2. Rosja: Odwiedziny Moskwy/Refleksja: Pokonać lęk
ODWIEDZINY MOSKWY
Pełen ekscytacji, ale i obaw o to, jak będzie przebiegała moja życiowa podróż, wylądowałem na moskiewskim lotnisku Szeremietiew. Nic nie zapowiadało nadzwyczajnych wydarzeń. Typowe lotnisko z typową obsługą pasażerską, podobne do wielu innych portów lotniczych na świecie. Ani trochę mnie nie fascynowało. Tak szybko jak wylądowałem, tak też prędko opuściłem to miejsce.
Nocleg znalazłem kilka metrów od Placu Czerwonego. Pomimo dobrej lokalizacji, było mi bardzo ciężko znaleźć adres. Żadnych oznakowań ani reklam, do jakich się przyzwyczaiłem w Polsce. Wejście do hostelu znajdowało się przy wąskiej uliczce rozdzielającej ciąg zabudowy mieszkalnej od budynków rządowych. Udało mi się odnaleźć budynek dzięki telefonicznej aplikacji. Hostel należał do tych tańszych, zastałem w nim rzeczywiście skromne, adekwatne do ceny warunki. Pani z recepcji posługiwała się prostym językiem angielskim, a że przy tym mówiła dość niewyraźnie, niewiele zrozumiałem. Stanowczym ruchem ręki wskazała mi pokój i na tym się skończyła nasza komunikacja.
Numerek na kluczu pomógł w odnalezieniu łóżka - 7B oznaczało siódme na górze. Nigdy nie przepadałem za łóżkami piętrowymi i górną część zawsze uważałem za tę gorszą. To nic, pomyślałem, pocieszając się faktem, że w ogóle mam lokum. Znalezienie czegoś w centrum Moskwy w przystępnej cenie graniczyło z cudem.
Po rozpakowaniu się od razu wyszedłem z budynku. W niskobudżetowych noclegowniach zazwyczaj i tak nie ma co robić, oglądanie ścian to jedyna rozrywka. Czasami dodatkowa atrakcja to poznawanie innych mieszkańców, tym razem nie miałem takiej możliwości. Wszyscy posługiwali się jedynie językiem rosyjskim. Zresztą byłem przede wszystkim spragniony wrażeń i pragnąłem zobaczyć miasto.
Jestem w wielkiej i znanej Moskwie, pomyślałem i od razu w duchu dodałem z przekąsem: którą moi rodacy najechali dwa razy. W sumie nie wiem, czemu sięgnąłem myślami do wydarzeń z historii, ale ta pseudopatriotyczna myśl napełniła mnie dziwnym poczuciem wyższości, jakie towarzyszyło mi w pierwszych momentach zwiedzania miasta. Z taką buńczuczną postawą wyszedłem na ulice Moskwy.
Jak to często bywa - to, co wygląda wspaniale na zdjęciach, w rzeczywistości okazuje się dużo skromniejsze. Tak też było i wtedy. Mury Placu Czerwonego, sam plac oraz jego znany cerkiewny kościół, owszem, robiły wrażenie, jednak nie spektakularne. Jakoś na zdjęciach i w telewizji wszystko wyglądało lepiej. Wprawdzie plac był ogromny, ale mury oraz fasada kościoła nie odbiegały wyglądem od tego, co można zobaczyć w wielu stolicach europejskich - czerwona cegła i tyle.
Za to wrażenie wywarły na mnie długie kolejki do McDonalda znajdującego się nieopodal. To mnie zawsze fascynowało - fenomen tego miejsca. Po pierwsze, Lenin przewraca się pewnie w grobie, wiedząc, że amerykański imperializm wkroczył na Plac Czerwony. Symbol amerykańskiego konsumpcjonizmu u bram stolicy komunizmu. Świat się zmienia, a McDonald w takim miejscu był dla mnie tego znakiem.
W restauracji napisy w cyrylicy informowały o różnych zestawach z hamburgerami. Od razu pomyślałem, że w Polsce wiele rzeczy opisano po angielsku, a tutaj Rosjanie potrafią zadbać o swój język. Biznes zawsze się dostosuje, byle tylko sprzedać. Ponieważ nie znałem cyrylicy, tylko dzięki zdjęciom burgerów byłem w stanie wybrać, co chcę zamówić. Wskazałem właściwy obrazek i zestaw. Pod pretekstem zjadania posiłku przyglądałem się moskwianom, jednocześnie w myślach zadawałem sobie pytania. Czy to typowi Rosjanie? Czy tak wygląda rosyjska klasa średnia? Jakie są ich zwyczaje? Dostrzegłem zachowania znane mi z Polski. Było więc rzucanie się na jedzenie, przepychanie, głośne przekrzykiwanie. Jedyne może, co wyglądało trochę inaczej, to swoista sztywność, jaka, moim zdaniem, panowała w całej Moskwie. Ludzie nie okazywali sobie życzliwości. Wszyscy chodzili jacyś tacy pochłonięci sobą, z morowymi minami spoglądali jedni na drugich. Mało widziałem uśmiechów, dużo za to groźnych min. Odniosłem wrażenie, że rozbiegane, nieobecne oczy sugerowały wewnętrzny smutek. Poczułem wtedy żal i współczucie. Coś przeszyło moje serce i zacząłem sobie uświadamiać, że skoro oni są tacy sami jak my, muszą przecież dostrzegać rażącą niesprawiedliwość i postępujące zniewolenie ich kraju. Pomyślałem równocześnie, że może ich serca rozrywa miłość do ojczyzny i świadomość trudnej rzeczywistości, w jakiej żyją, może stąd ten smutek w oczach i miny pełne agresji. Byłem tym autentycznie poruszony.
Kiedy wyszedłem z restauracji, próbowałem dalej zwiedzać miasto, jednak nie potrafiłem się już na tym skupić. Myślami tkwiłem w McDonaldzie, a przed oczami miałem to, co tam zobaczyłem. Przez to wszystko straciłem zainteresowanie, szybko się znudziłem nawet najbardziej reprezentacyjnymi zabytkami Moskwy.
Wróciłem do hostelu. Dopiero tam opuściły mnie czarne myśli i dotarło do mnie, jaki naprawdę jestem zmęczony i głodny. McDonald zaspokoił głód na krótko. Niestety, nie mogłem już wtedy nic zjeść, bo nie było gdzie, a ja nie zabrałem żadnych przekąsek. Głodny, ale i poruszony położyłem się spać.
POKONAĆ LĘK
Wielokrotnie skopany pies wydaje się nieświadomemu przechodniowi psem dzikim i niebezpiecznym. Obie strony są wtedy w błędzie. Pies myśli, że oto podchodzi kolejny oprawca, zaś przechodzień - że oto leży pies, który może go ugryźć. Tak łatwo ulec uprzedzeniom, pójść drogą stereotypowego myślenia. Dlaczego tak robimy? Powodem jest strach. Nasz mózg podąża za lękiem i zaczyna kreować iluzoryczne wizje groźnych psów, na przykład morderczych Rosjan, którzy czyhają na szlachecką duszę Polaka. Któż się wtedy nie boi? Strach to naturalny element naszego życia. Niełatwo go pokonać i wyjść naprzeciw temu potworowi. Zebrać w sobie siły i spojrzeć mu w oczy. Zatrzymać spojrzenie, gdy bestia parska złowieszczo w naszą stronę. A na koniec przemóc się, wyciągnąć miecz odwagi i pokonać monstrum. Każdy kiedyś zetknął się z procesem pokonywania wewnętrznego lęku.
Jest w nas coś takiego, co nie należy do nas, nie wiąże się z naszym Ja, a co czasem podszeptuje kłamstwa karmiące strach. Wiara w podstępne słowa sprawia, że oddajemy się w niewolę bestii. Ona staje na drodze pomiędzy Ja a duszą - esencją naszego człowieczeństwa, miejscem spotkania z Bogiem, wewnętrzną intuicją. Podszepty oddalają nas od nas samych i od innych ludzi. Następuje powolny, konsekwentny proces rozdzielania Ja od prawdy. Na tej drodze rozkłada się leniwie bestia - strach.
Można z takiego podziału wrócić i złączyć się w całość. Można dokonać harmonizacji swego wnętrza, lecz potrzeba do tego siły z zewnątrz, która zainicjuje proces i nada mu tempo. Taką siłą jest Duch Święty.
Jako ludzie, czyli stworzenia zbudowane z materii, jesteśmy z natury osadzeni w prawach fizyki i dlatego rządzą nami takie zjawiska jak praca i siła. Życiowe perpetuum mobile (obalone w pierwszej zasadzie termodynamiki) nie istnieje, a więc nic samo w życiu się nie dzieje. Zbudowanie domu wymaga pracy, której jakość zależy od siły, jaką na to poświęcimy. Inaczej jest jednak w naszym wewnętrznym świecie. Tam wszystko dzieje się za sprawą Ducha Świętego, ale zakres Jego działania zależy od naszej zgody na wnikanie w poszczególne sfery. Bóg nie przekracza nadanego człowiekowi prawa wolności. Jednocześnie, aby wyrazić ową zgodę, musimy wiedzieć, na co się zgadzamy - gdzie wpuszczamy Ducha Świętego.
Człowiek rodzi się rozharmonizowany i przez to jest osadzony w chaosie, a nasza dusza (miejsce spotkania z Bogiem) jest nienapełniona, to znaczy tęskni za harmonią, za połączeniem tego, co ziemskie (Ja), z tym, co duchowe (Bóg). Najczęściej odbieramy to jako bliżej nieokreślony brak, którego nie da się zaspokoić - ani pieniędzmi, ani słodyczami, ani przytulaniem.
Harmonizacja rozszczepionego wnętrza jest możliwa za sprawą Ducha Świętego, ale pomimo Jego samosprawczej siły my musimy wykonać wysiłek poznawania siebie, co jest procesem trudnym i bolesnym. Niezwykle jednak ważnym, bo pozwala na zdobycie świadomości o naszych ułomnościach (rozszczepieniach Ja). Nasze "tak" jest zgodą na penetrowanie przez Ducha Świętego odkrytych warstw naszego wnętrza (duszy) i łączenie ich w całość.
Poznawanie siebie to droga od wyjścia z cienia egoistycznego Ja, przez czas nauki i nabierania siły, aż do spotkania z własnym chaosem, częstokroć zakrytym wielkim lękiem - podsycanym przez osobowe zło tj. szatana. Spotkanie z tą bestią to wielka
duchowa konfrontacja. Na szczęście i droga, i bestia już raz zostały pokonane przez Jezusa. Dlatego też przerażającą bestię w naszym życiu możemy pokonać mocą z wysoka. Choć wywołuje ona paraliżujące lęki, to w przekroczeniu ich pomaga wiara. Kościół przez całe nasze życie uczy tej wiary - zaufania do Jezusa - i dzięki otrzymywanej od Niego łasce jesteśmy zdolni do takiej walki. W ostatecznej próbie, czyli konfrontacji z lękiem przed śmiercią, budowany z Jezusem mięsień wiary pomaga nam przejść próbę i wejść do wyczekiwanej krainy szczęścia jako wygrany.
Gdyby przełożyć proces pokonywania lęków na drogę pojednania Polski z Rosją, można zobaczyć wiele podobieństw. Rosjanie okradali i zabijali Polaków. Ogrom wyrządzonych przez nich krzywd jest nie do opisania. Każde ich pojawienie się na naszych ziemiach zostawiło ból i cierpienie na lata. Bestia wzajemnej nienawiści urosła do potężnych rozmiarów i nieustająco się odradza. Stosunek Polaków do Rosjan to może taki potwór usprawiedliwionej trudnymi wydarzeniami niechęci, ciągle karmiony nienawiścią. Nieufność zagradza wąską drogę do pojednania.
A jednak jest coś w Rosjanach, co ich z nami łączy: wspólny rodowód. Rosja to nasza słowiańska siostra. Mamy te same korzenie. Może postrzegamy ją jak czarną owcę Europy, bo przypomina, że jesteśmy pod wieloma względami tacy sami. Najbardziej bolą rany zadane przez najbliższych. Gdyby na chwilę zrobić z Rosji siostrę z rodziny Słowian, a z Polski starszego brata i przełożyć relacje narodowe na relacje w rodzinie, to można dostrzec w Rosji syndrom odrzuconego dziecka. Starszy brat odrzucił młodszą siostrę, która nie miała ochoty się podporządkować. Grać, jak jej zagrają. Sama chciała o sobie stanowić. Odrzucona siostra po latach stała się silniejsza i potężna. Zadała ciosy, zraniła i tym samym zwiększyła dystans do brata.
Czy jest szansa, aby ci dwoje się pojednali? Może trzeba uświadomić sobie nawzajem, że jesteśmy z tej samej rodziny i spróbować przebaczyć. Oczywiście proces przebaczenia powinien się zacząć od przeprosin tych, którzy zranili. Jednak bywa, że to niemożliwe, ponieważ zacietrzewienie drugiej strony stało się tak ogromne. Czasami trzeba skorzystać z siły z góry, aby wyciągnąć rękę i mocą miłości pokonywać drzemiące bestie nieufności. Jeśli nie my, to kto?