Perspektywa robaczywości
Oto wydanie kolekcjonerskie. Trafia do czytelnika nie byle jakiego, bo
wysublimowanego, wysmakowanego w potrawie, którą serwuje autor. Jak
zwykle opisuje on rasę pełną sprzecznych dążeń, nieustannie knującą,
prymitywną w kryteriach wyznaczanych sobie celów.
Właściwie od powstania człowiek pozostawiony został samemu sobie. Szedł
na ewolucyjnym rozpędzie, który jeżeli coś proponuje, to na fundamencie
cierpliwej zmiany trwającej miliony lat. A ludzkość nigdy nie miała
czasu. Nie chciała go marnować na czekanie. Dlatego i dziś
eksperymentuje na samej sobie, pociągając miliony do niepotrzebnych
ofiar, miliardy do patrzenia na brudne od ohydy ręce.
Prawda półostateczna powstała na kanwie trzech opowiadań, co można
dostrzec w prowadzonej równoległymi ciągami akcji. Typowe dla Dicka
splątanie prowadzi w niej ku znanym nam meandrom cywilizacyjnego
fałszerstwa, a płynące z tego rozczarowanie i zgryzota stają się wręcz
wizualnie bolesne. Sam często podkreślał, iż "jeśli coś z całą pewnością
jest prawdziwe, coś innego musi być fałszywe". Skarżył się na "świat",
że "brak mu równowagi postrzegania".
Jeśli miałbym się odnieść do wartości takiego postapo, to umieściłbym tę
powieść na średnim poziomie. Dick bywał lepszy. Dick bywał
dynamiczniejszy. Dick szokował ofertą dziwaczności wizji w każdym
aspekcie odkrywanego świata. Gdybym miał polecić książkę, to tylko tym,
którzy kochają starego mistrza i lubują się w jego każdorazowych
powrotach na autorską scenę. Zaliczam siebie do tego grona.
I co ważniejsze, przyznam się, że nim zabrałem się do pisania tej
przedmowy, przeczytałem wszelkie dostępne mi wstępy do dzieł Dicka.
Wiąże je wspólna, być może gremialnie uzgodniona opinia: wyrok o niepoczytalności autora. Wytknięcie wady aspołecznego zachowania,
słabości, lęku i pomieszania zmysłów wydaje się naczelną ideą krytyki
Dicka. Będę go bronił. Uznanie jego prac jako ciągu niekończącej się
osobliwej opowieści jest drugim wątkiem tegoż samego złośliwego
oskarżenia. Przecież literatura ma to do siebie, że jest niekończącą się
litanią, petycją o nawrócenie społeczne i moralne, eksploracją mrocznej
części ludzkiej psyche. Jest ciągiem niewspólnych powieści zmierzających
do kumulatywnego celu - refleksji odbiorcy. Niczego nie zdobywamy na
wieki. Jedynie kręcimy się w kółko. Sięgamy po kolejne książki i pisarzy
złaknieni nowego przeżycia.
Dzieła starożytne i współczesne łączą wspólne reminiscencje. Czy to
spopielone w Bibliotece Aleksandryjskiej, czy na stosach nazistowskich
Niemiec, czy to przekreślone ręką cenzora, bo lokalizm upośledza
obiektywne postrzeganie, lokalizm pozwala im zwiędnąć lub co gorsza - je
unieważnić.
Wiemy z całą pewnością, że cechą indywidualną dobrej literatury jest
niezwykły autor. Nawet zakresem personalnych upodobań - tych
wkraczających na terytorium "szkoły wszelakiej podejrzliwości" Sigmunda
Freuda - autor zatruwa albo inspiruje, kształtuje odbiorcę lub
kompletnie go deprawuje - jak dzieła Friedricha Nietzschego.
Język, wychowanie, wpojone morale czy ukorzeniona w duszy po europejsku
lub amerykańsku historia biorą górę nad wolnościową tolerancją. Zamykają
w getcie wartości lokalnych. Jakże to "dziwności" nie ograniczyć
nawiasami? Jakże to "inności" nie wytknąć palcem? Jakże to
"robaczywości" nie zgnieść podeszwą buta?
Od lat ponad trzydziestu mieszkam na antypodach, w krainie wiecznych
pustyń, którą tak zwana grupa poprawności moralnej nazywa zepsutym,
zgniłym, czyli upapranym moralnie Zachodem. Synonimem tegoż krzywego
zwierciadła, w którym wybierając emigrację, chciałem się odbić, jest
wolność nieograniczona. Jak by to wytłumaczyć obrazowo? Ano w sensie
duchowym jestem rozciągliwy na cały ten wielki ląd. Nie widzę dla siebie
barier. Mam prawo odbierać świat takim, jakim go widzę. Kształtować
życie po swojemu. Interpretować wielowiekowe prawdy - po swojemu. A co
najistotniejsze, mam środki na to, żeby sobie to wszystko zafundować.
Mamonę zdobyłem ciężką, bo uczciwą pracą. A i tak, gdy moja
interpretacja zacznie przeszkadzać komuś większemu, on na podstawie
własnych norm wolnościowych będzie miał prawo mi zamknąć dziób.
I nie trzeba było być Amerykaninem, przeżywać amerykańskiej fobii
otaczania się środowiskami konspiracji i knowań, żeby widzieć w lustrze
podwójne i potrójne obrazy. Dick był obywatelem państwa, które w latach
sześćdziesiątych z obawy przed utratą bogactwa i znaczenia wsadzało nos
w każdy, najmniejszy zakątek globu. Mordowało w imię obrony pokoju,
usprawiedliwiając to rozszerzaniem demokracji czy ochrony zaprowadzonych
po chamsku punktów zagrożonego biznesu. Nic dziwnego, że polityczna
obawa przed zemstą zza grobu przybrała skalę ogólnonarodowego szaleństwa
w czasie terrorystycznego ataku na World Trade Center. Zarządzano
zaciemnienie okien, wprowadzano ćwiczenia alarmowe w szkołach, wzniecano
paranoję poszukiwań potencjalnych terrorystów na ulicach i lotniskach.
Ówcześni yansejowcy chcieli, żeby ogół społeczeństwa trząsł portkami jak
ci winni całego zamieszania. W innym wypadku głowa tego samego mocarstwa
podejrzliwe oceniała rzeczywistość, przypisując jej zbrodniczą
fikcyjność. Otaczały ją zewsząd fake newsy. Sama żyła w stworzonym przez
siebie paranoidalnym getcie. Mam tu na myśli pewnego znanego wszem
prezydenta, który wybielaczem chciał uleczyć covid. Kto wie, co
powiedziałby na wieść o wszechmocnym Ubiku? Zmory mistrza Dicka
właściwie podpowiadały mu rozwiązanie.
