ROZDZIAŁ 2
OBUDZIŁAM SIĘ O SIÓDMEJ, z przyzwyczajenia, wciąż ubrana w sukienkę z imprezy. Po chwili zapadłam w sen. Kiedy obudziłam się ponownie, było późno - dziewiąta. Pobiegłam do łazienki, ochlapałam twarz i wciągnęłam na siebie spódnicę i pończochy, zanim dotarło do mnie, że jest sobota i mogę się odprężyć. Zauważyłam na nodze ślad markera i próbowałam go zetrzeć, ale udało mi się tylko rozmazać tusz na łydce. Spojrzałam na gigantyczny telewizor, który teraz pochłaniał mój salon. Na automatycznej sekretarce mrugało światełko na znak, że czeka na mnie wiadomość.
- Hej. Tak się właśnie zastanawiałem, czy nie masz dziś ochoty na wspólną kolację. Tak przy okazji, z tej strony ten obcy, który dał ci telewizor.
Matthew zaproponował restaurację, w której nigdy nie byłam, bo za mało zarabiałam, żeby tam jadać. Wydawało mi się, że chodzili tam celebryci. Albo prezesi. Wiedziałam o jej istnieniu, bo wszyscy o niej wiedzieli.
Zadzwoniłam pod numer, który zostawił. Natychmiast odebrał. Powtórzyłam nazwę restauracji, którą zaproponował.
- Poważnie? - zapytałam. - Ty płacisz?
W normalnych okolicznościach za nic nie pozwoliłabym sobie na taką bezpośredniość. Cierpiałabym w milczeniu przez cały posiłek - jednocześnie ciesząc się nim i nie ciesząc - i czekała, co się stanie, gdy przyniosą nam rachunek.
Ale to nie były normalne okoliczności. Postępowałam tak, jakby to wszystko mi się śniło. Byłam przekonana, że nie jestem w jego typie. Na pewno zazwyczaj umawiał się z oszałamiająco pięknymi kobietami.
- Oczywiście - odparł.
Wyjaśnił, że jego ojciec odwołał spotkanie, a on został z rezerwacją zrobioną kilka miesięcy temu, która w przeciwnym razie by się zmarnowała. Zasłoniłam dłonią słuchawkę.
- Do diabła - powiedziałam na głos. "Do diabła" w sensie "Co tu się dzieje?" i "Do diabła" w sensie "Czemu nie?".
- Nie skończyłaś opowiadać mi o milenijnej architekturze - dodał.
Na poduszce kanapy widniała czarna plama w kształcie chmury - po moim tuszu do rzęs. Oficjalnie kanapa należała do mojej współlokatorki. Odwróciłam poduszkę na drugą stronę.
- Ta wiedza z pewnością jest warta bardzo drogiego posiłku.
- Przyjadę po ciebie o siódmej.
Była dziesiąta. Nie waż się spędzić kolejnych dziewięciu godzin na myśleniu o tym, ostrzegłam samą siebie. Złożyłam sobie szereg obietnic: na przygotowanie się przeznaczę najwyżej godzinę. Nie wpadnę w obsesję, nie będę za dużo myśleć ani przymierzać licznych sukienek. Nie będę nakładać, usuwać i ponownie nakładać makijażu. Nacieszę się darmowym posiłkiem w świetnym lokalu, niczego nie będę oczekiwać ani nie będę robić sobie nadziei na więcej.
Włączyłam telewizor. Politycy mówili sobie nawzajem niemiłe rzeczy, czyli wszystko jak zwykle. Na innym kanale naukowiec z Princeton opisywał swój udany eksperyment: jego zespołowi udało się stworzyć inteligentniejsze myszy - zmanipulowali jeden gen, by zatrzymać jego ekspresję. Naukowiec był Chińczykiem, co przyjęłam z dumą. Byłby to temat do rozmów, coś, o czym mogłabym podyskutować z matką.
O szóstej włożyłam ulubioną czarną sukienkę i kolczyki, o których już wiedziałam, że dobrze do niej pasują. Umalowałam się, spryskałam starymi perfumami i przejrzałam się w lustrze. Przeciągnęłam po nim zwilżonym ręcznikiem papierowym, by usunąć plamki po paście do zębów.
- Całkiem nieźle - powiedziałam do odbicia. - Całkiem nieźle.
Dokładnie o siódmej przy krawężniku zatrzymał się czarny samochód. Pospiesznie wyszłam z domu.
Obok samochodu stał starszy mężczyzna, który powiedział "Lily" i otworzył mi drzwi. Wsiadłam do auta. Matthew tam nie było, co mnie najpierw wprawiło w konsternację, a potem sprawiło, że odetchnęłam z ulgą.
- Jestem Lily - odezwałam się, próbując wypełnić ciszę, ale przypomniałam sobie, że szofer zwrócił się wcześniej do mnie po imieniu.
- A ja Mitchell - odparł.
Na fotelu kierowcy wyglądał, jakby mógł być ojcem Matthew. W lusterku wstecznym dostrzegłam jasnoniebieskie oczy. A może po prostu kiepsko radziłam sobie z rozróżnianiem białych ludzi. W filmach aktorzy zawsze przekonująco wcielali się w role rodziców i dzieci.
Po przyjeździe do restauracji natychmiast otworzyłam drzwi auta. Mitchell jednak działał błyskawicznie: chwycił mnie za dłoń i pomógł wysiąść. Na osłoniętych cienkimi rajstopami nogach poczułam chłodny podmuch wiatru. Szczelniej otuliłam się płaszczem. Do tego momentu byłam błogo rozluźniona, a zimno wyrwało mnie z tego stanu. Nagle zaczęłam się denerwować.
- Miłej kolacji - powiedział Mitchell. - Do zobaczenia niebawem.
W restauracji podałam imię Matthew - nie znałam jego nazwiska, ale hostessa wiedziała, o kogo mi chodzi - i poprowadziła mnie przez rozległą salę do stolika, przy którym już siedział, popijając wodę. Na mój widok wstał i uśmiechnął się z rozbawieniem, jakbyśmy mieli już jakiś wspólny sekret.
- Dotarłaś - powiedział, zdejmując mi płaszcz i podając go hostessie.
- Jak mogłam zrezygnować z darmowej kolacji?
- Nie do pomyślenia.
Kelnerka przyniosła nam menu - długą kartę win, nieznane mi terminy zapisane mikroskopijną czcionką.
- Jak myślisz? - zapytał Matthew.
- Nie zmuszaj mnie do wyboru.
- Mam wybrać na podstawie tego, co o tobie wiem?
- A co ty wiesz o mnie?
- Wiem, że lubisz telewizję i kolacje.
- I to w zasadzie wystarczy.
Gdy analizował listę, ja rozglądałam się po sali. Kilku mężczyzn w garniturach wznosiło kieliszki. Elegancko ubrana rodzina z dwójką małych dzieci siedziała sztywno w niepokojącej ciszy.
Po naszej lewej stronie mężczyzna po sześćdziesiątce trzymał za ręce siedzącą naprzeciwko znacznie młodszą Azjatkę. Słyszałam, że kobieta posługuje się łamaną angielszczyzną, i poczułam zażenowanie w ich imieniu. Zastanawiałam się, czy ktoś może mnie wziąć za dziewczynę do towarzystwa. Czy ludzie w pobliżu nachylali się, by usłyszeć mój obcy akcent? Prawdopodobnie ich to nie obchodziło - wszyscy mieli własny prywatny wszechświat zmartwień; nie byli tak wścibscy jak ja, ale trudno mi było pozbyć się tego wrażenia. Ponownie zerknęłam na tamten stolik. Azjatka, jakby słyszała moje myśli, rzuciła mi wyzywające spojrzenie.
- Wujek zawsze tak robi? - zapytał Matthew.
- Co takiego?
- Przedstawia cię, określając, jakiego rodzaju Azjatką jesteś.
- Pomyślmy.... To był trzeci raz? - odparłam. - Nie szkodzi. Zresztą zdążyłam się już przyzwyczaić.
- Coś mu powiem. To nie w porządku.
- Nie przejmuj się tym. Nie chcę go wprawić w zażenowanie.
- Ale to jest żenujące.
- Nie umiem nawet mówić po chińsku - dodałam.
Nie wiem, dlaczego powiedziałam to tak, jakbym czuła się z tego dumna. Nie byłam dumna, ale chciałam udowodnić, że jestem amerykańska do bólu.
- Nie?
- Rodzice nigdy mnie nie nauczyli. Hej - powiedziałam gotowa zmienić temat - ty wiesz, że lubię telewizję i kolacje. Tymczasem ja nic nie wiem o tobie. Czym się zajmujesz?
Sommelier przybył z dwoma kryształowymi kieliszkami na cienkich nóżkach i butelką z zielonego szkła. Ostrożnie nalał wino, a my patrzyliśmy i w milczeniu oddawaliśmy hołd jego troskliwości, gdy serwetką przewieszoną przez rękę wytarł skropliny z butelki. Wino w moim kieliszku miało bladożółtą barwę z odcieniem zieleni. Smakowało jak trawa, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
- Zajmuję się finansami - wyjaśnił.
- Czyli co, jesteś bankierem?
- Zajmuję się prywatnym kapitałem. Nic ciekawego, przysięgam.
Jedzenie podawano w postaci niewielkich porcji. Surowe małże, po jednej dla każdego, lśniące od sosu, szalotki zawieszone niczym klejnoty. Czerwone i różowe liście w architektonicznym układzie. Talerz z kawałkami miniaturowego kurczaka - squab, jak głosiło menu, gołąb, jak przetłumaczył Matthew.
- Co zamierzasz robić po studiach?
Byłam pewna, że piję wino, ale płynu w moim kieliszku jakby nie ubywało, za sprawą magii czy jakiegoś cudu. Raz przyłapałam ją na gorącym uczynku: nasza kelnerka pospiesznie się oddalała, kołysząc włosami związanymi w koński ogon.
- Może ty pomożesz mi w decyzji.
- Kim chciałaś być, kiedy byłaś mała?
- Architektką. - Roześmiałam się trochę smutno.
Nigdy nie zamierzałam zajmować się nauką jak moi rodzice, których interesowało życie na poziomie molekularnym w rzeczach jeszcze mniejszych niż cząsteczki. Architektura wydawała mi się niezwykle pociągająca, wyimaginowane struktury, które stawały się rzeczywistością. Ale szybko stało się jasne, że brakowało mi motywacji. Nie żyłam i nie oddychałam architekturą tak jak reszta znajomych z roku. Zmieniłam więc kierunek studiów na historię sztuki. Koniec końców, nie byłam kimś, kto marzy o kształtowaniu krajobrazu. Chciałam go tylko obserwować.
- Mam nadzieję, że zwolni się stanowisko w redakcji.
- Mogę pogadać z Jerrym, jeśli chcesz.
- Nie - odpowiedziałam szybko. - Dziękuję. To miło z twojej strony.
Miał dwadzieścia siedem lat, pięć więcej niż ja. Studiował na Columbii. Grał w squasha, chodził na mecze Knicksów i do kina, lubił kryminały i biografie. Potrafił robić manicure.
- Nie wierzę.
- Co nie znaczy, że to nieprawda.
Przysięgałam sobie, że zapamiętam każde danie, ale zapominałam, co jedliśmy w chwili, gdy zabierano talerze.
- Więc dorastałaś na Florydzie.
- Głównie tam. Tak naprawdę urodziłam się w Nowym Jorku. Właściwie na Long Island.
- Gdzie dokładnie? Ja też.
- W hrabstwie Nassau.
- Ja też. Mieszkaliśmy w Middleport. Przy nabrzeżu.
- Niemożliwe! - wykrzyknęłam. - Urodziłam się tam i wyjechaliśmy, gdy miałam cztery lata. Niewiele z tego pamiętam.
- Mieszkałem tam do dziewiątego roku życia. - Matthew zamilkł na chwilę. - To znaczy, że byliśmy tam w tym samym czasie.
- Zauważyłeś mnie? Czy pomyślałeś sobie: "Rety, co za atrakcyjny bobas"?
- Skoro już o tym wspominasz, to pamiętam cię! Atrakcyjny bobas.
Moje jedyne wspomnienia to przebłyski: plac zabaw nad wodą. Dereń, który kwitł w maju, obfitość kwiatów - pierwsza roślina, której nazwy się nauczyłam i która zawsze mnie zastanawiała.
- Pamiętasz faceta, który ciągle karmił kaczki? - zapytał Matthew. - Dawał dzieciakom takie niebieskie kamyki.
Podekscytowana dotknęłam jego przedramienia. Miałam jeden z tych niebieskich kamyków, ale nigdy nie wiedziałam dlaczego. Kamienie były Ziemią, wyjaśnił Matthew. Miały nam przypominać o własnej małości.
Nie wyobrażałam sobie, by dziecko mogło pojąć, że jesteśmy tak nieistotni, że nie mamy znaczenia. Nawet teraz rozumiałam to jedynie na poziomie abstrakcyjnym, a nie rzeczywistym.
- Czy to przygnębiające? - zapytałam. - Czy raczej przynosi wyzwolenie?
- To chyba zależy od szklanki. - Podniósł moją szklankę z wodą. - Do połowy pełna.
- Oboje lubimy telewizję i kolacje. I urodziliśmy się na Long Island. Niewiele nas łączy, szczerze mówiąc.
- I podróże - dodał Matthew. - Lubimy podróżować.
- Tak, jako stażystka bez grosza przy duszy mam okazję dużo podróżować.
- Studiowałaś za granicą?
- We Francji, w zeszłym roku. W Paryżu.
- Ja też tam byłem. Mogliśmy wpaść na siebie w jakiejś kafejce.
- Tyle że urodziłeś się pięć lat za wcześnie.
- Albo ty za późno.
- Kocham Paryż - powiedziałam z przesadną emfazą i w chwili, gdy te słowa wydobyły się z moich ust, poczułam, jak moje policzki czerwienieją. Często zastanawiałam się, ile z tego, co mówię, jest naprawdę oryginalne, a ile słyszałam już wcześniej i tylko powtarzam.
- Niekonwencjonalny pogląd. Kolejna rzecz, która nas łączy.
Drażnił się ze mną lekko i pozwalał mi droczyć się z nim w odpowiedzi. Żarłocznie opróżniałam każdy talerz.
- Bardzo mnie cieszy, że daje ci to tyle przyjemności.
- Ten jeden raz wybaczę ci komentarz o tym, ile je kobieta.
- Nie o to mi chodziło. Po prostu wyglądasz, jakby ci bardzo smakowało.
Wcześniej postanowiłam traktować ten wieczór z dystansem. Chciałam podchodzić do relacji równie swobodnie, co reszta moich dwudziestodwuletnich znajomych, ale do tej pory bez powodzenia. Zaskoczyło mnie, jak łatwo mi się z nim rozmawiało.
- Tak - powiedziałam. Naprawdę mi smakowało. - Nie zjesz tego?
Wziął niewielki kęs swojej porcji dziczyzny. Masło, nieprzezroczyste na wierzchu, spływało po bokach przejrzystymi kroplami. Przesunął talerz w moją stronę.
- Przykro mi, że tata cię wystawił.
Na wzmiankę o ojcu wzdrygnął się lekko, tak nieznacznie, że mogłabym tego nie dostrzec, gdybym nie obserwowała uważnie jego twarzy.
- Uwierz mi, jesteś o wiele lepszym towarzystwem.
- Na szczęście dla mnie.
- To ja mam szczęście.
- Nie zamierzam dyskutować z tobą o szczęściu. To ty wygrałeś telewizor.
Byliśmy w połowie drugiej butelki wina, caberneta z Napy, którym popijałam dziczyznę. Wytrawny smak doskonale komponował się z maślanym sosem i mięsem, wzmagał apetyt. W tym momencie przestałam zwracać uwagę na otoczenie. Zostaliśmy tylko we dwoje, nasza rozmowa przybierała szaleńczy ton.
- Nie umiem się targować - mówił Matthew. Miał na myśli cały świat. W swojej pracy często prowadził negocjacje, ale słabo mu szło w starciu z ulicznymi sprzedawcami. Gdy to opowiadał, nie mogłam sobie przypomnieć, dlaczego zaczęliśmy rozmawiać właśnie na ten temat.
Świeca między nami się dopalała - został z niej tylko płomień w kałuży płynnego wosku.
- Tyle władzy wykorzystuje się bez żadnego celu - stwierdziłam z przejęciem, sama nie wiedząc dlaczego. - Szkoła to ściema. Czysta biurokracja. Nie mogę się doczekać, aż będzie po wszystkim.
- Nie chodzi tylko o szkołę. - Matthew potrząsnął głową. - Chodzi o wszystko. Powiedzmy, że twój lot jest opóźniony, a obsługa linii mówi, że nie może ci zapewnić biletu na samolot, który wkrótce odlatuje, ale może zarezerwować ci inny. A im bardziej się z tym pracownikiem kłócisz, tym mniej będzie skłonny dać ci to, czego tak bardzo potrzebujesz - bilet lotniczy z Nowego Jorku do Paryża, miejsce obok twojego chłopaka czy czego tam chcesz.
Spojrzał na zegarek zapięty na przegubie. Był złoty i delikatnie tykał. Otrzeźwiła mnie myśl o tym, ile mógł kosztować. Równowartość mojego rocznego czynszu, pewnie nawet więcej. A ja zeszłego wieczoru dałam mu okruchy ciastka.
- Hej - odezwał się. - Co robisz jutro?
Planowałam brunch z przyjaciółką i miałam umówioną wizytę u fryzjera, ale odparłam:
- Nic.
- Może wybierzemy się do Paryża? - zaproponował, a przynajmniej tak mi się wydawało.
- Co?
- Wybierzmy się do Paryża - powtórzył. - Chodźmy zaraz - dodał, po czym nawiązał kontakt wzrokowy z kelnerką i skinięciem głowy poprosił o rachunek.
W samolocie paplaliśmy gorączkowo, szybko i obszernie omawialiśmy kolejne kwestie, jakby wszystko, co chcieliśmy sobie przekazać, musiało zostać powiedziane tu i teraz. Wciąż pijani winem z kolacji upiliśmy się jeszcze bardziej szampanem podanym przez stewardesę. W trakcie lotu otwierała butelki z wprawą, jakby francuskie dzieci uczyły się tego w podstawówce. Wyobraziłam sobie, jak korek wybija dziurę w kadłubie samolotu, a my spadamy z nieba. Co za śmierć, pomyślałam, w drodze do Paryża z nieznajomym. Czy powiedziałam rodzicom, że ich kocham? Ostatnio niestety chyba nie.
Dorastał w Nowym Jorku, potem w Connecticut, jako przedostatni z sześciorga dzieci, w tym czterech sióstr. Ja byłam jedynaczką. Jako dzieci oboje marzyliśmy o szczęśliwym kompromisie.
Czy zrobił to już wcześniej? Zastanawiałam się na głos. Zabrał nieznajomą na kolację, a potem do Paryża?
- Nigdy - przysiągł, unosząc uroczyście dłoń.
- A może do innego miasta?
- Pierwszy raz zabieram nieznajomą dokądkolwiek.
Podczas schodzenia do lądowania wystąpiły tak silne turbulencje, że zamilkł, odchylił się do tyłu i gwałtownie wciągnął powietrze. Zamknął oczy i sprawiał wrażenie przestraszonego. Podniosłam dzielący nas podłokietnik i chwyciłam jego dłoń. Dotychczas się nie dotykaliśmy, a ten kontakt przyprawił mnie o dreszcz.
Wszystko wskazywało na to, że sprawy zmierzają w romantycznym kierunku - w końcu lecieliśmy do Paryża - ale tak naprawdę nic fizycznego się nie wydarzyło i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie odbieram tej całej sytuacji na opak. Wyobraziłam sobie, jak w niedalekiej przyszłości opowiadam przyjaciółce o tym weekendzie ze śmiechem. "Poszliśmy na wykwintną kolację. Potem zabrał mnie do Paryża, platonicznie".
Matthew ścisnął mnie lekko za rękę w podziękowaniu, ale oczy miał nadal zamknięte. Nie wypuszczałam jego dłoni i powtarzałam uspokajającym tonem: turbulencje oznaczają, że prawdopodobnie nie zginiemy. Ktoś mi to kiedyś powiedział i uznałam, że to święta prawda.
Doświadczaliśmy jedynie zakłóceń. Starałam się mówić spokojnie pomimo własnego strachu. Z zamkniętymi oczami kiwnął głową na znak, że słucha.
- Mam przestać?
Przyszło mi do głowy, że słuchanie o turbulencjach w sytuacji, gdy samemu się ich doświadcza, może przyczyniać się do dyskomfortu.
Potrząsnął głową.
- Nie przestawaj - poprosił cicho.
Ten dorosły mężczyzna obok mnie był naprawdę przerażony. Najpewniej lecimy przez chmury - ciągnęłam dalej. W chmurach występują różnice w ciśnieniu atmosferycznym; chmury nie są jednolicie gęste. Chmury to zawieszone w powietrzu krople cieczy, a gdy stają się dość ciężkie, zaczyna padać deszcz. Czyż to nie zadziwiające?
Ze statystycznego punktu widzenia zejście i lądowanie to najbardziej niebezpieczne etapy lotu. O tym nie wspomniałam. Wylądowaliśmy twardo. Matthew miał zamknięte oczy. Wciąż istniała możliwość, że samolot stanie w płomieniach. Właśnie tym martwiłam się po wylądowaniu. Wprawdzie uniknęliśmy jednego strasznego scenariusza, ale mógł nas czekać kolejny.
W kabinie zapaliły się światła, a z interkomu rozległ się głos stewardesy, która powitała nas we Francji. Ścisnęłam nasze formularze celne i dokumenty. Na zdjęciu paszportowym Matthew prezentował się młodo i poważnie - był pełnoletni i chciał to udowodnić. Wyglądał inaczej niż podczas kolacji, ale tak samo jak teraz - jak chłopiec.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. Chwycił mnie mocniej za rękę i splótł nasze palce. Zanim zdążyłam się zorientować, co się dzieje, drugą rękę położył mi na karku, przyciągnął moją twarz do swojej i mnie pocałował.
Matthew odezwał się nieśmiało do taksówkarza, zawstydzony swoją francuszczyzną, która w moich uszach brzmiała płynnie. Straciliśmy poranek, tutaj było już popołudnie. Przez okna wpadało zimowe słońce, a stare kamienne budynki wyglądały na śliskie, niemal mokre od światła.
Poszłam za nim do hotelowego lobby, a następnie do naszego pokoju - przestronniejszego, niż się spodziewałam, ze świeżymi kwiatami na szafkach nocnych i królewskim łożem z baldachimem. Z balkonu widziałam Notre Dame i Sekwanę, ptaki szybujące majestatycznie niczym latawce.
Umieścił moją torebkę na obitym tkaniną fotelu i położył się na narzucie, nie przejmując się zdejmowaniem butów. Ułożyłam się obok niego. Zwróciliśmy się twarzami do siebie. Delikatnie dotknęłam jego szczęki, byłam pełna niedowierzania. Czy to się działo naprawdę? Chwila trwała w nieskończoność. Wczoraj, gdy wychodziłam na kolację, byłam jedną osobą, a teraz stałam się kimś zupełnie innym.
Pocałowaliśmy się jeszcze raz, cnotliwie, jak mąż i żona, i zasnęliśmy. Obudziły nas dzwony kościelne. W pokoju panował półmrok, słońce już zaszło. Matthew przyciągnął mnie bliżej. Byłam pewna, że mam rozmazany makijaż i brzydko pachnie mi z ust. Miałam ochotę na seks, ale jednocześnie niepokoiłam się tym, jak wyglądam i jak smakuję, nie mogłam powstrzymać kłębiących się w głowie myśli. Wszystkie moje pierwsze razy były nieudane.
Nie zapytał, na co mam ochotę, a ja odetchnęłam z ulgą. Chciałabym być kobietą, która potrafi śmiało określić, czego chce, jakby wybierała pozycje z menu. Ale taka nie byłam.
Jego włosy wydzielały syntetyczną woń róż, dokładnie taką, jak szampon Herbal Essences, którego sama używałam. Urzekło mnie to, że nie odczuwał potrzeby używania męskiego szamponu o rzekomo męskim zapachu.
Na kciuku miał zrogowaciały naskórek. Lekko przesunął nim po moim udzie. Trzymałam dłonie na jego rękach, kurczowo ściskając go za kostki, gdy przytrzymywał mi biodra. Ustami pieścił mnie, aż doszłam, zbyt głośno. Pocałował mnie w szyję i rozpakował prezerwatywę. Położył się na mnie i z kciukiem na moim obojczyku wyszeptał mi wprost do ucha:
- Tak dobrze?
Kiwnięcie głową wydało się wielkim wysiłkiem, podobnie jak odpowiedź twierdząca.
Potem leżeliśmy w milczeniu. Moje włosy, mokre od potu, przylgnęły mi do czoła i do jego klatki piersiowej.
- Dobrze - powiedziałam w ciszy i oboje się roześmialiśmy.
Wyszliśmy z hotelu. Noc była rześka, miasto rozświetlone i magiczne. Kasztany prażyły się na straganach, roztaczając słodki korzenny zapach. Matthew przypomniał sobie bistro na Montmartre, które lubił, i poprowadził nas tam z pamięci.
Po francusku mówił lepiej ode mnie, ale po kilku słowach kelner przeszedł na angielski. Zjedliśmy wspólnie porcję jagnięciny z soczewicą i sałatkę, która składała się w całości z liści - częściowo postrzępionych i zielonych, a częściowo falistych i fioletowych - przyozdobionych pękającymi w ustach ziarenkami gorczycy. Do soczewicy podano jajko na miękko, a przebite żółtko smakowało lepiej niż jakikolwiek sos. Nigdy nie jadłam takiego posiłku - prostego, a jednocześnie doskonałego, w przeciwieństwie do poprzedniej kolacji, wyszukanej i bardzo złożonej. Wczorajsze wielodaniowe menu zrodziło się z wysiłku i czasu, podczas gdy to powstało z czegoś innego: z dbałości, z czegoś, co przypominało miłość. Gdy jadłam, Matthew przyglądał mi się z nadzieją, że będę zadowolona.
Nie jesteśmy już sobie obcy, pomyślałam i wyraziłam tę myśl na głos.
- Zgadzasz się - powiedział - że nie jestem dla ciebie nikim?
- Nie jesteś dla mnie nikim - odparłam, wyczuwając, że właśnie coś się zaczyna. Że po tym, z tego powodu, moje życie nie będzie już takie samo.