Prawdziwy George Smiley. Opowieść o agencie, który zainspirował Johna le Carré - Michael Jago

-
Proszę czekać

Prawdziwy George Smiley. Opowieść o agencie, który zainspirował Johna le Carré

Michael Jago

Tłumaczenie: Olga Knopińska

Copyright ? Wydawnictwo RM, Warszawa 2014

This translation of THE MAN WHO WAS GEORGE SMILEY. THE LIFE OF JOHN BINGHAM is published by arrangement with Biteback Publishing

Copyright ? Michael Jago 2013 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-193-2 ISBN 978-83-7773-339-4 (e-Pub) ISBN 978-83-7773-340-0 (mobi)

Redaktor prowadzący: Longina Kalisz Redakcja: Jolanta Kucharska Korekta: Ewa Różycka Projekt graficzny okładki: Maciej Jędrzejec Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Weryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Wstęp

Agent mógł wyjechać z Londynu dopiero po południu. Wcześniej w szeregach Abwehry z niepokojem mówiono o dwóch agentach, którzy rzekomo przeszli do brytyjskich służb wywiadowczych MI5. Działania infiltracyjne niemieckich szpiegów w Wielkiej Brytanii osłabły po zrezygnowaniu Niemiec z planu ofensywy pod kryptonimem "Lew Morski" i niemal zniknęły po 22 czerwca 1941 roku - początku operacji "Barbarossa", czyli uderzeniu III Rzeszy na Związek Radziecki. Już nie tak licznie do Wielkiej Brytanii napływali uchodźcy z Europy Zachodniej - w porównaniu z lipcem i sierpniem 1940 roku sytuacja zdecydowanie się poprawiła, dzięki czemu MI5 mogła skupić się na wyeliminowaniu niemieckich agentów, którzy przedostali się na Wyspy. Wcześniej, gdy groźba inwazji III Rzeszy wydawała się realna - zwłaszcza po kapitulacji Francji w 1940 roku - służby brytyjskie musiały poradzić sobie z niekończącą się falą uchodźców z Francji, Belgii i Holandii, co umożliwiało agentom Abwehry swobodne poruszanie się po całym terytorium Wielkiej Brytanii. Listopad roku 1941 miał to zmienić.

Agent zadrżał i ciaśniej owinął się pledem. W ostatnim miesiącu pogoda się pogorszyła. Tak ostrej zimy nie było na Wyspach od 1843 roku. Jadąc na północ drogą A5, pobiegł myślami do żołnierzy Grupy Armii "Środek", którzy walczyli w trwającej już od tygodnia bitwie o Moskwę. Tam temperatura wynosiła minus 12 stopni. Trzecia Grupa Pancerna posuwała się na wschód w kierunku kanału Moskwa-Wołga, od października zmagając się z poważnym kryzysem zaopatrzenia. Owszem, w Anglii było zimno, ale to nic w porównaniu z tym, co znosili żołnierze Wehrmachtu.

W końcu opuścił przedmieścia Londynu. Droga przed nim była pusta. Kiedy mijał zjazd do Coventry, przypomniał sobie noc 14 listopada 1940 roku, od której minął już prawie rok. Wtedy to pięćset piętnaście bombowców Luftflotte 3 przeprowadziło operację "Mondscheinsonate", podczas której zrównano z ziemią znaczący ośrodek brytyjskiego przemysłu wojennego. Akcja ta wzbogaciła język niemiecki o nowe słowo: coventriert. Od tej pory Reichsminister Goebbels obiecywał, że kryzys zostanie "kowentryzowany". Brytyjczycy na długo zapamiętają tę noc.

Był urodzonym agentem: niezbyt atrakcyjny trzydziestotrzylatek, dość krępy, nieco powyżej średniego wzrostu, małomówny, ale cierpliwie słuchający rozmówcy. Mówił równie biegle po angielsku i niemiecku. Miał melodyjny głos i tę umiejętność, właściwą najlepszym agentom, czyli wtapiania się w tłum. Ludzie często wyobrażają sobie szpiegów jako wyjątkowe, pewne siebie jednostki - pomyślał. On był inny. Łagodny, raczej nieśmiały, dumny z tego, że nie rzucał się w oczy.

Tej nocy będzie musiał pozostać niezauważony, jeśli miał wypełnić swoje zadanie. Spotkanie wyznaczono na godzinę 19.30. Zaparkuje samochód na przedmieściach Stafford i przejdzie prawie 2 kilometry, brnąc w świeżym śniegu - anonimowa, szara postać, która spotka się z wychodzącą właśnie z fabryki Irmą Stapleton. Zerknął na zegarek. Ma już połowę drogi za sobą, a jeszcze ponad dwie godziny do spotkania. Zdąży, o ile nie spadnie więcej śniegu.

Myśli poszybowały w przyszłość. Jeśli Stapleton mówiła prawdę - co, jak wiedział, zdarza się nieczęsto - przyniesie ze sobą 22-milimetrowy nabój do działka Oerlikon, próbkę asortymentu wytwarzanego w fabryce. W zaszyfrowanej wiadomości prosił ją również, by określiła dokładne położenie zakładów zbrojeniowych Royal Ordnance oraz kilku fabryk w okolicy Stafford, należących do Wade's Chain Garages, a także postarała się zdobyć dane dotyczące ich produkcji. Jeśli te informacje uzyska od niej, uzna, że nie jechał tu z Londynu na darmo.

Do Stafford dotarł o godzinie 18.30. Ulice były puste, panowało zaciemnienie. W ten środowy wieczór Stapleton kończyła zmianę o godzinie 19.00. Dojście na miejsce spotkania zajmie jej dziesięć minut. Ruszył przed siebie szybkim krokiem. O godzinie 19.25 zaczął wypatrywać Stapleton. Kiedy wreszcie przyszła, rozejrzała się podejrzliwie i po chwili sięgnęła do torebki. Przyniosła to, o co prosił: mapę ze wszystkimi zaznaczonymi zakładami sieci Wade, dane dotyczące produkcji oraz 22-milimetrowy pocisk do działka Oerlikon, a także zapalnik do 2-funtowego działa przeciwlotniczego oraz zaślepkę łuski kaliber 22 milimetry.

Gdy Irma Stapleton wręczała agentowi obiecane materiały, z ciemności wyłoniły się trzy szare sylwetki. Mężczyźni dopadli kobietę i zakuli ją w kajdanki. Agent rzucił się do ucieczki, lecz mężczyźni bez większego wysiłku zdołali obezwładnić również jego. Jak się okazało, byli to funkcjonariusze Oddziału Specjalnego Policji Metropolitalnej.

Stapleton protestowała. Twierdziła, że jako lojalna poddana, nagabywana przez niemieckie służby wywiadowcze, zgodziła się na spotkanie z agentem tylko po to, żeby przy najbliższej okazji oddać go w ręce policji. Jest niewinna, to on pracuje dla Abwehry czy gestapo. Ona zaś zna swoje obowiązki i chciała złożyć zawiadomienie na posterunku, ale w spełnieniu obywatelskiej powinności przeszkodzili jej właśnie funkcjonariusze policji.

Zażądała, by dano jej możliwość złożenia zeznań. W najbliższym komisariacie wyjaśni to absurdalne nieporozumienie. To ten człowiek jest szpiegiem, nie ona. Krzyczącą kobietę wepchnięto do samochodu służbowego, który po chwili zniknął w ciemnościach.

Agent, choć zakuty w kajdanki, nie okazywał emocji. Towarzyszący mu funkcjonariusz wyjął kluczyk, uwolnił nadgarstki pojmanego i po raz pierwszy spojrzał mu prosto w oczy. "Może pana gdzieś podrzucić, majorze Bingham?" - zapytał z uśmiechem.

Rozdział 1

Przodkowie (1100-1908) i młodość (1908-1927)

Za mą gorliwą służbę Jej Królewskiej Mości, podczas której żadnego błędu nie popełniłem i nigdy nie popełnię.

sir Richard Bingham do sir Francisa Walsinghama, 12 listopada 1580 roku

W XII wieku ród Binghamów zadomowił się już w Sutton Bingham, odległym o kilka kilometrów od Yeovil w hrabstwie Somerset. Nazwisko Bingham stało się rozpoznawalne za sprawą Roberta, brata sir Ralpha de Binghama, dziedzica Sutton, za panowania Edwarda III. Robert przyszedł na świat w 1164 roku. W roku 1229 zajął miejsce Richarda Poore'a, biskupa Salisbury, który dziewięć lat wcześniej, czyli w 1220 roku, rozpoczął budowę słynnej katedry. Bingham kontynuował dzieło poprzednika i świątynię ukończono po zaledwie trzydziestu ośmiu latach. Katedra w Salisbury - jedna z niewielu jednolitych stylizacyjnie budowli sakralnych w Wielkiej Brytanii - jest wspaniałym przykładem wczesnego gotyku angielskiego.

Bratanek biskupa, drugi syn sir Ralpha, poprzez małżeństwo wszedł do rodu Turberville - znanego z powieści Thomasa Hardy'ego Tessa d'Urberville - nabywając prawo do posiadłości Melcombe, dziś znanej jako Melcombe Bingham. Przez kolejne trzy stulecia jego potomkowie wiedli spokojne wiejskie życie, panując na włościach od Dorchester po Blandford Forum. Dopiero za panowania Elżbiety I świat ponownie usłyszał o rodzie Binghamów za sprawą ambitnego, trzeciego w kolejności szlacheckiego syna. Richard Bingham opuścił hrabstwo Dorset, by poświęcić się służbie wojskowej, podczas której "dorobił się" potężnych wrogów, ale i zaskarbił zaufanie królowej. Wkrótce otrzymał tytuł szlachecki, szlify admiralskie i stanowisko lorda namiestnika irlandzkiego hrabstwa Connacht.

Bingham był znany z okrucieństwa. To na jego rozkaz dokonano egzekucji tysiąc stu Hiszpanów, których okręt - część słynnej Wielkiej Armady - rozbił się o skały brytyjskiego wybrzeża. Oszczędzono jedynie tych, których rodziny były w stanie wykupić. Bingham zgromadził majątek, stawiając podwaliny fortuny rodowej poprzez tłumienie rebelii w Irlandii oraz zagarnianie ziemi i własności buntowników. U schyłku kontrowersyjnej kariery był już bogatym człowiekiem. Majątek przekazał w spadku swojemu bratu, George'owi, namiestnikowi królewskiemu w hrabstwie Sligo. Po śmierci Richarda królowa w dowód wdzięczności poleciła umieścić płytę w opactwie westminsterskim upamiętniającą czyny swojego wiernego poddanego.

To był początek drogi do sławy anglo-irlandzkiego rodu, który swoją pozycję zawdzięcza dwóm przedstawicielom. Jednym z nich był Henry, starszy syn namiestnika królowej, który otrzymał tytuł pierwszego baroneta. Kolejnym był jego praprawnuk Charles, siódmy baronet, który w 1776 roku został baronem Lucan z Castlebar w hrabstwie Mayo, a po dziewiętnastu latach - hrabią Lucan. Jego młodszy syn, John, był przodkiem Johna Binghama, który w 1800 roku uzyskał tytuł Pierwszego Barona Clanmorris.

John Bingham kontrolował dwa miejsca w parlamencie irlandzkim - Newbrook w hrabstwie Mayo i Forfield w hrabstwie Dublin. Po oddaniu obu głosów na Akt Unii, jednoczący Wielką Brytanię z Irlandią, w dowód wdzięczności król wynagrodził go 8000 funtów gotówką, tytułem barona i drobną premią - 20 tysięcy funtów miało pozwolić Binghamowi egzystować na poziomie stosownym dla angielskiego arystokraty. Bingham przyjął tytuł Lord Clanmorris of Newbrook, którego szkockie brzmienie nadawało mu więcej prestiżu niż tytuł kojarzący się z Irlandią, a do swego skarbca dodał równowartość dzisiejszych 3 milionów funtów. Pierwszy baron, pan na ogromnych włościach w hrabstwach Galway i Mayo, raczej nie miał powodu do narzekania na zawarcie Aktu Unii.

John Bingham, Pierwszy Lord Clanmorris of Newbrook (1762-1821). Portret pędzla Sir Henry'ego Raeburna

Jego córka, Maria Letycja Bingham, w 1815 roku wyszła za mąż za Roberta Ffrencha. Ffrenchowie byli starym anglo-irlandzkim rodem szlacheckim, wówczas już zubożałym i tonącym w długach. W roku 1829 Ffrench pożyczył od Drugiego Lorda Clanmorris 25 tysięcy funtów na potrzeby własne oraz 10 tysięcy na potrzeby swoich sióstr pod zastaw swoich posiadłości. Równowartość pożyczki - według współczesnych przeliczeń - przekraczała 2,5 miliona, co stanowiło niebagatelne wsparcie udzielone szwagrowi w potrzebie.

Źródłem tak wielkiego bogactwa była ziemia - ogromne jej połacie. Testament Henry'ego Binghama przypomina indeks nazw geograficznych zachodniej Irlandii - wymieniono w nim posiadłości w hrabstwie Mayo. Jeśli wierzyć jednemu z listów pierwszego barona do lorda Hardwicke, dzierżawione grunty przynosiły roczny dochód w wysokości 12 tysięcy funtów, czyli 1,2 miliona we współczesnej brytyjskiej walucie.

W przeciwieństwie do większości anglo-irlandzkich dżentelmenów Binghamowie cieszyli się życzliwością miejscowej ludności. W XIX wieku irlandzcy katolicy stracili już nadzieję na wydźwignięcie kraju z gospodarczej zapaści. Z nienawiścią spoglądano na angielskich szlachciców, niezależnie od tego, jak traktowali rdzennych mieszkańców Irlandii, i ich poziomu zamożności. Binghamowie jednak, jako jedni z nielicznych, mogli bezkarnie obnosić się z bogactwem. Zajmowali się zresztą głównie jazdą konną - trzeba przyznać, że byli mistrzami siodła - polowali (posiadali "najlepszych myśliwych i naganiaczy, jakich kiedykolwiek nosiła irlandzka ziemia") i organizowali wyścigi konne. W tym czasie ich bytowi zagrażał tylko atak irlandzkich powstańców.

W październiku 1837 roku zaprószono ogień w posiadłości Binghamów w Newbrook, która doszczętnie spłonęła. Walka z pożarem trwała osiem dni, nie zdołano jednak go ugasić. Wytworna, przestronna budowla obróciła się w kolejną ruinę. Nigdy jej nie odbudowano.

Denis Arthur Bingham, Trzeci Lord Clanmorris of Newbrook (1808-1847)

Osiem lat później, latem 1845 roku, okolicę nawiedziła zaraza ziemniaczana, co skończyło się łatwą do przewidzenia tragedią. W wyniku klęski głodu nastąpiła masowa emigracja, a dwa lata później kryzys finansowy uniemożliwił Anglii udzielenie pomocy Irlandczykom, choć plany wsparcia były niewielkie. W zachodnich rejonach Irlandii, gdzie leżały dobra lordów Clanmorris, klęska głodu przybrała wyjątkowy poziom - w latach 40. XIX wieku zmarło 30 procent mieszkańców.

W roku 1847 roku tytuł Czwartego Barona odziedziczył John Charles Robert Bingham. Dwa lata później poślubił on Sarah Persse, której rodzina była już z rodem Clanmorris spowinowacona. Po dwóch córkach, 27 sierpnia 1852 roku, na świat przyszedł potomek płci męskiej, John George Barry Bingham. W tym samym roku brat Sary, Burton Persse, został mistrzem najsłynniejszej w Irlandii grupy myśliwskiej, Galway Blazers. Pełnił tę funkcję aż do śmierci trzydzieści trzy lata później. Irlandczycy organizowali kolejne powstania, co nie przeszkadzało angielskim arystokratom w Galway polować, posyłać synów do Eton i zawierać związki małżeńskie z córkami równych sobie angielskich lordów.

Po zarazie ziemniaczanej w latach 1844-1847 wartość ziemi uprawnej w Irlandii drastycznie spadła. Ucierpiały - jakżeby inaczej - zachodnie hrabstwa, zwłaszcza Galway i Mayo. Z ruiną finansową i buntem chłopskim musieli się liczyć wszyscy, również ogólnie szanowani ziemianie. Odeszli biedni dzierżawcy, wkrótce zaczęli wykruszać się również najlepsi. Wielu upatrywało jedyną szansę w emigracji. Umowy pomiędzy właścicielami a dzierżawcami - i tak niedające żadnych gwarancji - teraz nie miały racji bytu.

Wielki głód zaktywizował działalność ruchu fenian, którego członkowie domagali się niepodległości Irlandii. W 1867 roku, kiedy stracono przywódców pierwszego, stłumionego przez Brytyjczyków, powstania feniańskiego, John George Barry Bingham ukończył właśnie naukę w Eton i szykował się do podjęcia służby wojskowej. Choć dochody uzyskiwane z ziemi znacząco się skurczyły, Binghamowie chcieli nadal w pełni korzystać z wiejskich przyjemności. "Pierwsi do szklanicy i pierwsi do siodła", wiedli dostatnie życie, utrzymując liczne stajnie, psiarnie i zameczki myśliwskie. John zaprzyjaźnił się z Arthurem, księciem Connaught, a utrzymanie zażyłości z osobą o takiej pozycji społecznej z pewnością wiązało się z niemałymi wydatkami, toteż w 1878 roku przyszły piąty baron stanął w obliczu bankructwa. Wciąż jednak miał nie lada atut - tytuł. Dwa miesiące po odziedziczeniu tytułu, 27 czerwca 1878 roku, ożenił się z Matyldą Catherine Maude Ward, czyniąc ją lady Clanmorris. Szczęśliwa małżonka dysponowała niemałą fortuną i olbrzymim zamkiem Bangor, brakowało jej jedynie tytułu, a to właśnie mógł jej zapewnić piąty baron. Młodzi pobrali się w Bangor, w obecności 120 krewnych i przyjaciół. Z Anglii nadeszły wspaniałe prezenty ślubne: złota bransoleta wysadzana perłami i diamentami, stare srebra i bogato inkrustowany etruski naszyjnik. Ofiarodawcy woleli jednak osobiście nie pojawiać się w Irlandii.

Wydawać się mogło, że małżeństwo zawarto z korzyścią zarówno dla panny młodej, jak i jej wybranka. W skrócie rzecz ujmując, Clan zapewnił tytuł oraz koneksje z rodziną królewską, a Maude - pieniądze i reputację: pochodziła z bogatego ulsterskiego rodu o nieskazitelnych protestanckich korzeniach. Solidną bazę stanowiła rezydencja Bangor - wiktoriańska budowla, wzniesiona w 1852 roku na miejscu oryginalnej konstrukcji, którą ojciec panny młodej rozkazał wcześniej zrównać z ziemią.

Związek ten, pozornie harmonijny, w istocie połączył dwa odrębne światy - zarówno fizyczne, jak i filozoficzne. Clan był typowym dla swoich czasów "miłośnikiem polowań i popitki". Członkowie Galway Blazers, której w latach 1890-1895 przewodniczył, stwarzali sporo okazji do popisów myśliwskich, sprawowana przez niego funkcja była szczytem aspiracji anglo-irlandzkiego arystokraty. Lista poprzedników Clana stanowi swego rodzaju Who is who protestanckiej klasy wyższej, wyczyny członków stowarzyszenia - zarówno w siodle, jak i w życiu prywatnym - z pewnością nie pozostały niezauważone. Pierwotną nazwę grupy The County Galway Hunt zmieniono na The Blazers, gdy w 1800 roku podpalili hotel Dooley's w Offaly, w którym zatrzymali się na odpoczynek i zabawę po trudach polowania.

Maude szybko zauważyła, że Clan najlepiej czuje się w towarzystwie swoich kompanów, myśliwych. "Tam, gdzie przy kolacji siedzieli Clan i jego świta, zawsze lało się wino i raz po raz rozlegały się wybuchy śmiechu. Maude i najbliższe jej otoczenie patrzyli na to z niesmakiem".

Clan stanowił żywy wizerunek, czy wręcz karykaturę, anglo-irlandzkiego arystokraty. Jego życie oscylowało wokół łowiectwa. Choć rodowe posiadłości na zachodzie mocno już podupadły, nadal było tam sporo pałacyków myśliwskich oraz łowisk łososi i pstrągów. Na początku Maude towarzyszyła mężowi w wyprawach myśliwskich, jednak w połowie sezonu musiała z nich zrezygnować, gdyż spodziewała się dziecka. Ich syn, Arthur Maurice Robert przyszedł na świat 22 czerwca 1879 roku. Pierworodny otrzymał imię na cześć Arthura, księcia Connaught, lecz zawsze zwracano się do niego imieniem Maurice.

Po pierwszej ciąży natychmiast pojawiła się druga i stan błogosławiony Maude miał już trwać niemal nieprzerwanie przez następnych dziewięć lat. Kolejno pojawiali się John Denis Yelverton (1880), Edward Barry Steward (1881), Harriette Irene Maude (1882), Emily Ina Florence (1884), Hugh Terence de Burgh (1885) oraz Henry Derek Thomas (1887), a po krótkiej przerwie: Eleanor Clare Alice (1892), George Roderick Bentinck (1894) i Richard Gerald Ava (1896).

Wydawać by się mogło, że był to ideał wiktoriańskiej rodziny, ma on jednak pewne rysy. Po pierwsze, Maude traktowała ciąże jako dopust boży i nie przejawiała zainteresowania wychowaniem dzieci. Po drugie, Clan aż nazbyt swobodnie korzystał z fortuny swojej małżonki. Przed całkowitym bankructwem uchronił ją wyłącznie Married Women's Property Act z 1882 roku - ustawa, która zapewniała zamężnym kobietom prawo do dysponowania własnym majątkiem. Po trzecie, Clan odbywał regularne eskapady do Paryża. Wersja oficjalna głosiła, że tylko paryskim balwierzom można było zlecić przycięcie loków ukochanego brązowego pudla. Krewni podejrzewali jednak, że to Clan korzysta tam z bogatej oferty rozrywek.

Maurice, podobnie jak ojciec, ukończył Eton. Miał dwadzieścia lat, gdy w Afryce Południowej wybuchła wojna burska. Dzień po jej ogłoszeniu - 12 października 1899 roku - znalazł się w szeregach V Pułku Królewskich Lansjerów Irlandzkich i niemal natychmiast rzucono go w centrum działań wojennych. Próbując przedrzeć się na północ do brytyjskiego garnizonu Ladysmith, 15 grudnia pułk lansjerów dotarł w okolice Colenso, gdzie miała miejsce krwawa bitwa, toczona przez cały dzień w palącym słońcu. Choć kawaleria pod względem taktycznym nie przedstawiała większej wartości, na szczęście mogła się sprawnie przemieszczać, dzięki czemu uniknęła losu innych formacji, roztartych w pył przez nieprzyjaciela. Maurice wspomniał o tym wydarzeniu w liście do ojca: "Drogi Ojcze, mam za sobą niezłe doświadczenie - chrzest bojowy w bitwie pod Colenso w ubiegły piątek". Dopiero później przyznał, że w tej bitwie "omal nie stracił życia". Mężczyźnie z jego sfery nie wypadało wówczas okazywać zbytniej wylewności.

Przez połowę 1900 roku żadna ze stron nie zanotowała wyraźnej przewagi. Ostatnia bitwa pod twierdzą Belfast została stoczona 27 sierpnia 1900 roku. Kiedy okazało się, że negocjacje pokojowe nie przyniosą skutku, ponieważ Burowie postrzegają ustępstwa na rzecz Brytyjczyków jako nie do przyjęcia, generał Louis Botha przyjął strategię wojny partyzanckiej.

Obawiając się niepokojów wybuchających równocześnie w kilku punktach kraju, dowództwo wysłało pułk Maurice'a do Kapsztadu. Tu miał czuwać nad utrzymaniem porządku i tu także w spokoju doczekał końca wojny. Kapsztad, choć założony przez Holendrów, w 1900 roku nosił już wyraźne cechy miasta brytyjskiego i - jak wszystkie stolice kolonii - ciepło przyjmował oficerów królewskiej armii. Maurice szukał w Kapsztadzie głównie odpoczynku i wytchnienia, podobnie jak jego bliski kolega, porucznik George Capron. Nietrudno wyobrazić sobie dwóch przystojnych kawalerzystów, którzy zauroczyli kapsztadzką socjetę i skradli serca dwóch córek miejscowego kaznodziei i sędziego pokoju Gordona Cloete'a.

Jacob Cloete, przodek Gordona, przypłynął na południe Afryki w 1562 roku, jako towarzysz Johanna Antoniszoona (Jana) van Riebecka, założyciela Kapsztadu i pierwszego holenderskiego dowódcy tamtejszej placówki. Rejs z van Riebeckiem do Afryki pod względem prestiżu może się równać chyba jedynie z udziałem w podboju Anglii u boku Wilhelma Zdobywcy czy ze znalezieniem się na pokładzie "Mayflower" podczas pamiętnego rejsu do Ameryki. W 1701 roku ród Cloete'ów odgrywał już istotną rolę wśród zamożnych farmerów Kolonii Przylądkowej.

Dwieście lat później Gordon Cloete mieszkał w pobliżu terenów, na których znajdowała się farma jego przodków - na obrzeżach Rosebank, u podnóża Góry Stołowej. Jego pięć córek brylowało w towarzystwie. Po latach John Bingham napisze a propos pięciu sióstr, że "rodzina Cloete'ów tak potrafiła zamieszać w głowach wysłanym na wojnę brytyjskim oficerom, że na sumieniu miała więcej ofiar niż wszyscy Burowie razem wzięci".

Najstarsza z sióstr, Vera, podbiła serce pułkownika Teda Nodinga z Korpusu Medycznego Armii Królewskiej. Leila i Effie - młodszych oficerów: Maurice'a oraz jego kolegi, lansjera George'a Caprona. Najmłodsza, Renée, marzyła o poślubieniu brytyjskiego dżentelmena, ale w tamtym czasie żadnego nie znalazła w towarzystwie. Tylko Inez widziała dla siebie przyszłość w Afryce Południowej.

Effie, "najładniejsza i najzgrabniejsza", przyjęła oświadczyny George'a Caprona i po ślubie zamieszkała z nim w Anglii. Podobnie Vera, która wyszła za Teda Nodinga i osiadła z mężem w Londynie. Renée wyruszyła do Anglii w poszukiwaniu kandydata na męża, ale dopiero po 1914 roku, kiedy Europą targała kolejna wojna.

Leila natomiast miała ambiwalentne odczucia. Z jednej strony pociągała ją perspektywa małżeństwa z angielskim baronem, z drugiej zaś - odwodził od tej wizji praktycyzm. Postrzegała związek z Maurice'em jako przelotną miłostkę, charakterystyczną dla czasu wojny. Tym większe było jej zdziwienie, kiedy Maurice, którego po wojnie mianowano adiutantem gubernatora Nowej Zelandii Lorda Ranfurly, nie dość, że nie zerwał przyjaźni, to nalegał na małżeństwo. Oświadczyła, że przyjmie propozycję, jeśli Maurice zostanie kapitanem. W 1906 roku otrzymała telegram - Maurice zawiadamiał ją o awansie i domagał się dotrzymania obietnicy. Młodzi pobrali się 5 czerwca 1907 roku.

W życiu Maurice'a miały nadejść najlepsze lata. Spodziewał się odziedziczyć spory majątek, służył w uznanym pułku, gdzie doceniano go, obracał się w kręgach brytyjskiej dyplomacji, co więcej - udało mu się zdobyć Leilę, ozdobę kapsztadzkich salonów. Widział siebie w Anglii ze szlifami generalskimi. Później zaś zamierzał opuścić armię, przyjąć jakąś zaszczytną funkcję, a być może nawet zostać posłem okręgu Bangor z ramienia partii unionistów. Resztę życia miał dzielić pomiędzy zamkiem Bangor a Westminsterem. Do tego czuł powołanie.

Tymczasem przywiózł młodą małżonkę do ogromnej neogotyckiej rezydencji Bangor, gdzie niepodzielnie rządziła Maude - ostatnia strażniczka tradycji rodu. Maude wprowadziła w zamku własne zasady, wiedząc, że bogactwo i tytuł - mimo że niedawno uzyskany - zapewniają jej powszechny szacunek i dają prawo oceniać swoją następczynię pod względem zarówno moralnym, jak i majątkowym. Była więc krytyczna wobec synowej w znacznie większym stopniu niż Clan. Gotowa była zgodzić się z synem, że kariera w armii może być korzystnym zajęciem, o ile nie wiążą się z nią zbyt duże zobowiązania. W prywatnych zobowiązaniach natomiast należy zwracać uwagę na wysokie urodzenie bądź pokaźny posag.

Leila Cloete, nie umniejszając w niczym jej wartości jako osoby, nie wniosła ani jednego, ani drugiego w solidne mury zamku Bangor. W Kapsztadzie jej ród mógł uchodzić za arystokrację wśród holenderskich osadników, ale anglo-irlandzkim ziemianom Burowie nie kojarzyli się pozytywnie, a historia rodu sięgająca 1652 roku nie robiła wrażenia. Naturalnie, coraz częściej dopuszczano myśl o ożenku z cudzoziemką. Wielu angielskich arystokratów - lord Curzon, książę Roxburghe, lord Randolph Churchill, książę Marlborough, hrabia Craven - poślubiło Amerykanki. Zasiliły one jednak stare angielskie rody kwotą około 25 miliardów dolarów, która z pewnością pomogła przywrócić dawny blask zarówno rezydencjom, jak i ich mieszkańcom. Nowość akceptowano, pod warunkiem że wiązała się z konkretnymi korzyściami.

W skrócie rzecz ujmując, Maurice w wyborze małżonki nie wykazał się dostateczną rozwagą. Ów brak rozwagi okaże się zresztą charakterystycznym elementem jego życia. Rzecz jasna, Maude przyjęła młodą parę zgodnie z tradycją, choć chłodno. Współcześni użyliby zapewne modnego wówczas wyrażenia "nie było jej do śmiechu".

Leila również nie czuła się swobodnie w nowej roli. O Maude nigdy nie mówiła inaczej niż "pani matka" i dopiero w 1941 roku, gdy sama została panią na zamku, zrezygnowała z tego poddańczego określenia. Małżeństwo miało przynieść jej bogactwo i pozycję, tymczasem oznaczało jedynie, że wydatki męża - przyszłego dziedzica - pozostają pod ścisłą kontrolą prawników zatrudnionych przez teściową, która nie liczyła się z młodą synową. Leila była energiczna i ambitna. Zdawała sobie sprawę, że mąż ma przed sobą przyszłość, ale na razie środki na realizację planów leżą poza jego zasięgiem. Musieli więc prowadzić "normalne" życie: zarabiać na siebie i utrzymywać dom. Zamek Bangor w 1903 roku był już reliktem przeszłości, a życie towarzyskie Belfastu nie do końca odpowiadało oczekiwaniom Leili. W Londynie kusiły nowe możliwości, choć kryły się też niebezpieczeństwa, ale Leila widziała tylko zalety życia w stolicy.

Z perspektywy Kapsztadu Anglia z pewnością kusiła. Rzeczywistość na dalekiej północy była jednak zupełnie inna. Życie żony oficera stacjonującego w londyńskiej Belgravii też zapewne nie przypominało szarej egzystencji w Acomb, prowincjonalnym miasteczku na zachód od Yorku. W Kapsztadzie Leila należała do elity. W hrabstwie Yorkshire była tylko żoną kapitana, która miała znać swoje miejsce w hierarchii.

W Acomb coraz trudniej było Maurice'owi porozumieć się z przełożonymi, nie mógł jednak zrezygnować ze służby, gdyż majątek zamku Bangor miał przejść w jego władanie w odległej przyszłości, tymczasem musiał więc się zadowolić skromną pensją wyznaczoną przez rodzinnych prawników. Leila z pewnością zdawała sobie sprawę, że jej marzenie o podbiciu Mayfair raczej nie doczeka się realizacji. Na drodze do spełnienia marzeń stały jeszcze inne przeszkody: na początku 1908 roku zaszła w ciążę. John Michael Ward Bingham przyszedł na świat 3 listopada po ciężkim porodzie. Trudne doświadczenia związane z ciążą i połogiem budziły w Leili odrazę i od tej pory dokładała wszelkich starań, aby się nie powtórzyły.

Maurice zakończył służbę w armii w 1909 roku i rodzina wreszcie przeniosła się do Londynu. Dawny towarzysz Maurice'a, George Capron, ożenił się z siostrą Leili, Effie, mężczyźni zostali więc szwagrami. Pomogło im to odnowić przyjaźń, wkrótce otworzyli też pierwszy wspólny interes. Niestety, ani ten, ani następne nie powiodły się na tyle, by otrzymać zwrot zainwestowanego weń kapitału. Plan wydawał się prosty: kupić bydło w Irlandii, przewieźć na południe Anglii, podtuczyć i sprzedać. Szanse na sukces były duże, ponieważ w Irlandii ceny inwentarza spadały, a angielska klasa średnia stawała się coraz zamożniejsza. Interes zaczął przynosić całkiem spore zyski, kiedy nadszedł sierpień 1914 roku i Anglia znalazła się w stanie wojny. Maurice i George jako oficerowie w stanie spoczynku zostali niemal natychmiast powołani, co położyło kres ich projektowi.

