1898-1970
W wieku trzydziestu dwóch lat kapitan Jeremy Hart otworzył w Copperfield zakład meblarski dzięki pieniądzom, które przywiózł z wojny.
Ponad siedemdziesiąt lat temu, posłuchaj mnie, synu, gdy to miasto zamieszkane przez twardych osadników nie mogło przewidywać, czym się stanie, czym jest teraz, mogło co najwyżej snuć fantastyczne wizje przetrwania w leśnej dziczy, z której od dwudziestu lat nieśmiało wyłaniały się zalążki ulic i szkielety budynków, jednych skleconych w panice, aby tylko znaleźć chwilowe schronienie, niekiedy tak prowizoryczne, że całe rodziny ginęły zgniecione belkami przy mocniejszym podmuchu przeszytego wonią igieł wiatru, innych, jak zakład, z mocarnymi fundamentami zmieszanymi z krwią tych, którzy postawili wszystko na jedną kartę, jak twój pradziadek. Słuchaj, Jeremy. Skup się i słuchaj. Niczego ważniejszego dotąd nie usłyszałeś. Ta historia to ty i ja.
Wzgórza stoją tu od tysięcy lat i sowy huczą tu od tysięcy lat. Gościniec przetarto dwadzieścia lat temu, a idzie nim kapitan Jeremy Hart. Postawny, w rozpiętym surducie - wolnym tempem, wolnym marszem. Laska uderza w ubitą ziemię. Ze swadą zawadiaki kapitan przemierza gościniec, a mężczyźni z Copperfield pierwsi uchylają kapelusza - laska uderza w ubitą ziemię. Mężczyźni spuszczają wzrok - laska uderza w ubitą ziemię. Mężczyźni wpatrują się w jego cień - laska uderza w ubitą ziemię.
- A co miałem zrobić? - pytają żon mężczyźni. - Widziałaś jego twarz?
Żony zagryzają wargi.
Wzięli go za księcia piekieł. Strój dostojnika, krok dowódcy, oczy kata. Wiesz, co robi ludziom kat? Rytm uderzeń hebanowej laski o ubitą ziemię zahipnotyzował całe miasteczko. BACH, BACH, BACH. Jak zaklinacz węży. No, trochę inaczej. Ale najwięcej respektu wzbudzała jego twarz. Przez prawy policzek szła mu szrama jak wyrwa po trzęsieniu ziemi, od skroni po brodę - nie bój się, pokaż - o tak. Twarz pradziadka ich przerażała. Pocisk roztrzaskał maszt statku wojennego, którym płynął pod Santiago de Cuba. BACH! Z masztu wystrzeliły półmetrowe drewniane kolce. FRUUU, TRACH, TRACH! Jeden z nich miał przewiercić mu głowę, tędy, o.
- Tato!
- Zostaw go, Ike. Rozumie.
Los jednak chciał, że tylko rozpłatał twarz. Wystrzał hiszpańskiej armaty. A Hiszpanów nienawidził najbardziej na świecie. Zawsze powtarzał ze śmiertelną powagą, że jeżeli istnieje naród bardziej skurwiony niż ci wypacykowani Francuzi, to tylko, pies ich jebał, Hiszpanie.
- Cholera, Ike! Chłopiec ma dopiero dziesięć lat! Później pójdzie do szkoły i...
...i opowie tym niedorajdom o pradziadku, założycielu rodu i bohaterze, który po wojnie z końca wieku przejechał cały kraj chyba właśnie po to, aby trzymać się jak najdalej od Hiszpanów. Inaczej nie mogę sobie wytłumaczyć, jak trafił do tej zapchlonej dziury, w której zatrzymał się czas, jakby kilkadziesiąt mil na zachód, w Seattle, ludzie nie jeździli tramwajami elektrycznymi Stone'a i Webstera, tylko walczyli na śmierć i życie z dzikusami pieprzącymi trzy po trzy w chinuk wawa. Zwykła dziura - inaczej nie sposób opisać Copperfield z końca zeszłego stulecia. Nawet Indianie nie chcieli tu mieszkać. Ci, którzy żyją tu teraz, przyjechali znacznie później, nie wiadomo, skąd i w jakim celu.
- Ike, skąd on właściwie się wziął w Copperfield?
Jak to skąd? Spod Santiago de Cuba.
- Nie chodzi mi o wojnę. Skąd pochodził? Gdzie żył, zanim został kapitanem?
Tego nikomu nie wyjawił i najwyraźniej miał ku temu przesłanki. Najważniejsze, że przybywszy tutaj, zastał dziurę w piachu i gałęziach zaludnioną przez najbardziej obłąkanych marzycieli, którzy znaleźli powód, aby nie popaść w gorączkę złota nad Klondike w Jukonie, nie oszaleć na myśl o srebrze, nie szukać szczęścia gdziekolwiek indziej, lecz uwierzyć, że wzbogacą się na złożach miedzi spod Wzgórz Johnsona, co pradziadek kwitował wymownym postukiwaniem się w głowę. Nigdy nie wierzył w miedź.
Laska uderza w blat.
- Nie wydaje mi się - ryczy kapitan Jeremy Hart w barze U Pięknego Mela, rozpinając kołnierzyk, z twarzą karminową od nabiegłej krwi, i nikt nie waży się mu przerwać - aby ten skurczybyk Kolumb przybył odkryć nasz piękny kraj na łodziach wykonanych z miedzi. Nie wydaje mi się także, aby admirał Dewey mógł dowodzić Królową Pacyfiku, gdyby wykonana była z miedzi.
- No... ale, jeśli można, mamy ją, kapitanie. Mamy miedź.
Ciężka dłoń uderza w blat.
