Pierwszy wyraz małego
dziecka:
- Mama.
Nie pamiętam, czy mi ktoś powiedział czy w książce czytałem,
że najstarszy wyraz, który dzicy jeszcze ludzie wymyślili, - też
właśnie był: "mama", i dlatego we wszystkich językach ten pierwszy
wyraz ludzki jest podobny.
Po grecku - meter, po łacinie - mater, po francusku - m?re,
po niemiecku: mutter.
- Moja mama, - ma m?re, - meine Mutter, - mea mater, - mia
meter.
Już maleńkie dziecko zna swoją matkę. Jeszcze mówić ani
chodzić nie umie, a ręce do matki wyciąga. Pozna nawet w ogrodzie,
gdy się zbliży - i śmieje się zdaleka. Nawet w nocy pozna po
głosie, po oddechu. Nawet dzieci niewidome i ociemniałe, gdy dotkną
ręką twarzy, wiedzą i mówią:
- Mama, - mamusia, - mateczka.
Raz chłopiec powiedział tak:
- Ja i dawniej myślałem, ale teraz mam trudniejsze myśli.
Kiedy byłem mały, miałem łatwe myśli.
Jakie są łatwe myśli o matce?
Że mama jest dobra, że jest wesoła, albo się gniewa, albo
smutna, zdrowa czy chora.
Że mama pozwala, daje, albo zabrania, że chce albo nie chce.
Dopiero później spotyka się różne inne matki, nie tylko
własną.
Więc są matki młode, wesołe i uśmiechnięte, są skłopotane,
zmęczone, zapracowane, są wykształcone bardzo albo mniej, bogate i
biedne, w kapeluszu albo w chustce na głowie.
Nieprzyjemnie, jeżeli mama wyszła i długo nie wraca. Bywa,
że mama codzień wychodzi do pracy, albo wyjechała na długo. Ciężko
myśleć, że są sieroty.
A jeszcze później usłyszy się albo przeczyta w gazecie, że
matka podrzuciła dziecko na ulicy. Dziecko nie pamięta nawet, nie
ma fotografji ani żadnej pamiątki po matce. Właśnie ta mama, która
powinna być najbliższa, jeszcze bliższa, niż ojciec.
- Tatuś, - ojczulek.
I znów:
Łatwe myśli, że ojciec pracuje i zarabia i daje mamie
pieniądze. - Ale niezawsze tak bywa: ojciec chory albo nie może
znaleźć zajęcia. - Czasem ojciec w domu pracuje, czasem gdzieś na
mieście, albo wyjeżdża często do innego miasta, albo wyjechał
daleko, i tylko listy przysyła.
Łatwe myśli są wtedy, gdy rodzice zdrowi, gdy jest w domu
wszystko, czego potrzeba, gdy wszyscy żyją w zgodzie, i niema
zmartwień.
Ja, który piszę tę książkę, znam bardzo wiele rodzin, a w
każdym domu jest choć trochę inaczej. Moje dorosłe myśli są bardzo
trudne i długie. - Ty miły Czytelniku, możesz obliczyć, ile znasz
domów znajomych i kolegów, ja już nie mogę: dużo - bardzo dużo.
Znam chłopca, który mieszka u babci i dziewczynkę, którą
ciocia wzięła do siebie. A bardzo wiele dzieci mieszka u obcych: w
szpitalach, internatach, schroniskach, na stancjach.
Rodzice mieszkają na wsi, gdzie niema szkoły, więc posyłają
do miasta. Albo rodzice w mieście, a doktór kazał posłać chorego na
wieś do uzdrowiska.
W szkole poznaje się kolegów i rozmawia - i dowiaduje się
raz wraz czegoś nowego. Czyta się powieści i poznaje, jak różnie
jest na świecie, jak jednym dobrze, innym niedobrze.
Każdy chce, żeby wszyscy w domu byli spokojni i
uśmiechnięci, żeby nie było zmartwień. Ale trzeba się pogodzić, że
nie wszystko i niezawsze może być najlepiej. Jeden dzień wesoły,
drugi smutny, jedno się uda, drugie nie. Raz słońce świeci, raz
deszcz pada.
- Trudno, już takie jest życie - powiedział chłopiec.
Czy lepiej być jedynakiem, czy lepiej mieć brata czy
siostrę? - Czy lepiej być młodszym czy starszym?
Ktoś był jeden, potem urodził się mały braciszek. Czy się
cieszy?
Nie można nawet obliczyć, jak różnie bywa.
Może być mały brat, duży brat i prawie dorosły. Może być
jeden starszy, drugi młodszy. Dwie starsze siostry, dwie małe. Mały
brat, duża siostra. Duży brat, mała siostra.
Co lepiej?
Nie mogę dać odpowiedzi, nie wiem, i nikt tego nie wie.
- Co wolisz?
- Wolę tak, jak jest - powiedziała dziewczynka.
Są ludzie, którzy łatwo się cieszą, weseli, zadowoleni.
Wszystko im się podoba. Nawet nie myślą, żeby było inaczej. Inni
łatwo i często się złoszczą.
Jeżeli można coś zmienić, warto się zastanowić; jeśli musi
zostać, niewarto się dąsać. - A zawsze można żyć w zgodzie i z
małym i dużym, i z bratem i siostrą - i to już naprawdę od nas
zależy.
Znałem chłopca, miał brata chorego. To była dziwna choroba.
Nawet rodzice długo myśleli, że jest nieposłuszny tylko,
niegrzeczny i nie chce się słuchać. Chodził, jadł, spał, jak
wszyscy, tylko chwili nie mógł usiedzieć na miejscu, wszystko
ruszał, brał, psuł. Jeżeli chciał, a nie dali, rzucał się na
podłogę, bił, pluł, gryzł i krzyczał tak głośno, że raz nawet
przyszedł policjant dowiedzieć, co się dzieje; myślał, że biją
mocno, a nie wolno znęcać się nad dziećmi.
Dopiero rodzice wezwali doktorów.
- Owszem, rozpieszczony, rozkapryszony, to prawda, ale
chory: nerwowy, nie rozumie.
- Co robić?
- Trzeba oddać do zakładu, bo w domu zanadto dokucza. Nie
poradzicie sobie. Trzeba wiedzieć, jak się z takim obchodzić.
Jeżeli ustępować, będzie gorzej. Nie wystarcza tylko nie drażnić.
Rodzicom żal było oddać chorego chłopca.
Powiedziałem:
- Musicie myśleć o zdrowym. Towarzystwo chorego brata
szkodzi mu.
I wtedy ten nieduży chłopiec krzyknął:
- Nie chcę, żeby przezemnie on wyszedł z domu. Już niech tak
będzie, oddam mu wszystkie zabawki. - Tam, ja wiem, tam będą go
bili.
Napisałem o tem wcale nie dlatego, że wszyscy powinni tak
robić. Można żądać dobroci, ale nie takiej, która jest
poświęceniem.
Rodzeństwo może żyć w zgodzie, ale nie należy się dziwić, że
wynikają spory.
O co? - o piłkę, o miejsce przy stole, o atrament; kto się
ma pierwszy myć, kto ma podnieść papierek. Jeden chce śpiewać,
drugi, żeby było cicho. Jeden chce się bawić, drugi chce czytać.
Są spory, gdy odrazu widać, kto ma słuszność, inne, gdy
niebardzo wiadomo. Jeden musi ustąpić - dobrowolnie, albo na
rozkaz. Czasem kłótnia, bójka i łzy.
Najgorzej, gdy mały przeszkadza starszemu w odrabianiu
lekcyj. Popycha, nudzi, wchodzi na stół, rusza kałamarz. - Starszy
chce prędzej skończyć, bo nie każdy umie długo siedzieć i myśleć
uważnie. - Mały trąca podczas pisania, a w szkole gniewają się, że
niestarannie napisał.
Niezawsze dorośli mają czas i cierpliwość, by dowiedzieć się
dokładnie, jak było. - Mówią:
- Ustąp małemu.
Albo:
- Ustąp dziewczynce.
Albo:
- Starszemu należy ustąpić.
Przekonałem się, że najgorsze, zarówno w domu, jak w szkole,
są ustępstwa wymuszone. Działają tylko na krótką chwilę. Potem jest
gorzej. Poczucie krzywdy jątrzy. Pozostaje osad niechęci. Pozostaje
uraza. Przekonałem się, że lepiej nie wtrącać się wcale, niż sądzić
bez zbadania powodów zatargu. - Dorosłym wydaje się niekiedy, że
kłótnia powstała o głupstwo. - O byle co...
Nie. - Dobrowolnych ustępstw i wybaczeń wśród rodzeństwa
jest wiele.
Często skarżą się dorośli, że:
- Cały dzień się kłócą.
- Ciągle się kłócą.
- Nie przestają się kłócić.
- Ani chwili bez kłótni.
Przesada.
Jeśli liczyć, wypadną wśród niezgodnego rodzeństwa 2 - 3 - 4
kłótnie dziennie. Przypuśćmy, że każda kłótnia trwa 15 minut, więc
razem godzina. Jedna godzina - to dużo, ale nie cały dzień. - I
może lepsza jest godzina wojny, niż stały gniew i cicha,
wzrastająca niechęć.
Przekonałem się, że boli i gniewa lekceważenie, okazywane
przez starsze rodzeństwo młodszemu.
I drażni i gniewa, gdy młodszy żąda tych samych praw, które
są udziałem starszych.
- Ja chcę też - mówi mały.
- Kiedy tak, więc ani jedno, ani drugie.
Dla błędnej zasady równości, albo dla przykładu, odbiera się
coś albo nakazuje starszemu.
Gdy później wyniknie kłótnia, nie o głupstwo chodzi, a o
wzajemną niechęć.
Są dnie lepsze i gorsze. Już było lepiej, już było dobrze,
znów się zaczyna.
- Dlaczego?
Trzeba zbadać, trzeba wiedzieć, zanim się coś postanowi,
trzeba rozpytać się, bo jakże można nie wiedząc, radzić lub
nauczać? Przekonałem się, że nie należy zaraz biec z pomocą. Lepiej
poczekać, aż się uspokoją.
Przekonałem się, że więcej, dziesięćkroć więcej jest dobra,
niż zła, a zło można przeczekać spokojnie. Każda żywa istota,
nietylko człowiek, woli zgodę, niż walkę, więc nie należy
oskarżać...
Jeżeli w domu mieszka razem babcia i dziadzio, może być
lepiej dla dzieci. Kiedy mama się gniewa, może babcia pocieszy;
mama odmówi, może babcia pomoże. Więcej ma czasu, więc uważniej
wysłucha. - Ciekawe bywają opowiadania ludzi wiekowych. I wogóle
jakie to dziwne.
Babcia pamięta, jak mama była małą dziewczynką, tatuś młodym
chłopcem. A jeszcze dawniej babcia była dzieckiem.
Pamięta dawne czasy. Inne były wtedy ulice i domy, inne
lampy i zegary, nawet ludzie inni. Nie było takich wynalazków, ani
książek, ani zabawek i rozrywek.
Ci już umarli, tamtych jeszcze nie było na świecie.
I przychodzą trudne myśli, już nietylko o tem, co jest na
świecie, ale co było, i o tem, co będzie.
Dziwne, bardzo dziwne...