Prawda jest hipnozą - Maciej Bennewicz

Reflow text when sidebars are open.
Obudził się zlany potem. Wstał z łóżka. Wszedł do kuchni. Zapalił światło. Była trzecia dwanaście. Odczuwał suchość w gardle. Chciało mu się pić. Zapalił gaz pod czajnikiem. Sen był znowu tak realistyczny, pełen trójwymiarowych, soczystych obrazów, dźwięków, doznań, tak nasyconych emocjami, że wciąż przeżywał niemal każdą scenę. Mózg przerzucał teraz każdą z nich jak maszyna sortująca pieniądze. Czuł intensywność dotychczas nieznaną. Nie zdarzyło mu się tak silnie, wyraziście odczuwać barw, kształtów, słyszeć pojedynczych dźwięków. Przywoływał zapachy, które nigdy wcześniej nie robiły na nim wrażenia. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek w realnym życiu zastanawiał się nad tym, że coś pachnie. Przecież to tylko omamy, majaki jego mózgu, których w rzeczywistości nie czuł, nie mógł czuć, tłumaczył sobie. Tam w Gamunii rozmawiał, dyskutował z zapałem, jakiego od lat mu brakowało, i wreszcie żył. Gamunia? To idiotyczne, że w myślach wypowiadał tę nazwę z bajki jak coś prawdziwego, jakby serio zastanawiał się nad gospodarką i systemem ekonomicznym Republiki Gamunii. W dodatku gamuń, zdaniem jego babci (tak właśnie wypowiadała słowo gamoń), to ktoś, kto lekceważy innych, a także okoliczności zewnętrzne, łobuz, może trochę nieudacznik, ale w znaczeniu luzaka, który niezbyt przejmuje się opiniami i ocenami ludzi. Świat Gamunii. Świat, którego nie było, nagle zaistniał, stawał się w jego głowie, lecz sposób, w jaki się wydarza, staje i unaocznia prawdziwe życie. Zaskakując, czasem zadziwiając, każdego dnia od nowa ucząc swoich tajemnic, z każdym spóźnionym autobusem, zjedzoną bułką, sprzedanym podręcznikiem, napotkanym człowiekiem, zaliczeniem, kupionymi butami, ukazując nieznane oblicze dnia, ludzi, doświadczeń, kształtów, zdarzeń, doznań, myśli. Kolejny akt. Jednak tamto senne, nieprawdziwe życie, choć stwarzało pozory realności, zachęcało go bardziej niż codzienność w mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, nudne zajęcia na wydziale, zima i samotność.
Był zaciekawiony i jednocześnie przestraszony. Coś go ciągnęło ku tej historii, którą wyśnił, coś, czego nie umiał nazwać ani odszukać, umiejscowić, czemu nie potrafił nadać kształtu ani formy, jednocześnie przerażało. Nie tyle groźby mnicha, ile odmienność krainy, powietrze, klimat, przedmioty i ludzie. Było jeszcze coś. Najdziwniejsze, najtrudniejsze do zrozumienia. Zrozumienie to w ogóle niedobre słowo, pomyślał. Rozum śpi. Co tu rozumieć, w końcu to sen, majak. Szukał jednak odpowiedzi, zastanawiał się nad znaczeniem tego, czego doświadcza. Nie potrafił tego ubrać w słowa. To sprawiało, że się lękał własnego doświadczenia, jeśli mógł to nazwać doświadczeniem. I tak w kółko. Jeśli? Jeśli? Bez tego najdziwniejszego doznania doświadczałby fascynacji, podekscytowania, ciekawości, ale to przekraczało wszystko, czego mógł się spodziewać.
Otóż młody mnich, którego pojmał Marceliusz, to był Buła, jego kumpel i współlokator od trzech lat. Niedokładnie on sam, nawet nie był do niego podobny, jednak Filip wiedział, że to właśnie Buła, nikt inny. Wszystkie postaci mogły być zmyślone, wyfantazjowane, wydawały mu się obce i spotkane po raz pierwszy. Z wyjątkiem Buły, i co najdziwniejsze, wtedy we śnie, tego nie wiedział, ale teraz, kiedy wlewał wrzątek do kubka, już tak. Przeraźliwy krzyk mnicha, jego chęć wyrwania się z rąk Marceliusza wszystko to we śnie było prawdziwe tak samo jak doznanie, albo przeczucie, że to był Buła. Nawet nie powinien tego nazywać przeczuciem, wiedział, jakoś zgadywał, że to był Buła. Mimo że inaczej wyglądał, inaczej mówił. Był ogolonym na łyso mnichem, który coś knuł przeciwko nim, a jednak był jego kumplem z realnego życia. Nie mógł w żaden sposób tego dowieść, samemu sobie udowodnić, a jednak był pewien, że to on. Buła. I jaki w tym sens? Jakie to miało znaczenie? Co się dzieje w jego głowie?
Do kuchni weszła zaspana Gośka. Spojrzała na niego, zasłaniając oczy przed światłem.
- Nie śpisz? O tej porze? Nie masz jutro zajęć? - zdziwiła się.
- Coś mnie obudziło i teraz nie mogę zasnąć, muszę pomyśleć - odpowiedział trochę speszony jej prześwitującą koszulką.
- Zakochałeś się pewnie? Ja też tak mam, jak się w kimś zabujam. Wtedy nie mogę spać, snuję się po nocach, przestaję imprezować i piję tylko herbatę - uśmiechnęła się, wlewając wrzątek do drugiego kubka.
- Ja zakochany? Nie, to zupełnie inna sprawa. - Spuścił wzrok speszony przypuszczeniami Gośki.
- No pewnie w Lilce się zabujałeś, przecież widać - stwierdziła autorytatywnie.
- W Lilce? - Teraz Filip nie ukrywał zaskoczenia. - Co ty opowiadasz, to tylko kumpela. Przyjaźnimy się, w zasadzie tylko kumplujemy się od czasu do czasu, głównie na szkoleniach u Bąbali.
- Może ja się nie znam na facetach? Zabujałam się w tym głupim Koźle, fakt, i to o mnie nie świadczy najlepiej - zaśmiała się - ale na dziewczynach to ja się znam. Lilka robi do ciebie takie maślane oczy, chłopie, że tylko marzy skrycie, żebyś uczynił ją matką waszych dzieci. - Zaśmiała się znowu i klepnęła go w plecy tak, że jej koszulka zsunęła się, niemal odsłaniając kształtną, małą pierś. Znowu spuścił wzrok, co nie uszło jej uwagi.
- Lilka? Co ty opowiadasz, ja naprawdę, coś ty... - bąkał, przypatrując się jej figurze, podnosząc głowę, to znowu pesząc się własnym wzrokiem utkwionym w jej dekolcie.
To był wieczór odkryć. Po raz pierwszy przyglądał się Gośce w ten sposób. Zobaczył w niej dziewczynę, nie tylko dziewczynę, ale superlaskę, jej zgrabną figurę, drobne kształtne piersi, pupę, na której opinał się cienki materiał. Zauważyła to i zamiast usiąść za stołem, zasłonić się, przysiadła na szafce kuchennej machając nogami, wsparta na dłoniach, lekko kołysząc się to wprzód, to w tył. Co chwila odsłaniając dekolt, lekko potrząsając głową, tak żeby włosy odsłoniły jej twarz, a potem znowu niesfornie zsunęły się, by mogła poruszyć szyją i potrząsnąć, lekko prężąc ramiona, wydłużając profil długą linią od obojczyka aż po ucho. I znowu kształt piersi, ruch nóg, podciągnięcie stóp, lekkie uniesienie głowy, kosmyk powrócił.
- Dobrze, nie musisz mi się tłumaczyć - powiedziała, wydymając usta jakby od niechcenia. - Wasza sprawa, czy się kochacie, czy nie, lecz co w takim razie tak ci nie daje spać po nocy?
- To długa historia - odpowiedział, myśląc o ucieczce od Gośki, w końcu dziewczyny i przyszłej żony jego najlepszego kumpla z liceum.
Ale nawet gdyby Gośka była całkowicie wolną i niezwiązaną z nikim sarenką i tak czułby się speszony. Pewne siebie dziewczyny wprowadzały go w zakłopotanie, a z jedyną miłością swego życia, Renią z VI B, tylko się całował. Historii z panią Kurpielewską, ich samotną sąsiadką, koleżanką mamy ze szkoły, z którą stracił dziewictwo cztery lata temu w sylwestra, nie zaliczał do historii miłosnych. Chociaż ilekroć bywał w Łomży, pani Kurpielewska zazwyczaj znajdowała okazję i sposób na to, żeby poprosić go o odetkanie rynny w domu albo naprawę kranu. Zazwyczaj takie prace domowe, na które godził się nierzadko pod wpływem mamy, bo to ona nakłaniała go do pomocy miłej sąsiadce i okazywania życzliwości sąsiadom, kończyły się nagłą zmianą kostiumu. Pani Zofia ni stąd, ni zowąd pojawiała się w peniuarze i samej tylko bieliźnie, by znienacka obsypać Filipa pocałunkami. Może dlatego nie lubił jeździć do domu? Nie dlatego, że nie lubił pani Kurpielewskiej albo że była szpetna, bo nie była, a nawet nie z powodu jej popiskiwania w czasie seksu i wulgarnych słów, których używała w trakcie. Chyba z powodu kłamstwa, naiwności mamy, która jak nieświadoma niczego rajfurka mówiła słodkim głosem: "No idź, Filipku, idź, pomóż pani Kurpielewskiej, ona jest taka samotna, nie ma jej kto pomóc. Ludziom trzeba pomagać. Idź koniecznie. Ona zawsze tak bardzo krępuje się prosić o pomoc. A wiadomo, jak samotnej kobiecie jest ciężko. Poza tym bardzo cię lubi i zawsze wypytuje, kiedy przyjedziesz".
Wiele razy chciał matce odburknąć, a nawet wykrzyczeć, że stara raszpla dopytuje się, bo ma chcicę. W każdym razie naprawiał zamek w furtce i kiedy odkładał narzędzia na miejsce albo mył ręce, sąsiadka precyzyjnie inscenizowała grę wstępną. Buziaczki. Szlafroczek. A potem... Skąd tyle perwersji u takiej spokojnej, pobożnej wdowy, która uchodziła za wzór cnót i uosobienie samotnej, smutnej, starzejącej się kobiety? Może dlatego odszedł z teologii? Nie tylko z powodu romansowania z pięćdziesięcioletnią kobietą, choć czuł tak silną dwuznaczność i nieszczerość swego łomżyńskiego położenia, wewnętrzne, nieprzyjemne napięcie, że przestał jeździć do domu. Ale wówczas zaczęło go trawić poczucie winy wobec matki i babki, więc wcześniej czy później jechał, lecz nawet kiedy przemknął się cichcem z ostatniego autobusu, i tak rano rozlegało się stukanie do okienka werandy. Mama wychodziła i po chwili oznajmiała ze szczerym uśmiechem, że to pani Kurpielewska bardzo prosi, "żebyś naprawił jej drzwi od łazienki, jeśli oczywiście znajdziesz chwilę, syneczku". Najgorsze było to, że mu płaciła. Nie wprost, ale zawsze czekał na niego "drogi prezent", jak mawiała mama. Koszula albo sweter, na święta nawet raz dostał zegarek. Brał to wszystko i oddawał kumplom lub biednym w kościele, aż w końcu zaczął puszczać na Allegro. Uznał to za ostateczny upadek i demoralizację. Dla marnej kasy, za którą sprzedawał swój spokój i godność, a kupował książki i żarcie, gotów był ulegać tym kobietom. Spiskowi łomżyńskiemu. Nie to, że nie lubił seksu, nawet ze starszą o dwadzieścia siedem lat kobietą. Upokarzał go cichy szantaż i manipulacja, której bezmyślnie, acz w dobrej wierze poddawała się jego matka i w końcu on sam. A co najgorsze brak uczucia. Brak choćby najmniejszej więzi z babą, która szeptała mu do ucha najgorsze świństwa, gdy on często nawet nie ściągając spodni, robił swoje. Jego pani od chemii. Co za wstyd.
Aż wreszcie opracował strategię wyzwolenia. Jeździł rzadko, ale jeździł. Pierwszego dnia starał się załatwiać wszystkie potrzebne rzeczy przy domu. Węgiel, hydrofor, to znów jakiś urząd, więc był zajęty sprawami mamy i babci, a drugiego dnia chorował, co dawało mu znakomite alibi przede wszystkim wobec matki, "która nie miała serca zrywać go z łóżka" i wysyłać do pani Kurpielewskiej. W ciągu trzech ostatnich wizyt w domu nowa strategia odniosła skutek. Był chory na żołądek albo na bezobjawową grypę, albo czuł ból zatok spowodowany przemarznięciem na przystanku. Teraz już tylko pozostawało opracować listę objawów i konsekwentnie trzymać się chorowania. Pierwszego dnia po prostu wspominał, że źle się czuje, by już wieczorem następnego dnia objawy mogły się nasilić. W niedzielę wieczorem następowała znakomita poprawa, najczęściej po jakichś ziółkach babci.
Teraz Gośka. Chociaż była superzgrabna i naprawdę mogła się podobać, zachowywała się podobnie do łomżyńskiej sąsiadki. Była przecież dziewczyną najlepszego kumpla, tak jak tamta koleżanką mamy, jego nauczycielką. Może przesadzał. Jest noc, pomyślał, dziewczyna jest śpiąca, a ja przewrażliwiony na punkcie nagabujących mnie kobiet.
- To przez tę hipnozę nie mogę spać. Mam takie naturalistyczne wizje, jakbym tam był - odezwał się, żeby zmienić kierunek własnych myśli.
- Myślałam, że lubisz te programowania mózgu, eksperymenty psychologiczne, szamaństwo, rozżarzone węgle i całe to wariactwo z rozwojem osobistym, czy jak wy to nazywacie. - Gośka zeskoczyła z szafki i musnęła go biodrem, przechodząc do krzesła.
- Lubię, bardzo lubię, ale nigdy nie przydarzyło mi się coś tak odjechanego i zarazem intensywnego. To mnie jednocześnie wciąga i trochę... - zawiesił głos - rozbija.
- No to opowiedz - podparła się pod brodę, wpatrując w niego, i znowu odsłoniła dekolt, a ramiączko niesfornie zsunęło się z ramienia.
Nie chciał się jej zwierzać. Jego sny były bardzo osobiste. Historia należała do niego i w jakimś sensie do Lilki, nie do dziewczyny jego kumpla, prawie mu nieznanej, tej narzucającej się młodszej wersji pani Kurpielewskiej, która wyraźnie bawiła się sytuacją. Dziewczyny są dziwne, pomyślał. Wstaje z łóżka swojego faceta i pokazuje wdzięki jego kumplowi. Próbował ją zbyć, mówiąc bardzo ogólnie o wizjach i odległej krainie i wreszcie rzucił, że musi iść spać, bo rano ma zajęcia. Próbowała go zatrzymać, mówiąc, że teraz ona nie zaśnie, zwłaszcza kiedy tak ją zaciekawił swoimi halucynacjami w hipnozie. I znowu wygięła ciało w taki sposób, że odsłoniły się jej uda. Nie miała na sobie majtek. Odmówił. Odmówił sobie czy jej? Zrezygnował z flirtu czy z opowieści? Wstał. Obiecał, że z chęcią pogada o tym jutro albo przy okazji. I nagle poczuł zdziwienie, a nawet dumę. Nie umiał odmawiać kobietom, to przez matkę. Zawsze był jej grzecznym, dobrym synkiem, wsparciem po śmierci ojca i dziadka. Jedynym mężczyzną, na którego mogła liczyć. I jako grzeczny i dobrze wychowany syn zawsze robił to, czego od niego oczekiwała. A potem babcia, ciotki, koleżanki w szkole, pani Kurpielewska, a teraz Lilka. I tej nocy wdzięczącej się przed nim ślicznej, półnagiej Gośce w prześwitującej łososiowej koszulce odmówił. Co ona sobie myśli, że w kuchni, kiedy Kozłowski chrapie za ścianą, a dwa metry dalej Buła, zacznie do niej startować, odpowie na jej umizgi i wykona jakiś ruch, gest, który stanie się ich tajemnicą, a potem wokół niego zaczną nakręcać emocje? Następnego dnia znowu jakiś gest, a potem kolejny, jakiś SMS, jakieś gierki. Albo po prostu podejdzie, chwyci ją za szyję, brutalnie pocałuje z języczkiem i wejdzie w nią, a potem wykonają szybki numerek na rozchybotanym stole? Ruszył do drzwi, ominął jej wyciągnięte, długie nogi i poszedł spać. Położył się i po chwili wstał. W kuchni ciągle paliło się światło. Pod klamkę podstawił krzesło, jak na filmach z Bondem. Drzwi nie miały zamka. Odwrócił głowę do ściany, pomyślał o krainie z marzeń i natychmiast zasnął.
* * *
Dobroczynny Harmandt w uroczystym błękitnym stroju wszedł do kapitularza. Na głowie miał wysoki diadem mistrzów zakonnych, symbol oświecenia, znak łaskawego wioślarza, przewoźnika ludzi. Obszedł salę dookoła wzdłuż ławek ustawionych pod ścianami. Szedł z wielką kropielnicą w dłoniach, a za nim bracia z płonącymi szyszkami modrzewiowymi. Potrząsał nią, a krople pachnącej wody spryskiwały podłogę, ściany, ławki i habity mnichów pochylających pobożnie głowy. Jeden z braci odebrał liturgiczne naczynie z rąk mistrza, a drugi podał mu złote wiosło, symbol jego władzy nad zgromadzeniem i jurysdykcji duchowej nad całą parafią Błagalnej Skały. Żarzący się popiół rozrzucono w czterech kątach sali. Na znak mistrza kolejny brat wstał i wszedł po schodach na kazalnicę. Zaczął czytać odpowiedni fragment reguły monotonnym, uduchowionym falsetem, ni to śpiewając, ni to recytując:
- A ktokolwiek z braci błogosławionego nieroztropną mową skalałby usta, niech będzie duszony w nocy po trzykroć powrozem grubym na dwa palce dla poprawy swego języka, a gdyby nieroztropność swoją w gadulstwie powtórzył, niechby w nocy bracia jego język do drewna przybili. Niechby język jego kruszał aż do świtu, aż do obiecania dobrotliwej poprawy. A ktokolwiek z braci błogosławionego i Tych Którzy Byli Przed Nim i z Nim użyłby mowy swojej przeciwko braciom lub dla swego zysku, lub dla bezbożnej chwały swojej, lub dla napitku, lub dla jadła, lub z bezbożnego lęku, niechby był w nocy duszony siedmiokroć i siedmiokroć topiony świętym wiosłem, a język jego niechby był obcięty i wypalony, aby zamilkł dobrotliwie po wsze czasy ów wszeteczny brat.
Harmandt trzykrotnie uderzył wiosłem w drewniane deski podłogi i całe zgromadzenie odpowiedziało jednym głosem:
- Niech tak się stanie w imię naszego Pana i Stwórcy!
Dał kolejny znak. Do sali weszło tych samych dwóch braci dyżurnych, prowadząc pod ręce brata Aureliusza. Ten uklęknął na środku.
- Co nam powiesz, bracie? - spytał mistrz.
- Nasza święta reguła mówi: Ani nie przeważy jadła, ani nie doważy, zawsze uczyni, co trzeba, ani pochlebstwa nie wypowie, ani pracy w domu braci w połowie nie porzuci, ani zbytecznej krzątaniny mnich się nie dopuści, ani nieporządku w rzeczach własnych i cudzych, należących do braci - wyrecytował, przełykając ślinę. - Znowu trzykrotne stuknięcie wiosłem.
- Czego żądasz, bracie? - wszyscy obecni odezwali się chórem.
- Sprawiedliwej kary w imię błogosławionego i Tych Którzy Byli Przed Nim i z Nim. Zawiniłem przeciwko braciom - odpowiedział pospiesznie.
- Niech tak się stanie w imię naszego Pana i Stwórcy - zadecydował chór.
Mistrz Harmandt wstał i wszyscy razem z nim. Brat Aureliusz ciągle klęczał. I znowu trzy stuknięcia. Zaczął się trząść.
- Dwie pałki i dwie płachty - ogłosił mistrz. Trzy stuknięcia.
- Niech tak się stanie w imię naszego Pana i Stwórcy - zadudnił głos dwudziestu siedmiu mnichów. Dwudziesty ósmy poczuł, jak na chwilę zatrzymuje się jego serce, a w gardle zasycha ślina.
- Dwie? - wyszeptał Aureliusz z niedowierzaniem, lekko przekrzywiając głowę tak, żeby dojrzeć oblicze dobroczynnego Harmandta.
Jakaż dobrotliwa to była łaska - pomyślał. Mistrz zmniejszył jego karę, i to o połowę. Wykrzywiał głowę, jednak nie śmiał jej unieść. Mimo kręcenia głową nie dostrzegł twarzy mistrza, chciał mu podziękować, mrugnąć choćby powiekami, ale bracia wnieśli już ławkę kar i dźwignęli go z klęczek za ramiona. Usiadł i zdjął skórzane łapcie, wykonując nimi znak błogosławieństwa, a potem ciepłe onuce i powtórzył znak, wreszcie zsunął habit i koszulę, odsłaniając plecy. W myślach powtarzał swoją ulubioną modlitwę:
Kiedy przemówi Bóg o smutnym obliczu, Wrogowie twoi napełnią się lękiem, Albowiem oblicze Jego zmieni się groźnie, A smutek Jego stanie się pomstą. Kiedy przemówi Bóg o smutnym obliczu, Dni wrogów będą policzone, Albowiem drogi ich wiodą do klęski. A dłonie ich będą skręcone.
Rozłożył się na ławce, ledwie utrzymując równowagę, a fałdy tłuszczu zsunęły się wzdłuż deski, do której przywarł. Zastygł w długim, nieznośnym oczekiwaniu. Dopiero po wielu, wielu sekundach trwogi zbliżył się do niego brat Julian, najstarszy z konfraterni. Ujął w dłonie długi, elastyczny kij zakończony kulką, wziął zamach i z całej siły uderzył go w podbicie stopy. Aureliusz przygryzł wargę i poczuł słodki smak krwi na języku. Drugie uderzenie, tym razem w lewą stopę, było jeszcze silniejsze. Zaskowyczał i poczuł ciepło pomiędzy udami. Popuścił mocz. Z oczu poleciały mu łzy wielkie jak grochy. Dzięki ci o dobroczynny mistrzu Harmandcie - pomyślał. Czterech bym nie wytrzymał. Może kiedyś za młodu, ale teraz bym nie wytrzymał.
Do leżącego na ławce brata zbliżył się kolejny mnich, Gaudencjusz. Podano mu drewniane wiadro z tą samą pachnącą, błogosławioną wodą, którą przed chwilą mistrz skrapiał kapitularz, aby wypędzić diabła i jego demony. Wysoki, chudy mnich wyciągnął długi kawałek płótna i starannie go wyżął. Zrobił dwa kroki do tyłu, stanął z boku ławki i biorąc zamach zza pleców, uderzył mokrą płachtą w gołe plecy Aureliusza. Brat znowu zawył, zatrząsł się i spadł z ławki, boleśnie uderzając się w kolana i łokcie. Dwaj bracia stojący z tyłu dźwignęli go pod ramiona, a zbolały Aureliusz posłusznie ułożył się na ławce. Tylko jeden raz, jeszcze tylko raz i już nigdy nie przewini przeciwko braciom, już nigdy - myślał. Zamknął oczy, odwracając głowę w tę samą stronę co poprzednio. Niech przynajmniej ci sami bracia widzą moje upokorzenie. Oni jednak nie patrzyli.
Kary fizyczne nie były zbyt częste za rządów Harmandta. Choć nie było miesiąca bez dwóch, trzech kar cielesnych. Najstarsi pamiętali jeszcze mistrza Dagoberta, następcę Maruna, który w ogóle nie stosował kar fizycznych, jednak rządził krótko i nie cieszył się ani poważaniem braci, ani szacunkiem kapituły, ani Najwyższej Rady Bractwa. Od nowicjatu, kiedy oczekiwali na przyjęcie w poczet zakonników, aż do pełnego błogosławionego przyjęcia i rytualnego tatuażu każdy z braci przynajmniej raz otrzymał karę fizyczną. Wiedzieli, jakie to uczucie. Wstyd, ból, ale najgorsze było osamotnienie w zakonnej pustelni na skałach. Reguła nakazywała przez siedem dni nie odzywać się do brata, któremu wymierzono kary. Samotnym było się na środku kapitularza, samotnym, kiedy goiły się rany, samotnym zawsze, choć w codziennym rytmie zakonnych zajęć mniej się to odczuwało. Samotność rozpływała się wtedy w modlitwach, wróżbach na zmówienie, proroctwach, w codziennym zamiataniu liści i gotowaniu soczewicy na zupę, ale teraz myśleli tylko o tym, żeby bracia dyżurni posprzątali mocz i cuchnący kał, którym zanieczyścił się przy pierwszej płachcie brat Aureliusz.
Gaudencjusz obszedł ławkę, zamoczył, wyżął starannie i rozprostował płachtę, po czym równie skrupulatnie wymierzył ostatnie uderzenie. Aureliusz zemdlał i znowu spadł z ławki.
Kiedy go wyniesiono, mistrz zarządził codzienne, wieczorne modlitwy, a po nich obrady kapituły zakonnej. Znowu na kazalnicy w kształcie dziobu łodzi pojawił się jeden z braci i rozpoczął melorecytację. Pobłogosławił siedmiokrotnie Święte Pismo i siedmiokrotnie pokłonił się braciom. Trzykrotne stuknięcie wiosłem. Monotonny głos lektora, śpiew braci. Słowa. Liczby. Stuknięcia. Mania siódemek - pomyślał Harmandt. Cały ten system jest maniacki, obsesyjny, pełen przemocy, a na domiar złego te pretensjonalne rytuały, zabobonne gesty, myśli podszyte lękiem i słowa, manieryczne litanie o dziwnej składni. Jeszcze gdyby w tym była refleksja, uważność, ale nie, wyłącznie ślepa dyscyplina i bezkrytyczne ceremoniały. No cóż, ale jedynie takie metody skutkowały w tym dzikim narodzie, wśród głupich i niewykształconych Gamuńczyków.
Dzięki Bogu łatwo można było ich rozpoznać, nie tylko po dwuczłonowych imionach, jakby się jąkali, przedstawiając się, ale po ogorzałych, wiecznie opalonych, szerokich twarzach. Co innego Markończycy, wysocy i smukli, o pięknych twarzach, nosili równie zaszczytne pojedyncze imiona, podobnie jak wszyscy zakonnicy. Harmandt pochodził z Markonii, a przynajmniej za Markończyka się uważał. Jego rodzina przed laty osiedliła się po drugiej stronie rzeki w faktorii kupieckiej. Dziadek związał się z tutejszą kobietą i tak zmieszał krew, skazując swoich potomków na życie w tym rolniczym, ciemnym kraju. Nic dziwnego, że wiodło im się nie najlepiej i zamiast wyposażać swe dzieci w majątek lub dogodne zapisy prawa, trzeba je było oddawać na wychowanie do szkół klasztornych i ochronek parafialnych. Harmandt miał szczęście, że trafił do szkoły prowadzonej przez dobroczynnego mistrza Lamiego, staruszka o szarych oczach. Stał się jego ulubionym uczniem i mógł rozpocząć karierę zakonną, najpierw w bogatym klasztorze miejskim, a potem trafić do wyższego kolegium w samym mieście Radości, świętym Falun, u zbawiennego mistrza Jassy. Niczego nie popsuł, nigdy nie wykonał fałszywego ruchu, dał się poznać jako lojalny, odpowiedzialny i mądry reformator. Po dziesięciu latach w świętym Falun drzwi do objęcia zaszczytnego urzędu stały otworem. Mógł zostać w Markonii. Proponowano mu urzędy w samej Najwyższej Radzie Bractwa, a nawet w Radzie Rad, wolne jednak były urzędy mistrzów zakonnych, zwierzchników klasztorów w Steinbergu - Kamiennej Górze w południowym hrabstwie Markonii, i Błagalna Skała. Nawet sam zbawienny Jassa, największy mistrz, jakiego znała jego epoka, dał mu swoją oficjalną rekomendację. Ufał mu, choć w czasie nauk wcale tego nie okazywał ambitnemu uczniowi, ba, nawet ganił jego zbytnią gorliwość, i jak twierdził, nadmiernie wybujałą pychę jak na mnicha.
Dlaczego wybrał Błagalną Skałę? Kult błogosławionego Edryka bardzo się szerzył i już dawno przekroczył granice państw. Liturgia siódemek, jak ją powszechnie nazywano, zapoczątkowana przez Edryka, stała się tak popularna, że stopniowo wypierała starsze rytuały, numerologia zaś stała się oficjalną nauką Kościoła. W świętym Falun powstawały nowe świątynie pod wezwaniem Edryka, a Rada Rad zamierzała uczynić go zbawiennym patronem Wolnej Republiki Gamunii. W kilka lat później, nie bez jego udziału, tak też się stało, a Błagalna Skała, choć w cieniu modrzewi i w oddaleniu od brodu na Margwii, zasłynęła jako jeden z najważniejszych ośrodków kultu religijnego w tej części świata. To, co działo się u zbiegu dwóch rzek, we wsiach, miasteczkach, na szlakach i w dolinach, podczas wypasu owiec i w urzędach prefektury, w warsztatach rzemieślników i hodowlach kotów, w całym najważniejszym okręgu Gamunii, nie mogło się wydarzać bez wiedzy i aprobaty Błagalnej Skały. Ten wybór sprzed lat był najlepszym z możliwych, stał się sztuką pokory i cierpliwości dla Harmandta w drodze do świętego Falun. Dał mu niezależność, trochę z boku od centrum, ale za to niemal nieograniczenie obdarowując go władzą. Od początku zdawał sobie sprawę, że zostając tam, mógłby co najwyżej piastować wygodny urząd, żyjąc wśród koterii, uprawiając politykę, osiągając drobne sukcesy, dokonując żywota w dostatku, lecz bez możliwości zrealizowania własnych ambicji, czegoś na miarę jego rodu, czegoś, co pozwoliłoby odbudować dawną jego świetność. Jednak powrót w chwale z Błagalnej Skały wprost do Rady Rad, z tytułem zbawiennego mistrza, mogło zmienić wszystko; to ustawiało go na pozycji zwycięzcy, dawało mu szansę na odegranie roli wielkiego reformatora. Właśnie nadchodził taki czas. Upływał czterdziesty dziewiąty rok od zawarcia błogosławionego paktu, genialnego posunięcia mistrza Maruna. Potrzebował równie dobrego pomysłu, potrzebował wielkiej powodzi. Od rzeki zależało tutaj wszystko, od jej ruchów, kaprysów, fal powodziowych, tempa przybierających wód i szybkości ich spadku. Starsi, zaufani bracia proponowali powtórzenie ceremonii Maruna z wykorzystaniem dobroczynnego mistrza osobiście, a dokładnie trumny z jego zwłokami, która spoczywała w skalnej grocie za kościołem, czyli powtórzenie zabiegu, który na wiele lat przyniósł pokój i dostatek tej krainie. Oczywiście była w tym wola Stwórcy, nikt w to nie wątpił, ale wszyscy rozsądni mnisi i członkowie prefektury zdawali sobie sprawę, że powodzie i tak się zdarzają co najmniej raz w roku, że torfowiska, łowiska, brody i mosty żyją swoim naturalnym rytmem i pakt błogosławiony jedynie nadawał im specjalne, sakralne znaczenie. Bez tego też rodziłyby się dzieci, umierali starcy i chorzy, połowy byłyby raz obfite, a drugi raz ubogie, a czasem mróz zatrzymywałby podróżnych dłużej niż zwykle. System działał zgodnie z rytmem natury, z tym, jak przystosowali się do niego ludzie, gminy i wioski. Potrzebna była tylko nadzieja, motyw, święty glejt, najwyższe zapewnienie, że będzie działał dalej. Brat Juliusz kiedyś nawet zażartował, że szkoda, iż błogosławiony Marun nie wymyślił 490 lat opieki Bożej nad Margwią i Rukiem, ale wszyscy bracia, członkowie kapituły, choć rozbawieni trafnym żartem, powszechnie uznali, że byłby to zbyt długi okres, w czasie którego emocje w ciemnym ludzie opadłyby, więc i tak potrzebny byłby nowy impuls. Od zawsze tak było i zawsze tak będzie. Lud trzeba mobilizować i dawać mu nadzieję, w przeciwnym razie popada w marazm i doszczętnie głupieje.
Modły ucichły, więc Harmandt nawykowo trzykrotnie trzasnął laską i po chwili w kapitularzu pozostało tylko sześciu mnichów i on siódmy, kapituła klasztoru na Błagalnej Skale Bractwa Braci Błagalnych, najwyższa władza konfraterni, najbardziej wpływowego zgromadzenia w tej części świata. Po jego lewej ręce usiedli Julian, Gaudencjusz i Syriusz, najstarsi bracia i najbardziej zaufani, wybrani przez samego mistrza, a po jego prawej wybrani do kapitularza przez mnichów w powszechnym głosowaniu młodsi, agresywniejsi, bardziej bezwzględni, niesłychanie pobożni, ale co najważniejsze lojalni: Adrian, Balbin i Rufus.
- Dwóch ludzi podąża do świętego Falun - zaczął. - Jechałem z nimi szmat drogi, trzy dni temu. Mogli już dotrzeć do granicy. Nasi bracia ze Średniej Wody i po drugiej stronie w Steinbergu przejmą nad nimi pieczę. Młodszy z nich, syn Fidelisa Fi z Babiej Łąki, wydaje się naiwny, choć jest bezczelny i złośliwy. Byłoby już po sprawie, gdyby prefekt we Frambergu okazał się bardziej przytomny i lepiej zorganizowany. Ten starszy przekupił go i chłopaka wypuszczono z aresztu. Samo aresztowanie było przypadkiem. Chłopak w karczmie w obecności miejscowego proboszcza wdał się w dyskusję o religii, podważał doktrynę wiary. Proboszcz, nieświadomy, jakiego ważnego ma w ręku ptaszka, po prostu go zadenuncjował władzom świeckim. A tam łapówka zrobiła swoje.
- Łapówka w Markonii? - zdziwił się brat Gaudencjusz. - Co innego u nas, lecz tam?
- Nie wiesz, bracie, jak duża to była łapówka. - Mistrz uśmiechnął się znacząco.
- Dlaczego dwa razy przekraczali granicę, Framberg leży przecież po tamtej stronie? - spytał brat Julian.
- Tego właśnie nie wiemy - odparł mistrz.
- Ale gdy kolejny raz wkroczą na teren Republiki Markonii, to władze mogą ich aresztować ponownie za tamto bluźnierstwo, już na cle? - Brat Adrian stukając palcem w poręcz krzesła, podkreślał wagę każdego słowa.
- Otóż nie, dowiedziałem się, że tamten prefekt wydał im list żelazny z wpisem, że oskarżenie było fałszywe, a bluźnierstwo jedynie pijackim bełkotem, co zamyka sprawę nawet przed sądem - wyjaśnił mistrz Harmandt.
- Dlaczego tak krążą? Z Babiej Łąki droga prostym szlakiem zajęłaby im dwa dni do granicy, a są już w podróży prawie dwa tygodnie. - Brat Gaudencjusz potarł splecioną w warkoczyki rudą brodę i dodał:
- Na coś jeszcze czekają, w drodze do miasta Radości, na coś albo kogoś?
- Tego nie wiemy, jak powiedział nasz mistrz dobroczynny Harmandt, lecz sądzę, że dobrze się stało, iż syn Fidelisa nie został aresztowany. Śledząc go i obserwując każdy jego ruch, wiemy, kto jeszcze uczestniczy w tym bezbożnym dziele. Gdy dotrą do celu, będziemy mogli ich wszystkich wyłapać, osądzić i odizolować od naszego ludu. W przeciwnym razie oderwiemy jedynie pojedynczą mackę diabła, która znowu odrośnie. - Julian, najbardziej zaufany brat mistrza Harmandta, wykonał ruch ręką, jakby ukręcał szyję bestii. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną o silnych dłoniach, dlatego gest, który uczynił, sprawiał bardzo realne, namacalne wrażenie. Bracia, zwłaszcza ci obwinieni, cieszyli się skrycie, gdy wyjeżdżał w dniu kary. Bił tak mocno, że krążyły o tym legendy, nawet poza Błagalną Skałą. Dlatego jego nieobecność w czasie kary dawała winnym braciom nadzieję i ulgę, zanim poczuli baty.
- Czy mamy już pełny raport z Frambergu? - spytał Adrian.
- Tylko wstępny, z przebiegu aresztowania. Niestety chyba przyjaciele Fidelisa pochowali się na wieść o kłopotach syna, gdyż informacje są szczątkowe. Mistrz Steinbergu na moją prośbę wysłał tam zaufanego brata, żeby przeprowadził szybkie śledztwo. Zebrał jak najwięcej informacji. Jednak najważniejszym teraz zadaniem jest nie stracić ich z oczu w drodze do świętego miasta i w samym Falun. Musimy być ich cieniem, iść krok w krok za nimi albo nawet o krok przed nimi, zbliżyć się, tropić. - Harmandt spojrzał wymownie na brata Syriusza.
- Nasz dobroczynny brat Joram, mistrz odbudowywanego takim wysiłkiem klasztoru w Średniej Wodzie, wysłał do tej trudnej misji brata Maurycego, to ponoć sprytny i bardzo inteligentny chłopak, choć jeszcze bardzo młody. Joram przysięgał mi na głowę naszego błogosławionego patrona Edryka, że to najlepszy wybór, że chłopak był przed klasztorem w straży gromadzkiej i zna się na rzeczy - odpowiedział.
- Za kogo się podają ci dwaj, co mają w papierach, może to jest jakaś szansa, żeby ich powstrzymać, zanim dotrą do celu, bo wtedy może być już za późno? - Brat Adrian, zwolennik rozwiązania radykalnego i siłowego, znowu wystukał swój nerwowy rytm na poręczy rzeźbionego krzesła. Od dawna postulował ich zatrzymanie pod dowolnym pretekstem, aresztowanie i torturowanie aż do skutku. Uważał, że stare dobre metody, zresztą na mniejszą skalę stosowane do dziś: prowokacja, donos, pułapka, zawsze skuteczne i przynoszące nadspodziewane rezultaty, są najprostsze i najtańsze, a przede wszystkim niezawodne.
- Zbyt wielu zbyt ważnych ludzi jest w to zamieszanych, żeby forsować tego rodzaju metody - powiedział spokojnie brat Julian. - To nie jakaś tam kradzież na skalę bractwa albo nieślubne dziecko wiejskiego proboszcza, to może zmienić historię naszego kraju, nawet naszej świętej religii po naszej myśli lub wbrew nam, co wypluwam z mych ust i wbijam gwoździe w swój język, aby tak się nie stało.
- A kim jest ten drugi? - spytał Gaudencjusz, wciąż bawiąc się swoją brodą.
- Nie wiemy, to chyba tylko woźnica i może przewodnik chłopaka. Podaje się za Marceliusza Ma ze Stągwi Mareckiej, ale w tamtejszych rejestrach, ani w parafii, ani w prefekturze, nikt taki nie istnieje, wydano mu jednak paszport na to imię, więc albo łapówka, albo... - mistrz zawiesił głos.
- Łapówka za fałszywe imię i fałszywe dokumenty byłaby bardzo, bardzo ogromna, zatem może to być człek specjalnie przez Fidelisa i jego przyjaciół zwerbowany, a wtedy jest strażnikiem młodego, a nie tylko woźnicą - odparł Julian.
- Albo gra jeszcze inną ukrytą rolę, której nie znamy - dodał Adrian.
- Nic na to nie wskazywało. Kiedy z nimi jechałem, raczej był bierny i przyzwalał na harce młodego towarzysza. To chłopak jest najważniejszy i jednocześnie jest dla nas i chyba dla siebie samego największym zagrożeniem, jest nieprzewidywalny, głupi i szalony. Łatwiej kontrolować kogoś, kto jest racjonalny. Wiemy niezbicie, że to właśnie jemu, i tylko jemu, ojciec powierzył klucz do tajemnicy i sposób jej wykorzystania. Aż dziw, że ten stary lis zdecydował się na tak ryzykowny krok.
- Stary lis Fidelis Fi, co za wyborne porównanie, o dobroczynny - zażartował Gaudencjusz i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- A za kogo oni się podają, dobroczynny mistrzu, co mają napisane w paszportach i listach przewozowych? - spytał milczący do tej pory brat Balbin.
- Podają się za egzorcystów, za świeckich egzorcystów i uzdrowicieli. To dobry wybór. W prostym ludzie budzą szacunek i respekt, u plebsu strach i bezkrytyczne poważanie, a władze wolą się nie mieszać. Dawniej tylko szpiedzy Rady Rad zostawali egzorcystami, dlatego do dzisiaj budzą nieufność i respekt lokalnych prefektur. - Mistrz zdjął z głowy diadem i podał go Julianowi, potarł czoło i dodał:
- Ale w takim razie to nie jest dobra wiadomość, przeoczyłem to wcześniej. Jeśli podają się za egzorcystów, imię woźnicy jest fałszywe i mają na wszystko legalne dokumenty, to znaczy, że mają potężnych protektorów, którzy znaleźli znakomity sposób, by to wszystko przygotować, a takie przygotowania trwają miesiącami. - Zamyślił się i po chwili zakończył: - Zatem tak czy inaczej, robimy swoje, drodzy bracia. Potrzebny nam cud, potrzebne raporty i zaufani bracia. Kiedy przyjdzie czas, osobiście udam się do świętego Falun, by o wszystko zadbać.
Odezwało się lekkie stukanie do drzwi kapitularza. Jedynie w bardzo pilnych sprawach bracia odważali się przerywać obrady członków kapituły. Brat Rufus, który siedział najbliżej drzwi, wstał, kuśtykając z powodu sztywnej nogi z czasów, kiedy służył w armii, skłonił się z szacunkiem mistrzowi i wyszedł. Wtedy brat Julian rozwinął wielką mapę dorzecza Margwii i Ruka i wskazał palcem na kluczowe miejsca.
- Przygotowania trwają, czcigodni bracia. Potrzebujemy tylko wszystko dopasować: poszczególne wydarzenia oraz działania najbardziej zaufanych ludzi. Wystarczy ogłosić dzień Wielkiej Wróżby i poprzedzające posty i modły. Prace już są na ukończeniu. Nic nas nie powstrzyma, nawet gdyby tamci zdążyli na czas.
- Prace już są na ukończeniu. - Mistrz pokiwał głową.
- Czy znamy ostateczną datę? - spytał Adrian. W odpowiedzi Julian przecząco pokręcił głową i wskazał lekkim ruchem na mistrza. Wtedy do kapitularza wrócił Rufus. W rękach trzymał wiadomość.
- Co tam? - spytał Julian w zastępstwie mistrza, który uważnie wpatrywał się w punkty na mapie w górnym biegu Margwii, nie odrywając od nich oczu.
- Wiadomość od mistrza Jorama ze Średniej Wody. - Podał kartkę Julianowi i sam zaczął się przypatrywać mapie.
- Dobroczynny mistrzu, złe wieści. Brat Maurycy, ów tajny wysłannik, który miał śledzić ludzi Fidelisa, zniknął.
- I co w tym złego, niech wyślą następnego za nimi.
- Oni też zniknęli.
- Jak mogli zniknąć bez śladu? - warknął Harmandt.
- Tak dosłownie napisał dobroczynny Joram.
- To zła wróżba - mruknął Syriusz, pocierając oczy.
- Brat Joram jest osłem i nieudacznikiem, o wszystko musimy zadbać sami - westchnął - na szczęście jest jeszcze nasza dobroczynna mistrzyni, nasza złotousta Hana.
- Ona także posłała swoich ludzi? - spytał Balbin nie mniej zaskoczony niż cała reszta braci wpatrujących się uważnie w swego mistrza. Ten dostrzegł ich wzrok i wyprostował się powoli.
- Czyżbyście sądzili, że wasz stary, dobry ojciec, wasz dobroczynny mistrz zgłupiał i do niczego się już nie nadaje! - wrzasnął na całe gardło. - Czyżbyście dybali na mój urząd, snując swoje głupie domysły?! Czyżbyście nie doceniali mojej inteligencji i przebiegłości?! Ja zawsze mam plan a i plan b, i nawet plan c. Nie piastowałbym swego urzędu z takim powodzeniem przez tyle lat, gdybym miał waszą inteligencję! - krzyczał. - Nie snułbym tak finezyjnego planu, gdybym nie był w stanie przewidzieć jakiegoś Maurycego, jakiegoś zniknięcia, gdybym nie wiedział już teraz wszystkiego, o co wy dopiero pytacie, durnie! To zła wróżba? Zła wróżba? Kto jest odpowiedzialny, pytam, za kontakt z Joramem? Kto? Syriusz? Sądzicie, że kiedy pytam, to znaczy, że nie wiem! - Na jego wargach pojawiły się krople spienionej śliny. Trzasnął wiosłem z taką siłą, że drzewce pękły wzdłuż, na pół. Zapadło milczenie. Odwrócił się plecami i dał znak, żeby wyszli. Rufus pozbierał szczątki złotego wiosła i wszyscy kłaniając się, zaczęli wycofywać się ku drzwiom. Wtedy Harmandt odwrócił się powoli i podszedł do odchodzących braci. - Syriuszu - powiedział cichym głosem, lekko dotykając jego policzka - siedem pałek i siedem płacht. Jutro o świcie, przed nabożeństwem wyznasz swoje winy.
Dla Michała
Do sparaliżowanego chłopca zbliżył się mężczyzna z workiem na ramieniu. Szybkim ruchem ręki wyciągnął z niego żółtego, cienkiego węża, niespotykanego w tych stronach, i podniósł go. Przez tłum przeszedł szmer zdziwienia i nabożnego lęku. Zapadła cisza. Drugi, znacznie młodszy mężczyzna uniósł chłopca, który leżał na derce na ziemi, odsłaniając wykrzywione nogi. W pierwszej chwili nieszczęsny chłopiec wysunął mu się z rąk. Górna część ciała również była skręcona i w chwili, kiedy tamten go unosił, ciało wygięło się jeszcze bardziej. Przez tłum przeszedł jęk i ktoś usłużny z pierwszego rzędu gapiów rzucił się do pomocy, ale starszy mężczyzna powstrzymał go gestem ręki. Znowu uniósł węża, zatańczył i w dziwnym podskoku zbliżył się do sparaliżowanego, przystawił węża najpierw do jednej, a potem do drugiej nogi, a żółty potwór dwukrotnie ukąsił, strzelając jadem. Mężczyzna wykrzyknął na całe gardło:
- Idź precz, zły duchu! Niech jad przepędzi z ciała tego nieszczęśnika wszelkie złe moce! Idź precz! Idź precz!
Wąż zniknął w torbie, chłopca na ziemi opanował szał. Miotał się i wił w pyle wioskowego placyku, a ręce i nogi jeszcze bardziej wykręcone bezwładnie uderzały w podłoże. Przez tłum przeleciał kolejny pomruk, tym razem wyrażający przestrach i uczucie zawodu. Mężczyzna z całej siły walnął kijem w ziemię. Tłum ucichł, a sparaliżowany chłopiec przestał się ruszać. Leżał jak martwy. Obaj egzorcyści kilka razy okrążyli go, wpatrując się w nieruchome ciało. Wtem starszy znowu podskoczył tanecznym krokiem, wyciągając z worka kolejnego, tym razem czerwonego węża, który wił się w jego dłoni. Przystawił go do czoła leżącego i znów wąż zębami uderzył w skórę chłopca. Tłum zafalował. Mężczyzna powtórzył wezwanie:
- Idź precz, zły duchu, któryś zamieszkał w głowie i rękach! Niech jad przepędzi z ciała tego nieszczęśnika wszelkie złe moce! Idź precz! Idź precz!
Obaj mężczyźni ponownie zaczęli okrążać sparaliżowanego, ale tym razem bardzo szybko, wydając przeraźliwe, dziwne piski, chłopiec zaś znowu zaczął się gwałtownie szarpać i wić, waląc na oślep rękami i nogami. Bieg stawał się coraz szybszy, piski głośniejsze. Kurz wirował w powietrzu, a nad głowami wibrował przeraźliwy wizg. Wtem sparaliżowany zerwał się na równe nogi i zaczął biegać razem z egzorcystami, krzycząc: - Ja biegam, ja chodzę, ja biegam, moje nogi są zdrowe, moje ręce są zdrowe. Zanim ludzie się zorientowali, ucałował dłonie obu egzorcystów i pobiegł drogą, nadal wykrzykując: - Ja biegam, moje nogi są zdrowe.
Nastała cisza. Egzorcyści upadli na ziemię. Naraz cisza ustąpiła miejsca harmidrowi. Ludzie przerzucali się komentarzami i głośnymi okrzykami. Na placyk wskakiwały dzieci, naśladując ruchy egzorcystów i konwulsje sparaliżowanego. Wtedy wioskowi wypchnęli na środek kolejną osobę - dziewczynę na powrozie. Brudne zlepione włosy zakrywały jej twarz. Na grzbiecie miała strzęp poszarpanej starej sukni, od wielu miesięcy nieprany. Była bosa. Kiedy starszy wioski zdjął jej powróz z szyi, dziewczyna nagle się ożywiła, ruszyła za dziećmi, a potem wokół studni, wymachując rękami i krzycząc: - Zboczeńcy, zboczeńcy, gwałciciele.
Chłopak podskoczył i sprawnym chwytem przytrzymał dziewczynę, krępując jej ruchy. Owinął ją ramionami i zablokował uściskiem. Szarpała się i pluła na zebranych wokół. Wierzgała, ale chwyt był tak skuteczny, że mogła jedynie obracać się razem z młodym egzorcystą. Wioskowi ludzie błogosławili się rytualnym gestem po trzykroć, a obcy, przejezdni i gapie zaciekawieni obrzędem zasłaniali twarze przed plwociną, wypychali się z tłumu w kierunku opętanej, rzucali kamykami w jej stronę. Śmiech i kpiny zmieszane z lękiem przerywały jej wrzaski i lamenty wioskowych. Dziewczyna wydawała z siebie rytmiczne, bełkotliwe dźwięki, a wtedy jej ciałem wstrząsały konwulsje.
Starszy mężczyzna o szpakowatych długich włosach wrzucił do kociołka stojącego na palenisku garść jakiegoś specyfiku. Przykrył, docisnął pięścią: ze środka buchnęło ogniem i dymem, odrzucając pokrywkę wysoko w górę. Przez ciżbę ludzką przeszedł kolejny pomruk i wszyscy, nawet ci przyjezdni i miastowi, cofnęli się. W powietrzu rozszedł się intensywny smrodliwy zapach, a dym nad kociołkiem zmienił kolor na jasnobłękitny. Znaczniejszy egzorcysta umoczył w kociołku koniec długiego, ostrego szpikulca i zbliżył do czoła dziewczyny. Ta w pierwszej chwili targnęła głową, a potem znieruchomiała. Mężczyzna nakłuł jej skórę na środku czoła. Malutkim strumyczkiem pociekła krew. Jej kroplę zgrabnym ruchem zebrał do małej czarki, którą trzymał w drugiej dłoni, i podsunął ją do ust opętanej. Obaj mężczyźni jednocześnie odchylili głowę dziewczyny, młody szarpiąc ją do tyłu, a stary unosząc podbródek. Płyn z czarki znalazł się w gardle. Przez chwilę stali tak znieruchomiali we trójkę. Starszy wrzasnął przeraźliwie:
- Oczyszczam cię i uwalniam! Bądź uzdrowiona. Oczyszczam cię i uwalniam! Idź precz, zły duchu! Oczyszczam cię i uwalniam! Bądź uzdrowiona.
Chłopak rozluźnił uścisk. Dziewczyna już spokojna i jakby lekko uśpiona osunęła się na ziemię. Egzorcysta o szpakowatych włosach zdjął z szyi amulet i pokazał go tłumowi, po czym wymierzył w ludzi swój szpikulec i kilkakrotnie wykonał gest, jakby chciał ukłuć nim wszystkich i każdego z osobna. Tłum znowu się cofnął.
- Daję ci ten amulet mocy - powiedział do dziewczyny, wkładając jej rzemień na szyję - abyś była chroniona. Noś go zawsze, a będziesz jak święta dziewica, zawsze uzdrowiona i zawsze bezpieczna. - Nagle odwrócił się do ludzi, powtarzając gest szpikulcem, i krzyknął gardłowo: - A wy nie ważcie się jej ruszać. Ma być odtąd czysta i nietknięta jak dziewica. Jeśli ktoś złamie moją świętą klątwę, na wioskę spadnie pomór, jakiego najstarsi ludzie nie pamiętają, a temu, kto by ją tknął, zgniją wszystkie członki, język sczernieje, w konwulsjach straszliwych przez miesiąc tracił będzie życie, a umrzeć nie będzie mógł, aż przyjdzie po niego zły duch, który opuścił dziewczynę.
Zbliżył się do kobiety stojącej w pierwszym rzędzie i wcisnął jej w ręce woreczek.
- A ty lekarstwo jej masz podawać, dobra kobieto, jeśli osłabnie albo cień zmąci jej umysł. Szczyptę na mały dzbanek wrzątku. Pamiętaj! Opiekuj się nią troskliwie.
- A którędy zły duch z niej wyszedł? - spytał nieufnie mężczyzna, pewnie mąż kobiety obarczonej teraz nowym obowiązkiem.
Szpakowaty egzorcysta gwałtownie zbliżył twarz do jego śmierdzącej, nieogolonej twarzy, tak szybko i tak blisko, że tamten bezwiednie uklęknął.
- Przez sikanie wyjdzie, z uryną osłabiony i niemal martwy, ale wróci, jeśli ktoś tknie tę małą choćby palcem - wycedził przez zęby dostatecznie głośno, by wszyscy wkoło słyszeli, co mówi. Lecz zanim odsunął się od mężczyzny, przez tłum przeszedł kolejny pomruk. Wokół dziewczyny siedzącej na ziemi pojawiła się kałuża.
- Umyć ją, odziać i nakarmić, a będzie się wam dobrze działo - rozkazał tym razem starszemu wioski.
Zatrzymali wóz daleko za wsią, za lasem. Zza krzaków wyszedł uśmiechnięty niedawny paralityk. Machnął przyjaźnie ręką. Młodszy z mężczyzn podał mu woreczek z monetami i szeroko się uśmiechnął. Padli sobie w ramiona w serdecznym uścisku.
- Żal mi, że nie jedziesz dalej z nami. Dobrze się nam z tobą współpracowało, teraz będzie nam nie tylko trudniej, ale i smutniej - powiedział.
- Żegnaj, Filipie Fi i ty, Marceliuszu, dla mnie to również była wspaniała przygoda, zwłaszcza że tyle razy cudownie mnie uzdrowiliście. Wy jednak ruszacie za granicę, a mnie tam nie po drodze. Trudno, może się jeszcze spotkamy.
- Uważaj na siebie. - Szpakowaty egzorcysta sięgnął do worka, wydobył z niego żółtego węża i rzucił nim w stronę chłopca. Ten chwycił go zręcznie i udał, że został dotkliwie ugryziony. - Na pamiątkę! Mądrze używaj tego sztucznego gada, ale zważywszy na twoją przebiegłość, dasz sobie radę, tylko zmień wizerunek. Zbyt często odgrywałeś w tej okolicy paralityka. - Trzasnął lejcami i wóz powoli ruszył.
- Dam sobie radę, żegnajcie i niech wam się szczęści - krzyknął, machając za odjeżdżającym wozem.
Ruszył w stronę lasu i po chwili, brodząc przez wysokie paprocie, znalazł się na małej polance. Rozejrzał się i skierował ku gęstym zaroślom, dostrzegł kątem oka ruch i wtedy ich zauważył. Trzech mężczyzn siedzących na koniach, ubranych na czarno. Na jego widok jeden z nich, w szerokim kapeluszu ze spadzistym rondem, zeskoczył na ziemię i wyszedł mu naprzeciw. Chłopak skłonił się mu nisko.
- Oto mój szczegółowy raport, panie. Jadą do brodu na Margwii. Chcą przekroczyć granicę w Średniej Wodzie.
- Czy mają to ze sobą? - spytał.
- Chyba tak, panie, lecz już raz przekraczali granicę i zawrócili. Coś musiało zajść. Nie wiem co, w każdym razie młodego, Filipa Fi, aresztowano, starszy Marceliusz spotykał się ze swoimi stronnikami. Udzielili mu pomocy, ale zaraz potem zawrócili, zatoczyli koło i teraz z całą pewnością znowu jadą ku granicy. Nie ma wątpliwości, że ją przekroczą. Młodszy to Gamuńczyk, takie ma zresztą imię, dwuczłonowe, starszy to chyba Markończyk, sądząc po imieniu i akcencie. Zaprzyjaźnili się ze mną, zwłaszcza młody, i gdyby mieli zostać w kraju, na pewno bym o tym wiedział. Wymyśliłem bajeczkę o pościgu za mną i uwierzyli.
Mężczyzna w czerni podał mu sakiewkę, bez słowa się odwrócił i ruszył do swoich towarzyszy, trzymając w ręce rulon z raportem.
- Jakie rozkazy, panie? Mam podążyć za nimi? Śledzić? Cudownie się im objawić za granicą? Czekać?
Mężczyzna odjechał już spory kawałek, zatrzymał się, odwrócił i kiwnął na chłopca ręką, przywołując go do siebie. Ten ochoczo podbiegł. Okrążył człowieka w czerni, gdyż ten nie odwrócił się do niego, wciąż stojąc nieruchomo jak posąg. Stanął naprzeciwko, nagle ze zdumieniem poczuł gwałtowne ciepło w podbrzuszu i na udzie, a potem poczuł słabość i osuwając się z nóg, ujrzał krótkie zakrwawione ostrze, które trafiło go w pachwinę. Mężczyzna schylił się i wytarł krótką, ostrą klingę o koszulę chłopca.
Jeden z jeźdźców zbliżył się i spytał:
- Ścigamy ich, czcigodny Nadarze Na?
- Nie, ktoś inny będzie im teraz towarzyszył. Musimy zyskać pewność, że mają to przy sobie. W przeciwnym razie tylko ich spłoszymy i wszyscy spiskowcy ukryją się jak szczury w piwnicach i wylezą w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Wyszedł z wydziału na Szturmowej po szóstej. Czekał na doktora Marca dwie godziny, by omówić z nim temat pracy semestralnej z psychologii organizacji. Doktor poświęcił mu swój cenny czas, a jakże, dziesięć minut w drzwiach; zapomniał, że się umówił. Trzeci raz z rzędu. Filip wymyślił świetny temat: "Szkolenie z rozwoju osobistego a wzrost motywacji do pracy". Doktor powiedział, że ta praca może być znakomitym wstępem do pracy magisterskiej. Co z tego, kiedy nie miał czasu nawet na nią zerknąć. "Znakomity temat, świetny pomysł, proszę kontynuować" to za mało. Na zajęciach był super, najlepszy z asystentów, żarty, przykłady z życia firm, krótkie scenki z filmów fabularnych ilustrujące elementy teorii psychologicznych. Puścił nawet fragment Shreka. Świetny gość. Jednak na dyżur zawsze się spóźniał, umówiony z dziesiątkami ludzi nigdy nie miał czasu, i w efekcie olewał studentów. Chłopaki z grupy odradzali mu uwiązanie się do Marca z pracą magisterską "Zostaniesz sam, mówili. Ani ci nie pomoże w konspekcie, ani w zdobywaniu materiałów, a jak będziesz chciał zrobić gdzieś badania motywacji, nawet nie zadzwoni, żeby cię wpuścili do firmy z ankietami. Co z tego, że fajny z niego gość i prowadzi zabawnie zajęcia, jeśli zostaniesz z pracą sam, a w końcu profesor twój konspekt pokreśli i odrzuci. Ostatnio dwa razy tak się zdarzało. Tylko nie Marzec na promotora. Każdy ci to powie."
Na zarządzaniu było inaczej niż na teologii, na której spędził dwa lata. Tam było przewidywalnie, tutaj tłumy ludzi, sporo zajęć. Teraz w pocie czoła odrabiał skutki swojej decyzji. Bał się zostać księdzem, ale nie chciał zawieść matki. Zarządzanie było trudniejsze, inni ludzie, więcej szans, zapieprz całymi dniami, z zajęć do biblioteki, z biblioteki na seminaria. Wiedział, że z pracą semestralną sobie poradzi. W firmie, w której odbywał staż, obiecali mu pomóc z przeprowadzeniem ankiet wśród pracowników. No i Lilka, która od września pracowała w dużej korporacji jako asystentka, obiecała pomóc. Był w kropce, lecz na razie luzik, musi to przemyśleć i może wystartuje do innego promotora. Ciekawiły go zajęcia profesora Grzyba z socjologii małych grup, więc może u niego spróbuje, jeśli z Marcem nie da rady.
Padał śnieg i nad skrzyżowaniem wirowały płatki wielkie jak motyle. Pomarańczowe światło przebijało się przez mgliste, migoczące cienie ludzi, autobusów, setek samochodów. Korek. Jak zwykle w czasie opadów Warszawa stała w miejscu. Postanowił podjechać tramwajem do metra i metrem pod dom. Chociaż się cofał, jednak było to najszybsze rozwiązanie i najbardziej rozsądne z powodu przeciekających adidasów. Kasa, tak jest kaska, to był newralgiczny punkt programu. Wynajem trzypokojowego mieszkania przy Artystów na Ursynowie sporo kosztowało, chociaż dorzucał tylko jedną czwartą. Buła i Kozłowski płacili resztę, Kozłowski najwięcej, bo po sprowadzeniu swojej dziewczyny zarekwirował największy pokój. Wszystko się ułożyło, ale jednocześnie popsuło. Laska wprowadziła swoje rządy i dawna przyjaźń z Kozłem, jeszcze z liceum, podupadła. Co innego Buła. Poznali się przypadkiem na castingu, jaki właściciel urządził z okazji wynajmu mieszkania. Jakiś kolega tatusia Buły, serio prawnik, tutejszy bardzo ważny mecenas. Zajechał czarnym lexusem. Dość wredny. Palił papierosa za papierosem, wykrzykiwał, pouczał i machał rękami. I kiedy Filip myślał już, że w castingu odpadł jako obcy, niespodziewanie przeszedł do finału, razem z Kozłem, gdyż starsi Buły i tak byli zszokowani warszawskimi cenami wynajmu. Dlatego obecność dwóch grzecznych chłopców, jak ich określiła mamuśka Buły, była im na rękę, finansowo rzecz jasna. Właściciel mieszkania od tamtego czasu się nie wtrącał. Pieniądze przesyłali mu na konto, i tyle. Nawet nie zaglądał. Widocznie taki miał styl. Na początek zdeptać, postraszyć, pokazać władzę, a potem pełna absencja. Teraz Buła stał się mu bliższy, niż serdeczny kumpel z dzieciństwa. Dziwne. Trzeci rok był dla niego i dla Buły najtrudniejszy, imprezy więc przygasły, zmarniały i stopniowo zdechły, a teraz każdy latał za zaliczeniami. Buła na warunku przerażony starszymi, którzy dali mu zero taryfy ulgowej. Oni prawnicy i on prawnik i nie inaczej miało być. Dotąd pociecha dostarczała im świadectwa z paskiem oraz wygrane na olimpiadach, a nieoczekiwanie na studiach złe towarzystwo, pijaństwo i drugi warunek. Ustalono nawet, że jeśli nie będzie postępów, to Buła powróci pod rodzinne Kielce, do Jędrzejowa, gdzie rodziciele mieli swoją kancelarię, i dalsze studia odbędzie w Krakowie pod okiem tatusia i jego kolegów. Były też inspekcje, a jakże, i nawet groźba, że zostaną z Kozłem karnie usunięci, ale synek się przejął, zaczął zakuwać i sprawa ucichła.
Tymczasem Kozioł się zakochał, a panna okazała się zaborcza. U Filipa na zarządzaniu też nie było lekko. Jeszcze komp siadł mu nieodwracalnie i kolesie zażądali za nową płytę dziewięć paczek, o czym dowiedział się dzisiaj, co było sprawstwem rozbójniczym, jak mawiał Buła prawnik. Czyli dupa. Ze stypendium cieniutko, bo naukowe z powodu klapnięcia wyników odpadło mu w tym semestrze. Z robotą cienko. Stróżowanie w przychodni na Surowieckiego było super. Bliziuchno, ciepło i dało się całą noc czytać albo się uczyć, a nawet złapać komara, ale było i się skończyło. Dyrekcja otrzymała nowe przepisy i teraz stróżuje profesjonalna agencja ochrony, czyli byłe policyjne dziadki, z brzuchami metr przed paskiem, którym się nie chce nawet ruszyć sprzed telewizora. Cała kaska, którą odłożył z letniej pracy na zmywaku w Hammersmith w Londynie, poszła na szkolenia. Wierzył, że to jest jego ścieżka. Uwielbiał to. Od pewnego czasu bardziej niż imprezy i browki. Teraz zainwestuje w siebie, póki jeszcze studiuje, póki nie wszedł w lata hipokryzji i odpadziochy, i jeszcze zanim otrzyma dyplom, wystartuje jako supertrener rozwoju indywidualnego, a potem już tylko własna firma i... sukces. Jeśli w ogóle w coś wierzył, to właśnie w sukces. Na początku tak nie było, na początku był po prostu leszczem z Łomży, zdziwionym i przestraszonym stolicą, odległościami, ludźmi. Który kiedy ma odpowiedzieć na sakramentalne: "A ty skąd jesteś?", "Cześć, jestem z Łomży", nazwa jego rodzinnego miasta układa mu się dziwnie w ustach i mówi: "Łyyyomży albo Łeeeomży", jakby zdrętwiałymi ustami, z jąkaniem, wstydem, że zaraz w jego ustach pojawi się coś niestrawnego i zwymiotuje. Tak było kiedyś. Sam się dziwił, przecież lubił swoje miasto. Jednak czas mijał. Już nie wstydził się swego miasta, ale wiedział, że tam nie wróci. Do trzech rond, bezrobocia i spotkań przy małych frytkach w McDonaldzie na stacji benzynowej. Rzadziej jeździł do domu. Startował trzy razy do tyrki na drugą stronę kanału. Radził sobie. Zaliczał się do starszaków na wydziale. Orientował się. Ale teraz był czas kryzysu. Kasa wyszła.
Prawdziwą zmianę przeszedł dzięki Bąbali. Trener, Grzegorz Bąbala, na którego kurs trafił po raz pierwszy dzięki Lilce, najpierw wzbudził jego wątpliwości, lecz potem... Poczytał, poszukał, poszedł na trzydniowy kurs Identyfikacji własnych pragnień, a potem na tygodniowy Rozwój potencjału i wewnętrznej energii i przepadł dla ludzkości, jak mówił Buła. Tylko na Bąbalę wydawał kasę, tylko o szkoleniach rozmawiał, medytował na dachu wieżowca i wyjeżdżał na kursy odnowy i programowania umysłu do Kampinosu. Bąbala to, Bąbala tamto, spotkania, treningi i grupa ludzi, z którymi pojawiał się na seminariach, to byli jego jedyni przyjaciele. Wszystko przez Lilkę, twierdził Buła, jednak on wiedział, że jest w tym coś więcej, wzrost potencjału osobistego, wiara w to, że jeśli tylko się chce, można przenosić góry. Buła twierdził, podobnie jak on na początku, że Bąbala jest egocentryczny, chamski, agresywny i wszystko, co mówi i robi, jest nastawione jedynie na kasę, i to wyłącznie jego osobiste zyski, a nie naiwnych kursantów, którzy wierzą w moc bogacenia się. No cóż, na początku myślał podobnie. Kierował się powierzchownymi ocenami i z tego powodu wątpił we własne szanse. Teraz znał już drogę, odnajdywał własną siłę. Przekonał się, że metody Bąbali były skuteczne. Wiele razy wiara w siebie, pozytywne myślenie pomogły mu wyjść z dołka. Czasy jego depresyjnych smutków minęły bezpowrotnie.
Wiatr wiał tak silnie, że przy wejściu do metra zastanawiał się, czy jechać do stacji Stokłosy i cofnąć się, czy na Ursynów i iść do przodu. Wiosną i latem aż do późnej jesieni zasuwał rowerem na wydział, ale zimą problem wracał. Które chodniki będą odśnieżone, a które nie? Którędy jechać i czy w ogóle jechać? A przede wszystkim czy wydawać banknoty Narodowego Banku na bilet sieciowy? Na co wydawał? Na co dzień - herbata i coś do szamania. Nic więcej. Co jeść? Co dzisiaj kupić? To było dobre pytanie. Jeśli pozwoli sobie na kebab albo pizzę, to będzie musiał ciągnąć na pożyczce żywieniowej u Kozła do następnego weekendu, kiedy Buła wróci z wałówką i coś odpali, zanim nadmiar skiśnie w lodówce. Do domu będzie mógł wystartować dopiero, jeśli coś zarobi. Kwestia kasy na bilet. Nawet jego komórka to kompletna padziocha i kiedy tylko mógł, puszczał biedaki, krótkie dzwonki, żeby do niego oddzwaniali. Część kumpli jednak nie szła na to, sami mieli niedoładowane komórczaki. Główne zadanie polegało na znalezieniu funduszu inwestycyjnego w celu zdobycia twardziocha lub też wykonaniu z Bułą jakichś robót ręcznych, żeby dysk odpalił, wystartował jakimś cudem i jeszcze jakiś czas pociągnął.
Zamyślony, szybciej niż się spodziewał, pokonał KEN do Artystów od stacji Stokłosy. Częściej cofał się od stacji niż szedł do celu. To dziwne. W zasadzie było dalej. Wolał się cofać. Po krótkim marszu wstukał kod w domofonie starego bloku z lat osiemdziesiątych i wjechał windą na siódme piętro. Otworzył kluczem drzwi i zastał ciemne mieszkanie. Zdziwił się. Przed siódmą wszyscy powinni być już w domu, rzadko zajęcia ciągnęły się tak długo przynajmniej u Kozła i jego dziewczyny na etnografii, gdzie stale mieli luzy. Pstryknął i nic. Czyżby na domiar złego nie zapłacili za prąd i elektrownia prewencyjnie odcięła zasilanie? Znowu ta kasa, pomyślał. Pewnie przez ostatni kwartał Buła nie przelał pieniędzy, bo przecież tak od razu nie odcinają. Postanowił poszukać w kuchni zapałek, ale wtedy z głębi mieszkania, od strony pokoju, który zajmował Kozłowski z dziewczyną, pojawiło się nikłe światełko. Coraz bliżej i bliżej i nagle światło rozbłysło w całym mieszkaniu, zupełnie go oślepiając. Rozległo się: Sto lat, sto lat. Lilka trzymała w rękach tort. Nie zauważył nawet, w którym momencie wszystkie świeczki rozbłysły. Na początku na pewno była tylko jedna. Migocące światełko w ciemności. Nagle trach. Zamieszanie. Życzenia. Dmuchanie w świeczki. Urodziny. Zapomniał, ale Lilka pamiętała. Byli wszyscy, jego domownicy i przyjaciele. Buła, Kozioł, dziewczyna Kozła, Gosia i Lilka, a po chwili w słuchawce mama. Lilka o wszystkim pomyślała. Nawet w odpowiedniej chwili wybrała numer do mamy. "Wszystkiego dobrego syneczku, dbaj o siebie. I nie siedźcie dzisiaj zbyt długo. Ucałowania od babci. Ta Lilka to wspaniała dziewczyna". W udekorowanej papierowymi ozdobami kuchni zjedli tort. Był pyszny. Nasycił głód, myśląc o tym, jaką superkumpelą jest Lilka, która uśmiechała się rozradowana i wciąż dokładała mu biszkoptowo-wiśniowego tortu ze śmietaną. Zastanawiał się, dlaczego to robi, przecież niemal nigdy jej się nie odwzajemniał, nie odwdzięczał, nie pamiętał nawet, kiedy ma imieniny, a co dopiero urodziny. Kiedy przypadało Lilianny? Nie miał pojęcia. Powinien zapamiętać i się odwdzięczyć. Byli kumplami, czasem razem chodzili na szkolenia, ale nic więcej.
- A teraz czas na prezent - oznajmiła, taszcząc do kuchni wielkie pudło.
Osłupiał, zupełnie zaskoczony kolejny raz tego wieczoru. Czyżby nowy twardy dysk? Wspominał chłopakom o kłopotach ze starym kompem? A może buty zimowe, gdyż jego adziki straszyły wszystkich, schnąc w kuchni na kaloryferze każdej nocy. Zaczął otwierać wielką paczkę, odwijał kolejne warstwy papieru, wyjmował kolejne zwitki gazet i nic. Rozejrzał się zdziwiony i wreszcie na dnie znalazł małą, sztywną kopertę. Otworzył ją. W środku tkwił mały kartonik z wizytówką: Gabinet hipnozy i terapii. Dr Roman Gałązka, ulica Wilcza 21a, lokal 14, Warszawa.
- Musimy się zbierać, nie ma wiele czasu. Wizyta umówiona na dwudziestą. Od metra Politechnika to jeszcze kawałek drogi.
- Jak to, zbierać? - zdziwił się Filip kolejny raz tego wieczoru.
- Drogi panie trenerze, cała nasza ekipa zrzuciła się na twój wymarzony prezent, sesję hipnotyczną u superekstraspecjalisty, który studiował w Stanach, a nawet w Tybecie i Szanghaju i jest mistrzem jakich mało. Jego specjalność to hipnoza regresywna.
- Jeszcze nie jestem trenerem - wydukał nieśmiało, wkładając mokre buty, które mu podała.
Szli szybkim krokiem. Na języku czuł jeszcze słodycz tortu, a w skarpetce bardziej pękniętego lewego buta lekko chlupała woda. Dopiero w metrze trochę ochłonął i spytał Lilkę:
- Ile to kosztowało?
- Nie pytaj. - Odwróciła głowę uśmiechnięta i bardzo z siebie zadowolona.
- Lilka, musisz mi powiedzieć? Jeśli mi nie powiesz, nie idę.
Odwróciła się, jej jasnozielone oczy zalśniły pod zimową czapką zsuniętą niemal na oczy. Jednym ruchem ściągnęła ją i roztrzepała długie kasztanowomiedziane włosy. Z miną zwyciężczyni powiedziała:
- Tysiąc dwieście.
- Ile! - Spojrzał na nią osłupiałym wzrokiem.
- Tysiąc dwieście, tyle sobie liczy za hipnozę regresywną, ale to dwie godziny plus wywiad. Najlepszy specjalista w Polsce, i nie tylko w Polsce. Sam Grzesiu Bąbala go polecił i u niego się szkolił. Gość był dwa lata w Nepalu. Przecież wiesz.
- Wiem, ale tyle kasy?
- Przecież to było twoje marzenie - odpowiedziała, wstając, zanim odezwał się głos spikera oznajmiający, że pociąg dojeżdża do stacji Politechnika.
Stali przed starą kamienicą obok komendy policji. Zadzwonili domofonem. Głośne brzęczenie oznajmiło otwarcie. Weszli do bramy i Lilka po chwili spostrzegła małą strzałkę z napisem gabinet, wskazującą podwórko. Weszli dalej, rozglądając się po ciasnej warszawskiej studni. W głębi ujrzeli kolejne drzwi do bocznej klatki schodowej. Tam znaleźli lokal numer czternasty.
- Lilka, bardzo ci dziękuję - powiedział i zwracając się do jej pleców na ciemnych schodach, spytał: - Ty też masz dzisiaj wizytę, to znaczy hipnozę u doktora?
- Nie, kiedy zamawiałam wizytę u jego asystentki, oznajmiła, że koniecznie musisz przyjść z kimś, kto potem odwiezie cię do domu, więc jestem. - Znowu uśmiechnęła się szelmowsko.
- Będziesz czekała tyle czasu?
- Nie przejmuj się, mam co czytać, poza tym jestem strasznie ciekawa, co mi powiesz już po wszystkim - uspokajała, naciskając klamkę.
W dużym przedpokoju panował półmrok. Wyszła do nich starsza, mniej więcej pięćdziesięcioletnia elegancko ubrana kobieta, uczesana w kok, i kazała się rozebrać, a potem poczekać w małym pokoju. Stała w nim stara duża skórzana kanapa i dwa fotele. Na półce rozstawiono płyty z nagraniami doktora Gałązki. Niektóre z nich wyglądały trochę amatorsko z okładkami wydrukowanymi na atramentówce, inne już bardziej profesjonalnie w porządnych pudełkach z obwolutami kartonowymi. Filip przeglądał tytuły: Twoja droga do szczęścia. Siedem hipnotycznych sugestii osobistej zmiany albo Twój umysł w stanie alfa, Medytacje transowe na każdy dzień, Prawa sukcesu i rozwoju a podświadomość człowieka. Praca w transie.
- Boisz się? - spytała.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, lecz zanim zdążył zebrać myśli i odpowiedzieć, do pokoju weszła kobieta i ruchem głowy wskazała mu kolejne drzwi. Wszedł do środka. Przy wielkim ciemnym biurku, na którym stała zdobiona lampa z zielonym, szklanym kloszem, siedział mężczyzna w nieokreślonym wieku. Mógł mieć zarówno trzydzieści pięć, jak i czterdzieści pięć lat. Zaczesane do góry włosy na żel, lekki zarost. Garnitur. Elegancja. Wstał i uśmiechnął się, wyciągając na powitanie rękę. Wskazał mu wygodny, wysoki fotel z drugiej strony biurka.
- Pana narzeczona mówiła mi, że jest pan zainteresowany hipnozą regresywną - powiedział, wciąż się uśmiechając.
- Lilka nie jest moją narzeczoną, raczej kumpelą.
- O przepraszam, sprawiała wrażenie, że jesteście parą, szkoda więc, bo to atrakcyjna i miła dziewczyna i chyba bardzo pana lubi. Wracając jednak do hipnozy. Czy to prawda, rzeczywiście interesuje pana regresywna?
- Tak, w zasadzie tak. Sporo słyszałem o tej metodzie. Jestem po kursie Praktyk rozwoju osobistego i Mistrz rozwoju u Grzegorza Bąbali i wiele mówił o panu, hipnozie, cofaniu się w czasie i samej regresji - odpowiedział, starając się ukryć mokre plamy, które na dywanie zostawiały jego mokre adziki.
- To świetnie. Zanim jednak przystąpimy do sesji, muszę uzyskać od pana kilka informacji. Mimo że metoda jest całkowicie bezpieczna, jednak wymaga pewnej gotowości od klienta, a także wykluczenia pewnych przeciwwskazań. Proszę na początek odpowiadać tylko tak lub nie. - Doktor wyjął z szuflady kartkę i teczkę i po chwili zaczął odczytywać pytania:
- Czy kiedykolwiek leczył się pan psychiatrycznie lub zażywał leki psychotropowe, uspokajające lub przeciwdepresyjne? - Filip pokręcił przecząco głową.
- Czy cierpi pan lub cierpiał na schorzenia neurologiczne, a w szczególności padaczkę... - Głos doktora odpłynął.
Poczuł się zahipnotyzowany monotonią pytań, kiwaniem lub kręceniem głową w odpowiedzi na litanię doktorka. Myślał o dziwności tej sytuacji. O Lilce. Doktor powiedział, że jest atrakcyjna i szkoda, że nie są narzeczeństwem. Nigdy tak o niej nie myślał. Ładna? Też tego nie dostrzegał. Lilka to Lilka. Kumpelka, znajoma. Czasem chodzili do kina, na szkolenia, nigdy nie myślał o niej jak o dziewczynie, którą mógłby się zainteresować w ten sposób. Myślał o tym, że spełnia swoje wielkie marzenie, ale był tak zaskoczony, a przy tym zmęczony dniem, zbliżającą się sesją, brakiem pieniędzy, że nawet się nie cieszył, raczej dziwił. A tu taki prezent. Może wolałby tę kasę wydać na coś innego? Wyrzucał sobie, że nie potrafił okazać należytego entuzjazmu. Podziękować Lilce. Dlaczego ona to dla niego zrobiła? A może bał się samej hipnozy. Przyglądał się certyfikatom, dyplomom i zaświadczeniom o odbytych kursach. Wisiały nad głową doktora i z boku. Było ich kilkanaście. Leżanka z boku, z kocami. Dwa okna. Piec kaflowy w rogu pokoju. Szafka z książkami.
- Czy jest pan uzależniony od alkoholu, leków lub jakichkolwiek substancji psychoaktywnych?
- Nie - tym razem odpowiedział na głos.
- Znakomicie. W takim razie proszę mi powiedzieć, co pan wie o metodzie regresywnej i z jakiego powodu chce cię pan jej poddać?
- Słyszałem, że umożliwia cofanie się w czasie i powrót do młodości, a nawet wczesnego dzieciństwa i w trakcie sesji usunięcie przeszkód, traum, emocji, które kiedyś spowodowały to, co teraz skutkuje w postaci takiego, a nie innego życia. To znaczy, że boimy się albo wyhamowujemy, kiedy coś w środku, w naszej psychice nas blokuje. - Plątał mu się język. - Grzesiu Bąbala na szkoleniach mówił o takim zjawisku, że kiedy nie jesteśmy w stanie dotrzeć sami do blokad wewnętrznych, przyczyna może tkwić w naszej przeszłości, a my nawet sobie tego nie uświadamiamy. W bardzo wczesnym dzieciństwie albo nawet w poprzednim życiu.
- W poprzednim życiu? - doktor przetarł okulary chusteczką.
- Pan chyba wie najlepiej, doktorze, jest pan najlepszy w regresji, tak mówił Bąbala.
- Ja pytam, panie Filipie, czy wierzy pan w reinkarnację, w inne życia przed pańskim, w inne wcielenia pańskiej duszy? W koncepcję wędrówki dusz?
Podrapał się po głowie i znowu spojrzał na dyplomy.
- Nie wiem, chciałbym się przekonać, dlatego tu jestem.
Zdjął buty. Położył się na leżance, a doktor podał mu papierowe prześcieradło, którym owinął mokre skarpety. Przykrył się kocem. Pod głową czuł miękką poduszkę, pod szyją wałek. Zrobiło mu się ciepło i błogo. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo miał zmarznięte nogi. Doktor Gałązka usiadł obok na fotelu i zaczął mówić monotonnym, wyraźnym, głębokim głosem:
- Będę mówił do ciebie po imieniu. Będziesz podążał za moim głosem, dokądkolwiek się udasz i cokolwiek się wydarzy w czasie sesji. Przez cały czas będziesz się dobrze czuł i osiągniesz to, co chcesz osiągnąć. Spójrz teraz na koniec mojego palca i skup na nim wzrok. Obraz zacznie się rozmywać, a powieki robić ciężkie, coraz cięższe, tak ciężkie, że nieodparcie będziesz musiał je zamknąć w chwili, kiedy ciężar powiek stanie się jeszcze cięższy i jeszcze...
* * *
- Czy widziałeś kiedyś wizerunek uśmiechniętego Boga? - spytał.
- Nie, Bóg nie ma poczucia humoru. Jest zbyt zajęty pogromami, powodziami, setkami wojen, tysiącami gwałtów, nie ma czasu na żarty.
- A może diabeł? - spytał znowu.
- Co diabeł?
- No diabeł jest zajęty wojnami, gwałtami i nie ma czasu na żarty?
- Filipie, znowu wpadasz w filozoficzny nastrój, a z tego zazwyczaj wynikają kłopoty. Nie dam się sprowokować - odpowiedział, trzaskając lejcami.
- Zatem nie widziałeś wizerunku uśmiechniętego Boga. Czy nigdy cię nie zdziwiło to ponure usposobienie Pana Stworzenia, Władcy Wszechświata, Przedwiecznego Stwórcy?
- Filipie Fi, przecież to nie ma kompletnie związku z Bogiem, to ludzie go takim odmalowują, rzeźbią i wysławiają w pieśniach. Jest wiele religii, w których nie wolno tworzyć wizerunku Boga, i dobrze - skwitował, z wyraźnym zadowoleniem wypowiadając jego pełne, gamuńskie, dwuczłonowe imię, po czym splunął w pył drogi.
- Otóż mylisz się, Marceliuszu. Jest przecież objawienie. Objawienie! Artyści nie bez powodu malują taki, a nie inny wizerunek. To nie piosenki przy piwie, w których śpiewa się byle co. Nie malują tego, co im przyjdzie na myśl, albo co im wyjdzie przypadkiem. Malują w natchnieniu, w ekstazie, w boskim szale. Mają widzenia, instrukcje od instancji najwyższej, jak i co wyciąć dłutem, jak wymalować pędzlem, co opisać piórem. Nawet najdrobniejszy szczegół jest podyktowany. W lewej ręce piorun, pod stopami ziemia, dłoń w geście wskazującym kierunek! Nawet jeśli nie wolno im tworzyć wizerunku Najwyższego, to dlatego, że taki otrzymali objawiony nakaz!
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. Ludzie wyobrażają sobie Boga na obraz i podobieństwo swoje, więc widzą w nim władcę, srogiego pana, dominującego króla, który za dobre wynagradza, a za złe karze, takim go więc malują albo nie malują, opisują te wszystkie raje, dziewice, fantastyczne ogrody. Na jedno wychodzi. Jedni wolą malować, inni opowiadać, potem robią z tego religijny nakaz. - Znów splunął.
- A pisma natchnione? Święte księgi? W nich także Bóg jest srogi, smutny, zmartwiony, zawistny i wściekły albo załamany sytuacją. Księgi natchnione nie kłamią. Oddają prawdę o stworzeniu, jaką chciał nam przedstawić Najwyższy.
- Przestań, proszę. Setki razy o tym rozmawialiśmy. To skończony temat.
- Skończony temat? Nic podobnego. Ja nic nie kończyłem. Jak w ogóle można skończyć temat Boga i jego poczucia humoru lub jego ponurości? Co najwyżej można dyskutować, rozważać, a dyskusję i tak skończy lub nie sam Najwyższy.
- Przecież ty nie wierzysz w Boga? - odezwał się Marceliusz nieco zrezygnowanym tonem.
- Ale wierzę w diabła - ucieszył się Filip Fi, aż podskoczył na koźle i klasnął w dłonie. Staruszek, który siedział z tyłu na bocznej ławce i wszystkiemu się przysłuchiwał, a którego obiecali podwieźć do wioski, aż pobłogosławił się nerwowo trzy razy i naciągnął kaptur na głowę, jak dziecko, które próbuje zniknąć, chowając głowę pod poduszkę.
- W diabła też nie wierzysz - mruknął, znowu strzelając lejcami.
- Nic, za grosz poczucia humoru. Wypisz wymaluj dziecko boże. Jak sam stwórca ponure. Wszystko, ale tylko na serio. Racjonalizm. Powaga. Smutek. Kontrwypowiedzi. Mrukliwość. Nie wiem, czemu się ciebie trzymam, drogi Marceliuszu?
- Dlatego, że i ciebie, i mnie męczy głupota ludzi. Jesteśmy z gatunku wyrodków, co to krytykują innych, przez nikogo nielubiani, samotni, lecz budzący respekt. Ty jesteś cynikiem, ja racjonalistą. Ty obłąkanym, ja mrukiem. Nikt nas nie chce, chociaż wszyscy nas potrzebują. Lękają się szyderstwa, ale potrzebują naszych umiejętności. No i w gruncie rzeczy lubisz pomagać ludziom.
- Ja lubię pomagać? - zdziwił się Filip Fi.
- A jakże, zarówno nasza misja, jak i nasza przykrywka egzorcystów to przecież pomaganie ludziom. Nawet wtedy, kiedy tylko udajemy, i tak pomagamy.
- Jak z tą dziewczyną we wsi wczoraj? Rzeczywiście nieźle wszystkich nastraszyłeś, lecz czy to była pomoc? Przecież nie mogła wyzdrowieć od ukłucia w czoło i naparu z melisy i piołunu.
- Była pomoc, a jakże. Nie wiemy, co spowodowało jej obłąkanie, ale wiemy, jak ją traktowano. Być może jedyną ucieczką przed gwałtem i poniżeniem był obłęd, a teraz przynajmniej ze strachu będą ją czcić, jeśli nawet nie czcić, to przynajmniej dadzą jej spokój.
- Ten cały ciemny motłoch - westchnął Filip, poprawiając swój żółty skórzany kaftan. - W zasadzie mi ich nie żal. Otumanieni przez klechów, zakony, obrządki, urzędników, podrzucane im zabobony. Nie są w stanie odróżniać zła od dobra i trzeba nimi manipulować dla ich własnego dobra. Nic dziwnego, że każdy w tym kraju, kto ma choć krztynę rozumu, rwie się do władzy, a potem innym robi wodę z mózgu. Wystarczy powołać się na jakieś bóstwo, najlepiej na diabła, i ludzie milkną przestraszeni.
Dziadek znowu nerwowo się poruszył, jakby zamierzał zeskoczyć z wozu, zamiast tego zsunął się z ławki i przycupnął na dnie wozu, w taki sposób, że ponad burtę wystawał mu jedynie szpiczasty kaptur noszony w tych stronach. Filip Fi obejrzał się za siebie i powtórzył gest staruszka, naśladując znak błogosławieństwa, zakręcił dłonią wokół głowy, po czym wykrzywił twarz, udając przestrach. Zatrząsł się i oparł głowę na ramieniu woźnicy.
- Za taką głupią gadaninę możesz trafić pod sąd i się nie wywiniesz, ty cholerny wolnomyślicielu. - Głos Marceliusza zabrzmiał srogo i oskarżycielsko.
- Myślisz o tym poczciwinie, który podróżuje z nami od dobrych dwóch godzin?
- Tak, między innymi myślę o tym poczciwym człowieku. Jeśli choćby pojedyncze słowa rozumie z naszej gadaniny, to i tak powtórzone, zwłaszcza nieprecyzyjnie i z dodatkiem zabobonnego lęku, diabła i jego wyznawców, mogą nam napytać biedy w tutejszej prefekturze, jak we Frambergu. Zaręczam, że w takim wypadku możemy się przekonać o rzeczywistym braku poczucia humory wyznawców.
- Ach tam? Wtedy to było zupełnie inaczej. Wdałem się w niepotrzebną dyskusję z proboszczem, zapomniałem, że świadkiem rozmowy jest prefekt i...
- Zapomniałeś też, że ludzie nie mają poczucia humoru, gdy o ich Bogu mówi się przegrany mizantrop, a o ich modlitwach lizusowska hipokryzja. - Marceliusz potarł policzki z kilkudniowym zarostem.
- O przepraszam, nie powiedziałem lizusowska hipokryzja, tylko lizusowskie zakłamanie.
- No rzeczywiście spora różnica. Przypuszczam, że gdybyś użył drugiego zwrotu, łapówka za twoje uwolnienie byłaby może pół miedziaka niższa, bo prefekt mógłby dłużej się zastanawiać nad znaczeniem słów lizusostwo i hipokryzja odnoszonych przez ciebie do jego codziennych modlitw. A tak od razu wiedział, że to bluźnierstwo i świętokradztwo, i zażądał całego cholernego worka pieniędzy, półrocznego zarobku przeciętnego urzędnika.
- Który odkuliśmy sobie w niecały tydzień - skwitował Filip Fi z zadowoloną miną. - W ten sposób wyrabiamy sobie markę - dodał. - Nasza sława nas wyprzedza. To koszt niemal konieczny w naszym zawodzie.
- Wolałbym, żeby inaczej nas rozsławiano, w bardziej bezpieczny sposób - odpowiedział Marceliusz, splunął i wsadził sobie do ust kolejną kulkę tytoniu do żucia. Po czym dodał: - Niepotrzebna nam sława bluźnierców ani heretyków. Ona wcześniej czy później zsyła kłopoty. Strach, respekt owszem, to się przydaje, ale nie bluźnierstwo.
- Nawet kiedy znowu przekroczymy granicę? - zdziwił się Filip Fi.
- Nawet, a może zwłaszcza wtedy. Już byliśmy we Frambergu. Nasze tamtejsze kłopoty spowodował nie tylko twój niewyparzony język i proboszcz donosiciel. Donos to zresztą ich narodowy zwyczaj. Wydaje ci się, że tam mieszkają wyznawcy bardziej liberalnej religii. To pozór. Są liberalni, jeśli chodzi o innowierców, krytyczni jeśli to ich nie dotyczy, filozofują, jeśli tematem jest cudzy Bóg. Jeśli zaś sprawa dotyczy ich wiary, są tak samo zabobonni, nietolerancyjni i agresywni jak tutejsi ludzie.
Zamilkli. Wóz powoli wtaczał się na pagórek, z którego rozciągał się przepiękny widok na rzekę i jej dzikie rozlewisko. Widać było rozległe łąki na obu brzegach w dolinie i pourywane wstążki meandrów tworzących o tej porze roku stawy i małe jeziorka, ślepe wstążki wody, urwane gardziele, wąskie przesmyki. Tutejsi żyli z wypasania małych stad kóz i owiec na podmokłych pastwiskach, które zgodnie z prawem były niczyje. Krowy i woły zbyt ciężkie na tutejsze mokradła zapadałyby się w grząskiej, dorodnej trawie. Zastępowano je lekkimi zwierzętami. Eksploatacja nieustannie zabieranych i zwracanych przez wodę terenów należała do tych, którzy mieli odwagę i umiejętność wprowadzania i bezpiecznego wyprowadzania stad na tereny zalewowe. Trzeba było znać każdą włókę tej kapryśnej ziemi. Należała do tych, którzy potrafili nie tylko zacząć sianokosy w dwa, trzy dni, ale również wysuszyć zżętą trawę i na czas zwieźć do stodół siano, zanim rzeka niespodziewanie wyleje. Powodzie zdarzały się tutaj o każdej porze roku. Bywały zimowe wysokie wody, gdy lód stworzył zatory w górnym biegu rzeki, bywały i letnie, gdy deszcze na północy, w wysokich górach, napełniły potoki. Na jesieni i wiosną to była rzecz normalna. Wielu mieszkańców żyło także z rybołówstwa. Małe stawy i jeziorka powstające dosłownie w kilka godzin po zejściu wysokiej wody więziły setki ryb, które dość łatwo można było odłowić czerpakami i więcierzami. Suszono je potem, wędzono lub zamaczano w solance lub occie, przyrządzano na setki sposobów, by potem wywieźć do odległych nawet miast lub sprzedać handlarzom. Ryby te słynęły w całym regionie jako filety margiewskie.
Na zboczu wzniesienia przycupnęła mała wioska złożona z kilkunastu chałup osadzonych na palach. Niektóre domy były wtulone w zbocze, inne stały wyłącznie na palach nieco oddalone, wysunięte ku rzece. W czasie wiosennych i jesiennych powodzi tkwiły wprost na brzegu rzeki, a nawet częściowo w jej nurcie, lecz teraz, latem, do głównego koryta był dobry kwadrans drogi. Od domostw w dół zbocza prowadziły długie pomosty, które reperowano, wzmacniano, smołowano. Sterczały jak dziwne, niczemu niesłużące konstrukcje, nikomu niepotrzebne rampy wspinające się bardziej do nieba niż ku rzece. Przechadzały się po nich koty, domowe ptactwo, biegały dzieciaki. Nikt nie bał się o ich bezpieczeństwo, choć najwyższe platformy sięgały na wysokość dwóch, a nawet trzech pięter. Maluchy były przecież tutejsze, wprawione.
Pale wyciosano z pni okolicznych czarnych dębów albo modrzewi. W czasie wysokiej wody cumowały do nich łodzie teraz odwrócone dnami do góry. Jeśli wysoka woda utrzymywała się długo, a tak bywało przynajmniej raz w roku, głównym zarobkiem stawała się przeprawa i opłata za przewóz. Tutejsi byli w tej sprawie solidarni i na przeprawie zarabiali wszyscy, nie tylko ci z domów położonych najbliżej drogi. Od lat obowiązywały dyżury rodzinne, a największe łodzie stanowiły własność wioski. W płaskiej krypie zabierającej jednorazowo dwa wozy z końmi i tuzin pasażerów potrzeba było czasem nawet ośmiu ludzi do wioseł przy powodziowym, wartkim nurcie. Powodzią nikt tu się nie martwił, to była pora dobrych zarobków. A im bardziej niespodziewany przybór wody, gdy szlakiem handlowym podróżowało jeszcze mnóstwo kupców, rzemieślników jadących z towarem albo po towar, pielgrzymów w drodze do świętego Falun, i powracających zeń, księży, zakonników, wojska i setek innych ludzi, tym zarobki były większe.
Filip Fi odwrócił się w stronę dziadka i szarpnął go za kaptur. Człowiek uniósł głowę i pytającym wzrokiem wpatrywał się w napastnika.
- Słyszałeś wszystko, dziadu? - spytał groźnym głosem. Tamten poruszył głową.
- Tak czy nie? Nie wiem, co znaczą te dziwne ruchy? - Staruszek energicznie zaprzeczył, nie wypowiadając słowa. Filip Fi szarpnął jeszcze mocniej, z taką siłą, że szwy kapoty zatrzeszczały.
- To niedobrze, że nic nie słyszałeś! I słuch, i mowę ci odjęło? To jeszcze gorzej!
- Nie, panie - wystękał.
- Co nie? - warknął.
- Nie odjęło - wymamrotał.
- I słyszałeś wszystko?
- Przestań, Filipie Fi - bardziej westchnął, niż poprosił Marceliusz.
- Nie mogę przestać. Przecież widzisz, że badam penitenta. Lepiej zatrzymaj wóz, bo mam tu coś do zrobienia z Panem Wścibskie Ucho. Więc jak? Słyszałeś?
- Tak, panie!
- To dobrze, bo wiedz, że jestem synem samego szatana, i jeśli zdradzisz choć słówko z naszej rozmowy, przybędę, żeby zabrać twoją duszę, a ciało zgnije w okrutnych mękach, zanim odbiorę ci zmysły. - Chwycił policzek starca i z całej siły wbił w skórę brudne paznokcie, aż tamten syknął z bólu. Zeskoczył z kozła i pociągnął za kapotę. Zrzucił staruszka z desek na drogę z takim impetem, że omal razem nie stracili równowagi. Wlokąc go w stronę zarośli, zaczął bełkotać, przerywając potok dziwacznych wyrazów krótkimi piskami i zgrzytaniem zębów. Zgrzytał tak głośno i metalicznie, że już sam ten dźwięk mógł wzbudzić przerażenie nawet u człowieka o silnych nerwach. - Rama lasa ware nudi, mara sane sana ruh, waka subi rik balena, esa ware maja tuk, maja tuk, maja tuk, rama lasa ware nudi! - Kwiczał i piszczał przeraźliwie i znowu mamrotał. Wyrzucał kilka słów w powietrze i zgrzytał, kręcąc i wywijając zgiętym wpół dziadkiem, którego trzymał za kaptur i za rękę. Zataczali szerokie koła, lecz wyższy i silniejszy Filip wprawiał w ruch tę ludzką machinę i wirował, diabelsko piszcząc i zgrzytając zębami. W końcu wypuścił kapotę z rąk i dziadek wylądował w chaszczach. - Rama lasa ware nudi! Pamiętaj, wrócę po twoją duszę, jeśli mnie zdradzisz. - Wyjął z kieszeni monetę, podszedł do leżącego na plecach dziadka i położył ją na środku czoła. - Rama lasa ware nudi! - wyskandował falsetem rytmicznie i melodyjnie. - Bóg jest smutny i mściwy. Tylko diabeł ma poczucie humoru i potrafi przebaczać i w przeciwieństwie do Boga zawsze dotrzymuje słowa - powiedział, wymachując palcem.
Odjechali. Dziadek wciąż leżał na plecach w bezruchu z monetą na czole. Wóz ruszył w dół ku rzece. Dbanie o jakość dróg i ich naprawę należało do obowiązków gminy, to była w zasadzie jedyna oprócz obowiązkowych podatków od handlu i gruntu danina wobec państwa, więc tutejsze wioski zarówno z prawego, jak i lewego brzegu utwardzały drogę aż do samego brodu. Wysiłek i staranność zaoszczędzały kłopotu i nakładu pracy po zejściu wody. Z tego powodu nawierzchnię usypano niemal wyłącznie z kamieni. W całej dolinie rozchodził się niemiłosiernie głośny turkot kół, cena za utwardzoną drogą. Dlatego milczeli, nawet nie próbując przekrzykiwać hałasu. Z każdym kolejnym wozem wjeżdżającym na drogę łomot się wzmagał, ale co ciekawe, gdy na odcinku od wzgórza do brodu znajdowało się jednocześnie więcej niż sześć zaprzęgów, hałas się kumulował, zlewał w jedno brzmienie i stawał się szumem. Po trzech kwadransach znaleźli się na przeciwległym stromym wzniesieniu. Na szczycie rósł las, a w nim przycupnęła maleńka osada przewoźników i wojskowa strażnica, z której prowadzono rutynową obserwację rzeki i jej prawego brzegu.
- Naprawdę cię opętało - irytował się Marceliusz. - Napędziłeś mu takiego stracha, że mógł umrzeć. To był stary człowiek.
- Ale dostał monetę, za którą może tydzień przeżyć jak pan, a miesiąc jak chłop.
- Sądzisz, że użyje szatańskiej monety? Pewnie już dawno wyrzucił ją w krzaki.
- Albo leży tam oszołomiony, a my mamy czas, żeby dojechać do granicy, zanim narobi wrzasku, choć nie sądzę. Za bardzo go przestraszyłem. A z drugiej strony pomyśl, Marceliuszu, to mógł być najszczęśliwszy i najbardziej wyjątkowy dzień w życiu tego nudnego starucha. Gdyby nas nie spotkał, pewnie podwiózłby go jakiś gorzelnik albo gderliwy zdun i zażądałby opłaty za podwózkę. Tymczasem co za wydarzenie! Syn szatana. Magiczne zaklęcia w szalonym tańcu. Groźba klątwy. Dziadek ma motyw do biesiadnych opowieści. Wydarzyło mu się coś, czym warto chwalić się godzinami.
- Miałem wrażenie - Marceliusz każde słowo wypowiadał z przesadną dokładnością - że straszysz go po to, żeby nie mówił.
- Kiedy się spije w karczmie, pewnie nie wytrzyma. Ma przecież swoją opowieść, coś wyjątkowego: o szatanie i jego dziwnym synu, monecie i o tym, jak się uratował. Dlatego pewnie zacznie o tym opowiadać. Nikt mu jednak nie uwierzy, a my znajdziemy się pięć dni drogi stąd na innym szlaku, w innym ubraniu. Może też ubarwi swoją opowieść, doda nowe elementy, że diabeł uniósł go w powietrze i wirował z nim, że próbował go porwać, oszukać, przekabacić lub coś podobnego. Ja bym w każdym razie tak zrobił i za każdym razem dodawałbym coś nowego, żeby się samemu nie nudzić.
- A jeśli ktoś mu uwierzy? Jeśli będzie to ktoś z prefektury? Jeśli w tej okolicy ludzie są bardziej mściwi niż na południu albo ich obywatelska postawa nakazuje im prawowiernie o wszystkim informować władzę? - spytał Marceliusz.
- Tutaj, w tym kraju? Co prawda donosicielstwo mają we krwi, i to jego specjalną odmianę: donosicielstwo ukryte pod płaszczykiem moralności, a jednocześnie tak powszechne i naturalne jak pijaństwo i łapownictwo. Dzięki temu bez zbędnych dyskusji wykonujemy swoją pracę. Wystarczy kilka monet, fałszywe zdanko na czyjś temat, trochę lęku o własną skórę i hejże. Tutaj donosicielstwa nawet nie nazywają donosem, tutaj po prostu informują lub przekazują przyjacielskie uwagi, jednak silniejszy od potrzeby denuncjacji jest zabobon. Lęk przed szatanem załatwia sprawę, a ich wzajemna wobec siebie nieufność sprawia, że niemal nigdy sobie nie wierzą. Ich Bóg jest ponury i nieufny, tak jak oni sami. Są całkowicie i do znudzenia przewidywalni. Dlatego tak ich lubię. Możemy się nie niepokoić, a nawet się założyć, że dziadek wciąż tam leży i próbuje zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Zawracamy? To będzie wyśmienite wzmocnienie diabelskiej przestrogi. - Filip Fi znowu podskoczył na koźle ucieszony swoim nowym pomysłem.
- Nic z tego. Dość mam kłopotów, w które nas wpędzasz. Jedziemy dalej i obiecuję ci, że jeśli przy obcych nie zamkniesz jadaczki, to oberwiesz. - Splunął i otarł twarz wierzchem ręki. - Obiecałem twojemu ojcu opiekować się tobą i towarzyszyć ci do celu bez względu na okoliczności, ale nie było mowy o biciu, zatem jest dozwolone i przysięgam, jeśli zaczniesz gadać przy obcych o naszych sprawach albo o Bogu, władzy, wojsku, stolicy, to oberwiesz. Narażasz naszą misję i mam tego dosyć!
- To o czym mogę mówić? Wszystkiego mi zakazujesz, nawet niewinnych żartów. Jesteś uosobieniem mrukliwego mieszkańca tych okolic i ich mrukliwego Boga. - Filip Fi zrobił obrażoną minę, wziął oddech, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale Marceliusz podniósł pięść, drugą ręką ściągnął lejce i trzasnął przyjaciela w czoło, aż tamten się zachwiał. Cios nie był zbyt mocny, lecz bolesny. Filip Fi chwycił się za nos i ze zdziwieniem spytał jak dziecko:
- Za co?
- Żebyś mnie przestał lekceważyć i wreszcie zaczął brać poważnie. Jeśli noc we framberskim lochu niczego cię nie nauczyła, to ja muszę. Teraz ja ci zrobię maleńki wykład. W przeciwieństwie do ciebie nie lubię tutejszych ludzi, nie lubię ich hipokryzji i głupoty. Niemal wszyscy są tutaj nadęci, a w środku niepewni siebie, drażliwi i z tego powodu raniący innych na oślep, aby samemu nie zostać zranionym. Każdy się puszy, moralizuje i wymądrza, ukrywając pod spodem niepewność i skorumpowaną duszę. Biorą łapówki, udając, że to wynik zaufania i przyjacielskiej relacji. Jednak każda następna, wyższa łapówka stanowi wyższy przejaw moralności. Dlatego ich nie lubię. Dlatego są tak niebezpieczni.
- To przecież same zalety. Dlatego tak łatwo i przyjemnie nam się podróżuje. Obaj nie mamy złudzeń i nie poddajemy się ich oszustwom. Nie dajemy się zwieść. Lubię tę ich obłudę, bo z łatwością dzięki niej można nimi manipulować.
- Nie bądź tego taki pewny. Niektórzy mają świadomość tych wad i stali się zagorzałymi fundamentalistami. Ufają tylko własnej doktrynie. Tacy stali się ich pobratymcy za granicą. Tamten kraj odbudował swoją potęgę, wymuszając posłuszeństwo, a nieufność zamienił w doktrynerstwo. Jeśli ci tutaj gotowi są wszystko sprzedać i każdemu łgarstwu nadać znamiona prawdy, to tamci wszystko, w co wierzą, uznali za jedyną prawdę, choć mają ładniejsze stroje i robią bardziej uprzejme miny na powitanie. Zbliżamy się do drugiej z wielkich rzek. Za mostem granica. Pamiętaj o naszym celu. Jeśli zaczniesz błaznować przy obcych, spotkasz się z moją pięścią.
I jak było? - Lilka zerwała się na równe nogi, widząc Filipa w otwartych drzwiach. Za jego plecami ukazał się uśmiechnięty doktor Gałązka.
- Wszystko pani opowie ze szczegółami, niepotrzebna była amnezja posthipnotyczna. Każdy szczegół pamięta z detalami. Wszystkie przeżycia były łatwo dostępne, nie znaleźliśmy żadnej traumy, choć to dopiero początek - wyjaśnił doktor, uprzedzając Filipa, który wkładał swoje wciąż mokre adidasy.
- Początek? To wspaniale. - Klasnęła w dłonie.
- Tak sądzę i w promocji dla nowego klienta mam dla pani chłopaka dwie niespodzianki. Pierwsza to moje nagranie - sięgnął na półkę w poczekalni z płytami CD - za pomocą którego sam sobie może robić lżejsze indukcje hipnotyczne i wprowadzać się w podróż transową, wystarczy włączyć nagranie. Gratis. - Podał płytę dziewczynie z szarmanckim uśmiechem. - A druga niespodzianka oznacza, że kolejna sesja będzie trzydzieści procent tańsza. Zapraszam za tydzień, a do tego czasu co najmniej trzy razy proszę słuchać nagrania. Dzisiaj dopiero rozpoczęliśmy bardzo interesującą podróż, wydarzyły się ciekawe rzeczy. Aha i niech go pani wyciągnie na zakupy, potrzebne mu porządne buty. - Doktor znowu się uśmiechnął, obojgu podał dłoń i wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi.
- I jak było? No opowiadaj. - Lilka chwyciła go pod rękę, jakby rzeczywiście byli parą.
Nie wzbraniał się. Setki myśli przelatywały mu po głowie i wciąż żywe obrazy z tamtej zielonej krainy. Czuł coś w rodzaju spokoju, wyciszenia. Po głowie snuły mu się obrazy i słowa, które słyszał, które wypowiedział, które wypowiadał tylko jego mózg, jego fantazja, których nie wypowiedział, jedynie pomyślał, poczuł. Wyszli na zaśnieżoną ulicę. Było ślisko, rześko. Nieliczne o tej porze samochody brnęły w zaspach śniegu. Pługi zapomniały o Wilczej. Dopiero w trzy godziny po ustaniu opadów można spodziewać się czarnych jezdni - usłyszał rano w radiu. Cały dzień sypał śnieg. Puściła jego rękę, gdy próbował przepuszczać ją przodem, wpadając w zaspy i dziwnie manewrując ramieniem, którego się uczepiła. Teraz szli gęsiego. Dopiero na Marszałkowskiej można było wygodniej iść obok siebie. Znowu chwyciła go pod ramię. Pojedynczy ludzie szuflami odgarniali zbity śnieg. Szuranie plastikowych łopat przebijało się przez świst wiatru, który teraz wiał im w oczy.
Skąd weźmie pieniądze na kolejną sesję? Na pewno posłucha nagrania. Był ciekaw tej historii, tej rozmowy o Bogu i swego nowego przyjaciela. Nie znał go, a jednak miał wrażenie, że zna od zawsze. Marceliusz. Jakie dziwne imię. Na pewno skądś wytrzaśnie kolejną sumę. Co za zdzierstwo! I jaka autopromocja. Nagranie gratis i kolejna sesja. Nawet nie spytał, czy ma na to fundusze, czy chce spotkania. Kolejna sesja, i już. A jednak Marceliusz go zainteresował, był go ciekaw, bardziej niż swojej własnej roli w tej wizji. I kraina, tak jasna, zupełnie inna od wszystkiego, co znał. Czy to możliwe, że mózg działa aż tak kreatywnie, by tworzyć nowe światy. Bąbala twierdził, że nawet najdalej posunięta kreacja jest tylko układaniem w nowe kształty tych samych puzzli. Nie ma nowości, dopóki ich się nie nauczymy. Dopiero potem następuje adaptacja, stopniowe włączanie nowych przeżyć do starych nawyków. Nowa konfiguracja fragmentów gdzieś zasłyszanych, zauważonych choćby na filmie albo w gazecie, by ni stąd, ni zowąd pojawiły się w jakiejś niby-nowej układance. Bąbala mówił, że nasze doświadczenia kreatywne, a także sny i fantazje są jak bigos, całkowicie nowy i świeży, w którym pływają kawałki starej kiełbasy, przedwczorajszej pieczeni, resztki sosu sprzed tygodnia i suszone grzyby z ubiegłego lata. Wydaje się nam, że właśnie stworzyliśmy coś nowego, albo że odjazd po jakimś specyfiku jest zupełnie nowy, a to tylko chemia i stare kawałki w nowym sosie. Chemię można dostarczyć z zewnątrz, czasami próbowali tego Kozioł z Gośką, ale można również pobudzić mózg oraz inne gruczoły do jej produkcji. Takie endorfiny na przykład. Hormon przyjemności za darmo w dowolnej porcji, jeśli umiesz sprawiać sobie przyjemność. Mózg działa jak nieuczciwy hipermarket, mówił jego lider, nieświeżą kiełbasę posypuje ostrą i kolorową panierką, by zrobić z niej grillowy przysmak, nowość. Możliwe, że tak właśnie było z nim przed chwilą? Grillowany mózg? Czuł się dziwnie, był zmieszany, to chyba najodpowiedniejsze słowo, choć przede wszystkim zaciekawiony i podekscytowany. Dopiero na peronie się odezwał:
- To było niesamowite, takie realistyczne, a jednak czysta fantazja.
- Skąd wiesz, że to fantazja?
- Doktor tak powiedział, to znaczy oznajmił już po sesji, że to może być prawda o mojej podświadomości tylko przekazana mojej świadomości w sposób metaforyczny, albo nawet cofnięcie się. Coś w tym rodzaju. To dość trudne do zrozumienia.
- Cofnięcie? Mów po kolei - niecierpliwiła się Lilka, popychając go ku bramce metra. Słychać było nadjeżdżający pociąg.
- Chodzi o cofnięcie do poprzedniego życia lub tylko moje fantazje na temat aktualnych lęków, problemów lub zamierzeń. Ble, ble, ble. Taka psychologiczna nawijka. Myślę, że to było jeszcze coś innego, jakieś moje ukryte wahania, albo coś w tym rodzaju.
Hamulce zazgrzytały. Wsiedli do pociągu i zajęli miejsca.
- Do poprzedniego życia? Ale co dokładnie się działo, opowiedz wszystko ze szczegółami - prosiła.
- To chyba nie było moje poprzednie życie, zresztą nie wiem, czy coś takiego istnieje, nawet Bąbala mówił, że to raczej hipotezy. Może to były jakieś odgrzewane sprawy, dylematy sprzed roku, dwóch lat zaplątane w moich wizjach? Chemiczne stymulacje pod wpływem sugestii? Wiesz, że studiowałem teologię. Mama i babcia chciały, żebym został księdzem. Miałem wątpliwości co do mojego powołania i one się tylko nasiliły na studiach na UKSW. A teraz w czasie transu rozmawiałem z jakimś facetem o Bogu i o diable. Straszyłem niewinnego staruszka szatanem. Nawet wykrzykiwałem, że jestem synem diabelskim. Wykonywałem taniec. Dziwne. Byłem w jakimś nieznanym kraju. Dokądś jechaliśmy. Moim towarzyszem albo kumplem był starszy gość o imieniu Marceliusz. To z nim rozmawiałem. I na koniec mnie obrugał, że za dużo gadam i że przeze mnie ryzykujemy. Mówił też, że wykupił mnie z więzienia, do którego trafiłem, naśmiewając się z Boga. Wszystko pasuje, bo to świadczy o moim poczuciu winy za porzucenie teologii. Groźba, że mi przywali, jeśli nie przestanę gadać, była najdziwniejsza. Jednak cała wizja była niesłychanie realistyczna. Niesamowita kraina, jak z bajki. Pełne 3D. Doktor powiedział, że obraliśmy właściwą drogę i wszystko odbyło się bezpiecznie. Trzeba kontynuować. Nie powiedział jednak ani po co, ani dlaczego?
Lilka spytała o krainę, o rośliny, ich kształty, o ludzi, o każdy detal. Opowiadał ze szczegółami, opisując rzekę, rozległe łąki, swój dziki taniec i przestraszaną twarz starca, a potem złość towarzysza podróży. Najbardziej jednak był zaskoczony własną przemianą, tam w świecie wizji. Był silniejszy, bardziej pewny siebie, miał w sobie więcej radości i przekory, a przede wszystkim był bardziej zadowolony z siebie, z tego, czego doświadczał, z życia, jakie wiódł tam, choć nic o nim nie wiedział. To działo się w jego głowie, a jednak było tak namacalne. Dojmujące. Radość. Tam był człowiekiem radosnym i nie bał się niczego, choć była mowa o niebezpieczeństwach, uwięzieniu. Tu był ciągle przestraszony, zmęczony, bez przerwy brakowało mu pieniędzy. Planował swoją przyszłość, wierzył w sukces, a jednak coś każdego dnia mu mówiło: to trudne, to daleka droga, życie to walka. Bąbala by go wyśmiał. Często z niego drwił. Na początku obawiał się jego złośliwości i ataków, ale już na trzecim szkoleniu poczuł sens takiego zachowania, to go mobilizowało. Zawstydzało, choć mimo wszystko mobilizowało na trochę. Potem wracał marazm, ale kilka dni, nawet kilka tygodni po kolejnej porcji energii Bąbala potrafił go tak wzmocnić, że prawie fruwał jak na skrzydłach. Może jestem masochistą albo nieudacznikiem, synem wdowy z prowincji i nawet porządne wykształcenie nic tu nie zmieni? Może to poczucie winy z powodu seminarium, do którego miał pójść i przed rozmową z ojcem duchownym uciekł, a potem ten niepotrzebny kompromis i teologia? Może pisane mu było włożenie sutanny i teraz przez całe życie będzie nieszczęśliwy?
Odwiózł, a potem odprowadził Lilkę na Kabaty, pod blok przy Bażantarni, gdzie mieszkała z rodzicami, i sam wrócił na Artystów. Podziękował jej. Podał rękę, chciał jeszcze wykonać jakiś ruch, dać sygnał, że bardzo jest szczęśliwy z powodu imprezy urodzinowej i hipnozy, i wdzięczny za to, że na niego czekała, lecz tylko spuścił głowę i odszedł w zawieję, która ciągle zasypywała ulice Warszawy. Rzeczywiście powinien kupić buty, ale za co?
W mieszkaniu wszyscy już spali. Po cichu umył twarz i zęby i wreszcie wymoczył zmarznięte na kość nogi. W szafce odnalazł starego walkmana, którego od wielu miesięcy już nie odpalał, gdyż od ostatnich świąt królowała wypasiona empetrójka, kiedy to mama wykosztowała się na prezent marzeń dla synka. Nałożył słuchawki, przełożył baterie z latarki do odtwarzacza. Wygodnie wyciągnął się na łóżku. Okrył nogi i puścił płytę od doktora:
Niech przez najbliższe pół godziny nikt ci nie przeszkadza. Będziesz podążać za moim głosem, dokądkolwiek się udasz i cokolwiek się zdarzy w czasie transu. Ułóż się wygodnie. Czujesz się bezpiecznie i jesteś przyjemnie rozluźniony. Twój oddech jest spokojny, zupełnie spokojny. Leżysz wygodnie, z rękami wzdłuż ciała, oczy pozostają przymknięte. Powoli czujesz, jak twoje plecy przyjemnie przywierają do podłoża, a twoja lewa noga staje się ciężka, coraz bardziej ciężka. Jest tak ciężka i przyjemnie ciepła, że nie możesz i nie chcesz jej podnieść. Teraz twoja prawa noga robi się przyjemnie ciepła i ciężka...
* * *
Stary człowiek wszedł do chałupy. Rozejrzał się. Sięgnął po gliniany dzban, wyjął pęczek ziół zawiniętych w szmatkę i na spód wrzucił monetę. Zabrzęczała. Ręką wygarnął z paleniska trochę zimnego popiołu i zasypał nim monety. Potem na powrót wsadził szmatkę i odstawił dzban.
- Nie trzeba było im na to pozwolić - powiedziała kobieta.
Zdjął perukę i szybkim ruchem odkleił wąsy i brodę. Uśmiechnął się, obmył dłonie, a potem twarz w miednicy. Podała mu czysty, biały kawałek płótna. Osuszył skórę. Wytarł ogoloną na łyso czaszkę.
- Niepotrzebnie wyszłaś mi naprzeciw. Mogliby się czegoś domyślić, gdyby zawrócili albo ociągali się z odjazdem. Młodemu najwyraźniej podoba się jego siła i cynizm. Czuje się nieustraszony i pewny siebie.
- To mój obowiązek wobec ciebie i naszego zgromadzenia dbać o ciebie - szepnęła.
- Nic mi nie zrobili. Choć była to dziecinna zabawa, należy im się nauczka. Mogą zaszkodzić innym, a przede wszystkim naszej sprawie, zwłaszcza ten młodszy. Jest nieprzewidywalny i jedynie to mnie martwi. Jednak gdybym od razu się im przeciwstawił, mogłoby to wiele popsuć. Muszą dotrzeć na miejsce nieniepokojeni przez nikogo. Dopiero tam zadziałamy, gdy będziemy mieć wszystkie atuty w ręku. Nie mogą się nawet domyślić, że są obserwowani, dopóki nie będziemy pewni.
- Jak zawsze masz rację, mistrzu - powiedziała.
- Jak zawsze to nie ja mam rację, ale otaczający nas świat, pole wszelkich możliwości, które kręci ogonkiem jak mały kot i zanim się obejrzysz, już jest w innym miejscu, już było tam, a jest tutaj. Już było tutaj, a jest nigdzie. Trzeba być uważnym. Obserwować, być gotowym. Dlatego lubię mieć różne alternatywy, wiele możliwości. Jeśli bym się od lat nie chronił przed wszelkimi okolicznościami, gdzieżbym był teraz. Co najwyżej, jeżeli wymkną się nam spod kontroli, przyśpieszymy działania.
- Sprawiają wrażenie zupełnie nieświadomych sytuacji - zauważyła.
- Znają cel swojej podróży, lecz rzeczywiście nie spodziewają się ryzyka ani zagrożeń. To dobrze i źle zarazem. Jak zawsze siły się równoważą. Jedna dodaje im pewności siebie, druga ich ogranicza i naraża na wielkie niebezpieczeństwo nasze interesy.
- Czy wiedzą, kto wyruszył ich śladem?
- Nie sądzę. Jadą w nieznane, choć sądzą, że cel jest im znany. Wydaje im się, że zadanie jest proste, mimo że rozciągnięte w czasie. Może starszy z nich jest bardziej świadomy sytuacji. Wątpię jednak, żeby wprowadzono go we wszystkie kwestie. Raczej jest tylko woźnicą i kimś w rodzaju strażnika dla młodego, który czuje się pępkiem świata.
- I jest nim. Czy to nie ironia, mistrzu?
- Zabrzmiało to jak bluźnierstwo, droga Hano. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że nic nie rozumiesz. Chłopak nie jest żadnym pępkiem świata, nie jest bardziej ważny od chłopa w polu, strażnika czy wędrownego grajka, od ciebie i ode mnie. Znalazł się w drodze. Przypadkiem odgrywa ważną rolę, dopóki ją odgrywa, i nasza w tym głowa, żeby przestał, jednak nie wcześniej, zanim nie dotrą do świętego Falun, miasta Radości. Chyba że trzeba będzie postąpić radykalnie, ale na to jest zawsze czas.
Mężczyzna wyszedł z izby. Odwrócił się na progu, spojrzał na kobietę i dodał:
- Wyślij wiadomość do naszych braci, niech oczekują ich na moście granicznym i w świętym Falun, oczywiście zachowując ostrożność. To tylko trzy, cztery dni drogi. Idę do zgromadzenia.
- A pościg, mistrzu? - spytała zaniepokojonym głosem.
- Mówisz o ludziach prefektury? - Zastanowił się i pokręcił głową. - Tak jak my nic nie zrobią, dopóki tamci nie dotrą do miasta Radości. I oni, i my nie wiemy, co mają tam zrobić, dokąd się udać, z kim spotkać? Wiemy tylko, co wiozą i dokąd zmierzają, ale to wiedzą prawie wszyscy.
- Dlaczego prefektura ich nie aresztowała? Nie poddała śledztwu. Dlaczego my ich nie powstrzymujemy?
- Przecież wiesz dlaczego, Hano - odpowiedział, uśmiechając się smutno, i wyszedł w światło dnia.
Dotknęła ręcznika, którym wytarł twarz. Delikatnie przytknęła go do policzka, a potem ucałowała, wpatrując się w jego znikającą postać.
Szedł krętą drogą w poprzek wzgórz, w dole po lewej mając rzekę, a przed sobą coraz bardziej skalisty teren. Na szczycie rosły wiekowe modrzewie. Tutejszy najcenniejszy oprócz rzeki zasób, budulec, opał i własność zgromadzania, które przywilejem państwowym od lat posiadało prawo do wyrębu, nasadzania i sprzedaży tego gatunku drzew. Las jest święty. Dlatego w niemal naturalny sposób należał do Bractwa Braci Błagalnych, jak większość w tym regionie kraju, gdyż zgromadzenie miało tutaj duże wpływy. Po chwili zza skał wyłoniły się dachy pokryte gontem, a po kolejnych kilkudziesięciu krokach zielonkawo-brązowa fasada klasztoru obrosła porostami i mchem. Jak wszystko tutaj budynek był zbudowany z pali modrzewiowych. Niski, przysadzisty, choć piętrowy z wieżą kościelną pośrodku, przylepiony jakąś niewyobrażalną siłą do zbocza, osadzony na skale tak wątłej, że wydawało się, iż zaraz spadnie w dół zbocza i roztrzaska się o skały. Harmandt zadarł głowę, spojrzał na otwór windowy, którym wciągano ludzi i żywność. Stanął przy cienkim sznurze i szarpnął. Na górze odezwał się cichy dzwonek.
Pierwsi bracia według legendy wdrapali się na skałę i mieszkali tam, na szczycie pod gołym niebem przez siedem lat, jedynie w zimie chowając się w załomkach skał i płytkich jaskiniach. Żywność dostarczali im ludzie z wioski, przewoźnicy znad Margwii. Wciągali ją na sznurach w maleńkich tobołkach, a w zamian za opiekę spuszczali modlitwy uzdrawiające i wróżebne dla wymienionych w prośbach mieszkańców wioski. A to dla żony powroźnika w intencji szczęśliwego połogu, to dla chorego dziecka, dla ojca rodziny, dla głównego sternika największej krypy, to znów z intencją obfitego połowu, długiej powodzi, wielu powodzi, uzdrowienia stada i tak bez końca. W górę intencje modlitewne i suszone ryby, w dół modlitwy wróżebne i uzdrawiające, czasem imiona dla nowo narodzonych dzieci i zwierząt, a w dni święte pobłogosławione woda, jedzenie i światło.
Dopiero gdy przybył tu prawie sześćdziesiąt sześć lat temu błogosławiony Edryk, rozpoczęto budowę. Wielki duchowy mistrz obiecał siedem lat błogosławionych i siedem lat spokojnych w zamian za pomoc w budowie klasztoru. I tak się stało. Ciemny lud Gamunii dostał swój największy skarb. Ci prymitywni rybacy, górale i chłopi o rumianych gębach, zabobonni i lękliwi, dukający swe imiona z powtórzoną pierwszą sylabą imienia i plebejskim przydomkiem wieśniaka nie zasługiwali na takie błogosławieństwo. Rumik Ru z Oślej Łączki, Bablak Ba z Sosnowej Dróżki, nawet proboszcz gamuński nazywał się jak skończony dureń, jakiś Fargol Fa ze Stawu nad Rzeką albo z innej zgniłej dziury. Tylko mnisi dostawali pojedyncze, markońskie imiona, co dla prostych synów i córek tej nędznej ziemi było nobilitacją i często jedyną szansą na światłe życie. Gdyby nie mnisi oraz ich mistrzowie, Gamuńczycy nadal byliby tylko kmiotkami z oślich łączek. Błagalna Skała była ich cudem, szansą i oświeceniem.
W niecałe dwa lata na niedostępnym kawałku skały zbudowano trzy budynki w kształcie podkowy, a w kolejnym roku mały kościół w kształcie rotundy wypełniający część centralną. Cały budulec spuszczano z wysokiej skały ponad klasztorem albo wciągano linami z dołu. Największe kłody tworzące główny szkielet i strop ścięto na samym szczycie i zsunięto na powrozach. Budowniczymi byli sami mnisi, tylko jeden majster kierował pracami na terenie klasztornym. I nigdy już nie zszedł na dół. Jak głosi legenda, gdy przybito ostatnią belkę nośną, po długiej rozmowie ze świątobliwym Edrykiem majster postanowił wstąpić do zakonu i już nigdy nie postawić stopy na ziemi poza Błagalną Skałą. Taką też nazwę przyjął klasztor. Od sześćdziesięciu trzech lat ciągnie się siedmioletni cykl proroctw. Po czternastu latach Edryk zmarł, dopełniając własną przepowiednię. Ludziom z okolicznych nadbrzeżnych wiosek wiodło się znakomicie. Przez pierwszych siedem lat powodzie przychodziły nawet trzy razy w roku, a woda nigdy nie cofała się niżej niż do połowy bali. Dwa razy w roku wiosną i u schyłku lata notowano bardzo niskie wody, łąki odkrywały się tak szczodrze, że słońce osuszało ziemię w ciągu tygodnia, a bujna trawa pozwalała na wypas trzody i obfite sianokosy. W maleńkich stawach i bajorkach uwięzione ryby wybierano gołymi rękami, co do sztuki, patrosząc je i susząc na ostrym słońcu wprost na brzegu. Potem nastały lata spokoju i dostatku. Nie były tak obfite i rozhuśtane dobrodziejstwami jak poprzednie, ale dawały godziwe, dostatnie życie. To wtedy nad brzegiem Margwii w rozległej parafii objętej jurysdykcją Błagalnej Skały urodziło się najwięcej dzieci.
Lecz po śmierci Edryka (na uroczyste egzekwie zjechali nawet stołeczni urzędnicy, błogosławieni mistrzowie z odległych klasztorów, proboszczowie i prefekci) na gminę padł strach. Już w tydzień po pogrzebie nastała susza. W kolejnych miesiącach koryto rzeki skurczyło się tak bardzo, że brodem można było ją przejść suchą nogą, skacząc po kamieniach. Pojawiły się nawet plotki, że prefektura zamierza budować most, co oznaczałoby definitywną zagładę gospodarczą okolicznych wsi i osad. Wtedy wójtowie z kilkunastu wiosek udali się do następcy Edryka, dobroczynnego Maruna, aby prosić go o modlitwy wróżebne i nową umowę z tutejszymi, pakt błogosławiony, który zapewni klasztorowi opiekę ludności, a miejscowym i ich potomstwu przyszłość i dostatek. Dobroczynny Marun ogłosił siedmiodniowy post dla wszystkich Braci Błagalnych. Nakazał wyznaczenie siedmiu wsi i z każdej wsi siedmiu osób, które przyłączą się do postu, modląc się u podnóża klasztoru. Sam zaś z siedmioma mnichami zamknął się w sali, w której spoczęła trumna ze zwłokami błogosławionego Edryka. Ludzie zebrali się skupieni, oczekujący, rozmodleni. Głodujący dostawali tylko wodę. Wszyscy w skupieniu odliczali dni i modlitwy. Po siedmiu dniach z szybu windy spuszczono koszyk z kartką. Zapisano na niej: Jeszcze siedem dni, jeszcze siedem wiosek, siedmiu nowych głodujących. Wybrano więc nowych ochotników i znowu oczekiwano siedem dni. Powtórzyło się to jeszcze pięć razy.
Czterdziestego dziewiątego dnia windą na dół zjechał sam dobroczynny Marun w uroczystym, błękitnym stroju, który niegdyś przywdziewał sam błogosławiony Edryk w czasie świąt. Towarzyszyło mu dwóch braci z chorągwiami wróżebnymi. Drewniana platforma zatrzymała się kilka łokci nad ziemią, tak by zakonnicy nie dotknęli stopami ziemi skalanej. Marun uroczyście ogłosił, że we śnie przemówił do niego sam błogosławiony Edryk i odsłonił mu nowy pakt zbawienny dla gminy, którym zostanie objętych czterdzieści dziewięć wiosek przez czterdzieści dziewięć lat. Gwarantem tego nowego paktu miał być sam Edryk. Jego wolą, szlachetnym gestem, wyrażoną następcy w modlitewnym, świętym śnie było spocząć wśród ludu; to był widomy znak nowego przymierza. Błogosławiony Edryk za pośrednictwem dobroczynnego Maruna miał zostać pochowany na margiewskich łąkach, w strefie zalewowej, by rzeka i ziemia błogosławiły go na wieki wieków, a on rzekę i ziemię dla dobra ludzi na czterdzieści dziewięć lat. Wśród aplauzu, wiwatów i powszechnej radości winda jechała na górę, a kilka dni później zjechała na dół z trumną, a potem z dobroczynnym Marunem i braćmi, którzy na dzień pochówku swego nieżyjącego mistrza otrzymali we śnie od tegoż dyspensę. Dyspensa od tego dnia przyjęła się jako zwyczaj, gdyż coraz częściej braciszków widywano w wioskach, na szlakach, a nawet w karczmach. Dobroczynny Marun również od tego dnia awansował w hierarchii Braci Błagalnych i stał się błogosławionym, co uczczono kolejnym, hucznym świętem, zmianą gontu na dachu klasztornym, dobudowaniem kolejnych trzech budynków, które wciśnięto pomiędzy kościół a stare zabudowania, tak by klasztor składał się z siedmiu części z kościołem w centrum, oraz zmianą koryta potoku, by zasilić Błagalną Skałę w bieżącą wodę. I wszyscy byli szczęśliwi przez kolejnych czterdzieści dziewięć lat, aż chwili obecnej, pomyślał, gdy z jego rozważań wyrwał go koszyczek, do którego wierni wkładali prośby modlitewne, a goście, którzy od czasu Marunowej dyspensy również mogli przebywać w klasztorze, swoje listy uwierzytelniające lub rekomendacje, domownicy zaś znaki rozpoznawcze. Wsadził do koszyka swój wisior z trupią czaszką przebitą mieczem, z ruchomymi źrenicami wykonanymi z rubinów - oznakę swej klasztornej godności - i dołożył modrzewiową szyszkę wraz z gałązką, umówione znaki domownika. Spojrzał na dolinę. W oddali widać było maleńkie punkciki wozów przekraczających bród i dymy z kominów okolicznych wiosek. Przeniósł wzrok na drugi, bardzo odległy brzeg rzeki. Uwielbiał chwilę oczekiwania na wagonik windy i potem moment wznoszenia. Zmieniający się widok ponad koronami modrzewi, coraz dalsze zakola rzeki, dziesiątki wiosek, osad i wioseczek, które przylepiły się do brzegów Margwii. Reforma błogosławionego Maruna rozszerzyła się na cały kraj i dalej aż do świętego Falun. Czterdzieści dziewięć lat. Obietnica szczęścia. Magia cyfr, myślał. Tyle dobrego dla tego ciemnego ludu. Tyle dobrego.
Brat Aureliusz, pulchny furtianin, spuścił windę. Gdyby w koszyku znalazł tylko wisior, lub wisior i szyszkę bez gałązki, nie posłałby windy na dół. Za nic. Taki błąd groził ekskomuniką, wykluczeniem, śmiercią cywilną i religijną. Poprzedni łaskawy mistrz lubił takie prowokacje i jednego z braci przyłapał na niefrasobliwości co do znaków. Nie dość, że wykluczono go z bractwa, to jeszcze trafił pod sąd prefektury świeckiej z haniebnym tatuażem na czole.
Klasztor, pomimo wszystkich liberalnych zmian stopniowo wprowadzanych przez ostatnie lata, był miejscem strzeżonym i świętym. Żadnej kobiety, żadnego rzeźnika, żołnierza ani mordercy, żadnego surowego mięsa, żadnej istoty parszywej ani nieczystej, żadnego innowiercy ani heretyka - mógł recytować z pamięci nakazy reguły zakonnej co do wersu, co do słowa. Brat Aureliusz od lat zastanawiał się, dlaczego innowierca i heretyk wymieniany jest po mięsie i istotach parszywych, a nie przed nimi. Kobieta jako pierwsza to było zrozumiałe, jest najbardziej nieczysta z wszelkich nieczystości, ale heretyk powinien być drugi. A co z myszami? - zastanawiał się. - Niewątpliwie nieczyste bestie, a przecież na Błagalnej Skale było ich mnóstwo, zwłaszcza zimą. Jak im zabronić wstępu? Wielokrotnie o to pytał dobroczynnego mistrza, ale w odpowiedzi słyszał tylko:
- Strzeż pilnie, kiedy możesz, prowokuj, stawiaj pułapki, dobrze traktuj święte zwierzęta, lecz nie przekarmiaj tak jak siebie, i chaps.
Po chwili głowa mistrza Harmandta pokazała się w otworze włazu i platforma wjechała do wnętrza windy. Brat Aureliusz skłonił się i w tym samym momencie odczuł na plecach silne smagnięcie łańcuchem dobroczynnego.
- Za co? - pisnął jak dziecko, co jeszcze bardziej rozzłościło mistrza. Nie lubił Aureliusza, jego otyłości, lizusostwa, niezgrabności, a przede wszystkim ortodoksyjnej postawy.
Czy brat Aureliusz był tradycjonalistą? - sam siebie spytał w myślach. Ależ nie. Był po prostu głupcem, patentowanym osłem, który niczego nie wiedział o otaczającym go świecie i nic nie rozumiał z tego, co się wokół niego działo. Durny klepacz modlitw i ślepy wykonawca rozkazów. Z całego serca nie lubił takich ludzi, unikał jak mógł i nie przyjmował do nowicjatu klasztornego żadnego chłopca, w którym zwietrzył choćby cień sztywności, dewocji albo religijnego oportunizmu. Jednak Aureliusza dostał w spadku po spalonym klasztorze w Średniej Wodzie. Trzeba było ocalonych braci rozlokować po klasztorach zgromadzenia. I tak oto trafił mu się głupi braciszek. Mierny, bierny, ale wierny. Najlepszy kandydat według ich starej reguły. Czy bluźnił takimi myślami? Nie, nawet nie wyznawał tego jako winy w czasie kapitularza zakonnego. Wiara ma prawo ewoluować, wierzący ma prawo mieć wątpliwości co do wiary. Reforma jest częścią rozwoju naszej etyki - mawiał jego błogosławiony mentor z miasta Radości, świętego Falun, sam zbawienny Jassa z bazyliki Oświecenia.
- Za co, pytasz? A co mówi nasza błogosławiona, dobrotliwa reguła w sprawie obowiązków brata?
- Których obowiązków, o dobroczynny mistrzu? - Aureliusz wybałuszył oczy, próbując przeniknąć pytanie mistrza Harmandta.
- Tych, które dotyczą porządku i ładu - wycedził.
- Żadnej zgniłej jarzyny ani owocu ani innej potrawy, żadnej pajęczyny ani rzeczy zbytecznej. Rozsypane ziarno wymieciesz przed złośliwym sporyszem, a wodę zatęchłą wylejesz. Lepsze wino lub woda zaprawiona octem albo spirytusem niż woda z nieczystej beczki. Przed wszelaką pleśnią i zgnilizną wyszorujesz wszelki stół - recytował, mrużąc oczy.
- Dobrze, dalej fragment od słów: ani zbytecznej krzątaniny...
- ...ani zbytecznej krzątaniny mnich się nie dopuści, ani nieporządku w rzeczach zarówno własnych, jak i cudzych, należących do braci - bezbłędnie kontynuował brat Aureliusz.
- No widzisz, bracie. Dwa dni mnie nie było wśród naszej konfraterni, a tu zboże rozsypane, siano niezamiecione, twój habit poplamiony, ślady zaschniętych jajek na deskach i na twoich butach. Zgroza. Łamiesz regułę. Jakże ci mogę ufać na furcie, że nie wpuścisz tutaj intruza, jeśli nie potrafisz dotrzymać prostej staranności w codziennych obowiązkach - powiedział i odszedł w głąb klasztoru.
- Mistrzu, ja, ja - brat Aureliusz próbował się wytłumaczyć, ale widząc plecy dobroczynnego znikające w ciemności korytarza prowadzącego na mały dziedziniec i dalej do cel klasztornych, krzyknął tylko: - Dobroczynny mistrzu, jaka kara?
Harmandt zatrzymał się. Jaka kara? Jaka jest kara za głupotę? Brat Aureliusz był w gruncie rzeczy bardzo dobrym, aczkolwiek leniwym i rozlazłym bratem. Jak nikt inny słowo w słowo respektował regułę, co do literki, oczywiście jeśli nie było to wbrew jego leniwej naturze. Zatłuc mysz, owszem, bo przecież zalicza się do istot parszywych, ale zadbać o porządek bez awantury, nigdy w życiu, po co, to przecież zbyteczny wysiłek. Zbyteczny wysiłek mnicha jest srogim uczynkiem i złym wielce, albowiem dla fałszywego zaszczytu się trudzi, nie zaś dla chwały prawdziwej. Wyrecytował w myślach, wciąż stojąc tyłem do Aureliusza. Ten bałwan żył podług cytatów z reguły, na każdą okoliczność cytacik, słówko, banał, przepis. Jakby nie miał własnego rozumu. Nie miał. Swoją drogą dobrotliwa reguła ich dobroczynnego bractwa dana im przez błogosławionego Edryka i ojców założycieli, Tych Którzy Byli Przed Nim i z Nim, była pisana tak okropnym językiem, zawierała tak nieaktualną dydaktykę i w gruncie rzeczy stek anachronicznych bzdur, w których sporysz mieszał się z pleśnią, a cnota ze ślepym posłuszeństwem, że nie mógł już tego słuchać. Ile czasu poświęcono jedzeniu, jego przechowywaniu, konserwowaniu, składowaniu, jakby zakonnicy sprzed stu lat nie myśleli o niczym innym, jak tylko jak się najeść, jak zamieść podłogę i posłusznie znosić polecenia mistrzów, omiatając pajęczyny? I to słownictwo? Dobrotliwy jest każdy przedmiot, myśl lub działanie, ale dobroczynny już tylko człowiek, i to brat, zakonnik, a przede wszystkim mistrz. Jakże ja jestem dla niego dobrotliwy, gdy smagam go grubym łańcuchem, pomyślał. Co za ironia? Czy teraz bluźnił? Nie, po stokroć nie. Wielcy reformatorzy na początku zdają się bluźniercami, lecz potem odnawiają świat i oblicze ziemi. Reforma reguły, tylko reforma, aktualne potrzeby, otwartość na zmieniający się świat mogą ich uratować przed pleśnią i sporyszem w umysłach. Potrzebował dobrego pretekstu do przeprowadzenia reformy, ale najpierw musiał zostać uznany za błogosławionego, a potem zbawczego. Zbawczy Harmandt. Tylko ten tytuł, którego nawet Edrykowi nie przyznano, ani za życia, ani po śmierci, dałby mu pełnię władzy, możliwość dowolnego kształtowania reguły, usunięcia z bractwa takich durniów jak Aureliusz i jemu podobni, stworzenia elity elit w całym Kościele i zaprowadzenia nowego ładu. Zbawczy Harmandt.
- Dobroczynny mistrzu, jaka kara? - powtórzył brat Aureliusz, przerywając jego rozmyślania.
- Słyszę, że się niecierpliwisz, bracie, to dobrze. Niecierpliwi kary pierwsi odbędą karę i doznają uleczenia. Tak mówi Zbawcze Pismo naszego Pana i Stwórcy. Cztery pałki i cztery płachty. Za trzy dni przed zebraniem kapituły.
Wpadł do recepcji. Lilka akurat załatwiała interesanta, więc musiał poczekać chwilę. Wieżowiec przy Szturmowej był idealnym miejscem pracy. Wymarzonym. Krok od wydziału. Zasługa ojca Lilki. Pan superdyrektor, członek zarządu International Japan Technology Polska, jednym kliknięciem załatwił córeczce pracę i to od razu na dogodne zmiany, tak żeby nie ucierpiały studia. Rodzice nie chcieli, żeby pracowała. Raczej byli skłonni załatwić jej stypendium w London School of Economics albo Massachusetts Institute of Technology. Jednak ona się uparła, że chce mieć własne pieniądze i na razie wyłącznie polskie doświadczenia. Sama szukała pracy przez trzy miesiące, więc starsi postawili warunek: albo przyjmie robotę, którą załatwił tatuś pod wydziałem, albo Massachusetts. Wybrała to pierwsze. Nigdy nie powiedziała, z jakiego powodu. Starszym jedynie wyjaśniła, że zainwestowała czas i środki finansowe, niemałe, jak się okazało, w rozwój osobisty u Bąbali, i że to jest nawet więcej niż MIT lub LSE. Ojciec Lilki, po strasznej awanturze, zażądał spotkania z Grzesiem Bąbalą, co tylko pogorszyło sprawę na jakiś czas. Do spotkania doszło i pan dyrektor nie dość, że poczuł się urażony arogancją gościa, który żąda za jakieś wątpliwe szkolenia po pięć tysięcy i więcej od łba, to jeszcze uraczył go diagnozą jego postawy wobec córki, cynicznymi uwagami, rozdętym ego, wodą sodową i mniemaniem o sobie, jakby był aktorem znanego serialu produkcji kolumbijskiej. A szczyl ma niespełna trzydziestkę - wrzeszczał tatuś. I dla takiego bełkotu - tata niestety przeglądał też stronę internetową i forum Bąbali - jego córka zrezygnowała z MIT! Szaleństwo. Jednak musiał się z nim pogodzić. Bąbala wygrał, a może to była wygrana Lilki, która teraz całkiem szczęśliwa w recepcji wielkiego biurowca odbierała telefony, wypisywała przepustki i grzecznie uśmiechała się do kolejnych gości, używając niekiedy swojej znakomitej angielszczyzny.
- Dobrze, że jesteś - szepnęła, wychylając się zza wysokiego kontuaru. - Po lekcjach zabieram cię na zakupy. Nie przyjmuję żadnych wymówek. Znam twój grafik. Kończysz dzisiaj o siedemnastej, czekasz na mnie i jedziemy do Galerii Mokotów. Muszę tam coś załatwić i jesteś mi potrzebny.
- Dobrze, będę, chciałem ci tylko powiedzieć - mówił rozgorączkowany - że ta cała historia z hipnozą jest bardzo dziwna, ale super. Odpaliłem wczoraj nagranie doktora przed snem. Natychmiast odjechałem. Zasnąłem, nawet nie wiem kiedy, dosłownie w jednej chwili.
- Co w tym dziwnego? Dzień był pełen wrażeń.
- Dziwne jest to, że obudziłem się nad ranem i pamiętałem każdy szczegół snu. Każdziutki, co do słowa. Nie dość, że sen był kontynuacją tamtej wieczornej wizji, to jeszcze sama akcja jak na wyciągnięcie ręki. A ja snów nigdy, ale to nigdy nie pamiętam, od dzieciństwa tak mam. Może jakieś mgiełki, prześwity, a teraz jak na dłoni, jak w realu.
- To chyba dobrze?- odpowiedziała, odwracając się do koleżanki, która dawała jej energiczne znaki, wskazując na liczną grupę Azjatów, którzy z uprzejmymi minami tłoczyli się przed recepcją, żeby uzyskać informacje oraz identyfikatory uprawniające do wejścia. - Pogadamy później. - I rzuciła się w kierunku młodego mężczyzny o kruczoczarnych włosach oprószonych śniegiem.
Zajęcia były nudne. Wykłady z prawa gospodarczego go dobijały, podobnie jak inne przedmioty prawnicze i ekonomiczne. Co robił na tym wydziale? Zadawał sobie to pytanie setki razy. Nie mógł sam przed sobą się przyznać otwarcie, że popełnił kolejny błąd. Z teologii na zarządzanie. Całe szczęście z jednej dobrej uczelni na drugą. Matka by nie przeżyła, gdyby teraz rzucił studia i wyjechał dajmy na to na Wyspy na zmywak albo jako frytkowy do Stanów. A to były w zasadzie jedyne możliwości, wziąć dziekankę, złapać trochę oddechu, zarobić parę eurosów albo funtów. Odsapnąć, zastanowić się. Miał dosyć, i tej zimy, i kolejnych nudnych studiów. Tasiemcowych wykładów, w których cytowano niekończące się nudne teorie sprzed dziesięciu lat. Jedyne, co go cieszyło, to kursy rozwoju, ale tutaj barierę stanowiły fundusze. Przeklęta forsa. Musiał znaleźć jakąś pracę. Potrzebował jej na już. Od matki nie mógł prosić więcej, niż mu dawała. I tak obie musiały jakoś wyżyć z mamy nauczycielskiej pensji i babcinej emerytury. Węgiel i koks na zimę zżerały wszystkie oszczędności. U Kozłowskiego wisiał kasę, u kolegi z grupy trochę mniejszą i teraz od kilku dni nie dojadał, intensywnie myśląc o dysku. Wszystkie moniaki wyszły. Z domu na Artystów zabrał kilka książek. Czy był to jego dom? Nie miał domu. Stara rudera w Łomży po dziadkach jedynie z nazwy podpadała pod kategorię: dom. I tak cud, że zdobyli się na zakup hydroforu i od tego lata mieli wodę bieżącą, i to nawet w zimie.
Targał ciężki plecak z książkami. Nie chciał czekać, aż ktoś je łyknie na Allegro. Komp leżał w gruzach, więc musiałby prosić Bułę albo Kozła o zalogowanie, a to zawsze był jakiś zgrzyt, gdyż każdy z nich zalegał na długie godziny do nocy przed klawiaturą. Kozioł najczęściej rezydował w "Second Life", co początkowo doprowadzało do szaleństwa Gośkę, dopóki sama nie wpadła w dziki wir uzależnienia od gry. Jedyne, na co mu pozwalali od dwóch tygodni, kiedy walczył ze swoim zdezelowanym padaką, to odebrać pocztę. Nawet ustawił sobie specjalny grafik. Kogo prosił ostatnio, ten na kolejce był trzeci po prośbie. Co za upokorzenie. I teraz wyprzedaż biblioteki. Upadek. Musiał przecież coś jeść. Dlatego postanowił upchnąć, co się da na wydziale albo powędrować do antykwariatu, do centrum. Bez kompa nie ma studiowania. Nie ma poczty ani Skype'a, ani Allegro i chociaż minimalnych dochodów. Nie ma życia.
Lilka czekała na niego w holu wieżowca. Chciał się okazać prawdziwym kumplem i choć trochę odwdzięczyć za wczorajsze urodziny i w czasie zwiedzania galerii handlowej oraz zakupów, które planowała, postawić jej big maca z colą w McDonaldzie, albo tam, albo jeszcze przed wydziałem na Rzymowskiego. Za bezcen puścił książki Bandlera, które nabył zaraz po kursie u Bąbali, i z ciężkim sercem małą książeczkę samego mistrza o technikach manipulacji, z jego autografem. Jakiś młodziak był podjarany samym podpisem, a może opowieściami starszego kolegi o treningu, pod koniec którego trzydziestu uczestników zasuwało boso po rozżarzonych węglach. Inni znali jego opowieści i entuzjastyczne relacje ze szkoleń, więc już nie robiły na nich wrażenia, jednak młodziak z chęcią słuchał, nawet wynotował strony internetowe i nazwiska, którymi Filip rzucał jak z rękawa z miną znawcy. No i kupił Bąbalowy autograf, szczęśliwy, że poznał starszego kolegę, który zna mistrza, całą branżę, ma rozeznanie i potrafi znaleźć niezależne sposoby rozwoju. Wiadomo, uniwersytet daje papier, ale prawdziwy rozwój musisz znaleźć sam, na szkoleniach, najlepiej u mistrza, bo on jest u źródła, zna samego Bandlera i jeszcze kilku megabohaterów, ma z nimi fotki z każdego kursu, który odbył za oceanem. Skwitował rozmowę. Udawał nawet, że coś ma na oku i lada miesiąc wystartuje z własną stroną internetową, firmą, i dorzucił jeszcze kilka ściemek o akcji promocyjnej i motywacji wewnętrznej. I oczywiście rzucił też hasło: hipnoza. Że pracuje nad tym tematem i niedługo zadziwi wszystkich na maksa. Zawstydził się trochę własną przesadą i kolorem, jaki wrzucił do rozmowy, ale młody chyba się nie połapał albo miał jeszcze wysoką tolerancję na ściemy i popisy starszych kolegów. W każdym razie chłopak przepłacił, ale cóż, autograf był wart paru złotych. Upokorzenie. Najgorsze z możliwych. Sprzedawać ulubioną literaturę dla chleba, słoika smalcu i herbaty pakowanej po sto sztuk. Biedronka, ach Biedronka, jego ulubiony sklep. Krojony chleb, herbata po sto sztuk, puszki mielonki siedemset pięćdziesiąt gramów. Duże, ale tanie. Wór jabłek za dwa złote. Luksus. Wyżerka. W każdym razie miał teraz prawie stówkę i choć to było mało oszczędnościowe i nawet głupie, postanowił polecieć z gestem, pozwolić sobie na obłęd i zaprosić Lilkę na róg na prawdziwego, pysznego, niezdrowego big maca z dużą colą, zaprzepaszczając tym samym tydzień wyżywienia i dwa Bandlery. Całe siedem dni wyżerki przy dobrym zagospodarowaniu środków.
Nie zgodziła się, stanowczo wymogła na nim wizytę w galerii. Ma plany związane z tym miejscem, musi tam być i koniec. Kiedy próbował się wymówić, nie lubi przecież zakupów i będzie jej tylko zawadą, musi szukać roboty i tak dalej, wymusiła na nim odwiedziny w centrum handlowym swoim: musisz i kropka. Zgodził się. Musiał. Jeśli nie big mackiem na rogu, to przynajmniej tak się jej odwdzięczy, poza tym chciał z nią pogadać o wizjach, które przeżywał tej nocy. Z nikim innym nie mógł. Chociaż studiowali na tym samym wydziale, poznał ją u Grzesia Bąbali na szkoleniu ponad rok temu. Była z tego samego fanklubu, z tej samej ekipy. Jedni im zazdrościli odjazdowej wiedzy i niesamowitych przeżyć, inni omijali z daleka jako świrów i nawiedzonych. Podobnie Buła, gdyby spróbował z nim pogadać o rozwoju osobistym, tylko by go wyśmiał. Chociaż sam pomysł na prezent urodzinowy przyjął z ochotą, jak mu powiedziała Lilka, i dołożył się bez wahania. Duża kasa - widać warto. Taki był Buła, po rodzicach nastawiony na forsę. Kozioł w ogóle nie czaił tych klimatów. Od dawna żył swoimi sprawami. Wolał seks z Gośką w przerwach na second life i mgliste plany na przyszłość, gdy już wyemigrują oboje do Kanady, bo choć tam jest drożej niż w Stanach, to jednak fajniej. Wiadomo, siostra Gośki siedziała tam od lat i doświadczała większego luksusu niż Hindusi w Europie. Potrzebny był im oczywiście tylko papier. I wtedy skok za ocean.
Z chłopakami w zasadzie nie rozmawiał. Same ścinki, resztki słów, zdawkowe: siemka, cześć, no to nara. Były dni, nawet tygodnie, gdy zupełnie się nie widywali. Nie zamieniali ze sobą zdania. Czasem karteczki w lodówce: proszę się częstować albo wyrzuć to świństwo.
Przed sklepem obuwniczym, i to jednym z najdroższych w historii wszechświata, zaczęli się szamotać. Megaobciach. Lilka go wpychała przez bramkę jak osła, który zaparł się na drodze, a on próbował się jakoś wywinąć i w dodatku wymachiwał rękami. W końcu ze wstydu uległ. Był zły na ten jej podstęp i kolejny pomysł, tym razem zakup butów.
- Słuchaj, jesteśmy kumplami, tak czy nie? - spytała podniesionym głosem, stojąc nad nim, gdy przymierzał kolejne pary. Skinął głową, unikając jej wzroku, i zajął się wyciąganiem zmiętych papierów z cholewki. - Jesteśmy kumplami, więc mogę swojemu kumplowi pożyczyć trochę kasy na nowe kamaszki, żeby mu nogi nie zgniły albo się nie odmroziły, bo wtedy będzie trochę drożej. Po to się ma kumpli? A ze swoimi pieniędzmi mogę robić, co mi się żywnie podoba. Zgadza się? Zgadza się. I nie porównuj wczorajszego prezentu z dzisiejszymi butami, bo to są różne rzeczy. Nie myl prezentu z pożyczką. A jeśli się tak zachowujesz, to ja też nie będę mogła przyjść do ciebie po pomoc, kiedy będę tego potrzebowała, bo to znaczy, że mamy inne standardy.
- Okej. Lilka, nie wściekaj się, to dla mnie dużo, naprawdę dużo. Pamiętałaś o urodzinach, i ta hipnoza, teraz buty, zrozum. Nie przywykłem. Moi najlepsi kumple w życiu tyle dla mnie nie zrobili, co teraz ty, dziewczyna - stękał, ciągle unikając jej wzroku i obmacując buty, jakby były czymś, co pierwszy raz widzi na oczy.
- Aha, czyli jak dziewczyna, to coś nie halo, jak dziewczyna, to nie przywykłeś, to już nie można traktować dziewczyny jak kumpla, bo zaraz się odzywa jakiś mały szowinista tam w środku. Cały się nadyma, jego wielkie ego zostało dotknięte, tak? Od faceta może bym wziął na buty, ale od dziewczyny to obciach? - Wciąż stała, trzymając się pod boki.
- Słuchaj, zawsze możesz na mnie liczyć, po prostu zawsze. Nie o to mi chodzi, że dziewczyna czy chłopak. Źle mnie zrozumiałaś. Mam teraz przejściowe kłopoty. Ostatnie oszczędności wydałem na Proaktywny rozwój mentalny u Grzesia. Finanse kompletnie mam wyzerowane i z tego powodu czuję się trochę głupio.
- A ty ciągle o sobie, Filipie, przecież wiem, że nie masz kasy, i dlatego cię tu przywlokłam. Ja mam pieniądze, więc prawdziwa kumpela dzieli się tym, co ma. Jeśli uważasz inaczej, to mi po prostu powiedz. To znaczy, że się różnimy, a co gorsza mylimy co do siebie i - zawahała się, przez chwilę, szukając słowa - i tego wszystkiego, przyjaźni i w ogóle, i wcale nie jesteśmy kumplami. - Odgarnęła włosy z czoła i zniknęły jej dołki na policzkach, które robiły się zawsze wtedy, gdy była zagniewana albo bardzo czymś przejęta.
- Jesteśmy kumplami na sto procent i dlatego musisz pozwolić zaprosić się na hamburgera - powiedział pojednawczo.
- I jak, dobre? Pasują? - spytała już innym tonem.
Próbował zatrzymać stare adziki, ale i tym razem Lilka się uparła i wylądowały w koszu przed sklepem. Nawet nie zaprotestował. Wrzucił buty własnoręcznie i ucałował ją w policzek. Zdziwił się własnym zachowaniem, własnym gestem. Czy pocałunek to gest? Pocałunek to pocałunek? Czy całuje się kumpelkę? Chyba tak. Zawsze na powitanie dziewczyny i faceci wymieniają buziaki. To głupie, ale tak jest. Nawet Gośkę, sarenkę Kozła też na początku całował w policzek na powitanie, a ona jego. Cmok, cmok. A najbardziej zaskoczył go jej zapach. Nigdy wcześniej nie zauważył, nie zwrócił na to uwagi. Słodki, a jednak wyraźny, odurzający. Przypominał jakieś zioła lub kwiaty i coś jeszcze bardziej ostrego, mocnego, świdrującego nozdrza. Zbliżył twarz do jej głowy i jeszcze raz sprawdził. Jakaś głęboka nuta przypominała drzewo, zapach żywicy, szyszek. Albo tamten modrzewiowy las, po którym wędrował nocą, w transie.
Szedł w nowych, cieplutkich, nieprzemakalnych butach z grubym misiem i nie dość, że były bardzo wygodne, to jeszcze po raz pierwszy od dawna odczuwał przyjemne ciepło w stopy. Usiedli przy stoliku. Zaczął opowiadać, ale teraz patrzył na nią przez pryzmat zapachu. Dosłownie tak, jakby zapach stał się filtrem dla jego wzroku i teraz stanowił nieodłączną nutę każdego spojrzenia i nawet słowa, które wypowiadała do niego. Przedostawały się w niewidocznej mgle, którą odczuwał, ilekroć Lilka wykonywała jakiś ruch, poprawiała włosy, spoglądała na niego. Podobała mu się ta modrzewiowa nuta.
- To nie może być regresja ani inne wcielenie czy coś w tym rodzaju. To chyba jakieś bzdety. Kiedy usnąłem, przyśnił mi się ciąg dalszy sesji hipnotycznej, lecz nie byłem już tamtym Filipem na wozie, ale dziadkiem, którego w poprzedniej wizji wystraszyłem. Gość okazał się znacznie młodszy. Jest mistrzem klasztoru i ma jakiś związek z tamtym Filipem i jego przyjacielem. Nawet nie byłem nim, ale wiedziałem o wszystkim, co ma się wydarzyć, i znowu widziałem każdy szczegół jak na filmie.
- Co ma się wydarzyć? - spytała, wpatrując się w Filipa z zaciekawieniem.
- W tym cała rzecz. Wiem i nie wiem. Jestem tam, w tym śnie, choć prawie nigdy nie pamiętam swoich snów. Ten po raz pierwszy był tak namacalny, jakbym tam był, i wiem, że wszystko wiem o otaczającym mnie świecie, o ludziach, ale przyszłość jest nieodgadniona jak w życiu. Wiem i nic nie wiem. Znam ten świat, lecz kiedy się budzę, jest mi kompletnie obcy. Natychmiast chciałbym wrócić. Działać. Dowiadywać się, jednak jestem w jakiś sposób bierny albo inaczej poddany biegowi rzeczy. Czuję, że przenika mnie ten sen, ale nie jest to historia, którą można zmieniać. Na zasadzie, że nie podoba mi się ten fragment, przeczytam inny albo zajrzę na koniec komiksu.
- To może jest to inny wymiar, prawdziwa regresja? - spytała poruszona.
- Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w regresję, w cofanie się w czasie do innych wcieleń i zaglądanie w życie alternatywne. Już bardziej cofnięcie się do dzieciństwa, ale przeszłe życia? - pokręcił głową - to nie dla mnie. Nawet nie chodzi o to, że jestem katolikiem i wierzę, że dusza jest po prostu jedna. Trudno mi przyjąć, że ja to nie ja, że mógłby być kiedyś jakiś inny Filip. Mógłby robić coś, o czym nie mam pojęcia, podejmować jakieś decyzje, których być może teraz bym nie popierał. Doktor o to pytał: czy wierzę w reinkarnację, lecz ja raczej chciałem sprawdzić, jak to jest, i dać sobie dowód, że to bujda, niż rzucić się wir minionych wcieleń. I mój sen jak na razie to potwierdza. Jest megarealistyczny, ale to ja jestem kimś w rodzaju narratora. Snuję jakąś bajkę, jest odjazdowa, wciąga mnie, jestem ciekaw, co będzie dalej, lecz to tylko bajka, wytwór mojego mózgu, czysta chemia snu. I to mnie chyba najbardziej zdziwiło.
- Co takiego?
- Że sen był ciągiem dalszym, choć dotyczył innego wątku, jak w serialu albo w komiksie. Boję się, że zniknie, że już tam nie wrócę i nie dowiem się, jakie jest zakończenie.
- Więc sprawdź, co będzie dalej, ale spróbuj to jakoś zarejestrować, żebyś miał porównanie - podsumowała.
- Co mam zrobić?
- Trzymaj przy łóżku dyktafon albo notatnik i musisz koniecznie spotkać się z doktorem Gałązką. Już cię umówiłam na wizytę. Pierwszy wolny termin, pojutrze. I ani słowa o kasie. To komplet z prezentem urodzinowym. Taki wymóg doktora. Od początku o tym wiedziałam. Trzy sesje w pakiecie. Trzecia za połowę.
- Trzy? - Zrobił minę zaskoczonego, potem wściekłego, wreszcie nie wytrzymał i uśmiechnął się. Spodziewał się tego? Chyba nie, mimo to po dzisiejszym dniu nie był zaskoczony. Może Lilka sama bała się wykupić sesję u Gałązki i dlatego wyręczała się jego osobą? Był jej królikiem doświadczalnym? W każdym razie trzy brzmi lepiej niż jeden. Superkumpela. Utrzymywały go kobiety. Fatalnie. Dlaczego nie potrafił się tym cieszyć?
Tak jak wczoraj odprowadził ją pod blok przy Bażantarni. Na odchodnym pocałowała go w policzek i powiedziała: Dziękuję, do jutra. Chciał spytać za co?, ale furtka na teren osiedla trzasnęła już za Lilką, a z nim pozostał modrzewiowy zapach. Do jutra? No tak, była ciekawa jego wizji. Hipnozy ciąg dalszy nastąpi. Była jego sponsorem, więc chciała wiedzieć, za co płaci. W drodze powrotnej wysiadł na Stokłosach i wstąpił do sklepu. Chleb, mleko, sto sztuk herbaty, mielonka, słoik smalcu. Siedemnaście czterdzieści. Nieźle. Zawód trenera albo hipnotyzera to był biznes. Tysiąc dwieście za jednego kolesia. Facet mógł takich sesji cyknąć trzy dziennie. No niechby dwie. W tygodniu wyciągał dwanaście tysiaków. Dwanaście. Nawet jeśli za kolejne sesje liczy mniej. Nawet jeśli klientów jest sześciu, a nie dziesięciu, to i tak - worek pieniędzy. Przepastny worek. Nowy komp. Co tam komp, cały sprzęcior macintosha, samochód, mieszkanie do wynajęcia tylko dla siebie, mógłby pomóc mamie wyremontować dach. Gdyby zarabiał tyle kasy. Albo Grzesiu Bąbala. Piątka za szkolenie. Po trzydzieści osób. Boże! Nawet odliczając koszty, sale, materiały, to i tak nieźle, nawet gdyby raz w miesiącu organizował takie imprezy. Nic dziwnego, że Grzesiu pomyka nową corvettą. Corvette zr1 to jest bryka! Metalik. Król życia. Te radosne, kolorowe myśli pokrzepiły go wraz z chlebem i mielonką. Szybko się umył i nawet nie zajrzał do chłopaków. U Kozła i Gosi było już ciemno, u Buły lampka. Zachowywał się cicho. Zaimpregnował nowe buty. Były piękne, pachnące nowością. I wtedy przypomniał sobie zapach Lilki. Modrzew. Głupio porównywać zapach dziewczyny i butów, pomyślał. Ułożył się wygodnie i odpalił płytę z nagraniem doktora.
Niech przez najbliższe pół godziny nikt ci nie przeszkadza. Będziesz podążać za moim głosem, dokądkolwiek się udasz i cokolwiek się zdarzy w czasie transu. Ułóż się wygodnie. Czujesz się bezpiecznie i jesteś przyjemnie rozluźniony. Twój oddech jest spokojny, zupełnie spokojny...
Stuknięcie drzwi do łazienki wyrwało go z przyjemnej błogości. Pomyślał o mijającym dniu. O Lilce. O jutrzejszym dyżurze doktora Marca na uczelni. Być może uda mu się jutro klepnąć zgodę? Konspekt w zasadzie ma gotowy. Powinien poszukać pracy. Koniecznie. Głos w słuchawkach przerwał jego myśli.
Wsiadasz do windy. Przyjrzyj się uważnie drzwiom. Za chwilę wsiądziesz i naciśniesz numer piętra, na którym chcesz wysiąść. Wejdź do środka. Czujesz się bezpiecznie, twoje ciało jest zupełnie zrelaksowane i uśpione, twój umysł jest spokojny i otwarty na zmiany. Za chwilę winda zatrzyma się, a ty wyjdziesz na spotkanie...
* * *
Po trzech dniach od przekroczenia brodu Margwii pod Błagalną Skałą dotarli do Średniej Wody. Był wieczór. Słońce zachodziło za wieżę bazyliki, najpiękniejszego kościoła w całym okręgu. Most na Ruku stanowił już granicę. Druga z wielkich rzek tej krainy była równie dzika, choć węższa i od strony południowej niemal na całym swoim dolnym biegu płynęła w głębokim parowie, tylko niekiedy urywając się i tworząc szerokie rozlewisko, by znów powrócić do parowu. Ten naturalny bieg rzeki z jednej strony umożliwiał budowę mostów, z drugiej zaś korzystanie z powodzi jak w rozlewiskach Margwii. Nawet wysoka fala powodziowa nie zagrażała trzem mostom granicznym, gdyż woda zawsze znajdowała naturalne ujście pomiędzy dwoma łańcuchami starych, niskich gór, które się tutaj zbiegały. Dzięki temu doliny były żyzne i urodzajne, a dodatkowy zasób naturalny stanowił torf, którego złoża ciągnęły się daleko w głąb lądu po obu brzegach rzeki. Za granicą w bogatszej Markonii torf wydobywano, używając maszyn, powstał tam wielki przemysł wydobywczy, dzięki któremu ogrzewano miasta. Tutaj wydobyciem trudniły się niemal wyłącznie klany rodzinne, czasami wioski, a całą pracę wykonywano ręcznie, łącznie z transportem. Również zagospodarowywanie starych torfowisk odbywało się poprzez przekopywanie małych kanałów, dzięki którym rzeka zamulała bezużyteczne wyrobiska.
Zatrzymali się w karczmie Pod Pękniętym Dzwonkiem. Tak poradził im ojciec Filipa Fi, kiedy wręczył synowi mapę z długą listą szczegółowo opisanych dróg, brodów i mostów, karczm i zajazdów, prefektur i jednostek straży komunalnej oraz gromadzkiej, a także strażnic wojskowych, kościołów i zgromadzeń oraz przejść granicznych. Sam wiele razy pokonywał ten szlak aż do samego miasta Radości, świętego Falun. Właśnie dla miasta cudów przygotował osobną mapę z obrysem murów, dokładnym planem ulic, z rysunkami wszystkich ważniejszych budowli. Choć i mniejsze mapy były precyzyjne, dokładne i pięknie wykreślone drżącymi już rękami mistrza kartografii. Wystarczyło jednak, że mistrz Fidelis postawił cyrkiel na pergaminie, a drżenie ustawało i wtedy już pewnymi ruchami wyznaczał odległość, kąt i kierunek.
- Pod Pękniętym Dzwonkiem? - zdziwił się Filip, stukając palcem w mapę, a po chwili drugi raz, wypowiadając dokładnie te same słowa, nazwę karczmy, gdy stanęli pod wyblakłym szyldem. - Kto wymyśla te cudaczne epitety? Te wydumane metafory. To przecież zupełnie idiotyczne. Pęknięty Dzwonek, Kulawy Osiołek, Wzdęty Kogut, Brzydki Kapelusz, Szkarłatne Rzygi - parodiował nazwy, robiąc dziwaczne miny. - Kiedyś założę własną karczmę, oberżę albo pensjonat dla wielmożnych państwa i nazwę ją Pod Idiotycznym Niewyraźnym Napisem albo Pod Kretyńskim Szyldem albo... - kontynuował, ale Marceliusz już go nie słuchał, skręcając w wąską bramę prowadzącą na podjazd. Filip Fi zeskoczył i ruszył w stronę wejścia, a jego towarzysz zajął się bagażami.
Średnia Woda była typowym, acz zaniedbanym miastem granicznym. Mieściły się tu urzędy prefektury dla całego okręgu, sądy obwodowe i gromadzkie, a także koszary, faktorie kupieckie i bankowe oraz szpitale i niezliczone warsztaty rzemieślnicze. Najbardziej jednak Średnia Woda słynęła z dwóch targów. Pierwszy był targiem rolniczym, na którym sprzedawano filety margiewskie i rukowskie oraz tysiące innych towarów, lecz przede wszystkim ryby. Margiewskie od rukowskich różniły się nie tylko gatunkami ryb, lecz także kolorem, aromatem, a nawet opakowaniem. W Ruku odławiano więcej ryb górskich, drapieżnych. Nad Margwią używano do wędzenia dobrze przesuszonych wiórów modrzewiowych, a filety przybijano do cienkich deseczek, stąd złotawy kolor. Do marynat zaś używano octu jabłkowego. Nad pobliskim Rukiem wędzono w jałowcu, marynowano zaś w occie spirytusowym. Tutejsze gorzelnie produkowały najlepsze spirytusy z pszenicy i octy pszeniczne.
Drugi targ słynął z handlu zwierzętami domowymi. Był największym w kraju. Tu kupowano i sprzedawano koty i udomowione kuny, psy, kozy i owce, a także ptaki, w tym również ptaki łowne. Potrzebowałeś w domu strażnika twojego spichrza, szaf z odzieżą albo sklepu, mogłeś tu nabyć błogosławione zwierzę tej krainy - długowłosego kota najlepszej rasy, lub przy mniej zasobnej kieszeni kunę albo wydrę. Brakowało ci psa do obrony albo przewodnika po mokradłach, zwierzęcia do zaprzęgu albo do pilnowania stada, mogłeś wybrać spośród pięciu ras wodołazów, dziesięciu pociągowych, trzech pasterskich i niezliczonych obronnych, atakujących, do polowań i do pilnowania dzieci. Także rozpłodowego tryka albo barana, każdej rasy i maści. Do miasta wiodły cztery szlaki, w tym dwa z Republiki Markonii. W każdy wtorek i sobotę ciągnęły nimi od świtu niezliczone wozy i zaprzęgi z tysiącami zwierząt i w południe, kiedy dzwony miasta oznajmiały środek dnia, ta sama lawina ludzkiej ciżby, wozów i zwierząt ruszała w drogę powrotną. Nie sprzedawano tutaj jedynie bydła rogatego, koni, dzikich zwierząt ani świń, a zakaz miejski zabraniał wwożenia więcej niż trzech zwierząt jednego gatunku. Zatem zarówno same zwierzęta, jak i potencjalni kupcy byli na targu uprzywilejowani. Poszczególne gatunki umieszczano w sektorach, nie wolno było zwierząt trzymać ani na mrozie, ani na słońcu z wyjątkiem gatunków do tego przyzwyczajonych; targowisko obfitowało w darmowe poidła i karmniki, a miasto dostarczało słomę.
Wokół dwóch miejskich rynków toczyło się życie miasta. Tam świętowano, prowadzono interesy, zawierano małżeństwa i odbywały się nabożeństwa. W poniedziałek i piątek handlowano płodami rolnymi, we wtorek i sobotę odbywał się targ zwierzęcy, w środę zwoływano sądy i ferowano publiczne wyroki, w czwartki otwierano urzędy dla interesantów, w niedziele odbywały się nabożeństwa, rytuały, śluby i pogrzeby. Nic nie zmieniało się od lat. Nie załatwiłeś sprawy w czwartek, musiałeś czekać do następnego czwartku, dlatego wprowadzono księgi zapisów. Za każdy wpis do konkretnego urzędnika odpowiedni przedstawiciele prefektury pobierali opłatę. Opieczętowany wpis wyznaczał petentowi datę i godzinę stawienia się w urzędzie. Kosztował niemało. Wielu zamożnych przyjezdnych rezerwowało kilka miejsc na ten sam czwartek w różnych urzędach i bywało, że chętny nie zdążył przybyć o czasie albo rezygnował, załatwiwszy w gorzelnictwie to, co chciał załatwić w ziemskim. Kompetencje urzędów i urzędników nie były dość precyzyjnie rozdzielone, a tak łapówka stanowiła podstawowy i wręcz obowiązkowy argument. W urzędach panowały niesamowity ścisk, bałagan i całkowita dowolność w interpretacji prawa. Zatem w praktyce stosowano prawo zwyczajowe i najskuteczniejszy mechanizm: forsowanie swoich spraw. Należało je przepchnąć do Urzędu Ksiąg Trwałych, jedynego miejsca, w którym zapis był nieusuwalny, a wydany na jego podstawie dekret lub przepis prawa obowiązywał, dopóki nie powstał nowy, który rewidował, usuwał lub modyfikował stary. Nieważne, w jaki sposób dokonano zapisu ani nawet kto go zgłosił, ważne było tylko, że tam się pojawił. Ale najważniejsze było umieszczenie bodaj jednego jedynego zdania, że zapis nowy cofa stary o takim to, a takim brzmieniu wpisanym w takiej to, a takiej księdze.
Urzędnicy od ksiąg, jak ich powszechnie nazywano, byli niewymienialni, a ich urząd w praktyce dziedziczny, gdyż nikt obcy nie miał najmniejszej szansy, żeby zdać egzamin w prefekturze przed Najwyższą Radą Urzędu składającą się z najstarszych urzędników i samego prefekta wybieranego raz na siedem lat. Lecz istniała jeszcze inna trudność z księgami. Nawet jeśli referent niższej instancji przekonał urzędnika o konieczności dokonania nowego wpisu, trzeba było jeszcze zachęcić go do odszukania wpisu starego, nierzadko sprzed wielu dziesięcioleci. A to oznaczało wielotygodniowe poszukiwanie właściwej adnotacji, gdyż przepis dotyczący opłaty mostowej w jakiejś gminie mógł znaleźć się zarówno w księdze mostów, jak i dróg, a równie dobrze rzek lub podatków. Trzeba było zatem zachęcić urzędnika Urzędu Ksiąg Trwałych do tych skrupulatnych poszukiwań, a jeśli się nie daj Boże zniechęcił i odpowiedział: nie ma takiego zapisu albo być może był, ale zaginął, to sprawa przepadała na kolejne miesiące, a nawet lata. Jeśli urzędnik poświadczył, że brak starszego zapisu, co oznaczało, że do tej pory w praktyce stosowano prawo zwyczajowe, to istniała pewna szansa, że zdoła się go przekonać do umieszczenia takiej adnotacji w nowym wpisie, oczywiście nie za darmo. Domy urzędników były strzeżone przez straż miejską, a jedyna droga oficjalna prowadziła przez urząd niższy. Dlatego liczyło się dojście i przełożenie - dwa słowa klucze interesujące każdego, kto przyjechał załatwić jakąś sprawę do Średniej Wody. W mieście krążyły nawet rankingi referentów, którzy mają w danym sezonie najlepsze dojście i najszersze przełożenie. Jedno oznaczało bardzo dobre relacje z konkretnym urzędnikiem od ksiąg zajmującym się pewną grupą wpisów, na przykład dotyczącą spadków albo prawa do inwestycji. Drugie oznaczało szerokie znajomości wśród referentów zajmujących się różnymi grupami ksiąg, gdy z góry było wiadomo, że rozwiązań dotyczących frachtu rzecznego trzeba będzie pewnie szukać i w księdze rzek, i w księdze handlu, i w księdze przewozów, a nawet cła, podatków lub czarteru.
Dzięki temu miasto kwitło. Żyło z handlu i urzędów, podatków i cła, a przede wszystkim z niezliczonych rzeszy przyjezdnych. Według ostatniego spisu liczyło dwanaście tysięcy mieszkańców, ponad trzy tysiące domostw i dwa razy tyle spichrzy, magazynów i składów najróżniejszego towaru. Okalało go pięć osad, głównie rzemieślniczych, zajmujących się obsługą targów. Kolejne trzy tysiące ludzi. Jednak każdego dnia napływało tu drugie tyle podróżnych, a niezliczona rzesza pomieszkiwała tu od targu do targu, od urzędowego czwartku do czwartku, zwłaszcza ci, którzy nie mieli szczęścia sprzedać swoich towarów za pierwszym razem lub dotrzeć do właściwego urzędu, a przebyli szmat drogi. Setki zajazdów, karczm i oberży, a także drogich pensjonatów, oferowały miejsca na każdą kieszeń. Nie brakowało też zbiorowych dormitoriów i przytułków dla tych, którym gorzej się powiodło lub utracili cały majątek. Prefektura zezwalała na grę w kości i przyjmowanie zakładów, niemal narodowy sport Wolnej Republiki Gamunii. Dlatego każdego dnia ktoś jeszcze chwilę temu szczęśliwy i podniecony dobrym utargiem zostawał z niczym, by rozpaczliwie szukać drugiej szansy, tym razem bez towaru i kapitału, mając do zaoferowania jedynie własną pracę. Znalezienie zatem wykształconego, a przy tym zdeterminowanego pracownika do wykonywania dowolnego zajęcia nie stanowiło najmniejszego problemu. Wystarczyło krzyknąć na placu lub pod kościołem, a natychmiast znajdowało się kilku chętnych gotowych do każdego zajęcia, byleby odpracować stratę albo zarobić kilka groszy i odegrać się w kości. Dlatego i w tej sprawie ściągali tutaj ludzie z całej prowincji. Potrzebujesz pracownika? Jedź do Średniej Wody, tam za połowę stawki znajdziesz wprawnego cieślę, doświadczonego hodowcę kotów, tresera kun albo kucharza. A było jeszcze niewolnictwo za długi i za honorowy zakład. Nie brakowało zatem i takich, którzy gotowi byli oddać wolność w zamian za utracony majątek lub towar, który utonął.
Marceliusz odgarnął długie, szpakowate włosy i żwawo chwycił za bagaże, ale w tym momencie poczuł czyjąś dłoń na ramieniu.
- Chętnie pomogę - zaproponował chłopak o uśmiechniętej twarzy i zaczął ciągnąć wielką sakwę w swoją stronę, niemal wyrywając ją z rąk woźnicy.
- Idź precz - syknął Marceliusz - nie prosiłem o pomoc!
- Daj mu zarobić, on z tego żyje - odezwał się Filip, który właśnie wychodził z karczmy z wielkim żelaznym kluczem do pokoju w ręce. Odwzajemnił uśmiech chłopca i usiłował przytrzymać sakwę, którą tamci dwaj ciągnęli. Wreszcie Marceliusz kopnął chłopaka w kolano i silnie szarpnął za rączkę, odpychając również Filipa Fi. Chłopak i Filip stracili równowagę, wpadli na siebie, a potem runęli na ziemię po obu stronach sakwy.
- Mówiłem, wara od moich bagaży! - wrzasnął Marceliusz i ruszył do karczmy, jednak po chwili się zatrzymał i zawrócił. Zaczął się uważnie przyglądać chłopcu, który rozmasowywał stłuczone czoło. Filip jak zwykle chciał coś powiedzieć, ale Marceliusz raptownie upuścił sakwy, dał znak ręką złożoną w pięść, żeby Filip nie ważył się odezwać, i zbliżył się do chłopca. Jednym ruchem zdarł mu z głowy ciemną perukę. Ich oczom odsłoniła się wygolona czaszka z tatuażem na ciemieniu.
- Jest mnichem - stwierdził Marceliusz i potarł szpakowatą brodę. - Nie oczekiwał żadnego zarobku, im nie wolno pracować.
- Jesteś mnichem? - zdziwił się Filip Fi, podnosząc z ziemi perukę tamtego. Trzymał ją zdziwiony w dłoni i spoglądał to na chłopca, to znów na włosy przymocowane do czepka. Chłopak milczał.
- Wszak widzisz, że jest mnichem. Naruszył prawo, i to co najmniej dwukrotnie. Raz oferując pracę zarobkową, drugi przebraniem, a pewnie i trzeci - publicznym kłamstwem.
- Przecież nic nie mówi - zauważył Filip, szturchając leżącego chłopaka nogą i jak zwykle bawiąc się niespodziewaną sytuacją.
- Nie mówi, ale jego przebranie mówi. Jest kłamstwem. Trzeba wezwać straż.
- Nie rób tego - niemal jednocześnie odezwali się młody mnich i Filip Fi.
- Jesteście w zmowie, a może zapomniałeś, dokąd i w jakim celu jedziemy? - powiedział, podnosząc mnicha, żeby skrępować mu ręce. Jednym ruchem przerzucił go przez burtę wozu, dopchnął kolanem i związał ręce z tyłu w nadgarstkach, używając lejców. - Trzeba wezwać straż - powtórzył tonem nieznoszącym sprzeciwu. Filip spuścił wzrok, ale natychmiast podniósł rozbawioną twarz i rzucił:
- Nie możemy. Nic nie powinno nas zatrzymywać dłużej, niż to konieczne, a poza tym nasza misja i fach, którym się zajmujemy...
- Zamilcz. - Marceliusz uniósł pięść. - Mamy oficjalne papiery i rekomendacje, paszporty, wyznaczony cel drogi i tym bardziej nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienia wobec władz, zwłaszcza w sytuacji naruszenia prawa, i to przez mnicha. Co innego twoje paplanie, wynikłe z pijaństwa, a co innego to - wskazał na łysą czaszkę i szarpnął lejce. Po chwili znalazł na wozie kawałek powrozu i kilkoma ruchami zmienił więzy na dłoniach chłopca. Pociągnął za sznur i zaczął prowadzić więźnia w stronę karczmy Pod Pękniętym Dzwonkiem. - Weź nasze bagaże - rozkazał Filipowi, nie odwracając głowy.
- Panie, wysłuchaj mnie, wszystko ci powiem, wyznam każde słowo, tylko błagam, nie wzywaj straży. - Im bliżej byli drzwi karczmy, tym bardziej mniszek zaczął się wyrywać.
- Milcz! - syknął Marceliusz i ściągnął mocniej sznur.
- Marcelu, wysłuchajmy go - Filip Fi dołączył błagalnym tonem do próśb zakonnika, zasapany, ledwie łapiąc oddech, niezdarnie targając bagaże. Nigdy nie zwracał się do swego towarzysza: Marcel.
- Panie, błagam, nie czyń tego. - Zakonnik upadł na kolana, ale Marceliusz mimo to wlókł go w kierunku drzwi, niemal unosząc nad ziemią. - I mnie, i wam grozi ogromne niebezpieczeństwo. Powiem wszystko. Błagam! Mnie co najwyżej zamkną w klasztorze, wam grozi...