Jeszcze jedno: najwyższe szczyty górskie są w Himalajach, najgłębsze
rowy tektoniczne na Pacyfiku, a najokazalszych wieżowców świata nie
zbudowano w USA. Czego zbałamucony ogólną tezą o lokalnym dobrostanie
Amerykanin i Australijczyk nie wie. Nawet w setce radiowych stacji nie
zabrzmi pojedynczy obcojęzyczny utwór muzyczny, a w ogólnym odbiorze nie
pojawi się ani jeden nieanglojęzyczny kinowy przebój. To nie żart.
Naprawdę tak jest. W australijskiej sieci dyskontów Reject Shop nie
sprzedaje się towarów z obcą etykietą. Bo z opisem w języku francuskim
lub niemieckim czekolady mogą być niezdatne do użytku.
Ludzie anglosaskich podziemi boją się inności, bo kulturowe bogactwo
znaczeń może ich wykluczyć ze wstępu do portów ważności. W psychiatrii
będzie to zwiastun załamania nerwowego. W życiu - patriotyzm na
sztandarach.
Zachód po raz wtóry odkrył jednostkę jeszcze w epoce rewolucji
francuskiej, ale ją zlekceważył, aż do czasów miotających masami ruchów
rewolucyjnych i wyzwoleńczych lat początków wieku dwudziestego. Wtedy
nastąpiła refleksja. Termin "jednostka" przeszedł odnowicielski proces
definiowania jej w świetle odczuwania subiektywności i ważności własnego
ja. Stała się w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia "obywatelem".
Dopiero w sześćdziesiątych dopięto do niej ludzi kolorowych. Doskonale
zmanipulowane pojęcie posłużyło do budowy społeczeństwa demokratycznego.
Marksizm wcielił go w masę i zmielił na miazgę, demokratyczny kapitalizm
wpuścił go na parkiet nowojorskiej giełdy i oddał uwłaczającej wolności
na ulicach i pod mostami wielu amerykańskich miast.
Propagandowy prąd porwał małego człowieczka, a on, umacniając się w przekonaniu, że jest uprawomocniony decyzyjnie, dał się ogłupić do tego
stopnia, że nawet nie wie, gdzie prawidłowo umiejscowić geograficznie
swój mały dom z ogródkiem, grządkami porośniętymi perzem lub mokrym
namiotem pod kolejowym mostem.
W interesie małej, nieograniczonej wolności obywatel nie buntuje się na
dźwięk kłamstwa o niej. Przeciwnie, umacnia się w dobrostanie
przynależności do krainy amerykańskich czy australijskich snów. Tak
naprawdę odkrycie Zachodu, że jednostka będzie nieograniczenie tyrać pod
szyldem wolności, stało się kołem zamachowym jego propagandy. Należało
człowieczka tylko wyizolować, nakarmić propagandową pożywką, zachęcać do
nieograniczonej konsumpcji, by on już sam, utuczony frazesami o sukcesie, rwał się do wyścigu szczurów. Podczas gdy systemy totalitarne
obłędnie koncentrowały się na terroryzowaniu wolnej myśli, Zachód tę
myśl subtelnie ukierunkowywał. Życie w kłamstwie stało się bardziej
nęcące od toczenia bojów o prawdę. Oddana w ustawach zasadniczych i wmurowana w fundament państwa demokratycznego prawda o wolności utknęła
w oddolnym bagnie manipulacji i ogłupienia. Jednostkowo prezentowany
obywatel jest nie tylko głupi, ale i ślepy. Ameryka i jej podobne krainy
pławią się w uwielbieniu masowych mordów, rajdów szaleńców i gwałcicieli
na spidzie. Przed laty ze zdumieniem i zgrozą oglądałem relacje z Port
Arthur na Tasmanii, gdzie dwudziestoparoletni miłośnik broni
automatycznej zamordował w parku i na ulicach kilkunastu przypadkowych
przechodniów, a potem przez dwa dni katował troje zakładników. Nawet
ukuto powiedzenie usprawiedliwiające takie opłakane sytuacje: "ofiara
znalazła się w złym czasie w złym miejscu". Jakby słowa te miały być
definicją braku kontroli nad losem własnym i przekornie usprawiedliwiały
okropieństwo. Policja nie zastrzeliła złoczyńcy, który trzymając ofiary
pod lufą karabinu, zgotował im los gorszy od eksperymentów doktora
Mengele. Dowodzący grupą antyterrorystyczną ocalił mordercę celowo, aby
uświadomić światu bezsilność wymiaru sprawiedliwości i niewspółmierność
kary do zbrodni. Jak niegdyś, po drugiej wojnie światowej, gdy skazano
na śmierć tylko dwunastu nazistów z grupy liczącej ponad osiem milionów,
pozwalając reszcie na bezkarne życie w cieniu demokratyzmu.
W latach sześćdziesiątych ci ludzie ciągle krążyli i konspirowali.
Zepsuci moralnie i zdeprawowani dreptali zapewne wokół młodego Philipa
Dicka. Znaleźli się w kręgu jego inspiracji do Człowieka z Wysokiego
Zamku.
Fascynacja Zachodu zbrodnią jest zastanawiająca. Chory angielski termin
rampage w tonie telewizyjnej relacji przyciąga pieniądze i oglądalność. Rampage oznacza masowe ofiary w szkołach, kinach i restauracjach. Opisuje też wariata wymachującego odciętą głową. Oto mamy
temat, który przyciągnie do odbiorników miliony wstrząśniętych i obślinionych potworów. Będą siedzieć w domach i przez najbliższy miesiąc
przejadać czas, by doczekać krwawej kontynuacji. Ci drudzy - normalni -
ze strachu dostaną urojeń i nawet się nie odezwą do sąsiada. Będą
siedzieć bladzi. I staną się z dnia na dzień niepalący.
Nie chcę być nudny i rozpisywać się nadmiernie na temat uzależnień,
fobii i paranoi, stanów depresyjnych i lękowych Dicka, co robili moi
poprzednicy. Prócz uzależniających używek wszystko to mam z Dickiem
wspólne. Może wszyscy mamy? Przeszedłem niezliczone depresje, a stany
lękowe stały się moim chlebem powszednim. Urojenia i halucynacje na
szczęście mnie ominęły, ale potrafię sobie wyobrazić coś tak bardzo
złożonego emocjonalnie, tak namacalnie odrażającego, że moja kontrola
nad otoczeniem staje się problematyczna. Urojenia naprawdę potrafią
paraliżować i zabijać w nas człowieczeństwo.
Większość przedmówców potwierdziła obecność u Dicka objawów choroby
psychicznej. Można się zgodzić, ale przyjrzyjmy się temu problemowi z pozycji pacjenta literata - wszędzie widzącego wątek nowej inspiracji...
Lekarz obiera kierunek diagnozy, posługując się zgromadzoną bazą danych.
A te z kolei dużo wcześniej zaszufladkowała w statystycznej szafie inna
grupa patologicznych patologów, która z domniemanym pacjentem i lekarzem
stawiającym diagnozę nie ma nic wspólnego. Wszyscy działają przecież w konspiracyjnej siatce dobrze opłacanych przez firmy farmaceutyczne
kretynów.
Czyżbyśmy znów mieli do czynienia z teorią spiskową?
Natężeniu objawów przypisuje się skalę i wypisaną tłustym drukiem nazwę
chorobotwórczego zespołu. Nadaje ją sam odkrywca i wpisuje do rejestru
anemicznie udowodnionych schorzeń - jak na przykład zespół
Moerscha-Woltmanna w tak zwanej chorobie sztywnego człowieka. Objawia
się ona bolesnym, rozszerzającym się na cały organizm sztywnieniem
mięśni. Zastanawiające, że wierzymy im wszystkim na słowo.
Pamiętam, że gdy w młodości odkryłem, jak wiele trapi nas chorób, w szoku niedowierzania zwróciłem twarz ku Bogu. Od tych wszystkich
schorzeń wywoływanych drobnoustrojami po genetyczne, od zmian
zwyrodnieniowych po przeżerających dziecięce mózgi roje pasożytów -
robiło mi się niedobrze. Nie uczono tego w szkołach. Pomijano milczeniem
w rodzinnym domu. Pokrywano ciszą na ambonach. Ja jednak wyobraziłem
sobie jaźń innego twórcy. Jego nieograniczona inwencja musiała być dla
niego samego przerażająco bolesna. Realizacja z tej potworności
najpewniej poprowadziła go do piekła wyrzutów, a może nawet słusznej
konkluzji, że jest zdrowo walnięty. Seryjny morderca latami bowiem
obmyśla plan swojej zemsty nad materią, a potem w siedem dni wykańcza
ofiarę.
Pamiętają państwo Ubika i jego powtarzalną udrękę, wijącą się w natręctwach poprzez karty powieści? Skąd wydała mi się znajoma? Ano
wyobraźmy sobie naszego pacjenta w osobie Philipa Dicka wędrującego i tropiącego po aptekach uśmierzający ból medykament. Pamiętajmy, że jest
poszukującym tematów literatem. Odnajduje produkowany masowo symboliczny
"ubik", który jest precyzyjnie odważonym, wsadzonym w kartonik
sprasowanym proszkiem. W pudełku odnajduje nasz pacjent również notę
ostrzegającą przed przedawkowaniem.
"Ubik może wywołać skutki uboczne". Tu wymienia się krwotoki wewnętrzne
z jelit, zatory żylne, podwyższenie ciśnienia tętniczego, aż wreszcie
uduszenie, alergie i śmiertelne sraczki. Literat i tak połyka pastylkę,
bo czuje się statystycznie bezpieczny. Byle minął ból i wynikająca z niego gorycz. Jak daleko w naszym życiu odbiegamy od świata koszmaru?
Philip Dick był niedoścignionym wzorem płodności i erudycji,
nauczycielem i przewodnikiem po meandrach okropności, niedoszłych lub
doszłych do skutku potworności i kompanem do wspólnie wyznawanej
obsesji. Tej traktującej o dualizmie wszechświata i jego sprzysiężeniu
przeciw istotom poszukującym głębszego sensu i zasadności egzystencji.
Prawda półostateczna pojawiła się na rynku w roku 1964, więcej niż
półwiecze temu. Mamy więc po czasie świadomość, że nawet prezydenckie
głowy wielkiej Ameryki cierpią na paranoje, lęki i omamy wizualne. Że
potrafią być skrajnie nieodpowiedzialne, by nie powiedzieć, że są
idiotami, bo nie kryją się ze swoją niewiedzą, a przeciwnie - deklarują
erudycję i mądrość na jej fundamencie. Jak miliony Amerykanów, z których
wywodzi się Dick, tak i on wyraża obawy przed iluzorycznością prawdy.
Dziś moglibyśmy mu pogratulować trafności przewidywań. Obszar jego
cudownego kraju aż roi się od zamkniętych gett masowego kultu; od bagna
religii po bagno poglądów filozoficznych.
Zatem nic dziwnego, że Dick już pół wieku temu sięgał ku społeczności
zatraconej w propagandowym kłamstwie. Ziarna owych czasów już tam
kiełkowały. Czy był pierwszym, który spróbował się z postapo? Czy miał
poprzedników, od których czerpał wzorce?
Zwróćmy się z tym pytaniem ku historii. Korzenie postapo sięgają w bardzo daleką przeszłość. Ludzkość doświadczała marnego losu w beletrystce powstałej jeszcze w wieku trzynastym, kiedy to w powieści
znanej na Zachodzie pod tytułem Theologus autodidactus niejaki Ibn
an-Nafis opisał zderzenie Ziemi z obiektem kosmicznym i przedstawił
wynikłe z tego kataklizmy. Arabowie tamtejszych czasów mogli się
poszczycić wielkimi osiągnięciami na polu takich nauk jak astronomia i matematyka, więc opowieść ta padła na żyzną glebę dobrze wyedukowanego
społeczeństwa. Wzbudziła zainteresowanie i rozgłos.
Jednak oficjalnie za pierwszy utwór tego nurtu uważa się Le dernier
homme z 1805 Jeana-Baptiste'a Cousina de Grainville. Spekulatywna
fikcja owego postapo opowiada o tragicznym w skutkach upadku ludzkości.
Podobnie w poemacie Ciemność z 1816 roku lord Byron opisuje koniec
życia na Ziemi po wygaśnięciu Słońca. Mary Shelley w opublikowanym w roku 1826 The Last Man zajmuje czytelniczą uwagę historią o morderczej
aż do finalnego skutku epidemii. Inne utwory z dziewiętnastego stulecia
to: The Book of Machines z powieści Erewhon Samuela Butlera, After
London Richarda Jefferiesa, Wehikuł czasu i Wojna światów Herberta
George'a Wellsa oraz The Purple Cloud M.P. Shiela.
I już w wieku dwudziestym: Szkarłatna dżuma Jacka Londona, a bliżej
Dicka wydane w 1946 roku opowiadanie Rescue Party Arthura C. Clarke'a,
powieść Małpa i Duch Aldousa Huxleya, Let the Ants Try Frederika
Pohla.
Może wystarczy tytułów. Z biegiem lat grono autorskie się zagęszcza.
Niektórzy są znajomymi Dicka, niektórzy nie, ale ich twórczość nasz
autor na pewno zna. Między innymi są to: Isaac Asimov, Ray Bradbury,
Arthur C. Clarke, John Wyndham, Robert Heinlein, Andre Norton, Clifford
Simak, żeby wymienić tylko najsławniejszych. Na tej liście Philip Dick
pojawia się dopiero w roku 1953 z opowiadaniem w nastroju
postapokaliptycznym Wariant drugi. Kiedy zabiera się do Prawdy
półostatecznej, trafia na gigantyczne poletko ziemi już zaoranej.
Opowieść ta zaczyna się w potężnych podziemnych schronach stanowiących
właściwie samowystarczalne przemysłowe miasta. Mieszkańcom owych
molochów wpojono, że trzecia wojna światowa, przed którą uciekli jak
szczury do kanalizacji, trwa w najlepsze, że na powierzchni wciąż
przewalają się fronty. Tymczasem w rzeczywistości zapanował już pokój, a ci, którzy pozostali na ziemi, yansejowcy, korzystają z jej wyników i cieszą się słonecznym światłem oraz przestrzenią. Nadmiernie rozrośnięta
populacja, którą wojna wtrąciła w zatłoczone lochy, pracuje ponad siły w imię ich dobrobytu. Dick nie koncentruje się na mechanizmie zaopatrzenia
tych podziemnych społeczności. Wystarcza mu, że są i produkują broń oraz
nieskażoną radioaktywnie żywność, w które zaopatrują powierzchnię.
Może w tym miejscu przedstawię się czytelnikowi. Żeby znaleźć sobie na
rynku publikacyjną niszę, stworzyłem rodzaj fantastyki, którą nazwałem
retrofikcją. Zakłada ona, że wiek dziewiętnasty nigdy się nie skończył.
Jego kontynuacja prowadzi do ciekawych spostrzeżeń. Również i rasy obce
w kosmosie mają swój wiek dziewiętnasty i na tym poziomie się z Ziemianami kontaktują. Znamienne, że jakoś nigdy przedtem nie przyszło
mi do głowy, że różnice wieku cywilizacyjnego mogą być przeszkodą nie do
pokonania. Jak kontakt pierwszoklasisty ze studentem trzeciego roku.
Dlaczego sięgam po twórczość własną akurat w tym miejscu? Dlatego, żeby
zauważyć, iż na potrzeby jednej z moich powieści wymyśliłem sobie
fikcyjną technologię kawitacyjną - z definicji jest to przejście z fazy
ciekłej w gazową wskutek gwałtownego spadku ciśnienia. Chodziło mi o rozmach tak charakterystyczny dla ducha epoki Verne'a. Ludzie w moim
alternatywnym świecie potrafią zamieniać skałę w ciecz, a tę następnie
odparowywać. Dzięki temu powstają "kawitaty", ogromne jaskinie mogące
pomieścić całe królestwa.
W powieści Dicka nie doszukałem się dostatecznego opisu podziemnego
świata. Autor skupił się na intrydze, rezygnując z dynamizmu obrazu.
Spróbujmy zatem sami, a odkryjemy, o co mi chodzi i co przeszkadza.
Najokazalsza obecnie jaskinia znajduje się przy granicy Wietnamu z Laosem. Hang Son Doong jest długa na dziewięć kilometrów. Największa z jej komór ma ponad pięć kilometrów długości, sto pięćdziesiąt metrów
szerokości i aż dwieście metrów wysokości. Zmieściłby się w niej
czterdziestopiętrowy budynek. Ale to za mało, żeby umieścić w niej
większość amerykańskiej populacji z czasów powieści Philipa Dicka.
Chodzi o to, żeby było strasznie i po amerykańsku.
Na terenie USA, dokładnie w stanie Kentucky, znajduje się odwiedzana
przez turystów Jaskinia Mamucia. Imponuje długością - ma czterysta
pięćdziesiąt sześć kilometrów, na co składają się wszystkie korytarze,
studnie i kominy. Ciekawostką jest podziemny ekosystem, liczący ponad
dwieście gatunków zwierząt. Jakże wspaniały temat dla fantasty. I tam
właśnie mógłby umieścić akcję powieści Philip Dick. Z tym że ciągle
byłoby za mało miejsca dla ludzi i ich hydroponicznych upraw, a zaopatrzenie w materiały, ich składowanie, potem wywózka śmieci i odprowadzenie gazów przemysłowych zajęłoby gros przestrzeni nawet
największej z jaskiń. Pochodzę ze Śląska i wiem, jaki problem w kopalniach węgla kamiennego stanowi woda i klimatyzacja. Zatem u Dicka
motyw zamknięcia i odcięcia ogromnej większości populacji stanowił motyw
sam w sobie bez konieczności szerszego uzasadnienia.
I dalej...
Naziemna elita prowadzi akcję dezinformacyjną. Utwierdza ludzi w przekonaniu, że przetrwanie w powierzchniowej, skażonej atmosferze jest
niemożliwe, że konieczne jest zdwojenie produkcji sprzętu wojskowego,
aby uratować ginącą ludzką populację. Prezydent tak zwanych yansejowców
wygłasza dramatyczne przemówienie telewizyjne, w którym przekonuje
widzów do jeszcze większych poświęceń w imię zwycięstwa nad wrogiem.
Przyznaje, że koniec wojny jest bliski. W rzeczywistości jednak elita
zainteresowana jest dalszą konspiracją wspierającą utrzymanie jej władzy
i bogactwa. A sam prezydent Talbot Yancy jest rodzajem wytworu
imaginacyjnego znajdującego się w rękach agencji Stantona Brose'a, który
notabene już nie jest człowiekiem, bo utrzymują go przy życiu
wyprodukowane przed wojenną zawieruchą sztuczne organy. Może tyle w ramach zachęty do lektury.
Tylko że znowu - długotrwałe przebywanie w piwnicach niesie inne
niebezpieczeństwa. Górnicy narażeni są na ślepotę. Czy mieszkańcy
podziemi Dicka wykorzystują konie do transportu, czy one też ślepną? Jak
zorganizowana jest komunikacja? Skąd pojazdy czerpią energię? Mógłbym
mnożyć pytania w nieskończoność, krytykując sens takiej konstrukcji, bo
jeśliby odwrócić proporcje i założyć, że podziemna mniejszość pracuje na
większość naziemną, cała intryga upada. Mieszkając na Śląsku, dosłownie
czuło się to rycie tysięcy rąk pod stopami, widziało się spękane mury
kamienic i obserwowało nękające region katastrofy.
Nie trzeba mieć umysłu Dicka, aby się obawiać czyhającego za rogiem
przekrętu. Owego "Większego Cienia" - aspirującego do miana społecznego,
dobrze zorganizowanego pasożyta. Stąd niepotrzebne są potężne podziemia,
zbędna Jaskinia Mamucia i wymyślna kawitacja. Dziś powierzchniowi
yansejowcy ukryliby się w Darknecie, bo wierzę, że funkcjonują gdzieś w niedostępnym świecie "ponad" - organami ścigania, biurami podatkowymi i politycznym chaosem, którego może są sprawcami. Wall Street, fundusze
emerytalne, bankowe procenty i inflacja zbierają żniwo w teoriach
spiskowych. Mówi się, że znikające pieniądze to fikcja. Wpiera się, że
inflacyjny grosz nie wpada do portfeli personae incognitae. Po tej
stronie wszyscy jesteśmy jaskiniowcami Dicka. Współcześnie żyjący autor
miałby o czym pisać.
Zauważyłem jeszcze na lekcjach matematyki w szkole średniej, że mój
umysł nie pracuje systemowo i precyzyjnie, jak u innych, a jest
rozbiegany, trudny do opanowania, podchodzi do zagadnień okrężnie,
niesystematycznie, skokowo i chaotycznie. Obok tej oczywistej wady
pojawia się zaleta. Może właśnie dzięki niej eksploruję obszary
niewidzialne dla osób wyuczonych systematyki biegu myśli od "A" do "Z".
Nie mam za złe Dickowi, że uciekał w nałóg. Zagubiony, nierozumiany
niestety nie doczekał ziszczenia swych marzeń. Jego twórczość pełna była
powrotów do jeszcze świeżych w latach powojennych mrocznych kart
historii. Wrzucenie ich w przyszłość wydawało się nieuniknione. A tam
przynosiło refleksję, w której niestety sinusoida humanistycznych
wzlotów i upadków przekreślała grubą krechą wszelkie mrzonki o istnieniu
krzywej wznoszącej, wiodącej łagodnym łukiem ku szczytowi z nadczłowiekiem w roli głównej.
Zaistnieliśmy tylko dzięki wciśnięciu się w przedział ewolucyjnej niszy.
Dzień zwycięstwa był dniem naszej klęski. Skorzystaliśmy z jedynie
dostępnego wzornictwa gatunkowego. A ta szczegółowa charakterystyka
genetycznego planowania ma ograniczenia. Porównajmy gatunek ludzki do
plasteliny... Otóż przecisnąwszy się przez symboliczną dziurkę od klucza,
nasz gatunek przybrał kształt owej dziurki. Uzyskany precyzyjny wzór nie
pozwoli się nam przekraść do jeszcze innego przejścia. Już
wykorzystaliśmy swoją szansę, a na planecie nie ma miejsca dla drugiego
gatunku rozumnego o podobnej rozpiętości obszarów adaptacji. Niemożliwa
jest żadna aktualizacja. Z małpy nadrzewnej niewiele da się zrobić. Na
zawsze pozostanie zaledwie praworęczną grymaśnicą z resztą kończyn w fazie upośledzonego rozwoju. Tylko prawej ręce i związanej z nią części
aktywnego mózgu zawdzięczamy cywilizację.
Nie mamy zatem podstaw sądzić, by kiedykolwiek przed naszym gatunkiem
stanęło zadanie pokonania oceanów niemożliwości. Nigdy nie ruszy do
gwiazd. Nigdy nie zasiedli Galaktyki. Gorzej, wytruje własne dzieci
smogiem, zabije ściekami i zadusi plastikiem.
Człowiek został niejako ograniczony do jednego szczebla i na nim
zawiśnie, choćby nie wiem, co robił i za kogo się miał. I tutaj w pełni
zgodzę się z Dickiem, że limitacja oczekujących nas rozwiązań
biologicznych prędzej czy później doprowadzi do anihilacji zbyt
energochłonnej ludzkości.
Zajrzymy na chwilę jeszcze raz do mojego własnego świata kreatywnego, co
akurat nie ma konkretnego związku z dziełem Dicka, ale jako takie
zaświadcza o eminentnym miejscu modelu percepcji autora w mojej
świadomości:
Oto resztki cywilizacji już zapomnianej i izolowanej, ograniczonej do
wymiaru gigantycznego mieszkalnego molocha, w złotym wieku istnienia
mieszczącego trzysta miliardów osób. Cnococks jest tym wszystkim, czego
współczesny mu człowiek przyszłości nienawidzi. Behawioralny mentor
automatycznego miasta, który uzależniony od energii ludzkiej psychiki
już dawno umarł. Jego następcy nie wystarcza już dobrowolna dawka
ludzkiej energii. Wysysa ją od śpiących ludzi, poddając ich, gdy są tego
nieświadomi, dodatkowej dawce hibernacyjnego snu. Zamiast po dobie,
budzą się po miesiącu albo wcale. Mieszkańca Cnococks otaczają
niezliczone znane nam z codziennego życia sprzęty. Behawioralna
szczoteczka do zębów wyzwala natręctwo szczotkowania, wycieraczka do
obuwia zmusza do wycierania podeszwy aż do bólu i zgonu, behawioralna
suszarka do włosów paraliżuje rękę, aby skupiony strumień gorącego
powietrzna przepalił czaszkę. Losem wszystkich mieszkańców rządzi
czuwający Mentor. Mamy w tle zakażone natręctwami domy, parki, kościoły
z zainstalowanym przymusem klękania i krążące automatyczne samochody
duszące pasażerów spalinami. Wrzucony w ten chaos człowiek wydaje się
bezbronną ofiarą, lecz wkrótce udaje mu się odzyskać utraconą władzę nad
przedmiotami codziennego użytku. Ustanawia nową władzę, o niebo gorszą
od poprzedniej, czego generalna populacja długo nie odkryje, bo Nowy też
korzysta z jej psychicznej energii.
Nie twierdzę, że mój pomysł jest oryginalny. Może gdzieś coś kiedyś
podobnego powstało? Dick też nie pływał przecież w próżni, ale otaczał
się gromadą setek tysięcy nie tylko czytelników, ale i naśladowców.
Wynika z powyższego, że jest dla mnie Dick nie tylko nauczycielem, ale i przewodnikiem po przyszłych polach wiecznego nieurodzaju. Jest
architektem nadzwyczajnych światów filmowych inspirujących się jego
twórczością.
Richard Bernstein w artykule o Dicku w "New York Timesie" z listopada
roku 1991 wspomina go jako protagonistę wrzuconego siłą wyobraźni w futurystyczne koszmary i pyta, dlaczego wtedy, to jest w latach
dziewięćdziesiątych, tak nagle zyskał na popularności. Co spowodowało
powstanie niepisanego kultu jego twórczości? Bernstein nie wiedział
tego, co przyniosła nam następna epoka. Kolejne trzydzieści lat historii
ludzkości udokumentowaliśmy w bagnie katastrof, głodu, epidemii i bezsensownych wojen, w których fałszywe, politycznie sterowane
oskarżenia zwykle prowadziły do sumarycznej śmierci i kalectwa
dziesiątków milionów ludzi.
Pandemia? Czyż wirus Covid - niezwykle zakaźny w pierwszej fazie
pandemii, kiedy to przenosił się z szybkością szalejącego pożaru - nie
przypomina morderczych chemikaliów z komór gazowych Trzeciej Rzeszy?
Covid-19 wyzwalał podobne do cyjanowodoru objawy blokady wymiany gazowej
płuc. Dziwna analogia. Gdyby tylko ktoś wymyślił podobnie masowego
mordercę, na naszych oczach ziściłyby się najbardziej potworne,
koszmarne i groteskowe wizje Philipa Dicka. Już tylko krok dzielił
designera od kontroli wymierania całych populacji mniej odpornych grup
kolorowych: Aborygenów, może jeszcze Żydów, malkontentów i medycznych
niedowiarków. Zrealizowałby wytyczne teorii czystości rasowej Mein
Kampf, niczym w alternatywnej rzeczywistości wyobrażonej przez Dicka w Człowieku z Wysokiego Zamku.
Amerykańskość obnażała się w nim kompletnym brakiem empatii. Niby ta
sama nacja, tyle tylko, że ideologicznie przetworzona na wzór białego
faszysty. Wąglik germańskiego nazizmu błyskawicznie znalazł
teoretyzowane przez Dicka poletko urodzaju. Szkoda, że autor nie
spekulował na temat przeprowadzonego z gigantycznym rozmachem podboju
kosmosu. Zjednoczone pod pryncypiami równości rasy ludzkie przenosiłyby
swe okropieństwa pomiędzy gwiazdy. Dokonywałyby nazistowskiej inwazji na
inne planety i w imię czystki gatunkowej tępiłyby na nich wszelkie
życie. Może wrzucałyby w ich atmosfery tony śmiercionośnej substancji
podobnej w składzie do Cyklonu A lub B?
W życiu prywatnym Dick najpewniej pragnął normalności. Nie bez powodu
formalizował swe związki aż pięć razy i doczekał się trzech potomków.
Gdzieś w jego krótkim życiu pojawiała się luka wypełniona ciepłem i miłością. Powrót do żywych wiązał się ze zmianą percepcji. Jego książki
zyskiwały na dynamice i rzetelności. Imał się różnych zajęć. Widać to w różnorodności przedstawionych zawodów. Jego bohaterowie to ludzie
zwyczajni, a ci bogatsi częstokroć mają wykrzywione charaktery, żeby nie
powiedzieć burżuazyjnie zepsute. Sklep z płytami i radio - ten okres był
chyba najbardziej stabilny w jego życiu, a jego twórczość
najsolidniejsza. Pisał dla wydawnictw groszowych, zapewne więc był słabo
opłacany, funkcjonował na granicy aktywności hobbystycznej.
Kiedy utknął na chwilę w bagnie nałogu, najprawdopodobniej właśnie
twórczość literacka pozwalała mu myśleć o sobie pozytywniej. Wyciągała
go na powierzchnię zdrowego życia. Wyobrażam sobie, że biegał wtedy w poszukiwaniu starych tekstów, grzebiąc w stertach papierów i śmieci.
Struktura równolegle prowadzonych akcji powieściowych jest tego dobitnym
przykładem.
W opisowych fragmentach Dickowych tekstów odnajdujemy
małomiasteczkowość, tandetne sklepiki, parkingi, przeciętne samochody.
Lustrzana strona jego wyobraźni głęboko była tymi obrazami
przesiąknięta. Dick sprawia wrażenie charakterystycznego wytworu kultury
robotniczej. Może dlatego tak bardzo był przesiąknięty gorzko odczuwanym
artystycznym zawodem. Jego aspiracje względem mainstreamu nie mogły się
ziścić choćby ze względu na nazwisko, które wszystkim kojarzyło się z obelgą. Zawsze wracał więc do fantastyki. Do perspektywy, w której
wyłaniane teksty przynosiły ulgę. Jakie mógł zaproponować wizje
przyszłości? W analizie własnych obserwacji pojawiał się mrok i nędza. I tą przewidywalnością urzeka. Bo my niejako z automatu wolimy ślepotę od
prawdy, narkotyczny sen od delirki dnia codziennego. Dick posiadał ów
wrodzony dar widzenia ponadnormatywnego. Spostrzegł wyłaniający się z niebytu przyszły kształt superyansejowskiego Darknetu. Czyżby tylko
przewidziała mu się tak ułomna, beznadziejnie pokręcona przyszłość z celowo niedokształconymi niewolnikami w tle, czy sumiennie wydedukował
ją z chrumkania toczącego rzeczywistość społeczną, realnie istniejącego
robaka? Odnoszę wrażenie, że to drugie jest najwłaściwsze.
Jan Maszczyszyn
Melbourne, 25 marca 2023
1
Mgła czasem potrafi się dostać do środka i dopaść cię, obezwładnić.
Przez długie i wysokie okno biblioteki - monumentalnej budowli z betonowych bloków, która kiedyś, w innej epoce, górowała nad zjazdem na
biegnącą brzegiem zatoki autostradę - Joseph Adams w zadumie obserwował
mgłę, tę nad Pacyfikiem. A ponieważ był wieczór i świat powoli pogrążał
się w ciemnościach, ta mgła przerażała go tak samo jak ta w jego
wnętrzu, która jeszcze nim nie zawładnęła, ale napierała, pulsowała i wypełniała pustkę jego ciała. Tę drugą zwykle nazywano samotnością.
- Zrób mi drinka - błagalnie jęknęła za jego plecami Colleen.
- Nie masz rąk? Nie potrafisz wycisnąć cytryny?
Odwrócił się plecami do okna z widokiem na uschnięte drzewa, za którymi
w zapadającym i gęstniejącym mroku rozciągał się i łączył z niebem
Pacyfik. Przez moment nawet się zastanawiał, czy zmieszać jej tego
drinka, ale zaraz przypomniał sobie, co musi zrobić i gdzie powinien
być:
Za biurkiem o marmurowym blacie, które wyniesiono ze zbombardowanego
budynku w Russian Hill, dzielnicy dawnego San Francisco. Usiadł przy
oratorze i dotknął klawiatury.
Colleen, narzekając, znikła - ruszyła na poszukiwanie blaszaka, który
zrobiłby jej drinka. Siedzący przy swoim biurku i oratorze Joseph Adams
usłyszał, jak wychodzi, i ucieszył się. Z jakiegoś powodu - nad którym
wolał się zbyt głęboko nie zastanawiać - czuł się bardziej samotnie z Colleen Hackett niż bez niej, a ponadto późnym niedzielnym wieczorem
mieszał okropne drinki: zawsze zbyt słodkie, jakby przez pomyłkę jeden z jego blaszaków podsunął mu butelkę tokaju, a on użył go zamiast
wytrawnego wermutu do martini. Zabawne, ale samodzielnie robiąc drinka,
blaszaki nigdy nie popełniały takiego błędu. Czy to jakiś omen? -
zastanawiał się Joe Adams. Czyżby stawały się mądrzejsze od nas?
Starannie wystukał na klawiaturze oratora potrzebny mu rzeczownik.
"Wiewiórka". Potem, po ponad dwóch minutach ospałego, głębokiego
namysłu, dodał przymiotnik ograniczający "mądra".
- W porządku - rzekł głośno, usiadł wygodniej i wcisnął klawisz "enter".
Gdy Colleen wróciła ze szklaneczką dżinu do biblioteki, orator zaczął
układać przemówienie.
- Ta stara wiewiórka jest mądra - powiedział metalicznym głosem (miał
zaledwie dwucalowy głośniczek) - jednak mądrość tego stworzenia nie jest
nabyta. Natura obdarzyła je...
- Ożeż ty! - warknął Adams i szturchnął zgrabną maszynę ze stali i plastiku, ze wszystkimi jej mikrokomponentami; natychmiast zamilkła.
Dopiero wtedy zauważył Colleen.
- Przepraszam. Jestem zmęczony. Dlaczego ktoś ze sprawujących władzę,
Brose, generał Holt lub marszałek Harenzany, nie przeniesie niedzielnego
wieczoru gdzieś między piątkowe popołudnie a...
- Mój drogi - przerwała mu Colleen i westchnęła. - Słyszałam, że
wpisałeś tylko dwie jednostki semantyczne. Podaj mu więcej danych.
- Podam mu ich mnóstwo. - Wystukał na klawiaturze całe zdanie, podczas
gdy Colleen stała nad nim, sączyła dżin i przyglądała się temu. - Teraz
dobrze?
- Ja po prostu cię nie rozumiem - rzekła Colleen. - Nie wiem, czy ty
kochasz swoją pracę, czy jej nienawidzisz. - Odczytała na głos zdanie,
które wpisał: - "Dobrze poinformowany zdechły szczur buszował pod
oniemiałą różową kłodą".
- Posłuchaj - rzekł ponuro. - Ja tylko chcę sprawdzić, co zrobi z tym ta
głupia maszyna, która kosztowała mnie piętnaście tysięcy zachdemowych
dolarów. Mówię poważnie. Czekam.
Wcisnął klawisz "enter".
- Kiedy ma być wygłoszone to przemówienie? - zapytała.
- Jutro.
- Wstań wcześnie.
- O nie.
Wcześnie rano wkurza mnie to jeszcze bardziej, pomyślał.
Orator zaintonował śpiewnie swym głosem blaszanego świerszcza:
- Rzecz jasna, uważamy szczura za naszego wroga. Jednak weźmy pod uwagę
jego doniosłe znaczenie choćby w badaniach nad rakiem. To pogardzane
zwierzę niczym wolny kmieć oddaje ludzkości ogromne u...
Po kolejnym szturchańcu orator zamilkł.
- ...sługi - machinalnie dokończyła Colleen; oglądała autentyczne,
znalezione dawno temu popiersie Epsteina, stojące w niszy
przedzielającej regały na zachodniej ścianie, na których Joseph Adams
trzymał swoje archiwum reklam telewizyjnych z zeszłego, minionego,
wspaniałego dwudziestego wieku, szczególnie natchnione dzieła Stana
Freberga, opiewające religię i batoniki Mars. - Kiepska metafora -
mruknęła. - Szczur kmieciem... Wolni kmiecie byli średniowiecznymi
wieśniakami i założę się, że nawet taki profesjonalista jak ty tego nie
wie. - Skinęła na blaszaka, który na jej wezwanie stanął właśnie w drzwiach biblioteki. - Przynieś mój płaszcz i każ podstawić latacz przed
główne wejście. - A do Joego powiedziała: - Polecę z powrotem do mojego
domu. - A gdy nie zareagował, dodała: - Joe, spróbuj napisać całe to
przemówienie bez pomocy oratora. Swoimi słowami. Wtedy nie będzie w nim
"szczura-kmiecia", który by cię drażnił.
Doprawdy nie sądzę, żebym to potrafił, pomyślał. Nie własnymi słowami,
nie bez tej maszyny. Już się od niej uzależniłem.
Mgła na zewnątrz odniosła walne zwycięstwo; kątem oka zauważył, że
zawładnęła całym światem, aż do samego okna biblioteki. Cóż, pomyślał,
przynajmniej oszczędziła nam jednego z tych jasnych radioaktywnych
zachodów słońca.
- Pani latacz, panno Hackett, stoi przy głównym wejściu - oznajmił
blaszak - i przekazano mi przez komunikator, że pani szofer drugiej
generacji trzyma dla pani otwarte drzwi. Ze względu na wieczorny chłód
jeden ze służących pana Adamsa będzie owiewał panią ciepłym powietrzem,
dopóki nie będzie pani bezpieczna w pojeździe.
- Jeezu! - mruknął Joseph Adams i pokręcił głową.
- Sam go tego nauczyłeś, mój drogi - powiedziała Colleen. - To od ciebie
przejął te lingwistyczne nawyki.
- Ponieważ lubię pompę i tradycję - odparł cierpko. Odwrócił się do niej
i rzekł ugodowo: - Brose napisał mi w notatce, którą przesłał do Agencji
bezpośrednio ze swojego biura w Genewie, że w tym przemówieniu należy
dać wiewiórkę za przykład sprawnego działania. Czy można powiedzieć o wiewiórce coś, czego dotychczas nie powiedziano? To skrzętne i zapobiegliwe stworzenie. To wiemy. Czy ma jeszcze jakieś pożyteczne
cechy, które znamy i moglibyśmy wykorzystać jako morał tego cholernego
przemówienia?
No cóż, jest wymarłym zwierzęciem, pomyślał. Po prostu już nie istnieje
jako forma życia. Pomimo to wciąż opiewamy jej zalety... po tym, jak
doszczętnie ją wytępiliśmy.
Energicznie i zdecydowanie wystukał na klawiaturze oratora dwie
jednostki semantyczne. "Wiewiórka" oraz "zagłada".
Po chwili maszyna oznajmiła:
- Wczoraj w drodze do banku przydarzyło mi się coś bardzo zabawnego.
Właśnie przechodziłem przez Central Park, a wiecie jak...
- Przechodziłeś przez Central Park wczoraj? - z niedowierzaniem
powtórzył Joe, spoglądając na oratora. - Przecież nie istnieje od
czterdziestu lat.
- Joe, to tylko maszyna. - Colleen, już w płaszczu, wróciła ucałować go
na dobranoc.
- Chyba zwariował - zaprotestował Joe. - Ja wpisałem mu słowo "zagłada",
a on mówi, że przydarzyło mu się coś "zabawnego"! Uważasz, że...
- On po prostu wspomina - rzekła Colleen, usiłując mu to wytłumaczyć.
Przyklękła na moment, ujęła w dłonie twarz Joego i spojrzała mu w oczy.
- Kocham cię - powiedziała - a ty chcesz się zapracować na śmierć;
wykończysz się w ten sposób. Za pośrednictwem mojego biura w Agencji
wyślę do Brose'a formalny wniosek o dwutygodniowy urlop dla ciebie. Mam
coś dla ciebie, taki mały prezent. Jeden z moich blaszaków znalazł to w pobliżu mojego domu, tak więc jest moją własnością, na mocy niedawnego
porozumienia zawartego przez moje blaszaki z blaszakami mojego sąsiada
od północy.
- Książka. - Przeszedł go dreszcz; wyraźnie się ożywił.
- I to wyjątkowo dobra. Oryginał sprzed wojny, a nie kserokopia. Wiesz
jaka?
- Alicja w Krainie Czarów?
Tyle o niej słyszał, zawsze chciał ją mieć i przeczytać.
- Lepiej. Jedna z tych oburzająco zabawnych książek z lat
sześćdziesiątych - i to w dobrym stanie, z nienaruszoną okładką. Rodzaj
poradnika. Jak się uspokoiłem, pijąc sok z cebuli albo coś w tym
stylu. Zarobiłem milion dolarów jako podwójny agent FBI. Albo...
- Colleen, pewnego dnia spojrzałem za okno i zobaczyłem wiewiórkę -
przerwał jej.
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Niemożliwe - powiedziała.
- Ten ogon. Nie można go pomylić z niczym innym. Puszysty, gruby i szary, jak szczotka do mycia butelek. I skakała, o tak. - Zaczął
poruszać dłonią, pokazując jej to i samemu usiłując sobie przypomnieć. -
Wrzasnąłem. Wysłałem cztery moje blaszaki, żeby... - Wzruszył ramionami. -
W końcu wróciły i powiedziały: "Nie ma tam niczego takiego, panie", albo
coś równie głupiego. - Umilkł na chwilę. Oczywiście to było tylko
złudzenie wywołane autosugestią opartą na nadmiernej ilości alkoholu i braku snu. Dobrze o tym wiedział i jego blaszaki również. A teraz
wiedziała to także Colleen. - Załóżmy jednak, że tam była.
- Opisz własnymi słowami, co czułeś. Własnoręcznie i na papierze, a nie
nagrywając na dyktafon, wyjaśnij, co oznaczałoby dla ciebie znalezienie
żywej wiewiórki. - Niedbałym machnięciem ręki wskazała oratora za
piętnaście tysięcy dolarów. - Nie to, co on o tym myśli. A wtedy...
- Brose to łyknie - rzekł. - Może zdołam przepchnąć to potem przez waka,
do pamięci i na taśmę. Tak, tyle chyba mi się uda. Chociaż Genewa i tak
tego nie zaakceptuje. Ponieważ to wcale nie będzie oznaczało "No dobrze,
chłopaki, róbcie tak dalej", tylko... - Zastanawiał się chwilę, znacznie
już spokojniejszy. - Spróbuję - zdecydował i wstał, odsuwając staromodny
wiklinowy fotel. - No dobrze, nawet napiszę to własnoręcznie. Znajdę
jakiś... jak to się nazywa?
- Długopis. Pomyśl o swoim kuzynie Kenie, który zginął na wojnie. Wtedy
sobie przypomnisz, że on go miał. Długopis.
Skinął głową.
- I zaprogramuję megawaka bezpośrednio z rękopisu. Chyba masz rację. To
będzie przygnębiające, ale przynajmniej nie tak obrzydliwe, więc może
nie dostanę mdłości.
Zaczął przetrząsać bibliotekę, szukając... jak to nazwała?
Nadal włączony orator zapiszczał do siebie:
- ...i to zwierzątko w swej niewielkiej czaszce mieściło bardzo wiele
wiedzy. Może więcej, niż wy czy ja potrafimy sobie wyobrazić. I myślę,
że możemy się czegoś od niego nauczyć.
Maszyna monotonnie popiskiwała dalej. W jej wnętrzu tysiące
mikrokomponentów analizowało problem, korzystając z kilkunastu baz
wiedzy znajdujących się w jej pamięci. Mogła to robić w nieskończoność,
ale Joe Adams jej nie słuchał: już znalazł długopis i potrzebował
jeszcze tylko papieru do pisania. Do diabła, chyba jeszcze jakiś ma.
Skinął na blaszaka, czekającego, by odprowadzić Colleen do jej latacza.
- Przekaż personelowi - polecił - żeby znalazł mi trochę papieru do
pisania. Przeszukajcie wszystkie pomieszczenia w tym domu, włącznie z sypialniami, nawet tymi obecnie nieużywanymi. Pamiętam, że widziałem
gdzieś ryzę lub paczkę, ile by tego nie było. Była z odzysku.
Blaszak przekazał to polecenie przez bezpośrednie łącze radiowe i Adams
natychmiast poczuł, że w budynku zaczął się ruch, gdy w ponad
pięćdziesięciu pomieszczeniach domu blaszani służący ruszyli się z miejsc, w których zastygli po wykonaniu poprzednich zadań. On, ich pan,
przez podeszwy butów czuł, że cały jego dom tętni życiem i wypełniająca
go mgła zaczyna się rozwiewać, choć ci służący byli tylko "robotami",
jak nazwał je pewien Czech, co chyba w jego zabawnym języku oznaczało
"pracowników".
Mgła na zewnątrz cisnęła się do okna.
Wiedział, że po odejściu Colleen mgła zgęstnieje i zacznie napierać z jeszcze większą determinacją, usiłując się dostać do środka.
Chciałby, żeby to był poniedziałek, ponieważ wtedy byłby w Agencji, w Nowym Jorku, wśród innych yansejowców. A tam życie nie jest tylko ruchem
martwych - a raczej, trzeba przyznać - nieożywionych przedmiotów. Jest
rzeczywistością.
- Wiesz co? - rzekł nagle. - Ja kocham moją pracę. Prawdę mówiąc, nie
potrafię się bez niej obyć, bo tylko ona się liczy. Nie to... - Wskazał
dłonią pokój, w którym stali, a potem zasnute ciemną mgłą okno.
- Praca jest dla ciebie jak narkotyk - wnikliwie zauważyła Colleen.
- Właśnie. - Skinął głową. - Używając archaicznego wyrażenia, "nabywam
to".
- Też mi językoznawca - skarciła go łagodnie. - Mówi się "kupuję". Może
jednak powinieneś użyć tej maszyny.
- Nie - odrzekł natychmiast. - Miałaś rację. Mam zamiar zacząć wszystko
od nowa i zrobić to samodzielnie.
Za chwilę któryś z jego licznych blaszaków powinien przyczłapać tu z papierem do pisania. Adams był pewny, że gdzieś go ma. A nawet jeśli
nie, to na pewno uda mu się go zdobyć, dokonując korzystnej wymiany z jednym z sąsiadów. Wybierze się, oczywiście otoczony i chroniony przez
świtę blaszaków, do posiadłości i rezydencji znajdującej się na południe
od jego domu, należącej do Ferrisa Granville'a. Ferris na pewno ma
papier, ponieważ, jak oznajmił tydzień temu podczas wideokonferencji na
ogólnodostępnym kanale, pisze teraz - Boże, ratuj! - pamiętnik.
Cokolwiek na tym czy innym świecie oznaczało słowo "pamiętnik".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki