście beha­wio­ralne. To wła­śnie na nie się zde­cy­do­wa­li­śmy, gdy pod­ję­li­śmy trop.

Grupa pro­fi­ler­ska FBI nosi dziś nazwę Jed­nostki Ana­lizy Beha­wio­ral­nej (Beha­vio­ral Ana­ly­sis Unit - BAU). Gdy zaczy­na­łem pracę jako peł­no­eta­towy pro­fi­ler, zosta­łem przy­dzie­lony jesz­cze do Jed­nostki Nauk Beha­wio­ral­nych (Beha­vio­ral Science Unit - BSU), która peł­niła jed­nak funk­cje czy­sto aka­de­mic­kie. Sta­ra­jąc się, aby nasza jed­nostka była trak­to­wana poważ­nie przez poli­cję i sta­ra­jąc się "pozbyć z nazwy BS1", okre­śli­łem nową grupę pro­fi­lową Jed­nostką Wspar­cia Docho­dzeń (Inve­sti­ga­tive Sup­port Unit - ISU). W jej skład wcho­dziło dwu­na­stu pro­fi­le­rów, któ­rych żar­to­bli­wie prze­zwa­łem "par­szywą dwu­nastką". Nie­długo potem ana­li­zo­wa­li­śmy już ponad tysiąc spraw rocz­nie, byli­śmy więc zmu­szeni wypra­co­wać sobie sys­tem, w któ­rym kon­kretny agent zosta­wał przy­pi­sany do ści­śle okre­ślo­nego obszaru kraju.

W cza­sie gdy zaj­mo­wa­li­śmy się sprawą Vasqu­eza-Spen­cera, agen­tem, któ­remu pod­le­gał stan Wir­gi­nia, był Steve Mar­di­gian - natych­miast przy­stą­pił on do zbie­ra­nia mate­ria­łów i ana­li­zo­wa­nia wszyst­kich aspek­tów zbrodni. Po mie­sią­cach pracy, na spo­tka­niu wewnętrz­nym, zapre­zen­to­wał całej naszej jed­no­stce swoje usta­le­nia. Wszy­scy zgo­dzi­li­śmy się co do tego, że sprawcą mor­der­stwa był zaradny, doświad­czony, ner­wowy i skłonny do mani­pu­la­cji sady­sta sek­su­alny. David Vasquez nie byłby w sta­nie zamor­do­wać Caro­lyn Hamm i nie zro­bił tego.

Po zakoń­cze­niu ana­lizy wraz z Joe Har­ga­sem i wydzia­łem poli­cji z Arling­ton wystą­pi­li­śmy do pro­ku­ra­tor okrę­go­wej hrab­stwa Arling­ton nazwi­skiem Helen Fahey, aby wysto­so­wała wnio­sek do guber­na­tora Geralda Bali­lesa z prośbą o pełne uła­ska­wie­nie Vasqu­eza. Do pisma dołą­czono raport pod­pi­sany przez Mar­di­giana oraz przeze mnie. Nie­całe trzy mie­siące póź­niej David Vasquez ponow­nie był wol­nym czło­wie­kiem, spę­dziw­szy w wię­zie­niu cztery lata za prze­stęp­stwo, do któ­rego się przy­znał, ale któ­rego nie popeł­nił.

Gdyby ze sprawą tą zgło­sił się do nas adwo­kat, pro­sząc o pomoc, byli­by­śmy zmu­szeni odmó­wić. Nie obo­wią­zy­wała tam jurys­dyk­cja fede­ralna, więc jedyną opcję, aby nas zaan­ga­żo­wać, sta­no­wiło wystą­pie­nie do nas z prośbą o pomoc przez lokal­nych stró­żów prawa. Było nas zresztą tak nie­wielu, że ofe­ro­wa­li­śmy swoje usługi jedy­nie poli­cji, sze­ry­fom oraz agen­cjom detek­ty­wi­stycz­nym, nie zaś oskar­żo­nym. Nawet gdy­by­śmy mieli do tego odpo­wied­nie zasoby ludz­kie, trudno mi sobie wyobra­zić, aby odznaka FBI mogła pomóc w pracy z drugą stroną.

W trak­cie dzia­łań nad tą sprawą jasne stały się jed­nak także oko­licz­no­ści, w któ­rych oskar­żony skła­dał zezna­nia. Prze­ra­żony i osa­mot­niony w trak­cie poli­cyj­nego śledz­twa Vasquez uznał, że jedyną moż­li­wo­ścią "oca­le­nia" będzie zado­wo­le­nie śled­czych, współ­praca z nimi i danie im tego, czego ocze­kują. Świa­do­mie lub nie podał im jed­nak zbyt dużo infor­ma­cji, które następ­nie uło­żył w coś w rodzaju "snu", w któ­rym dopu­ścił się mordu na Caro­lyn Hamm. Vasquez sądził naiw­nie, że współ­pra­cu­jąc z wła­dzami, doczeka się uwol­nie­nia.

Czy ska­za­nie Davida Vasqu­eza było błę­dem wymiaru spra­wie­dli­wo­ści? Oczy­wi­ście, że tak. Ale pozwól­cie, że pod­kre­ślę tu jeden, moim zda­niem klu­czowy, fakt. Tak, to poli­cja dopro­wa­dziła do wsa­dze­nia Vasqu­eza za kratki. Ale to także ona wycią­gnęła go stam­tąd, gdy tylko zauwa­żono, że popeł­niono błąd - nie zro­bili tego ani repor­te­rzy, ani praw­nicy, ani żadna oddolna ini­cja­tywa spo­łeczna.

To wła­śnie zapre­zen­to­wane powy­żej otwar­tość umy­słu, wytrwa­łość i nie­złom­ność - lub ich brak - cechu­jące osoby zwią­zane z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści sta­no­wią serce niniej­szej książki.

Ujmu­jąc rzecz naj­pro­ściej, jak się da - ame­ry­kań­ski wymiar spra­wie­dli­wo­ści stara się się­gnąć nie­moż­li­wego: upo­rząd­ko­wać świat naj­le­piej, jak to tylko moż­liwe, po tym jak ktoś dopu­ścił się cze­goś, co ten porzą­dek zbu­rzyło. Sys­tem ten zna i rozu­mie wła­sne ogra­ni­cze­nia zarówno jeśli cho­dzi o moż­li­wo­ści przy­wró­ce­nia pier­wot­nego stanu naru­szo­nego przez zbrod­nię, jak i w kwe­stii doszu­ka­nia się prawdy na temat tego, do czego tak naprawdę doszło. Pamię­taj­cie: "Nikt ni­gdy nie jest uzna­wany za nie­win­nego". Ni­gdy. Sys­tem potrafi roz­róż­niać jedy­nie dwie skraj­no­ści: "dopu­ścił się" lub "nie dopu­ścił się" zarzu­ca­nych mu czy­nów. Sys­tem stara się okre­ślić, czy przed­sta­wione dowody wykra­czają poza uza­sad­nione wąt­pli­wo­ści. Zda­jemy sobie sprawę, że jedyne, co możemy zro­bić, to sta­rać się wyko­ny­wać naszą pracę naj­le­piej, jak to moż­liwe.

Sprawa Vasqu­eza męczyła mnie jesz­cze długo po jej zamknię­ciu, podob­nie jak powinna męczyć każ­dego stróża prawa, który poważ­nie trak­tuje swoją misję. Do tej pory zawsze uwa­ża­łem przy­zna­nie się oskar­żo­nego do winy za złoty stan­dard postę­po­wa­nia sądo­wego - jeśli to z niego wydo­bę­dziesz, sprawa jest zamknięta. David Vasquez w nie­przy­jemny spo­sób pod­wa­żył to prze­ko­na­nie.

A to pro­wa­dzi nas z powro­tem do Wil­liama Heirensa.

Rozdział 2. Po uważniejszym przyjrzeniu się sprawie...

Roz­dział 2

Po uważ­niej­szym przyj­rze­niu się spra­wie...

Gdy zaczyna się pracę jako agent spe­cjalny FBI i otrzy­muje pierw­sze zada­nie "w tere­nie", do nie­któ­rych kwe­stii pod­cho­dzi się dość naiw­nie. Szcze­gól­nie, gdy - tak jak ja - nie ma się żad­nego doświad­cze­nia w takiej pracy. Pierw­sze, co czło­wiek sobie przy­swaja, to fakt, że nie wszy­scy cie­szą się na jego widok (i nie mówię tu wyłącz­nie o prze­stęp­cach). Nie­które wydziały poli­cji chęt­nie korzy­stają z pomocy Biura, inne zaś trak­tują nas jak dwu­stu­ki­lo­gra­mo­wego goryla, który roz­bija się po ich tere­nie.

Gdy czło­wiek jest nowy, wydaje mu się, że wszyst­kie wydziały poli­cyjne i biura sze­ry­fów prze­pro­wa­dzają szcze­gó­łowe śledz­twa - wła­śnie tak jak uczy się tego w Aka­de­mii FBI - a tym samym zakłada on, że otrzy­mane infor­ma­cje są solidne i wia­ry­godne. No cóż, to też nie zawsze oka­zuje się prawdą.

Pra­cu­jąc dla Biura, zaj­mo­wa­łem się jed­no­cze­śnie pro­wa­dze­niem tak wielu spraw - nie mówiąc już o kie­ro­wa­niu Jed­nostką Wspar­cia Docho­dzeń - że rzadko kiedy mogłem pozwo­lić sobie na luk­sus wra­ca­nia do spraw już zamknię­tych. Dopiero po przej­ściu na eme­ry­turę mia­łem moż­li­wość ponow­nego przyj­rze­nia się śledz­twom, z któ­rymi zetkną­łem się na początku swo­jej kariery, takimi jak pro­ces mor­dercy ze szminką z Chi­cago.

Przyj­rzyjmy się tej spra­wie raz jesz­cze i sprawdźmy, czy ową histo­rię można opo­wie­dzieć w inny spo­sób. Zwró­cimy przy tym uwagę na nie­które fakty i zda­rze­nia, o któ­rych nie wie­dzia­łem w chwili, gdy prze­pro­wa­dza­łem wywiad, oraz zesta­wimy je z doświad­cze­niem, wyni­kami badań i wie­dzą ogólną, którą moja jed­nostka naby­wała w miarę roz­woju pro­gramu ana­lizy docho­dzeń kry­mi­nal­nych. Zacznijmy tak, jak­by­śmy spo­rzą­dzali pro­fil nie­zna­nego sprawcy dla poli­cjan­tów, któ­rzy zgło­sili się z prośbą o pomoc.

Na począ­tek upew­nijmy się, że wszy­scy rozu­miemy, jaką rolę w śledz­twie odgrywa pro­fi­lo­wa­nie.

Po pierw­sze: my nie łapiemy prze­stęp­ców. Tym zaj­muje się poli­cja. Jedy­nie poma­gamy miej­sco­wym funk­cjo­na­riu­szom, tak aby w swoim śledz­twie sku­pili się oni na pew­nym okre­ślo­nym typie podej­rza­nych. W zależ­no­ści od rodzaju dowo­dów i wska­zó­wek możemy podać poli­cji bar­dzo szcze­gó­łowe infor­ma­cje na temat motywu zbrodni, płci, rasy, wieku, miej­sca zamiesz­ka­nia, zawodu, oto­cze­nia, rela­cji oso­bi­stych i wielu innych aspek­tów oso­bo­wo­ści danej osoby. Suge­ru­jemy także zasto­so­wa­nie kon­kret­nych pro­ak­tyw­nych tech­nik zmu­sze­nia prze­stępcy do wyko­na­nia ruchu w pożą­da­nym przez nas kie­runku. Gdy podej­rzany zostaje ujęty, możemy pomóc w pro­wa­dze­niu prze­słu­cha­nia i zasu­ge­ro­wać stra­te­gię, którą powinna przy­jąć pro­ku­ra­tura. Pod­czas pro­cesu zapew­niamy ana­lizę eks­percką sygna­tury, modus ope­randi, motywu, powią­zań, kla­sy­fi­ka­cji zbrodni oraz miej­sca, gdzie do niej doszło.

Wszystko to opiera się na naszych bada­niach i doświad­cze­niu wyni­ka­ją­cym z ana­lizy dzie­sią­tek tysięcy spraw - to znacz­nie wię­cej niż jaki­kol­wiek lokalny śled­czy mógłby prze­ro­bić przez całą swoją karierę. Wyko­rzy­stu­jemy tak naprawdę te same metody, co nasz lite­racki pro­to­pla­sta Sher­lock Hol­mes. Wszystko opiera się na rozu­mo­wa­niu logicz­nym, deduk­cji i induk­cji, a nasze pod­sta­wowe rów­na­nie wygląda nastę­pu­jąco:

DLA­CZEGO? + JAK? = KTO

Może się to wyda­wać banalne, ale ana­liza winna uwzględ­niać nie­zli­czoną liczbę zmien­nych, a żeby nasza praca na coś się przy­dała, musimy być tak skru­pu­latni, jak to tylko moż­liwe. Wszy­scy potra­fimy roz­po­znać kli­szę w postaci bia­łego samot­nego chło­paka w wieku dwu­dzie­stu kilku lat. Ale nawet w tych przy­pad­kach, gdzie opis może wyda­wać się odpo­wied­nio dokładny, nie przyda się on na nic, jeśli nie będziemy w sta­nie powie­dzieć cze­goś także na temat tego, gdzie dana osoba mieszka, co się dzieje w jej życiu, z jakiej rodziny pocho­dzi, kim są jej przy­ja­ciele i kole­dzy, kiedy i gdzie może ude­rzyć ponow­nie, czy będzie reago­wała na śledz­two (oraz jak) i tak dalej.

Nowych agen­tów w mojej jed­no­stce uczę zawsze, że pro­fil sprawcy to za mało - należy także spo­rzą­dzić pro­fil ofiary. Pro­fi­ler musi usta­lić, czy ta osoba lubiła ryzyko, czy w obli­czu zagro­że­nia zacho­wy­wała się pasyw­nie czy agre­syw­nie, czy miała w prze­szło­ści wro­gów lub doświad­czyła złych związ­ków i tym podobne. Odkry­łem jed­nak, że to także za mało. Należy bowiem wyko­nać rów­nież pro­fil sytu­acji. Cho­dzi mi o to, że trzeba spraw­dzić, co dzieje się w ramach i wokół śledz­twa.

Jak pre­zen­tuje się śro­do­wi­sko spo­łeczne, w któ­rym pro­wa­dzone jest śledz­two? Jak ludzie postrze­gają dane prze­stęp­stwo? Jak rolę w spra­wie odgry­wają media? Jak wygląda kul­tura poli­cyjna w danym rejo­nie? To wiele waż­nych pytań, które należy sobie zadać, aby zary­so­wać tło, na któ­rym roz­grywa się cała sprawa.

Więk­szość ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jaką repu­ta­cję miało Chi­cago w cza­sie sza­lo­nych lat dwu­dzie­stych, gdy w wyniku pro­hi­bi­cji ogromne zyski zaczęła przy­no­sić zakro­jona na sze­roką skalę dzia­łal­ność prze­stęp­cza. Ale w póź­niej­szych latach histo­ria mia­sta rów­nież nie była usłana różami. Po względ­nie spo­koj­nym okre­sie dru­giej wojny świa­to­wej wła­dze zaczęły wyra­żać poważne zanie­po­ko­je­nie powro­tem do mia­sta zde­mo­bi­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy i nie­uchron­nym wzro­stem bez­ro­bo­cia, które musiało pocią­gnąć za sobą także wzrost prze­stęp­czo­ści. Poli­cja dzia­łała w dużym stre­sie. Gdy w czerwcu 1945 roku, tuż przed koń­cem wojny, zamor­do­wana została Jose­phine Ross, a w grud­niu tego samego roku, zale­d­wie cztery mie­siące po zwy­cię­stwie nad Japo­nią, Fran­ces Brown, pre­sja wywie­rana na służby była nie­wy­obra­żalna.

W mojej pracy zawsze trzeba brać pod uwagę rolę mediów, a Chi­cago ma naj­bar­dziej zuchwałą i nie­za­leżną prasę w całym kraju. Gdy tylko tra­fił im się temat mor­dercy ze szminką, pisali o nim tak długo, aż opi­nia publiczna wpa­dła w panikę. Nie spo­sób nie zauwa­żyć przy tym, że przez całą pierw­szą połowę XX wieku Chi­cago miało nie­usta­jący pro­blem z korup­cją. Zaowo­co­wało to w dwo­jaki spo­sób: z jed­nej strony opi­nia publiczna stała się cyniczna i scep­tyczna co do moż­li­wo­ści władz, aby mogły one roz­wią­zać jakie­kol­wiek pro­blemy, z dru­giej zaś wła­dze odczu­wały potrzebę wypra­co­wy­wa­nia kon­kret­nych roz­wią­zań bez względu na to, czy miały ku temu potrzebne środki, czy też nie.

Gdyby poli­cjanci z Chi­cago popro­sili mnie o pomoc, po prze­stu­dio­wa­niu spraw Ross i Brown dora­dził­bym, aby szu­kali bia­łego męż­czy­zny tuż przed trzy­dziestką, względ­nie w wieku trzy­dzie­stu paru lat, który miał już doświad­cze­nia z wła­ma­niami i sto­so­wa­niem prze­mocy wobec kobiet. Opi­sany przeze mnie męż­czy­zna byłby ukie­run­ko­wany na kon­tro­lo­wa­nie innych ludzi i nosiłby w sobie wiele gniewu, co można było wywnio­sko­wać po gwał­tow­no­ści i bru­tal­no­ści ataku - ofiary wie­lo­krotne dźgnięto nożem. Żadna z zamor­do­wa­nych kobiet nie była agre­sywna ani nie pro­wa­dziła ryzy­kow­nego życia. Zostały zabite wyłącz­nie ze względu na nada­rza­jącą się oka­zję - prze­by­wały w swo­ich domach w chwili, gdy docho­dziło do wła­ma­nia. Sprawca potra­fił uprzed­mio­to­wić swoje ofiary i nie odczu­wał żad­nych wyrzu­tów sumie­nia z powodu tego, co zro­bił. Podob­nie jak Timo­thy Spen­cer w Wir­gi­nii, mor­derca Ross i Brown cecho­wał się wyso­kimi umie­jęt­no­ściami prze­wi­dy­wa­nia - potra­fił zapla­no­wać skom­pli­ko­waną zbrod­nię i stop­niowo się roz­wi­jał, jeśli cho­dzi zarówno o sto­so­wane tech­niki, jak i o eska­la­cję swo­jej nie­na­wi­ści wobec kobiet. Na pod­sta­wie wszyst­kich powyż­szych cech uznał­bym osta­tecz­nie, że podej­rza­nym jest męż­czy­zna w star­szym wieku.