Kiedy wybuchła wojna, John miał pięć lat. Był jedynakiem i - jak większość dzieci tej sfery - więcej czasu spędzał z nianią niż z rodzicami. Ci zaś żyli własnymi sprawami. Jedno - nieustannie próbując pomnożyć majątek poza armią; drugie - skupione na życiu towarzyskim i przekonane, że nie sposób przetrwać bez gromadki służby, co też podsycało pogoń za dodatkowym dochodem. Dla takiej pary dziecko było jedynie balastem, Leila więc korzystała z okazji i wysyłała małego Johna wraz z nianią do zamku Bangor, do dziadków.

Tryptyk fotografii młodego Johna Binghama

W Irlandii najczęściej pozostawiano chłopca samemu sobie. W Bangor istniał ściśle określony i skrupulatnie przestrzegany rozkład dnia. Maude spędzała większość czasu "w rozjazdach" - wstępowała do paru domów w mieście, dokąd szofer woził ją daimlerem, rozwijając zawrotną szybkość 20 mil na godzinę. Clan - już sześćdziesięciodwulatek - wprawdzie spędzał w domu więcej czasu, ale nie przejawiał najmniejszego zainteresowania wnukiem, który niezbyt pewnie trzymał się w siodle. John wspominał później, że pierwsze lata pobytu u dziadków wypełniały mu samotne spacery po posiadłości i strzelanie z ukochanej procy do drobnej zwierzyny. Nie czuł się ani szczęśliwy, ani nieszczęśliwy, nauczył się natomiast dyscypliny - jak przetrwać i nie rezygnować. Nie był ani ładnym, ani fizycznie sprawnym dzieckiem. Miał zeza - efekt szoku, który przeżył w niemowlęctwie po oparzeniu, gdy niania przewijała go zbyt blisko kominka. Nauczył się obywać bez towarzystwa, uważnie obserwować. Stał się samotnikiem.

Tymczasem Maurice - w 1899 roku przystojny młody podoficer, obecnie trzydziestopięcioletni kapitan rezerwy - w pierwszym roku wojny otrzymał nominację na generalnego inspektora kawalerii. Z tytułem tym nie wiązał się ani prestiż, ani interesujące zadania, a sytuację Maurice'a pogarszał fakt zrezygnowania przez niego ze służby (jak twierdzi jego synowa, jego relacje z pułkownikiem nie układały się zbyt dobrze) i jako rezerwista nie mógł spodziewać się niczego lepszego. Teraz miał trzydzieści pięć lat, żonę i dziecko, nie zamierzał więc umierać na polu chwały.

Trzech z braci Maurice'a "dobrze się spisało" w czasie wojny: John Denis Yelverton, podpułkownik patentu, czyli tymczasowego nadania wyższego stopnia wojskowego, w 15/19 Pułku Huzarów, dwa razy został wymieniony w rozkazach dziennych, a w 1918 roku zdobył Distinguished Service Order (Order za Wybitną Służbę) oraz Légion d'Honeur. Edward Barry Steward jako czternastolatek wstąpił do Królewskiej Marynarki i po bitwie jutlandzkiej w 1916 roku został odznaczony Krzyżem Wiktorii. George Roderick Bentinck walczył w pułku Królewskich Walijskich Fizylierów. Najmłodszy z braci Maurice'a - Richard Gerald Ava - podporucznik Royal Air Force, zginął w walce 10 października 1918 roku, zaledwie miesiąc przed końcem wojny.

Maurice - pierworodny i dziedzic - nie miał zbyt wiele okazji, żeby równie chlubnie zapisać się w rodzinnych annałach. Czekało go kolejne upokorzenie: ugryzł go pies podejrzewany o wściekliznę. Po leczeniu w Paryżu Maurice wrócił do Anglii. Koniec wojny zastał go w Yorkshire, gdzie pełnił funkcję dowódcy obozu jenieckiego w okolicy Ripon.

Po śmierci ojca w 1916 roku Maurice'a dopadli prawnicy wynajęci przez Maude w Irlandii Północnej. Do tej pory matka dbała - czy to ze złośliwości, czy też zdając sobie sprawę z tego, że jej pierworodny nie jest orłem w kwestiach finansowych - aby wypłacano mu pensję równie skromną jak przed wojną. Madeleine Bingham komentuje to z goryczą: "Maude udało się uchronić część majątku przed mężem, teraz więc nie chciała pozwolić, aby wszystko roztrwonił syn. Poza tym trzeba było utrzymać nie tylko Maurice'a, ale i jego żonę - ona przecież nie miała ani grosza".

Po śmierci piątego barona Maude od razu wzięła sprawy w swoje ręce. Irlandzcy prawnicy przygotowali umowę pełną lukrowanych sformułowań typu: Maurice, powodowany "poczuciem obowiązku i synowską miłością", zrzekał się całego należnego sobie majątku na rzecz matki. Niewątpliwie był to ze strony Maurice'a przejaw hojności, choć osładzała go świadomość, że z czasem i tak wszystko wróci do niego.

Pod koniec wojny do Anglii przybyła najmłodsza siostra Cloete, Renée. Chciała tu znaleźć męża, a Leila, lady Clanmorris, miała ułatwić jej to zadanie dzięki kontaktom z angielską arystokracją. Renée faktycznie udało się wejść do wyższych sfer, w czym niemały udział miała wojna, a zwłaszcza listy poległych. Jej przyszły mąż, William France-Hayhurst, niespodziewanie został dziedzicem Bostock Hall - niewielkiej rezydencji w okolicy Middlewich w hrabstwie Cheshire. Najpierw, w 1914 roku, zginął jego ojciec, pułkownik brytyjskiej armii, następnie we Flandrii starszy brat.

Młody pan Bostock Hall zaczął rozglądać się za żoną, by zadbać o przedłużenie rodu. Po pierwszym spotkaniu z Renée wiedział, że nie musi już dłużej szukać. Renée zaś odeszła od ówczesnego narzeczonego, który miał o wiele mniej do zaoferowania, przyjęła oświadczyny Williama i w 1918 roku przeniosła się do Bostock Hall. W tym samym roku zaszła w ciążę. Leila pozwoliła siostrze zabrać nianię Johna - teraz już niepotrzebną, bo chłopca zapisano do szkoły. Niestety, Renée zmarła przy porodzie, co zresztą przepowiedziała na początku ciąży. Udało się uratować córeczkę, której dano imię matki.

Maurice i Leila nadal nie byli majętni, a ich długo wyczekiwane dziedzictwo coraz bardziej się kurczyło. W 1876 roku posiadłości barona Clanmorris wynosiły około 5000 hektarów w hrabstwie Mayo, 2000 w hrabstwie Galway i 200 w mieście Galway. W 1906 roku większość ziem nie miała dzierżawców. W marcu 1916 roku, roku śmierci Clana, rodzina sprzedała 1200 hektarów posiadłości w hrabstwie Mayo. Kupcem był Congested District Board, który zapłacił 16 121 funtów, średnio nieco ponad 12 funtów za hektar.

Maurice nie grzeszył ani umiejętnościami, ani kapitałem, przedstawił więc Leili plan, który dotyczył raczej młodszych ziemiańskich synów. Zaproponował rozpoczęcie nowego życia w jakimś zakątku Imperium Brytyjskiego. To wymagałoby jednak odświeżenia kontaktów Leili w Afryce Południowej - kraju swojego pochodzenia.

Madeleine Bingham kreśli porywający portret swojej teściowej. Leila jawi się w nim może nie jako intelektualistka, ale z pewnością też nie ignorantka, podatna na sugestie, w każdej chwili gotowa podchwycić oryginalny pomysł, który mógłby przynieść zysk. Optymistka, lecz pozbawiona determinacji, by wprowadzić w życie ów pomysł. Jednym z projektów była farma w regionie Pondoland nad Oceanem Indyjskim. Pas nabrzeżnego lądu, rozciągający się od Port Elizabeth na południu do Durbanu na północy, w 1894 roku przyłączono do Kolonii Przylądkowej. Region ten oferował wiele możliwości. Cena ziemi i koszt pracy nie były tam wysokie, przyciągały więc nowych osadników. Do Afryki Południowej wyjechał już Roderick, młodszy o piętnaście lat brat Maurice'a, i był tam właścicielem plantacji kwiatów. Maurice i Leila również chcieli kupić ziemię, choć nie wiedzieli jeszcze, co mieliby uprawiać. Możliwości były ogromne, tak jak afrykańskie równiny. Cokolwiek by wybrali, przyniosłoby to duży dochód i byłoby ciekawsze niż wiązanie końca z końcem w powojennej Anglii.

W marcu 1920 roku Maurice, Leila i jedenastoletni wówczas John wypłynęli na południe. Rodzice orzekli, że przeprowadzka przyniesie wszystkim zmiany na lepsze - również Johnowi, któremu nie podobała się szkoła Clifton House w Harrogate. Z powodu zeza i krótkowzroczności był obiektem żartów i łatwym celem dla okrutnych kolegów, którzy znęcali się nad nim z całą bezwzględnością. Przyjmował to ze stoickim spokojem, ale wspomnienia prześladowały go jeszcze długo. Opisał je dopiero w powieści Raj za piątym skrzyżowaniem wydanej w 1953 roku.

Bardziej lakoniczne są zapiski Johna w dzienniku prowadzonym w Afryce Południowej. Znudzony kolonialną przygodą - jedyne dziecko w otoczeniu dorosłych, którzy nawet nie mówili po angielsku, tylko w africaans - znów samotnie spędzał całe dnie. Przyzwyczaił się do tego u dziadków w zamku Bangor, ale tam mógł strzelać z procy do ptaków i wiewiórek albo gonić kurczęta w zagrodzie na obrzeżach Rosebank. Z pamiętnika Johna można wywnioskować, że w szkole czułby się jednak lepiej, choć był tam prześladowany przez kolegów. Tymczasem rodzice nie przejawiali większego zainteresowania ani fermami strusi, ani plantacjami pomarańczy. W zasadzie nie bardzo wiadomo, dlaczego opuścili Anglię. Pomysłu prowadzenia życia na Czarnym Lądzie zapewne nie traktowali poważnie, po czterech miesiącach opuścili Kapsztad. W sierpniu wyruszyli pociągiem na poszukiwanie odpowiedniej farmy, a we wrześniu byli już z powrotem w Anglii. John zaś wrócił do nauki w Clifton House. Jedynym pozytywnym efektem całego przedsięwzięcia było to, że Maurice'owi coraz bardziej podobał się pomysł pracy na własny rachunek i nęciła go wizja powiększania kapitału. Po powrocie do Londynu zaplanował więc zajęcie się interesami. Jakimi - i jak tego dokonać praktycznie bez kapitału - miał rozważyć później, w domu.

Tę ostatnią trudność dało się przezwyciężyć - przećwiczyło to już wcześniej wielu arystokratów w czasach kryzysu lat 20. Czyż nie postąpił rozsądnie, pozwalając Maude zatrzymać cały majątek do końca jej dni? Czyż nie miał wkrótce tego odziedziczyć zgodnie z prawem starszeństwa? Czy nie mógłby wziąć pożyczki na poczet przyszłego kapitału i już teraz zrobić coś pożytecznego? Jeśli interes się powiedzie, dochód z pewnością wystarczy na spłacenie długu. Jeśli nie - część rodzinnego majątku pokryje zobowiązanie wobec banku, który będzie na tyle przewidujący i postępowy, aby zgodzić się na taki układ.

Maurice nabierał coraz większej pewności siebie. Wkrótce udał się do Londynu do podobnych sobie przedstawicieli klasy wyższej. Okazało się, że banki nie mają nic przeciwko pożyczkom pod zastaw przyszłego dziedzictwa. Procedura była dziecinnie prosta i Maurice nie raz i nie dwa zwracał się do banków. Według wnuczki Charlotte "pożyczał jak szalony". Pierwsza transza wynosiła 15 000 funtów (około pół miliona w dzisiejszej walucie) i umożliwiła zainwestowanie w eksport artykułów metalowych. Kolejne pozwoliły wykupić na własność dom przy Montagu Square oraz powiększyć służbę i zatrudnić kucharza. Roczny dochód wynosił kilka tysięcy, co wówczas stanowiło niebagatelną kwotę.

Kres radosnego, dostatniego życia nadszedł wraz z upadkiem interesu. Niemal z dnia na dzień Maurice utracił znaczną część majątku. Musiał sprzedać dom przy Montagu Square, zwolnić służbę i wynająć mieszkanie. Jeśli wierzyć Madeleine Bingham, omawiano również bardziej radykalne rozwiązania: "Padła nawet propozycja, żeby Leila rozejrzała się za jakimś milionerem i wyszła za niego za mąż. Leila do śmierci żywiła niezachwianą wiarę w uzdrawiającą moc milionerów".

W jaki sposób Leila miałaby wyjść za milionera, równocześnie będąc żoną Maurice'a, oraz dlaczego takie rozwiązanie byłoby korzystne dla Maurice'a, tego nikt nie potrafił wytłumaczyć.

Maurice'owi oferowano posady, w których atutem był jego arystokratyczny tytuł. Najpierw pracował w zarządzie wytwórni filmowej, później sprzedawał powierzchnię reklamową pewnego czasopisma. Nie przypominał już siebie z młodości - przystojnego, pełnego życia oficera. Teraz był bardziej zamknięty w sobie, choć równocześnie spędzał więcej czasu w towarzystwie: stał się etatowym gościem-rezydentem. Regularnie jeździł do Bangor i odwiedzał krewnych, którym powodziło się lepiej niż jemu i Leili. Święta Bożego Narodzenia spędzali zazwyczaj w Bostock Hall - okazałej rezydencji szwagra Leili, Billy'ego France'a-Hayhursta. Leila nie znalazła odpowiedniego milionera, podjęła więc pracę u madame Luander w sklepie z sukniami przy Albemarle Street. Przykładała się do nowych obowiązków, ale i tak jej zarobki nie wystarczały na pokrycie wszystkich wydatków. Zbliżał się zresztą kolejny: czesne za prywatną szkołę Johna. Opłaty były wówczas równie wysokie jak dziś i - co gorsza - płatne wyłącznie z góry. Udało się jednak uzbierać wymaganą sumę i 31 maja 1922 roku John podjął naukę w Cheltenham College.

Podanie o przyjęcie do szkoły złożono późno, gdy John miał trzynaście lat. W Anglii z reguły zapisuje się syna do wybranej public school już jako niemowlę. Można się domyślać, że pierwotnie zapisano go do Eton, ale po 1923 roku wyższe czesne leżało poza finansowymi możliwościami rodziców. Charlotta, córka Johna, wyjaśnia, w jaki sposób przezwyciężono tę przeszkodę:

Mój dziadek, którego zrujnowali - według słów jego samego - "chłopcy z miasta", mógł liczyć na pomoc swojego rodzeństwa, które złożyło się na opłacenie edukacji mojego ojca. Na Eton jednak nie starczyło drobniaków, zdecydowano się więc na Cheltenham.

Dzięki pomocy rodziny John mógł opuścić szkołę w Clifton House i w grudniu 1922 roku rozpocząć naukę w Cheltenham. Nie czuł jednak, że wraz ze zmianą szkoły rozpoczyna się w jego życiu nowy etap. Później przyznawał nawet, że "w dniu wyjazdu był smutny i przygnębiony", dodał jednak, że "wystarczyło panować nad sobą i ciężko pracować. I w końcu dawało się radę".

Pierwsze powieści Johna Binghama dostarczają sporo informacji na temat obu szkół. W Raju za piątym skrzyżowaniem autor przedstawia swój portret - niezbyt atrakcyjnego chłopca, oszpeconego grubymi szkłami okularów, który po lekcjach czeka, aż jego koledzy pójdą do domów, aby on mógł samotnie wyjść z budynku i nie narażać się na drwiny i zaczepki.

Dzieci bywają okrutne. Wyczuwają, czego ofiara boi się najbardziej, i wykorzystują ten lęk. Słabością Johna była klaustrofobia. Koledzy zamykali go więc w ciasnej skrzyni. Przerażenie chłopca sięgało zenitu, gdy twarzą dotykał dna skrzyni i czuł oblepiające go truchła ciem. Lęk przed nimi towarzyszył mu do końca życia.

W owych czasach sukces w public school zależał przede wszystkim od zdolności sportowych, a później od wyników w nauce. Wada wzroku uniemożliwiała Johnowi osiągnięcia w jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej. Brał wprawdzie udział w wewnętrznych szkolnych rozgrywkach rugby, ale na boisku się nie wyróżniał.

W nauce też wypadał przeciętnie, czemu nie należy się zbytnio dziwić, rodzice bowiem nie byli intelektualistami i nie zachęcali go do intelektualnego rozwoju. Uwielbiał czytać, ale i w tym przypadku rodzice nie potrafili ukierunkować jego pasji. John zaś uważał, że jest niewiele wart. W pierwszej powieści napisał, że koledzy unikali go jak "wirusa grypy". Wszystkie te słabości - prawdziwe i urojone - z pewnością nie ułatwiały mu przetrwania pierwszego trymestru w Cheltenham College.

Szkoła oferowała trzy profile: klasyczny, wojskowy i nowoczesny. Pierwszy był domeną najsprawniejszych intelektualnie uczniów, którzy mieli w planach studia, a następnie karierę zawodową na wysokim szczeblu. Druga specjalizacja wiodła w progi Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst. Ostatnią wybierali chłopcy, którzy zazwyczaj nie mieli najlepszych wyników w nauce, ale z czasem mogli zrobić postępy, zdać wszystkie egzaminy i dostać się na uniwersytet w Oksfordzie lub Cambridge. Młody Bingham znalazł się w tej właśnie grupie.

Na szkolnym formularzu zgłoszeniowym Johna widnieje londyński adres Binghamów, ale Johna trudno byłoby określić wówczas jako "miejskie dziecko". Pobyt u dziadków pobudził w nim upodobanie do przestrzeni, toteż pierwszy kontakt z Cheltenham nie należał do łatwych. Budynki szkolne stały blisko siebie, ciasno stłoczone wokół boisk. Układ architektoniczny bardziej przypominał współczesny kampus uniwersytecki niż tradycyjne szkoły, jak Harrow czy Eton.

John - jedynak przyzwyczajony do samotnych wędrówek po posiadłości dziadka - z odrazą reagował na widok tej ciasnoty. Brakowało mu przestrzeni i powietrza, dusił się i wzdragał na myśl o tym, że codziennie będzie miał wokół siebie kilkuset chłopców.

Na początku nie notował szczególnie dobrych wyników w nauce, ale dawał sobie radę. W pierwszym trymestrze był czternasty w klasie liczącej dwudziestu jeden uczniów. Największe zdolności wykazywał w angielskim, francuskim, łacinie i rysunkach, zwłaszcza w angielskim - w tym przedmiocie zajmował drugie miejsce w klasie.

Później miał zmienne szczęście. Gdy się przyłożył do jakiegoś przedmiotu, łatwo prześcignął rówieśników. Widać jednak, że nie przepadał za rywalizacją w nauce, najczęściej robił tyle, by utrzymać się wśród średniaków.

Nastoletni chłopcy potrzebują pozytywnych wzorców. W tym względzie John nie mógł liczyć na ojca - osiągnięcia Maurice'a w tym okresie z pewnością nie robiły na synu wrażenia. Rok 1925 nie był szczęśliwy dla Binghamów - młodszy brat Maurice'a, Denis, był zamieszany w głośną sprawę rozwodową. Tabloidy rozpisywały się o jego romansie z żoną kolegi-oficera, oskarżoną przez męża o cudzołóstwo. Cytaty z jego ckliwych listów miłosnych zajmowały szpalty, a pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że niewierna małżonka zajmowała wysoką pozycję w lokalnym klubie myśliwskim. Gazety rozpisywały się z lubością na temat tego szczegółu. John, wówczas szesnastolatek, z wypiekami na twarzy śledził artykuły na ten temat, a do specjalnego zeszytu wklejał wycinki prasowe.

W roku szkolnym 1925/26, w piątej klasie, John prawdopodobnie spotkał pedagoga, który potrafił zmotywować go do pracy. Nagle stał się prawdziwą gwiazdą, zajmując drugie miejsce w klasie liczącej dwadzieścia trzy osoby. W angielskim nie miał sobie równych i przez cały rok utrzymywał się na pierwszej pozycji. Gdy uchodził za przeciętnego ucznia, sadzano go w pierwszej ławce, skąd dokładnie widział tablicę. Kiedy zaczął osiągać lepsze wyniki, przeniesiono go na koniec. Zajmował miejsce obok prymusów, ale z powodu słabego wzroku nie był w stanie śledzić tego, co pisał nauczyciel. Wkrótce zaczął pisać wiersze i opowiadania. Jedno z nich opublikowało czasopismo, którego wydawcą był H.G. Wells. Honorarium w wysokości pięciu gwinei dla siedemnastoletniego wówczas Johna było fortuną. Kwota ta zrobiła wrażenie również na jego ojcu - o wiele większe niż debiut literacki na łamach lewicującego czasopisma.

Koledzy Johna, którzy wybrali profil klasyczny, mieli nadzieję zdobyć stypendium w Oksfordzie lub Cambridge. Ci ze specjalizacją wojskową musieli walczyć o dobre oceny, aby dostać się do Sandhurst. Profil nowoczesny nie motywował uczniów do osiągania lepszych wyników w nauce. Wielu w ogóle nie widziało sensu dalszej edukacji.

W roku szkolnym 1926/27 już było wiadomo, że John nie dostanie się do Sixth Form, co zamykało mu drogę na studia. Pozostało mu więc skończyć naukę na tym poziomie i ruszyć w świat. Nic dziwnego, że w pierwszym trymestrze zajął siedemnaste miejsce na dwudziestu sześciu uczniów, w drugim był trzynasty, a w trzecim - dziesiąty.

Podczas drugiego roku nauki w Cheltenham John wstąpił do Oficerskiego Korpusu Szkoleniowego. Z powodu słabego wzroku był to jedyny rodzaj przeszkolenia wojskowego, jakie mógł zaliczyć, zależało mu więc na osiągnięciu jak najlepszych wyników. Szybko awansował na stopień sierżanta, otrzymał certyfikat klasy A i został wysokiej klasy sygnalistą. Zdobył też coś więcej: uznanie ojca.

Mimo tych drobnych sukcesów John nadal nie wierzył we własne siły i przez cały okres edukacji w Cheltenham uważał, że właściwie nie nadaje się do niczego. Podobnie ocenia siebie tytułowy bohater pierwszej powieści Binghama, My Name is Michael Sibley. Spędza on część letnich wakacji w posiadłości swojej ciotki Nell - damy napastliwej i apodyktycznej, choć równocześnie mu przychylnej. Sibley czuje się nieswojo, gdy ciotka indaguje go o postępy w nauce i sporcie. Zaczyna od rugby. Kiedy dowiaduje się, że chłopiec bierze udział tylko w wewnątrzszkolnych rozgrywkach, stwierdza: "To za mało. Zdecydowanie za mało!". Następnie przechodzi do krykieta. Sibley tłumaczy, że słaby wzrok uniemożliwia mu aktywną grę. Kiedy pyta chłopca, czy dostał się do szóstej klasy przygotowującej do studiów uniwersyteckich, ten "oblewa się szkarłatnym rumieńcem" i zdolny jest jedynie wymamrotać, że również i ten zaszczyt pozostaje poza jego zasięgiem. "Dobry Boże, miej mnie w opiece! - wybucha ciotka Nell. - Michaelu, a w czym ty w ogóle jesteś dobry?" Na te słowa Sibley zamyka się w sobie i odpowiada, że właściwie w niczym.

Ciotka Nell z Michaela Sibleya jest wzorowana na ciotecznej babce Johna, małżonce sir Burtona Percy'ego Binghama (1869-1935), właściciela Ivy Mount House w Anthenry w hrabstwie Galway. John co roku spędzał część lata na zachodzie Irlandii, co umacniało jego związek z tym regionem. Pierwowzór ciotki Nell opisano w wydaniu "Golf Illustrated" z 12 października 1900 roku następująco:

Pani Bingham - siostrzenica, a zarazem synowa świętej pamięci lorda Clanmorrisa - słynie ze zdolności do wszelkich sportów. Choć pierwsze miejsce w jej sercu zajmuje wioślarstwo, żywi zamiłowanie do wszelkich gier i z wielkim zaangażowaniem uczestniczy w życiu społeczności lokalnej.

Po niespełna trzech latach spędzonych w szkole John przeżył coś, co miało zaważyć na jego dalszym życiu. Zastępcą wychowawcy Cheltondale House był 43-letni Lawrence Shuttleworth. Jak wynika z kart powieści Michael Sibley, Shuttleworth miał wkrótce przejść na emeryturę. Nie radził sobie z utrzymaniem dyscypliny i był obiektem bezlitosnych drwin.

Po długiej chorobie 24 czerwca na raka zmarła żona Shuttlewortha. Tego samego dnia wdowiec strzałem ze służbowego rewolweru odebrał sobie życie. Myśl o tym samobójstwie prześladowała Johna. Uczniowie nie mają skrupułów - gnębienie słabych i łagodnych nauczycieli często traktują jak rozrywkę. John nagle dostrzegł drugie oblicze tego człowieka. Kiedy wiadomość o samobójstwie dotarła do chłopców, siedzieli właśnie we wspólnej sali do nauki. Rozmowy i śmiech nie zamilkły, co Bingham i jego przyjaciel, John Parks, przyjęli z zażenowaniem. Rozmawiali później o decyzji nauczyciela i okrucieństwie kolegów, dla których samobójstwo stanowiło kolejny temat do żartów.

John zrozumiał, że życie nauczycieli nie ogranicza się do szkoły - mają takie same pragnienia i potrzeby, jak inni. Shuttleworth miał swój azyl w małżeństwie, w spokojnym życiu rodzinnym, wśród książek. Kiedy zmarła jego żona, nie potrafił niczym się cieszyć i dlatego odebrał sobie życie.

Zakładając, że postać Sibleya to w dużej mierze autobiograficzny portret Binghama, widać, że dzieciństwo pisarza upływało w samotności - nie miał ani rodzeństwa, ani bliskich kolegów w Cheltenham. Temat samotności pojawia się zresztą wielokrotnie w twórczości Binghama. Uważał on, że człowiek powinien być na tyle silny, by pokonywać swoje lęki związane z pewnymi wydarzeniami, najważniejsze - według niego - to umieć sobie radzić. Jednak w sytuacji, gdy samo życie staje się dla kogoś zbyt wielkim ciężarem, Bingham potrafi okazać głębokie współczucie. Mając wciąż w pamięci Shuttlewortha, rozumie towarzyszące mu uczucia i podjętą decyzję.

W latach szkolnych Bingham podejmował pierwsze próby pisarskie. Dwa młodzieńcze, pretensjonalne, ale i starannie skonstruowane utwory przyjęło do druku czasopismo szkolne "The Cheltonian". Autor był wówczas uczniem trzeciej klasy.

Opowiadanie, oparte na motywach historii Agamemnona powracającego z wojny trojańskiej, zawiera już elementy charakterystyczne dla późniejszej prozy autora powieści sensacyjnych. W drugim utworze - ambitnym poemacie romantycznym - wyraźne są silne wpływy irlandzkiego poety Williama Butlera Yeatsa, który cieszył się coraz większą popularnością w Londynie i Irlandii. W latach 1916-1929 Yeats przebywał w posiadłości Thor Ballylee w Gort, niedaleko Galway oraz Athenry, gdzie mieszkała cioteczna babka Johna. Dla młodego Anglo-Irlandczyka Yeats był niedościgłym wzorem. Melodyjny anapest przywołuje obraz ojczyzny Binghama - zachodniej Irlandii, co widać w dwóch pierwszych zwrotkach:

Wyspa Uroków

Gdzieś daleko na wschodzie tam Wyspa Uroków

Tam uderza w brzeg fala, wiruje i ginie,

Tam laguna powolną, leniwą pieszczotą -

Szepcąc słodko - obdarza skaliste jaskinie.

Tam magiczny nad brzegiem jest pałac ogromny

Ściany z pereł wzniesione, z jaspisu sklepienia

Kiedy byłam młodziutką dziewczyną, dni całe

tam spędzałam i snułam bezkresne marzenia.

Bingham zakończył szkołę w Cheltenham w lipcu 1927 roku. Jak twierdzi jego syn, był to "bezbarwny" okres w życiu ojca. W tamtych czasach większość chłopców nie darzyła szkoły szczególnym uczuciem, ale też nie żywiła wobec niej nienawiści. Nauka w public school należała do rytuału przejścia, który należało przetrwać. Po ukończeniu szkoły stopniowo traciło się kontakt z kolegami, ale zawsze można było powołać się na starą znajomość - barwy szkolne zobowiązywały do świadczenia wzajemnych przysług. Czasami odwiedzało się mury szkoły, np. na konkurs krasomówczy. Życie w szkole toczyło się własnym rytmem, pod względem emocjonalnym daleko od domu, w odosobnieniu i bez jakiegokolwiek odniesienia do świata zewnętrznego.

Bingham niewiele mówił o okresie nauki. Dzieciom opowiedział zaledwie o jednym wydarzeniu. Były nim odwiedziny rodziców, którzy przyjechali na konkurs krasomówczy, ubrani w kreacje stosowne na Królewskie Wyścigi Konne w Ascot lub wizytę w Eton. John zamarł na widok Maurice'a we fraku i cylindrze oraz Leili w powiewnej sukni i wspaniałym kapeluszu, chroniącej się przed słońcem pod parasolem.

John nie miał ani koneksji, ani środków, co nie wróżyło dobrze jego karierze zawodowej. Nie postrzegał jednak tej kwestii jako pilnej sprawy do załatwienia, miał już jednak zarys pewnego pomysłu. Był miłośnikiem twórczości Edgara Wallace'a, najpopularniejszego w latach 20. XX wieku autora kryminałów. Pochłaniał je w ogromnej liczbie i to z nich właśnie dowiedział się o istnieniu Służby Kolonialnej. Uznał, że nazwa brzmi zachęcająco i nieco tajemniczo. Latem 1927 roku zgłosił do niej swój akces i wkrótce zaproszono go na rozmowę. Kolejny raz opisuje wydarzenie ze swojego życia na kartach Michaela Sibleya, przedstawiając siebie w niekorzystnym świetle. W powieści kandydata zapamiętano jako przeciętnego z wyglądu i spiętego. Poza tym nie posiadał żadnych kwalifikacji. Wreszcie najgorsze przekleństwo - nosił okulary.

W taki sposób Bingham opisał głównego bohatera. Podkreśla, że Sibley nie wyróżnia się niczym specjalnym i ma słaby charakter. Pozory jednak mylą. Bingham pisał o tym w późniejszym okresie życia w ten sposób:

Chciałem zostać urzędnikiem kolonialnym głównie dlatego, że sporo czytałem o Służbie Kolonialnej w powieściach Edgara Wallace'a. Niestety w Ministerstwie Kolonii brano pod uwagę wyłącznie kandydatów w wieku co najmniej 21 lat. Ja miałem 18 czy 19. Na tych kilka lat dobrze byłoby więc znaleźć jakąś pracę. Jak to jednak zrobić bez kwalifikacji i praktycznych umiejętności? Nie tylko nie miałem pracy, ale także nie miałem szansy na jej znalezienie.

Urzędnik przeprowadzający rozmowę poradził Binghamowi, by ponownie starał się o pracę po ukończeniu wymaganego wieku, co miało nastąpić w listopadzie 1929 roku, a dwa najbliższe lata poświęcił na naukę języków obcych. Nie było to jednak łatwe. Maurice i Leila i tak ledwie wiązali koniec z końcem i z pewnością nie było ich stać, by sfinansować synowi dwuletni pobyt za granicą.

Bingham spisał swoje refleksje na ten temat w 1985 czy 1986 roku "W tamtych czasach często się zdarzało, że majętny wuj czy bogata ciotka sfinansowali ulubionemu siostrzeńcowi wyjazd za granicę". Ciotki Binghama, ekscentryczne siostry Cloete, zdecydowanie nie były w stanie wydać takiej sumy. Ciotka Effie nieustannie wikłała się w spory prawne i wciąż próbowała uzyskać od majętnego krewnego wsparcie, które pomogłoby jej wygrać jedną z toczących się właśnie spraw. Mawiała, że korzystny wyrok przyniesie całej rodzinie ogromną fortunę.

Kolejny raz wsparcie nadeszło ze strony rodzeństwa Maurice'a. Wcześniej pomagali sfinansować odpowiednią szkołę dla Johna, teraz zdecydowali się poprzeć projekt jego dłuższego pobytu we Francji i w Niemczech. Niestety ich środki finansowe również zaczęły się kurczyć, była to więc ostatnia sposobność, by Maurice i Leila skorzystali z hojności najbliższej rodziny.

Pomysł na pierwszą część wyjazdu pojawił się w formie ogłoszenia prasowego w "Timesie". Właściciele Château de la Matholi?re zapraszali w nim niewielką grupę młodzieży z odpowiedniej sfery, oferując naukę języka francuskiego oraz francuskich zwyczajów. Nastąpiła szybka wymiana listów, z której wynikało, że są jeszcze wolne miejsca i mody człowiek może przybyć do Château we wrześniu. Planowaniem dalszego etapu podróży można się było zająć później, ponieważ z Francji Bingham miał wyjechać dopiero w lipcu następnego roku.

We wrześniu 1927 roku Bingham wiedział, że za dwa lata dostanie pracę, teraz zaś czeka go pouczająca, a zarazem przyjemna podróż. Nie wiedział jeszcze wtedy, że ukształtuje ona też jego poglądy polityczne, a dwanaście lat później pośrednio przyczyni się do wyboru ścieżki zawodowej.