ROZDZIAŁ 1
LANI
Promień wciąga mnie powoli do luku maszyny.
Nic nie rozumiem. Co się dzieje? Co ja tutaj robię? W moich wspomnieniach panuje chaos. Góra, Jen. Pola i jakaś młoda blondynka, tarta z jabłkami... Właz się zamyka. Przez chwilę tkwię zawieszona w ciemnościach. Czuję się, jakby ktoś pozbawił mnie wszystkich zmysłów poza słuchem. Poza pomrukiem silnika poduszkowca słyszę tylko swój własny oddech. A potem ładownię powoli rozświetla czerwone i rozproszone światło. Najpierw dostrzegam zajmujące część miejsca kontenery z dostawą. Następnie pionowe kapsuły snu umieszczone jedna obok drugiej na ścianach. Wszystkie są puste. Jakaś sylwetka w grubym czerwonym śpiworze unosi się obok mnie. Rozpoznaję tę twarz. To Tom. Co on tutaj robi? Przecież powinien być w innej osadzie!
- Tom? Hej, co z tobą? Tom!
Ale on nie odpowiada. Próbuję wysłać mu wiadomość mentalną. Zero reakcji. Czy wszystko z nim w porządku? Może jest ranny? Próbuję podłączyć się do poduszkowca. Normalnie, kiedy maszyny tego typu zabierają kogoś na pokład, to sztuczna inteligencja, która nimi kieruje, zawsze nawiązuje kontakt z pasażerami, żeby przez całą drogę przekazywać regularnie informacje o warunkach lotu - aż do punktu docelowego. Tym razem jednak nic takiego się nie dzieje. Czyżby zmieniono protokół? Możliwe, bo przecież ostatnim razem, kiedy przebywałam na pokładzie jednej z takich maszyn, miałam trzy lata i leciałam na zabieg wszczepienia transpondera. Próbuję skontaktować się z serwerem mojej osady. Nic. Mama, Jen - nic. Zaczyna mnie ogarniać panika, więc staram się połączyć z centrum ratunkowym w Honfu. A potem ze wszystkimi serwerami, jakie tylko potrafię sobie przypomnieć. Nic z tego, naprawdę jestem odcięta od świata.
- Pomocy! Pomocy! - krzyczę, a dźwięk roznosi się echem po ładowni.
Moją uwagę przyciąga jakiś mechaniczny odgłos. To sześcioro wielkich metalowych szczypiec sunie, rozwierając się, w moją stronę z głębi pustej kapsuły. Nadal wiszę w powietrzu, więc nie mogę im się w żaden sposób wymknąć. Próbuję odepchnąć jedne z nich, ale one atakują z prędkością żmii i zaciskają mi się na nadgarstku. W ułamku sekundy szczypce chwytają moje nogi, klatkę piersiową, szyję i ramiona, po czym nieubłaganie ciągną mnie w stronę małej niszy. Kiedy kapsuła, do której trafiłam, się zamyka, do mojej głowy niczym pijawki przywierają setki świetlistych niteczek.
Teraz jest już całkiem cicho. Słyszę tylko swój oddech, który osadza się kręgami pary na szybie znajdującej się trzy centymetry od mojej twarzy. Czuję, że ciało mi sztywnieje. Tom również został umieszczony w kapsule naprzeciwko mnie. Zanim zdążę do niego krzyknąć, moja świadomość zostaje wessana gdzie indziej.
Kroczę po długim korytarzu wzdłuż czarnych ścian. Nie ma tu żadnego źródła światła, a jednak widzę wszystko, tak jakby był dzień. Odgłosy moich kroków odbijają się od ścian. To na pewno sen. Próbuję podłączyć się do serwera, żeby dowiedzieć się, który to. Zero. Absolutnie nic. Zero połączenia. To dziwne. Idę dalej. Jak tu się znalazłam? Próbuję sobie przypomnieć ostatnie godziny. Śnieg. Na pewno był tam śnieg. A przedtem jakieś gospodarstwo. Przypominam sobie twarz kobiety, która tam mieszkała. Potem kontury zaczynają się zamazywać. Staję w miejscu jak wryta. To nie jest normalne. Zawsze miałam świetną pamięć. Dlaczego nagle nie jestem w stanie przypomnieć sobie, skąd się tutaj wzięłam? Odwracam się. Korytarz za mną zniknął. Kompletnie nic już tam nie ma. Tylko ciemność, która wydaje się wszystko zasysać. Obracam się na pięcie. Przede mną wszystko - podłoga, ściany - jest na swoim miejscu. Robię dwa kroki i rzucam okiem za siebie. Ciemność pochłonęła już kolejny metr, który przeszłam. Przez chwilę stoję nieruchomo, niepewna, co powinnam zrobić: bo co, jeśli będę iść dalej, a tam na końcu nie będzie niczego poza bezbrzeżną ciemnością? A z drugiej strony - nie mogę przecież tak stać bez końca na brzegu otchłani. Instynkt podpowiada mi, że trzeba iść dalej. Ruszam.
Przebłysk. Świetlisty ślad po pocisku, który leci przez noc. Wspomnienie jest tak przelotne, że aż podskakuję. Kiedy to było? Czy zdarzyło się naprawdę? Jednak kiedy chcę wrócić do tego wspomnienia, obraz momentalnie się zamazuje. Nie potrafię już przypomnieć sobie, co mnie tak poruszyło. Wzruszam ramionami i idę dalej przed siebie. To samo zjawisko powtarza się jeszcze po drodze wielokrotnie. Za każdym razem obraz niknie równie szybko, jak się pojawia. Ściany wokół mnie zdają się rozjaśniać. Nie wiem już nawet, jak długo tak idę, kiedy uświadamiam sobie, że są teraz całkiem białe.
A potem nie ma już w ogóle ścian. Tylko nieskazitelnie biała przestrzeń Konstrukcji.
Zostaję wrzucona w swoje ciało.
Mam wrażenie, jakbym była otulona ze wszystkich stron watą. Wszystko wokół mnie jest miękkie i aksamitne. Łącznie ze mną samą. Moje mięśnie w ogóle nie reagują. Powieki nie chcą się zamknąć, a ręce i nogi poruszyć. A jednak czuję materiał swojego kombinezonu na skórze oraz puszysty materac pod palcami. Muszę być chora i zapewne mnie unieruchomiono. Moje nozdrza wychwytują wówczas charakterystyczny zapach szpitala Systemu: nieokreśloną mieszankę lekarstw i serum leczniczego. To dobrze, jestem w dobrych rękach. Na pewno uda im się ustalić, co mi dolega.
- Widziałeś wyniki, Duncanie? - pyta kobiecy głos nieco dalej.
- Mhmmm.
- Chyba nie zamierzamy na poważnie zintegrować jej z powrotem w takim stanie?
- Owszem, zamierzamy - odpowiada niski głos trochę nieobecnym tonem.
- Duncanie, jej konstrukcja mózgowa jest zbyt niestabilna, przecież widziałeś ślady po uszkodzeniach! A ta skłonność do przemocy? U niego to jeszcze przejdzie, ale u niej...
- Ta dziewczyna jest jednym z najbardziej obiecujących przedstawicieli swojego pokolenia - wtrąca się mężczyzna. - Nie możemy przepuścić takiej okazji.
- A jeśli zareaguje przesadnie, Duncanie? Jeśli coś skieruje ją na obranie patologicznego modelu zachowań i straci nad tym kontrolę? Jej mózg nie działa prawidłowo, temu nie możesz zaprzeczyć.
- Susan, mówisz o tym, jakby chodziło o coś, na co nie mamy wpływu. Jak gdyby jej konstrukcje mózgowe zastygły na zawsze. Doskonale wiesz, że te ślady można wymazać raptem w kilka miesięcy. Wystarczy do tego spokojne i sprzyjające skupieniu środowisko.
- A tobie się wydaje, że turnieje dla Konstruktorów właśnie to jej zapewnią? Doskonale wiesz, że te zmagania nie pozwolą jej na odpowiednią rehabilitację. Moim zdaniem powinniśmy ją odizolować w silosie.
Po tym stwierdzeniu na dłuższą chwilę zapada cisza. Nie zrozumiałam nic a nic z rozmowy tych dwojga.
- Nie zgadzam się - rozlega się znów głos Duncana. - Ostatecznie słyszałaś tak samo dobrze jak ja, co mówił Romuald. Nie każdego dnia trafia się na Konstruktorkę z takim potencjałem.
- Tak samo jak nie każdego dnia trafia się na członka, który jest potencjalnie wadliwy. Jej anomalie sprawiają, że stanowi zagrożenie dla siebie samej i dla innych.
Mężczyzna wzdycha.
- Posłuchaj, Susan, sprawdźmy najpierw, czy nie dałoby się naprawić jej transpondera...
Ich kroki się zbliżają.
- Dobrze, Duncanie - mówi kobiecy głos tuż nade mną. Ale uprzedzam cię, że jeżeli po jej ponownej integracji zauważę, że coś w niej buguje, to nie zamierzam ryzykować.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że cały czas mówili o mnie. Nic nie rozumiem. Jak niby mogłam wykształcić jakieś anomalie? Co właściwie mają na myśli? No i co to jest ten cały "silos"?
- Wybudziła się - mówi Susan. - Poszło o wiele szybciej, niż przewidywałam.
- Nic dziwnego - odpowiada Duncan. - Podejrzewam, że jej mózg wręcz rwał się do tego, żeby wreszcie pozbyć się tych wspomnień. Lani, słyszysz mnie? Jeśli mnie słyszysz, wyślij tylko wiadomość mentalną.
#Lani: Słyszę was.
- Świetnie.
#Lani: Dlaczego nie mogę się ruszyć? Czemu chcecie mnie umieścić w jakimś silosie? Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- Spokojnie, Lani - nakazuje mi Susan. - Jesteś w szpitalu. Miałaś drobny wypadek. Będziemy musieli naprawić twój transponder.
#Lani: Co się stało z moim transponderem? Dlaczego wykazuję jakieś anomalie?
- Przeprowadźmy procedurę jeszcze raz, Duncanie. Lepiej wymazać tę rozmowę, jeśli chcemy, żeby faktycznie miała szansę na powrót do normalnego życia.
Nagle zasysa mnie stan nieświadomości.
Kroczę po długim korytarzu wzdłuż czarnych ścian. Nie ma tu żadnego źródła światła, a jednak widzę wszystko, tak jakby był dzień. Odgłosy moich kroków odbijają się od ścian. Mam dziwne poczucie, że już tu byłam. Przez krótką chwilę powraca mi wspomnienie jakiejś rozmowy. Chodziło w niej o coś wadliwego. Ale już nie pamiętam co. Wzruszam ramionami. Nagle ściany przechodzą w biel i zostaję wrzucona w swoje ciało.
Budzę się jakby otulona watą. Czuję pod plecami miękki materac.
- Dzień dobry, Lani - mówi serdecznie czyjś kobiecy głos. - Nazywam się Susan.
Próbuję się ruszyć, otworzyć oczy, ale nie jestem w stanie.
- Miałaś drobny wypadek, Lani, jesteś w szpitalu. Musieliśmy cię całkowicie unieruchomić. Jeśli będziesz chciała mi coś powiedzieć, zrób to, proszę, mentalnie.
Wypadek? O co jej może cho... Nagle w mojej pamięci pojawia się obraz Jen, która spada do tyłu z urwiska.
#Lani: Co się stało? Co z Jen?
- Jen ma się dobrze. Została przeniesiona i jest teraz członkinią centrum danych 010001. Niestety ty również spadłaś i twój transponder doznał poważnych uszkodzeń - oznajmia jakiś męski głos. - Będziemy musieli go naprawić. Ale w tym celu potrzebujemy, żebyś była przytomna podczas operacji.
#Lani: Dobrze.
- Świetnie. Muszę cię uprzedzić, że to dość nieprzyjemna operacja... Będziemy musieli wykonać nacięcie, żeby dostać się bezpośrednio do twojego transpondera. Następnie wymienimy w nim wadliwy element. Przez cały czas będziemy musieli z tobą rozmawiać, żeby mieć pewność, że niczego nie uszkadzamy.
Mężczyzna chwilę się waha.
- W tej chwili jesteś tylko unieruchomiona, zrobiliśmy ci także znieczulenie miejscowe.
#Lani: Czy to będzie boleć?
- Może, ale tylko trochę - beznamiętnie odpowiada mężczyzna. - Poza tym w każdej chwili będziesz mogła mi powiedzieć, że coś jest nie tak, zgoda?
#Lani: Dobrze.
- Gotowa?
#Lani: Tak, zróbmy to.
Moją twarz owiewa lekki wiaterek. Nabieram głęboko do płuc wiosenne powietrze. Robię kilka kroków po pomoście nad jeziorem. W przeźroczystej wodzie buszują małe ryby, które przepychają się, podgryzając glony porastające drewniane filary. Przez chwilę im się przyglądam, kiedy słońce rozkosznie nagrzewa moją skórę.
- Co by nie mówić, ładnie tu jest, no nie? - odzywa się Tom.
Kiwam głową. Z drzew, które rosną wzdłuż brzegów, dociera do nas świergot ptaków. Kładę Tomowi dłoń na ramieniu. Jego sygnał jest przepełniony smutkiem, jak to się często zdarza, od kiedy ogłoszono, że Cora nie żyje.
- Jak myślisz, ile czasu jeszcze tu zostaniemy?
Tom wzrusza ramionami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki