Rozdział 1
1
SAMOCHÓD STAŁ Z OTWARTYMI DRZWIAMI. Silnik pracował, reflektory rzucały
w noc światło aż do podpory mostu na południu. Scena sprawiała wrażenie
nierzeczywistej. Jezdnie były puste. Niebo na zachodzie zdawało się
ogromne. Od zmroku wciąż było czerwone, jak gdyby wczoraj nie chciało
wpuścić nadchodzącego dnia.
Od północy nadjechał drugi samochód. Kierowca musiał ominąć stojący wóz.
Zatrzymał się dwadzieścia metrów dalej i wysiadł. Doleciał go krzyk
mewy. Pachniało oleiście i słono. Wszędzie było cicho, jakby most
znajdował się w innym, osobnym świecie. Słychać było tylko warkot dwóch
silników. Kierowca podszedł bliżej. Auto wyglądało na porzucone. W środku nikogo. Miejsce kierowcy puste. Wszystkie drzwi były otwarte.
Wyglądały jak cztery skrzydła, jak gdyby samochód właśnie przeobrażał
się w ptaka, żeby opuścić most. Albo w ogromnego, lśniącego czernią
owada. Zauważył przelotne mignięcie lakieru, jakby nagły powiew wiatru
coś zmienił. Usłyszał okrętowy gwizdek, buczek przeciwmgłowy, coś w tym
rodzaju. W dole, na rzece, toczyło się życie. Mgła była cienka jak
szkło. Skoczek, pomyślał. Nieszczęśnik, który miał dość, przyjechał i skoczył. Zresztą nie pierwszy raz. Most Älvsborg to numer jeden w kraju,
jeśli chodzi o liczbę samobójstw. Do wody daleko. Albo wysoko, jak się
spojrzy od dołu. Lądowanie na powierzchni wody wygląda jak uderzenie o beton. Taki skok to decyzja ostateczna. To nie jest wołanie o pomoc.
Wybrał numer centrali policji. Rozpoznał nazwisko i głos oficera
dyżurnego.
- Dobry wieczór, mówi Lars Bergenhem.
- Cześć, Lars. Jeszcze nie śpisz o tej porze?
- Stoję przy moście Älvsborg. Stoi tu lexus, pusty, na jałowym biegu.
Otwarte drzwi. Sądzę, że facet skoczył.
- Wyślemy radiowóz. Gdzie dokładnie?
- Od południa. Za szczytem.
- Dobra, już jadą.
Inspektor policji kryminalnej Lars Bergenhem podszedł jeszcze bliżej. Nie był na służbie. Był tylko kierowcą, który przejeżdżał tędy o świcie. Nie musiał się z niczego tłumaczyć. To przypadek, że jechał akurat tędy. Chciałby, żeby to było takie proste. Mężczyzna próbował omijać największe kałuże. Woda była wszędzie, bajora, niemal stawy, małe jeziorka. Obszedł dokoła kałużę, która wyglądała na głęboką. Na ulicy nie było ruchu. Noc wisiała nad miastem od kilku godzin, przyduszała je. Przeszedł na drugą stronę ulicy. Nie szedł bez celu. Miał zamordować człowieka. Przeszłość to płaszcz, który ciężko wisi na ramionach. Człowiek nosi go w każdą pogodę. Spojrzał w niebo. W górze, nad całym światem, rozpościerało się czarne piekło. W tamtej chwili nie mógł sobie wyobrazić, żeby na drugiej półkuli mógł być jakiś świt czy poranek. Wszędzie była noc. Jego noc. Noc kogoś innego. Czuł w kieszeni ciężar pistoletu. Pistoletu kogoś innego. Dlaczego nie wrzucić go do którejś z kałuż? Przy tej cholernej pogodzie nie znajdą go do następnego lata, a może nawet wtedy nie. Deszcz będzie padał dalej. Miasto zleje się z morzem. Wcale nie jest daleko do morza, praktycznie już tu jest. A rzeka jest szersza niż kiedykolwiek. Idę teraz przez rzekę, właśnie wysadziła zapory. Idę po wodzie. Nie mam dziur w butach, ale woda wlewa się do środka. Czuję, że mam mokre stopy. Przeszedł z zachodu na wschód, przez całe centrum miasta. Czy śledził go samochód? Na początku. Kiedy wychodził z domu. Przez kanał. Widział ten samochód na Allén, to na pewno był ten. Na wysokości pomnika schował się w bramie. Wyszedł, kiedy samochód odjechał. Pieprzone bydlaki. Ale bez sensu było tak myśleć, to tylko marnowanie energii. Powtarzał to sobie w myślach, idąc między ciemnymi domami poniżej dawnego budynku uniwersytetu. Wiele lat temu wchodził tam z nadzieją. Na studiach ciężko pracował. Boże, tyle zmarnowanej energii. Pistolet nie ciążył tak bardzo w kieszeni, kiedy o nim nie myślał. Ale myślał o nim przez całą drogę. O nim i o człowieku, którego miał zastrzelić. Widział go wczoraj. To był pierwszy raz. Wczoraj! Nigdy z nim nie rozmawiał. Twarz. Już jest prawie martwy. Jak ja. Jestem martwym człowiekiem, który chodzi po ulicach. W USA mają na to specjalne określenie. Dead man walking. Idę na egzekucję kogoś innego. Choć to także moja własna. Egzekucja kata, wkrótce. To nastąpi. Znów mruczał do siebie półgłosem, ktoś przechodzący obok na pewno by usłyszał, ale na ulicy nie było nikogo. Padało coraz bardziej. Zatrzymał się przed bramą. Odwrócił się. Samochodu nie było. Czy raczej on go nie widział. Ale tam był, jasne, że tam był. Spojrzał w górę, na fasadę budynku. W większości okien się świeciło. Świeciło się na trzecim piętrze. Był tam balkon. Widział to wczoraj. Widział mężczyznę stojącego na swoim balkonie, patrzącego gdzieś w dal, ponad dachami. Popatrzył na swoją dłoń. Wstukał kod. Dostał go od nich wczoraj. I to też. Zamek zabrzęczał jak mały rój pszczół. Pchnął drzwi. Bergenhem stał przed porzuconym samochodem. Długo stał na jałowym biegu.
Zostawienie tak samochodu na dłużej niż minutę było naruszeniem
lokalnych przepisów ruchu drogowego. Bergenhem naciągnął rękawiczki,
schylił się i wyłączył silnik. Tylko jeden kluczyk, żadnego łańcuszka
ani kluczyka zapasowego. Stał i patrzył na południe. Widział kaskady
błękitnego światła z kogutów zaparkowanego radiowozu. Smugi światła
mieszały się z niebiesko-czerwonym niebem. Słyszał przeciągłe wycie
syreny, jak pozdrowienie. Włączył latarkę i oświetlił wnętrze samochodu.
Siedzenia były obite jasną skórą, chyba beżową. Dostrzegł dziurę w oparciu fotela pasażera. Jak po kuli. Nachylił się niżej i poświecił na
nią. W środku coś błysnęło. Nachylił się jeszcze niżej. To była kula, z pistoletu albo rewolweru. Miękka wyściółka ochroniła ją, wyglądała na
całą, do diabła, to na pewno była kula. Dokładnie oświetlił latarką całe
wnętrze, ale nie zauważył innych śladów po kulach. Wycofał się i zadzwonił do centrali.
Przyjechali technicy. Erika Djurberg robiła zdjęcia. Błyski lampy
niewiele teraz dawały. Nad morzem i lądem zaczynał się ranek. Kolega
Eriki obejrzał wnętrze, a potem zbadał otoczenie. Miejsce jest tak samo
ważne jak sam przedmiot. Dlaczego tutaj? Dlaczego nie tam? Dlaczego na
moście? Dlaczego nie na lądzie?
- Nie widziałem śladów krwi - oświadczył Bergenhem.
Lars Östensson nie odpowiedział.
- Ale ktoś tam w środku wystrzelił z pistoletu - ciągnął Bergenhem.
- Widzę - powiedział Östensson i podniósł wzrok. - Wygląda na kaliber
dziewięć.
Bergenhem skinął głową.
- Ale jeśli mamy szczęście, to może to być coś bardziej niezwykłego -
dodał Östensson. - Przekonamy się w garażu.
Zadzwonił do garażu techników policyjnych, do Mölndal, i poprosił, żeby
ktoś z nich odholował samochód.
- Znalazłeś właściciela? - zapytał Östensson.
Nie.
Kazał sprawdzić rejestr samochodów, jak tylko wysiadł z auta. Samochód
zarejestrowano na niejakiego Rogera Edwardsa, Eckragatan 44, Västra
Frölunda. Eckragatan, to na L?ngedrag. Kawałek dalej na zachód. Z miejsca, gdzie teraz stał, mógł zobaczyć tę dzielnicę albo przynajmniej
ją sobie wyobrazić. Widział Nya varvet, Stora Billingen, bazę marynarki
wojennej za Hästevik, T?ngudden, a dalej L?ngedrag.
Podszedł do balustrady i spojrzał w dół. Przerażająca odległość.
Otchłań. Widział, jak od zachodu zbliża się niebiesko-biała łódź.
Policja wodna z Nya varvet. Jeśli gdzieś tam w dole jest ciało, powinni
je znaleźć. Czy to będzie Roger Edwards? Zbyt zmęczony życiem. Próbował
się zastrzelić, ale dłoń za bardzo mu drżała, więc zdecydował się na
bardziej niezawodny sposób?
- Nie zgłoszono kradzieży tego samochodu - dodał Bergenhem.
Zauważył błysk flesza. Erika stała kilka metrów od niego. Wyglądała,
jakby fotografowała przepływającą w dole łódź policyjną i świt nad
wejściem do portu. Słońce wschodziło za ich plecami. Je też na pewno
sfotografowała. Przez ostatnich kilka tygodni ciągle padało. Wczesna
jesień. Zapowiedź sześciu miesięcy mroku, znowu. Coś takiego może
doprowadzić człowieka na skraj, do skoku na betonową powierzchnię rzeki.
- To ja lecę na Eckragatan - powiedział Bergenhem, właściwie do nikogo. Przed Gnistängstunnel jeszcze nic nie zapowiadało korka. Bergenhem
skręcił z Västerleden i jechał dalej Torgny Segerstedtsgatan. Mgła
kłębiła się przed jego samochodem i mieszała ze światłem poranka.
Kościół Älvsborg wystrzelał prosto w szare niebo, szczyt jego wieży
wyglądał jak dzida. Bergenhema naszło nieoczekiwanie skojarzenie
seksualne: zwierzę o dwóch grzbietach. Udało mu się je odpędzić, kiedy z siedzenia obok wziął płytę i wsunął ją do odtwarzacza. Pijany głos
Lucindy Williams zapytał, czy dobrze się czuje. Are You Alright? Nie,
nie czuje się alright. Zza zakrętu przy Hinsholmen wyjechał pierwszy
tego dnia tramwaj. W takim tempie, jakby był ostatnim dzisiaj albo
ostatnim w życiu. Bergenhem nie uważał. Zniosło go na bok, w stronę
Henkers Bar & Grill. Na wysokości skrzyżowania z dawną
L?ngedragsvägen zapanował nad samochodem. Przy Palmsundsgatan skręcił w prawo i znalazł się na Eckragatan.
Dom numer czterdzieści cztery był nowy, w stylu Willa Nordic. Proste
linie, biały tynk, czerwone i niebieskie detale, kilka okrągłych okien,
klimat morski. Kolory zaczęły się wyłaniać z szarości poranka. Bergenhem
wysiadł i po kilku krokach stanął przed drzwiami. Działka była
niewielka, w L?ngedrag nie było dużych działek budowlanych, prawie w ogóle nie było działek. Edwards musiał mieć szczęście i dużo pieniędzy.
Drzwi były niebieskie, z okrągłym okienkiem. Może szczęście Edwardsa
właśnie się skończyło, może właśnie płynęło w ciężkich nurtach rzeki.
Może tego właśnie chciał. To nie było nieszczęście. Bergenhem nacisnął
dzwonek. Słyszał go w środku jak echo. Dom był pusty i opuszczony,
zupełnie jak samochód na moście Älvsborg. Nikt nie zapalił światła. Nie
było widać sąsiadów. Ulica spała, całe L?ngedrag jeszcze spało. Ludzie
nadal leżeli w łóżkach. On też tej nocy leżał w łóżku, tak długo, jak
tylko zdołał wytrzymać, a potem wstał, wsiadł w samochód i z Torslandy
pojechał do miasta. Martina nie wstała, kiedy siedział w kuchni. Nie
biegła za nim, kiedy odjeżdżał sprzed ich szeregowego domku. Nie miała
odwagi, pomyślał, widząc swój dom we wstecznym lusterku.
Ten dom był cichy. Bergenhem wrócił do samochodu. Nie był zmęczony.
Zjechał z pobocza i ruszył na wschód. Po kilkuset metrach minął
mężczyznę. Szedł chodnikiem z przeciwka. Ze spuszczoną głową. Omijał
Bergenhema wzrokiem i to przesądziło sprawę. Bergenhem zatrzymał się i wysiadł. Mężczyzna szedł dalej, nawet się nie odwrócił. Bergenhem
powstrzymał odruch, żeby go zawołać. Zobaczył, że mężczyzna przechodzi
na drugą stronę. Teraz się odwrócił. Bergenhem nadal stał na swoim
miejscu. Uniósł dłoń w geście pozdrowienia. I wtedy tamten rzucił się do
ucieczki. Przebiegł obok domu Edwardsa i uciekał dalej, w stronę
L?ngedragsskolan, a potem zniknął za wielkim budynkiem szkoły. Zniknął,
zanim Bergenhem zdążył zawołać. Ale jak go zawołać? Po nazwisku? Czy to
był Edwards? Bergenhem wskoczył do samochodu, wjechał na najbliższy
podjazd, nawrócił i pojechał za uciekinierem. Dostrzegł go na
Saltholmsvägen. Teraz szedł, jakby uciekanie biegiem było bez sensu.
Skręcił w stronę boiska do rugby. Jasność wylewała się znad
Hinsholmskilen. Mężczyzna szedł w stronę portu jachtowego. W porannym
słońcu jego sylwetka wyglądała jak płaskorzeźba. Bergenhem znów wysiadł
i natychmiast poczuł zapach soli i wodorostów.
- Halo! - zawołał.
Mężczyzna nie zareagował. Nawet się nie odwrócił.
- Halo, niech pan zaczeka! - zawołał Bergenhem i puścił się biegiem.
Mężczyzna szedł teraz ścieżką wzdłuż wody. Odwrócił się i dostrzegł go.
Znów zaczął biec.
- Halo, niech pan zaczeka! Edwards! Roger Edwards! Policja!
Mężczyzna się nie odwracał. Wbiegł między łodzie. Niedawno wyciągnięto
je na ląd po sezonie. Niektóre były jeszcze częściowo zanurzone.
Bergenhem widział między kilami nogi mężczyzny. Zatrzymały się.
Bergenhem okrążył wielką żaglówkę, za którą stały. Mężczyzna trzymał
ręce w górze, jakby się poddawał. Ale dlaczego? Bergenhem zatrzymał się
przed nim. Mężczyzna patrzył w ziemię, jego spojrzenie mogło kryć
zarówno strach, jak i agresję. Obaj ciężko oddychali. Bergenhem
wyciągnął legitymację.
- Bergenhem - wydyszał. - Policja.
- A o... o co chodzi? - odpowiedział mężczyzna. Nie spuszczał wzroku z legitymacji Bergenhema.
- Roger Edwards? - zapytał Bergenhem. - Nazywa się pan Roger Edwards?
Mężczyzna zawahał się, jakby nie pamiętał swojego nazwiska.
- Chodzi o samochód - wyjaśnił Bergenhem. - Samochód Rogera Edwardsa.
Mężczyzna skinął głową.
- To pan jest Edwards.
- Tak... a co z samochodem? Znaleźliście go?
- Znaleźliśmy? Co pan ma na myśli?
- Wczoraj został skradziony.
- Dlaczego nie zgłosił pan kradzieży?
- Nie zdążyłem.
Mówiąc to, spojrzał na Bergenhema. Oczywiste, prymitywne kłamstwo.
- Mam w to wierzyć? - zapytał Bergenhem.
- Gdzie go znaleźliście?
- A gdzie został skradziony?
- Hm... przy Käringsberget. Sprzed sklepu Konsumu.
- Kiedy to się stało?
- Wczoraj wieczorem, mówiłem już. Późnym wieczorem, przed dziesiątą. O dziesiątej zamykają. Śpieszyłem się i wbiegłem do środka, żeby jeszcze
zdążyć coś kupić, a kiedy wyszedłem, auta nie było.
- Było zamknięte? - zapytał Bergenhem.
- Hm... nie.
- Dlaczego?
- Mówiłem już, że się śpieszyłem. Zaparkowałem tuż przy wejściu. Kto
mógłby pomyśleć, że stamtąd też mogą ukraść?
- A dlaczego tam nie?
- Przecież tam się nic nie dzieje. W tej dzielnicy mieszkają sami
porządni, praworządni ludzie.
- W takim razie to musiał być jakiś gość - rzucił Bergenhem.
- Hm... co... no tak.
- Gdzie były kluczyki?
- Chyba w stacyjce, obawiam się.
- Co pan kupował?
- Słucham?
- Co pan kupił w Konsumie?
- Papierosy.
- Okej, wyszedł pan ze sklepu i samochodu nie było. I co pan zrobił?
- Poszedłem do domu.
- Poszedł pan do domu? Pański lexus został właśnie skradziony, a pan
spokojnie idzie sobie do domu?
- Śpieszyło mi się.
- Do czego?
- A to już moja sprawa.
- Cała ta historia w żadnym wypadku nie jest tylko pańską sprawą.
- O co tak naprawdę chodzi? - zapytał Edwards. - Okej, nie zdążyłem
zgłosić kradzieży. Miałem to zrobić teraz, rano. Gdzie jest samochód?
Bergenhem zastanawiał się krótką chwilę. Kilka mew krążyło nad nimi z zaciekawieniem, tam i z powrotem. Dokąd ich ta historia zaprowadzi?
Bergenhem spojrzał na zegarek.
- Teraz pewnie stoi w policyjnym garażu - powiedział.
- Ale dlaczego?
- Ktoś oddał w nim strzał.
- Strzał? Jaki strzał?
Bergenhem nie odpowiedział.
- To nie byłem ja - zapewnił Edwards.
Rozdział 2
2
KOMISARZ POLICJI KRYMINALNEJ ERIK WINTER stał przy oknie swojego biura z widokiem na Fattighus?n. Wiedział, że rzeka gdzieś tam jest, ale w ciemności jej nie widział. Wieczorne światła nadawały sunącym po szybie
kroplom deszczu różne barwy, wyglądały jak wzór z koralików. Może to
było ładne. Winter miał już na sobie płaszcz przeciwdeszczowy. Był gotów
wyjść w tę ciemność. Jeszcze na kilka minut zatrzymały go sprawy,
których akta leżały na biurku w dwóch niewielkich stosach. Jedna
dotyczyła samochodu porzuconego na moście Älvsborg, z dziurą po kuli w oparciu fotela. Druga podejrzanych działań w okolicy Hissingen,
niewykluczone, że chodziło o przemyt narkotyków.
Wydział dochodzeniowo-śledczy nie mógł obarczać wszystkimi takimi
sprawami wydziału narkotykowego.
Na biurku zadzwonił telefon. Winter odwrócił się, przeszedł przez pokój
i sięgnął po słuchawkę.
- Słucham?
Rozpoznał niechęć w swoim głosie. Nie lubił tego.
- Może powinnam zadzwonić kiedy indziej - powiedział głos w słuchawce.
- Przepraszam cię, Angelo. Myślałem, że to ktoś inny.
- Kto taki?
- Jakiś cholerny policjant ze złymi wiadomościami, przez które nie będę
mógł iść do domu.
- Jest wprost przeciwnie, Eriku.
- Dzięki.
- Więc jesteś wolny i możesz iść do domu.
- To naprawdę dobra wiadomość.
- Jest trochę później, niż się spodziewałam.
- Lilly już śpi?
- Wkrótce będzie.
- Powiedz jej, że się starałem.
- Na pewno zrozumie.
- A jutro wstanę z kurami.
- Z jakimi kurami?
- To takie szwedzkie powiedzenie, Angelo.
- Aha.
- Wstanę rano z kurami, choć przez cały tydzień jest sobota.
- To samo powiedziała dziś Elsa. Chyba śpiewali taką piosenkę w przedszkolu. Sobota przez cały tydzień.
Angela dorastała w Lipsku i Berlinie, zanim jej rodzicom, państwu
Hoffmannom, udało się wydostać na Zachód, do wolnego świata. Była wtedy
dziewczynką. Teraz, jako stosunkowo młoda internistka, pracowała w szpitalu uniwersyteckim Sahlgrenska. Winter był komisarzem o ogólnym
zakresie obowiązków w policji kryminalnej, nadal, podobnie jak ona, dość
młodym jak na komisarza, ale w policji pracował już dziewiętnaście lat.
Wkrótce miał obchodzić dwudziestą rocznicę. Jeszcze przed
pięćdziesiątymi urodzinami. Rocznica, urodziny. Chyba rzeczywiście życie
jest niekończącą się sobotą.
Winter przechodził przez Heden. Zmierzch już zapadł, wsiąkł w żwirowe
podłoże i zrobił miejsce ciemności. Drużyna amatorów rozgrywała mecz
piłki nożnej w słabym elektrycznym świetle. Ich okrzyki po kilku
sekundach opadały na ziemię. Winter jako junior był całkiem niezłym
środkowym obrońcą, mógł grać dalej, wielką karierę miał w zasięgu ręki,
gdyby nie poważna kontuzja kolana podczas meczu ze Skogen na
Slottskogsvallen pod koniec lat siedemdziesiątych. Rok później klub
Sandarna BK musiał szukać nowego talentu. Już nie miał odwagi grać
ofensywnie, choć od czasu do czasu grywał jeszcze w zespole policji
kryminalnej, póki Halders nie doprowadził do wykluczenia ich z rozgrywek, bijąc sędziego pewnego pięknego wieczoru. Tak pięknego jak
ten. Chmury uniosły się, kiedy mrok opadł na miasto, a domy i ulice
otoczyła błękitna aureola, tak stosowna do pory roku. Kiedy Winter
patrzył w niebo, z północnego zachodu nadleciał chłodny podmuch. Winter
musiał mocniej otulić się płaszczem i iść dalej pod wiatr Södra vägen,
by potem skręcić w Vasagatan i przeciąć Avenyn. Pod wiatami naprzeciwko
Pressbyr?n ludzie czekali na swoje tramwaje i autobusy, ale on miał do
domu jeszcze tylko siedemset metrów.
Elsa ściągnęła mu drugi but.
- Dziękuję, moja służko.
- Nie jestem twoją służką!
- No to kim jesteś?
- Jestem królową - odparła Elsa i z łoskotem upuściła but na drewnianą
podłogę.
- Cśśś... obudzisz siostrzyczkę. Nie obudź księżniczki.
- E tam, ona ciągle tylko śpi.
- Tego bym nie powiedział.
- Ona jest śpiochem!
- A ty, skoro jesteś królową, możesz iść do kuchni i przynieść mi coś do
picia, a ja w tym czasie przejdę do salonu.
- A co to salon?
- Nasz duży pokój. Ale w dobrych domach zawsze mówi się salon.
- Przedtem chyba tak nie mówiliśmy?
- Naprawdę?
- Naprawdę. To znaczy, że nie jesteśmy dobrym domem?
- Oczywiście, że jesteśmy, kochanie. Jednym z najlepszych.
- Nie jesteśmy najlepsi?
Winter usłyszał przelotny śmiech. Podniósł wzrok.
- No i jak teraz z tego wybrniesz?
Angela uśmiechała się do niego.
- Jak dobrym domem jesteśmy? - zapytała.
- Tak samo dobrym jak inne dobre domy - powiedział i wstał. - Czy któraś
z królowych może przynieść królowi coś dobrego do picia? Król udaje się
do salonu.
Bergenhem stwierdził, że siedzi w pracy, na swoim krześle. Pamiętał, że
jechał przez most Älvsborg, a potem dalej w stronę miasta, ale to
wszystko. Przejechał przez centrum, jakby był nieprzytomny. Zaparkował
przed komendą. Wszedł do swojego pokoju. Nieprzytomny. Totalny
blackout. Wielki Boże. To nie pierwszy raz. Mógł rozjechać jakiegoś
nieszczęśnika. Czy z moją głową coś jest nie tak? Tamto uderzenie... to
było dziesięć lat temu, może nawet trzynaście. Tak, trzynaście. To nie
jest dobra liczba. Myśleli, że nie żyję. Może nawet wyzionąłem na chwilę
ducha. Ale nie poświęciłem życia, nie wtedy. To była tylko głupota. I coś jeszcze. Wczoraj jechałem przez most i widziałem samochód. To
pamiętam. Rogera Edwardsa też pamiętam. Nie skoczył. Nie zgłosił. Nie
strzelał. Tak powiedział. Dużo pytań się nasuwa.
Telefon na biurku wyrwał go z rozmyślań o życiu i śmierci, nadziei,
rozpaczy i głupocie.
Odebrał bez słowa i przez chwilę słuchał wzburzonego głosu.
- Nie tutaj - powiedział. - Nie teraz.
Mała królowa wróciła ze szklaneczką whisky. Niosła ją, jakby to był
dzban ze złotem, którym zresztą była, a przynajmniej tak wyglądała.
- Jak ty możesz to pić, tato? Fuj!
Poczuł aromat wrzosu i torfu, oceanu i nieba.
- To będzie długa historia, kochanie.
- Opowiedz!
Łyknął ze szklanki. Smaki prawie takie same jak aromaty.
- Opowiedz, tatusiu!
- W krainie zwanej Szkocją dawno, dawno temu mieszkali w grocie nad
morzem starzec i staruszka.
Elsa się uśmiechnęła. Słyszała już kiedyś tę historię, a przynajmniej
jedną z jej wersji. Winter nie pamiętał, ile wersji opowiedział przez
ostatnie lata.
- Nazywali się MacGregor - mówił dalej.
- To znaczy syn - wtrąciła Elsa. - Macdonald znaczy syn.
- Masz rację.
- Tak samo jak ktoś, kto się nazywa Eriksson.
- Właśnie.
- To może ja też będę mogła się nazywać Eriksson, jak będę duża?
- Jeśli zechcesz.
- Ale ja nie jestem synem! To w takim razie będę Eriksdotter, córka
Erika!
Winter skinął głową.
- Tylko że wtedy nie będę się już nazywała Winter.
- No tak, może byłoby szkoda.
- A skąd ono się wzięło, tato? Skąd pochodzą nasze nazwiska?
- Tak do końca sam nie wiem, kochanie. Dziadek nazywał się Winter... więc
ja i ciotka Lotta też się tak nazywaliśmy.
- To znaczy zima, prawda?
- Tak, jasne.
- Ale my nie piszemy tego tak jak się powinno! Miałam napisać to słowo
na tablicy w szkole i pani powiedziała, że zrobiłam błąd. Bo po szwedzku
zima pisze się vinter!
- Nasze nazwisko chyba pochodzi z Wielkiej Brytanii - wyjaśnił Winter. -
To angielska pisownia. W Göteborgu mieszka całkiem dużo ludzi z angielskimi nazwiskami. Dawno temu przybyło tu wielu Anglików i Szkotów,
zajmowali się różnymi rzeczami. I ich nazwiska zostały.
- To znaczy, że może pochodzimy stamtąd - stwierdziła Elsa.
- Może.
- Może pochodzimy ze Szkocji!
- Tak, to nie jest wykluczone.
- A nie możemy się tego jakoś dowiedzieć?
- Chyba tak, myślę, że się da...
- Mama przecież pochodzi z Niemiec! A ty może ze Szkocji. Ale fajowo!
- Tak powiedziała?
- Yes.
- Dawno nie słyszałam tego słowa. Fajowy. Myślałam, że zostało
skasowane.
- Wszystko wraca.
- Chciałabym móc czekać na coś fajowego - powiedziała Angela.
- Po co czekać? Może moglibyśmy zrobić coś fajowego teraz?
- Na przykład?
- Choćby wybrać się w podróż. Co powiesz na Szkocję?
- Byliśmy tam całkiem niedawno, Eriku. I wcale nie skończyło się dobrze.
Nie chcę teraz do tego wracać.
- Ale teraz to byłby urlop. Tylko urlop. Z dziewczynkami, rzecz jasna.
Elsa chce zobaczyć grotę, w której MacGregorowie zaczęli produkować
whisky. Zanim zjawiła się wredna wiedźma i wszystko zniszczyła.
- Na szczęście jej się nie udało, prawda?
- Nie, Bogu dzięki. Była wredna, ale niezbyt mądra. Dla Elsy nigdy nie
jest dość wredna.
- Gdzie ona właściwie jest? Ta grota? Nigdy nie umiałam sobie tego
wyobrazić.
- Na zachodnim wybrzeżu. Mallaig. W pobliżu Skye. Trochę trudno to
wytłumaczyć. Musimy tam pojechać, to ci pokażę.
- Okej.
- Możemy pojechać wiosną. A po drodze wpaść do Londynu.
- Okej.
- Już dawno nie rozmawiałem ze Steve'em.
- Chętnie się z nimi zobaczę - powiedziała Angela. - Susan dawno się nie
odzywała.
- To zróbmy tak.
- Tylko że klinika naciska.
Angela znów dostała propozycję od kliniki w Marbelli. Ostatnią zimę
spędzili na Costa del Sol. Perspektywa ponownego wyjazdu była bardzo
kusząca. Można by się do tego przyzwyczaić.
- Sam nie wiem - powiedział Winter. - Mam wrażenie, jakbyśmy co najmniej
decydowali, czy osiąść tam na dobre.
- Ja też nie wiem - przyznała Angela.
- A ja tutaj jeszcze nie skończyłem.
Nic nie powiedziała.
- Zastanawiasz się, czego jeszcze nie skończyłem? - zapytał Winter i wypił łyk ze szklanki.
- Nic nie mówiłam.
- Ale się zastanawiałaś.
- Może ty to robisz, Eriku.
- Zastanawiam się, czy skończyłem?
- Nie, nad tym, czego nie skończyłeś.
- Czy to jakaś niezrozumiała niemiecka składnia?
- Nie próbuj się wykręcać.
- Nie próbuję się wykręcać.
Ale właśnie to robił. Czego jeszcze nie skończył? Sprawy czyjejś
śmierci? Śmierci kolejnego człowieka? Jeszcze jednej śmierci? Kolejny
morderca, ofiara, wiele ofiar, kolejni bliscy ofiary, nowe prawdy na
warstwie dawnych. Stare lęki powracają jako nowe, tak samo jak stary kac
jest dla starego pijaka jak nowy.
Może to było coś we krwi, coś, co nadal krążyło w jego żyłach, teraz
wolniej, ale wkrótce popłynie z pełną siłą. To była siła, która brała
się z lęków przed tym, co nastąpi wkrótce. Wszystko wracało. Zbrodnie w Göteborgu się nie skończyły. Będą się powtarzały, ale nic już nie będzie
takie jak przedtem. Mógł korzystać z doświadczenia, ale tylko do pewnego
stopnia. Potem wszystko znów było nowe. Będzie sam, z krwią krążącą i huczącą w żyłach. I to było to, czego chciał. Jeszcze z tym nie
skończył.
- Dlaczego ktoś miałby zostawić samochód na moście Älvsborg i zniknąć? -
powiedział.
- Ja bym tego nie zrobiła - odparła Angela.
- Ktoś to zrobił. Zostawił samochód.
- Nie wiecie kto?
- Wiemy, kto jest właścicielem. Ale on twierdzi, że mu ten samochód
skradziono.
- A ty myślisz, że nie mówi prawdy?
- Ja nic nie myślę. Tylko czytałem o tym. Bergenhem tamtędy przejeżdżał
i znalazł ten samochód.
- Ach tak?
- Nie był wtedy na służbie. Jechał sobie, zobaczył na moście porzucony
samochód i wszczął alarm.
- Nie był na służbie?
- Nie. Tak sobie tylko jeździł nocą po mieście.
- To nie brzmi dobrze.
- No nie.
- Jak on się czuje?
- Właściwie nie wiem, Angelo. Jest taki wycofany.
- Rozmawiałeś z nim?
- Jeszcze nie.
- Powinieneś.
- Zamierzam.
- To naprawdę nie brzmi dobrze.
Winter nie odpowiedział. Wyobraził sobie samochód i most, świt i Larsa w środku tego wszystkiego. Taka scena.
Przeszłość to płaszcz, który ciężko wisi na ramionach. Człowiek go nosi
przy każdej pogodzie. Nie ma znaczenia, jak te okropne rzeczy go
dopadają. Można je stworzyć samemu albo może to zrobić ktoś inny. I nie
można tego cofnąć. To, co dobre, odeszło na zawsze. Że też mógł tak
myśleć. Chciał tego, ale i nie chciał. Unikał wody. To znaczyło, że nie
chciał oglądać mas wody. Inna sprawa, kiedy woda wypływała z kranu. Ale
kiedy zbierała się w kałużę, bajoro, staw, basen, sadzawkę... Pod
powierzchnią była śmierć. Miała tam być już na zawsze. To była część
jego pamięci. Nie, raczej tego, co nie było pamięcią, ale nadal tam
było. O tym, co zrobił. Byli tacy, którzy wiedzieli. Wiedzieli więcej od
niego. Skąd mogli to wiedzieć? Ale on wiedział jedno. Teraz mogło być
tylko gorzej, dla umarłych też. Co za koszmarna myśl.
Bertil Ringmar siedział w swoim fotelu w salonie i zastanawiał się, czy
powinien pójść do kuchni i zrobić sobie kanapkę z pasztetem, może
dołożyć do tego trochę bekonu i pieczarek, i jeszcze otworzyć piwo. Czy
kiedy to zrobi, poczuje się lepiej. Z pewnością dzięki temu poczuje się
lepiej. Wstał i poszedł do kuchni. Zrobił sobie kanapkę, podsmażył bekon
i pieczarki. Przy kuchennym stole nalał kieliszek winiaku Öd?kra.
Butelkę wyjął z zamrażarki. Alkohol był gęsty jak syrop. Szkło pokrywał
szron. Wszystko wydawało się w porządku. Zjadł, otworzył kolejne piwo i przeniósł się z butelką z powrotem na fotel. Pił, spoglądając na ogród.
Niedługo minie dwadzieścia pięć lat, odkąd tak tu wysiaduje, patrząc na
ogród. W ostatnim czasie robi to coraz częściej. Dlaczego właściwie? To
ten sam stary ogród, w gruncie rzeczy nawet trudno to uznać za ogród,
tylko trochę trawy, kamieni, krzaków i drzew otaczających drewniany dom.
Ten sam stary dom. Ten sam stary Ringmar. Nie, do diabła, daj spokój,
Bertil. Zostało ci jeszcze prawie dziesięć lat w dumnych szeregach
policji. Ciągle masz przed sobą wielkie rzeczy. Wielkie przestępstwa.
Straszne przeżycia. Napięcie. Dramaturgia. Jednym słowem: action. To
więcej niż dziewięćdziesiąt osiem procent ludzkości śmie sobie wymarzyć,
prawdziwa action. Tylko my i przestępcy tego doświadczamy. To jest
nasz świat. Mój Boże, ależ ci inni dużo tracą. To dzięki temu można czuć
się młodo. Trening fizyczny to część tej pracy, to obowiązkowe. Gdzie w przeciwnym razie byłby mój brzuch? W połowie drogi do ogrodu, do diabła.