- Nie wydaje mi się, aby złoża miedzi wokół Copperfield były niewyczerpane, ale mogę się założyć o drugi policzek, że przez kolejnych sto lat nikt nie zetnie nawet połowy drzew, które ofiarowała nam tutejsza ziemia.
Twój pradziadek wierzył w drewno. Jego syn, a mój staruszek, ech, twój biedny zmarły dziadzio, też wierzył w drewno. Ja wierzę w drewno.
Co wisi nad drzwiami do zakładu?
Jeremy, słuchasz mnie? Co wisi nad drzwiami?
- Szyld.
Głośniej.
- Szyld, tato.
A właśnie. Szyld. Prosty szyld z grawerunkiem "Hart - Prace z Drewnem". Powiesił go sam pradziadek w 1898 roku. I zawsze będzie tam wisiał. Nie waż się go tknąć. Tym szyldem przedstawił się mieszkańcom miasta. Jasne, przerażał ich, co nie znaczy, że za plecami nie brali go na języki, a zestawienie słów "praca" i "drewno" rozbawiło ich do rozpuku, jakby w Copperfield nie plątało się co niemiara domorosłych cieśli, stolarzy, bednarzy czy szkutników, bo oprócz pracy w kopalni do jedynych podówczas sensownych form zarobkowania zaliczały się sprzedaż bimbru, czym zajmował się Piękny Mel, i spławianie drewna na najlichszych łajbach, jakie możesz sobie wyobrazić. Wieczorami jeden z drugim, wielcy właściciele kilku akcji kopalni bez choćby uncji miedzi w kieszeni, gadali w spróchniałych łóżkach do bezradnych żon w czwartej, piątej, szóstej ciąży: "Hej, królowo, ten ze szramą powariował, chce w tej dziurze robić meble, jakbym sam se nie mógł zbić".
Czy ty wierzysz w drewno, Jeremy?
Późny wieczór, miasto chce spać, ale nie może. Spróchniałe łóżko skrzypi żałośnie. Biedny jak mysz kościelna właściciel kilku akcji kopalni miedzi przewraca się z boku na bok przytłoczony myślami o wszystkim, czego nie znalazł.
- Hej, ty krowo, ten ze szramą ma zajoba, chce w tej dupie robić meble, jakbym sam se nie... daj pić!
- Śpij, śpij, głupi.
Tymczasem U Pięknego Mela kapitan Jeremy Hart wychyla kolejną szklaneczkę. Piękny Mel po drugiej stronie baru cieszy się jak dziecko na widok okaleczonej twarzy przybysza. Rozsmakowuje się w myśli, że w mieścinie pojawił się choć jeden mężczyzna o urodzie bardziej odpychającej niż jego.
- Widziałem szyld, ładna robota. - Piękny Mel napełnia szklaneczkę. - Czyli że już otwarte?
Hart zaprzecza ruchem głowy.
- Jakże to? - ciągnie go za język Mel. - Kiedy zatem?
Cały bar zamiera, a Hart wytrzymuje tę ciszę jak wytrawny aktor, chociaż aktorami gardzi jak Hiszpanami. Kapitan delektuje się ciszą, gładzi się po szramie pooranymi przez drewno palcami. Wspina się na nieprzekraczalny szczyt ciszy, z którego szepcze najgłośniejszym szeptem: "Zobaczycie", jakby strzelił ich wszystkich w pysk. Wszyscy w barze czują się sponiewierani. Wszyscy poza siedemnastoletnią Kate utaplaną smalcem i pomyjami, która akurat wychyla z zaplecza pulchną buźkę zepsutego aniołka.
Kate spędza młodość na sześciu stopach kwadratowych między patelnią a zlewem, smażąc tym smutnym, brudnym i pijanym mężczyznom fasolę i kotlety z mięsa niewiadomego pochodzenia. Jej fartuszek, choćby prała go tysiąckroć i krochmaliła dziesięć tysięcy razy, nigdy nie lśni bielą. Kate nie ma pojęcia, czym jest biel. Ale cóż po bieli, właśnie trafia ją piorun - najczystszy strzał.
Kapitan Jeremy Hart chwyta jej roziskrzone spojrzenie.
Pamiętasz babkę Kate, synu?
- Jak ma pamiętać? Babka Kate zmarła, gdy miał pięć lat. Świeć, Panie, nad jej duszą.
Świeć, Panie, nad jej duszą, chociaż potrafiła zajść mi za skórę. Pięć lat, to może coś pamiętać. Genów nie oszukasz, synu. Twoje pucate policzki zawdzięczają swoją obłość właśnie babce Kate, ale ja nie o tym.
We wrześniowy poranek 1898 roku twój pradziadek wyrwał z zawiasów zwykłe drzwi do zakładu, w południe wstawił nowe, a po południu - siedząc na ławce przed zakładem, uderzając rytmicznie laską o ubitą ziemię - pławił się w sławie bóstwa drewna, były to bowiem najpiękniejsze drzwi, jakie kiedykolwiek widziano. Nawet największe prymitywy na ich widok przystawały z rozdziawionymi gębami. Najbardziej zapijaczeni prostacy gapili się, jakby patrzyli na ołtarz. Poruszenie klamką równało się rozbłyśnięciu gromnic, ich uchylenie - zwiastowaniu Ducha, a mocarne trzaśnięcie jawiłoby się tym baranom nie inaczej jak wniebowstąpienie naszego Pana Jezusa Chrystusa na żywo i w kolorze, gdyby nie to, że o telewizji nawet im się jeszcze nie śniło, nie znali nawet radia. Górnicy, furmani i szwaczki doznawali nieporównywalnych z niczym wrażeń estetycznych, a kapitan Jeremy Hart, demon drewna z upiorną szramą, śmiał się jak Belzebub, myśląc sobie: dopiero teraz się wam przedstawiłem, gamonie, co najwyraźniej spodobało się Opatrzności, jako że na dniach ledwie tętniąca żyła spod Wzgórz Johnsona niemal je rozsadziła. Wybuchła jak wulkan, zalewając Copperfield miedzianą posoką.
Brzydkie kobiety w zdefasonowanych sukniach noszonych jeszcze przez ich babki wkładają na styrane dłonie jedwabne rękawiczki. Paradują po okolicznych klepiskach z białymi parasolkami, chroniącymi je przed słońcem. Wyrzucają stare, przeklęte suknie, nie chcąc ich nawet porwać na szmaty. Na głównej ulicy płonie stos znienawidzonych sukien, w którym oprócz niemodnych koronek puszczono z ogniem rozpacz, pohańbienie i ubóstwo tych wszystkich lat beznadziei. Wokół ognia tańczą tuziny pięknych, szczęśliwych kobiet, a naprzeciw knajpy U Pięknego Mela studio otwiera krawiec z praktyką w Paryżu. Klepiska zamieniają się w uliczki. Otwierają się dwa banki. Piękny Mel nie sprzedaje już kukurydzianego bimbru, tylko najlepszą whiskey z Tennessee i prawdziwą szkocką. Jeśli klientowi doskwiera głód, nie zerka z przestrachem na talerz, rozmyślając o piżmakach, Piękny Mel serwuje bowiem świeżego łososia z rusztu albo stek z mięsa argentyńskich krów, które to krowy, rzetelnie zmasakrowane, powitano z pompą na pachnącej świeżością stacji kolejowej jako pierwsze pasażerki. Przyjechały pociągiem napędzanym parą wodną, po błyszczących stalowych szynach, w luksusowym wagonie wypełnionym po dach lodem.
Pod dachem U Pięknego Mela kłębi się dym papierosów Amerykańskiej Spółki Tytoniowej. Pianista gra z miną człowieka, któremu wszystko jedno. Paniusia w białych rękawiczkach odbiera swojego nowobogackiego męża, który przed chwilą spadł ze stołka. Wcześniej zamówił dwa kilogramy filetów cielęcych i ciskał nimi w kolegę ze spółki. Jedno spojrzenie Mela wystarczyło. Billy przeprosił, wyszedł z baru i gestem krezusa rzucił mięso bezdomnym psom. Teraz ledwie się trzyma na nogach. Pianista gra i gra. Ten twój Billy to wspaniały facet, Ruth. Pomyśleć, że pół roku temu chciał sobie strzelić w łeb, a dziś przebąkiwał coś o wyborach. Miedź to złoto, dziecinko, tylko że lepsze.
- Chodź do domu, Billy.
Więc już w domu. Ruth ściąga rękawiczki, a widok tych samych popękanych dłoni, które najchętniej by sobie odrąbała, przyprawia ją o mdłości.
- Chcę stół od Harta, darling.
W innym domu inna dama:
- Chcę krzesła od Harta.
W innym domu inna:
- Chcę kufer od Harta.
W innym domu:
- Umów się z Hartem, niech zrobi mi...
Rozumiesz, czym się stało nasze nazwisko, Jeremy? Symbolem. Jak Statua Wolności. Jak flaga. Jak cadillac. Najbogatsi i najbardziej szanowani mieszkańcy Copperfield nie mogli sobie pozwolić na to, aby w ich domach nie stanął mebel rzeźbiony rękami twojego pradziadka, bo nie istniało nic bardziej luksusowego, nic, co dawałoby większy prestiż. Nadążasz, Jeremy? Twoje nazwisko. Nasze. I tak jest do dziś. Mebel od Harta.
Piękny Mel z radością oddał pradziadkowi rękę babki Kate. Wesele wspominano latami - fajerwerki, bębny, trzy orkiestry, gości zabawiała trupa cyrkowa, w tym człowiek dyliżans, kobieta, która urodziła kulę, i połykacze jaszczurów. A zaraz potem urodził się twój dziadek George.
Niechaj zadmą trąby, niechaj wzgórza tańczą! Kapitan Jeremy Hart ma syna!
- Syn, panie kapitanie?
- Syn.
- I co?
- Zakład działa w najlepsze, żona zdrowa, teraz syn. Jestem mężczyzną spełnionym. Byleby się odchował.
W roku 1900 urodził się twój dziadek George, którego niedawno pożegnaliśmy. Imię otrzymał po dowódcy USS Olympii, mentorze, przełożonym i przyjacielu swojego ojca z lat wojny z Hiszpanami, admirale Deweyu, późniejszym szefie całej amerykańskiej marynarki, który przelał więcej hiszpańskiej krwi niż ty łyżek bulionu, który na weselu zatańczył pierwszy taniec z babką Kate, którego zdjęcie wycięte z gazety wisiało niczym krucyfiks w najlepiej widocznym miejscu zakładu do czasu, aż się zapodziało, którego znajdziesz w każdej encyklopedii pod literą D. Wstań, chłopcze, i podaj ojcu encyklopedię. No już, wstawaj.
Te wzgórza stoją tu od tysięcy lat, a na nich stoi kapitan Jeremy Hart. Stoi na szeroko rozstawionych nogach, obejmuje wzrokiem panoramę Copperfield, mierzy w miasteczko laską, jakby celował z broni palnej do poczciwej szkapy. Ale nie oddaje strzału, szkapa należy do niego i z roku na rok pięknieje. Byleby tylko syn się odchował.
- Już ja go odchowam, prostaki.
Odłóż tę książkę i mnie posłuchaj. Złoża miedzi spod Wzgórz Johnsona ostatecznie wyczerpały się w 1905 roku. W piątym czy szóstym? Tak, w piątym. Copperfield zdążyło się jednak usamodzielnić, gotowe przetrwać bez kopalni, ale z fabryką pończoch, przędzalnią, poczytnym "Głosem ze Wzgórz", raczkującymi przedmieściami i hektarami lasów do zagospodarowania. Zakład Hart - Prace z Drewnem dostawał zamówienia nie tylko z Tacomy, Spokane, Seattle czy Portlandu, ale nawet od szykownych hoteli dzielnicy Nob Hill w samym San Francisco. Miedź zniknęła z ziemi, ale wisiała nad nią w kablach elektrycznych. Tego samego roku Piękny Mel zapił się na śmierć, jakby z trwogi wobec zmieniającego się świata, ale w rzeczywistości bez powodu, jak większość pijaków. Mój pradziadek, twój prapradziadek, o którym nie wiem za wiele oprócz tego, że był kuty na cztery nogi, brzydki jak noc i nie wylewał za kołnierz. Kapitan oddelegował babkę Kate do baru, aby przejęła biznes ojca, a samemu poświęcał się edukacji twojego dziadzia, młodszego wówczas od ciebie o połowę, przekazywał mu całą swoją wiedzę o drewnie z przerwami na sączenie jadu na temat wszystkiego, co hiszpańskie. Dziadek po latach opowiadał, że jako pięciolatek nie odróżniał chłopców od dziewczynek, ale wiedział, że najgorszego trypra nabawisz się od dziwek z Barcelony.
- Święty Boże, Ike! Co ty wygadujesz?!
Mój staruszek wspominał z dziwnym sentymentem, że jako siedmiolatek nie wyczuwał różnicy pomiędzy smakiem mleka a smakiem wody, ale wystarczyło mu na dwie sekundy przytknąć nos do dowolnej deski, aby wskazać gatunek drzewa, z którego ją obrzynano. Twój pradziadek, jak każdy Hart po nim, z pasją i miłością szkolił syna na swojego następcę, pochłonięty tym całkowicie. Dzięki temu George w końcu przejął zakład po ojcu, ja go przejąłem po nim, a ty kiedyś przejmiesz go po mnie. Ale zanim to się stanie, padnie niejedno drzewo, bo tatuś na razie nigdzie się nie wybiera, chociaż człowiek jedno, a los drugie wobec śmierci, tej czarnej pani...
- Jezu, Ike, najpierw dziwki, teraz to? Co ty pleciesz?
Mówię o 12 kwietnia 1912 roku.
U Pięknego Mela nie wetkniesz szpilki, jak to w porze obiadu. Dwunastoletni George Hart w zamyśleniu opłukuje podniebienie napojem o smaku, którego nie umie nazwać. Siedzi grzecznie obok ojca i nic nie mówi. Orientuje się w ostatniej chwili. Wszechmocny kapitan Jeremy Hart czuje piekące szarpnięcia w klatce piersiowej, zrywa się na równe nogi, przewraca krzesło, spogląda na talerz z nadgryzionym stekiem z argentyńskiej polędwicy.
- Hiszpańskie gówno! Dorwali mnie!
W samo południe 12 kwietnia 1912 roku twój pradziadek runął na ziemię, drugi i ostatni raz wywołując U Pięknego Mela bezwzględną ciszę, po czym skonał na oczach dziadzia, swojego ukochanego syna, w wieku czterdziestu pięciu lat. Nikt się tego nie spodziewał. Młodo, cholera, za młodo, nawet jak na tamte czasy. Że też go nie poznałem.
A teraz idź umyć ręce. Zjemy dziś obiad bez Meg. Mama przygotowała na ten wyjątkowy dzień coś nie z tej ziemi, jak to się teraz mówi, coś według przepisu babki Kate.
Pulchna Kate, córka Pięknego Mela, wdowa po kapitanie Jeremym Harcie, matka George'a Harta, dwudziestodziewięcioletnia Kate Hart, w samotności gasi lampkę nocną, a sypialnia osierocona brakiem mężczyzny ze szramą na twarzy rozrasta się do bezgranicznych rozmiarów. Przeistacza się w ocean rozpaczy o głębokim poczerniałym odcieniu, niby wnętrze potwornej paszczy. Ciemna ciecz wciąga pulchne, bezwolne ciało. Wsącza się przez gardło. Skleja wargi. Zasklepia powieki. Kate tonie.
Przepyszne, skarbie.
Co powiemy mamie, Jeremy?
- Dziękuję.
Głośniej.
- Dziękuję, mamo.
Na czym to ja skończyłem?
- Skończyłeś na śmierci kapitana, Ike. Tylko nie nastrasz chłopca.
Ha! Warto ci więc wiedzieć, synu, że wkrótce po śmierci twojego pradziadka babka Kate doznała objawienia.
- Zaczyna się...
Jednej nocy sypialnia babki Kate przeistoczyła się w ocean rozpaczy. Spokojnie, po dwóch godzinach skurczyła się do rozmiarów morza śródlądowego. Nie mam pojęcia, skąd babce Kate przyszły do głowy te marynistyczne metafory, jak to nazywał dziadek George. Takie obrazy w głowie związane z morzem. Podejrzewam, że nigdy nie zanurzyła stopy w żadnym większym akwenie, ale tak to relacjonowała. Morze, w odróżnieniu od oceanu, nie szarpało szaleńczo jej łódką rozbitka, szumiało, wzbudzając niedowierzanie, aby po kolejnych dwóch godzinach zmaleć do wielkości jeziora o gładkiej tafli. Innymi słowy, jednej nieprzespanej nocy babka Kate przepłynęła skrócony dystans stadiów żałoby, na którego końcu jej łóżko pierwszorzędnej roboty kapitana Jeremy'ego Harta przerodziło się w strumień objawienia. Babka Kate ujrzała przyszłość.
Nazajutrz kazała wyjąć olśniewające drzwi do zakładu i spalić je, po czym wyruszyła samotnie w głąb najdzikszych rejonów Wzgórz Johnsona, aby zasadzić drzewo.
- Do lasu? Jakie drzewo, Ike? I czemu spaliła drzwi?
Sama nie wiedziała. Zresztą co za różnica? Była szurnięta. Spaliła drzwi, zasadziła drzewo, wróciła do miasteczka i odwołała wszystkie zlecenia na autorskie projekty, które zdążył przyjąć pradziadek. Od tego dnia zakład Hart - Prace z Drewnem zajmował się jedynie naprawą i renowacją. Na stanowisku pozostało dwóch starszych stolarzy i dwóch terminatorów.
- Szanuję pracowników męża, ale "Hart" to nie kilka skleconych stołków. To marka. Mogę sobie pozwolić na straty. Bar funkcjonuje jak najlepsza kopalnia, z tą różnicą, że pokłady mężczyzn, którzy chcą się urżnąć, nigdy się nie wyczerpią. Nie martwię się o pieniądze. Zakład może nawet zbankrutować i zawiesić działalność do odwołania, gówno mnie to obchodzi. Ufam tylko rękom Hartów, a jak na razie jedyny żyjący Hart musi iść do szkoły.
Zwolnionym pracownikom się to nie spodobało. Miasto rozgorzało od plotek.
- Gleba dała plon i zjałowiała. Ponoć później z nią nie spał. Brzydził się. Dlatego go zakatrupiła.
- A chłopak? Ma więcej drzazg pod paznokciami niż kolegów. Blady, z zakładu nie wychodzi.
- Ponoć zamiast grudy ziemi rzucił na trumnę kapitana garść trocin. W imię szacunku i synowskiej miłości. Woli w drewnie dłubać, niż z matką siedzieć.
- Kapitan jej nie kochał.
- Zrobił jej bachora i go uformował.
- Ukatrupiła męża, wiedźma. Ze wstydu i z goryczy.
- Jak psa go zatłukła.
- Ale jak zatłukła? Widziałem, jak w barze padał.
- No to go otruła, wielka mi różnica. Syna też otruje. Może nas teraz truje. Jest coś dziwnego w tym jej steku. Wariatka.
Tacy są ludzie, zapamiętaj. Pędzą swoje beznadziejnie puste życie i tylko chlapią jęzorami, szukając taniej rozrywki. Dziś mamy telewizję - nie ufaj jej. Wtedy mieli "Głos ze Wzgórz" i plotki w barze, ale wiele się nie zmieniło. Najzwyklejsze oszczerstwo, bo choć moja babka niewątpliwie była wariatką, to na pewno nie morderczynią. Kochała kapitana Jeremy'ego Harta miłością tak czystą, że w jej życiu już nigdy nie pojawił się inny mężczyzna. Nie przyszłoby jej nawet na myśl krzywo spojrzeć na swojego anioła ze szramą. Kto wie jakie konsekwencje miałoby to pomówienie, gdyby nie jeden pijany anarchista z Oregonu i jego konkubina, aktywna sufrażystka, którzy z niejasnych pobudek zarżnęli we śnie burmistrza Billy'ego Clifforda, jego żonę Ruth, ich dwóch młodocianych synów i cocker-spaniela wabiącego się Demokracja.
- Ręce opadają, Ike.
Chłopak nie jest dzieckiem. Wie, że ludzie się zabijają. A nóż rzeźnicki, którym się posłużyli, miał większą siłę oddziaływania na wyobraźnię miejscowych niż stek wołowy babki Kate, gdyż wraz z odkryciem zmasakrowanych ciał rodziny Cliffordów plotki o jej rzekomej zbrodni ustały. Ludzie mieli nową sensację.
Sprawców ujęto i powieszono, nie wybrano nowego burmistrza, zgodnie z duchem czasu powołano radę miejską, mój staruszek rósł, chodził do zwykłej szkoły, po szkole dłubał w drewnie, a wieczorami pożerał książki. Pulchna Kate zrzuciła żałobę, w Europie wybuchła wielka wojna, wojna się skończyła, a do Copperfield przybył ksiądz Michael Caravaggio, czterdziestoletni wizjoner i najbardziej charyzmatyczny facet, jakiego widziano w tym stanie do czasu koncertu Elvisa w Spokane pod koniec sierpnia pięćdziesiątego siódmego.
Przed swoim salonem monsieur Blanchard, podstarzały francuski krawiec, gawędzi z niemłodą klientką o tym, co będzie modne wiosną 1919 roku. W tle skrzypią ciężkie koła. W tle parska koń.
- ...a przede wszystkim pani, ma belle. Pani będzie modna, jeśli tylko odda się w moje pokorne ręce.
- Och, mistrzu! A cóż to za rozklekotany wóz? Co za oprych w kapturze?! Fu! Ach, nie. To ksiądz.
- Gdzież tam ksiądz! Sam by powoził takim strupem? Raczej przebieraniec. Komiwojażer w stroju klechy.
Odziany na czarno mężczyzna w kapturze zeskakuje z kozła w szarość. Spogląda na mysią twarz klientki krawca, częściowo skrywaną przez rondo nijakiego kapelusza. Poplamione deszczem fasady domów dopełniają obrazu pospolitego dnia w miasteczku takim jak inne, ale wtedy mężczyzna zrzuca kaptur, a jego łysa głowa iluminuje. Ulica rozpływa się w złocistej poświacie, jakby Najwyższy chlusnął z nieba złotą farbą. Szarą ciszę roznosi szczebiot tysiąca ptaków o złotych dziobach, a mężczyzna kieruje kroki do baru U Pięknego Mela.
- Co to za typ, Cindy? - pyta Kate Hart.
- Chyba jakiś święty, pani Kate.
- Co ty pieprzysz, Cindy? Czego chce?
- Zupy i kromki chleba.
- Pieniądze ma?
- Ależ skąd! Ani złamanego centa.
- I tak z pustymi kieszeniami do baru?
- Ba, nawet kieszeni nie ma, biedaczek. Ale mówił, że może się odpłacić wstawiennictwem u aniołów. Przebywa w drodze od trzech miesięcy na wyraźne polecenie Najświętszej Panienki. Nie do wiary!
- Mówił coś jeszcze?
- Że Najświętsza Panienka kazała mu odnaleźć miasto skąpane w miedzi pod wzgórzami sów.
- A to dobre. I co ty na to, Cindy?
- Że to tu, pani Kate.
Katolicy, luteranie, baptyści, zielonoświątkowcy, a nawet rodzina Chińczyków, wszyscy z miejsca ulegli mistycznemu czarowi przybysza - wszyscy z wyjątkiem babki Kate. Ksiądz mówił o Najświętszej Panience jak o bliskiej znajomej, która kazała mu się udać do Copperfield, wznieść kościół, założyć parafię, nauczać o Trójcy Świętej i czekać posłusznie trzy tysiące trzysta trzydzieści trzy dni na kolejne objawienie misyjne. Babka Kate patrzyła na niego jak na świra, jakby tylko ona miała monopol na wizje.
- Niby pod czyim wezwaniem ten wydumany kościół, wędrowcze?
- Świętej Katarzyny - odpowiada Michael Caravaggio bez zmrużenia oka. - Niewinnie osądzonej.
Kiedy babka Kate usłyszała, że kościół i parafia mają nosić imię, które dzieliła ze świętą, przełknęła ślinę i dała księdzu miskę zupy kukurydzianej z grubym plastrem boczku. Ludzie, którzy po śmierci kapitana Jeremy'ego Harta wylewali na głowę babki Kate pomyje, teraz bili się w pierś.
- Poczęła i zamknęła swe łono. Jak Maryja.
- A Józef był przecież cieślą!
Michael Caravaggio opowiadał dziadziowi niestworzone historie. Podobno pochodził z angielskiej rodziny szlacheckiej. Podobno objeżdżał całą Europę i kraje Orientu w poszukiwaniu przygód do czasu, aż w trakcie podróży przez Italię doznał objawienia pod obrazem Świętej Katarzyny pędzla Caravaggia. Matka Boska ustami świętej nakazała mu porzucić przepych i pijaństwo, on zaś dość lekko na to przystał, przyjął nazwisko włoskiego malarza, biorąc go jednocześnie za swojego duchowego przodka, przybrał szaty mnicha i wstąpił do klasztoru, a po otrzymaniu święceń kapłańskich wyruszył przed siebie zgodnie z wytycznymi matki Jezusa. Bo ja wiem, może tak było.
Ojciec Mike, bo tak tu wszyscy na niego mówili, zamieszkał w domu rodziny Cliffordów, który od czasu zabójstwa stał pusty, nie licząc nawiedzających go demonów, duchowny jednak szybko się z nimi rozprawił przy użyciu wody święconej i krucyfiksu ze sczerniałego złota. Dzięki hojnej jałmużnie miejscowych notabli przystąpił do budowy kościoła raptem miesiąc po przybyciu do Copperfield, a jedną z osób najpilniej zaangażowanych w pracę był twój dziadzio George, który od samego początku nawiązał z ojcem Mikiem osobliwą więź. Ksiądz mógł mu przypominać prawdziwego ojca, który też tu kiedyś przyjechał jak po swoje.
Kiedy konstrukcja wznoszącego się kościoła zaczęła bardziej przypominać budynek niż szkielet, dziadek zniknął w środku i zaszył się pod nabożnie białym płótnem, spod którego wyłonił się po trzech miesiącach z zakrzepłą krwią na dłoniach i ledwie dostrzegalnym uśmiechem zadowolenia, właściwym ludziom doceniającym swoją pracę, ale pozbawionym pewności siebie. Ten uśmiech wydał się bardziej zrozumiały, gdy otwarto kościół, gdy wreszcie odsłonięto ołtarz.
Jasna cholera, gdyby tamtego dnia jeden z drugim poza okazywaniem oniemiałego aplauzu wiedzieli, na co patrzą, wzięliby twojego dziadka za Fryzyjczyka, który przeniósł się w czasie wprost z siedemnastowiecznego niderlandzkiego warsztatu. Zapytaliby, buraki, skąd ten młody wiedział, jak intarsjować bukszpanem, to pewne. Po prawdzie, do końca nie wiadomo skąd. Najpewniej naoglądał się rycin i wyczytał coś w księgach, które przywiózł ze sobą ojciec Mike. Tak czy inaczej, niektórzy twierdzili, że płaskorzeźby świętych do nich mrugają, że figurki aniołów są żywe i się radują. Trudno powiedzieć, czy podobnych wrażeń doświadczyła babka Kate, w każdym razie uznała, że chłopak jest już gotowy, i uczyniła go głową zakładu. Hart - Prace z Drewnem znów przyjmował zamówienia, chociaż George miał dopiero dziewiętnaście lat, a gdy w 1920 roku weszła w życie osiemnasta poprawka, zakład rentownością dorównywał barowi U Pięknego Mela.
Prohibicja nie wstrząsnęła Kate. Z dnia na dzień babka zamiast whiskey zaczęła serwować kawę z plackiem wiśniowym. Wszyscy pukali się w czoło, czym ona w ogóle nie zawracała sobie głowy. Nie zamierzała płacić ani bimbrownikom, ani przemytnikom. Jakie prawo, takie prawo, ale prawo.
- Szefowo. - Stary klient rozsiada się przy barze i puszcza oko. - Chlapnąłbym ociupinkę czegoś mocniejszego.
- Taaak?! Mam kawę czarną jak bezksiężycowa noc, niczego mocniejszego u mnie nie uświadczysz! A jak chcesz walnąć lufę, to szukaj po melinach, psia mać! Cindy!!!
Może wychylimy na trawienie? A ty, Jeremy, zostaw już te słodycze i słuchaj.
W pierwszych dniach bar opustoszał, aż wreszcie ktoś skusił się na placek wiśniowy babki Kate i - Boże, istny obłęd. Co tu dużo mówić, ten placek był dla sztuki kulinarnej Copperfield tym, czym nieodżałowane drzwi do zakładu wykonane przez pradziadka dla sztuki stolarskiej - olśnieniem. Wiśniową cezurą. Mącznymi Graalem i Excaliburem pod jedną postacią cudownie wywałkowaną przez pulchne ręce lady Kate spod miedziowych wzgórz. Bez urazy dla babci Cindy i mamy, ale dziś już nie zjesz takiego placka. Bardzo podobny, ale nie taki sam.
Wiśniami smakował początek szalonej ery jazzu pod Wzgórzami Johnsona, chociaż o jazzie mało kto tu wtedy słyszał. Za największe szaleństwo i zarazem szczyt wielkomiejskości uchodziło posiadanie budzika z fosforyzującą tarczą i przerywanym sygnałem alarmowym imitującym katedralne dzwony. Czas w Copperfield płynął wolno, ciągle tak jest, chyba wiesz, ale czasy wokół się zmieniały. W "Głosie ze Wzgórz" pisano o pełnych fantazji wariatach, skaczących z wieżowców Nowego Jorku czy Filadelfii tylko dlatego, że trawiła ich nieszczęśliwa miłość.
- Och, Beatrice! Czemu wtedy wyszłaś z nim?
PLASK!
Pisano o pełnych fantazji stoczniowcach z Seattle, domagających się podwyżek płac. Pisano o pełnych fantazji kolorowych z całego kraju, domagających się czegokolwiek. Nie pisano zaś o najbardziej fantazyjnych z tego grona oberwańców feministkach, za to plotkowano przy kawie i placku U Pięknego Mela o wiecach, na których kobiety wykrzykiwały, jakoby ich ciała nie należały do mężczyzn, co natchnęło babkę Kate do głębszej refleksji.
Klientki chichoczą nad plackiem, a Kate Hart zalewa fala ciepła. Właśnie uświadomiła sobie z przerażeniem, że nigdy nie widziała syna z kobietą. Zamyślona wchodzi na zaplecze, gdzie oświeca ją blask chochli polerowanej przez Cindy Jenkins.
- Cindy...
Cindy, Cindy, Cindy. Panna lat osiemnaście, przysłowiowa sierota bez szkoły, za to z iskrą, dzięki której od czterech lat nie spędza piętnastu godzin dziennie w chmurach pary wodnej, odparzając ręce w gorącym krochmalu, lecz jak cichy, pracowity koliberek gnieździ się w barze w zamian za przyzwoitą dniówkę, jeden wolny wieczór w tygodniu i komórkę na tyłach budynku. To raj w porównaniu z pralnią i dormitorium w zapluskwionym hotelu dla robotnic. Nie za niska, nie za wysoka. Może nie piękność, ale nie brzydka. I już kobieta.
- Bez owijania w bawełnę, Cindy. Powinnaś uwieść mojego syna.
- Czemu nie, pani Kate. - Cindy drapie się pod pachą i wraca do polerowania chochli.
Kapitan Kate Hart wysyła awangardę na nieznane ziemie i popada w trwogę, ale już nazajutrz forpoczta melduje o pomyślnym rozpoznaniu terenu. W szeregach brak uchybień, nocne manewry zakończyły się powodzeniem, i to trzykrotnie, można więc mówić o bojowych nastrojach. Pulchnej Kate spada kamień z serca. Jeszcze nie wie, że za miesiąc zaprowadzi Cindy do podstarzałego Blancharda zdjąć miarę na suknię ślubną.
Tak, moja mamuśka, a twoja babcia Cindy pracowała w barze, jeszcze zanim wyszła za mąż za dziadka. Bar był jej przeznaczeniem, synu, tak jak naszym przeznaczeniem jest zakład. Twoim i moim. Zakochali się, a niespełna rok później, latem 1924 roku, gdy kraj żył porwaniem, morderstwem i procesem zabójców Roberta Franksa, przyszedłem na świat, otrzymując idiotyczne imię Isaac na cześć ojca Mike'a, a raczej jednego z obrazów jego duchowego przodka.
Niechaj zadmą trąby, niechaj wzgórza tańczą! George Hart ma syna!
- Syn, George?
- Syn.
- I co?
- Zakład działa w najlepsze, żona zdrowa, teraz syn. Jestem mężczyzną spełnionym. Byleby się odchował.
Te wzgórza stoją tu od tysięcy lat, a na nich stoi George Hart. Stoi oparty o daglezję, której korę czule gładzi chropowatą dłonią. Obejmuje wzrokiem panoramę Copperfield i poświstuje z zadowoleniem. Spogląda na miasteczko jak na piękną pocztówkę, ale pocztówka żyje i z roku na rok pięknieje. Byleby tylko syn się odchował.
Pamiętasz, jak w tęgą zimę dziadek odebrał cię z przedszkola, przyprowadził do domu, a na miejscu okazało się, że przez pół zaśnieżonego miasta szedłeś w przemoczonych kapciach, bo zapomniał dopilnować, żebyś zmienił obuwie?
- Osłuchał się opowieści.
W domu babcia zalała dziadziowi sadła za skórę, na co on niewzruszony narzucił na siebie kapotę i wolnym krokiem, poświstując, bo jakoś nigdy nie nauczył się gwizdać, w nieziemskiej zamieci zrobił rundkę do przedszkola i z powrotem po zapomniane śniegowce wnuka. Ten incydent najlepiej obrazuje jego charakter. Jeśli spodziewasz się wystrzałów hiszpańskich armat, jak u pradziadka, zawiedziesz się. Dziadzio przeszedł przez życie spokojnym krokiem. Ludzie mówili: "Panie Hart, pan ma ręce ze złota", a on gładził się po tych zrogowaciałych, spracowanych dłoniach i wzdychał: "Ależ skąd, zwykła skóra".
Spójrz, Jeremy. Dotknij. No, dotknij moich rąk. Tak. Dziadzio miał takie same.
Twój pradziadek, kapitan Jeremy Hart, zdobywał ludzi brawurą, podczas gdy dziadek George rozkochiwał ich w sobie dobrocią i skromnością. Gdybym znał kapitana, tak sobie dumam, bałbym się zawieść jego zaufanie, trząsłbym się jak osika na samą myśl o rozczarowaniu go. Nawalić przy moim tatku zwyczajnie nie wypadało. Gdybym w jego łagodnym spojrzeniu dostrzegł choćby cień zawodu, wybuchłoby mi serce. Łączyło ich chyba tylko to, że byli niezrównanymi ebenistami. Kiedy zakład przyjął zamówienie z samego Kongresu, pół miasta hucznie świętowało U Pięknego Mela, jakby Hart - Prace z Drewnem reprezentował na kraj całe Copperfield. Twój dziadzio przez chwilę stał gdzieś z boku, potakiwał wobec wiwatów, ale w końcu zmęczony harmidrem poszedł do domu, aby zaszyć się w spokojnym kącie i czytać książkę na bujanym fotelu z wikliny, który zresztą pomogłem mu zmontować, gdy miałem piętnaście lat. Pierwszą i ostatnią szaloną rzecz zrobił jako sześćdziesięciolatek, tuż po twoich narodzinach.
George Hart cierpliwie czeka, poświstując. Ike gniewnie ucisza zebranych.
- Mój ojciec chce coś powiedzieć!
- Moi drodzy, dziś spędziłem ostatni dzień w zakładzie. Od teraz Hart - Prace z Drewnem należy całkowicie do Ike'a. Przekazuję go w dobre ręce, najlepsze ręce, tak jak on kiedyś przekaże go brzdącowi, dzięki któremu się tu zebraliśmy, mojemu wnukowi Jeremy'emu. Do zobaczenia.
Jasne, niby się pożegnał, ale sądziłem, że idzie poczytać książkę, on tymczasem spakował walizkę i bez słowa wyjaśnienia wyjechał z Copperfield. Sam nie wiedziałem, co o tym myśleć. Po prostu zapadł się pod ziemię. Wrócił po pół roku, jakby nigdy nic. Wszedł do domu, ucałował oniemiałą babcię Cindy, zjadł kawałek placka wiśniowego i poszedł się zdrzemnąć. Okazało się, że zwiedził Europę. Wpadł nawet do Barcelony, więc na cmentarzu musiało kipieć, bo kapitan Jeremy Hart z pewnością przewracał się w grobie. We Włoszech i Francji kontemplował malowidła Caravaggia. Udana wyprawa, mniej więcej tyle opowiedział o swojej sześciomiesięcznej rejteradzie, po czym przez kolejne lata zachowywał się dokładnie tak samo jak przez całe życie, tyle że omijał zakład. Z powodu, o którym nie chciał mówić, nie tylko porzucił pracę, ale w ogóle tam nie zaglądał.
Pamiętasz, jak zabierał cię na wzgórza? Albo jak przesiadywaliście przed jego ołtarzem, gdy nie odbywały się nabożeństwa? Miał do ciebie słabość. Widział to, co ja widzę. Dziedzictwo.
Do zakładu wrócił przed kilkoma miesiącami. Wszedł ot tak i wziął się do roboty. Kiedy zrozumiałem, nad czym pracuje, pobladłem. Ale nic nie powiedziałem. Mój siedemdziesięcioletni ojciec pracował od rana do wieczora. W tym czasie powolutku zbił sobie dość zwykłą trumnę. Po czym George Hart, twój dziadek, mój ojciec, syn kapitana Jeremy'ego Harta, powiedział:
- Ech, to już, idę umrzeć. - I tak zrobił. Poszedł do domu i umarł w bujanym fotelu.
A czemu tata ci to wszystko opowiada? Bo czas heblować przyszłość, synu. Jutro idziesz ze mną do zakładu. Jutro jest pierwszy dzień twojego nowego życia. Prawdziwego życia.
- Ike, po śmierci kapitana, gdy łóżko przerodziło się w strumień objawienia... Co właściwie zobaczyła babka Kate? Co przedstawiała wizja?
Mojego ojca w wieku dojrzałym, ołtarz i znakomicie prosperujący zakład z przyszłości.
- Tylko tyle?
Tylko? Bredziła coś jeszcze o żywych meblach. Ale wiesz, była stuknięta. Idziesz po południu do baru, skarbie? Brałaś rano proszki?