Prawie martwy. Komisarz Erik Winter. Tom IX - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

SAMO­CHÓD STAŁ Z OTWAR­TYMI DRZWIAMI. Sil­nik pra­co­wał, reflek­tory rzu­cały w noc świa­tło aż do pod­pory mostu na połu­dniu. Scena spra­wiała wra­że­nie nie­rze­czy­wi­stej. Jezd­nie były puste. Niebo na zacho­dzie zda­wało się ogromne. Od zmroku wciąż było czer­wone, jak gdyby wczo­raj nie chciało wpu­ścić nad­cho­dzą­cego dnia.

Od pół­nocy nad­je­chał drugi samo­chód. Kie­rowca musiał omi­nąć sto­jący wóz. Zatrzy­mał się dwa­dzie­ścia metrów dalej i wysiadł. Dole­ciał go krzyk mewy. Pach­niało ole­iście i słono. Wszę­dzie było cicho, jakby most znaj­do­wał się w innym, osob­nym świe­cie. Sły­chać było tylko war­kot dwóch sil­ni­ków. Kie­rowca pod­szedł bli­żej. Auto wyglą­dało na porzu­cone. W środku nikogo. Miej­sce kie­rowcy puste. Wszyst­kie drzwi były otwarte. Wyglą­dały jak cztery skrzy­dła, jak gdyby samo­chód wła­śnie prze­obra­żał się w ptaka, żeby opu­ścić most. Albo w ogrom­nego, lśnią­cego czer­nią owada. Zauwa­żył prze­lotne mignię­cie lakieru, jakby nagły powiew wia­tru coś zmie­nił. Usły­szał okrę­towy gwiz­dek, buczek prze­ciw­m­głowy, coś w tym rodzaju. W dole, na rzece, toczyło się życie. Mgła była cienka jak szkło. Sko­czek, pomy­ślał. Nie­szczę­śnik, który miał dość, przy­je­chał i sko­czył. Zresztą nie pierw­szy raz. Most Älvsborg to numer jeden w kraju, jeśli cho­dzi o liczbę samo­bójstw. Do wody daleko. Albo wysoko, jak się spoj­rzy od dołu. Lądo­wa­nie na powierzchni wody wygląda jak ude­rze­nie o beton. Taki skok to decy­zja osta­teczna. To nie jest woła­nie o pomoc.

Wybrał numer cen­trali poli­cji. Roz­po­znał nazwi­sko i głos ofi­cera dyżur­nego.

- Dobry wie­czór, mówi Lars Ber­gen­hem.

- Cześć, Lars. Jesz­cze nie śpisz o tej porze?

- Stoję przy moście Älvsborg. Stoi tu lexus, pusty, na jało­wym biegu. Otwarte drzwi. Sądzę, że facet sko­czył.

- Wyślemy radio­wóz. Gdzie dokład­nie?

- Od połu­dnia. Za szczy­tem.

- Dobra, już jadą.

Inspek­tor poli­cji kry­mi­nal­nej Lars Ber­gen­hem pod­szedł jesz­cze bli­żej. Nie był na służ­bie. Był tylko kie­rowcą, który prze­jeż­dżał tędy o świ­cie. Nie musiał się z niczego tłu­ma­czyć. To przy­pa­dek, że jechał aku­rat tędy. Chciałby, żeby to było takie pro­ste. Męż­czy­zna pró­bo­wał omi­jać naj­więk­sze kałuże. Woda była wszę­dzie, bajora, nie­mal stawy, małe jeziorka. Obszedł dokoła kałużę, która wyglą­dała na głę­boką. Na ulicy nie było ruchu. Noc wisiała nad mia­stem od kilku godzin, przy­du­szała je. Prze­szedł na drugą stronę ulicy. Nie szedł bez celu. Miał zamor­do­wać czło­wieka. Prze­szłość to płaszcz, który ciężko wisi na ramio­nach. Czło­wiek nosi go w każdą pogodę. Spoj­rzał w niebo. W górze, nad całym świa­tem, roz­po­ście­rało się czarne pie­kło. W tam­tej chwili nie mógł sobie wyobra­zić, żeby na dru­giej pół­kuli mógł być jakiś świt czy pora­nek. Wszę­dzie była noc. Jego noc. Noc kogoś innego. Czuł w kie­szeni cię­żar pisto­letu. Pisto­letu kogoś innego. Dla­czego nie wrzu­cić go do któ­rejś z kałuż? Przy tej cho­ler­nej pogo­dzie nie znajdą go do następ­nego lata, a może nawet wtedy nie. Deszcz będzie padał dalej. Mia­sto zleje się z morzem. Wcale nie jest daleko do morza, prak­tycz­nie już tu jest. A rzeka jest szer­sza niż kie­dy­kol­wiek. Idę teraz przez rzekę, wła­śnie wysa­dziła zapory. Idę po wodzie. Nie mam dziur w butach, ale woda wlewa się do środka. Czuję, że mam mokre stopy. Prze­szedł z zachodu na wschód, przez całe cen­trum mia­sta. Czy śle­dził go samo­chód? Na początku. Kiedy wycho­dził z domu. Przez kanał. Widział ten samo­chód na Allén, to na pewno był ten. Na wyso­ko­ści pomnika scho­wał się w bra­mie. Wyszedł, kiedy samo­chód odje­chał. Pie­przone bydlaki. Ale bez sensu było tak myśleć, to tylko mar­no­wa­nie ener­gii. Powta­rzał to sobie w myślach, idąc mię­dzy ciem­nymi domami poni­żej daw­nego budynku uni­wer­sy­tetu. Wiele lat temu wcho­dził tam z nadzieją. Na stu­diach ciężko pra­co­wał. Boże, tyle zmar­no­wa­nej ener­gii. Pisto­let nie cią­żył tak bar­dzo w kie­szeni, kiedy o nim nie myślał. Ale myślał o nim przez całą drogę. O nim i o czło­wieku, któ­rego miał zastrze­lić. Widział go wczo­raj. To był pierw­szy raz. Wczo­raj! Ni­gdy z nim nie roz­ma­wiał. Twarz. Już jest pra­wie mar­twy. Jak ja. Jestem mar­twym czło­wie­kiem, który cho­dzi po uli­cach. W USA mają na to spe­cjalne okre­śle­nie. Dead man wal­king. Idę na egze­ku­cję kogoś innego. Choć to także moja wła­sna. Egze­ku­cja kata, wkrótce. To nastąpi. Znów mru­czał do sie­bie pół­gło­sem, ktoś prze­cho­dzący obok na pewno by usły­szał, ale na ulicy nie było nikogo. Padało coraz bar­dziej. Zatrzy­mał się przed bramą. Odwró­cił się. Samo­chodu nie było. Czy raczej on go nie widział. Ale tam był, jasne, że tam był. Spoj­rzał w górę, na fasadę budynku. W więk­szo­ści okien się świe­ciło. Świe­ciło się na trze­cim pię­trze. Był tam bal­kon. Widział to wczo­raj. Widział męż­czy­znę sto­ją­cego na swoim bal­konie, patrzą­cego gdzieś w dal, ponad dachami. Popa­trzył na swoją dłoń. Wstu­kał kod. Dostał go od nich wczo­raj. I to też. Zamek zabrzę­czał jak mały rój psz­czół. Pchnął drzwi. Ber­gen­hem stał przed porzu­co­nym samo­cho­dem. Długo stał na jało­wym biegu. Zosta­wie­nie tak samo­chodu na dłu­żej niż minutę było naru­sze­niem lokal­nych prze­pi­sów ruchu dro­go­wego. Ber­gen­hem nacią­gnął ręka­wiczki, schy­lił się i wyłą­czył sil­nik. Tylko jeden klu­czyk, żad­nego łań­cuszka ani klu­czyka zapa­so­wego. Stał i patrzył na połu­dnie. Widział kaskady błę­kit­nego świa­tła z kogu­tów zapar­ko­wa­nego radio­wozu. Smugi świa­tła mie­szały się z nie­bie­sko-czer­wo­nym nie­bem. Sły­szał prze­cią­głe wycie syreny, jak pozdro­wie­nie. Włą­czył latarkę i oświe­tlił wnę­trze samo­chodu. Sie­dze­nia były obite jasną skórą, chyba beżową. Dostrzegł dziurę w opar­ciu fotela pasa­żera. Jak po kuli. Nachy­lił się niżej i poświe­cił na nią. W środku coś bły­snęło. Nachy­lił się jesz­cze niżej. To była kula, z pisto­letu albo rewol­weru. Miękka wyściółka ochro­niła ją, wyglą­dała na całą, do dia­bła, to na pewno była kula. Dokład­nie oświe­tlił latarką całe wnę­trze, ale nie zauwa­żył innych śla­dów po kulach. Wyco­fał się i zadzwo­nił do cen­trali.

Przy­je­chali tech­nicy. Erika Djur­berg robiła zdję­cia. Bły­ski lampy nie­wiele teraz dawały. Nad morzem i lądem zaczy­nał się ranek. Kolega Eriki obej­rzał wnę­trze, a potem zba­dał oto­cze­nie. Miej­sce jest tak samo ważne jak sam przed­miot. Dla­czego tutaj? Dla­czego nie tam? Dla­czego na moście? Dla­czego nie na lądzie?

- Nie widzia­łem śla­dów krwi - oświad­czył Ber­gen­hem.

Lars Östensson nie odpo­wie­dział.

- Ale ktoś tam w środku wystrze­lił z pisto­letu - cią­gnął Ber­gen­hem.

- Widzę - powie­dział Östensson i pod­niósł wzrok. - Wygląda na kali­ber dzie­więć.

Ber­gen­hem ski­nął głową.

- Ale jeśli mamy szczę­ście, to może to być coś bar­dziej nie­zwy­kłego - dodał Östensson. - Prze­ko­namy się w garażu.

Zadzwo­nił do garażu tech­ni­ków poli­cyj­nych, do Mölndal, i popro­sił, żeby ktoś z nich odho­lo­wał samo­chód.

- Zna­la­złeś wła­ści­ciela? - zapy­tał Östensson.

Nie.

Kazał spraw­dzić rejestr samo­cho­dów, jak tylko wysiadł z auta. Samo­chód zare­je­stro­wano na nie­ja­kiego Rogera Edwardsa, Eckra­ga­tan 44, Västra Frölunda. Eckra­ga­tan, to na L?ngedrag. Kawa­łek dalej na zachód. Z miej­sca, gdzie teraz stał, mógł zoba­czyć tę dziel­nicę albo przy­naj­mniej ją sobie wyobra­zić. Widział Nya varvet, Stora Bil­lin­gen, bazę mary­narki wojen­nej za Hästevik, T?ngudden, a dalej L?ngedrag.

Pod­szedł do balu­strady i spoj­rzał w dół. Prze­ra­ża­jąca odle­głość. Otchłań. Widział, jak od zachodu zbliża się nie­bie­sko-biała łódź. Poli­cja wodna z Nya varvet. Jeśli gdzieś tam w dole jest ciało, powinni je zna­leźć. Czy to będzie Roger Edwards? Zbyt zmę­czony życiem. Pró­bo­wał się zastrze­lić, ale dłoń za bar­dzo mu drżała, więc zde­cy­do­wał się na bar­dziej nie­za­wodny spo­sób?

- Nie zgło­szono kra­dzieży tego samo­chodu - dodał Ber­gen­hem.

Zauwa­żył błysk fle­sza. Erika stała kilka metrów od niego. Wyglą­dała, jakby foto­gra­fo­wała prze­pły­wa­jącą w dole łódź poli­cyjną i świt nad wej­ściem do portu. Słońce wscho­dziło za ich ple­cami. Je też na pewno sfoto­gra­fo­wała. Przez ostat­nich kilka tygo­dni cią­gle padało. Wcze­sna jesień. Zapo­wiedź sze­ściu mie­sięcy mroku, znowu. Coś takiego może dopro­wa­dzić czło­wieka na skraj, do skoku na beto­nową powierzch­nię rzeki.

- To ja lecę na Eckra­ga­tan - powie­dział Ber­gen­hem, wła­ści­wie do nikogo. Przed Gnistängstunnel jesz­cze nic nie zapo­wia­dało korka. Ber­gen­hem skrę­cił z Västerleden i jechał dalej Tor­gny Seger­stedts­ga­tan. Mgła kłę­biła się przed jego samo­cho­dem i mie­szała ze świa­tłem poranka. Kościół Älvsborg wystrze­lał pro­sto w szare niebo, szczyt jego wieży wyglą­dał jak dzida. Ber­gen­hema naszło nie­ocze­ki­wa­nie sko­ja­rze­nie sek­su­alne: zwie­rzę o dwóch grzbie­tach. Udało mu się je odpę­dzić, kiedy z sie­dze­nia obok wziął płytę i wsu­nął ją do odtwa­rza­cza. Pijany głos Lucindy Wil­liams zapy­tał, czy dobrze się czuje. Are You Alri­ght? Nie, nie czuje się alri­ght. Zza zakrętu przy Hin­shol­men wyje­chał pierw­szy tego dnia tram­waj. W takim tem­pie, jakby był ostat­nim dzi­siaj albo ostat­nim w życiu. Ber­gen­hem nie uwa­żał. Znio­sło go na bok, w stronę Hen­kers Bar & Grill. Na wyso­ko­ści skrzy­żo­wa­nia z dawną L?ngedragsvägen zapa­no­wał nad samo­cho­dem. Przy Palm­sunds­ga­tan skrę­cił w prawo i zna­lazł się na Eckra­ga­tan.

Dom numer czter­dzie­ści cztery był nowy, w stylu Willa Nor­dic. Pro­ste linie, biały tynk, czer­wone i nie­bie­skie detale, kilka okrą­głych okien, kli­mat mor­ski. Kolory zaczęły się wyła­niać z sza­ro­ści poranka. Ber­gen­hem wysiadł i po kilku kro­kach sta­nął przed drzwiami. Działka była nie­wielka, w L?ngedrag nie było dużych dzia­łek budow­la­nych, pra­wie w ogóle nie było dzia­łek. Edwards musiał mieć szczę­ście i dużo pie­nię­dzy. Drzwi były nie­bie­skie, z okrą­głym okien­kiem. Może szczę­ście Edwardsa wła­śnie się skoń­czyło, może wła­śnie pły­nęło w cięż­kich nur­tach rzeki. Może tego wła­śnie chciał. To nie było nieszczę­ście. Ber­gen­hem naci­snął dzwo­nek. Sły­szał go w środku jak echo. Dom był pusty i opusz­czony, zupeł­nie jak samo­chód na moście Älvsborg. Nikt nie zapa­lił świa­tła. Nie było widać sąsia­dów. Ulica spała, całe L?ngedrag jesz­cze spało. Ludzie na­dal leżeli w łóż­kach. On też tej nocy leżał w łóżku, tak długo, jak tylko zdo­łał wytrzy­mać, a potem wstał, wsiadł w samo­chód i z Tor­slandy poje­chał do mia­sta. Mar­tina nie wstała, kiedy sie­dział w kuchni. Nie bie­gła za nim, kiedy odjeż­dżał sprzed ich sze­re­go­wego domku. Nie miała odwagi, pomy­ślał, widząc swój dom we wstecz­nym lusterku.

Ten dom był cichy. Ber­gen­hem wró­cił do samo­chodu. Nie był zmę­czony. Zje­chał z pobo­cza i ruszył na wschód. Po kil­ku­set metrach minął męż­czy­znę. Szedł chod­ni­kiem z prze­ciwka. Ze spusz­czoną głową. Omi­jał Ber­gen­hema wzro­kiem i to prze­są­dziło sprawę. Ber­gen­hem zatrzy­mał się i wysiadł. Męż­czy­zna szedł dalej, nawet się nie odwró­cił. Ber­gen­hem powstrzy­mał odruch, żeby go zawo­łać. Zoba­czył, że męż­czy­zna prze­cho­dzi na drugą stronę. Teraz się odwró­cił. Ber­gen­hem na­dal stał na swoim miej­scu. Uniósł dłoń w geście pozdro­wie­nia. I wtedy tam­ten rzu­cił się do ucieczki. Prze­biegł obok domu Edwardsa i ucie­kał dalej, w stronę L?ngedragsskolan, a potem znik­nął za wiel­kim budyn­kiem szkoły. Znik­nął, zanim Ber­gen­hem zdą­żył zawo­łać. Ale jak go zawo­łać? Po nazwi­sku? Czy to był Edwards? Ber­gen­hem wsko­czył do samo­chodu, wje­chał na naj­bliż­szy pod­jazd, nawró­cił i poje­chał za ucie­ki­nie­rem. Dostrzegł go na Saltholmsvägen. Teraz szedł, jakby ucie­ka­nie bie­giem było bez sensu. Skrę­cił w stronę boiska do rugby. Jasność wyle­wała się znad Hin­sholm­ski­len. Męż­czy­zna szedł w stronę portu jach­to­wego. W poran­nym słońcu jego syl­wetka wyglą­dała jak pła­sko­rzeźba. Ber­gen­hem znów wysiadł i natych­miast poczuł zapach soli i wodo­ro­stów.

- Halo! - zawo­łał.

Męż­czy­zna nie zare­ago­wał. Nawet się nie odwró­cił.

- Halo, niech pan zaczeka! - zawo­łał Ber­gen­hem i puścił się bie­giem.

Męż­czy­zna szedł teraz ścieżką wzdłuż wody. Odwró­cił się i dostrzegł go. Znów zaczął biec.

- Halo, niech pan zaczeka! Edwards! Roger Edwards! Poli­cja!

Męż­czy­zna się nie odwra­cał. Wbiegł mię­dzy łodzie. Nie­dawno wycią­gnięto je na ląd po sezo­nie. Nie­które były jesz­cze czę­ściowo zanu­rzone. Ber­gen­hem widział mię­dzy kilami nogi męż­czy­zny. Zatrzy­mały się. Ber­gen­hem okrą­żył wielką żaglówkę, za którą stały. Męż­czy­zna trzy­mał ręce w górze, jakby się pod­da­wał. Ale dla­czego? Ber­gen­hem zatrzy­mał się przed nim. Męż­czy­zna patrzył w zie­mię, jego spoj­rze­nie mogło kryć zarówno strach, jak i agre­sję. Obaj ciężko oddy­chali. Ber­gen­hem wycią­gnął legi­ty­ma­cję.

- Ber­gen­hem - wydy­szał. - Poli­cja.

- A o... o co cho­dzi? - odpo­wie­dział męż­czy­zna. Nie spusz­czał wzroku z legi­ty­ma­cji Ber­gen­hema.

- Roger Edwards? - zapy­tał Ber­gen­hem. - Nazywa się pan Roger Edwards?

Męż­czy­zna zawa­hał się, jakby nie pamię­tał swo­jego nazwi­ska.

- Cho­dzi o samo­chód - wyja­śnił Ber­gen­hem. - Samo­chód Rogera Edwardsa.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

- To pan jest Edwards.

- Tak... a co z samo­cho­dem? Zna­leź­li­ście go?

- Zna­leź­li­śmy? Co pan ma na myśli?

- Wczo­raj został skra­dziony.

- Dla­czego nie zgło­sił pan kra­dzieży?

- Nie zdą­ży­łem.

Mówiąc to, spoj­rzał na Ber­gen­hema. Oczy­wi­ste, pry­mi­tywne kłam­stwo.

- Mam w to wie­rzyć? - zapy­tał Ber­gen­hem.

- Gdzie go zna­leź­li­ście?

- A gdzie został skra­dziony?

- Hm... przy Käringsberget. Sprzed sklepu Kon­sumu.

- Kiedy to się stało?

- Wczo­raj wie­czo­rem, mówi­łem już. Póź­nym wie­czo­rem, przed dzie­siątą. O dzie­sią­tej zamy­kają. Śpie­szy­łem się i wbie­głem do środka, żeby jesz­cze zdą­żyć coś kupić, a kiedy wysze­dłem, auta nie było.

- Było zamknięte? - zapy­tał Ber­gen­hem.

- Hm... nie.

- Dla­czego?

- Mówi­łem już, że się śpie­szy­łem. Zapar­ko­wa­łem tuż przy wej­ściu. Kto mógłby pomy­śleć, że stam­tąd też mogą ukraść?

- A dla­czego tam nie?

- Prze­cież tam się nic nie dzieje. W tej dziel­nicy miesz­kają sami porządni, pra­wo­rządni ludzie.

- W takim razie to musiał być jakiś gość - rzu­cił Ber­gen­hem.

- Hm... co... no tak.

- Gdzie były klu­czyki?

- Chyba w sta­cyjce, oba­wiam się.

- Co pan kupo­wał?

- Słu­cham?

- Co pan kupił w Kon­su­mie?

- Papie­rosy.

- Okej, wyszedł pan ze sklepu i samo­chodu nie było. I co pan zro­bił?

- Posze­dłem do domu.

- Poszedł pan do domu? Pań­ski lexus został wła­śnie skra­dziony, a pan spo­koj­nie idzie sobie do domu?

- Śpie­szyło mi się.

- Do czego?

- A to już moja sprawa.

- Cała ta histo­ria w żad­nym wypadku nie jest tylko pań­ską sprawą.

- O co tak naprawdę cho­dzi? - zapy­tał Edwards. - Okej, nie zdą­ży­łem zgło­sić kra­dzieży. Mia­łem to zro­bić teraz, rano. Gdzie jest samo­chód?

Ber­gen­hem zasta­na­wiał się krótką chwilę. Kilka mew krą­żyło nad nimi z zacie­ka­wie­niem, tam i z powro­tem. Dokąd ich ta histo­ria zapro­wa­dzi? Ber­gen­hem spoj­rzał na zega­rek.

- Teraz pew­nie stoi w poli­cyj­nym garażu - powie­dział.

- Ale dla­czego?

- Ktoś oddał w nim strzał.

- Strzał? Jaki strzał?

Ber­gen­hem nie odpo­wie­dział.

- To nie byłem ja - zapew­nił Edwards.

Rozdział 2

2

KOMI­SARZ POLI­CJI KRY­MI­NAL­NEJ ERIK WIN­TER stał przy oknie swo­jego biura z wido­kiem na Fattighus?n. Wie­dział, że rzeka gdzieś tam jest, ale w ciem­no­ści jej nie widział. Wie­czorne świa­tła nada­wały suną­cym po szy­bie kro­plom desz­czu różne barwy, wyglą­dały jak wzór z kora­li­ków. Może to było ładne. Win­ter miał już na sobie płaszcz prze­ciw­desz­czowy. Był gotów wyjść w tę ciem­ność. Jesz­cze na kilka minut zatrzy­mały go sprawy, któ­rych akta leżały na biurku w dwóch nie­wiel­kich sto­sach. Jedna doty­czyła samo­chodu porzu­co­nego na moście Älvsborg, z dziurą po kuli w opar­ciu fotela. Druga podej­rza­nych dzia­łań w oko­licy His­sin­gen, nie­wy­klu­czone, że cho­dziło o prze­myt nar­ko­ty­ków.

Wydział docho­dze­niowo-śled­czy nie mógł obar­czać wszyst­kimi takimi spra­wami wydziału nar­ko­ty­ko­wego.

Na biurku zadzwo­nił tele­fon. Win­ter odwró­cił się, prze­szedł przez pokój i się­gnął po słu­chawkę.

- Słu­cham?

Roz­po­znał nie­chęć w swoim gło­sie. Nie lubił tego.

- Może powin­nam zadzwo­nić kiedy indziej - powie­dział głos w słu­chawce.

- Prze­pra­szam cię, Angelo. Myśla­łem, że to ktoś inny.

- Kto taki?

- Jakiś cho­lerny poli­cjant ze złymi wia­do­mo­ściami, przez które nie będę mógł iść do domu.

- Jest wprost prze­ciw­nie, Eriku.

- Dzięki.

- Więc jesteś wolny i możesz iść do domu.

- To naprawdę dobra wia­do­mość.

- Jest tro­chę póź­niej, niż się spo­dzie­wa­łam.

- Lilly już śpi?

- Wkrótce będzie.

- Powiedz jej, że się sta­ra­łem.

- Na pewno zro­zu­mie.

- A jutro wstanę z kurami.

- Z jakimi kurami?

- To takie szwedz­kie powie­dze­nie, Angelo.

- Aha.

- Wstanę rano z kurami, choć przez cały tydzień jest sobota.

- To samo powie­działa dziś Elsa. Chyba śpie­wali taką pio­senkę w przed­szkolu. Sobota przez cały tydzień.

Angela dora­stała w Lip­sku i Ber­li­nie, zanim jej rodzi­com, pań­stwu Hof­f­man­nom, udało się wydo­stać na Zachód, do wol­nego świata. Była wtedy dziew­czynką. Teraz, jako sto­sun­kowo młoda inter­nistka, pra­co­wała w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim Sahl­gren­ska. Win­ter był komi­sa­rzem o ogól­nym zakre­sie obo­wiąz­ków w poli­cji kry­mi­nal­nej, na­dal, podob­nie jak ona, dość mło­dym jak na komi­sa­rza, ale w poli­cji pra­co­wał już dzie­więt­na­ście lat. Wkrótce miał obcho­dzić dwu­dzie­stą rocz­nicę. Jesz­cze przed pięć­dzie­sią­tymi uro­dzi­nami. Rocz­nica, uro­dziny. Chyba rze­czy­wi­ście życie jest nie­koń­czącą się sobotą.

Win­ter prze­cho­dził przez Heden. Zmierzch już zapadł, wsiąkł w żwi­rowe pod­łoże i zro­bił miej­sce ciem­no­ści. Dru­żyna ama­to­rów roz­gry­wała mecz piłki noż­nej w sła­bym elek­trycz­nym świe­tle. Ich okrzyki po kilku sekun­dach opa­dały na zie­mię. Win­ter jako junior był cał­kiem nie­złym środ­ko­wym obrońcą, mógł grać dalej, wielką karierę miał w zasięgu ręki, gdyby nie poważna kon­tu­zja kolana pod­czas meczu ze Sko­gen na Slot­t­skog­sval­len pod koniec lat sie­dem­dzie­sią­tych. Rok póź­niej klub San­darna BK musiał szu­kać nowego talentu. Już nie miał odwagi grać ofen­syw­nie, choć od czasu do czasu gry­wał jesz­cze w zespole poli­cji kry­mi­nal­nej, póki Hal­ders nie dopro­wa­dził do wyklu­cze­nia ich z roz­gry­wek, bijąc sędziego pew­nego pięk­nego wie­czoru. Tak pięk­nego jak ten. Chmury unio­sły się, kiedy mrok opadł na mia­sto, a domy i ulice oto­czyła błę­kitna aure­ola, tak sto­sowna do pory roku. Kiedy Win­ter patrzył w niebo, z pół­noc­nego zachodu nad­le­ciał chłodny podmuch. Win­ter musiał moc­niej otu­lić się płasz­czem i iść dalej pod wiatr Södra vägen, by potem skrę­cić w Vasa­ga­tan i prze­ciąć Ave­nyn. Pod wia­tami naprze­ciwko Pressbyr?n ludzie cze­kali na swoje tram­waje i auto­busy, ale on miał do domu jesz­cze tylko sie­dem­set metrów.

Elsa ścią­gnęła mu drugi but.

- Dzię­kuję, moja służko.

- Nie jestem twoją służką!

- No to kim jesteś?

- Jestem kró­lową - odparła Elsa i z łosko­tem upu­ściła but na drew­nianą pod­łogę.

- Cśśś... obu­dzisz sio­strzyczkę. Nie obudź księż­niczki.

- E tam, ona cią­gle tylko śpi.

- Tego bym nie powie­dział.

- Ona jest śpio­chem!

- A ty, skoro jesteś kró­lową, możesz iść do kuchni i przy­nieść mi coś do picia, a ja w tym cza­sie przejdę do salonu.

- A co to salon?

- Nasz duży pokój. Ale w dobrych domach zawsze mówi się salon.

- Przed­tem chyba tak nie mówi­li­śmy?

- Naprawdę?

- Naprawdę. To zna­czy, że nie jeste­śmy dobrym domem?

- Oczy­wi­ście, że jeste­śmy, kocha­nie. Jed­nym z naj­lep­szych.

- Nie jeste­śmy naj­lepsi?

Win­ter usły­szał prze­lotny śmiech. Pod­niósł wzrok.

- No i jak teraz z tego wybrniesz?

Angela uśmie­chała się do niego.

- Jak dobrym domem jeste­śmy? - zapy­tała.

- Tak samo dobrym jak inne dobre domy - powie­dział i wstał. - Czy któ­raś z kró­lo­wych może przy­nieść kró­lowi coś dobrego do picia? Król udaje się do salonu.

Ber­gen­hem stwier­dził, że sie­dzi w pracy, na swoim krze­śle. Pamię­tał, że jechał przez most Älvsborg, a potem dalej w stronę mia­sta, ale to wszystko. Prze­je­chał przez cen­trum, jakby był nie­przy­tomny. Zapar­ko­wał przed komendą. Wszedł do swo­jego pokoju. Nie­przy­tomny. Totalny blac­kout. Wielki Boże. To nie pierw­szy raz. Mógł roz­je­chać jakie­goś nie­szczę­śnika. Czy z moją głową coś jest nie tak? Tamto ude­rze­nie... to było dzie­sięć lat temu, może nawet trzy­na­ście. Tak, trzy­na­ście. To nie jest dobra liczba. Myśleli, że nie żyję. Może nawet wyzio­ną­łem na chwilę ducha. Ale nie poświę­ci­łem życia, nie wtedy. To była tylko głu­pota. I coś jesz­cze. Wczo­raj jecha­łem przez most i widzia­łem samo­chód. To pamię­tam. Rogera Edwardsa też pamię­tam. Nie sko­czył. Nie zgło­sił. Nie strze­lał. Tak powie­dział. Dużo pytań się nasuwa.

Tele­fon na biurku wyrwał go z roz­my­ślań o życiu i śmierci, nadziei, roz­pa­czy i głu­po­cie.

Ode­brał bez słowa i przez chwilę słu­chał wzbu­rzo­nego głosu.

- Nie tutaj - powie­dział. - Nie teraz.

Mała kró­lowa wró­ciła ze szkla­neczką whi­sky. Nio­sła ją, jakby to był dzban ze zło­tem, któ­rym zresztą była, a przy­naj­mniej tak wyglą­dała.

- Jak ty możesz to pić, tato? Fuj!

Poczuł aro­mat wrzosu i torfu, oce­anu i nieba.

- To będzie długa histo­ria, kocha­nie.

- Opo­wiedz!

Łyk­nął ze szklanki. Smaki pra­wie takie same jak aro­maty.

- Opo­wiedz, tatu­siu!

- W kra­inie zwa­nej Szko­cją dawno, dawno temu miesz­kali w gro­cie nad morzem sta­rzec i sta­ruszka.

Elsa się uśmiech­nęła. Sły­szała już kie­dyś tę histo­rię, a przy­naj­mniej jedną z jej wer­sji. Win­ter nie pamię­tał, ile wer­sji opo­wie­dział przez ostat­nie lata.

- Nazy­wali się Mac­Gre­gor - mówił dalej.

- To zna­czy syn - wtrą­ciła Elsa. - Mac­do­nald zna­czy syn.

- Masz rację.

- Tak samo jak ktoś, kto się nazywa Eriks­son.

- Wła­śnie.

- To może ja też będę mogła się nazy­wać Eriks­son, jak będę duża?

- Jeśli zechcesz.

- Ale ja nie jestem synem! To w takim razie będę Eriks­dot­ter, córka Erika!

Win­ter ski­nął głową.

- Tylko że wtedy nie będę się już nazy­wała Win­ter.

- No tak, może byłoby szkoda.

- A skąd ono się wzięło, tato? Skąd pocho­dzą nasze nazwi­ska?

- Tak do końca sam nie wiem, kocha­nie. Dzia­dek nazy­wał się Win­ter... więc ja i ciotka Lotta też się tak nazy­wa­li­śmy.

- To zna­czy zima, prawda?

- Tak, jasne.

- Ale my nie piszemy tego tak jak się powinno! Mia­łam napi­sać to słowo na tablicy w szkole i pani powie­działa, że zro­bi­łam błąd. Bo po szwedzku zima pisze się vin­ter!

- Nasze nazwi­sko chyba pocho­dzi z Wiel­kiej Bry­ta­nii - wyja­śnił Win­ter. - To angiel­ska pisow­nia. W Göteborgu mieszka cał­kiem dużo ludzi z angiel­skimi nazwi­skami. Dawno temu przy­było tu wielu Angli­ków i Szko­tów, zaj­mo­wali się róż­nymi rze­czami. I ich nazwi­ska zostały.

- To zna­czy, że może pocho­dzimy stam­tąd - stwier­dziła Elsa.

- Może.

- Może pocho­dzimy ze Szko­cji!

- Tak, to nie jest wyklu­czone.

- A nie możemy się tego jakoś dowie­dzieć?

- Chyba tak, myślę, że się da...

- Mama prze­cież pocho­dzi z Nie­miec! A ty może ze Szko­cji. Ale fajowo!

- Tak powie­działa?

- Yes.

- Dawno nie sły­sza­łam tego słowa. Fajowy. Myśla­łam, że zostało ska­so­wane.

- Wszystko wraca.

- Chcia­ła­bym móc cze­kać na coś fajo­wego - powie­działa Angela.

- Po co cze­kać? Może mogli­by­śmy zro­bić coś fajo­wego teraz?

- Na przy­kład?

- Choćby wybrać się w podróż. Co powiesz na Szko­cję?

- Byli­śmy tam cał­kiem nie­dawno, Eriku. I wcale nie skoń­czyło się dobrze. Nie chcę teraz do tego wra­cać.

- Ale teraz to byłby urlop. Tylko urlop. Z dziew­czyn­kami, rzecz jasna. Elsa chce zoba­czyć grotę, w któ­rej Mac­Gre­go­ro­wie zaczęli pro­du­ko­wać whi­sky. Zanim zja­wiła się wredna wiedźma i wszystko znisz­czyła.

- Na szczę­ście jej się nie udało, prawda?

- Nie, Bogu dzięki. Była wredna, ale nie­zbyt mądra. Dla Elsy ni­gdy nie jest dość wredna.

- Gdzie ona wła­ści­wie jest? Ta grota? Ni­gdy nie umia­łam sobie tego wyobra­zić.

- Na zachod­nim wybrzeżu. Mal­laig. W pobliżu Skye. Tro­chę trudno to wytłu­ma­czyć. Musimy tam poje­chać, to ci pokażę.

- Okej.

- Możemy poje­chać wio­sną. A po dro­dze wpaść do Lon­dynu.

- Okej.

- Już dawno nie roz­ma­wia­łem ze Steve'em.

- Chęt­nie się z nimi zoba­czę - powie­działa Angela. - Susan dawno się nie odzy­wała.

- To zróbmy tak.

- Tylko że kli­nika naci­ska.

Angela znów dostała pro­po­zy­cję od kli­niki w Mar­belli. Ostat­nią zimę spę­dzili na Costa del Sol. Per­spek­tywa ponow­nego wyjazdu była bar­dzo kusząca. Można by się do tego przy­zwy­czaić.

- Sam nie wiem - powie­dział Win­ter. - Mam wra­że­nie, jak­by­śmy co naj­mniej decy­do­wali, czy osiąść tam na dobre.

- Ja też nie wiem - przy­znała Angela.

- A ja tutaj jesz­cze nie skoń­czy­łem.

Nic nie powie­działa.

- Zasta­na­wiasz się, czego jesz­cze nie skoń­czy­łem? - zapy­tał Win­ter i wypił łyk ze szklanki.

- Nic nie mówi­łam.

- Ale się zasta­na­wia­łaś.

- Może ty to robisz, Eriku.

- Zasta­na­wiam się, czy skoń­czy­łem?

- Nie, nad tym, czego nie skoń­czy­łeś.

- Czy to jakaś nie­zro­zu­miała nie­miecka skład­nia?

- Nie pró­buj się wykrę­cać.

- Nie pró­buję się wykrę­cać.

Ale wła­śnie to robił. Czego jesz­cze nie skoń­czył? Sprawy czy­jejś śmierci? Śmierci kolej­nego czło­wieka? Jesz­cze jed­nej śmierci? Kolejny mor­derca, ofiara, wiele ofiar, kolejni bli­scy ofiary, nowe prawdy na war­stwie daw­nych. Stare lęki powra­cają jako nowe, tak samo jak stary kac jest dla sta­rego pijaka jak nowy.

Może to było coś we krwi, coś, co na­dal krą­żyło w jego żyłach, teraz wol­niej, ale wkrótce popły­nie z pełną siłą. To była siła, która brała się z lęków przed tym, co nastąpi wkrótce. Wszystko wra­cało. Zbrod­nie w Göteborgu się nie skoń­czyły. Będą się powta­rzały, ale nic już nie będzie takie jak przed­tem. Mógł korzy­stać z doświad­cze­nia, ale tylko do pew­nego stop­nia. Potem wszystko znów było nowe. Będzie sam, z krwią krą­żącą i huczącą w żyłach. I to było to, czego chciał. Jesz­cze z tym nie skoń­czył.

- Dla­czego ktoś miałby zosta­wić samo­chód na moście Älvsborg i znik­nąć? - powie­dział.

- Ja bym tego nie zro­biła - odparła Angela.

- Ktoś to zro­bił. Zosta­wił samo­chód.

- Nie wie­cie kto?

- Wiemy, kto jest wła­ści­cie­lem. Ale on twier­dzi, że mu ten samo­chód skra­dziono.

- A ty myślisz, że nie mówi prawdy?

- Ja nic nie myślę. Tylko czy­ta­łem o tym. Ber­gen­hem tam­tędy prze­jeż­dżał i zna­lazł ten samo­chód.

- Ach tak?

- Nie był wtedy na służ­bie. Jechał sobie, zoba­czył na moście porzu­cony samo­chód i wsz­czął alarm.

- Nie był na służ­bie?

- Nie. Tak sobie tylko jeź­dził nocą po mie­ście.

- To nie brzmi dobrze.

- No nie.

- Jak on się czuje?

- Wła­ści­wie nie wiem, Angelo. Jest taki wyco­fany.

- Roz­ma­wia­łeś z nim?

- Jesz­cze nie.

- Powi­nie­neś.

- Zamie­rzam.

- To naprawdę nie brzmi dobrze.

Win­ter nie odpo­wie­dział. Wyobra­ził sobie samo­chód i most, świt i Larsa w środku tego wszyst­kiego. Taka scena.

Prze­szłość to płaszcz, który ciężko wisi na ramio­nach. Czło­wiek go nosi przy każ­dej pogo­dzie. Nie ma zna­cze­nia, jak te okropne rze­czy go dopa­dają. Można je stwo­rzyć samemu albo może to zro­bić ktoś inny. I nie można tego cof­nąć. To, co dobre, ode­szło na zawsze. Że też mógł tak myśleć. Chciał tego, ale i nie chciał. Uni­kał wody. To zna­czyło, że nie chciał oglą­dać mas wody. Inna sprawa, kiedy woda wypły­wała z kranu. Ale kiedy zbie­rała się w kałużę, bajoro, staw, basen, sadzawkę... Pod powierzch­nią była śmierć. Miała tam być już na zawsze. To była część jego pamięci. Nie, raczej tego, co nie było pamię­cią, ale na­dal tam było. O tym, co zro­bił. Byli tacy, któ­rzy wie­dzieli. Wie­dzieli wię­cej od niego. Skąd mogli to wie­dzieć? Ale on wie­dział jedno. Teraz mogło być tylko gorzej, dla umar­łych też. Co za kosz­marna myśl.

Ber­til Ring­mar sie­dział w swoim fotelu w salo­nie i zasta­na­wiał się, czy powi­nien pójść do kuchni i zro­bić sobie kanapkę z pasz­te­tem, może doło­żyć do tego tro­chę bekonu i pie­cza­rek, i jesz­cze otwo­rzyć piwo. Czy kiedy to zrobi, poczuje się lepiej. Z pew­no­ścią dzięki temu poczuje się lepiej. Wstał i poszedł do kuchni. Zro­bił sobie kanapkę, pod­sma­żył bekon i pie­czarki. Przy kuchen­nym stole nalał kie­li­szek winiaku Öd?kra. Butelkę wyjął z zamra­żarki. Alko­hol był gęsty jak syrop. Szkło pokry­wał szron. Wszystko wyda­wało się w porządku. Zjadł, otwo­rzył kolejne piwo i prze­niósł się z butelką z powro­tem na fotel. Pił, spo­glą­da­jąc na ogród. Nie­długo minie dwa­dzie­ścia pięć lat, odkąd tak tu wysia­duje, patrząc na ogród. W ostat­nim cza­sie robi to coraz czę­ściej. Dla­czego wła­ści­wie? To ten sam stary ogród, w grun­cie rze­czy nawet trudno to uznać za ogród, tylko tro­chę trawy, kamieni, krza­ków i drzew ota­cza­ją­cych drew­niany dom. Ten sam stary dom. Ten sam stary Ring­mar. Nie, do dia­bła, daj spo­kój, Ber­til. Zostało ci jesz­cze pra­wie dzie­sięć lat w dum­nych sze­re­gach poli­cji. Cią­gle masz przed sobą wiel­kie rze­czy. Wiel­kie prze­stęp­stwa. Straszne prze­ży­cia. Napię­cie. Dra­ma­tur­gia. Jed­nym sło­wem: action. To wię­cej niż dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent ludz­ko­ści śmie sobie wyma­rzyć, praw­dziwa action. Tylko my i prze­stępcy tego doświad­czamy. To jest nasz świat. Mój Boże, ależ ci inni dużo tracą. To dzięki temu można czuć się młodo. Tre­ning fizyczny to część tej pracy, to obo­wiąz­kowe. Gdzie w prze­ciw­nym razie byłby mój brzuch? W poło­wie drogi do ogrodu, do dia­bła. Nie­długo stuk­nie mi sześć­dzie­siątka. Przy moich nawy­kach żywie­nio­wych może już dawno bym nie żył albo wła­śnie konał. Wstał. Coś się ruszało za żywo­pło­tem. To ten pie­przony palant sąsiad. Zaczął już mon­to­wać świą­teczne oświe­tle­nie. Zostały tylko trzy mie­siące. Już obwie­szał świa­teł­kami wszystko, co miał w ogro­dzie, i pra­wie nie wyłą­czał. Nie dało się przez to spać przez pół jesieni i całą zimę. Pró­bo­wał roz­ma­wiać z tym bucem, ale nie pomo­gło. Krzy­czał, ale to też nie poma­gało. Zwra­cał się do odpo­wied­nich urzę­dów, jakich tylko się dało, ale w tym kraju nikt nie miał odwagi nic zro­bić. Jeśli się nic nie robi, nie można zostać skry­ty­ko­wa­nym. Nie można zostać skry­ty­ko­wa­nym za nic. Lepiej ni­gdy nic nie robić. Roz­wa­żał, czy nie wywo­łać zwar­cia w domu tego idioty, ale to byłoby zbyt oczy­wi­ste. Poszedł do kuchni i wyjął butelkę winiaku. Wtedy na bla­cie zadzwo­nił tele­fon.

- Tak?

- Halo? - ode­zwał się jakiś głos. Brzmiał, jakby docho­dził z daleka.

- Tak, słu­cham. Ber­til Ring­mar.

W słu­chawce zapa­dła cisza.

- Halo?

Na­dal nic.

- Halo? Kto mówi? Kto tam jest, do cho­lery?

Teraz usły­szał, jak ktoś powoli odkłada słu­chawkę.

Wyj­rzał przez kuchenne okno, zaj­rzał pro­sto do kuchni sąsiada. Dostrzegł syl­wetkę. Odkła­dał tele­fon. Przy­pa­dek? Nie. Ter­ror świa­te­łek naj­wy­raź­niej mu nie wystar­czał.

Rozdział 3

3

FASADY DOMÓW PO DRU­GIEJ STRO­NIE Vasa­plat­sen zda­wały się wyż­sze niż zwy­kle, zasła­niały niebo, jakby chciały zasło­nić świa­tło. Zatkać dziurę, która zawsze tam była, przez którą wpa­dała jasność. Świa­tło musi mieć któ­rędy wcho­dzić. Win­ter zamknął oczy, a potem otwo­rzył. Domy zsu­nęły się tro­chę niżej, teraz było wię­cej nieba, sza­rego nieba, ale mimo wszystko. Było jaśniej. Jesz­cze raz zamknął oczy, ale pod powie­kami na­dal miał świa­tło. To było przy­jemne uczu­cie, choć wie­dział, że nie może tak do końca pole­gać na swo­ich oczach. A może to było coś, co znaj­do­wało się poza oczami. Mózg. Zawsze mógł na nim pole­gać. Kiedy nie dzia­łało nic innego, zawsze mógł liczyć na swoje myśli, wyobraź­nię, swoją... no wła­śnie, inte­li­gen­cję, czy jak to nazwać. Intu­icję. Świa­do­mość. Praw­dziwą świa­do­mość. Coś, co nosił w sobie od dzie­ciń­stwa, czego nie mógł się nauczyć ani nikomu prze­ka­zać. Coś, co go zapro­wa­dziło tu, gdzie jest dzi­siaj. Ale teraz jego mózg odma­wiał posłu­szeń­stwa.

- Co jest, Eriku?

Sły­szał głos Angeli, ale jej nie widział. Na­dal miał zamknięte oczy. W gło­wie cią­gle miał jasność, jasność i ból.

- Nic - powie­dział, odwra­ca­jąc się na drugi bok.

- Skrzy­wi­łeś się.

- Naprawdę?

- Jakby cię coś bolało.

- Hm...

- Boli cię?

- Tylko kiedy się śmieję - powie­dział z uśmie­chem.

- Dawno się nie śmia­łeś, Eriku.

- Tak uwa­żasz?

- Tak.

- Bo nie chcę, żeby mnie bolało.

Pró­bo­wał znów się uśmiech­nąć, ale bez powo­dze­nia.

- Jeśli dobrze zro­zu­mia­łam, od pew­nego czasu cier­pisz na bóle głowy - powie­działa Angela.

- Cza­sami.

- Prze­cież wcze­śniej tak nie było. Przy­naj­mniej odkąd cię znam.

- To chyba stres. Praca. W końcu wszystko odbija się na mózgu.

- Żar­tu­jesz sobie, Eriku?

- Tylko tro­chę.

Zła­pała go za głowę. Jej oczy zna­la­zły się bar­dzo bli­sko. Są zie­lone, pomy­ślał. Ni­gdy wcze­śniej tego nie widzia­łem. A może to znów oczy pła­tają mi figla? Czy Angela nie miała kie­dyś nie­bie­skich oczu? Czuł na skro­niach chłodny dotyk jej dłoni. To było przy­jemne. Opu­ścił powieki. Angela powoli maso­wała mu czoło.

- W któ­rym miej­scu cię boli?

Sły­szał jej głos, jakby dobie­gał z dru­giego końca pokoju. Uno­sił się jak oso­bliwe ste­reo.

- Teraz wcale mnie nie boli - powie­dział.

To było cho­ler­nie iry­tu­jące, o ile to wła­ściwe słowo. Zjadł lunch w Man­freds Bras­se­rie przy Nordenskjöldsgatan i kiedy wyszedł na ulicę, zoba­czył, że lewe przed­nie drzwi samo­chodu są wgnie­cione. Niech to szlag. Zapar­ko­wał rów­no­le­gle do chod­nika. Jak ktoś, kurwa, mógł w niego wje­chać?

Z garażu po dru­giej stro­nie ulicy wyje­chał jakiś samo­chód. Pod­niósł głowę. No tak. Jasne. Jakiś skur­wiel oczy­wi­ście wyjeż­dżał zbyt szybko, nie wyro­bił na zakrę­cie i ude­rzył w jego chry­slera. A potem uciekł. Nie­na­wi­dził takich, co ucie­kają z miej­sca wypadku. Ktoś, kto ucieka przed czymś takim, uciek­nie przed wszyst­kim. Nie wie­dzia­łem, że tam jest pod­ziemny garaż. Byłem tu setki razy i ni­gdy nie pomy­śla­łem o tym cho­ler­nym garażu. A teraz przed­sta­wił mi się z hukiem.

Prze­ciął ulicę i zszedł do tunelu. Była tam budka straż­nika. Że też jesz­cze coś takiego ist­nieje. Myśla­łem, że różne cho­lerne urzędy zaj­mu­jące się śro­do­wi­skiem dawno takie rze­czy poza­my­kały. To prze­cież zabój­cze.

- Widział pan, jakie samo­chody wyjeż­dżały stąd przez ostat­nie czter­dzie­ści pięć minut?

Straż­nik wychy­lił się z budki. Spoj­rzał na niego tępo. Wystar­cza­jąco tępo, żeby mógł całymi dniami sie­dzieć i wdy­chać opary oło­wiu. Facet był biały, wyglą­dał nor­dycko. Tro­chę dziwne, bo prze­waż­nie to bru­dasy dostają te naj­groź­niej­sze posady, które jesz­cze zostały. Tego Aryj­czyka wzięli chyba pro­sto z domu waria­tów, kiedy go likwi­do­wali.

Nie wyglą­dało na to, żeby straż­nik zro­zu­miał pyta­nie.

- Patrzy pan na wyjeż­dża­jące samo­chody?

- Tak, a bo co?

- Bo co? Ja ci to wytłu­ma­czę. Jakiś palant wyje­chał stąd w ciągu ostat­niej godziny, raczej ostat­nich czter­dzie­stu pię­ciu minut, no więc ten buc wysko­czył z tej cho­ler­nej nory i wrą­bał się pro­sto w mój samo­chód, który par­kuje tam na górze.

Wska­zał kie­ru­nek całą dło­nią. Straż­nik popa­trzył w tamtą stronę. Tuż przed ulicą był stromy pod­jazd, widać było tylko dru­gie pię­tro domów po dru­giej stro­nie i czarno-biały szyld knajpy Man­freda. Wpa­dał na lunch do Man­freda tak czę­sto, jak tylko mógł. W mie­ście nie było lep­szego lokalu. Ale dla dobrego jedze­nia nie chciał ryzy­ko­wać znisz­cze­nia samo­chodu. Sie­dział w głębi lokalu, przy dłuż­szej ścia­nie. Nie mógł patrzeć na ulicę. Gdyby widział, co się dzieje, pew­nie by tam­tego zabił, zanim kutas zdą­żył spie­przyć z miej­sca prze­stęp­stwa.

- Ach tak? - powie­dział straż­nik.

- Zapi­su­jesz numery samo­cho­dów, które tu wjeż­dżają?

- Nie.

- Nie? To jaki w ogóle ma sens to, że tu sie­dzisz? Po co tu sie­dzisz, czło­wieku, jeśli nie kon­tro­lu­jesz, kto wjeż­dża i wyjeż­dża?

- Nie musi się pan zło­ścić.

- Zło­ścić? Ja się nie złosz­czę! Jestem tylko wkur­wiony na takich cho­ler­nych id... - zaczął. Umilkł, kiedy straż­nik zamknął okienko. Wyglą­dał, jakby się bał. Pie­przony debil.

Odwró­cił się na pię­cie i wyszedł z cho­ler­nego garażu na ulicę. Sta­nął przy swoim samo­cho­dzie i znów zaczął się przy­glą­dać uszko­dze­niom. Nie tylko przed­nie drzwi były wgnie­cione, tylne też. Zro­bił krok w tył i nagle kilka metrów od niego ryk­nął klak­son. Jakaś baba w volvo 70 mijała go w żół­wim tem­pie, krę­cąc głową. Przez chwilę roz­wa­żał, czy nie ulec impul­sowi, nie otwo­rzyć drzwi tej głu­piej cipy i nie wal­nąć jej tłu­stą mordą w kie­row­nicę. Ale nie. Pew­nie i tak nie­długo umrze. Zabije ją wła­sna głu­pota.

Zadzwo­niła jego komórka.

- Tak?

- Jedziesz już?

Głos brzmiał ostro i dobit­nie.

- Nie, nie jadę. Jakiś buc wje­chał mi w samo­chód i uciekł, kiedy jadłem lunch.

- Gdzie?

- Co to ma za zna­cze­nie, do cho­lery? Linné. Nordenskiöldsgatan.

- Sie­dzimy tu i cze­kamy.

- On już przy­szedł?

- Tak. I zaraz pój­dzie.

- Już jadę.

Roz­łą­czył się i wsu­nął tele­fon do kie­szeni. Powi­nien zadzwo­nić po gliny i zgło­sić uszko­dze­nie, ina­czej będą pro­blemy z ubez­pie­cze­niem, ha, ha. Jakiś ocię­żały umy­słowo kra­węż­nik będzie w śli­ma­czym tem­pie spi­sy­wał zgło­sze­nie, pół godziny na jedno zda­nie. Ha, ha, ha.

Wsiadł do chry­slera, włą­czył sil­nik i wypły­nął z zatoczki. Jesz­cze nie skoń­czył z tym dur­nym straż­ni­kiem tam na dole. Jesz­cze się nie poli­czył z ucie­ki­nie­rem. Znaj­dzie go i włoży mu głowę w ima­dło.

Skrę­cił w Linnégatan.

Win­ter nie lubił swo­jego biurka. Samego blatu, lampy, całego pokoju. Cza­sem, kiedy pra­gnął być gdzieś daleko.

Cen­trum mia­sta nisz­czało coraz bar­dziej. Innych draństw też było coraz wię­cej. To się nazy­wało roz­wój albo może przy­rost. Wła­śnie odno­to­wy­wano silny wzrost prze­stęp­czo­ści, tej zor­ga­ni­zo­wa­nej, ale tej dru­giej też. Jemu było wszystko jedno. I tak miał ją zwal­czać. Nie był zmę­czony, zgorzk­niały ani cyniczny, ani pozba­wiony złu­dzeń, no może troszkę, ale pra­wie wcale. Na­dal był młody, nie miał nawet pięć­dzie­siątki. Ber­til wkrótce skoń­czy sześć­dzie­siąt. Może to coś innego, ale nie stracę nadziei, nie wpadnę w depre­sję. Prę­dzej pójdę na wojnę. Zresztą jestem na woj­nie. Nie da się jej wygrać, ale tego nie mówimy. Nikt nie mówi: a teraz pój­dziesz na wojnę, prze­grasz ją i zgi­niesz. Tak mówili japoń­scy dowódcy do swo­ich żoł­nie­rzy: wy już nie wró­ci­cie, ni­gdy nie wró­ci­cie, idź­cie i giń­cie. Ale ja wrócę. Zawsze wra­cam. A teraz jestem sze­fem wydziału docho­dze­niowo-śled­czego. Sam wydaję sobie roz­kazy: idź i żyj.

Prze­czy­tał raporty z ostat­niej doby. O aktach wan­da­li­zmu w cen­trum mia­sta. Kto ich tu, do cho­lery, wpusz­cza? Nale­ża­łoby zacho­wać bramy i zwo­dzone mosty, żeby ludzie mogli żyć w spo­koju. Wan­dale mogliby iść do Hagen, demo­lo­wać przy­stanki tram­wa­jowe w każdy pią­tek o dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści pięć.

Ból głowy ude­rzył go nagle, jak młot. KURWA. Pod­niósł rękę do lewego oka, jakby szu­kał pomocy. To wła­śnie tam to teraz sie­działo, kafar, dunk-dunk-dunk. Poczuł mdło­ści. Zbli­żały się jak zawrót głowy. Co to takiego? CO TO JEST? Na biurku zadzwo­nił tele­fon. Nie sły­szał go, ale wie­dział, że dzwoni. Czuł, jak biurko wibruje. Na­dal trzy­mał dłoń przy lewej brwi, drugą ręką pod­niósł słu­chawkę.

- Ttaa... tak?

- Halo? - ode­zwał się nie­zna­jomy głos.

- Tak, halo? Halo? Erik Win­ter.

W słu­chawce zro­biło się cicho.

Win­ter wziął głę­boki oddech.

Ból wła­śnie zawra­cał do tego prze­klę­tego miej­sca, z któ­rego wyszedł. Mdło­ści ustały. Nie­mal czuł, jak się ruszają pod prze­poną.

- Halo? Kto mówi?

Usły­szał tylko, jak ktoś powoli odkłada słu­chawkę.

Inspek­tor Lars Ber­gen­hem jechał przez most Älvsborg i jak zwy­kle kiedy tam­tędy prze­jeż­dżał, myślał o tym, jak wiel­kie wydaje się mia­sto i jak małe robi się potem, kiedy do niego zje­dzie, kiedy zje­dzie na dół, jak trudno potem pod­nieść wzrok i patrzeć w dal. Pod­nieść wzrok. Wła­śnie to zro­bił. Po pra­wej stro­nie morze, po lewej więk­sza część Göteborga, wieże kościo­łów, auto­strady, i nagle w radiu głos Phila Col­linsa, too many people, too many pro­blems, this is the land of con­fu­sion, pogu­biony kraj, tak, to prawda, rze­czy­wi­ście. Pomy­ślał o twa­rzy Mar­tiny, zagu­bio­nej. Co powie­dział? Nagle poczuł, że nie da rady prze­je­chać zbyt dużo razy tam i z powro­tem do Tor­slandy, obej­rzeć całego mia­sta za jed­nym razem. Za dużo per­spek­tywy, za dużo nieba. Lepiej spu­ścić oczy. Mar­tina. Jej spoj­rze­nie. Cóż on takiego, do dia­bła, powie­dział? Miał w gło­wie kom­pletną pustkę, jakby ktoś mu wyma­zał plik. Na twar­dym dysku nie było nic, ale to nie miało zna­cze­nia, bo wła­ści­wie jego twardy dysk, na któ­rym mógłby zapi­sać wszystko, jakby nie ist­niał, nie mógł się bro­nić, za dużo szcze­gó­łów, zbyt nisko opusz­czony wzrok. Mar­tino, odcho­dzę. Mar­tino, ni­gdy nie odejdę. Mar­tino, już nie potra­fię kła­mać. Mar­tino, nie daję rady. Mar­tino, pora­dzę sobie ze wszyst­kim. Mar­tino, wrócę do domu późno. Zje­chał z mostu, czy raczej pozwo­lił się ponieść ruchowi skrę­ca­ją­cych samo­cho­dów, który dopro­wa­dził go do świa­teł przy Jaeger­dorf­fsplat­sen, jed­nego z brzyd­szych pla­ców w mie­ście, znisz­czo­nego przez Oscar­sle­den, tak samo jak pechowe czę­ści Kungsladug?rd i Majo­ran, które znaj­do­wały się w nie­wła­ści­wym miej­scu, kiedy jacyś idioci popro­wa­dzili auto­stradę jak mur mię­dzy ludźmi i rzeką. Ludzie na pocie­chę dostali sklep mono­po­lowy, ale zatrzy­my­wała się przy nim głów­nie wyż­sza klasa śred­nia wra­ca­jąca do domów do Hagen i L?ngedrag albo do Askim i Hov?s. Jechał w górę Slot­ts­skogs­ga­tan, zapar­ko­wał przy aptece na Maria­plan. Wszedł. Minął kogoś, kto wydał mu się zna­jomy. Nie wie­dział, czy ten ktoś go roz­po­znał, ale od razu wyszedł, nie kupił niczego. Kiedy jechał Kungsladug?rdsgatan w stronę Slot­t­skog­sval­len, widział twarz swo­jej córki. Jego Ada, nie­spełna jede­na­sto­let­nia, wkrótce nasto­latka. Nie dane mu było zoba­czyć jej naro­dzin. Miał wtedy nie żyć. Powi­nien z tego powodu mieć wię­cej pokory wobec życia, zresztą miał ją, tak mu się wyda­wało, że ma. Wszystko inne musiało być lep­sze niż ciem­ność. Oczy Ady. Kiedy pomy­ślał, że ni­gdy by w nie nie zaj­rzał, cały się zatrząsł. Zje­chał na pobo­cze tuż przed Mar­gre­te­borg­sron­del­len i wyłą­czył sil­nik. Sie­dział tak bez ruchu, aż prze­stał się trząść. Radio mil­czało, padło. Nie pamię­tał, że sam je wyłą­czył.

Rozdział 4

4

WIN­TER I RING­MAR JECHALI przez Götatunneln. To miej­sce stwa­rzało ilu­zję, że Göteborg jest o wiele więk­szy, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Do tego nie potrzeba prze­stęp­czo­ści. Choć prze­stęp­czość też roz­wiewa wszel­kie złu­dze­nia. Ale tunel był piękny. Tak powi­nien wyglą­dać nowo­cze­sny obiekt. Koń­czył się przy Dworcu Cen­tral­nym. Win­ter skrę­cił i prze­je­chał przez Östra Nord­stan.

- Ktoś do mnie zadzwo­nił, do domu, i tylko oddy­chał do słu­chawki - powie­dział Ring­mar, kiedy zatrzy­mali się na świa­tłach przy dworcu.

- To zabawne. Do mnie też. Wczo­raj. Tylko że do pracy.

- Wła­ści­wie to nawet nie ma o czym mówić. Ale to było takie uczu­cie... sam nie wiem. Jakby ktoś naprawdę tam był. Jakby cze­goś chciał. Rozu­miesz?

- Odnio­słem takie samo wra­że­nie - przy­znał Win­ter.

- Nie nabi­jasz się ze mnie, Eriku?

- Naprawdę nie, przy­się­gam.

- Ktoś cze­goś od nas chciał, ale nie chciał powie­dzieć - pod­su­mo­wał Ring­mar.

Win­ter ski­nął głową i wci­snął pedał gazu. Jakiś młody chło­pak prze­cho­dził na czer­wo­nym świe­tle. Musiał usko­czyć, kiedy go mijali w odle­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów.

- Ktoś w potrze­bie - stwier­dził Win­ter. - Potrze­bo­wał naszej pomocy.

- To było to samo?

- Oczy­wi­ście.

- Co ta praca robi z czło­wie­kiem - wes­tchnął Ring­mar. - Trzy sekundy ciszy w słu­chawce i od razu wiesz, o co cho­dzi.

- To ta cisza.

- A ja podej­rze­wa­łem, że to mój pie­przony sąsiad robi mi kawał - powie­dział Ring­mar.

Zadzwo­niła komórka Win­tera.

- Tak?

- Mówi Öberg. Tech­nik od broni twier­dzi, że to wygląda na kali­ber dzie­więć mili­me­trów, luger, para­bel­lum, może nawet amu­ni­cja sig sau­era. Albo coś innego, zbli­żo­nego. Jesz­cze się ode­zwie w tej spra­wie.

- Okej.

- W samo­cho­dzie nie zna­leź­li­śmy krwi. Prak­tycz­nie żad­nych innych śla­dów, przy­naj­mniej na razie. Resztki poci­sku... kie­ru­nek strzału... wygląda na to, że strze­lec stał na zewnątrz - powie­dział Öberg, zastępca szefa wydziału tech­nik kry­mi­na­li­stycz­nych.

- Nie sie­dział w samo­cho­dzie? Na moście? - zapy­tał Win­ter.

- Czy strze­lał na moście? Tego jesz­cze nie wiemy.

- To ma zna­cze­nie - stwier­dził Win­ter.

- Tak samo jak ma zna­cze­nie, czy jest ofiara - dodał Öberg. - Zna­leź­li­ście coś w wodzie?

- Nic.

- Ciało mogło kawa­łek popły­nąć. Mocno wiało.

- Spraw­dzamy nabrzeża.

- Dziwna histo­ria - powie­dział Öberg.

Zaczęło się od jed­nego dźwięku. Potem było ich wię­cej, o wiele za dużo i o wiele za gło­śnych. Pio­senka za pio­senką, jedna gor­sza od dru­giej, gło­śniej­sza od poprzed­niej. Prze­pro­wa­dził się tutaj ze względu na ciszę. Potrze­bo­wał ciszy tak samo jak wody. A ona ota­czała go jak ocean. Pły­wał w ciszy. Do tej chwili. To był jakiś pośled­niej­szego gatunku rock. Nie był eks­per­tem od muzyki roc­ko­wej, ale jeśli cho­dzi o jakość, na pewno było to bar­dzo kiep­skie. Jak imi­ta­cja. Do tego jesz­cze tak gło­śno. Ktoś, kto takiego gówna słu­chał tak gło­śno, musiał być sza­lony. Albo mar­twy. Albo naćpany. Tylko że on nie pomy­ślał o żad­nej z tych ewen­tu­al­no­ści, kiedy wyszedł z domu, skrę­cił do ogródka sąsiada i zapu­kał do jego drzwi. Chciał tylko, żeby ten hałas ustał. Chciał móc czy­tać i myśleć. Po pro­stu znów pły­wać w ciszy. Była czwarta po połu­dniu, a ta par­szywa muzyka dobie­gała z domu. Musiało ją być sły­chać w całej oko­licy. Powinna tu już stać kolejka sąsia­dów. Znów naci­snął dzwo­nek. Dźwięki ude­rzały w niego przez drzwi jak porywy wichury. Nie usły­szał dzwonka. Może miesz­ka­niec tego domu był głu­chy jak pień i pusz­czał muzykę tak gło­śno, żeby móc odbie­rać przy­naj­mniej wibra­cje. Odkąd się wpro­wa­dził, z jego domu nie docho­dziły żadne odgłosy. Mar­twa cisza. Nawet jesz­cze kilka tygo­dni temu myślał, że ta nie­wielka drew­niana willa stoi pusta, przy­naj­mniej ogród spra­wiał takie wra­że­nie. Od lata nikt nie kosił trawy. Dom wyglą­dał na opusz­czony. Może jakiś sta­ru­szek umarł i krewni nie wie­dzieli, co zro­bić z domem. Roze­brać czy sprze­dać. A teraz to. Jesz­cze raz naci­snął dzwo­nek, choć wie­dział, że to nie ma sensu. Kiedy zszedł po małych schod­kach sto­pień niżej, drzwi nagle się otwo­rzyły. Stał w nich męż­czy­zna. Przy­glą­dał mu się, wyraź­nie zasko­czony. Nie sły­szał dzwonka. Jest w moim wieku. Wygląda nor­mal­nie. Zwy­czaj­nie ubrany. Nie ma tatu­ażu na czole. Męż­czy­zna cof­nął się na jego widok. Obcy zasko­czył go na scho­dach. Sam bym się prze­stra­szył, gdyby mnie to spo­tkało. Muzyka wyle­wała się z domu jak lawa. Jakby miała cię­żar i zapach, który może zdła­wić każde życie, jakie po dro­dze napo­tka. Męż­czy­zna na­dal wga­piał się w niego, tak, wga­piał. Oczy wyszły mu z orbit, pra­wie jak w rysun­ko­wych kawa­łach. W każ­dym razie nie wyglą­dał cał­kiem nor­mal­nie.

- Czy może pan ści­szyć muzykę?

W tym orka­nie pra­wie nie było sły­chać jego głosu. Męż­czy­zna widział, że krzy­czy, ale nie zare­ago­wał w żaden spo­sób.

- MOŻE PAN ŚCI­SZYĆ?!

Męż­czy­zna rzu­cił mu nie­chętne spoj­rze­nie. No wła­śnie, usły­szał go. Tylko nie zare­ago­wał. Zro­bił dziwny ruch głową, wysu­nął ją kilka cen­ty­me­trów do przodu, potem cof­nął się do środka i zamknął drzwi. Co mam teraz zro­bić? Zacze­kam. Cze­kał dwie minuty, ale nic się nie działo. Nic się nie wyda­rzyło na ulicy, przed domem. Zresztą i tak rzadko się tu coś działo. To była ślepa uliczka. Dom, który wynaj­mo­wał, był ostatni. Przed­ostatni był ten tutaj. Muzyka wcale nie uci­chła. Może nawet zro­bił gło­śniej. Cho­lera, będę musiał z tym żyć. Przy­naj­mniej dzi­siaj. W prze­ciw­nym razie trzeba będzie się wypro­wa­dzić. Niech to szlag, a już zaczą­łem się tu dobrze czuć. Dobrze mi się tu pisze. Już dawno nie pisało mi się tak dobrze. Potrze­bo­wa­łem tej ciszy. Kiedy tak myślał, z domu dola­ty­wała solówka na bęb­nach. Tylko tyle, solo na bęb­nach. Wyszedł szybko przez furtkę i wró­cił do sie­bie. Kiedy był u sąsiada, zaczęło się zmierz­chać. Teraz to się dzieje szybko, za pół godziny będzie cał­kiem ciemno. Tutaj, za mia­stem, zna­czy to naprawdę CIEMNO. Kiedy budo­wali ten kawa­łek ulicy, zapo­mnieli o oświe­tle­niu. Lampy uliczne koń­czyły się przy dużej dro­dze. Wcze­śniej uwa­żał to za kolejną zaletę tego miej­sca. Teraz nie był tego taki pewien. Wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. W gabi­ne­cie cze­kała praca. Kom­pu­ter jarzył się jak błę­kitne okno. Odkąd na dwo­rze zapadł zmrok, był jedy­nym źró­dłem świa­tła. Muzyka sąsiada bom­bar­do­wała ściany. Jakby to on sam pusz­czał muzykę na cały regu­la­tor. Wyłą­czył kom­pu­ter i usiadł w fotelu w tak zwa­nym salo­nie. Dom miał tylko cztery pokoje, wię­cej nie potrze­bo­wał. Wła­ści­wie wystar­czy­łyby mu dwa, gabi­net do pracy i sypial­nia, ale jasne, że przy­jem­nie było zasiąść w tym fotelu, pooglą­dać tele­wi­zję i zebrać siły do pisa­nia na kolejny dzień. O ile jesz­cze coś mu się uda napi­sać. Może już ni­gdy nic nie napi­sze. Muzyka dud­niła przez ściany, prze­ni­kała jego duszę, całe ciało, aż do szpiku kości. Wstał i poszedł do kuchni. Wró­cił do gabi­netu, potem zaj­rzał do sypialni, poszedł z powro­tem do salonu. I tak krą­żył przez kwa­drans. Cho­dził po domu, słu­cha­jąc wariac­kiej muzyki z sąsied­niego domu. Tam­ten chyba zro­bił jesz­cze gło­śniej. Kurwa, co za łomot. Dla­czego jesz­cze nikt nie zadzwo­nił na poli­cję? Dla­czego nikogo jesz­cze nie było na ulicy z mega­fo­nem i kijem bejs­bo­lo­wym? Chyba dla­tego, że w oko­licy mieszka tylko on. On i ten sza­le­niec z pal­cem przy­kle­jo­nym do regu­la­tora gło­śno­ści. Byli sami na świe­cie. Wło­żył buty i wyszedł. Wie­czór był czarny. Świa­tło latarni sto­ją­cej kawa­łek dalej, przy skrzy­żo­wa­niu, tylko zagęsz­czało ciem­ność. A ciem­ność potę­go­wała siłę muzyki. Zatrzy­mał się przy furtce sąsiada. Dom był oświe­tlony, wszyst­kie okna, jakby świa­tło miało być tak samo inten­sywne jak muzyka. Ten facet to wariat. Jutro się stąd wyno­szę. Mam pecha, jak zawsze. Nawet tutaj, na abso­lut­nym końcu mia­sta, na total­nym zadu­piu, nie znajdę spo­koju. Wiatr musiał się odwró­cić. Teraz było tro­chę ciszej. Ale to na­dal był ten sam kiep­ski rock. Może nawet ten sam utwór, odtwa­rzany w kółko.

- Czego pan chce?

Musiał stać za brzozą, tuż przy furtce.

Zro­bił krok naprzód.

- Dla­czego się pan tu kręci?

- Ależ ja... się tu nie kręcę.

- Nie? To po co pan tu stoi?

Pod­szedł jesz­cze kawa­łek bli­żej. Na­dal dzie­liło ich kilka metrów.

- Stoję, gdzie chcę.

- A ja gram tak gło­śno, jak chcę.

Wtedy wiatr znów musiał zmie­nić kie­ru­nek, bo muzyka ude­rzyła falą od strony domu i traw­nika. Teraz sły­szał, co to jest: szwedzki tekst, jakiś hit z list prze­bo­jów, w jesz­cze gor­szej wer­sji niż przed­tem. Muzyka taneczna z pie­kła rodem.

Usi­ło­wał spoj­rzeć waria­towi w oczy.

- TAK KUREW­SKO GŁO­ŚNO, JAK CHCĘ! - krzyk­nął tam­ten.

- Pan chyba nie jest nor­malny - stwier­dził.

Wariat pod­szedł dwa kroki bli­żej i nagle dzie­lił ich tylko metr, nie, mniej. Wariat wysu­nął twarz tak, że mógł widzieć białka jego oczu. Nie były białe, jarzyły się jakimś dziw­nym bla­skiem.

Cof­nął się o krok, jesz­cze jeden. Pró­bo­wał przejść tyłem całą ulicę. Nie wszedł na teren wariata, był tego pewien. Dobrze, że tego nie zro­bił.

Wariat szedł za nim.

- Coś ty za jeden? - zapy­tał.

- Co? Co?

- To jest cho... tro­chę dziwne, żeby tak gło­śno pusz­czać muzykę - powie­dział.

- A co cię to, kurwa, obcho­dzi? No co?

Znów zna­lazł się bar­dzo bli­sko niego.

Nie czuję odoru alko­holu. Nie może być pijany. Może naćpany. Nie widzę, jakie ma źre­nice. Pijany, naćpany. W każ­dym razie jest waria­tem. Czy ma coś w ręce? Nie. Ale łapy ma wystar­cza­jąco wiel­kie. Poczuł na twa­rzy jego ślinę. Wariat dopro­wa­dził się do stanu wrze­nia, jak muzyka za jego ple­cami. Jakby stali w oku cyklonu naj­strasz­liw­szych dźwię­ków na świe­cie, jak w lep­kim bło­cie. Nie­mal czuł jego odór. Wyda­wało mu się, że roz­róż­nia kilka słów: miłość, naszej miło­ści i coś jesz­cze, coś, co się z tym wią­zało. Ale w powie­trzu nie było miło­ści. Wariat uniósł rękę, jakby chciał go ude­rzyć. Ale nie ude­rzy. Widy­wa­łem przed­tem takie typy. Boją się ude­rzyć. Wrzesz­czą, ale nie biją. Nie mają odwagi. Choć nie jestem do końca pewny.

- Dobra, już sobie pójdę.

- Będę grał tak gło­śno, jak chcę! - powie­dział wariat, tym razem ciszej.

- Dobrze, graj sobie, a ja w tym cza­sie pójdę zadzwo­nić na poli­cję.

Odwró­cił się i szybko prze­szedł dwa­dzie­ścia metrów dzie­lą­cych go od domu. Nie oglą­dał się za sie­bie. Kiedy wszedł do środka, stwier­dził, że muzyka uci­chła. Poczuł się tak, jakby się pozbył z domu robac­twa. A więc tyle wystar­czyło, pomy­ślał. Tylko raz zagro­zić poli­cją. Ale nie zamie­rza­łem dzwo­nić po gliny. Przy­naj­mniej nie dzi­siaj. Jacyś inspek­to­rzy z wizytą w moim domu to ostat­nia rzecz, jakiej potrze­buję. Kiedy wró­ciła cisza, uświa­do­mił sobie, jak bar­dzo mu jej bra­ko­wało. To dla­tego tu przy­je­chał. Zamie­rzał tu zostać, póki nie skoń­czy książki. To mogło potrwać rok. Mogło też pójść szyb­ciej albo wol­niej, zresztą nie, wol­niej nie. Jeśli tylko będzie miał ciszę i spo­kojną głowę, powi­nien mieć coś dobrego na następną jesień, a może nawet na lato. Pra­wie obie­cał wydawcy nową powieść. Ale to nie miała być powieść. Nie wie­dział, co to jest, i nie myślał o tym zbyt wiele. Naj­waż­niej­sze, żeby ludzie chcieli czy­tać. Mogło być tro­chę wię­cej czy­tel­ni­ków, powinno być. Znów usiadł w fotelu. Może byłoby go stać na kupno domu, ale nie miał ochoty. Od roz­wodu nie chciał się wią­zać żadną wła­sno­ścią. Whe­re­ver I lay my hat i tak dalej. Ona dostała dom, ale na pewno go sprzeda. Pro­sił swo­jego adwo­kata, żeby z nią poroz­ma­wiał. Jak naj­spo­koj­niej. Od razu polu­bił tę ślepą uliczkę, kiedy tylko ją zoba­czył. Ślepa uliczka. Może nada książce taki tytuł. Ślepa uliczka. Wstał i poszedł do gabi­netu. Zano­to­wał te słowa na kawałku papieru. Ślepa uliczka. Cał­kiem nie­złe. Zawsze dobrze jest mieć dobry tytuł robo­czy, kiedy się zaczyna książkę. Znowu mam usiąść do kom­pu­tera? Wyj­rzał w ciem­ność. Nie, to nie będzie dobre. Na praw­dziwe pisa­nie jest za późno. Ale mogę wziąć sobie piwo i posie­dzieć tro­chę nad zary­sem pro­jektu. Ślepa uliczka. Albo może Na śle­pej ulicy. Ogól­nie czy bar­dziej kon­kret­nie. Nie, kon­kret­nie jest lepiej. Coś, czego można się uchwy­cić, zarówno jako pisarz, jak i jako czy­tel­nik. To nie jest jaka­kol­wiek ulica, lecz wła­śnie ta. Znów wyj­rzał przez okno. Tylko ta ulica. I jedy­nie ta. Cisza za oknem i w jego domu. Tylko zapalę lampę nad biur­kiem. Tylko przy­niosę sobie piwo. Przy­niósł butelkę i pra­wie godzinę sie­dział nad kartką, a z jego dłoni i głowy wycho­dziły nowe pomy­sły, jeden za dru­gim, zupeł­nie jakby spo­tka­nie ze świ­rem z sąsied­niego domu na dobre uru­cho­miło jego wyobraź­nię. Może nawet dodałby do tek­stu to absur­dalne spo­tka­nie, wyszedłby z tego nie­zły dia­log. Wła­ści­wie nie potrze­bo­wał wsłu­chi­wać się w tak zwaną rze­czy­wi­stość, ale jasne, że kiedy coś samo pcha się w ręce, chęt­nie z tego sko­rzy­sta. Tamta twarz... to było coś wyjąt­ko­wego. I jesz­cze ta muzyka! Może przy­da­łoby się dowie­dzieć, co takiego ten palant pusz­cza. To była dziwna muzyka, ni­gdy przed­tem takiej nie sły­szał, teraz już nawet nie był pewien, czy rze­czy­wi­ście śpie­wali po szwedzku. Wstał i zga­sił lampę na biurku. Zro­biło się cicho i czarno. Mimo że for­mal­nie znaj­do­wał się w gra­ni­cach mia­sta, rów­nie dobrze mógł być gdzieś na końcu świata, na jakimś pust­ko­wiu, w szcze­rym polu albo w głę­bo­kim lesie, w oko­licy dawno zapo­mnia­nej przez Boga. Począt­kowo zamie­rzał wypro­wa­dzić się na wieś, ale potem zoba­czył ten dom. Pośred­nik, do któ­rego się zwró­cił, zadzwo­nił już po tygo­dniu. Nie, zapalę już świa­tło na wie­czór. Obszedł cały dom i wszę­dzie poza­pa­lał lampy, jakby chciał prze­gnać ciem­ność. Do not go gen­tle into that good night, pomy­ślał, rage, aga­inst the dying of the light. Dylan Tho­mas potra­fił tak samo dobrze pisać jak pić. Zmarł w tym samym roku, w któ­rym ja się uro­dzi­łem, ja i Roberto Bola?o. A ja wypiję teraz jesz­cze jedno piwo, nie wię­cej niż jedno, jutro zabiorę się do pracy na poważ­nie. Wziął piwo, usiadł w fotelu, włą­czył tele­wi­zor. Pró­bo­wał poła­pać się w akcji jakie­goś serialu, obej­rzał odci­nek do końca, nie poj­mu­jąc roz­wią­za­nia zagadki, bo dołą­czył za późno, żeby móc zro­zu­mieć, na czym zagadka pole­gała. Potem obej­rzał wia­do­mo­ści kra­jowe i sport, potem jesz­cze wia­do­mo­ści lokalne, a kiedy wycią­gnął rękę, żeby wziąć ze stołu pilota, okno za tele­wi­zorem się roz­trza­skało.

Pocisk z mostu został ziden­ty­fi­ko­wany. Dobre wia­do­mo­ści.

- TT - powie­dział Öberg. - Sie­dem sześć­dzie­siąt dwa razy dwa­dzie­ścia pięć.

- Dobrze, że przy­naj­mniej to jest jasne.

- Taki sam efekt jak dzie­więć mili­me­trów.

- Wiem.

- Zła wia­do­mość jest taka, że jest tego w Göteborgu masa. W mie­ście aż się roi od tete­tek. Ale sam to wiesz. Można to uznać za swo­istą kul­turę, jeśli się chce.

- Jak można to uznać za kul­turę?

- Pozna­jemy inne kul­tury. Kul­tury prze­mocy.

- A, teraz rozu­miem.

- Dobra, co do pozy­cji strzelca... to zna­czy jeste­śmy znowu na moście, sądzimy, że on, albo ona, stał przed samo­cho­dem. I fak­tycz­nie na moście. Ślady po strzale są na progu i na sie­dze­niu pasa­żera, ale wszystko wska­zuje na to, że strzał padł spoza samo­chodu. Z nie­wiel­kiej odle­gło­ści.

- Więc wszystko roze­grało się na samej górze, na moście - stwier­dził Win­ter.

- Na to wygląda.

- I tylko jeden strzał.

- Tak wygląda. Prze­cze­sa­li­śmy tę część mostu, ale nic wię­cej nie zna­leź­li­śmy. Może kilka łusek wpa­dło do wody, a tylko jeden strzał zaplą­tał się do auta. Mogło być tak, że oddano wię­cej strza­łów, ale tylko jeden tra­fił w samo­chód.

- I nie ma ran­nego - dodał Win­ter.

- Przy­naj­mniej nie od tego poci­sku - stwier­dził Öberg.

Win­ter zatrzy­mał się przed krze­słami. Stały na pasach przy przy­stanku tram­wa­jo­wym Haga. Dzie­ciaki jak sfora psów gapiły się zza ogro­dze­nia. Wysiadł, prze­niósł dwa krze­sła i wró­cił do samo­chodu. Kiedy znów usiadł za kie­row­nicą, jeden z nasto­lat­ków - sami chłopcy w wieku pięt­na­stu, szes­na­stu lat - wysko­czył na ulicę i posta­wił krze­sła z powro­tem, drew­niane krze­sła, pew­nie wynie­sione z pobli­skiej Hagen­sko­lan. Jakoś mu się udało prze­je­chać mię­dzy nimi, nie zadra­pał lakieru mer­ce­desa. Cza­sami czło­wiek chciałby wie­rzyć, że to tylko sen, pomy­ślał i spoj­rzał w tylne lusterko, na krze­sła i na szy­der­czo uśmiech­nięte twa­rze. Banda z Hagen, a raczej jej resztki, po tym jak kole­dzy po wie­lo­let­nich śledz­twach poza­my­kali tych naj­gor­szych. Same roz­pusz­czone dzie­ciaki boga­tych rodzi­ców. Zacze­kał na zie­lone świa­tło, potem skrę­cił w prawo w Göta Älvsgatan. Minął Kon­sum i małe cen­trum han­dlowe, czy jak to można nazwać: apteka, kosme­tyczka, cukier­nia, obwoźny han­del rybami, spo­żyw­czak. Na par­kingu ele­ganc­kie samo­chody. Wje­chał w Eckra­ga­tan i zatrzy­mał się przed domem Rogera Edwardsa. Nad drzwiami widać było świa­tło, w kilku oknach też się świe­ciło. Świa­tło jakby zapra­szało. Zapar­ko­wał przed domem, pod­szedł do drzwi i zadzwo­nił. Edwards otwo­rzył natych­miast, jakby stał za drzwiami cały wie­czór i tylko cze­kał na jego przy­by­cie. Sku­lony w mroku przed­po­koju, pomy­ślał Win­ter.

- Roger Edwards? - zapy­tał, wycią­ga­jąc legi­ty­ma­cję. - Nazy­wam się Erik Win­ter.

Edwards ski­nął głową. Patrzył na coś gdzieś obok. Win­ter się odwró­cił, ale zoba­czył tylko ulicę i swój samo­chód.

- Kiedy dostanę z powro­tem swoje auto? - zapy­tał Edwards.

- Tego nie wiem.

- Długo jesz­cze to potrwa?

- Musimy je naj­pierw zba­dać.

- Co tam jest do bada­nia?

- Mogę wejść?

- Co? Tak, ale... ależ pro­szę.

Edwards mach­nął ręką w stronę przed­po­koju i wnę­trza domu. Win­ter dostrzegł w głębi duży pokój. Okna wycho­dziły na ska­li­stą ścianę. Świa­tło padało z dru­giej strony, z zachodu, za nim.

Wszedł za Edward­sem do pokoju. Miał mniej wię­cej tyle lat co on. Mówił jak tutej­szy, kul­tu­ralny miesz­ka­niec oko­licy. Spra­wiał wra­że­nie zadba­nego, ale też wystra­szo­nego. Albo ner­wo­wego. A może tylko w natu­ralny spo­sób zanie­po­ko­jo­nego sytu­acją. Jego skra­dziony samo­chód zamie­szany w jakieś prze­stęp­stwo.

To mogło się zda­rzyć przed kra­dzieżą. Öberg nie potra­fił powie­dzieć, kiedy oddano strzał. Nie­wy­klu­czone, że nie było to moż­liwe.

O ile twój samo­chód rze­czy­wi­ście został skra­dziony, pomy­ślał Win­ter, spo­glą­da­jąc na Edwardsa. Edwards usiadł. Win­ter też, w fotelu pro­jektu Berga. Wyglą­dał na tań­szy, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. Coś takiego nazywa się sty­lem. Jak cho­ler­nie dro­gie wino poda­wane w tanich kie­lisz­kach. Non­sza­lancki blichtr. Nowa willa nad morzem.

Edwards wyglą­dał przez okno, wła­ści­wie przez szklaną ścianę.

Pro­fil wyda­wał się zna­jomy.

Musia­łem go już kie­dyś widzieć. Spo­tka­li­śmy się już? Nie koja­rzę nazwi­ska.

- Czy to musi trwać lata, zanim odda­cie mi samo­chód? - zapy­tał Edwards.

- Tro­chę zasta­na­wia­jące wydało mi się, że nie zgło­sił pan kra­dzieży - powie­dział Win­ter.

- Nie zdą­ży­łem, mówi­łem już. Powie­dzia­łem to pań­skiemu kole­dze, któ­rego spo­tka­łem wcze­snym ran­kiem.

- A jed­nak był pan już na nogach, jak sły­sza­łem.

- Czę­sto wcze­śnie wstaję.

- Dla­czego?

- Dla­czego? A co to ma wspól­nego ze sprawą?

- Co spra­wiło, że nie zdą­żył pan zgło­sić kra­dzieży? - zapy­tał Win­ter.

- Byłem zajęty pracą. Musia­łem przy­go­to­wać pre­zen­ta­cję na następny dzień.

- Jaką pre­zen­ta­cję?

- A co to ma za zna­cze­nie? Chce pan zoba­czyć moją pracę? Mogę panu poka­zać.

- Póź­niej - powie­dział Win­ter. Nachy­lił się bli­żej. - Czy ma pan pisto­let?

Rozdział 5

5

PISARZ PODE­RWAŁ SIĘ, USŁY­SZAŁ BRZĘK roz­bi­tej szyby. Wła­śnie myślał o swoim sąsie­dzie. Usły­szał prze­jeż­dża­jący ulicą samo­chód, potem auto zawró­ciło na pla­cyku na końcu ulicy, poje­chało w drugą stronę, może zatrzy­mało się kawa­łek dalej, a może roz­pły­nęło się w zgiełku mia­sta. Niskie, prze­cią­głe dźwięki, pomy­ślał. Mocne i niskie, nie ma przed nimi ucieczki. To jak brzę­cze­nie w uchu. W ciągu ostat­nich kilku dni sąsiada odwie­dziło wielu ludzi. Samo­chody zatrzy­my­wały się i odjeż­dżały. Nie widział nikogo, nie pod­cho­dził do okna. Ale widział ruch na ulicy. Może te samo­chody przy­jeż­dżały do kogoś innego z tej ulicy, przy­naj­mniej nie­które, ale wariat z jakie­goś powodu zda­wał się przy­cią­gać ludzi. Pla­cyk do zawra­ca­nia był nie­wielki. Żeby nikt mu nie uszko­dził samo­chodu, wsta­wił go pod wiatę. Na szczę­ście dom miał coś takiego. Wiata gara­żowa przy willi z lat czter­dzie­stych wyglą­dała jak z innej epoki, przy­cze­piona do szczytu domu jak pozdro­wie­nie z przy­szło­ści. A przy­szłość działa się wła­śnie teraz. Przed trzema sekun­dami ktoś wybił mu szybę.

Zga­sił lampę do czy­ta­nia i wstał. Wyłą­czył tele­wi­zor w środku czy­je­goś wywodu.

Szybko prze­szedł się po poko­jach i zga­sił wszyst­kie świa­tła.

Potem stał chwilę bez ruchu.

Z zewnątrz nie docho­dziły żadne odgłosy, nie prze­jeż­dżały samo­chody, nie zawra­cały.

Tylko niski pomruk mia­sta.

Czy on na coś czeka? A może sobie poszedł?

Wyszedł do przed­po­koju, wło­żył szty­blety, otwo­rzył drzwi i wyszedł, nie zamy­ka­jąc ich za sobą.

- Halo?! - zawo­łał w ciem­ność. - Jest tu kto?

Ale nawet jeśli ktoś był, nie odpo­wie­dział.

Zamknął drzwi na klucz, zszedł po schod­kach i zatrzy­mał się na nie­wiel­kim żwi­ro­wa­nym pla­cyku. Widział swój samo­chód pod wiatą, roz­ko­ły­sana na wie­trze uliczna lampa rzu­cała na lakier ryt­miczne bły­ski.

- Halo?! Halo?!

Obszedł dookoła cały dom. Dolna część szyby w dużym pokoju była zała­twiona, ale nie zwy­czaj­nie wybita. W szy­bie była dziura, jakby prze­szedł przez nią strzał. Ale on prze­cież nie sły­szał strzału, nie zauwa­żył też, żeby przez pokój świ­snęła kula. Nóż, pomy­ślał. Ten palant wybił dziurę w szy­bie nożem. Teraz się wystra­szył. Prze­cież sza­le­niec może stać za żywo­pło­tem oddzie­la­ją­cym ich działki. Z nożem w ręce. Jest wystar­cza­jąco sza­lony, żeby dziab­nąć w okno. I wystar­cza­jąco wyra­cho­wany, żeby zacze­kać, aż zapad­nie zmrok.

Może jego dusza nie zazna spo­koju, póki nie wbije we mnie noża. Okno było pierw­szą prze­szkodą, pierw­szą groźbą. Jestem zagro­że­niem.

Rozej­rzał się, od lewej do pra­wej. Nic się nie ruszało, nic nie było sły­chać.

Wra­cam do domu. Nie mogę tu tak stać.

Powi­nie­nem zadzwo­nić na poli­cję? Nie, nie ma prze­cież dowo­dów. Ale ja wiem, że to on.

Usły­szał, że gdzieś na ulicy ktoś odpala sil­nik, zoba­czył, jak świa­tła omia­tają pla­cyk. Wyglą­dało to tak, jakby samo­chód cofał, i tak brzmiało.

Inspek­tor kry­mi­nalny Fre­drik Hal­ders stał w swoim ogro­dzie i przy­glą­dał się, jak nad jego dziel­nicą zapada zmierzch. Dziel­nice znaj­du­jące się poni­żej Lun­den nazy­wał swo­imi, bo to było to, co widział z domu, to, nad czym pano­wał. Nie, nie pano­wał. Cza­sami miał wra­że­nie, że nie panuje nad niczym. Przede wszyst­kim nad swoją karierą. Już dawno powi­nien być komi­sa­rzem. To tylko cho­lerny tytuł, ale mimo wszystko. Zasłu­żył na niego. Nie znał w poli­cji nikogo, kto by zasłu­gi­wał bar­dziej. Ewen­tu­al­nie może Aneta, ale ona była jesz­cze za młoda. Przy­naj­mniej tak jej mówił. Naj­wy­raź­niej godziła się z tym, kiedy o tym roz­ma­wiali. Ale ni­gdy nie myślała o karie­rze. On zresztą też nie. Cho­dziło mu raczej o uzna­nie. Może o dowód. Nie, nie o dowód. Trudno to okre­ślić.

Usły­szał, że ktoś się zbliża, i się odwró­cił.

- A tak bez­sze­lest­nie szłam - powie­działa Aneta.

- Zdra­dziła cię trawa.

- Nic nie sły­sza­łam.

- Wła­śnie tak to działa.

- Jak?

- Ktoś, kto pró­buje się do kogoś pod­kraść, jest tak na tym skon­cen­tro­wany, że nie odbiera odgło­sów, które wywo­łuje.

- Aha.

- Tak jest.

- Ale ja się wła­ści­wie nie skra­da­łam.

- Nikt nie może podejść do mnie na mniej niż pięć metrów tak, żebym tego nie zauwa­żył - stwier­dził Hal­ders.

Aneta nie odpo­wie­działa. Była inspek­to­rem kry­mi­nal­nym, tak samo jak Fre­drik, pra­co­wali razem, a teraz też miesz­kali, po tym jak Fre­drik stra­cił żonę w wypadku samo­cho­do­wym, a potem nie­mal stra­cił rozum, a przede wszyst­kim zdol­ność oceny sytu­acji. Wtedy pozwo­lił, żeby zło pode­szło zbyt bli­sko i żeby go skrzyw­dziło, nie­mal zabiło. Teraz chyba już nikt nie podej­dzie zbyt bli­sko.

- Kie­dyś naprawdę się posta­ram - zapo­wie­działa Aneta.

- Jak w Różo­wej Pan­te­rze - dodał Hal­ders.

- Nie do końca chwy­tam.

- Komi­sarz Clo­useau. Peter Sel­lers. Miał chiń­skiego pomoc­nika, który miał na niego napa­dać, to zna­czy na komi­sa­rza, kiedy komi­sarz aku­rat nie uwa­żał.

- Różowa Pan­tera?

- Nie mów, że nie znasz tych fil­mów.

Aneta nie odpo­wie­działa.

- Ojej, to nie­do­brze.

- Może to kwe­stia poko­le­nia - stwier­dziła Aneta.

- Wła­śnie - zgo­dził się Hal­ders. - Mów mi dzia­dziu.

- Może wypo­ży­czymy ten film? - zapro­po­no­wała Aneta. - Żeby zasy­pać poko­le­niową prze­paść.

- To kilka fil­mów - wyja­śnił Hal­ders. - Cała seria.

- No to weź­miemy wszyst­kie.

- Powrót Różo­wej Pan­tery jest chyba naj­lep­szy.

- Po dro­dze odbiorę Han­nesa i Magdę.

- Dobrze.

Dzieci Hal­dersa z mał­żeń­stwa z Mar­ga­retą. Magda coraz bar­dziej przy­po­mi­nała matkę. Kiedy pomy­ślał o tym pierw­szy raz, uświa­do­mił sobie, że to coś, z czym będzie musiał się pogo­dzić. To nie jest coś, co po pro­stu znik­nie. To jest jak życie, ono nie znika. Cho­ciaż tak, cza­sem tak się dzieje. Znika w jed­nej sekun­dzie. W dru­giej sekun­dzie. Dłu­giej jak życie. Wszystko zastyga w dru­giej sekun­dzie, całe życie, które było dotych­czas, zastyga w tej dru­giej sekun­dzie, ona roz­bija wszystko, co mogłoby się zda­rzyć, ale potem już ni­gdy, przeni­gdy nie nastąpi. Czy ja prze­pra­co­wa­łem swoją żałobę? Może dzięki Ane­cie, o ile w ogóle to zro­bi­łem.

Nagle w dole, na Ullevi, zapa­liły się wiel­kie reflek­tory. Ośle­pia­jąco jasne. To stwo­rzyło wokół nich nową ciem­ność, głęb­szy odcień zmroku się­gał stam­tąd aż tutaj.

- Wie­czo­rem jest mecz? - zapy­tała Aneta Dja­nali.

- Nic o tym nie wiem.

- Jeśli nie ty, to nikt.

- Już nie jestem na bie­żąco z piłką - stwier­dził Hal­ders. - Odkąd ÖIS wyle­ciał.

- Hm...

- Nie zasłu­ży­li­śmy na nic lep­szego, my, kibice ÖIS - powie­dział Hal­ders.

- Nie - przy­znała z uśmie­chem Aneta.

- Klub klasy śred­niej.

- To dla­czego im kibi­cu­jesz?

- Prze­cież oni są prak­tycz­nie z mojej dziel­nicy - wyja­śnił Hal­ders.

- Chyba są tu też jakieś inne kluby?

- Lun­dens IS? Ha, ha, ha.

- Nie znam się na tym.

- Win­ter jest za IFK - powie­dział Hal­ders. - Tak mi się przy­naj­mniej wydaje.

- Ach tak.

- Po stro­nie zwy­cięz­ców.

- Chcesz w ten spo­sób powie­dzieć coś o Eriku?

- Nic, nic ponad to, że jego klub jest klu­bem więk­szo­ści.

- Nie sądzę, żeby to była jego wina.

- Już nic wię­cej nie powiem.

- A wczo­raj tak dobrze mówił o tobie.

- Doprawdy? Kiedy?

- Sły­sza­łam, jak roz­ma­wiał w kafe­te­rii z Ber­ti­lem. Prze­cho­dzi­łam obok. Erik powie­dział coś o two­jej... inte­gral­no­ści, tak mi się wydaje. Więc pozy­tyw­nie.

- Inte­gral­ność?

- Tak.

- To inne okre­śle­nie oślego uporu.

- Ale on go tak nie użył, Fre­driku.

Reflek­tory nad Ullevi zga­sły tak samo nie­spo­dzie­wa­nie, jak się zapa­liły.

- Fał­szywy alarm - stwier­dził Hal­ders.

Nad morzem poka­zał się wąski pasek słońca, jak uśmiech. Kilka sekund póź­niej go nie było.

- Wybie­rzemy się wie­czo­rem do kina? - zapro­po­no­wała Aneta.

- Nie ma nic cie­ka­wego - odparł Hal­ders.

- Spraw­dza­łeś?

- Nie.

- Co się dzi­siaj z tobą dzieje, Fre­driku?

- Lato umiera, to dla­tego jest mi smutno.

- To brzmi jak tekst pio­senki.

- Bo nim jest. John Holm.

- Ni­gdy o nim nie sły­sza­łam.

- Jest naj­lep­szy.

- W czym?

- W melan­cho­lii.

- Ale już dawno nie ma lata, Fre­driku.

- Wła­śnie. Dla­tego czło­wiek smuci się jesz­cze bar­dziej.

Aneta się zaśmiała. Jej śmiech odbi­jał się po całym Lun­den, a potem pole­ciał dalej, w stronę Ullevi.

- A ty jesz­cze robisz sobie z tego żarty - powie­dział Hal­ders.

- Idziemy do kina - zde­cy­do­wała Aneta. - Na Bonda.

Męż­czy­zna wcho­dził po scho­dach. Wyglą­dał, jakby liczył stop­nie. Nie mógł iść szybko. To była sta­ro­świecka klatka scho­dowa, sze­ro­kie mar­mu­rowe stop­nie, na ścia­nach sece­syjne wzory. Oświe­tle­nie bar­dzo słabe. Nie dało się roz­po­znać jego twa­rzy.

Zatrzy­mał się przed jaki­miś drzwiami. Było cicho. Cicho. Nachy­lił się do drzwi, jakby nasłu­chi­wał.

Czy to, co nagle usły­szał, to był głos dziecka? Jakieś dziecko coś wołało? Zaśmiało się?

Cof­nął się o krok. Rozej­rzał się. Znów było cicho. Cicho. Jego twarz nie wyra­żała żad­nych emo­cji, jakby się spo­dzie­wał wszyst­kiego - albo niczego.

Czy poli­tyka jest powo­ła­niem? A może czymś jesz­cze waż­niej­szym? Co spra­wia, że ludzie chcą się zaj­mo­wać poli­tyką? Prze­cież poli­tyka nie jest w grun­cie rze­czy niczym innym niż zdol­no­ścią do zga­dza­nia się na kom­pro­misy. Jaki czło­wiek chciałby poświę­cić życie kom­pro­mi­som? Tchórz­liwy? Zalęk­niony? Słaby?

- Richards­son.

Zgło­sił się swoim zwy­kłym, moc­nym gło­sem. Nawet pomy­ślał o tym, kiedy mówił, jak się nazywa. Mocny, opa­no­wany głos. Poli­tyka jest ważna, myślał dalej w ciągu tych kilku sekund, ale inne rze­czy są tak samo ważne. Jedną z nich jest Bóg. Potrze­bu­jemy Boga. Zawsze idziemy z Bogiem.

- Richards­son - powtó­rzył. - Mówi Jan Richards­son. Z kim roz­ma­wiam?

- To ja.

Richards­son nic nie powie­dział.

Nie chciał słu­chać tego głosu, nie tutaj.

- To ja - powtó­rzył głos.

- Mówi­łem, żebyś tutaj nie dzwo­nił.

- Jakie to ma zna­cze­nie? Twój tele­fon jest na pod­słu­chu?

Richards­son się rozej­rzał, żeby spraw­dzić, czy ktoś w pobliżu się nie przy­słu­chuje. Ale był w swoim gabi­ne­cie sam. Przez szklaną ścianę widział swoją sekre­tarkę, sie­działa przed ogrom­nym moni­to­rem. Mała sekre­tarka, wielki moni­tor. To może dużo pomie­ścić. Wszel­kie infor­ma­cje na temat mia­sta. Do powsta­nia ilu z nich sam się przy­czy­nił? To nie było ważne.

- Zoba­czymy się wie­czo­rem? - zapy­tał głos.

Sły­chać, że jest zde­ner­wo­wany. Brzmi, jakby był zde­ner­wo­wany. Bar­dziej niż zwy­kle.

- Czy coś się stało? - zapy­tał Richards­son.

- Nie...

Richards­son na­dal cze­kał.

- Nic waż­nego.

- Opo­wiesz mi wie­czo­rem - powie­dział Richards­son.

- Ta sama godzina?

Richards­son zer­k­nął na zega­rek, jakby mógł wska­zy­wać czas kilka godzin naprzód.

- W tej chwili na to wygląda.

- Czy przed­tem... pój­dziesz do domu?

Richards­son nie odpo­wie­dział. Nie podo­bało mu się to pyta­nie. Wie­dział, że tam­ten wie, że mu się nie podoba.

- Roz­łą­czam się.

Wstał od biurka, odło­żył słu­chawkę. Sekre­tarka pod­nio­sła głowę i uśmiech­nęła się do niego. Odwza­jem­nił uśmiech.

Wyszedł z gabi­netu.

- Dzwo­nił kura­tor szkolny z Älvsborg - powie­działa. - Kiedy pan był zajęty.

- W jakiej spra­wie?

- Znów jakiś wan­da­lizm.

Richards­son ski­nął głową. Wan­da­lizm na tere­nie szkoły to coś bar­dziej nor­mal­nego niż zacho­wa­nia prze­ciwne. Szkoły publiczne w mie­ście i tak prze­waż­nie od początku wyglą­dają jak slumsy, wręcz zachę­cają do nisz­cze­nia. Coś, co już jest uszko­dzone, można rów­nie dobrze roz­wa­lić cał­kiem.

- Wycho­dzę na chwilę - rzu­cił.

- A kura­tor?

- Jeśli zadzwoni, pro­szę powie­dzieć, że jestem zajęty.

Sekre­tarka odpro­wa­dziła go wzro­kiem.

Niech sobie patrzy. Są waż­niej­sze sprawy. Pomy­ślał o Bogu. Miał w gło­wie pewną fan­ta­zję. Nie chciał, żeby ją zoba­czyła na jego twa­rzy.

Pisarz rzadko pra­co­wał wie­czo­rem. Jego mózg - o ile to on tu pra­co­wał - był wie­czo­rami zmę­czony, nawet już po połu­dniu. Lepiej mu się pisało po porząd­nie prze­spa­nej nocy. Choć rzadko mu się uda­wało porząd­nie prze­spać noc. Noce naj­czę­ściej były pełne sen­nych kosz­ma­rów. Sny o sza­ta­nie i o jego świ­cie, ale następ­nego ranka zbyt odle­głe, żeby mógł je wyko­rzy­stać w książ­kach. Gdyby ist­niało jakieś urzą­dze­nie elek­tro­ma­gne­tyczne czy inne, które potra­fi­łoby reje­stro­wać sny w kolo­rze, wtedy mógłby je tylko spi­sać. Jego wyobraź­nia już wyko­nała całą pracę. Nie musiał się wsty­dzić.

Mógł poczy­tać wie­czo­rem.

Trzy­mał w dłoni wydruk. Gdyby to miał być film, można by go nazwać dra­ma­tem doku­men­tal­nym, pomy­ślał. Może będzie z tego film.

Prze­czy­tał: "Wypły­nęła dalej, niż myślała. Chciała dotrzeć do wyspy, tak przy­naj­mniej myślał świa­dek. Albo świad­ko­wie. Jesz­cze nie było jasne, ile osób widziało dziew­czynkę w wodzie. Czy w ogóle ktoś widział. Ani kiedy znik­nęła. Nagle po pro­stu znik­nęła, tak powie­dział świa­dek. Ale mogę się mylić, może to nie ją widzia­łem od samego początku. To mógł być ktoś inny. Nie ma pew­no­ści, czy to był czło­wiek".

Prze­rwał.

Znów usły­szał na ulicy samo­chód. Minął jego dom, zawró­cił, jechał z powro­tem. Wszystko wska­zy­wało na to, że zatrzy­mał się przed jego furtką. Poszedł do salonu i wyj­rzał przez okno. Samo­chód stał przed domem sąsiada. Tylne świa­tła jarzyły się zło­wrogą czer­wie­nią. Ist­nieje wiele odcieni czer­wo­nego, ale więk­szość ma w sobie coś zło­wro­giego. A na przy­kład zie­lony - ni­gdy.

Popa­trzył w dół, na dziurę w szy­bie. Na szczę­ście szyby były podwójne, nie musiał od razu pędzić do szkla­rza. Nie chciał w ogóle pędzić do nikogo, a już na pewno nie po spo­tka­niu z sąsia­dem. Wybrał to miej­sce, żeby żyć w cał­ko­wi­tej samot­no­ści, żeby tylko pisać i cza­sem wycho­dzić po nie­zbędne zakupy albo na krótki spa­cer, kiedy potrze­bo­wał roz­ru­szać zesztyw­niały kark i ramiona. Cho­roba zawo­dowa. Naba­wił się tych chro­nicz­nych dole­gli­wo­ści, choć nie przy­nio­sły mu milio­nów. Zamiast tego sam zapłaci wysoką cenę, jeśli na­dal będzie pisał z bolą­cym kar­kiem i nie zarobi worka pie­nię­dzy. To ładna meta­fora: worek pie­nię­dzy. Kon­kretny przed­miot, który można zła­pać i zanieść do skarbca.

Wró­cił do biurka i znów zaczął czy­tać: "Stała się duchem. Co to jest duch? Coś, przed czym nie ma ucieczki? Coś, przed czym nie można się ukryć? Jak znik­nęła? Czy ist­nieje jakaś odpo­wiedź?".

Pod­niósł wzrok.

Za oknem znów roz­legł się war­kot sil­nika.

Gdyby nie ta dziwna kłót­nia z sąsia­dem, nie zwra­całby na to uwagi. Przed­tem samo­chody jeź­dziły tędy tam i z powro­tem, a on nie poświę­cał temu ani jed­nej myśli.

Samo­chód na­dal tam był, sil­nik pra­co­wał na jało­wym biegu. Już od ponad minuty. Usły­szał, że drzwi znów się zamy­kają.

Wresz­cie samo­chód odje­chał. Pra­wie ode­tchnął z ulgą. To było jak cze­ka­nie, kiedy drugi but wresz­cie spad­nie na pod­łogę, ina­czej czło­wiek nie może się odprę­żyć.

Pró­bo­wał się odprę­żyć. Odło­żył wydruk. To nie było odprę­ża­jące. To, o czym pisał, było czymś głę­boko nie­po­ko­ją­cym, tra­gicz­nym i nie­wy­ja­śnio­nym, distur­bing, jak mówią Anglicy. To dobre słowo, distur­bing. Bra­ko­wało mu szwedz­kiego odpo­wied­nika. Nie­po­ko­jące nie wystar­czało, poru­sza­jące było zbyt pła­skie. Distur­bing zna­czyło, że to coś, przed czym nie ma ucieczki. Co czło­wieka prze­śla­duje.

Znów wstał z krze­sła.

Prze­śla­do­wało, aż zapę­dziło w ślepą uliczkę, pomy­ślał.

Aneta i Hal­ders wyszli z kina Royal. Ave­nyn była dziw­nie opu­sto­szała. Ludzie byli gdzie indziej.

- Może jed­nak jest mecz? - zasta­na­wiał się Hal­ders.

- Nie wie­dział­byś o tym?

- Wie­dział­bym, nor­mal­nie bym wie­dział. Może to jakieś spe­cjalne spo­tka­nie.

- Które ściąga całe mia­sto?

- Nie mam poję­cia, Aneto.

- Możemy tam pójść i spraw­dzić.

- Dla­czego nie.

Przy Vasa­ga­tan skrę­cili w prawo. Wąski plac przed Kome­ten był pusty. W restau­ra­cji też nie było pra­wie nikogo.

- Jak długo jesz­cze mamy baby-sit­tera? - zapy­tał Hal­ders.

Aneta spoj­rzała na zega­rek.

- Jesz­cze dwie godziny. Wyli­czy­li­śmy porządny zapas.

- Napi­jemy się?

- Dla­czego nie - odparła.

- Ostatni w środku sta­wia - rzu­cił Hal­ders, szybko prze­szedł przez ulicę i otwo­rzył drzwi.

Aneta dogo­niła go przy barze.

- Czego się napi­jesz? - zapy­tała.

- Duże piwo, oczy­wi­ście.

- Mają też inne rze­czy.

- Nie dzi­siaj.

- Ach tak?

- Pasuje do filmu.

- James Bond. W takim razie powinno być wytrawne mar­tini. Bond pije prze­cież mar­tini.

- Pije mar­tini z wódką.

- To dla­czego sobie tego nie weź­miesz, skoro tak się znasz?

Zamó­wiła piwo i czer­wone wino.

Napili się.

- Kochasz mnie, Fre­driku? - zapy­tała po krót­kiej chwili.

Byli w barze sami. Może sami w całym mie­ście. Coś się chyba stało z całym kra­jem. Hal­ders nagle poczuł się porzu­cony, jakby był samotny.

- Dla­czego pytasz?

- Po pro­stu odpo­wiedz na pyta­nie.

- To jakieś prze­słu­cha­nie?

- Nie chcesz mi odpo­wie­dzieć.

- Więc to jest prze­słu­cha­nie.

Aneta nie ode­zwała się wię­cej.

- Odpo­wiedź brzmi: tak - powie­dział Hal­ders.

Na­dal nic nie mówiła.

- No a teraz odbiję piłeczkę - dodał Hal­ders.

- Ja... nie wiem - odparła Aneta po chwili, która Hal­der­sowi wydała się bar­dzo długa. - Nie umiem odpo­wie­dzieć.