Niedługo stuknie mi sześćdziesiątka. Przy moich nawykach żywieniowych
może już dawno bym nie żył albo właśnie konał. Wstał. Coś się ruszało za
żywopłotem. To ten pieprzony palant sąsiad. Zaczął już montować
świąteczne oświetlenie. Zostały tylko trzy miesiące. Już obwieszał
światełkami wszystko, co miał w ogrodzie, i prawie nie wyłączał. Nie
dało się przez to spać przez pół jesieni i całą zimę. Próbował rozmawiać
z tym bucem, ale nie pomogło. Krzyczał, ale to też nie pomagało. Zwracał
się do odpowiednich urzędów, jakich tylko się dało, ale w tym kraju nikt
nie miał odwagi nic zrobić. Jeśli się nic nie robi, nie można zostać
skrytykowanym. Nie można zostać skrytykowanym za nic. Lepiej nigdy nic
nie robić. Rozważał, czy nie wywołać zwarcia w domu tego idioty, ale to
byłoby zbyt oczywiste. Poszedł do kuchni i wyjął butelkę winiaku. Wtedy
na blacie zadzwonił telefon.
- Tak?
- Halo? - odezwał się jakiś głos. Brzmiał, jakby dochodził z daleka.
- Tak, słucham. Bertil Ringmar.
W słuchawce zapadła cisza.
- Halo?
Nadal nic.
- Halo? Kto mówi? Kto tam jest, do cholery?
Teraz usłyszał, jak ktoś powoli odkłada słuchawkę.
Wyjrzał przez kuchenne okno, zajrzał prosto do kuchni sąsiada. Dostrzegł
sylwetkę. Odkładał telefon. Przypadek? Nie. Terror światełek
najwyraźniej mu nie wystarczał.
Rozdział 3
3
FASADY DOMÓW PO DRUGIEJ STRONIE Vasaplatsen zdawały się wyższe niż
zwykle, zasłaniały niebo, jakby chciały zasłonić światło. Zatkać dziurę,
która zawsze tam była, przez którą wpadała jasność. Światło musi mieć
którędy wchodzić. Winter zamknął oczy, a potem otworzył. Domy zsunęły
się trochę niżej, teraz było więcej nieba, szarego nieba, ale mimo
wszystko. Było jaśniej. Jeszcze raz zamknął oczy, ale pod powiekami
nadal miał światło. To było przyjemne uczucie, choć wiedział, że nie
może tak do końca polegać na swoich oczach. A może to było coś, co
znajdowało się poza oczami. Mózg. Zawsze mógł na nim polegać. Kiedy nie
działało nic innego, zawsze mógł liczyć na swoje myśli, wyobraźnię,
swoją... no właśnie, inteligencję, czy jak to nazwać. Intuicję.
Świadomość. Prawdziwą świadomość. Coś, co nosił w sobie od dzieciństwa,
czego nie mógł się nauczyć ani nikomu przekazać. Coś, co go zaprowadziło
tu, gdzie jest dzisiaj. Ale teraz jego mózg odmawiał posłuszeństwa.
- Co jest, Eriku?
Słyszał głos Angeli, ale jej nie widział. Nadal miał zamknięte oczy. W głowie ciągle miał jasność, jasność i ból.
- Nic - powiedział, odwracając się na drugi bok.
- Skrzywiłeś się.
- Naprawdę?
- Jakby cię coś bolało.
- Hm...
- Boli cię?
- Tylko kiedy się śmieję - powiedział z uśmiechem.
- Dawno się nie śmiałeś, Eriku.
- Tak uważasz?
- Tak.
- Bo nie chcę, żeby mnie bolało.
Próbował znów się uśmiechnąć, ale bez powodzenia.
- Jeśli dobrze zrozumiałam, od pewnego czasu cierpisz na bóle głowy -
powiedziała Angela.
- Czasami.
- Przecież wcześniej tak nie było. Przynajmniej odkąd cię znam.
- To chyba stres. Praca. W końcu wszystko odbija się na mózgu.
- Żartujesz sobie, Eriku?
- Tylko trochę.
Złapała go za głowę. Jej oczy znalazły się bardzo blisko. Są zielone,
pomyślał. Nigdy wcześniej tego nie widziałem. A może to znów oczy
płatają mi figla? Czy Angela nie miała kiedyś niebieskich oczu? Czuł na
skroniach chłodny dotyk jej dłoni. To było przyjemne. Opuścił powieki.
Angela powoli masowała mu czoło.
- W którym miejscu cię boli?
Słyszał jej głos, jakby dobiegał z drugiego końca pokoju. Unosił się jak
osobliwe stereo.
- Teraz wcale mnie nie boli - powiedział.
To było cholernie irytujące, o ile to właściwe słowo. Zjadł lunch w Manfreds Brasserie przy Nordenskjöldsgatan i kiedy wyszedł na ulicę,
zobaczył, że lewe przednie drzwi samochodu są wgniecione. Niech to
szlag. Zaparkował równolegle do chodnika. Jak ktoś, kurwa, mógł w niego
wjechać?
Z garażu po drugiej stronie ulicy wyjechał jakiś samochód. Podniósł
głowę. No tak. Jasne. Jakiś skurwiel oczywiście wyjeżdżał zbyt szybko,
nie wyrobił na zakręcie i uderzył w jego chryslera. A potem uciekł.
Nienawidził takich, co uciekają z miejsca wypadku. Ktoś, kto ucieka
przed czymś takim, ucieknie przed wszystkim. Nie wiedziałem, że tam jest
podziemny garaż. Byłem tu setki razy i nigdy nie pomyślałem o tym
cholernym garażu. A teraz przedstawił mi się z hukiem.
Przeciął ulicę i zszedł do tunelu. Była tam budka strażnika. Że też
jeszcze coś takiego istnieje. Myślałem, że różne cholerne urzędy
zajmujące się środowiskiem dawno takie rzeczy pozamykały. To przecież
zabójcze.
- Widział pan, jakie samochody wyjeżdżały stąd przez ostatnie
czterdzieści pięć minut?
Strażnik wychylił się z budki. Spojrzał na niego tępo. Wystarczająco
tępo, żeby mógł całymi dniami siedzieć i wdychać opary ołowiu. Facet był
biały, wyglądał nordycko. Trochę dziwne, bo przeważnie to brudasy
dostają te najgroźniejsze posady, które jeszcze zostały. Tego Aryjczyka
wzięli chyba prosto z domu wariatów, kiedy go likwidowali.
Nie wyglądało na to, żeby strażnik zrozumiał pytanie.
- Patrzy pan na wyjeżdżające samochody?
- Tak, a bo co?
- Bo co? Ja ci to wytłumaczę. Jakiś palant wyjechał stąd w ciągu
ostatniej godziny, raczej ostatnich czterdziestu pięciu minut, no więc
ten buc wyskoczył z tej cholernej nory i wrąbał się prosto w mój
samochód, który parkuje tam na górze.
Wskazał kierunek całą dłonią. Strażnik popatrzył w tamtą stronę. Tuż
przed ulicą był stromy podjazd, widać było tylko drugie piętro domów po
drugiej stronie i czarno-biały szyld knajpy Manfreda. Wpadał na lunch do
Manfreda tak często, jak tylko mógł. W mieście nie było lepszego lokalu.
Ale dla dobrego jedzenia nie chciał ryzykować zniszczenia samochodu.
Siedział w głębi lokalu, przy dłuższej ścianie. Nie mógł patrzeć na
ulicę. Gdyby widział, co się dzieje, pewnie by tamtego zabił, zanim
kutas zdążył spieprzyć z miejsca przestępstwa.
- Ach tak? - powiedział strażnik.
- Zapisujesz numery samochodów, które tu wjeżdżają?
- Nie.
- Nie? To jaki w ogóle ma sens to, że tu siedzisz? Po co tu siedzisz,
człowieku, jeśli nie kontrolujesz, kto wjeżdża i wyjeżdża?
- Nie musi się pan złościć.
- Złościć? Ja się nie złoszczę! Jestem tylko wkurwiony na takich
cholernych id... - zaczął. Umilkł, kiedy strażnik zamknął okienko.
Wyglądał, jakby się bał. Pieprzony debil.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z cholernego garażu na ulicę. Stanął
przy swoim samochodzie i znów zaczął się przyglądać uszkodzeniom. Nie
tylko przednie drzwi były wgniecione, tylne też. Zrobił krok w tył i nagle kilka metrów od niego ryknął klakson. Jakaś baba w volvo 70 mijała
go w żółwim tempie, kręcąc głową. Przez chwilę rozważał, czy nie ulec
impulsowi, nie otworzyć drzwi tej głupiej cipy i nie walnąć jej tłustą
mordą w kierownicę. Ale nie. Pewnie i tak niedługo umrze. Zabije ją
własna głupota.
Zadzwoniła jego komórka.
- Tak?
- Jedziesz już?
Głos brzmiał ostro i dobitnie.
- Nie, nie jadę. Jakiś buc wjechał mi w samochód i uciekł, kiedy jadłem
lunch.
- Gdzie?
- Co to ma za znaczenie, do cholery? Linné. Nordenskiöldsgatan.
- Siedzimy tu i czekamy.
- On już przyszedł?
- Tak. I zaraz pójdzie.
- Już jadę.
Rozłączył się i wsunął telefon do kieszeni. Powinien zadzwonić po gliny
i zgłosić uszkodzenie, inaczej będą problemy z ubezpieczeniem, ha, ha.
Jakiś ociężały umysłowo krawężnik będzie w ślimaczym tempie spisywał
zgłoszenie, pół godziny na jedno zdanie. Ha, ha, ha.
Wsiadł do chryslera, włączył silnik i wypłynął z zatoczki. Jeszcze nie
skończył z tym durnym strażnikiem tam na dole. Jeszcze się nie policzył
z uciekinierem. Znajdzie go i włoży mu głowę w imadło.
Skręcił w Linnégatan.
Winter nie lubił swojego biurka. Samego blatu, lampy, całego pokoju.
Czasem, kiedy pragnął być gdzieś daleko.
Centrum miasta niszczało coraz bardziej. Innych draństw też było coraz
więcej. To się nazywało rozwój albo może przyrost. Właśnie odnotowywano
silny wzrost przestępczości, tej zorganizowanej, ale tej drugiej też.
Jemu było wszystko jedno. I tak miał ją zwalczać. Nie był zmęczony,
zgorzkniały ani cyniczny, ani pozbawiony złudzeń, no może troszkę, ale
prawie wcale. Nadal był młody, nie miał nawet pięćdziesiątki. Bertil
wkrótce skończy sześćdziesiąt. Może to coś innego, ale nie stracę
nadziei, nie wpadnę w depresję. Prędzej pójdę na wojnę. Zresztą jestem
na wojnie. Nie da się jej wygrać, ale tego nie mówimy. Nikt nie mówi: a teraz pójdziesz na wojnę, przegrasz ją i zginiesz. Tak mówili japońscy
dowódcy do swoich żołnierzy: wy już nie wrócicie, nigdy nie wrócicie,
idźcie i gińcie. Ale ja wrócę. Zawsze wracam. A teraz jestem szefem
wydziału dochodzeniowo-śledczego. Sam wydaję sobie rozkazy: idź i żyj.
Przeczytał raporty z ostatniej doby. O aktach wandalizmu w centrum
miasta. Kto ich tu, do cholery, wpuszcza? Należałoby zachować bramy i zwodzone mosty, żeby ludzie mogli żyć w spokoju. Wandale mogliby iść do
Hagen, demolować przystanki tramwajowe w każdy piątek o dwudziestej
trzeciej czterdzieści pięć.
Ból głowy uderzył go nagle, jak młot. KURWA. Podniósł rękę do lewego
oka, jakby szukał pomocy. To właśnie tam to teraz siedziało, kafar,
dunk-dunk-dunk. Poczuł mdłości. Zbliżały się jak zawrót głowy. Co to
takiego? CO TO JEST? Na biurku zadzwonił telefon. Nie słyszał go, ale
wiedział, że dzwoni. Czuł, jak biurko wibruje. Nadal trzymał dłoń przy
lewej brwi, drugą ręką podniósł słuchawkę.
- Ttaa... tak?
- Halo? - odezwał się nieznajomy głos.
- Tak, halo? Halo? Erik Winter.
W słuchawce zrobiło się cicho.
Winter wziął głęboki oddech.
Ból właśnie zawracał do tego przeklętego miejsca, z którego wyszedł.
Mdłości ustały. Niemal czuł, jak się ruszają pod przeponą.
- Halo? Kto mówi?
Usłyszał tylko, jak ktoś powoli odkłada słuchawkę.
Inspektor Lars Bergenhem jechał przez most Älvsborg i jak zwykle kiedy
tamtędy przejeżdżał, myślał o tym, jak wielkie wydaje się miasto i jak
małe robi się potem, kiedy do niego zjedzie, kiedy zjedzie na dół, jak
trudno potem podnieść wzrok i patrzeć w dal. Podnieść wzrok. Właśnie to
zrobił. Po prawej stronie morze, po lewej większa część Göteborga, wieże
kościołów, autostrady, i nagle w radiu głos Phila Collinsa, too many
people, too many problems, this is the land of confusion, pogubiony
kraj, tak, to prawda, rzeczywiście. Pomyślał o twarzy Martiny,
zagubionej. Co powiedział? Nagle poczuł, że nie da rady przejechać zbyt
dużo razy tam i z powrotem do Torslandy, obejrzeć całego miasta za
jednym razem. Za dużo perspektywy, za dużo nieba. Lepiej spuścić oczy.
Martina. Jej spojrzenie. Cóż on takiego, do diabła, powiedział? Miał w głowie kompletną pustkę, jakby ktoś mu wymazał plik. Na twardym dysku
nie było nic, ale to nie miało znaczenia, bo właściwie jego twardy dysk,
na którym mógłby zapisać wszystko, jakby nie istniał, nie mógł się
bronić, za dużo szczegółów, zbyt nisko opuszczony wzrok. Martino,
odchodzę. Martino, nigdy nie odejdę. Martino, już nie potrafię kłamać.
Martino, nie daję rady. Martino, poradzę sobie ze wszystkim. Martino,
wrócę do domu późno. Zjechał z mostu, czy raczej pozwolił się ponieść
ruchowi skręcających samochodów, który doprowadził go do świateł przy
Jaegerdorffsplatsen, jednego z brzydszych placów w mieście, zniszczonego
przez Oscarsleden, tak samo jak pechowe części Kungsladug?rd i Majoran,
które znajdowały się w niewłaściwym miejscu, kiedy jacyś idioci
poprowadzili autostradę jak mur między ludźmi i rzeką. Ludzie na
pociechę dostali sklep monopolowy, ale zatrzymywała się przy nim głównie
wyższa klasa średnia wracająca do domów do Hagen i L?ngedrag albo do
Askim i Hov?s. Jechał w górę Slottsskogsgatan, zaparkował przy aptece na
Mariaplan. Wszedł. Minął kogoś, kto wydał mu się znajomy. Nie wiedział,
czy ten ktoś go rozpoznał, ale od razu wyszedł, nie kupił niczego. Kiedy
jechał Kungsladug?rdsgatan w stronę Slottskogsvallen, widział twarz
swojej córki. Jego Ada, niespełna jedenastoletnia, wkrótce nastolatka.
Nie dane mu było zobaczyć jej narodzin. Miał wtedy nie żyć. Powinien z tego powodu mieć więcej pokory wobec życia, zresztą miał ją, tak mu się
wydawało, że ma. Wszystko inne musiało być lepsze niż ciemność. Oczy
Ady. Kiedy pomyślał, że nigdy by w nie nie zajrzał, cały się zatrząsł.
Zjechał na pobocze tuż przed Margreteborgsrondellen i wyłączył silnik.
Siedział tak bez ruchu, aż przestał się trząść. Radio milczało, padło.
Nie pamiętał, że sam je wyłączył.
Rozdział 4
4
WINTER I RINGMAR JECHALI przez Götatunneln. To miejsce stwarzało iluzję,
że Göteborg jest o wiele większy, niż jest w rzeczywistości. Do tego nie
potrzeba przestępczości. Choć przestępczość też rozwiewa wszelkie
złudzenia. Ale tunel był piękny. Tak powinien wyglądać nowoczesny
obiekt. Kończył się przy Dworcu Centralnym. Winter skręcił i przejechał
przez Östra Nordstan.
- Ktoś do mnie zadzwonił, do domu, i tylko oddychał do słuchawki -
powiedział Ringmar, kiedy zatrzymali się na światłach przy dworcu.
- To zabawne. Do mnie też. Wczoraj. Tylko że do pracy.
- Właściwie to nawet nie ma o czym mówić. Ale to było takie uczucie... sam
nie wiem. Jakby ktoś naprawdę tam był. Jakby czegoś chciał. Rozumiesz?
- Odniosłem takie samo wrażenie - przyznał Winter.
- Nie nabijasz się ze mnie, Eriku?
- Naprawdę nie, przysięgam.
- Ktoś czegoś od nas chciał, ale nie chciał powiedzieć - podsumował
Ringmar.
Winter skinął głową i wcisnął pedał gazu. Jakiś młody chłopak
przechodził na czerwonym świetle. Musiał uskoczyć, kiedy go mijali w odległości kilkudziesięciu centymetrów.
- Ktoś w potrzebie - stwierdził Winter. - Potrzebował naszej pomocy.
- To było to samo?
- Oczywiście.
- Co ta praca robi z człowiekiem - westchnął Ringmar. - Trzy sekundy
ciszy w słuchawce i od razu wiesz, o co chodzi.
- To ta cisza.
- A ja podejrzewałem, że to mój pieprzony sąsiad robi mi kawał -
powiedział Ringmar.
Zadzwoniła komórka Wintera.
- Tak?
- Mówi Öberg. Technik od broni twierdzi, że to wygląda na kaliber
dziewięć milimetrów, luger, parabellum, może nawet amunicja sig sauera.
Albo coś innego, zbliżonego. Jeszcze się odezwie w tej sprawie.
- Okej.
- W samochodzie nie znaleźliśmy krwi. Praktycznie żadnych innych śladów,
przynajmniej na razie. Resztki pocisku... kierunek strzału... wygląda na to,
że strzelec stał na zewnątrz - powiedział Öberg, zastępca szefa wydziału
technik kryminalistycznych.
- Nie siedział w samochodzie? Na moście? - zapytał Winter.
- Czy strzelał na moście? Tego jeszcze nie wiemy.
- To ma znaczenie - stwierdził Winter.
- Tak samo jak ma znaczenie, czy jest ofiara - dodał Öberg. -
Znaleźliście coś w wodzie?
- Nic.
- Ciało mogło kawałek popłynąć. Mocno wiało.
- Sprawdzamy nabrzeża.
- Dziwna historia - powiedział Öberg.
Zaczęło się od jednego dźwięku. Potem było ich więcej, o wiele za dużo i o wiele za głośnych. Piosenka za piosenką, jedna gorsza od drugiej,
głośniejsza od poprzedniej. Przeprowadził się tutaj ze względu na ciszę.
Potrzebował ciszy tak samo jak wody. A ona otaczała go jak ocean. Pływał
w ciszy. Do tej chwili. To był jakiś pośledniejszego gatunku rock. Nie
był ekspertem od muzyki rockowej, ale jeśli chodzi o jakość, na pewno
było to bardzo kiepskie. Jak imitacja. Do tego jeszcze tak głośno. Ktoś,
kto takiego gówna słuchał tak głośno, musiał być szalony. Albo martwy.
Albo naćpany. Tylko że on nie pomyślał o żadnej z tych ewentualności,
kiedy wyszedł z domu, skręcił do ogródka sąsiada i zapukał do jego
drzwi. Chciał tylko, żeby ten hałas ustał. Chciał móc czytać i myśleć.
Po prostu znów pływać w ciszy. Była czwarta po południu, a ta parszywa
muzyka dobiegała z domu. Musiało ją być słychać w całej okolicy. Powinna
tu już stać kolejka sąsiadów. Znów nacisnął dzwonek. Dźwięki uderzały w niego przez drzwi jak porywy wichury. Nie usłyszał dzwonka. Może
mieszkaniec tego domu był głuchy jak pień i puszczał muzykę tak głośno,
żeby móc odbierać przynajmniej wibracje. Odkąd się wprowadził, z jego
domu nie dochodziły żadne odgłosy. Martwa cisza. Nawet jeszcze kilka
tygodni temu myślał, że ta niewielka drewniana willa stoi pusta,
przynajmniej ogród sprawiał takie wrażenie. Od lata nikt nie kosił
trawy. Dom wyglądał na opuszczony. Może jakiś staruszek umarł i krewni
nie wiedzieli, co zrobić z domem. Rozebrać czy sprzedać. A teraz to.
Jeszcze raz nacisnął dzwonek, choć wiedział, że to nie ma sensu. Kiedy
zszedł po małych schodkach stopień niżej, drzwi nagle się otworzyły.
Stał w nich mężczyzna. Przyglądał mu się, wyraźnie zaskoczony. Nie
słyszał dzwonka. Jest w moim wieku. Wygląda normalnie. Zwyczajnie
ubrany. Nie ma tatuażu na czole. Mężczyzna cofnął się na jego widok.
Obcy zaskoczył go na schodach. Sam bym się przestraszył, gdyby mnie to
spotkało. Muzyka wylewała się z domu jak lawa. Jakby miała ciężar i zapach, który może zdławić każde życie, jakie po drodze napotka.
Mężczyzna nadal wgapiał się w niego, tak, wgapiał. Oczy wyszły mu z orbit, prawie jak w rysunkowych kawałach. W każdym razie nie wyglądał
całkiem normalnie.
- Czy może pan ściszyć muzykę?
W tym orkanie prawie nie było słychać jego głosu. Mężczyzna widział, że
krzyczy, ale nie zareagował w żaden sposób.
- MOŻE PAN ŚCISZYĆ?!
Mężczyzna rzucił mu niechętne spojrzenie. No właśnie, usłyszał go. Tylko
nie zareagował. Zrobił dziwny ruch głową, wysunął ją kilka centymetrów
do przodu, potem cofnął się do środka i zamknął drzwi. Co mam teraz
zrobić? Zaczekam. Czekał dwie minuty, ale nic się nie działo. Nic się
nie wydarzyło na ulicy, przed domem. Zresztą i tak rzadko się tu coś
działo. To była ślepa uliczka. Dom, który wynajmował, był ostatni.
Przedostatni był ten tutaj. Muzyka wcale nie ucichła. Może nawet zrobił
głośniej. Cholera, będę musiał z tym żyć. Przynajmniej dzisiaj. W przeciwnym razie trzeba będzie się wyprowadzić. Niech to szlag, a już
zacząłem się tu dobrze czuć. Dobrze mi się tu pisze. Już dawno nie
pisało mi się tak dobrze. Potrzebowałem tej ciszy. Kiedy tak myślał, z domu dolatywała solówka na bębnach. Tylko tyle, solo na bębnach. Wyszedł
szybko przez furtkę i wrócił do siebie. Kiedy był u sąsiada, zaczęło się
zmierzchać. Teraz to się dzieje szybko, za pół godziny będzie całkiem
ciemno. Tutaj, za miastem, znaczy to naprawdę CIEMNO. Kiedy budowali ten
kawałek ulicy, zapomnieli o oświetleniu. Lampy uliczne kończyły się przy
dużej drodze. Wcześniej uważał to za kolejną zaletę tego miejsca. Teraz
nie był tego taki pewien. Wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. W gabinecie czekała praca. Komputer jarzył się jak błękitne okno. Odkąd na
dworze zapadł zmrok, był jedynym źródłem światła. Muzyka sąsiada
bombardowała ściany. Jakby to on sam puszczał muzykę na cały regulator.
Wyłączył komputer i usiadł w fotelu w tak zwanym salonie. Dom miał tylko
cztery pokoje, więcej nie potrzebował. Właściwie wystarczyłyby mu dwa,
gabinet do pracy i sypialnia, ale jasne, że przyjemnie było zasiąść w tym fotelu, pooglądać telewizję i zebrać siły do pisania na kolejny
dzień. O ile jeszcze coś mu się uda napisać. Może już nigdy nic nie
napisze. Muzyka dudniła przez ściany, przenikała jego duszę, całe ciało,
aż do szpiku kości. Wstał i poszedł do kuchni. Wrócił do gabinetu, potem
zajrzał do sypialni, poszedł z powrotem do salonu. I tak krążył przez
kwadrans. Chodził po domu, słuchając wariackiej muzyki z sąsiedniego
domu. Tamten chyba zrobił jeszcze głośniej. Kurwa, co za łomot. Dlaczego
jeszcze nikt nie zadzwonił na policję? Dlaczego nikogo jeszcze nie było
na ulicy z megafonem i kijem bejsbolowym? Chyba dlatego, że w okolicy
mieszka tylko on. On i ten szaleniec z palcem przyklejonym do regulatora
głośności. Byli sami na świecie. Włożył buty i wyszedł. Wieczór był
czarny. Światło latarni stojącej kawałek dalej, przy skrzyżowaniu, tylko
zagęszczało ciemność. A ciemność potęgowała siłę muzyki. Zatrzymał się
przy furtce sąsiada. Dom był oświetlony, wszystkie okna, jakby światło
miało być tak samo intensywne jak muzyka. Ten facet to wariat. Jutro się
stąd wynoszę. Mam pecha, jak zawsze. Nawet tutaj, na absolutnym końcu
miasta, na totalnym zadupiu, nie znajdę spokoju. Wiatr musiał się
odwrócić. Teraz było trochę ciszej. Ale to nadal był ten sam kiepski
rock. Może nawet ten sam utwór, odtwarzany w kółko.
- Czego pan chce?
Musiał stać za brzozą, tuż przy furtce.
Zrobił krok naprzód.
- Dlaczego się pan tu kręci?
- Ależ ja... się tu nie kręcę.
- Nie? To po co pan tu stoi?
Podszedł jeszcze kawałek bliżej. Nadal dzieliło ich kilka metrów.
- Stoję, gdzie chcę.
- A ja gram tak głośno, jak chcę.
Wtedy wiatr znów musiał zmienić kierunek, bo muzyka uderzyła falą od
strony domu i trawnika. Teraz słyszał, co to jest: szwedzki tekst, jakiś
hit z list przebojów, w jeszcze gorszej wersji niż przedtem. Muzyka
taneczna z piekła rodem.
Usiłował spojrzeć wariatowi w oczy.
- TAK KUREWSKO GŁOŚNO, JAK CHCĘ! - krzyknął tamten.
- Pan chyba nie jest normalny - stwierdził.
Wariat podszedł dwa kroki bliżej i nagle dzielił ich tylko metr, nie,
mniej. Wariat wysunął twarz tak, że mógł widzieć białka jego oczu. Nie
były białe, jarzyły się jakimś dziwnym blaskiem.
Cofnął się o krok, jeszcze jeden. Próbował przejść tyłem całą ulicę. Nie
wszedł na teren wariata, był tego pewien. Dobrze, że tego nie zrobił.
Wariat szedł za nim.
- Coś ty za jeden? - zapytał.
- Co? Co?
- To jest cho... trochę dziwne, żeby tak głośno puszczać muzykę -
powiedział.
- A co cię to, kurwa, obchodzi? No co?
Znów znalazł się bardzo blisko niego.
Nie czuję odoru alkoholu. Nie może być pijany. Może naćpany. Nie widzę,
jakie ma źrenice. Pijany, naćpany. W każdym razie jest wariatem. Czy ma
coś w ręce? Nie. Ale łapy ma wystarczająco wielkie. Poczuł na twarzy
jego ślinę. Wariat doprowadził się do stanu wrzenia, jak muzyka za jego
plecami. Jakby stali w oku cyklonu najstraszliwszych dźwięków na
świecie, jak w lepkim błocie. Niemal czuł jego odór. Wydawało mu się, że
rozróżnia kilka słów: miłość, naszej miłości i coś jeszcze, coś, co się
z tym wiązało. Ale w powietrzu nie było miłości. Wariat uniósł rękę,
jakby chciał go uderzyć. Ale nie uderzy. Widywałem przedtem takie typy.
Boją się uderzyć. Wrzeszczą, ale nie biją. Nie mają odwagi. Choć nie
jestem do końca pewny.
- Dobra, już sobie pójdę.
- Będę grał tak głośno, jak chcę! - powiedział wariat, tym razem ciszej.
- Dobrze, graj sobie, a ja w tym czasie pójdę zadzwonić na policję.
Odwrócił się i szybko przeszedł dwadzieścia metrów dzielących go od
domu. Nie oglądał się za siebie. Kiedy wszedł do środka, stwierdził, że
muzyka ucichła. Poczuł się tak, jakby się pozbył z domu robactwa. A więc
tyle wystarczyło, pomyślał. Tylko raz zagrozić policją. Ale nie
zamierzałem dzwonić po gliny. Przynajmniej nie dzisiaj. Jacyś
inspektorzy z wizytą w moim domu to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję.
Kiedy wróciła cisza, uświadomił sobie, jak bardzo mu jej brakowało. To
dlatego tu przyjechał. Zamierzał tu zostać, póki nie skończy książki. To
mogło potrwać rok. Mogło też pójść szybciej albo wolniej, zresztą nie,
wolniej nie. Jeśli tylko będzie miał ciszę i spokojną głowę, powinien
mieć coś dobrego na następną jesień, a może nawet na lato. Prawie
obiecał wydawcy nową powieść. Ale to nie miała być powieść. Nie
wiedział, co to jest, i nie myślał o tym zbyt wiele. Najważniejsze, żeby
ludzie chcieli czytać. Mogło być trochę więcej czytelników, powinno być.
Znów usiadł w fotelu. Może byłoby go stać na kupno domu, ale nie miał
ochoty. Od rozwodu nie chciał się wiązać żadną własnością. Wherever I lay my hat i tak dalej. Ona dostała dom, ale na pewno go sprzeda.
Prosił swojego adwokata, żeby z nią porozmawiał. Jak najspokojniej. Od
razu polubił tę ślepą uliczkę, kiedy tylko ją zobaczył. Ślepa uliczka.
Może nada książce taki tytuł. Ślepa uliczka. Wstał i poszedł do
gabinetu. Zanotował te słowa na kawałku papieru. Ślepa uliczka. Całkiem
niezłe. Zawsze dobrze jest mieć dobry tytuł roboczy, kiedy się zaczyna
książkę. Znowu mam usiąść do komputera? Wyjrzał w ciemność. Nie, to nie
będzie dobre. Na prawdziwe pisanie jest za późno. Ale mogę wziąć sobie
piwo i posiedzieć trochę nad zarysem projektu. Ślepa uliczka. Albo
może Na ślepej ulicy. Ogólnie czy bardziej konkretnie. Nie, konkretnie
jest lepiej. Coś, czego można się uchwycić, zarówno jako pisarz, jak i jako czytelnik. To nie jest jakakolwiek ulica, lecz właśnie ta. Znów
wyjrzał przez okno. Tylko ta ulica. I jedynie ta. Cisza za oknem i w jego domu. Tylko zapalę lampę nad biurkiem. Tylko przyniosę sobie piwo.
Przyniósł butelkę i prawie godzinę siedział nad kartką, a z jego dłoni i głowy wychodziły nowe pomysły, jeden za drugim, zupełnie jakby spotkanie
ze świrem z sąsiedniego domu na dobre uruchomiło jego wyobraźnię. Może
nawet dodałby do tekstu to absurdalne spotkanie, wyszedłby z tego niezły
dialog. Właściwie nie potrzebował wsłuchiwać się w tak zwaną
rzeczywistość, ale jasne, że kiedy coś samo pcha się w ręce, chętnie z tego skorzysta. Tamta twarz... to było coś wyjątkowego. I jeszcze ta
muzyka! Może przydałoby się dowiedzieć, co takiego ten palant puszcza.
To była dziwna muzyka, nigdy przedtem takiej nie słyszał, teraz już
nawet nie był pewien, czy rzeczywiście śpiewali po szwedzku. Wstał i zgasił lampę na biurku. Zrobiło się cicho i czarno. Mimo że formalnie
znajdował się w granicach miasta, równie dobrze mógł być gdzieś na końcu
świata, na jakimś pustkowiu, w szczerym polu albo w głębokim lesie, w okolicy dawno zapomnianej przez Boga. Początkowo zamierzał wyprowadzić
się na wieś, ale potem zobaczył ten dom. Pośrednik, do którego się
zwrócił, zadzwonił już po tygodniu. Nie, zapalę już światło na wieczór.
Obszedł cały dom i wszędzie pozapalał lampy, jakby chciał przegnać
ciemność. Do not go gentle into that good night, pomyślał, rage,
against the dying of the light. Dylan Thomas potrafił tak samo dobrze
pisać jak pić. Zmarł w tym samym roku, w którym ja się urodziłem, ja i Roberto Bola?o. A ja wypiję teraz jeszcze jedno piwo, nie więcej niż
jedno, jutro zabiorę się do pracy na poważnie. Wziął piwo, usiadł w fotelu, włączył telewizor. Próbował połapać się w akcji jakiegoś
serialu, obejrzał odcinek do końca, nie pojmując rozwiązania zagadki, bo
dołączył za późno, żeby móc zrozumieć, na czym zagadka polegała. Potem
obejrzał wiadomości krajowe i sport, potem jeszcze wiadomości lokalne, a kiedy wyciągnął rękę, żeby wziąć ze stołu pilota, okno za telewizorem
się roztrzaskało.
Pocisk z mostu został zidentyfikowany. Dobre wiadomości.
- TT - powiedział Öberg. - Siedem sześćdziesiąt dwa razy dwadzieścia
pięć.
- Dobrze, że przynajmniej to jest jasne.
- Taki sam efekt jak dziewięć milimetrów.
- Wiem.
- Zła wiadomość jest taka, że jest tego w Göteborgu masa. W mieście aż
się roi od tetetek. Ale sam to wiesz. Można to uznać za swoistą kulturę,
jeśli się chce.
- Jak można to uznać za kulturę?
- Poznajemy inne kultury. Kultury przemocy.
- A, teraz rozumiem.
- Dobra, co do pozycji strzelca... to znaczy jesteśmy znowu na moście,
sądzimy, że on, albo ona, stał przed samochodem. I faktycznie na moście.
Ślady po strzale są na progu i na siedzeniu pasażera, ale wszystko
wskazuje na to, że strzał padł spoza samochodu. Z niewielkiej
odległości.
- Więc wszystko rozegrało się na samej górze, na moście - stwierdził
Winter.
- Na to wygląda.
- I tylko jeden strzał.
- Tak wygląda. Przeczesaliśmy tę część mostu, ale nic więcej nie
znaleźliśmy. Może kilka łusek wpadło do wody, a tylko jeden strzał
zaplątał się do auta. Mogło być tak, że oddano więcej strzałów, ale
tylko jeden trafił w samochód.
- I nie ma rannego - dodał Winter.
- Przynajmniej nie od tego pocisku - stwierdził Öberg.
Winter zatrzymał się przed krzesłami. Stały na pasach przy przystanku
tramwajowym Haga. Dzieciaki jak sfora psów gapiły się zza ogrodzenia.
Wysiadł, przeniósł dwa krzesła i wrócił do samochodu. Kiedy znów usiadł
za kierownicą, jeden z nastolatków - sami chłopcy w wieku piętnastu,
szesnastu lat - wyskoczył na ulicę i postawił krzesła z powrotem,
drewniane krzesła, pewnie wyniesione z pobliskiej Hagenskolan. Jakoś mu
się udało przejechać między nimi, nie zadrapał lakieru mercedesa.
Czasami człowiek chciałby wierzyć, że to tylko sen, pomyślał i spojrzał
w tylne lusterko, na krzesła i na szyderczo uśmiechnięte twarze. Banda z Hagen, a raczej jej resztki, po tym jak koledzy po wieloletnich
śledztwach pozamykali tych najgorszych. Same rozpuszczone dzieciaki
bogatych rodziców. Zaczekał na zielone światło, potem skręcił w prawo w Göta Älvsgatan. Minął Konsum i małe centrum handlowe, czy jak to można
nazwać: apteka, kosmetyczka, cukiernia, obwoźny handel rybami,
spożywczak. Na parkingu eleganckie samochody. Wjechał w Eckragatan i zatrzymał się przed domem Rogera Edwardsa. Nad drzwiami widać było
światło, w kilku oknach też się świeciło. Światło jakby zapraszało.
Zaparkował przed domem, podszedł do drzwi i zadzwonił. Edwards otworzył
natychmiast, jakby stał za drzwiami cały wieczór i tylko czekał na jego
przybycie. Skulony w mroku przedpokoju, pomyślał Winter.
- Roger Edwards? - zapytał, wyciągając legitymację. - Nazywam się Erik
Winter.
Edwards skinął głową. Patrzył na coś gdzieś obok. Winter się odwrócił,
ale zobaczył tylko ulicę i swój samochód.
- Kiedy dostanę z powrotem swoje auto? - zapytał Edwards.
- Tego nie wiem.
- Długo jeszcze to potrwa?
- Musimy je najpierw zbadać.
- Co tam jest do badania?
- Mogę wejść?
- Co? Tak, ale... ależ proszę.
Edwards machnął ręką w stronę przedpokoju i wnętrza domu. Winter
dostrzegł w głębi duży pokój. Okna wychodziły na skalistą ścianę.
Światło padało z drugiej strony, z zachodu, za nim.
Wszedł za Edwardsem do pokoju. Miał mniej więcej tyle lat co on. Mówił
jak tutejszy, kulturalny mieszkaniec okolicy. Sprawiał wrażenie
zadbanego, ale też wystraszonego. Albo nerwowego. A może tylko w naturalny sposób zaniepokojonego sytuacją. Jego skradziony samochód
zamieszany w jakieś przestępstwo.
To mogło się zdarzyć przed kradzieżą. Öberg nie potrafił powiedzieć,
kiedy oddano strzał. Niewykluczone, że nie było to możliwe.
O ile twój samochód rzeczywiście został skradziony, pomyślał Winter,
spoglądając na Edwardsa. Edwards usiadł. Winter też, w fotelu projektu
Berga. Wyglądał na tańszy, niż był w rzeczywistości. Coś takiego nazywa
się stylem. Jak cholernie drogie wino podawane w tanich kieliszkach.
Nonszalancki blichtr. Nowa willa nad morzem.
Edwards wyglądał przez okno, właściwie przez szklaną ścianę.
Profil wydawał się znajomy.
Musiałem go już kiedyś widzieć. Spotkaliśmy się już? Nie kojarzę
nazwiska.
- Czy to musi trwać lata, zanim oddacie mi samochód? - zapytał Edwards.
- Trochę zastanawiające wydało mi się, że nie zgłosił pan kradzieży -
powiedział Winter.
- Nie zdążyłem, mówiłem już. Powiedziałem to pańskiemu koledze, którego
spotkałem wczesnym rankiem.
- A jednak był pan już na nogach, jak słyszałem.
- Często wcześnie wstaję.
- Dlaczego?
- Dlaczego? A co to ma wspólnego ze sprawą?
- Co sprawiło, że nie zdążył pan zgłosić kradzieży? - zapytał Winter.
- Byłem zajęty pracą. Musiałem przygotować prezentację na następny
dzień.
- Jaką prezentację?
- A co to ma za znaczenie? Chce pan zobaczyć moją pracę? Mogę panu
pokazać.
- Później - powiedział Winter. Nachylił się bliżej. - Czy ma pan
pistolet?
Rozdział 5
5
PISARZ PODERWAŁ SIĘ, USŁYSZAŁ BRZĘK rozbitej szyby. Właśnie myślał o swoim sąsiedzie. Usłyszał przejeżdżający ulicą samochód, potem auto
zawróciło na placyku na końcu ulicy, pojechało w drugą stronę, może
zatrzymało się kawałek dalej, a może rozpłynęło się w zgiełku miasta.
Niskie, przeciągłe dźwięki, pomyślał. Mocne i niskie, nie ma przed nimi
ucieczki. To jak brzęczenie w uchu. W ciągu ostatnich kilku dni sąsiada
odwiedziło wielu ludzi. Samochody zatrzymywały się i odjeżdżały. Nie
widział nikogo, nie podchodził do okna. Ale widział ruch na ulicy. Może
te samochody przyjeżdżały do kogoś innego z tej ulicy, przynajmniej
niektóre, ale wariat z jakiegoś powodu zdawał się przyciągać ludzi.
Placyk do zawracania był niewielki. Żeby nikt mu nie uszkodził
samochodu, wstawił go pod wiatę. Na szczęście dom miał coś takiego.
Wiata garażowa przy willi z lat czterdziestych wyglądała jak z innej
epoki, przyczepiona do szczytu domu jak pozdrowienie z przyszłości. A przyszłość działa się właśnie teraz. Przed trzema sekundami ktoś wybił
mu szybę.
Zgasił lampę do czytania i wstał. Wyłączył telewizor w środku czyjegoś
wywodu.
Szybko przeszedł się po pokojach i zgasił wszystkie światła.
Potem stał chwilę bez ruchu.
Z zewnątrz nie dochodziły żadne odgłosy, nie przejeżdżały samochody, nie
zawracały.
Tylko niski pomruk miasta.
Czy on na coś czeka? A może sobie poszedł?
Wyszedł do przedpokoju, włożył sztyblety, otworzył drzwi i wyszedł, nie
zamykając ich za sobą.
- Halo?! - zawołał w ciemność. - Jest tu kto?
Ale nawet jeśli ktoś był, nie odpowiedział.
Zamknął drzwi na klucz, zszedł po schodkach i zatrzymał się na
niewielkim żwirowanym placyku. Widział swój samochód pod wiatą,
rozkołysana na wietrze uliczna lampa rzucała na lakier rytmiczne błyski.
- Halo?! Halo?!
Obszedł dookoła cały dom. Dolna część szyby w dużym pokoju była
załatwiona, ale nie zwyczajnie wybita. W szybie była dziura, jakby
przeszedł przez nią strzał. Ale on przecież nie słyszał strzału, nie
zauważył też, żeby przez pokój świsnęła kula. Nóż, pomyślał. Ten palant
wybił dziurę w szybie nożem. Teraz się wystraszył. Przecież szaleniec
może stać za żywopłotem oddzielającym ich działki. Z nożem w ręce. Jest
wystarczająco szalony, żeby dziabnąć w okno. I wystarczająco
wyrachowany, żeby zaczekać, aż zapadnie zmrok.
Może jego dusza nie zazna spokoju, póki nie wbije we mnie noża. Okno
było pierwszą przeszkodą, pierwszą groźbą. Jestem zagrożeniem.
Rozejrzał się, od lewej do prawej. Nic się nie ruszało, nic nie było
słychać.
Wracam do domu. Nie mogę tu tak stać.
Powinienem zadzwonić na policję? Nie, nie ma przecież dowodów. Ale ja
wiem, że to on.
Usłyszał, że gdzieś na ulicy ktoś odpala silnik, zobaczył, jak światła
omiatają placyk. Wyglądało to tak, jakby samochód cofał, i tak brzmiało.
Inspektor kryminalny Fredrik Halders stał w swoim ogrodzie i przyglądał
się, jak nad jego dzielnicą zapada zmierzch. Dzielnice znajdujące się
poniżej Lunden nazywał swoimi, bo to było to, co widział z domu, to, nad
czym panował. Nie, nie panował. Czasami miał wrażenie, że nie panuje nad
niczym. Przede wszystkim nad swoją karierą. Już dawno powinien być
komisarzem. To tylko cholerny tytuł, ale mimo wszystko. Zasłużył na
niego. Nie znał w policji nikogo, kto by zasługiwał bardziej.
Ewentualnie może Aneta, ale ona była jeszcze za młoda. Przynajmniej tak
jej mówił. Najwyraźniej godziła się z tym, kiedy o tym rozmawiali. Ale
nigdy nie myślała o karierze. On zresztą też nie. Chodziło mu raczej o uznanie. Może o dowód. Nie, nie o dowód. Trudno to określić.
Usłyszał, że ktoś się zbliża, i się odwrócił.
- A tak bezszelestnie szłam - powiedziała Aneta.
- Zdradziła cię trawa.
- Nic nie słyszałam.
- Właśnie tak to działa.
- Jak?
- Ktoś, kto próbuje się do kogoś podkraść, jest tak na tym
skoncentrowany, że nie odbiera odgłosów, które wywołuje.
- Aha.
- Tak jest.
- Ale ja się właściwie nie skradałam.
- Nikt nie może podejść do mnie na mniej niż pięć metrów tak, żebym tego
nie zauważył - stwierdził Halders.
Aneta nie odpowiedziała. Była inspektorem kryminalnym, tak samo jak
Fredrik, pracowali razem, a teraz też mieszkali, po tym jak Fredrik
stracił żonę w wypadku samochodowym, a potem niemal stracił rozum, a przede wszystkim zdolność oceny sytuacji. Wtedy pozwolił, żeby zło
podeszło zbyt blisko i żeby go skrzywdziło, niemal zabiło. Teraz chyba
już nikt nie podejdzie zbyt blisko.
- Kiedyś naprawdę się postaram - zapowiedziała Aneta.
- Jak w Różowej Panterze - dodał Halders.
- Nie do końca chwytam.
- Komisarz Clouseau. Peter Sellers. Miał chińskiego pomocnika, który
miał na niego napadać, to znaczy na komisarza, kiedy komisarz akurat nie
uważał.
- Różowa Pantera?
- Nie mów, że nie znasz tych filmów.
Aneta nie odpowiedziała.
- Ojej, to niedobrze.
- Może to kwestia pokolenia - stwierdziła Aneta.
- Właśnie - zgodził się Halders. - Mów mi dziadziu.
- Może wypożyczymy ten film? - zaproponowała Aneta. - Żeby zasypać
pokoleniową przepaść.
- To kilka filmów - wyjaśnił Halders. - Cała seria.
- No to weźmiemy wszystkie.
- Powrót Różowej Pantery jest chyba najlepszy.
- Po drodze odbiorę Hannesa i Magdę.
- Dobrze.
Dzieci Haldersa z małżeństwa z Margaretą. Magda coraz bardziej
przypominała matkę. Kiedy pomyślał o tym pierwszy raz, uświadomił sobie,
że to coś, z czym będzie musiał się pogodzić. To nie jest coś, co po
prostu zniknie. To jest jak życie, ono nie znika. Chociaż tak, czasem
tak się dzieje. Znika w jednej sekundzie. W drugiej sekundzie. Długiej
jak życie. Wszystko zastyga w drugiej sekundzie, całe życie, które było
dotychczas, zastyga w tej drugiej sekundzie, ona rozbija wszystko, co
mogłoby się zdarzyć, ale potem już nigdy, przenigdy nie nastąpi. Czy ja
przepracowałem swoją żałobę? Może dzięki Anecie, o ile w ogóle to
zrobiłem.
Nagle w dole, na Ullevi, zapaliły się wielkie reflektory. Oślepiająco
jasne. To stworzyło wokół nich nową ciemność, głębszy odcień zmroku
sięgał stamtąd aż tutaj.
- Wieczorem jest mecz? - zapytała Aneta Djanali.
- Nic o tym nie wiem.
- Jeśli nie ty, to nikt.
- Już nie jestem na bieżąco z piłką - stwierdził Halders. - Odkąd ÖIS
wyleciał.
- Hm...
- Nie zasłużyliśmy na nic lepszego, my, kibice ÖIS - powiedział Halders.
- Nie - przyznała z uśmiechem Aneta.
- Klub klasy średniej.
- To dlaczego im kibicujesz?
- Przecież oni są praktycznie z mojej dzielnicy - wyjaśnił Halders.
- Chyba są tu też jakieś inne kluby?
- Lundens IS? Ha, ha, ha.
- Nie znam się na tym.
- Winter jest za IFK - powiedział Halders. - Tak mi się przynajmniej
wydaje.
- Ach tak.
- Po stronie zwycięzców.
- Chcesz w ten sposób powiedzieć coś o Eriku?
- Nic, nic ponad to, że jego klub jest klubem większości.
- Nie sądzę, żeby to była jego wina.
- Już nic więcej nie powiem.
- A wczoraj tak dobrze mówił o tobie.
- Doprawdy? Kiedy?
- Słyszałam, jak rozmawiał w kafeterii z Bertilem. Przechodziłam obok.
Erik powiedział coś o twojej... integralności, tak mi się wydaje. Więc
pozytywnie.
- Integralność?
- Tak.
- To inne określenie oślego uporu.
- Ale on go tak nie użył, Fredriku.
Reflektory nad Ullevi zgasły tak samo niespodziewanie, jak się zapaliły.
- Fałszywy alarm - stwierdził Halders.
Nad morzem pokazał się wąski pasek słońca, jak uśmiech. Kilka sekund
później go nie było.
- Wybierzemy się wieczorem do kina? - zaproponowała Aneta.
- Nie ma nic ciekawego - odparł Halders.
- Sprawdzałeś?
- Nie.
- Co się dzisiaj z tobą dzieje, Fredriku?
- Lato umiera, to dlatego jest mi smutno.
- To brzmi jak tekst piosenki.
- Bo nim jest. John Holm.
- Nigdy o nim nie słyszałam.
- Jest najlepszy.
- W czym?
- W melancholii.
- Ale już dawno nie ma lata, Fredriku.
- Właśnie. Dlatego człowiek smuci się jeszcze bardziej.
Aneta się zaśmiała. Jej śmiech odbijał się po całym Lunden, a potem
poleciał dalej, w stronę Ullevi.
- A ty jeszcze robisz sobie z tego żarty - powiedział Halders.
- Idziemy do kina - zdecydowała Aneta. - Na Bonda.
Mężczyzna wchodził po schodach. Wyglądał, jakby liczył stopnie. Nie mógł
iść szybko. To była staroświecka klatka schodowa, szerokie marmurowe
stopnie, na ścianach secesyjne wzory. Oświetlenie bardzo słabe. Nie dało
się rozpoznać jego twarzy.
Zatrzymał się przed jakimiś drzwiami. Było cicho. Cicho. Nachylił się do
drzwi, jakby nasłuchiwał.
Czy to, co nagle usłyszał, to był głos dziecka? Jakieś dziecko coś
wołało? Zaśmiało się?
Cofnął się o krok. Rozejrzał się. Znów było cicho. Cicho. Jego twarz nie
wyrażała żadnych emocji, jakby się spodziewał wszystkiego - albo
niczego.
Czy polityka jest powołaniem? A może czymś jeszcze ważniejszym? Co
sprawia, że ludzie chcą się zajmować polityką? Przecież polityka nie
jest w gruncie rzeczy niczym innym niż zdolnością do zgadzania się na
kompromisy. Jaki człowiek chciałby poświęcić życie kompromisom?
Tchórzliwy? Zalękniony? Słaby?
- Richardsson.
Zgłosił się swoim zwykłym, mocnym głosem. Nawet pomyślał o tym, kiedy
mówił, jak się nazywa. Mocny, opanowany głos. Polityka jest ważna,
myślał dalej w ciągu tych kilku sekund, ale inne rzeczy są tak samo
ważne. Jedną z nich jest Bóg. Potrzebujemy Boga. Zawsze idziemy z Bogiem.
- Richardsson - powtórzył. - Mówi Jan Richardsson. Z kim rozmawiam?
- To ja.
Richardsson nic nie powiedział.
Nie chciał słuchać tego głosu, nie tutaj.
- To ja - powtórzył głos.
- Mówiłem, żebyś tutaj nie dzwonił.
- Jakie to ma znaczenie? Twój telefon jest na podsłuchu?
Richardsson się rozejrzał, żeby sprawdzić, czy ktoś w pobliżu się nie
przysłuchuje. Ale był w swoim gabinecie sam. Przez szklaną ścianę
widział swoją sekretarkę, siedziała przed ogromnym monitorem. Mała
sekretarka, wielki monitor. To może dużo pomieścić. Wszelkie informacje
na temat miasta. Do powstania ilu z nich sam się przyczynił? To nie było
ważne.
- Zobaczymy się wieczorem? - zapytał głos.
Słychać, że jest zdenerwowany. Brzmi, jakby był zdenerwowany. Bardziej
niż zwykle.
- Czy coś się stało? - zapytał Richardsson.
- Nie...
Richardsson nadal czekał.
- Nic ważnego.
- Opowiesz mi wieczorem - powiedział Richardsson.
- Ta sama godzina?
Richardsson zerknął na zegarek, jakby mógł wskazywać czas kilka godzin
naprzód.
- W tej chwili na to wygląda.
- Czy przedtem... pójdziesz do domu?
Richardsson nie odpowiedział. Nie podobało mu się to pytanie. Wiedział,
że tamten wie, że mu się nie podoba.
- Rozłączam się.
Wstał od biurka, odłożył słuchawkę. Sekretarka podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech.
Wyszedł z gabinetu.
- Dzwonił kurator szkolny z Älvsborg - powiedziała. - Kiedy pan był
zajęty.
- W jakiej sprawie?
- Znów jakiś wandalizm.
Richardsson skinął głową. Wandalizm na terenie szkoły to coś bardziej
normalnego niż zachowania przeciwne. Szkoły publiczne w mieście i tak
przeważnie od początku wyglądają jak slumsy, wręcz zachęcają do
niszczenia. Coś, co już jest uszkodzone, można równie dobrze rozwalić
całkiem.
- Wychodzę na chwilę - rzucił.
- A kurator?
- Jeśli zadzwoni, proszę powiedzieć, że jestem zajęty.
Sekretarka odprowadziła go wzrokiem.
Niech sobie patrzy. Są ważniejsze sprawy. Pomyślał o Bogu. Miał w głowie
pewną fantazję. Nie chciał, żeby ją zobaczyła na jego twarzy.
Pisarz rzadko pracował wieczorem. Jego mózg - o ile to on tu pracował -
był wieczorami zmęczony, nawet już po południu. Lepiej mu się pisało po
porządnie przespanej nocy. Choć rzadko mu się udawało porządnie przespać
noc. Noce najczęściej były pełne sennych koszmarów. Sny o szatanie i o jego świcie, ale następnego ranka zbyt odległe, żeby mógł je wykorzystać
w książkach. Gdyby istniało jakieś urządzenie elektromagnetyczne czy
inne, które potrafiłoby rejestrować sny w kolorze, wtedy mógłby je tylko
spisać. Jego wyobraźnia już wykonała całą pracę. Nie musiał się
wstydzić.
Mógł poczytać wieczorem.
Trzymał w dłoni wydruk. Gdyby to miał być film, można by go nazwać
dramatem dokumentalnym, pomyślał. Może będzie z tego film.
Przeczytał: "Wypłynęła dalej, niż myślała. Chciała dotrzeć do wyspy, tak
przynajmniej myślał świadek. Albo świadkowie. Jeszcze nie było jasne,
ile osób widziało dziewczynkę w wodzie. Czy w ogóle ktoś widział. Ani
kiedy zniknęła. Nagle po prostu zniknęła, tak powiedział świadek. Ale
mogę się mylić, może to nie ją widziałem od samego początku. To mógł być
ktoś inny. Nie ma pewności, czy to był człowiek".
Przerwał.
Znów usłyszał na ulicy samochód. Minął jego dom, zawrócił, jechał z powrotem. Wszystko wskazywało na to, że zatrzymał się przed jego furtką.
Poszedł do salonu i wyjrzał przez okno. Samochód stał przed domem
sąsiada. Tylne światła jarzyły się złowrogą czerwienią. Istnieje wiele
odcieni czerwonego, ale większość ma w sobie coś złowrogiego. A na
przykład zielony - nigdy.
Popatrzył w dół, na dziurę w szybie. Na szczęście szyby były podwójne,
nie musiał od razu pędzić do szklarza. Nie chciał w ogóle pędzić do
nikogo, a już na pewno nie po spotkaniu z sąsiadem. Wybrał to miejsce,
żeby żyć w całkowitej samotności, żeby tylko pisać i czasem wychodzić po
niezbędne zakupy albo na krótki spacer, kiedy potrzebował rozruszać
zesztywniały kark i ramiona. Choroba zawodowa. Nabawił się tych
chronicznych dolegliwości, choć nie przyniosły mu milionów. Zamiast tego
sam zapłaci wysoką cenę, jeśli nadal będzie pisał z bolącym karkiem i nie zarobi worka pieniędzy. To ładna metafora: worek pieniędzy.
Konkretny przedmiot, który można złapać i zanieść do skarbca.
Wrócił do biurka i znów zaczął czytać: "Stała się duchem. Co to jest
duch? Coś, przed czym nie ma ucieczki? Coś, przed czym nie można się
ukryć? Jak zniknęła? Czy istnieje jakaś odpowiedź?".
Podniósł wzrok.
Za oknem znów rozległ się warkot silnika.
Gdyby nie ta dziwna kłótnia z sąsiadem, nie zwracałby na to uwagi.
Przedtem samochody jeździły tędy tam i z powrotem, a on nie poświęcał
temu ani jednej myśli.
Samochód nadal tam był, silnik pracował na jałowym biegu. Już od ponad
minuty. Usłyszał, że drzwi znów się zamykają.
Wreszcie samochód odjechał. Prawie odetchnął z ulgą. To było jak
czekanie, kiedy drugi but wreszcie spadnie na podłogę, inaczej człowiek
nie może się odprężyć.
Próbował się odprężyć. Odłożył wydruk. To nie było odprężające. To, o czym pisał, było czymś głęboko niepokojącym, tragicznym i niewyjaśnionym, disturbing, jak mówią Anglicy. To dobre słowo,
disturbing. Brakowało mu szwedzkiego odpowiednika. Niepokojące nie
wystarczało, poruszające było zbyt płaskie. Disturbing znaczyło, że to
coś, przed czym nie ma ucieczki. Co człowieka prześladuje.
Znów wstał z krzesła.
Prześladowało, aż zapędziło w ślepą uliczkę, pomyślał.
Aneta i Halders wyszli z kina Royal. Avenyn była dziwnie opustoszała.
Ludzie byli gdzie indziej.
- Może jednak jest mecz? - zastanawiał się Halders.
- Nie wiedziałbyś o tym?
- Wiedziałbym, normalnie bym wiedział. Może to jakieś specjalne
spotkanie.
- Które ściąga całe miasto?
- Nie mam pojęcia, Aneto.
- Możemy tam pójść i sprawdzić.
- Dlaczego nie.
Przy Vasagatan skręcili w prawo. Wąski plac przed Kometen był pusty. W restauracji też nie było prawie nikogo.
- Jak długo jeszcze mamy baby-sittera? - zapytał Halders.
Aneta spojrzała na zegarek.
- Jeszcze dwie godziny. Wyliczyliśmy porządny zapas.
- Napijemy się?
- Dlaczego nie - odparła.
- Ostatni w środku stawia - rzucił Halders, szybko przeszedł przez ulicę
i otworzył drzwi.
Aneta dogoniła go przy barze.
- Czego się napijesz? - zapytała.
- Duże piwo, oczywiście.
- Mają też inne rzeczy.
- Nie dzisiaj.
- Ach tak?
- Pasuje do filmu.
- James Bond. W takim razie powinno być wytrawne martini. Bond pije
przecież martini.
- Pije martini z wódką.
- To dlaczego sobie tego nie weźmiesz, skoro tak się znasz?
Zamówiła piwo i czerwone wino.
Napili się.
- Kochasz mnie, Fredriku? - zapytała po krótkiej chwili.
Byli w barze sami. Może sami w całym mieście. Coś się chyba stało z całym krajem. Halders nagle poczuł się porzucony, jakby był samotny.
- Dlaczego pytasz?
- Po prostu odpowiedz na pytanie.
- To jakieś przesłuchanie?
- Nie chcesz mi odpowiedzieć.
- Więc to jest przesłuchanie.
Aneta nie odezwała się więcej.
- Odpowiedź brzmi: tak - powiedział Halders.
Nadal nic nie mówiła.
- No a teraz odbiję piłeczkę - dodał Halders.
- Ja... nie wiem - odparła Aneta po chwili, która Haldersowi wydała się
bardzo długa. - Nie umiem odpowiedzieć.