Wia­do­mość wypi­saną szminką na miej­scu śmierci Brown zakwa­li­fi­ko­wał­bym nie­wąt­pli­wie jako inte­re­su­jącą, ale jed­no­cze­śnie pod­szedł­bym do niej scep­tycz­nie. Mogła być ona zwy­kłą kpiną wobec orga­nów ści­ga­nia, napi­saną przez osobę nar­cy­styczną, która chciała zapew­nić sobie pocze­sne miej­sce w pra­sie. Mogło to być jed­nak także zwy­czajne oszu­stwo - rzecz sfin­go­wana przez nad­gor­li­wego dzien­ni­ka­rza, który chciał jesz­cze bar­dziej pod­krę­cić sen­sa­cyj­ność całej sprawy. Gdy wraz z Mar­kiem Olsha­ke­rem przy­glą­da­li­śmy się na potrzeby książki The Cases That Haunt Us (Sprawy, które na­dal nas drę­czą) mor­der­stwom popeł­nio­nym przez Kubę Roz­pru­wa­cza w Whi­te­cha­pel, doszli­śmy do prze­ko­na­nia, że osła­wiony list roz­po­czy­na­jący się od słów "Drogi sze­fie" (z tego listu wziął się przy­do­mek mor­dercy - "Roz­pru­wacz"2) był fał­szywką. Napi­sał go praw­do­po­dob­nie jeden z dzien­ni­ka­rzy z cza­sów wik­to­riań­skich, który miał nadzieję zwięk­szyć w ten spo­sób zain­te­re­so­wa­nie ludzi całą sprawą. Ujmu­jąc to pro­sto: pod­da­nie listu ana­li­zie psy­cho­lin­gwi­stycz­nej dało wynik nie­zgodny z ogól­nym pro­fi­lem oso­bo­wo­ści prze­stępcy stwo­rzo­nym na pod­sta­wie zebra­nych dowo­dów, pod­czas gdy napi­sa­nego póź­niej "Listu z pie­kła" - wynik pozy­tywny . Myślę, że podob­nie mogło być z wia­do­mo­ścią "złap­cie mnie".

Wróćmy na moment do pro­filu sytu­acji. Należy stwier­dzić, że gdy w mniej niż trzy tygo­dnie po Fran­ces Brown zamor­do­wana została rów­nież Suzanne Degnan, zmie­niło się wszystko. W zbio­ro­wej świa­do­mo­ści nie ma niczego bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego niż zamor­do­wa­nie dziecka, a szcze­góły tej kon­kret­nej zbrodni były tak potworne, że opi­nia publiczna i media zaczęły doma­gać się szyb­kiego roz­wią­za­nia sprawy i osą­dze­nia win­nego. To, że kolejna dziew­czynka mogłaby podzie­lić los Suzanne, było nie do pomy­śle­nia. Od tego momentu poli­cja pra­co­wała pod olbrzy­mią pre­sją, aby zna­leźć podej­rza­nego. W odpo­wie­dzi na naci­ski ze strony spo­łe­czeń­stwa służby wsz­częły naj­więk­sze śledz­two w histo­rii mia­sta; prze­ana­li­zo­wano wów­czas tysiące śla­dów, prze­pro­wa­dzono ponad tysiąc prze­słu­chań, wyko­nano kil­ka­set badań przy uży­ciu wario­gra­fów oraz porów­nano nie­zli­czoną ilość pró­bek pisma.

Pierw­szy poważny podej­rzany poja­wił się już po dwóch dniach. Był nim Hec­tor Ver­burgh, sześć­dzie­się­cio­pię­cio­letni woźny pra­cu­jący w budynku, w któ­rym znaj­do­wała się pral­nia, gdzie roz­ka­wał­ko­wano ciało Suzanne. Na notce o oku­pie znaj­do­wały się ciemne smugi, które paso­wały do wiecz­nie brud­nych rąk Ver­burgha. Rzecz­nik poli­cji oznaj­mił wtedy: "Mamy mor­dercę".

Obno­sili się z nim niczym z tro­feum.

Poli­cja prze­trzy­my­wała Ver­bur­gha przez 48 godzin, kiedy to bito go i trak­to­wano tak okrut­nie, że po wszyst­kim musiał spę­dzić dzie­sięć dni w szpi­talu. Uwol­niono go tylko dzięki żąda­niu adwo­kata związku zawo­do­wego woź­nych, który powo­łał się na zasadę habeas cor­pus. Ta łaciń­ska zasada, zna­cząca dosłow­nie "masz ciało", wywo­dzi się jesz­cze z angiel­skiego prawa zwy­cza­jo­wego i daje aresz­to­wa­nemu prawo do sta­wie­nia się przed sądem i zgło­sze­nia zaża­le­nia albo sprze­ciwu wobec uwię­zie­nia lub pod­stawy ska­za­nia.

Wymie­nia­jąc prze­ra­ża­jące tech­niki, które wyko­rzy­stano w trak­cie prze­słu­chi­wa­nia go, Ver­burgh stwier­dził: "Jesz­cze tro­chę, a przy­znał­bym się do cze­go­kol­wiek". Oka­zało się przy tym, że aresz­to­wany nie potra­fił pisać na tyle, aby spo­rzą­dzić choćby pro­stą infor­ma­cję o oku­pie.

To, w jaki spo­sób potrak­to­wano pana Ver­bur­gha, mówi samo za sie­bie. Dzia­ła­nia zasto­so­wane przez wydział poli­cji w Chi­cago były tak kary­godne, że woźny pozwał tam­tej­szych stró­żów prawa o odszko­do­wa­nie w wyso­ko­ści 15 tysięcy dola­rów - kwotę wów­czas bar­dzo wysoką. Sąd przy­chy­lił się do jego żąda­nia, a do wnio­sko­wa­nej sumy doli­czył dodat­kowe 5 tysięcy dola­rów zadość­uczy­nie­nia dla jego żony, którą poli­cja sta­rała się zmu­sić do zezna­wa­nia prze­ciwko niemu.

Gdy lokalne służby zwra­cają się z prośbą o pomoc do pro­fi­lera, jego zada­niem jest zmie­nić punkt zain­te­re­so­wa­nia śled­czych lub kie­ru­nek pro­wa­dzo­nego przez nich śledz­twa. Gdy­bym to ja został odde­le­go­wany do tej sprawy, aresz­to­wa­nie Hec­tora Ver­bur­gha zde­cy­do­wa­nie skło­ni­łoby mnie do prze­kie­ro­wa­nia śledz­twa w inną stronę. Przede wszyst­kim aresz­to­wany był za stary i nie miał żad­nej prze­szło­ści kry­mi­nal­nej. Ludzie nie stają się bru­tal­nymi mor­der­cami sek­su­al­nymi "zni­kąd". Na pod­sta­wie sze­ro­kiego doświad­cze­nia zdo­by­tego przez naszą jed­nostkę mogę otwar­cie powie­dzieć, że takie sytu­acje po pro­stu nie mają miej­sca. Aby ktoś w wieku Ver­bur­gha dopu­ścił się tego typu zbrodni, musiałby być znany w prze­szło­ści z bru­tal­no­ści, szcze­gól­nie wobec dzieci i bez­bron­nych. Ze zbrod­nią nie łączyło go nic poza miej­scem pracy.

Po zwol­nie­niu pierw­szego aresz­to­wa­nego poja­wiło się kilku kolej­nych wąt­pli­wych podej­rza­nych. Jed­nym z nich był wete­ran pie­choty mor­skiej, który miesz­kał w oko­licy, gdzie doko­nano mor­dów, i któ­rego ini­cjały były zgodne z ini­cja­łami docze­pio­nymi przez pral­nię do chu­s­teczki, którą zna­le­ziono w pobliżu miej­sca zbrodni. Miał on jed­nak solidne alibi i z łatwo­ścią prze­szedł pozy­tyw­nie dla sie­bie bada­nie wario­gra­fem. Podej­rze­wano także miej­sco­wego łobuza, który prze­by­wał w popraw­czaku za napad z bro­nią w ręku i który powie­dział innemu dzie­cia­kowi, że zamor­do­wał Suzanne. Po nega­tyw­nym bada­niu wario­gra­fem (to zna­czy: po zali­cze­niu bada­nia) przy­znał jed­nak, że wymy­ślił całą histo­rię, aby nakło­nić tego dru­giego do próby wyłu­dze­nia okupu.

W mię­dzy­cza­sie nato­miast, ponad tysiąc mil od Chi­cago, poli­cja zna­la­zła podej­rza­nego, który oso­bi­ście bar­dzo by mnie zain­te­re­so­wał.

Czter­dzie­stocz­te­ro­letni Richard Rus­sell Tho­mas, oka­zjo­nalny włó­częga, prze­by­wał wów­czas w hrab­stwie Mari­copa w sta­nie Ari­zona, ska­zany pod zarzu­tem mole­sto­wa­nia swo­jej trzy­na­sto­let­niej córki. Char­les B. Arnold, dowódca jed­nostki docho­dze­nio­wej w pobli­skim Pho­enix, rodzin­nym mie­ście Tho­masa, był jed­nak prze­ko­nany, że dostrzega podo­bień­stwa pomię­dzy wia­do­mo­ścią o oku­pie a odręcz­nym pismem pra­wo­ręcz­nego Tho­masa, gdy ten pisał aku­rat lewą ręką. W cza­sie gdy doszło do zamor­do­wa­nia Suzanne, miesz­kał w Chi­cago, pra­cu­jąc jako pie­lę­gniarz w szpi­talu Woodlawn i widziano go wie­lo­krot­nie, jak krę­cił się po salo­nie samo­cho­do­wym zale­d­wie kilka ulic od domu Degna­nów.

Pod­dany prze­słu­cha­niu, Tho­mas przy­znał się do winy. Poli­cja zacho­wała jed­nak daleko idącą powścią­gli­wość co do jego zeznań, nie znał bowiem wszyst­kich szcze­gó­łów sprawy i wyda­wało się, że pró­buje uzy­skać w ten spo­sób eks­tra­dy­cję do innego stanu, aby unik­nąć dal­szej odsiadki za mole­sto­wa­nie. Uznał naj­wy­raź­niej, że sprawa, o któ­rej nie miał poję­cia, nie może być gor­sza od tej, za którą sie­dział. Po zasta­no­wie­niu Tho­mas jed­nak szybko wyco­fał się ze swo­ich wcze­śniej­szych twier­dzeń.

Pomi­ja­jąc wąt­pli­wej jako­ści zezna­nia - fakty z życia Tho­masa świad­czyły mimo wszystko prze­ciwko niemu.

Był wła­my­wa­czem, posłu­gu­ją­cym się nie­zwy­kle ryzy­kow­nym modus ope­randi.

W prze­szło­ści noto­wany za wymu­sze­nie, pró­bo­wał uzy­skać okup, gro­żąc, że w przy­padku odmowy porwie małą dziew­czynkę.

Miał długą histo­rię sto­so­wa­nia prze­mocy domo­wej oraz wyko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­nego.

Pra­co­wał jako pie­lę­gniarz, kil­ku­krot­nie pró­bo­wał poda­wać się za leka­rza, miał u sie­bie skra­dzione narzę­dzia i mate­riały chi­rur­giczne.

Jeśli dodać do tego fakt, że w cza­sie, gdy doko­nano mor­der­stwa, widziany był w oko­licy domu Degna­nów, a cha­rak­ter jego pisma spo­rzą­dza­nego lewą ręką poten­cjal­nie paso­wał do cha­rak­teru pisma na notatce w spra­wie okupu, to zasu­ge­ro­wał­bym chi­ca­gow­skiej poli­cji, żeby umie­ścić go na samym szczy­cie listy podej­rza­nych. Aby osią­gnąć taki poziom bru­tal­no­ści i zde­pra­wo­wa­nia, jakim wyka­zał się mor­derca Suzanne Degnan, musiał przejść on wcze­śniej pro­ces powol­nych zmian. Czę­sto zaczyna się od pod­glą­dac­twa czy drob­nych wła­mań, które z cza­sem eska­lują. Nie było wąt­pli­wo­ści, że Tho­mas taką ewo­lu­cję prze­szedł.

Była wresz­cie jesz­cze notatka w spra­wie okupu, którą potrak­to­wał­bym jako poważny dowód w śledz­twie, jed­nak nie jako żąda­nie pie­nię­dzy. Każdy, kto na poważ­nie myślałby o porwa­niu dla okupu, "zba­dałby" wcze­śniej poten­cjalną ofiarę (w 1940 roku była to znacz­nie poważ­niejsza gałąź dzia­łal­no­ści prze­stęp­czej niż dziś), po czym wybrał rodzinę, która dys­po­no­wała środ­kami, aby zapła­cić żądaną sumę. Dwa­dzie­ścia tysięcy dola­rów sta­no­wiło wów­czas ogromną kwotę, znacz­nie wykra­cza­jącą poza śred­nie roczne wyna­gro­dze­nie pra­cow­nika budże­tówki takiego jak James Degnan.

Gdyby głów­nym moty­wem prze­stęp­stwa było porwa­nie dla okupu, prze­stępca wybrałby na cel ofiarę, któ­rej rodzina mogłaby szybko zebrać żądaną sumę. Im dłu­żej prze­trzy­my­wana jest porwana osoba, tym więk­sze staje się zagro­że­nie zarówno dla niej, jak i dla pory­wa­cza. Jeśli dodać do tego fakt, że czę­ści ciała Suzanne odkryto przed upły­wem dwu­dzie­stu czte­rech godzin i że nie prze­słano żad­nej instruk­cji, w jaki spo­sób pie­nią­dze mia­łyby zostać prze­ka­zane, staje się oczy­wi­ste, że porwa­nie dla okupu nie było pier­wotną moty­wa­cją do popeł­nie­nia prze­stęp­stwa. Zbrodni doko­nał psy­cho­pata, dla któ­rego pozo­sta­wie­nie wia­do­mo­ści o oku­pie było sprawą dru­go­rzędną albo czymś, co przy­szło mu do głowy dopiero po fak­cie.

Na pod­sta­wie powyż­szych danych nie jestem w sta­nie stwier­dzić, że Richard Tho­mas na pewno był mor­dercą Suzanne. Zmarł w wię­zie­niu w 1974 roku, jesz­cze zanim zaczą­łem prze­pro­wa­dzać swoje wywiady z osa­dzo­nymi, więc moż­liwe, że ni­gdy nie dowiemy się prawdy. Ale jestem w sta­nie stwier­dzić, iż mor­dercą Suzanne był praw­do­po­dob­nie czło­wiek wła­śnie taki jak Tho­mas albo posia­da­jący podobne do niego cechy.

Wła­śnie gdy Tho­mas przy­znał się do winy, 26 czerwca 1946 roku, sie­dem­na­sto­letni Wil­liam Heirens został aresz­to­wany za wła­ma­nie do miesz­ka­nia - osa­czony z dwóch stron przez poli­cję, spa­ni­ko­wał, wycią­gnął broń i oddał strzały w stronę funk­cjo­na­riu­szy. Patrząc na całą sprawę z per­spek­tywy czasu, można uznać, że zacho­wa­nie to zmie­niło jego życie - udo­wod­nił bowiem w ten spo­sób, że jest zdolny do sto­so­wa­nia prze­mocy. W tym też momen­cie poli­cja stra­ciła całe zain­te­re­so­wa­nie Richar­dem Tho­masem. Byli pewni, że tym razem naprawdę przy­mknęli "mor­dercę ze szminką".

Cho­ciaż poli­cja zwraca się nie­kiedy do agen­tów fede­ral­nych z prośbą o pomoc w roz­wi­kła­niu sprawy, to w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo czę­sto nie cie­szy się zbyt­nio, gdy suge­ruje się jej odej­ście od kon­kret­nego podej­rza­nego. Nie­kiedy poli­cjanci są wręcz wku­rzeni, gdy ktoś pod­suwa im taką myśl. Gdy­bym pra­co­wał nad sprawą Degnan, zapewne byłoby podob­nie.

Ana­li­zu­jąc osobę Heirensa, powie­dział­bym, że był zbyt młody, aby dopu­ścić się tak zło­żo­nej i skom­pli­ko­wa­nej zbrodni, że nie zdą­żyłby przejść od drob­nych wła­mań do bru­tal­nych gwał­tów i mor­dów, a także że był zbyt cichy i pasywny, aby cze­goś takiego doko­nać. Oka­za­łoby się to szcze­gól­nie praw­dziwe w kon­tek­ście jego życia oso­bi­stego, w któ­rym brak było czyn­ni­ków, które popchnę­łyby go do zmiany lub eska­la­cji sche­matu zacho­wań prze­stęp­czych i anty­spo­łecz­nych. Innymi słowy: w jego życiu nie zaszło nic, co wywo­ła­łoby emo­cjo­nalną traumę lub sty­mu­lo­wało roz­wój bar­dziej agre­syw­nych i bru­tal­nych zacho­wań.

Nie mógł przejść nagle od zwy­czaj­nych - choć powta­rza­ją­cych się - wła­mań do mor­der­stwa i oka­le­cze­nia zwłok sze­ścio­let­niej dziew­czynki, w ryzy­kowny spo­sób porwa­nej z sypialni w domu rodzin­nym.

To po pro­stu nie­moż­liwe!

Pamię­taj­cie o tym, gdy będziemy wcho­dzić głę­biej w ana­lizę podej­rza­nych oraz moty­wów ich dzia­łań.

Podej­rze­wał­bym tego czło­wieka o to, że mógł być pod­glą­da­czem lub wła­my­wa­czem z fety­szem sek­su­al­nym, krad­ną­cym bie­li­znę lub przed­mioty oso­bi­ste. Ale - pomi­ja­jąc oko­licz­no­ści zła­pa­nia i fakt, że posia­dał broń - jego zacho­wa­nie nie świad­czyło o żad­nych cechach kon­fron­ta­cyj­nych. Trudno byłoby mi sobie wyobra­zić, aby ktoś o takiej oso­bo­wo­ści mógł się dopu­ścić porwa­nia czy nawet jego próby; wią­za­łoby się to bowiem ze zbyt inten­sywną inte­rak­cją z ofiarą i poten­cjal­nie z poli­cją.

Kolejna rów­nie istotna kwe­stia: bez względu na to, czy osta­tecz­nym celem w spra­wie Degnan było jej porwa­nie, czy też zamor­do­wa­nie, czło­wiek tak cichy jak Heirens nie potra­fiłby kon­tro­lo­wać ofiary do takiego stop­nia, na jaki wska­zy­wały dowody. Sze­ścio­let­nie dziecko nie pój­dzie dobro­wol­nie i cicho z obcym, który wła­mał się do jego pokoju, aby je zabrać. Wyma­ga­łoby to znacz­nie wię­cej doświad­cze­nia i fine­zji, niż mógłby mieć sie­dem­na­sto­letni Heirens. Sam pomysł, że ktoś o jego uspo­so­bie­niu mógłby prze­trans­por­to­wać żywe lub mar­twe dziecko w inne miej­sce, jest nie­mal nie do pomy­śle­nia. Zasko­czy­łoby mnie także wyko­rzy­sta­nie do tego celu dra­biny, która ni­gdy wcze­śniej nie wcho­dziła w skład modus ope­randi Heirensa.

A teraz czyn­nik naj­waż­niej­szy z punktu widze­nia pro­fi­lera, który nie­mal zawsze oka­zuje się praw­dziwy. Po zamor­do­wa­niu i oka­le­cze­niu zwłok Suzanne Degnan w zacho­wa­niu i oso­bo­wo­ści sprawcy doszłoby do głę­bo­kiej zmiany. Sta­łoby się tak bez względu na to, kim oka­załby się sprawca, szcze­gól­nie widoczne byłoby to jed­nak w przy­padku mło­dego mor­dercy. Zro­biłby się nie­zwy­kle ner­wowy. Ludzie wokół zauwa­ży­liby nega­tywne zmiany w jego wyglą­dzie. Mógłby stra­cić na wadze albo zacząć się upi­jać. Wyda­wałby się nie­obecny i pogrą­żony w myślach. Śle­dziłby z uwagą dzia­ła­nia poli­cji i praw­do­po­dob­nie je komen­to­wał. Zmiana w jego zacho­wa­niu nie uszłaby uwagi oso­bom miesz­ka­ją­cym w sąsiedz­twie czy sty­ka­ją­cym się z nim w szkole.

Na pod­sta­wie licz­nych świa­dectw, które zło­żył on w póź­niej­szym cza­sie, można zre­kon­stru­ować, co działo się z Wil­lia­mem Heiren­sem po jego aresz­to­wa­niu.

Jak już wspo­mnie­li­śmy wcze­śniej, zabrano go do szpi­tala Bri­de­well, pod­le­głego pod wię­zie­nie hrab­stwa Cook, gdzie leczył się z obra­żeń, które odniósł w wyniku ogłu­sze­nia go przez poli­cjanta przy pomocy doniczki. Przez sześć dni zmu­szano go do dłu­gich prze­słu­chań o róż­nej porze dnia i nocy, odma­wiano mu jedze­nia i picia oraz wie­lo­krot­nie bito. Twier­dził, że ude­rzano go w kro­cze i przy­pa­lano ete­rem. Odmó­wiono mu kon­taktu z adwo­ka­tami i nie­mal do samego końca nie pozwo­lono na spo­tka­nie z rodzi­cami.

Dwaj psy­chia­trzy, dok­to­rzy Roy Grin­ker i Wil­liam H. Haines, zaapli­ko­wali mu pen­to­tal sodu - wów­czas uzna­wany za tak zwane serum prawdy - i prze­słu­chi­wali go przez trzy godziny, w trak­cie któ­rych ujaw­niła się jego druga, alter­na­tywna oso­bo­wość - Geo­rge'a Mur­mana. Z sesji tej nie zacho­wały się żadne nagra­nia ani szcze­gó­łowe zapisy pro­wa­dzo­nych roz­mów, nie spo­sób więc powie­dzieć, czy "Geo­rge" powstał w gło­wie samego Heirensa, czy też któ­ryś z leka­rzy - lub ktoś inny prze­by­wa­jący w pomiesz­cze­niu - zasu­ge­ro­wał mu jego ist­nie­nie. Pewne jest jed­nak, że kilka lat póź­niej jeden z psy­chia­trów potwier­dził, iż Heirens ni­gdy nie przy­pi­sał sobie żad­nego z trzech zarzu­ca­nych mu mor­derstw.

Póź­niej, w obec­no­ści kapi­tana poli­cji Micha­ela Aherna, pro­ku­ra­tora sta­no­wego hrab­stwa Cook Wil­liama Tuohy'ego oraz ste­no­gra­fi­sty, Heirens podał dodat­kowe szcze­góły doty­czące Geo­rge'a Mur­mana, który miał mu zle­cać wła­ma­nia i za któ­rego Heirens zawsze miał brać winę na sie­bie. I znów: jako że do naszych cza­sów nie zacho­wały się trans­kryp­cje roz­mów, nie wiem, ile z tego odpo­wiada fak­tycz­nym zezna­niom, ale był­bym wobec nich bar­dzo scep­tyczny. Gdy tylko infor­ma­cja ta ujrzała świa­tło dzienne, gazety osza­lały. Któż nie eks­cy­to­wałby się mor­dercą rodem z Dok­tora Jekylla i pana Hyde'a? Dodajmy do tego jesz­cze skra­dziony zestaw chi­rur­giczny zna­le­ziony w jego pokoju i książkę poświę­coną dewia­cjom sek­su­al­nym i otrzy­mamy ide­alny por­tret zdol­nego, mło­dego stu­denta, będą­cego w rze­czy­wi­sto­ści zbo­czeń­cem, gwał­ci­cie­lem i mor­dercą.

Zrzu­ca­nie winy na wymy­ślone posta­cie nie jest wcale rzadką prak­tyką wśród oskar­żo­nych. David Ber­ko­witz, znany jako "Syn Sama" i "Mor­derca kali­ber .44", ter­ro­ry­zu­jący mia­sto Nowy Jork w latach 1976 i 1977, twier­dził, że zabi­jać kazał mu liczący sobie trzy tysiące lat czarny pies. Psy­chia­trzy, któ­rzy zje­chali się, aby go prze­ba­dać, orze­kli schi­zo­fre­nię para­no­idalną. Brzmiało mi to dziw­nie podej­rza­nie, więc gdy roz­ma­wia­łem z nim lata póź­niej w wię­zie­niu sta­no­wym Attica i zaczął opo­wia­dać o psie, prze­rwa­łem mu, mówiąc: "Prze­stań pier­do­lić, David. Nie było żad­nego psa". Uśmiech­nął się i przy­tak­nął, że mia­łem rację. Facet był po pro­stu zwy­kłym sukin­sy­nem, który wymy­ślił sobie psa, aby tro­chę się wybie­lić i może przy oka­zji zdjąć z sie­bie odro­binę poczu­cia winy.

Ska­zany za mor­der­stwo Sedley Alley w pew­nym momen­cie zaczął twier­dzić, że do popeł­nie­nia prze­ra­ża­ją­cej zbrodni na star­szej sze­re­go­wej pie­choty mor­skiej Suzanne Col­lins zmu­siła go jego druga oso­bo­wość. Zetkną­łem się co prawda z fak­tycz­nymi przy­pad­kami oso­bo­wo­ści mno­giej u małych dzieci (wyko­rzy­sty­wa­nych fizycz­nie czy sek­su­al­nie), ni­gdy jed­nak nie spo­tka­łem się z tym, aby zabu­rze­nie to było wła­ści­wie zdia­gno­zo­wane u aresz­to­wa­nego, doro­słego mor­dercy.

Gdy­bym był obecny przy poja­wie­niu się kwe­stii Geo­rge'a Mur­mana, zało­żył­bym jedną z dwóch moż­li­wo­ści: albo podej­rzany wymy­ślił sobie tę osobę, aby udać sza­lo­nego lub czę­ściowo nie­po­czy­tal­nego, albo śled­czy zasu­ge­ro­wali mu jego ist­nie­nie, sta­ra­jąc się zamknąć sprawę.

Wkrótce potem Heirens został pod­dany punk­cji lędź­wio­wej, mają­cej na celu usta­le­nie, czy w wyniku ude­rze­nia doniczką nie doznał on uszko­dze­nia mózgu. Z jakie­goś powodu ten bole­sny zabieg prze­pro­wa­dzono w jego przy­padku bez znie­czu­le­nia, po czym natych­miast prze­wie­ziono go do biura detek­ty­wów, aby pod­dać bada­niu wario­gra­fem. Był tak obo­lały, że bada­nie prze­su­nięto o cztery dni, ale nawet wtedy otrzy­many wynik oka­zał się nie­jed­no­znaczny.

Ni­gdy nie byłem fanem wario­grafu. Nie­winne osoby w trak­cie bada­nia czę­sto są tak skraj­nie prze­ra­żone, że wywo­łany przez to stres emo­cjo­nalny fał­szuje ich praw­dziwe odpo­wie­dzi, pod­czas gdy socjo­paci rzadko kiedy mają pro­blem z okła­my­wa­niem pudełka, tak jak na co dzień nie mają pro­blemu z okła­my­wa­niem ludzi. Jest to narzę­dzie, które śled­czy sto­sują, aby przejść szybko do etapu prze­słu­cha­nia. W tym przy­padku, bez względu na uzy­skany wynik, test uznał­bym za cał­ko­wi­cie bez­war­to­ściowy.

W sprawę zaan­ga­żo­wano wielu gra­fo­lo­gów, któ­rzy porów­ny­wali przy­kłady daw­nych odręcz­nych zapi­sków Heirensa z napi­sem spo­rzą­dzo­nym szminką na ścia­nie oraz infor­ma­cją o oku­pie. Osią­gnięte przez nich rezul­taty były w naj­lep­szym razie nie­jed­no­znaczne. Kilku z nich nie zna­la­zło żad­nego podo­bień­stwa, nie byli oni także prze­ko­nani, czy napis "złap­cie mnie" i notatka w spra­wie okupu zostały spo­rzą­dzone przez tę samą osobę. Wiele lat póź­niej, w 1996 roku, David Gri­mes, eks­pert FBI w dzie­dzi­nie gra­fo­lo­gii, stwier­dził, że cha­rak­ter pisma Heirensa w jego notat­kach ze stu­diów nie pasuje ani do napisu wyma­lo­wa­nego szminką, ani do wia­do­mo­ści o oku­pie, które z kolei w żaden spo­sób nie pasują też do sie­bie wza­jem­nie.

Po zakwe­stio­no­wa­niu opo­wie­ści o Mur­ma­nie, wyni­ków badań wario­gra­fem i oceny gra­fo­lo­gicz­nej skło­nił­bym się ku naj­waż­niej­szemu aspek­towi pro­fi­lo­wa­nia: prze­szłych dzia­ła­niach mogą­cych suge­ro­wać dzia­ła­nia przy­szłe. W prze­szło­ści Billa Heirensa nie było niczego, co mogłoby suge­ro­wać, że w cza­sie wła­ma­nia czułby się on nie­kom­for­towo w obec­no­ści kobiety czy że byłby w sta­nie zamor­do­wać ją w bru­talny spo­sób. Nawet jeśli pod­czas wdzie­ra­nia się do czy­je­goś domu zostałby zasko­czony i by spa­ni­ko­wał, ktoś o jego oso­bo­wo­ści raczej po pro­stu zastrze­liłby ofiarę, aby uda­rem­nić jej pościg i unie­moż­li­wić zezna­wa­nie prze­ciwko niemu. Nie zada­wałby jej wie­lo­krot­nych cio­sów nożem. W ten spo­sób postę­puje ktoś, kto prze­ja­wia dłu­go­trwałą agre­sję wobec kobiet. Gdy doszło do trze­ciego mor­der­stwa w zało­żo­nym ciągu zbrodni, ktoś taki nie byłby w sta­nie pora­dzić sobie z dziec­kiem w spo­sób, na jaki wska­zy­wały dowody zna­le­zione w domu Degna­nów i w kana­łach.

Jak zapewne się już domy­śla­cie, nie wydaje mi się, aby Degnan została zamor­do­wana przez tę samą osobę, która zabiła Ross i Brown. Mor­der­stwo dwóch ostat­nich miało cha­rak­ter bar­dziej przy­pad­kowy, musiało zostać popeł­nione przez skłon­nego do ryzyka, moty­wo­wa­nego sek­su­al­nie wła­my­wa­cza, który gotów był zgwał­cić kobietę, jeśli nada­rzy­łaby się ku temu oka­zja. Moje przy­pusz­cze­nie jest poparte fak­tem, że w obu przy­pad­kach nie zgi­nęły żadne kosz­tow­no­ści. Żadne z nich nie paso­wało także do sche­matu dzia­łań Heirensa, który usta­no­wił on w trak­cie poprzed­nich wła­mań, ani też w jego zacho­wa­niu i pozo­sta­wio­nych na miej­scach zbrodni dowo­dach nie było niczego, co wska­zy­wa­łoby na roz­wój lub ewo­lu­cję jego skłon­no­ści prze­stęp­czych.

Z tego samego powodu nie możemy zigno­ro­wać także wcze­śniej­szych dzia­łań chi­ca­gow­skiej poli­cji w incy­den­cie z Hec­to­rem Ver­bur­ghiem. Jeśli tam­tejsi poli­cjanci byli do tego stop­nia zde­ter­mi­no­wani, aby wydo­być z tego star­szego, bied­nego woź­nego przy­zna­nie się do winy, tak że ten w wyniku prze­słu­cha­nia tra­fił na dzie­sięć dni do szpi­tala i miał póź­niej dłu­go­trwałe pro­blemy ze zdro­wiem, to skąd pew­ność, że nie byliby w sta­nie postą­pić tak raz jesz­cze? Wszel­kie wydo­byte przez nich od Heirensa zezna­nia należy uznać za z gruntu wąt­pliwe. Nawet jeśli zigno­ru­jemy wszyst­kie inne skargi na bru­tal­ność chi­ca­gow­skiej poli­cji w owym cza­sie, to w obli­czu tego, co spo­tkało Ver­bur­gha, twier­dze­nia Heirensa uznać należy za bar­dzo praw­do­po­dobne i wia­ry­godne.

Ze zja­wi­skiem tym spo­ty­ka­łem się wie­lo­krot­nie. Na szczę­ście ni­gdy mi ono nie spo­wsze­dniało i za każ­dym razem było rów­nie szo­ku­jące: podej­rzany prze­słu­chi­wany nie­ustan­nie przez wiele godzin w wysoce stre­su­ją­cym oto­cze­niu nie tylko powie śled­czym wszystko, co wydaje mu się, że ci chcą usły­szeć, ale stop­niowo zacznie także tra­cić kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, nie­kiedy zaczy­na­jąc wie­rzyć, że rze­czy­wi­ście zro­bił to, o co jest oskar­żany. I nie dzieje się tak jedy­nie w przy­padku osób o wyjąt­kowo niskim ilo­ra­zie inte­li­gen­cji takich jak David Vasquez, ale rów­nież dotyka to osób bar­dzo inte­li­gent­nych i dobrze wykształ­co­nych.

Jeśli cho­dzi o naj­bar­dziej obcią­ża­jący dowód rze­czowy - zakrwa­wiony odcisk palca pozo­sta­wiony na fra­mu­dze drzwi w miej­scu zamor­do­wa­nia Fran­ces Brown - to tu rów­nież musimy zacho­wać ostroż­ność. Było już powie­dziane, że odcisk paso­wał do notatki w spra­wie okupu, ale mógł powstać w cza­sie zapre­zen­to­wa­nia Heiren­sowi doku­mentu. Jesz­cze bar­dziej alar­mu­jące jest, że wielu eks­per­tów twier­dziło póź­niej, że odcisk z miesz­ka­nia Brown wyda­wał się "zro­lo­wany", tak jakby powstał w wyniku zasto­so­wa­nia tech­niki nano­sze­nia odci­sków do kar­to­teki. Innymi słowy, mógł zostać nanie­siony sztucz­nie. A żaden inny fizyczny dowód nie łączył Heirensa z żad­nym z trzech miejsc zbrodni.

Jest jesz­cze coś. Tak jak wszy­scy inni w Chi­cago, tak i adwo­kaci Heirensa, bra­cia Mala­chy i John Cogh­la­no­wie, wraz z Alvi­nem Han­sem i Rolan­dem Tow­lem byli prze­ko­nani o jego winie i ich pod­sta­wo­wym celem było ura­to­wa­nie klienta przed krze­słem elek­trycz­nym. Jak się póź­niej oka­zało, choć pro­ku­ra­tor sta­nowy Tuohy także wie­rzył w jego winę, nie był do końca prze­ko­nany o moż­li­wo­ści ska­za­nia go na pod­sta­wie jed­nego, ską­pego dowodu rze­czo­wego w postaci czę­ścio­wego odci­sku palca oraz poten­cjal­nego odci­sku pozo­sta­wio­nego na dziw­nej notatce w spra­wie okupu. Tak więc pro­ku­ra­tura i obrona usia­dły razem do stołu, aby usta­lić ugodę. Posta­no­wiono, że w zamian za przy­zna­nie się do winy Heirens otrzyma poje­dyn­cze doży­wo­cie za wszyst­kie trzy mor­der­stwa, co ura­tuje go od egze­ku­cji i umoż­liwi mu sta­ra­nie się o zwol­nie­nie warun­kowe w jakiejś odle­głej przy­szło­ści.

Cztery dni póź­niej "Chi­cago Tri­bune" opi­sało rze­kome "dru­gie zezna­nie" Heirensa, mimo faktu, że wszy­scy zaan­ga­żo­wani w sprawę zaprze­czyli, jakoby takie zezna­nie zostało kie­dy­kol­wiek zło­żone. Pre­stiż "Tri­bune" był jed­nak tak wielki, że inne chi­ca­gow­skie gazety szybko prze­ko­pio­wały podaną tam infor­ma­cję.

Jak się oka­zało, zapre­zen­to­wana w "Tri­bune" wer­sja doty­cząca mor­derstw pomo­gła adwo­ka­tom Heirensa w przy­go­to­wa­niu zezna­nia, które mieli oni przed­sta­wić w jego imie­niu przed sądem - dzięki niej byli w sta­nie uzu­peł­nić wiele szcze­gó­łów, co do któ­rych ich klient twier­dził, że nie miał o nich poję­cia. Heirens począt­kowo zgo­dził się pod­pi­sać zezna­nie, ale potem odwo­łał je, twier­dząc, że Tuohy stra­szył go doda­niem do listy jesz­cze jed­nej, nie­roz­wi­kła­nej sprawy mor­derstwa. W cza­sie gdy do niego doszło, Heirens prze­by­wał w popraw­czaku, o czym Tuohy albo nie wie­dział, albo nie przy­wią­zy­wał do tego spe­cjal­nej wagi. Praw­nicy Heirensa naci­skali na niego i jego rodzi­ców, aby przy­znał się do winy, i na tyle, na ile jestem w sta­nie dziś to oce­nić, szcze­rze wie­rzyli, że dzia­łają w naj­lep­szym inte­re­sie swo­jego klienta.

Trzy­dzie­stego lipca Wil­liam Tuohy zwo­łał w swoim gabi­ne­cie zebra­nie róż­nych urzęd­ni­ków oraz przed­sta­wi­cieli prasy w celu wysłu­cha­nia ofi­cjal­nego przy­zna­nia się do winy Heirensa. W ostat­niej chwili jed­nak Wil­liam Heirens się wyco­fał. Zaszo­ko­wało to obroń­ców, pro­ku­ra­tor sta­nowy wpadł w osłu­pie­nie. Gdy tylko publiczne przed­sta­wie­nie dobie­gło końca, Tuohy zmie­nił swoją pro­po­zy­cję z jed­nego doży­wo­cia na trzy. Praw­nicy Heirensa ostrze­gli go, że jeśli nie zacznie współ­pra­co­wać, grozi mu krze­sło elek­tryczne.

Tydzień póź­niej, 7 sierp­nia 1946 roku, Heirens opo­wie­dział o szcze­gó­łach zbrodni przed roz­go­rącz­ko­wa­nym tłu­mem dzien­ni­ka­rzy. Pią­tego wrze­śnia zło­żył zezna­nia, przy­zna­jąc się do popeł­nie­nia trzech mor­derstw przed sędzią głów­nym sądu kry­mi­nal­nego hrab­stwa Cook, Harol­dem G. War­dem. Po cza­sie stwier­dził: "Przy­zna­łem się, aby oca­lić życie". Było to nie­po­ko­jące nawią­za­nie do słów Hec­tora Ver­bur­gha, który prze­trzy­my­wany i tor­tu­ro­wany "przy­znałby się do cze­go­kol­wiek", gdyby tylko śledz­two potrwało dłu­żej.

Z wszyst­kich osób obec­nych na sali tylko jedna wyda­wała się mieć wąt­pli­wo­ści co do winy Heirensa: córka Jose­phine Ross - Mary Jane Blan­chard.

- Nie wie­rzę, że młody Heirens zamor­do­wał moją matkę - powie­działa repor­te­rowi "Chi­cago Herald Ame­ri­can". - Po pro­stu nie pasuje on do obrazu śmierci mojej matki. Przej­rza­łam wszyst­kie skra­dzione przez Heirensa rze­czy i nie ma tam nic, co by do niej nale­żało.

Tego samego wie­czoru Heirens pró­bo­wał powie­sić się w celi w wię­zie­niu hrab­stwa Cook, nakryto go jed­nak, nim zdą­żył się udu­sić. Powie­dział, że dopu­ścił się tego w akcie despe­ra­cji, nie mogąc pogo­dzić się z tym, że uznano go za win­nego, i że gdyby umarł, to być może spoj­rzano by na niego ina­czej. Moim zda­niem pró­bo­wał w ten spo­sób prze­ka­zać, że nie był w sta­nie pora­dzić sobie z nie­moż­li­wym do udźwi­gnię­cia baga­żem emo­cjo­nal­nym, któ­rym go obcią­żono.

Pią­tego wrze­śnia po mowach koń­co­wych pro­ku­ra­tury i obrony sędzia Ward ska­zał Heirensa na potrójne doży­wo­cie, wyklu­cza­jąc w ten spo­sób moż­li­wość ubie­ga­nia się przez niego o zwol­nie­nie warun­kowe. Gdy prze­no­szono go z wię­zie­nia Cook do wię­zie­nia Sta­te­sville, gdzie spo­tka­łem się z nim trzy­dzie­ści lat póź­niej, sze­ryf Michael Mul­cahy, jeden z nie­licz­nych przed­sta­wi­cieli władz, który trak­to­wał go życz­li­wie i z roz­wagą, zwie­rzył mu się:

- Pew­nie tego nie wiesz, Bill, ale jestem przy­ja­cie­lem Jima Degnana. Chciałby wie­dzieć tylko jedno: czy jego córka cier­piała przed śmier­cią?

- Nie wiem, czy cier­piała, sze­ry­fie Mul­cahy - odparł Heirens. - Bo ja jej nie zabi­łem. Pro­szę prze­ka­zać panu Degna­nowi, aby uwa­żał na swoją drugą córkę, bo kto­kol­wiek zabił Suzanne, na­dal pozo­staje na wol­no­ści.

Gdy Wil­liam Heirens - słaby, chory i przy­kuty do wózka inwa­lidz­kiego - zmarł 5 marca 2012 roku w wieku osiem­dzie­się­ciu trzech lat w wię­zie­niu Dixon, był naj­dłu­żej osa­dzo­nym więź­niem w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jak wspo­mniano wcze­śniej, miał osią­gnię­cia naukowe, a jego kar­to­teka na prze­strzeni lat była po pro­stu wzo­rowa, czym zasłu­żył sobie na sza­cu­nek wielu pra­cow­ni­ków pla­cówki.

Wie­lo­krot­nie podej­mo­wano próby wysta­ra­nia się o uła­ska­wie­nie dla Heirensa, a przy­naj­mniej uzy­ska­nie zwol­nie­nia warun­ko­wego i moż­li­wość wyj­ścia z wię­zie­nia, z czego naj­gło­śniej­sza była próba pod­jęta przez Dolo­res Ken­nedy, rad­czy­nię prawną pra­cu­jącą w Nor­th­we­stern Uni­ver­sity Cen­ter on Wrong­ful Convic­tions (Cen­trum do spraw nie­słusz­nie zasą­dzo­nych wyro­ków Uni­wer­sy­tetu Nor­th­we­stern), autorkę książki Wil­liam Heirens. His Day in Court. Did an Inno­cent Teena­ger Con­fess to Three Gri­sly Mur­ders? (Wil­liam Heirens. Dni przed sądem. Czy do popeł­nie­nia trzech odra­ża­ją­cych zbrodni przy­znał się nie­winny nasto­la­tek?). Zwol­nie­nia warun­ko­wego odmó­wiono mu co naj­mniej trzy­dzie­sto­krot­nie.

Dziś jest już zapewne za późno, aby z cał­ko­witą pew­no­ścią orzec, czy Wil­liam Geo­rge Heirens popeł­nił trzy bru­talne mordy, do któ­rych przy­znał się przed sądem. Ale po prze­ana­li­zo­wa­niu wszyst­kich dostęp­nych fak­tów i dowo­dów, po latach doświad­czeń w pro­fi­lo­wa­niu i prze­pro­wa­dza­niu ana­liz na potrzeby spraw kry­mi­nal­nych, nie wie­rzę już, że był mor­dercą, i sądzę, iż spę­dził więk­szość swo­jego życia za krat­kami, będąc nie­win­nym. Choć dziś jest już on poza zasię­giem ame­ry­kań­skiego wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, był­bym szczę­śliwy, gdy­bym mógł pod przy­sięgą przed­sta­wić swoje twier­dze­nia przed sądem.

Żałuję, że gdy po raz pierw­szy spo­tka­łem się z Bil­lem Heiren­sem, nie wie­dzia­łem wystar­cza­jąco dużo, aby dojść do tego wnio­sku i spró­bo­wać prze­ko­nać do niego innych. Zarówno w cza­sie mojej pracy w FBI, jak i po niej mnó­stwo ener­gii zuży­łem, aby wyzbyć się swo­jej począt­ko­wej naiw­no­ści.

Spę­dzi­łem karierę na poma­ga­niu stró­żom prawa w łapa­niu prze­stęp­ców: pory­wa­czy, mor­der­ców, osób pod­kła­da­ją­cych bomby i zwy­rod­nial­ców sek­su­al­nych, ludzi naj­gor­szego sortu. Czer­pa­łem z tego zaję­cia wiele satys­fak­cji. Ale aby praca ta miała jaki­kol­wiek sens, na pierw­szym miej­scu sta­wiać musimy zawsze spra­wie­dli­wość. A żeby postę­po­wać spra­wie­dli­wie, w pierw­szej kolej­no­ści musimy poszu­ki­wać prawdy - bez względu na to, dokąd nas ona dopro­wa­dzi.

Ame­ry­kań­ski pro­ces karny jest sys­te­mem podzi­wia­nym i czę­sto kopio­wa­nym na świe­cie. Ale tak jak już wspo­mnia­łem, nie jest ide­alny. Zda­rza się, że ska­zy­wani są nie­winni albo że winni uni­kają spra­wie­dli­wo­ści i są unie­winniani. Współ­czuję wszyst­kim ofia­rom. Trzeba mieć w sobie dużo pokory, aby przy­znać, że możemy i musimy sta­rać się dzia­łać jesz­cze lepiej niż dotych­czas.

Czę­sto zda­rza się, że wymiar spra­wie­dli­wo­ści działa w zły spo­sób, nie zna­czy to jed­nak, że mamy się od niego odwra­cać. Ide­alny wymiar spra­wie­dli­wo­ści jest celem nie­osią­gal­nym dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Ale mimo to powin­ni­śmy nie­ustan­nie do niego dążyć. Ana­liza kolej­nych spraw opi­sa­nych w tej książce ukaże kilka moich kro­ków pod­ję­tych w tym kie­runku.

Rozdział 3. "Dziś w nocy zamordowany zostanie niewinny człowiek"

Roz­dział 3

"Dziś w nocy zamor­do­wany zosta­nie nie­winny czło­wiek"

Co takiego jest w pro­ce­sach o mor­der­stwo, że pobu­dzają one ludzką wyobraź­nię? Dla mnie sta­no­wią one kul­mi­na­cję wielu mie­sięcy (a nie­kiedy lat) śledz­twa, ana­liz, sto­so­wa­nia róż­no­rod­nych metod pro­sek­to­ryj­nych i przy­go­to­wy­wa­nia świad­ków. Dla "zwy­kłych" ludzi, moim zda­niem, inte­re­su­jące jest jed­nak coś innego.

Sprawa o mor­der­stwo to naj­więk­sza zagadka i zara­zem swo­isty mora­li­tet - nie tylko kry­mi­nalny, sta­nowi ona bowiem rów­nież pyta­nie o to, do czego może posu­nąć się czło­wiek. Uwy­pu­kla kon­trast pomię­dzy jed­nostką a spo­łe­czeń­stwem, w któ­rym ona funk­cjo­nuje, a także mię­dzy emo­cjami, któ­rych wszy­scy doświad­czamy w praw­dzi­wym życiu, w tym przy­padku nie­tłu­mio­nych jed­nak przez normy spo­łeczne. Inte­re­su­jące moim zda­niem jest to, że trzy naj­więk­sze dzieła kul­tury Zachodu - dra­mat, msza oraz sąd - są znar­ra­ty­wi­zo­wa­nymi przed­sta­wie­niami o jasno nakre­ślo­nych trzech aktach - mają wstęp, roz­wi­nię­cie, zakoń­cze­nie - sku­pia­ją­cymi się na rela­cji jed­nostki ze spo­łe­czeń­stwem, walce mię­dzy tym, co słuszne, a tym, co nie­spra­wie­dliwe, oraz na osta­tecz­nym roz­wią­za­niu tego kon­fliktu.

Nie dziwi więc, że pro­cesy o mor­der­stwa zawsze nas fascy­no­wały. W nie­mal każ­dym miej­scu i cza­sie media sku­piają się na kon­kret­nej spra­wie, aby przed­sta­wić trwa­jący nie­ustan­nie kon­flikt mię­dzy prawdą i fał­szem, mię­dzy dobrem i złem, mię­dzy spra­wiedliwością i bez­pra­wiem. W żad­nym innym przy­padku kon­trast nie zary­so­wuje się tak ostro jak w spra­wie o to, czy oskar­żony zabił - czy też nie - dru­giego czło­wieka.

W 1976 roku, roz­strzy­ga­jąc w pię­ciu spra­wach nazwa­nych zbior­czo "Gregg kon­tra Geo­r­gia" (nazy­wa­nych także nie­kiedy, od daty ogło­sze­nia wyroku, "spra­wami 2 lipca"), Sąd Naj­wyż­szy Sta­nów Zjed­no­czo­nych zmie­nił wydane cztery lata wcze­śniej mora­to­rium doty­czące kary śmierci i uchwa­lił nowe stan­dardy, które musia­łyby zostać speł­nione, aby ją zasą­dzić.

Nie­mal natych­miast prze­ciw­nicy tego rodzaju kary zaczęli szu­kać sprawy, która w moż­li­wie naj­bar­dziej jaskrawy spo­sób poka­za­łaby ryzyko wią­żące się ze zgodą na to, aby pań­stwo mogło prze­pro­wa­dzać egze­ku­cje oby­wa­teli. Musiała to być sprawa, w któ­rej ponad uza­sad­nioną wąt­pli­wość dałoby się udo­wod­nić, że karę śmierci orze­czono za zbrod­nię, któ­rej oskar­żony nie popeł­nił.

Szu­kano jej bez powo­dze­nia przez kilka lat. Aż wresz­cie poja­wił się przy­pa­dek Rogera Keitha Cole­mana.

Grundy to mia­steczko w połu­dniowo-zachod­nim rogu stanu Wir­gi­nia. Poło­żone jest około trzy­na­stu mil od gra­nicy z Wir­gi­nią Zachod­nią, pięt­na­ście mil od Ken­tucky i zale­d­wie pięć­dzie­siąt zarówno od gra­nicy z Karo­liną Pół­nocną, jak i Ten­nes­see. Jest sto­licą hrab­stwa Bucha­nan i leży w samym sercu Appa­la­chów. Jak w przy­padku wielu innych mia­ste­czek poło­żo­nych wzdłuż tego łań­cu­cha gór­skiego, główne źró­dło utrzy­ma­nia jego miesz­kań­ców sta­nowi wydo­by­cie węgla.

We wto­rek 10 marca 1981 roku około godziny czter­na­stej pięt­na­ście dwu­dzie­sto­jed­no­letni Bra­dley D. McCoy wyszedł ze swo­jego małego, muro­wa­nego, pobie­la­nego domku w pobliżu Slate Creek na przed­mie­ściach Grundy i udał się do pracy w Uni­ted Coal Com­pany. Zmianę zaczy­nał o pięt­na­stej. Zarząd kopalni uwa­żał Brada za bystrego i gor­li­wego pra­cow­nika, więc zamiast wysłać go na dół, aby wydo­by­wał węgiel, zaofe­ro­wano mu pracę w biu­rze. W cza­sie prze­rwy o dwu­dzie­stej pierw­szej męż­czy­zna zadzwo­nił do swo­jej żony - Wandy Faye. Wanda miała dzie­więt­na­ście lat, nie pra­co­wała zawo­dowo i nie czuła się kom­for­towo, prze­by­wa­jąc samot­nie w domu, gdy Brad był w kopalni, dzwo­nił więc do niej w wol­nych chwi­lach, by spraw­dzić, jak jego żona się czuje. Roz­ma­wiali o zwy­czaj­nych spra­wach, mię­dzy innymi o tym, na co prze­zna­czą zwrot podatku, na który wła­śnie cze­kali.

Gdy Brad wró­cił do domu około dwu­dzie­stej trze­ciej pięt­na­ście, zasko­czyło go, że przed domem było ciemno - Wanda zwy­kle zosta­wiała dla niego włą­czone świa­tło na ganku. W dodatku zewnętrzne drzwiczki były otwarte - a jego żonę cecho­wała ostroż­ność i pil­no­wała takich rze­czy. Pod­szedł do drzwi wej­ścio­wych, otwo­rzył je swoim klu­czem i wszedł do salonu. Świa­tło i tele­wi­zor były włą­czone; sto­lik kawowy nie stał na swoim miej­scu, a na pod­ło­dze dostrzegł coś, co wyglą­dało jak kro­ple krwi. Zawo­łał Wandę, ale nie usły­szał odpo­wie­dzi.

Pobiegł do sypialni, gdzie ujrzał żonę na pod­ło­dze, leżącą na ple­cach. Ramiona miała wycią­gnięte nad głową, włosy zasła­niały jej twarz, a nogi były sze­roko roz­ło­żone. Swe­ter i sta­nik miała pod­cią­gnięte pod samą szyję. Nie­bie­skie majtki były opusz­czone do kostek, dżinsy leżały na łóżku. Jedyną czę­ścią jej stroju, która pozo­stała na miej­scu, były nie­bie­skie skar­petki w paski. Na piersi, szyi i z boku głowy znaj­do­wała się duża ilość krwi.

Cho­ciaż prze­ra­żony, Brad zacho­wał na tyle przy­tomny umysł, aby nie doty­kać ciała. Zadzwo­nił do swo­jego ojca Maxa, eme­ry­to­wa­nego pra­cow­nika kopalni zna­nego jako Hez­zie, który miesz­kał w pobliżu. Hez­zie zadzwo­nił do biura sze­ryfa hrab­stwa Bucha­nan, po czym udał się do domu Brada i Wandy, aby zacze­kać tam na poli­cję.

Jako pierw­szy funk­cjo­na­riusz na miej­scu zbrodni poja­wił się sier­żant Ste­ven D. Cole­man, który przy­je­chał około dwu­dzie­stej trze­ciej dwa­dzie­ścia pięć w towa­rzy­stwie jesz­cze jed­nego poli­cjanta. Pró­bo­wał spraw­dzić puls Wandy, doty­ka­jąc jej szyi, ale rana cięta była tak duża, że nie zdo­łał zna­leźć nawet jed­nego nie­tknię­tego naczy­nia krwio­no­śnego.

Kilka minut póź­niej przy­je­chał Ran­dall S. Jack­son, szef poli­cji z Grundy. Dotknął nad­garstka Wandy i stwier­dził, iż na­dal jest cie­pły, ale nie da się wyczuć pulsu. Naka­zał zabez­pie­cze­nie miej­sca zbrodni i wezwa­nie koro­nera - dok­tora Tho­masa D. McDo­nalda. Dok­tor McDo­nald miesz­kał nie­da­leko, przy­je­chał więc bar­dzo szybko. Orzekł zgon ofiary, stwier­dza­jąc, że przy­czyną śmierci była "rana cięta szyi". Na pod­sta­wie tem­pe­ra­tury ciała i braku śla­dów stę­że­nia pośmiert­nego oce­nił, że śmierć nastą­piła mię­dzy dwu­dzie­stą drugą a dwu­dzie­stą trze­cią. Zde­cy­do­wał się nie ruszać ciała do przy­jazdu jed­nostki spe­cjal­nej poli­cji sta­no­wej, która miała zba­dać miej­sce zbrodni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki