Prawda i tylko prawda - Stefan Anhem

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Carl We­ster

Santa Cruz, nie­dziela po po­łu­dniu, sier­pień 2019

Wy­łą­czył te­le­fon, zmru­żył po­wieki i od­cze­kał, aż cy­fry i grafy znikną z siat­kówki oka. Po­tem spoj­rzał na Ocean Spo­kojny i stwier­dził, że po­po­łu­dnie w isto­cie od­po­wiada temu, co mówi się o tu­tej­szych po­po­łu­dniach - roz­po­starło się na lśnią­cej ta­fli mo­rza i cze­kało, by za kilka go­dzin za­trium­fo­wać w ide­al­nym fi­nale, je­śli nie naj­pięk­niej­szego, to z pew­no­ścią naj­czę­ściej re­la­cjo­no­wa­nego na In­sta­gra­mie za­chodu słońca.

Jesz­cze na lot­ni­sku, za­nim za­pa­ko­wali wa­lizki do ba­gaż­nika tak­sówki, uzgod­nili z kie­rowcą, że po­wie­zie ich na po­łu­dnie drogą sta­nową nu­mer 1, wzdłuż wy­brzeża. Wy­dłu­żało to po­dróż o kwa­drans, lecz gwa­ran­to­wało nie­za­po­mniane wi­doki.

Sie­dząca obok niego He­lene za­snęła, gdy tylko opu­ścili San Fran­ci­sco, a on, chcąc za­osz­czę­dzić jej bólu szyi, zwi­nął w ru­lon jej szal i ostroż­nie pod­su­nął go pod głowę opartą o szybę.

Gdy wtedy na nią spoj­rzał, ude­rzyła go myśl, że jest rów­nie piękna jak Pa­cy­fik. Czę­sto miał taką re­flek­sję, cza­sem na­wet kilka razy na dobę. Bo w isto­cie, He­lene była klasą samą w so­bie. Wy­star­czyło spoj­rzeć na jej usta. To w nich się za­ko­chał, gdy zo­ba­czył ją pierw­szy raz. W tych nieco prze­sad­nie peł­nych, lecz za­ra­zem, w nie­zwy­kły spo­sób, cał­kiem na­tu­ral­nych war­gach.

Tak na­prawdę, choć mi­nęło już tyle lat, wciąż nie poj­mo­wał, dla­czego wy­brała aku­rat jego. Ale może było wła­śnie tak, jak mó­wiła. Jak za­wsze po­wta­rzała. Że po­ko­chała go do­kład­nie ta­kiego, jaki był.

Mie­wał chwile zwąt­pie­nia. I ich zwią­zek prze­szedł przez kilka kry­zy­sów. Ale to na­le­żało do prze­szło­ści. Ostat­nie mie­siące były spo­kojne i po­kłó­cili się tylko je­den je­dyny raz. Mimo to Carl wciąż nie był pe­wien, jak do­kład­nie wy­gląda ich re­la­cja.

Igła kom­pasu upar­cie krę­ciła się w kółko, a on, tylko po to, by raz na ja­kiś czas się za­trzy­mała i wska­zała mu kie­ru­nek, po­sta­no­wił wie­rzyć w za­pew­nie­nia He­lene, że wciąż go ko­cha. Do­wo­dem na to miało być wła­śnie to przed­się­wzię­cie, mie­sięczne wa­ka­cje, tylko we dwoje, w Santa Cruz.

Od sa­mego po­czątku był to po­mysł He­lene. Przy każ­dej in­nej oka­zji to Carl, a kon­kret­nie rzecz uj­mu­jąc, jego asy­stentka Mirja zaj­mo­wała się re­zer­wa­cjami bi­le­tów i ho­teli, dbała o od­po­wiedni stan­dard oraz o to, by wszystko prze­bie­gało bez za­kłó­ceń. Tym ra­zem He­lene za­jęła się wszyst­kim, od wy­najmu miesz­ka­nia po po­dróż i całą resztę. Nie po­zwo­liła mu na­wet wy­brać ho­telu, ar­gu­men­tu­jąc, że każdy ho­te­lowy apar­ta­ment, nie­ważne, jak eks­klu­zywny, i tak ko­ja­rzyłby mu się z pracą.

Na py­ta­nie, dla­czego mu­sieli le­cieć tak da­leko, za­miast zo­stać w Eu­ro­pie, He­lene od­po­wie­działa, że je­śli chcą mieć praw­dziwą szansę i od­na­leźć bli­skość i drogę do sie­bie, mu­szą uciec da­leko od wszyst­kiego i wszyst­kich. Im wię­cej stref cza­so­wych od­dzieli ich od co­dzien­no­ści, tym le­piej dla nich. I być może miała ra­cję. Może na­prawdę tego po­trze­bo­wali.

Już pod­czas go­dzin­nej po­dróży z lot­ni­ska Carl roz­my­ślał wię­cej niż od tam­tej okrop­nej lu­to­wej nie­dzieli. Wła­śnie mi­nęło od niej równe sześć mie­sięcy. Od tam­tego czasu, kie­ru­jąc się wy­łącz­nie in­stynk­tem prze­trwa­nia, ucie­kał w pracę od He­lene i jej ża­łoby. I od tego, co tak na­prawdę na­le­żało do jego obo­wiąz­ków, bo to on był jej dłuż­ni­kiem i to on po­wi­nien zor­ga­ni­zo­wać dla niej tych parę ty­go­dni wy­tchnie­nia.

Po­zwo­liła mu zde­cy­do­wać tylko w kwe­stii miej­sca, w któ­rym za­miesz­kają. Cała or­ga­ni­za­cja le­żała po jej stro­nie. Wy­brał mo­rze. Skoro już mu­sieli wy­naj­mo­wać cały dom, za­ży­czył so­bie wi­doku i bez­po­śred­niego do­stępu do oce­anu, bez ko­niecz­no­ści prze­cho­dze­nia przez ru­chliwą ulicę czy po­ko­ny­wa­nia in­nego ro­dzaju prze­szkód. Dla He­lene naj­waż­niej­szy był ba­sen. Nie prze­pa­dała ani za pia­skiem, ani za ką­pie­lami w na­tu­ral­nych zbior­ni­kach wod­nych.

O dziwo, domy ma­jące bez­po­średni do­stęp do plaży i za­ra­zem po­sia­da­jące ba­sen oka­zały się trudne do zna­le­zie­nia i po sta­ran­nym prze­cze­sa­niu rynku najmu He­lene zna­la­zła tylko jedną nie­ru­cho­mość w Santa Cruz.

Za­pro­po­no­wał, by roz­sze­rzyła pole po­szu­ki­wań nieco da­lej na po­łu­dnie, ale było za późno. Zdą­żyła się już za­ko­chać w tym domu i na­wią­zała kon­takt z wła­ści­cie­lami, któ­rzy w pierw­szej chwili w ogóle nie byli za­in­te­re­so­wani wy­na­ję­ciem swo­jego lo­kum ja­kimś ob­cym Skan­dy­na­wom.

Jed­nak He­lene, swoim zwy­cza­jem, nie dała za wy­graną. Carl nie znał ni­kogo, kto byłby tak uparty jak jego żona. I rze­czy­wi­ście, po kilku ty­go­dniach prze­ko­nała tych lu­dzi, by spę­dzili lato w ich domu na Ar­chi­pe­lagu Sztok­holm­skim, i na­gle za­miana do­mów stała się rze­czy­wi­sto­ścią.

Co do pracy, obie­cał He­lene, że bę­dzie po­zo­sta­wał of­fline, na ile się da, i ogra­ni­czy ko­re­spon­den­cję mej­lową do ab­so­lut­nego mi­ni­mum. Wie­dział, że bę­dzie to trudne, prak­tycz­nie nie­moż­liwe, bo za­kup firmy Stern & Ljung prze­cią­gał się w cza­sie i fi­nał trans­ak­cji do­piero ma­ja­czył gdzieś na ho­ry­zon­cie. Cho­ciaż ne­go­cja­cje do­ty­czące umowy trwały od po­nad sze­ściu mie­sięcy, co rusz ja­kiś nie­istotny szcze­gół dzia­łał jak kij we­tknięty w szpry­chy tego przed­się­wzię­cia.

Wła­ści­wie nie było nic dziw­nego w tym, że wła­ści­cie­lom trudno było sprze­dać firmę. Jak­kol­wiek na to pa­trzeć, ozna­czało to ogromną stratę wi­ze­run­kową dla tego wiel­kiego, dzie­dzi­czo­nego z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie i cie­szą­cego się re­nomą biura nie­ru­cho­mo­ści o ob­ro­tach pra­wie czte­ro­krot­nie więk­szych niż na­le­żąca do Carla firma In­we­sters. In­nymi słowy, trans­ak­cja bu­dziła wiele kon­tro­wer­sji i spo­wo­do­wała nie­małe za­mie­sza­nie na rynku. Szcze­gól­nie w ob­li­czu faktu, że Carl, mimo wie­lo­let­niego do­świad­cze­nia w branży, wciąż ucho­dził za no­wi­cju­sza.

Był to, bez wąt­pie­nia, świetny in­te­res dla obu wła­ści­cieli spółki. Czasy świet­no­ści biura Stern & Ljung już mi­nęły, lecz za­miast umie­rać po­wolną śmier­cią i świe­cić czer­wo­nymi ko­lum­nami cyfr, mo­gło, dzięki no­wo­cze­snemu po­dej­ściu Carla do han­dlu nie­ru­cho­mo­ściami, za­cząć na nowo przy­no­sić zy­ski.

Ostat­nią in­for­ma­cją, jaką ode­brał, za­nim włą­czył tryb sa­mo­lo­towy w te­le­fo­nie, było za­pew­nie­nie, że na­resz­cie udało im się osią­gnąć po­ro­zu­mie­nie w za­kre­sie wszyst­kich pa­ra­gra­fów i anek­sów do umowy. Te­raz Carl cze­kał więc już wła­ści­wie tylko na po­twier­dze­nie od Ra­gnara Se­ve­rina, że wła­śnie wy­sechł atra­ment wszyst­kich nie­zbęd­nych pod­pi­sów. Spo­dzie­wał się tej wia­do­mo­ści do­słow­nie lada chwila, bo w domu, w Sztok­hol­mie, wy­biła już druga w nocy.

Ale je­śliby się oka­zało, że Ra­gnar po­trze­buje jesz­cze kilku go­dzin, Carl nie miałby z tym pro­blemu. Wciąż mieli sporo czasu na ogło­sze­nie tej no­winy, bo giełda otwie­rała się o dzie­wią­tej. Te­raz naj­waż­niej­szą sprawą było utrzy­ma­nie za­jęć zwią­za­nych z pracą w ta­jem­nicy przed He­lene.

Na pierw­szym miej­scu były wa­ka­cje, ich wspólne wa­ka­cje, i wła­śnie te­raz Carl miał szansę ją prze­ko­nać, że to wła­śnie ona, mimo tego, co prze­szli i co so­bie w ostat­nim okre­sie po­wie­dzieli, jest ko­bietą jego ży­cia. Sam ni­gdy w to nie zwąt­pił. W jego oczach żadna inna nie mo­gła się z nią rów­nać i było tak od tam­tego pa­mięt­nego wie­czoru osiem lat temu.

He­lene i jej przy­ja­ciółka sie­działy wtedy kilka sto­li­ków od Carla w re­stau­ra­cji Stu­re­hof w cen­trum Sztok­holmu. On, Ra­gnar i reszta ich ze­społu świę­to­wali wła­śnie in­tratną sprze­daż, lecz w chwili, gdy He­lene od­wza­jem­niła jego spoj­rze­nie, za­po­mniał o pie­nią­dzach, pro­cen­tach i awan­sach.

Kilka go­dzin póź­niej spo­tkali się w ba­rze Oba­ren znaj­du­ją­cym się na ty­łach bu­dynku re­stau­ra­cji. Przy­ja­ciółka He­lene gdzieś znik­nęła, a Carl odłą­czył się od swo­jego to­wa­rzy­stwa i o ile do­brze za­pa­mię­tał, po­sta­wił jej kok­tajl Dark'n'Stormy. Wdali się w roz­mowę, lecz jej blask sku­pił tyle uwagi Carla, że nie za­pa­mię­tał on prak­tycz­nie ani słowa z tego, co usły­szał od niej i co sam jej po­wie­dział. Aż do mo­mentu, w któ­rym po­peł­nił błąd i za­py­tał He­lene, czym się zaj­muje za­wo­dowo.

- In­te­re­su­jesz się mną czy moją pracą? - za­py­tała i od­sta­wiła szklankę. - Pew­nie za­raz bę­dziesz chciał wie­dzieć, ile za­ra­biam.

Za­raz po tym wy­gło­siła długą prze­mowę na te­mat tego, jak wielu lu­dzi wy­biera so­bie pracę nie­świa­do­mie i zu­peł­nym przy­pad­kiem lą­duje w ży­ciu w ta­kim a nie in­nym miej­scu.

- Jak jest w twoim przy­padku? - za­py­tał, pró­bu­jąc roz­luź­nić at­mos­ferę. - Za­li­czasz się do tych lu­dzi?

Miał farta, bo He­lene na­gle się roz­pro­mie­niła.

- Ależ skąd. Nie po­zwo­li­ła­bym przy­pad­kowi kie­ro­wać moim ży­ciem.

Kilka drin­ków póź­niej oboje śmiali się do roz­puku i zdą­żyli roz­wią­zać więk­szość pro­ble­mów tra­pią­cych ludz­kość. Prze­dys­ku­to­wali, czy od­ci­nek z mu­chą w se­rialu Bra­king Bad był naj­lep­szym czy naj­gor­szym mo­men­tem se­zonu, i zgo­dzili się, że na­wet Be­atlesi nie do­ra­stali do pięt Bo­bowi Dy­la­nowi. Mimo to He­lene nie przy­jęła za­pro­sze­nia do apar­ta­mentu Carla w Grand Ho­telu i zo­sta­wiła go w ba­rze z uśmie­chem i pa­lą­cym w po­li­czek po­ca­łun­kiem po­cie­sze­nia.

- Za­cze­kaj! Nie wiem na­wet, jak masz na imię! - za­wo­łał za nią zde­spe­ro­wa­nym gło­sem, do­kład­nie od­zwier­cie­dla­ją­cym jego stan du­cha.

- Imię i za­wód! - rzu­ciła w od­po­wie­dzi, na­wet nie spo­glą­da­jąc przez ra­mię. - Pew­nie za­raz bę­dziesz chciał mój nu­mer te­le­fonu. Je­śli jest nam dane po­now­nie się spo­tkać, na pewno tak się sta­nie. A je­śli nie, dzię­kuję za miły wie­czór.

- Może się prze­sły­sza­łem - od­po­wie­dział, pró­bu­jąc ją za­trzy­mać. - Ale czy ktoś z nas nie twier­dził jesz­cze przed chwilą, że nie po­zwala o ni­czym de­cy­do­wać przy­pad­kowi?

Do­piero wtedy He­lene się od­wró­ciła, po­de­szła do niego i przy­warła ustami do jego ust w po­ca­łunku, po któ­rym Carl za­wsze pra­gnął ta­kich wię­cej. Lecz gdy pod­niósł opusz­czone po­wieki, była już w drzwiach. Se­kundę póź­niej znik­nęła.

Te­raz sie­działa obok, na tyl­nym sie­dze­niu w tak­sówce, tak bli­sko niego, że wy­star­czyło, by lekko się prze­chy­lił i mógł po­czuć jej za­pach i wsłu­chać się w jej spo­kojny od­dech. Na­gle za­pra­gnął ją po­ca­ło­wać. Tak jak ona po­ca­ło­wała go wtedy, w tam­tym ba­rze. To było dawno temu. Nie chciał jed­nak ry­zy­ko­wać, że ją obu­dzi.

Spoj­rzał więc na prze­my­ka­jący za oknem, co­raz gę­ściej za­bu­do­wany kra­jo­braz. Mi­jali nie naj­now­sze już domy zbu­do­wane w naj­róż­niej­szych sty­lach. Jedne miały grube ka­mienne mury, inne wznie­siono z drewna i po­ma­lo­wano na ta­kie ko­lory, że choć wy­glą­dały na po­sta­wione pro­wi­zo­rycz­nie, bez po­rząd­nego oryn­no­wa­nia da­chów i in­nych za­bez­pie­czeń prze­ciwko wil­goci, wy­glą­dały tak do­brze, że wy­wo­ły­wały uśmiech na twa­rzy.

Jed­nak im głę­biej wjeż­dżali w mia­sto, tym domy sta­wały się więk­sze i co­raz bar­dziej luk­su­sowe. Na Santa Cruz Be­ach Carl wy­pa­trzył lu­dzi gra­ją­cych w siat­kówkę i upra­wia­ją­cych inne dys­cy­pliny sportu. Ro­iło się tam od opa­lo­nych pla­żo­wi­czów w naj­róż­niej­szym wieku, wielu z nich nio­sło pod pa­chą de­skę sur­fin­gową. Bez wąt­pie­nia pa­no­wała tu spo­kojna, luźna at­mos­fera, w od­róż­nie­niu od sztok­holm­skiego Stu­re­plan, gdzie lu­dzie nie­ustan­nie usi­ło­wali doj­rzeć, jaki ze­ga­rek nosi roz­mówca po prze­ciw­nej stro­nie stołu ne­go­cja­cyj­nego. Od tego wszyst­kiego, co tak na­prawdę nie miało żad­nego zna­cze­nia.

Chwilę póź­niej prze­ko­nał się jed­nak, jak wy­gląda druga strona me­dalu, bo kilka prze­cznic da­lej tak­sówka za­trzy­mała się na mo­ment przy kio­sku z prasą. Na pierw­szych stro­nach ga­zet wid­niał por­tret dłu­go­wło­sego blon­dyna z na­gim, spa­lo­nym słoń­cem, mu­sku­lar­nym tor­sem. "Wciąż ani śladu bez­dom­nego Ju­stina!", gło­siły na­główki i Carl od­ru­chowo upew­nił się, czy tak­sów­karz na pewno za­blo­ko­wał wszyst­kie drzwi.

Miał świa­do­mość, że to prze­sa­dzona re­ak­cja, choć wie­dział, że wiele miejsc na za­chod­nim wy­brzeżu Sta­nów Zjed­no­czo­nych zmaga się z pro­ble­mem ro­sną­cej liczby bez­dom­nych oraz prze­stęp­czo­ścią zwią­zaną z tym zja­wi­skiem.

To jed­nak nie było jego zmar­twie­nie. Dla od­miany nie miało to nic wspól­nego z kup­nem czy sprze­dażą nie­ru­cho­mo­ści, nie mu­siał ana­li­zo­wać tych da­nych, pró­bu­jąc zbić cenę. Był na wa­ka­cjach i choć wie­dział, że po­trze­buje paru dni, by zwol­nić ob­roty, nie za­mie­rzał mar­no­wać czasu i chciał się cie­szyć każdą chwilą wol­no­ści.

.

- Mój Boże, jak tu pięk­nie!

Kie­rowca le­d­wie zdą­żył skrę­cić w Ple­asure Po­int Drive i wje­chać na pod­jazd, gdy He­lene wy­pa­dła z auta i ru­szyła w stronę domu.

- Co nie, Carl?

Przy­sta­nęła, od­wró­ciła się i spoj­rzała na Carla.

- Ow­szem, He­lene, ow­szem - od­po­wie­dział, zer­ka­jąc na kie­rowcę wy­pa­ko­wu­ją­cego ich wa­lizki z ba­gaż­nika. - Rze­czy­wi­ście. Pięk­nie - do­dał dla pew­no­ści, bo wie­dział, że jego żona jest obec­nie wy­jąt­kowo wraż­liwa. Każde za­wa­ha­nie z jego strony gro­ziło zra­nie­niem jej uczuć, a to była ostat­nia rzecz, ja­kiej by so­bie ży­czył.

Nie­ważne, że dom wcale nie wy­wo­ły­wał efektu "wow", a jego stan­dard był o wiele niż­szy niż ich nie­ru­cho­mo­ści w Sztok­hol­mie. Li­czyło się tylko to, że są tu­taj we dwoje, i to, co będą tu ro­bili. Bo dzięki temu ich re­la­cja wróci na wła­ściwy tor. I tak na­prawdę ten dom, mimo nie­do­cią­gnięć, wy­da­wał się cał­kiem w po­rządku. Ka­mienna fa­sada ga­rażu wy­glą­dała so­lid­nie, w ogro­dzie ko­ły­sały się na wie­trze wy­so­kie palmy, a cała część miesz­kalna miała wi­dok na mo­rze. Carl nie spo­dzie­wał się ni­czego in­nego, bo wio­sną He­lene po­ka­zała mu zdję­cia tej nie­ru­cho­mo­ści.

Mimo to, gdy tylko wrę­czył tak­sów­ka­rzowi na­pi­wek, ja­kiś we­wnętrzny głos ka­zał mu wy­słać do Mirji krótką wia­do­mość. Wcze­śniej za­dbał o to, by Mirja do­sto­so­wała swoje go­dziny pracy do strefy cza­so­wej, w któ­rej miał spę­dzić naj­bliż­sze ty­go­dnie. "Po­trzebna mi li­sta do­brych ho­teli w oko­licy. Asap".

Nie poj­mo­wał, dla­czego nie przy­je­chał tu z co naj­mniej kil­koma wstęp­nymi re­zer­wa­cjami na wszelki wy­pa­dek. Ow­szem, uro­czy­ście przy­rzekł He­lene, że tym ra­zem zdaje się na nią, ale prze­cież nic nie stało na prze­szko­dzie, by miał w za­na­drzu plan B, a może na­wet C.

- Carl, ależ tu bę­dzie cu­dow­nie, zo­ba­czysz! - wy­krzyk­nęła za jego ple­cami. - Czuję to całą sobą.

Nie był prze­ko­nany, że będą mu­sieli zmie­nić miesz­ka­nie. Cho­dziło ra­czej o to, by mieć coś w za­na­drzu. Dys­po­no­wać moż­li­wo­ścią, która, na­wet je­śli miała po­zo­stać nie­wy­ko­rzy­stana, za­pewni mu spo­kój du­cha.

- Nie są­dzisz? - do­py­ty­wała He­lene. Carl dys­kret­nie wsu­nął te­le­fon do kie­szeni ma­ry­narki i od­wró­cił się do żony.

- Ja­sne, bę­dzie cu­dow­nie - za­pew­nił i uśmiech­nął się z ta­kim wy­sił­kiem, że gdyby miał tak zo­stać przez dłuż­szy czas, na­ba­wiłby się za­kwa­sów w po­licz­kach. - Dla­czego mia­łoby nie być? - Czuł się tak, jakby stą­pał po li­nie. Mu­siał uwa­żać na każdy krok. Wie­dział, że na­wet naj­sub­tel­niej­szy wy­raz jego twa­rzy jest pod­da­wany skru­pu­lat­nej ana­li­zie pod wielką lupą. Mu­siał wa­żyć nie tylko każde słowo, lecz także każdą sy­labę.

- Bo nie lu­bisz ni­komu od­da­wać kon­troli. - He­lene po­de­szła i po­ło­żyła mu ręce na bar­kach. - Bo zgoda na to, by ktoś inny prze­jął do­wo­dze­nie, to twój naj­więk­szy kosz­mar. Ale za­ufaj mi. To do­kład­nie to, czego nam te­raz po­trzeba.

- Świet­nie - od­parł i uśmiech­nął się tak, jakby od tego uśmie­chu za­le­żało jego ży­cie.

- Nie po­doba ci się tu - stwier­dziła He­lene po chwili mil­cze­nia, którą spę­dziła na wpa­try­wa­niu mu się w oczy. - Wi­dzę to po to­bie. Uwa­żasz, że to okropne miej­sce, prawda?

- Skąd ci to przy­szło do głowy? Prze­cież mó­wię, że wszystko wy­gląda świet­nie.

- Ow­szem, ale czuję, że je­steś nie­za­do­wo­lony i...

- Ko­cha­nie - prze­rwał jej w po­ło­wie zda­nia. - Może wej­dziemy do środka i ro­zej­rzymy się po domu, za­miast wy­cią­gać po­chopne wnio­ski?

He­lene prze­wier­ciła go wzro­kiem, jakby usi­ło­wała zna­leźć ja­kieś nie­pra­wi­dło­wo­ści, ale w końcu kiw­nęła głową, zdjęła dło­nie z jego bar­ków i ru­szyła w stronę bu­dynku.

- I wcale nie masz ra­cji! - za­wo­łał za nią, cią­gnąc wa­lizki po pod­jeź­dzie. - Uwa­żam, że bę­dzie nam tu świet­nie. Na­prawdę su­per!

Nie od­po­wie­działa. Po­de­szła do drzwi, schy­liła się i zaj­rzała pod wy­cie­raczkę.

"Jak ci idzie?" - na­pi­sał ukrad­kiem do Mirji, kiedy He­lene szu­kała klu­czy. "Zna­la­złaś coś?"

- Po­wie­dzieli, że scho­wają je tu­taj. - He­lene od­rzu­ciła wy­cie­raczkę i ro­zej­rzała się wo­kół.

- Masz na my­śli klu­cze? - za­py­tał.

- Tak, miały le­żeć pod wy­cie­raczką.

- Je­steś pewna, że cho­dziło o tę wy­cie­raczkę, a nie ja­kąś inną?

- Tak. Un­der the car­pet in front of the main en­trance[1]. Prze­cież to jest główne wej­ście. - He­lene pod­jęła drugą próbę, pod­nio­sła wy­cie­raczkę i spraw­dziła jej spód, by się upew­nić, że klu­cze nie przy­cze­piły się do ma­te­riału. - Nie ma ich, Carl. Nie ma tu żad­nych klu­czy. - Rzu­ciła wy­cie­raczkę na zie­mię i ciężko wes­tchnęła. - A je­śli za­po­mnieli nam je zo­sta­wić? Co wtedy zro­bimy? Nie do­sta­niemy się do środka?

- Ja­sne, że się do­sta­niemy - od­parł Carl. - Mu­szą gdzieś tu­taj być.

- Spraw­dzi­łam dwa razy i nie ma. - He­lene roz­ło­żyła ręce i znów wes­tchnęła.

- Ko­cha­nie, nie de­ner­wuj się. Zajmę się tym i wszystko się ułoży. Po­wiedz mi jesz­cze raz, co do­kład­nie na­pi­sali ci wła­ści­ciele.

- To, co po­wie­dzia­łam. Un­der the car­pet in front of the main en­trance.

- Mogę zo­ba­czyć tego mejla? - za­py­tał, na­ci­ska­jąc na klamkę. Szarp­nął lekko, by stwier­dzić to, czego się spo­dzie­wał.

- Po co? Nie wie­rzysz mi?

- Wie­rzę. Chcę tylko zo­ba­czyć to na wła­sne oczy.

- Na­pi­sali, że klu­cze będą pod wy­cie­raczką przed głów­nym wej­ściem. O ile do­brze pa­mię­tam, na końcu tego zda­nia była kropka. I to wszystko.

- Okej, w ta­kim ra­zie mu­simy do nich za­dzwo­nić.

- Za­dzwo­nić? Te­raz? - zdzi­wiła się He­lene. - U nas jest trze­cia w nocy. Na pewno śpią.

- I co z tego? - Carl wzru­szył ra­mio­nami. - Nic na to nie po­ra­dzę. Daj mi nu­mer, ja za­dzwo­nię.

- Nie, nie bę­dziemy wy­dzwa­niali i za­wra­cali im głowę. Po­zwól mi się tym za­jąć.

- Po­zwo­li­łem. I pro­szę, tak to się skoń­czyło.

Nie chciał, by to ostat­nie zda­nie za­brzmiało aż tak ostro. Gdy tylko wy­po­wie­dział te słowa, na­tych­miast do­strzegł, jak prze­bi­jają cie­niutką war­stwę ochronną He­lene. Za­wsze tak ro­bił. Prze­kra­czał usta­loną gra­nicę, kiedy tylko po­czuł znie­cier­pli­wie­nie czy po­iry­to­wa­nie.

Nie zmie­niało to jed­nak faktu, że ra­cja była po jego stro­nie. Nie­raz pro­po­no­wał He­lene, że przej­mie ko­re­spon­den­cję z wła­ści­cie­lami i do­pnie wszyst­kie szcze­góły, żeby unik­nąć wła­śnie ta­kich nie­po­ro­zu­mień. Lecz He­lene nie chciała o tym sły­szeć. Za­pew­niała go, że nad wszyst­kim pa­nuje, a on, dla od­miany, może so­bie od­pu­ścić i cie­szyć się, że ktoś inny od­wala całą ro­botę. A te­raz stali tu bez klu­czy do domu, w któ­rym mieli spę­dzić naj­bliż­szy mie­siąc.

- Prze­pra­szam cię - po­wie­dział, pod­cho­dząc do niej. - Głu­pio to za­brzmiało. Wcale nie mia­łem tego na my­śli.

- Ja­sne... a co mia­łeś?

- Tylko tyle, że być może le­piej by było, gdy­by­śmy... Albo wiesz co? Nie­ważne. Mam jet lag i prze­ma­wia przeze mnie zmę­cze­nie.

- Okej. - He­lene przy­tak­nęła i otarła oczy.

- Chodź, znaj­dziemy te klu­cze. - Carl miał ochotę ją przy­tu­lić, lecz coś go przed tym po­wstrzy­mało i tylko po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu.

- Ale co bę­dzie, je­śli ich nie znaj­dziemy? Nie mo­żemy prze­cież szu­kać ich w nie­skoń­czo­ność.

- Na pewno gdzieś tu­taj są - od­parł i w na­stęp­nej chwili po­czuł wi­bro­wa­nie te­le­fonu w kie­szeni. - Nikt się nie go­dzi na za­mianę domu z kimś z dru­giego krańca globu, żeby po­tem nie prze­ka­zać mu klu­czy. To po pro­stu nie­moż­liwe. - Za­milkł i pod­niósł jedną z dwóch do­ni­czek z kak­tu­sami, by spraw­dzić, czy coś pod nią nie leży. I ow­szem, le­żało. - O pro­szę. A nie mó­wi­łem? Tu­taj są. - Pod­niósł pęk klu­czy i po­ma­chał nim w po­wie­trzu. - Co ty byś beze mnie zro­biła?

- Nie mam po­ję­cia - od­parła He­lene, za­śmiała się krótko i ode­brała od niego klu­cze. - Miały być pod wy­cie­raczką. Tak na­pi­sali. Je­stem tego pewna.

- Ko­cha­nie, dajmy już temu spo­kój. Prze­cież nic się nie stało.

- Wiem. Ale zgo­dzisz się, że nie można pi­sać jed­nego, a po­tem...

- He­lene... nie wiem, jak u cie­bie z jet la­giem, ale je­śli za chwilę nie wej­dziemy do tego domu, usnę tu na sto­jąco.

- Prze­pra­szam - od­parła He­lene i od­wró­ciła się ku drzwiom. - Ale to ta­kie... - za­mil­kła i wes­tchnęła - ...mę­czące - do­koń­czyła.

- No wi­dzisz, wiesz, jak się czuję - od­parł Carl. Gdy He­lene otwie­rała drzwi, wy­jął te­le­fon z kie­szeni i od­czy­tał wia­do­mość od Mirji.

"Trudno zna­leźć w tym ter­mi­nie coś w przy­zwo­itym stan­dar­dzie. Naj­lep­sza opcja to Sanc­tu­ary Be­ach Re­sort ka­wa­łek da­lej na po­łu­dnie, w stronę Mon­te­rey. Na ra­zie nie mają nic wol­nego, ale w czwar­tek zwal­nia się apar­ta­ment z wi­do­kiem na ocean. Za­re­zer­wo­wać?"

Czwar­tek był za cztery dni, lecz nie dało się temu za­ra­dzić, więc Carl ode­słał jej szyb­kie "Tak". Tym­cza­sem He­lene otwo­rzyła drzwi i we­szła do holu.

- Mó­wi­łem, że wszystko bę­dzie do­brze! - za­wo­łał za nią w tej sa­mej chwili, w któ­rej te­le­fon znów za­wi­bro­wał mu w kie­szeni.

"Na ile nocy?"

"Na do­bry po­czą­tek na ty­dzień" - od­pi­sał, za­cze­kał na "okej" i do­piero wtedy wziął wa­lizki i wniósł je do środka.

Wy­star­czyły cztery kroki w holu, by wpa­dła mu do głowy myśl, że być może He­lene mimo wszystko miała ra­cję z tymi klu­czami.

Wi­dział wcze­śniej zdję­cia tego domu. Nie było ich wiele, naj­wy­żej kil­ka­na­ście. He­lene po­ka­zała mu je na kom­pu­te­rze. Fo­to­gra­fie zro­biono za­równo z ze­wnątrz bu­dynku, jak i w środku, i obej­rzeli je, za­nim He­lene pod­jęła osta­teczną de­cy­zję o za­mia­nie do­mów. Na ze­wnątrz wszystko wy­glą­dało tak, jak Carl za­pa­mię­tał, i ani przez mo­ment nie wąt­pił, że tra­fili w nie­wła­ściwe miej­sce. Tu­taj, w środku, nie był już tego taki pe­wien.

Układ po­miesz­czeń wy­da­wał się ten sam, co na zdję­ciach. Kuch­nia prze­cho­dziła w duży sa­lon z otwar­tym ko­min­kiem po pra­wej. Za szkla­nymi drzwiami wi­dać było ta­ras z ba­se­nem, a da­lej roz­po­ście­rało się bez­kre­sne mo­rze.

I na tym ko­niec zna­jo­mych wi­do­ków. Całą resztę za­pa­mię­tał cał­kiem ina­czej. Przy­kła­dowo, tu i tam na ścia­nach wi­siały lu­stra, któ­rych nie było na zdję­ciach, po­dob­nie było z ka­napą. Ow­szem, na jed­nej z fo­to­gra­fii była ka­napa, ale biała, a nie w ko­lo­rze wy­bla­kłej na słońcu mięty.

I te ob­razy. Za­pa­mię­tał coś eks­klu­zyw­nego i gu­stow­nego, za­cie­ka­wił się na­wet, kto je na­ma­lo­wał, bo przy­szło mu na myśl, by ku­pić so­bie kilka po­dob­nych, ale te, które miał przed oczami te­raz, wy­glą­dały jak dzieło ko­goś, kto skoń­czył week­en­dowy kurs ma­lar­stwa ze szta­lu­gami, pędz­lami i far­bami wli­czo­nymi w cenę.

Nie wspo­mi­na­jąc o za­sło­nach w hi­ste­ryczne wzorki, bu­kie­tach su­szo­nych kwia­tów i po­roz­sta­wia­nej w róż­nych miej­scach ko­lek­cji por­ce­la­no­wych zwie­rzą­tek. Nic z tego nie za­ła­pało się do zdjęć, które po­ka­zała mu He­lene. A przy­naj­mniej nic ta­kiego nie utkwiło mu w pa­mięci. Ow­szem, miał głowę za­jętą kup­nem Stern & Ljung, a wła­ści­ciele tego domu zmie­nili zda­nie z dnia na dzień i trzeba było pod­jąć szybko de­cy­zję. Ale był pe­wien, że zwró­ciłby uwagę na ta­kie szcze­góły, nie­ważne, jak byłby za­jęty i ze­stre­so­wany. Nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści. Zresztą to samo do­ty­czyło He­lene.

- Boże, jak do­brze, że już tu je­ste­śmy - wes­tchnęła. - Czy ty też je­steś taki spra­gniony, ko­cha­nie?

Carl spoj­rzał na swoją żonę. Stała w kuchni i opróż­niała dusz­kiem szklankę wody, naj­wy­raź­niej nie­wzru­szona zmie­nio­nym wy­stro­jem wnę­trza.

- Chodź, na­pij się cze­goś, za­nim pad­niesz z od­wod­nie­nia - do­dała, po­now­nie na­peł­nia­jąc na­czy­nie.

Pod­szedł i przy­jął od niej szklankę.

- Je­steś pewna, że można tu pić wodę z kranu? - za­py­tał.

Po­tak­nęła.

- Pij, śmiało. Wy­glą­dasz, jak­byś bar­dzo tego po­trze­bo­wał.

Carl wziął kilka du­żych ły­ków i po­czuł, że jego żona miała ra­cję. Wy­dało mu się, że jego or­ga­nizm wchło­nął wodę, nim zdą­żyła do­trzeć do żo­łądka.

He­lene na­peł­niła szklankę ko­lejny raz.

- Pro­szę, wy­pij jesz­cze tro­chę - po­wie­działa.

Opróż­niw­szy na­czy­nie, Carl po­czuł, że po­ziom pły­nów w jego or­ga­ni­zmie wraca do normy. I może w tym tkwił cały pro­blem. Gdy ob­ni­żał mu się po­ziom cu­kru we krwi, od razu wpa­dał w złość. Dla­tego za­wsze no­sił przy so­bie to­rebkę orze­chów i gorzką cze­ko­ladę.

Ale z ja­kiejś przy­czyny za­po­mniał spa­ko­wać je na drogę, a to było nie w jego stylu. Do tego stop­nia, że urzą­dził w sa­mo­lo­cie małą awan­turę i wy­wró­cił do góry no­gami za­war­tość swo­jego ba­gażu pod­ręcz­nego, bo był pe­wien, że tam są.

Ale do tej chwili zdą­żył już o tym za­po­mnieć i gdyby w na­stęp­nej se­kun­dzie nie do­strzegł śladu szminki na szklance, z któ­rej wła­śnie wy­pił wodę, jego uśmiech byłby au­ten­tyczną próbą oka­za­nia po­zy­tyw­nego na­sta­wie­nia. Te­raz jed­nak przy­po­mi­nał je­dy­nie dzi­waczny gry­mas.

- Co znowu? - He­lene spoj­rzała na niego tak, jakby tylko cze­kała na ko­lejne pre­ten­sje.

Szklanka była upać­kana szminką. Ró­żową szminką.

- Nic - od­po­wie­dział, krę­cąc głową. - Wszystko w po­rządku. W naj­lep­szym po­rządku. - He­lene była nie­uma­lo­wana, zresztą ni­gdy nie wpa­dłoby jej do głowy po­ma­lo­wać usta ró­żem ni­czym w la­tach osiem­dzie­sią­tych.

- Prze­cież wi­dzę, że coś jest nie tak. - Po­wio­dła wzro­kiem za jego spoj­rze­niem, ode­brała od niego szklankę i po­pa­trzyła na nią pod świa­tło. - Co to jest? Szminka?

- Nie chce być ina­czej - od­parł Carl, wzru­sza­jąc ra­mio­nami.

- Fuj - skrzy­wiła się i szybko wło­żyła na­czy­nie do zle­wo­zmy­waka, jakby na­gle usły­szała, że trzyma w ręce coś za­ka­żo­nego śmier­telną cho­robą. - Ale wiesz co? - do­dała po chwili. - Te­raz so­bie przy­po­mi­nam, że wła­ści­ciele na­pi­sali, że nie byli tu­taj od dłuż­szego czasu, a firma sprzą­ta­jąca nie stara się zbyt­nio, kiedy dom stoi pu­sty.

- Okej - od­parł Carl, ocie­ra­jąc usta wierz­chem dłoni. - No to się wy­ja­śniło...

- Co się wy­ja­śniło? Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

- Nic ta­kiego, tylko tyle, że... - Znów wzru­szył ra­mio­nami i prze­su­nął pal­cem po oka­pie nad ku­chenką. - To tro­chę nie­chlujne nie pa­no­wać nad wła­snym do­mem.

He­lene wes­tchnęła za jego ple­cami.

- Wie­dzia­łam, że tak bę­dzie. Po pro­stu wie­dzia­łam.

- Że jak bę­dzie? Co ja ta­kiego zro­bi­łem?

- Znowu prze­sa­dzasz. Za­wsze tak jest, kiedy cho­dzi o sprzą­ta­nie. Je­den mały pa­pro­szek i wpa­dasz w szał.

- Mały pa­pro­szek? - Carl po­de­tknął jej pod nos brudny pa­lec. - To na­zy­wasz pa­prosz­kiem? - Za­milkł w ocze­ki­wa­niu na re­ak­cję, ale He­lene mil­czała i za mo­ment, tro­chę za późno, zdał so­bie sprawę, że ma czy­stą opuszkę. - He­lene, wy­bacz mi - do­dał z cięż­kim wes­tchnie­niem. - Mo­żemy od­ciąć grubą kre­ską to, co po­wie­dzia­łem do tej pory, i roz­pa­ko­wać rze­czy? Po pro­stu od ja­kie­goś czasu je­cha­łem na opa­rach, to wszystko. Bę­dzie nam tu świet­nie, zo­ba­czysz. Na­prawdę su­per. Już do­brze?

He­lene po­tak­nęła, lecz miała spusz­czony wzrok, a drże­nie jej pod­bródka świad­czyło o tym, że nie tylko on jest zmę­czony.

- Wiesz co? - ode­zwał się znowu, pró­bu­jąc spoj­rzeć jej w oczy. - Chodź, roz­pa­ku­jemy rze­czy, za­nim zrobi się za późno.

- Sta­ra­łam się, żeby było jak naj­le­piej - od­parła ła­mią­cym się gło­sem. - Nie ro­zu­miesz? Chcia­łam, że­by­śmy wresz­cie mieli czas dla sie­bie. I sku­pili się na so­bie. Tylko ty i ja, i żad­nych lu­dzi wo­kół. Żad­nych ko­le­gów z pracy, żad­nych przy­ja­ciół. Żad­nej ob­sługi ho­te­lo­wej, która w kółko się na­przy­krza. Nic z tego, z czym mam do czy­nie­nia na co dzień. Wiem, że sami so­bie wy­bra­li­śmy ta­kie ży­cie i że to nam pa­suje, ale cza­sem czuję się przez to wy­prana z sił. Nie wspo­mi­na­jąc o na­szym związku. A po ostat­nich sze­ściu mie­sią­cach na­prawdę bra­kuje nam ener­gii. Pro­szę cię więc, mo­żesz cho­ciaż spró­bo­wać?

- Ja­sne, że tak, prze­cież wiesz.

- Mó­wisz po­waż­nie? Tak na­prawdę?

Po­de­szła i ku za­sko­cze­niu Carla na­gle go ob­jęła. Mi­nęło kilka se­kund, nim od­wza­jem­nił uścisk. Do­tknęła go już drugi raz, od­kąd wy­lą­do­wali. To wię­cej niż przez ostat­nich kilka mie­sięcy. Carl zdą­żył zwąt­pić, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek do­świad­czy ta­kiej bli­sko­ści jej ciała. Jed­nak stała tuż przy nim, mocno obej­mu­jąc go ra­mio­nami.

- Dzię­kuję - rzu­ciła po chwili mil­cze­nia i wtu­liła głowę w jego pierś. - Wiem, jaki to dla cie­bie dys­kom­fort. Dzię­kuję, że się sta­rasz. Obie­cuję ci, że ju­tro z sa­mego rana za­dbam o to, że­byś nie oglą­dał wię­cej szkla­nek ze śla­dami szminki. Nie bę­dziesz mu­siał kiw­nąć pal­cem. Obie­cuję. Wszyst­kim się zajmę, okej?

- Okej - od­parł i kiw­nął głową. - Bę­dzie świet­nie. Chęt­nie ci po­mogę. W końcu cho­dzi o to, że­by­śmy ze sobą po­byli, prawda?

- Ale? - rzu­ciła He­lene, wy­pusz­cza­jąc go z ob­jęć.

- Ale co?

- Jest coś jesz­cze, prawda? Ja­kiś inny pro­blem.

- He­lene... - Carl urwał, by za­sta­no­wić się nad do­bo­rem słów. - Nie będę uda­wał, że wo­lał­bym się za­trzy­mać w ho­telu z pełną ob­sługą, je­dze­niem pod­su­wa­nym pod nos i ręcz­ni­kami wy­mie­nia­nymi każ­dego dnia. Ty wo­lisz coś in­nego, w po­rządku, na pewno masz ra­cję. To nam do­brze zrobi.

- Ale? - po­wtó­rzyła He­lene, prze­wier­ca­jąc go wzro­kiem.

- Nie wiem, jak to ująć... - Zła­pał się na tym, że ucieka wzro­kiem, i zmu­sił się, by spoj­rzeć żo­nie w oczy. - Coś mi pod­po­wiada, że... nie wiem, skąd to uczu­cie, ale nie mogę ode­przeć wra­że­nia, że coś jest nie tak z tym do­mem. Coś się tu nie zga­dza.

- Carl, by­łeś prze­ciwny tej za­mia­nie, od­kąd...

- Nie, nie cho­dzi o za­mianę - prze­rwał jej. - Ro­zu­miem, że wła­ści­ciele od dawna tu nie za­glą­dali, ro­zu­miem, że firma sprzą­ta­jąca za­nie­dbała swoją ro­botę. Niech bę­dzie, że to nie ich wina. Coś ta­kiego może się przy­tra­fić każ­demu, cho­ciaż nie mie­ści mi się w gło­wie, dla­czego po pro­stu nie zmie­nili tej firmy. To ich sprawa, nie będę w to wni­kał. Ale te ob­razy... Prze­cież po­ka­za­łaś mi zdję­cia. Pa­mię­tasz? Te, które przy­słali ci mej­lem.

- Pa­mię­tam. I co z nimi?

- To wnę­trze wy­glą­dało na nich cał­kiem ina­czej - oznaj­mił, roz­kła­da­jąc ręce.

- Jak to ina­czej?

- Cóż... albo we­szli­śmy do złego domu, albo zdję­cia, które do­sta­łaś, są sprzed kilku lat. Albo de­kad... Chyba że spe­cjal­nie na nasz przy­jazd wy­mie­nili ob­razy, roz­ło­żyli na par­kie­cie tę starą wy­tartą wy­kła­dzinę i po­roz­wie­szali na ścia­nach masę lu­ster i te ru­pie­cie ku­pione na pchlim targu. Mó­wiąc szcze­rze, te dwie ostat­nie rze­czy uwa­żam za wy­jąt­kowo dziwne i je­śli się okaże, że to wła­ściwy ad­res, mów, co chcesz, ale zo­sta­li­śmy zwy­czaj­nie na­cią­gnięci. - Za­milkł i wzru­szył ra­mio­nami. - Cho­ciaż wła­ściwe słowo brzmi "orżnięci". I kiedy so­bie po­my­ślę, że ci lu­dzie sie­dzą so­bie te­raz w na­szym domu, mam ochotę...

- Chwi­leczkę, chwi­leczkę... - prze­rwała mu He­lene, od­da­la­jąc się od niego o ko­lejny krok. - Chyba ro­zu­miesz, że ist­nieje jesz­cze jedno wy­ja­śnie­nie, prawda?

- Niby ja­kie?

- Że coś źle za­pa­mię­ta­łeś. Że na zdję­ciach, które ci po­ka­za­łam, było do­kład­nie to, co tu­taj wi­dzisz. Bo ja, szcze­rze mó­wiąc, sama nie­wiele z nich za­pa­mię­ta­łam.

Carl po­krę­cił głową.

- O nie, pa­mię­tam je bar­dzo do­brze. - Był pe­wien, co mówi. - Mam je przed oczami i wszystko tu­taj wy­glą­dało ina­czej. - Cał­kiem pe­wien. - Ale na pewno masz je w skrzynce, więc wy­star­czy na nie spoj­rzeć i spraw­dzić.

- Ra­cja, na pewno gdzieś tam są. - He­lene wy­jęła te­le­fon i za­częła prze­szu­ki­wać pocztę. - To było w maju, prawda?

- Tak.

- O, są, pro­szę bar­dzo - rzu­ciła po chwili. - O tym mó­wi­łeś?

Carl ode­brał od niej ko­mórkę, otwo­rzył pierw­sze zdję­cie i po­więk­szył ja­kiś szcze­gół wy­brany na chy­bił tra­fił. Po­tem ko­lejny i jesz­cze je­den, aż się prze­ko­nał, że nie miał ra­cji. Fo­to­gra­fia przed­sta­wiała do­kład­nie ten sam sa­lon, w któ­rym te­raz się znaj­do­wali. Na pół­kach stały te same por­ce­la­nowe szpar­gały, na ścia­nach wi­siały te same pa­skudne ob­razy, a w wa­zo­nach tkwiły te same wiech­cie su­chych kwia­tów.

Otwo­rzył na­stępne zdję­cia, wszyst­kie przed­sta­wiały to samo wnę­trze. Wier­nie od­da­wały rze­czy­wi­stość. Lu­stra wi­siały w tych sa­mych dzi­wacz­nych miej­scach, ka­napa miała ko­lor mię­to­wej zie­leni, a na pod­ło­dze le­żała stara wy­kła­dzina. Zga­dzał się każdy szcze­gół.

Zu­peł­nie jakby fo­to­gra­fie wy­ko­nano do­słow­nie chwilę temu, choć w mejlu wid­niała data 5 maja, więc od wy­sła­nia ich mi­nęły trzy mie­siące. To nie były zdję­cia, które wi­dział wcze­śniej. A może jed­nak? Może rze­czy­wi­ście źle je za­pa­mię­tał?

- W po­rządku - oznaj­mił w końcu i po­ki­wał głową. Głów­nie po to, by coś po­wie­dzieć. - Wy­gląda na to, że masz ra­cję. Wi­docz­nie szwan­kuje mi pa­mięć. - Przede wszyst­kim jed­nak po­trze­bo­wał czasu do na­my­słu. - Może się po pro­stu nie przyj­rza­łem. - Ale mu­siał z tym za­cze­kać. - Za­dbamy o to, żeby ktoś tu po­sprzą­tał, i bę­dzie świet­nie.

- Już to mó­wi­łeś. I to nie raz. Py­ta­nie brzmi, czy mó­wisz to szcze­rze, czy tylko po to, żeby nie zro­bić mi przy­kro­ści - od­parła He­lene.

- Oczy­wi­ście, że szcze­rze. Cho­ciaż je­stem tak zmę­czony, że był­bym go­tów obie­cać ci wszystko, by­le­bym tylko mógł się po­ło­żyć.

He­lene się ro­ze­śmiała i po­gła­dziła go po po­liczku.

- Carl, wiem, że je­steś pad­nięty. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach spał­byś już od pię­ciu go­dzin. Ale mu­sisz jesz­cze chwilkę wy­trzy­mać, bo mam dla cie­bie nie­spo­dziankę, która nie może za­cze­kać.

- Jaką nie­spo­dziankę?

- Ko­cha­nie, daj mi chwilę. Wiem, że nie zno­sisz nie­spo­dzia­nek, ale ta ci się spodoba, obie­cuję. Za­ufaj mi, wyjdź na ta­ras i roz­łóż się na jed­nym z tych le­ża­ków przy ba­se­nie. Za­raz do cie­bie do­łą­czę, tylko się szyb­ciutko przy­go­tuję.

Już miał coś po­wie­dzieć, za­py­tać, czy to na pewno nie może za­cze­kać do ju­tra, kiedy się wy­śpi i bę­dzie miał wię­cej siły, by do­ce­nić jej sta­ra­nia. Lecz tylko po­ki­wał głową, wy­mam­ro­tał krót­kie "okej" i ru­szył przez za­gra­cony sa­lon ku szkla­nym drzwiom, pró­bu­jąc so­bie wmó­wić, że na­prawdę źle za­pa­mię­tał te zdję­cia. Że wszystko wy­glą­dało na nich do­kład­nie tak, jak to, co wi­dział te­raz wo­kół sie­bie, i że wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku.

.

Szczur był, rzecz ja­sna, nie­żywy, ale nie­za­prze­czal­nie uno­sił się na po­wierzchni kry­sta­licz­nie czy­stej wody w ba­se­nie. Przede wszyst­kim jed­nak był ogromny. Miał ze trzy­dzie­ści pięć, może na­wet czter­dzie­ści cen­ty­me­trów dłu­go­ści. Nie li­cząc ogona.

- O ja pier­dolę... - Carl od­wró­cił wzrok, ale i tak po­czuł mdło­ści. Pa­lące soki tra­wienne pod­je­chały mu do gar­dła.

Na szczę­ście miał pu­sty żo­łą­dek, cho­ciaż na uła­mek se­kundy przy­szło mu na myśl, że tkwi w nim szczur. Tak samo długi, ku­dłaty i spuch­nięty, jak gry­zoń w ba­se­nie, z tą róż­nicą, że ten w brzu­chu był żywy i wła­śnie pró­bo­wał się wy­do­stać. Gdyby Carl spoj­rzał te­raz w dół, z pew­no­ścią uj­rzałby po­ru­sza­jące się wy­brzu­sze­nia pod spo­coną ko­szulą.

Do ni­czego nie od­czu­wał ta­kiego wstrętu jak do szczu­rów. Mimo to wciąż stał nad ba­se­nem i pró­bo­wał utrzy­mać rów­no­wagę, ma­new­ru­jąc siatką na o wiele za krót­kim drążku, i de­spe­racko sta­rał się wy­cią­gnąć z wody mar­twego gry­zo­nia.

Jak do tego do­szło? Prze­cież nie mi­nęła jesz­cze go­dzina, od­kąd sie­dział w tak­sówce i roz­ko­szo­wał się wi­do­kiem oce­anu, tak pięk­nym, że nie był w sta­nie ogar­nąć go zmy­słami. Zu­peł­nie jakby wczo­raj­szego wie­czoru ostro za­ba­lo­wał, a te­raz nie po­tra­fił od­two­rzyć w pa­mięci se­kwen­cji zda­rzeń, bo bra­ko­wało waż­nego ele­mentu ukła­danki, by sy­tu­acja, w ja­kiej się zna­lazł, miała ja­kiś sens.

Se­kundę po tym, jak uj­rzał w ba­se­nie tego na­puch­nię­tego szczura, na­brał ochoty, aby od­wró­cić się na pię­cie i uciec do domu. Tyle z pew­no­ścią za­pa­mię­tał. Wszystko, co wy­da­rzyło się póź­niej, po­zo­sta­wało nie­ja­sne. Na przy­kład nie ro­zu­miał, dla­czego nie ru­szył się z miej­sca.

Naj­sen­sow­niej­szym wy­ja­śnie­niem, ja­kie przy­szło mu do głowy, było to, że zmę­cze­nie po­łą­czone z szo­kiem po­zba­wiły go sił do pod­ję­cia ja­kiej­kol­wiek de­cy­zji, tkwił więc w miej­scu, ze wzro­kiem wbi­tym w mar­twego zwie­rzaka.

Za­pewne zdą­żyło mi­nąć tylko kilka se­kund, nim pisk He­lene wy­rwał go z odrę­twie­nia i zmu­sił do pod­ję­cia ja­kichś dzia­łań. Wrza­snęła tak prze­ni­kli­wie i w jej gło­sie było tyle pa­niki, że Carl na­tych­miast się od­wró­cił i od­ru­chowo ob­jął żonę, pró­bu­jąc ochro­nić ją przed ca­łym złem tego świata. W na­stęp­nej chwili usły­szał swój wła­sny głos skła­da­jący obiet­nicę, że za­raz się wszyst­kim zaj­mie. Bę­dzie do­brze, byle tylko He­lene się uspo­ko­iła.

Być może stało się to za sprawą wy­rzutu ad­re­na­liny do krwi, lecz w jed­nej chwili coś prze­bu­dziło się w nim do ży­cia i za­wo­łało na cały głos: "Na­resz­cie!". Zu­peł­nie jakby cze­kał wła­śnie na taką oka­zję. Znów był męż­czy­zną, bez któ­rego He­lene nie da­łaby so­bie rady. Któ­rego wo­łała na po­moc, gdy czuła się bez­radna.

I tym ra­zem po­wo­dem nie był fakt, że po­tra­fił za­ro­bić dużo pie­nię­dzy i dać jej wy­godne ży­cie, lecz jego siła. Su­rowa, mę­ska pra­moc, którą dzie­dzi­czył z dziada pra­dziada i która wciąż w nim drze­mała, mimo że spę­dzał dłu­gie go­dziny przed kom­pu­te­rem, ży­wił się wy­soko prze­two­rzo­nym je­dze­niem i ko­rzy­stał z elek­trycz­nych hu­laj­nóg. Ta moc tkwiła w lu­dziach od cza­sów, gdy żyli na sa­wan­nie i całe ich ist­nie­nie spro­wa­dzało się do walki o prze­trwa­nie.

Ni­gdy nie był szcze­gól­nie silny i na­prawdę nie miał pew­no­ści, czy bę­dzie w sta­nie do­trzy­mać obiet­nicy do­ty­czą­cej tru­chła w ba­se­nie. Było tak od­strę­cza­jące, że Carl się oba­wiał, że jego ciało lada chwila od­mówi współ­pracy.

Jed­nak omdle­nie nie było do­brym roz­wią­za­niem. Czuł, że gdyby wpadł do tej sa­mej wody, w któ­rej szczur roz­kła­dał się od nie wia­domo jak dawna, za­pewne już ni­gdy by z niej nie wy­szedł. Od­da­nie sprawy w czy­jeś ręce też nie wy­da­wało się roz­sądną al­ter­na­tywą. Mu­sie­liby za­cze­kać co naj­mniej do rana, być może na­wet dłu­żej, a sama świa­do­mość, że w ba­se­nie pławi się zde­chły szczur wiel­ko­ści byka rasy Bel­gian blue, po­wo­do­wała, że nie­bez­piecz­nie przy­śpie­szył mu puls.

Zwierz mar­twy czy żywy, to nie miało żad­nego zna­cze­nia. Gdy w grę wcho­dził gry­zoń, zwłasz­cza taki z dłu­gim ogo­nem, w Carlu od­zy­wała się praw­dziwa fo­bia. Cier­piał na nią, od­kąd jako dwu­dzie­sto­kil­ku­la­tek obu­dził się któ­rejś nocy, usły­szaw­szy dziwne stu­ka­nie. W pierw­szej chwili po­my­ślał, że ha­ła­sują są­sie­dzi za ścianą, lecz po chwili zro­zu­miał, że od­głos do­cho­dzi z ła­zienki.

Za­spany, wy­szedł do przed­po­koju, otwo­rzył drzwi do ła­zienki i włą­czył świa­tło, lecz do­piero po kilku se­kun­dach, gdy jego oczy przy­zwy­cza­iły się do świa­tła, uj­rzał wi­dok, który już do końca ży­cia miał go prze­śla­do­wać w kosz­ma­rach.

Fakt, że po­miesz­cze­nie zmie­niło się w śmier­dzące, brudne epi­cen­trum cha­osu, był ni­czym w ze­sta­wie­niu ze szczu­rem. Carl jesz­cze ni­gdy nie wi­dział tak wiel­kiego gry­zo­nia, a ów gry­zoń, spę­dziw­szy całe do­tych­cza­sowe ży­cie w ka­na­łach, nie do­świad­czył tak ja­skra­wego świa­tła.

Pisz­cząc wnie­bo­głosy, a wła­ści­wie wście­kle ry­cząc, zwie­rzak mio­tał się po ła­zience jak ry­ko­sze­tu­jący po­cisk, do mo­mentu, aż przy­wykł do świa­tła i ru­szył do ataku. Do dziś Carl czuł ból w pisz­czeli, za­pa­mię­tał każdy szcze­gół - jak zęby gry­zo­nia prze­biły skórę i do­tarły aż do ko­ści. Nie wspo­mi­na­jąc o de­spe­rac­kich pró­bach strzą­śnię­cia z sie­bie szczura. Do­piero po tym, jak Carl kil­ka­krot­nie zdzie­lił go pa­ra­so­lem, zwierz pu­ścił jego krwa­wiącą nogę i czmych­nął w ciem­ność przez uchy­lone okno w sy­pialni.

Carl otrzą­snął się z szoku ja­kąś go­dzinę póź­niej, naj­le­piej, jak umiał, zde­zyn­fe­ko­wał ranę, za­ban­da­żo­wał łydkę i po­ło­żył się spać. Póź­niej nie my­ślał wiele o in­cy­den­cie ze szczu­rem i gdy po kilku ty­go­dniach do­stał wy­so­kiej go­rączki, nie przy­szło mu do głowy, że może to mieć ja­kiś zwią­zek z przy­godą z gry­zo­niem. Nie po­my­ślał o tym, na­wet kiedy do go­rączki do­łą­czyły bóle mię­śni, wy­sypka i gwał­towne wy­mioty. Po­łą­czył kropki do­piero wów­czas, gdy ma­jąca już kilka ty­go­dni rana na­gle spu­chła i utwo­rzył się na niej ropny czop, lecz na tym eta­pie było z nim już tak źle, że wy­lą­do­wał w szpi­talu, po­dano mu an­ty­bio­tyki i pod­łą­czono do kro­plówki.

Oka­zało się, że za­cho­ro­wał na tak zwaną szczu­rzą go­rączkę, rzadką do­le­gli­wość wy­wo­ły­waną przez bak­te­rię prze­no­szoną przez gry­zo­nie. A te­raz stał z sit­kiem w ręce, nad ba­se­nem, i czuł się tak, jakby już sko­czyła mu tem­pe­ra­tura. Miał świa­do­mość, że to uro­je­nie, bo tamta hi­sto­ria nie miała żad­nego związku z tym, co działo się tu i te­raz. Po­łą­cze­nie jed­nego z dru­gim ist­niało wy­łącz­nie w jego gło­wie.

Tak na­prawdę mar­twiło go coś zu­peł­nie in­nego, coś, co do­dat­kowo wzma­gało dziwne uczu­cie to­wa­rzy­szące mu od chwili, gdy tak­sówka za­trzy­mała się przed tą po­se­sją. Nie­po­kój, który ka­zał mu na­tych­miast na­pi­sać do Mirji i po­pro­sić ją o za­re­zer­wo­wa­nie ho­telu.

Fakt, że szczury są wstrętne pod każ­dym wzglę­dem, był nie­za­prze­czalny. Jed­nak pro­blem tkwił w czymś in­nym. Nie cho­dziło rów­nież o to, że Carl mu­siał się prze­chy­lić i za­nu­rzyć jedną stopę w wo­dzie, by do­się­gnąć gry­zo­nia sit­kiem. Naj­gor­sze było to, że tru­chło uno­siło się na sa­mym środku ba­senu. I coś w tym wszyst­kim było nie tak.

Szczur nie wcho­dzi ot tak do wody, żeby się uto­pić. Po­dob­nie jak ka­ra­luch, jest mi­strzem prze­trwa­nia, praw­do­po­dob­nie prze­żyłby na­wet wojnę ato­mową. W do­datku po­trafi wy­ko­nać po­nadme­trowy skok bez roz­biegu, co czyni go jesz­cze bar­dziej od­ra­ża­ją­cym. A już na pewno, bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, umie pły­wać, a na­wet wy­trzy­mać wiele mi­nut pod wodą. I ten fakt spra­wiał, że cały ten sce­na­riusz z uto­nię­ciem był wy­jąt­kowo nie­praw­do­po­dobny.

Czy to moż­liwe, by wy­lą­do­wał w wo­dzie już po śmierci? Je­śli tak, jak do tego do­szło? Czyżby ktoś na­umyśl­nie wrzu­cił go do ba­senu? Ale po co miałby to ro­bić? Carl długo pró­bo­wał od­po­wie­dzieć so­bie na te py­ta­nia, lecz nie zna­lazł sen­sow­nego wy­ja­śnie­nia.

Moż­liwe, że naj­pierw po­wi­nien się wy­spać, choć He­lene miała ra­cję, twier­dząc, że na­leży jesz­cze tro­chę wy­trzy­mać, za­nim się po­łożą. Lecz kiedy wresz­cie przyj­dzie pora, za­mie­rzał wziąć dwie ta­bletki me­la­to­niny i obu­dzić się rano jak nowo na­ro­dzony. Wów­czas bę­dzie miał z głowy na­wet ten szczu­rzy kosz­mar. Ze­pchnie go głę­boko w nie­pa­mięć albo ob­róci w aneg­dotę, którą on i He­lene będą za­nu­dzali zna­jo­mych przez naj­bliż­szych kilka lat. O ile w końcu uda mu się do­rwać to by­dlę.

Mu­siał się­gnąć jesz­cze tro­chę da­lej. Wią­zało się to z nie­bez­piecz­nym prze­su­nię­ciem punktu cięż­ko­ści, ale Carl nie wi­dział in­nego wyj­ścia. Mógł tylko mieć na­dzieję, że nie straci rów­no­wagi. Stało się jed­nak ina­czej. Ca­łym cia­łem od­czuł mo­ment, w któ­rym do­tknął kra­wę­dzią siatki tyl­nej koń­cówki gry­zo­nia, lecz za­raz po tym za­chwiały się pod nim nogi i stra­cił kon­trolę nad cia­łem. Fakt, że jed­nak od­zy­skał rów­no­wagę, za­wdzię­czał wy­łącz­nie łu­towi szczę­ścia i po chwili, zzia­jany jak po go­dzin­nej se­sji na bieżni, ostroż­nie przy­cią­gnął szczura do kra­wę­dzi ba­senu.

Są­dząc po stop­niu na­puch­nię­cia, zwie­rzak mu­siał pły­wać w wo­dzie już ja­kiś czas. Świad­czył o tym rów­nież smród. Był tak silny, że Carl mu­siał wstrzy­mać od­dech, kiedy ob­ra­cał sitko i wy­trzą­sał szczura do worka na śmieci. Oka­zało się to zresztą za­ska­ku­jąco trudne.

Gry­zoń utknął w siatce, w do­datku przy­da­łaby się druga para dłoni do przy­trzy­ma­nia worka. Car­lowi przy­szło na­wet na myśl, by za­wo­łać He­lene, ale do­szedł do wnio­sku, że by­łoby to jak po­tknię­cie tuż przed li­nią mety. Skoro udało mu się już tyle osią­gnąć bez jej po­mocy, rów­nie do­brze mógł sam do­koń­czyć dzieła i za­in­ka­so­wać wszyst­kie punkty.

.

- Je­steś praw­dzi­wym bo­ha­te­rem, ko­cha­nie - oznaj­miła He­lene, kro­cząc przez ta­ras ubrana w su­kienkę tak cienką, że jej ma­te­riał cały czas fa­lo­wał z lekka, cho­ciaż cie­pły wie­czór był cał­kiem bez­wietrzny. Nio­sła tacę z dwoma du­żymi gi­nami z to­ni­kiem oraz mi­seczką oli­wek, kar­me­li­zo­wa­nych mig­da­łów i orze­chów. - Na­prawdę nie wiem, jak tego do­ko­na­łeś, i chyba wolę po­zo­stać w tej nie­wie­dzy.

- Tu się zga­dzamy - od­parł Carl. Wła­śnie za­krę­cił wodę w wężu ogro­do­wym, po tym jak przez długą chwilę szo­ro­wał ręce aż do łokci.

He­lene się za­śmiała i usia­dła na le­żaku.

- Ro­zu­miem. W ta­kim ra­zie chodź tu do mnie i usiądź, za­po­mnijmy o tym i na­cieszmy się za­cho­dem słońca.

Carl ma­rzył o prysz­nicu. Dłu­gim, cie­płym prysz­nicu. Miał ochotę wy­szo­ro­wać do czy­sta całe ciało, bo wy­da­wało mu się, że wciąż ob­le­piają go ty­siące ohyd­nych szczu­rzych wło­sków i wę­drują po nim mi­liony od­ra­ża­ją­cych, nie­wi­docz­nych bak­te­rii. Ale to mu­siało za­cze­kać, bo je­śli co­kol­wiek było mu w sta­nie po­móc za­po­mnieć o chwili, w któ­rej mu­siał wziąć w palce mięk­kie mo­kre fu­tro i za­głę­bić opuszki w na­brzmia­łym gni­ją­cym ciele gry­zo­nia, by wy­plą­tać go z siatki, to wła­śnie al­ko­hol.

- Carl, no chodź, bo za­raz zaj­dzie słońce! - po­na­gliła go He­lene, uno­sząc jego szklankę. - Skoro ja, moja nowa su­kienka i za­chód słońca nie po­tra­fimy cię sku­sić, może zrobi to wia­do­mość, że to twoi ulu­bieńcy Ra­dius i Skinny.

- Żar­tu­jesz so­bie! - wy­krzyk­nął Carl.

He­lene po­krę­ciła głową i zro­biła za­do­wo­loną minę.

- Batch 18 - do­dała.

Carl uwiel­biał gin z ma­łej duń­skiej de­sty­larni Ra­dius z po­łu­dniowo-wschod­niej Ze­lan­dii, a aku­rat ten o na­zwie Batch 18, zwłasz­cza w po­łą­cze­niu z to­ni­kiem Skinny Lon­don, zaj­mo­wał wy­so­kie miej­sce na jego li­ście fa­wo­ry­tów.

- Do­my­ślam się, że nie zna­la­złaś tego w tu­tej­szej kuchni - po­wie­dział, przyj­mu­jąc od żony pę­katą szklankę.

- Cze­góż się nie robi, by za­do­wo­lić męża? Twoje zdro­wie, mój bo­ha­te­rze!

Carl upił łyk i stwier­dził z za­do­wo­le­niem, że drink sma­kuje do­kład­nie tak orzeź­wia­jąco i gorz­kawo, jak lu­bił.

- Może być?

Po­tak­nął, uniósł szklankę w mil­czą­cym to­a­ście i znów się na­pił.

- Jest do­sko­nały - do­dał po chwili, od­chy­la­jąc się na opar­cie le­żaka. - Ab­so­lut­nie do­sko­nały.

- Dla­czego u nas, w Szwe­cji, ni­gdy nie jest tak pięk­nie? - spy­tała He­lene, pa­trząc pro­sto na za­chód słońca i mru­żąc po­wieki za oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi.

Carl nie mógł się z nią nie zgo­dzić. Wi­dok był na­prawdę wy­jąt­kowy. Wielka pul­su­jąca czer­wona po­ma­rań­cza słońca po­woli zni­kała za ho­ry­zon­tem. Kilka mi­nut póź­niej już jej nie było, miała się wy­nu­rzyć gdzie in­dziej, choć wciąż rzu­cała na wie­czorne niebo ła­godną ja­sną po­światę. Zło­to­czer­wony blask, który spra­wiał, że wszystko wo­kół wy­da­wało się jesz­cze pięk­niej­sze. Ku­sząco wy­glą­dał na­wet ba­sen.

He­lene wpa­try­wała się jesz­cze chwilę w ho­ry­zont, jakby chciała wy­ci­snąć ten wi­dok do ostat­niej kro­pli. A Car­lowi przy­szło na myśl, że jest praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem, skoro dane mu było oże­nić się z taką ko­bietą. Po­mógł mu w tym ślepy traf i rów­nież przy­pa­dek spra­wił, że po pierw­szym spo­tka­niu na­tknęli się na sie­bie jesz­cze raz.

Na­za­jutrz po wie­czo­rze w Oba­ren udało mu się na­kło­nić ob­sługę, by zro­biła wy­ją­tek i po­ka­zała mu ra­chu­nek ze sto­lika, przy któ­rym sie­działy He­lene i jej przy­ja­ciółka. Oka­zało się jed­nak, że za­pła­ciły go­tówką i nie dało się uzy­skać da­nych żad­nej z nich.

Po kilku ty­go­dniach Carl pra­wie się pod­dał i przy­szło mu na­wet na myśl, że być może tam­ten wie­czór od­był się tylko w jego wy­obraźni. Wie­dział, że po­znał w tym ba­rze ko­bietę. Lecz kim ona była? I czy na­prawdę mię­dzy nimi za­iskrzyło? Czy na­prawdę miała ta­kie samo po­czu­cie hu­moru jak on i czy na pewno lu­biła tę samą mu­zykę? Czy rze­czy­wi­ście miała ta­kie samo oko do szcze­gó­łów, które umy­kały więk­szo­ści lu­dzi?

Nie był pe­wien, czy nie upięk­szył tego wspo­mnie­nia i czy nie prze­pi­sał go w pa­mięci tak, by od­po­wia­dało jego wy­obra­że­niom. Być może chciał za­cho­wać w pod­świa­do­mo­ści ko­goś, komu nikt nie do­ra­stał do pięt, bo tak na­prawdę, w głębi du­cha, wo­lał po­zo­stać sin­glem.

Kilka mie­sięcy póź­niej za­pro­szono go w roli pre­le­genta na kon­fe­ren­cję o rynku nie­ru­cho­mo­ści or­ga­ni­zo­waną w Lon­dy­nie, a wie­czo­rem po­szedł z resztą uczest­ni­ków na Ro­meo i Ju­lię do te­atru Globe. Bi­let sta­no­wił część jego wy­na­gro­dze­nia, a po przed­sta­wie­niu cała grupa miała się udać do Wil­tonsa, jed­nej z naj­star­szych lon­dyń­skich re­stau­ra­cji.

Car­lowi nie było jed­nak dane skosz­to­wać wy­kwint­nej sze­ścio­da­nio­wej ko­la­cji, bo ku wiel­kiemu za­sko­cze­niu na wi­downi, dwa rzędy przed sobą, zo­ba­czył swoją to­wa­rzyszkę tam­tego pa­mięt­nego wie­czoru w Oba­ren. W pierw­szej chwili nie uwie­rzył wła­snym oczom. Wma­wiał so­bie, że to nie może być ona. Że przez pa­nu­jący pół­mrok ktoś wy­daje mu się do niej po­dobny. Była tam jed­nak, tuż przed nim, a on nie mógł prze­stać pa­trzeć na jej pro­fil.

- Niech żyje przy­pa­dek! - po­wie­dział, wzno­sząc to­ast, kiedy w prze­rwie za­pro­sił ją na drinka.

- A kto po­wie­dział, że to przy­pa­dek? - od­parła z rów­nie pięk­nym, co ta­jem­ni­czym uśmie­chem.

I choć Carl chciał jej za­dać ty­siąc py­tań, nie wy­po­wie­dział ani jed­nego z nich. Nie po­pro­sił jej na­wet, by mu wy­ja­wiła swoje imię.

Za­pro­sił ją na­to­miast do Bras­se­rie Ze­del przy Pic­ca­dilly i tam ich roz­mowa po­to­czyła się da­lej, tak płyn­nie, jakby tam­ten wie­czór w Sztok­hol­mie, kilka mie­sięcy temu, ni­gdy się nie skoń­czył. Oka­zało się, że jego ta­jem­ni­cza to­wa­rzyszka jest ak­torką i przy­je­chała do Lon­dynu, by obej­rzeć ulu­bione przed­sta­wie­nia na de­skach Globe, wier­nej re­kon­struk­cji te­atru Szek­spira.

Carl ni­gdy się nie in­te­re­so­wał hi­sto­rią te­atru, lecz tym ra­zem słu­chał z za­par­tym tchem. Reszta wie­czoru na­le­żała tylko do nich, a nocy, jaka na­de­szła póź­niej, choć brzmiało to pa­te­tycz­nie, Carl nie po­tra­fił okre­ślić ina­czej niż "ma­giczną". Gdy ran­kiem obu­dził się w swoim apar­ta­men­cie, jego ta­jem­ni­czej to­wa­rzyszki już nie było. Jed­nak tym ra­zem zo­sta­wiła mu kar­teczkę z wszyst­kimi po­trzeb­nymi in­for­ma­cjami - imie­niem i nu­me­rem te­le­fonu.

Już drugi raz, od­kąd wy­lą­do­wali w San Fran­ci­sco, po­czuł na­głą chęć, by ją po­ca­ło­wać, więc pod­niósł się do po­zy­cji sie­dzą­cej. Po­ca­łu­nek nie mu­siał być długi, chciał po pro­stu po­czuć jej usta na swo­ich. Jed­nak to ozna­cza­łoby prze­kro­cze­nie pew­nej gra­nicy, a pierw­szy krok mu­siała zro­bić He­lene.

Była to nie­pi­sana re­guła, na którą oboje wy­ra­zili mil­czące przy­zwo­le­nie. Nie­ważne, czego i jak bar­dzo pra­gnął Carl, nie­ważne, jak cienka była jej nowa su­kienka. Ta de­cy­zja na­le­żała do niej, mógł więc tylko cze­kać, aż na­dej­dzie od­po­wiedni czas.

By­wało, że pusz­czał wo­dze fan­ta­zji i roz­wa­żał moż­li­wość, że do­pusz­cza do głosu swoje żą­dze. Jed­nak za­cho­wy­wał te my­śli tylko dla sie­bie. Po­dob­nie jak te krą­żące wo­kół ka­riery ak­tor­skiej He­lene.

Nie dało się jej opi­sać ina­czej niż "nie­udaną". Po­wo­dem nie­po­wo­dze­nia nie był fakt, że He­lene bra­ko­wało ta­lentu. Wręcz prze­ciw­nie, świet­nie ra­dziła so­bie na sce­nie, cza­sem Carl czuł się wręcz nie­swojo, wi­dząc, jak głę­boko po­trafi wejść w rolę przed zdję­ciami prób­nymi, na­wet je­śli to rola o mar­gi­nal­nym zna­cze­niu.

Ni­gdy nie zro­zu­miał, co nią po­wo­do­wało, gdy od­ma­wiała ról, które jego zda­niem na­prawdę do niej pa­so­wały i po­mo­głyby jej roz­wi­nąć skrzy­dła.

Tłu­ma­czył so­bie, że być może jego żo­nie bra­kuje tej szcze­gól­nej ce­chy, siły prze­bi­cia po­ma­ga­ją­cej prze­zwy­cię­żyć kon­ku­ren­cję. Wo­lała od­rzu­cić szansę niż za­ry­zy­ko­wać prze­graną. Choć prze­czył temu fakt, że w in­nych oko­licz­no­ściach ni­gdy nie pod­da­wała się bez walki. Nie za­do­wa­lała się od­mową. Nie­ważne, jak był zde­cy­do­wany i do­mi­nu­jący, osta­tecz­nie to ona za­wsze na­rzu­cała mu swoją wolę.

- Oj, na­prawdę chciało ci się pić. - He­lene zdą­żyła już wstać i wy­jąć szklankę z jego dłoni. - Na szczę­ście mamy tego wię­cej.

Carl nie po­trze­bo­wał wię­cej. Al­ko­hol wy­ko­nał swoje za­da­nie, a drugi drink w ni­czym by nie po­mógł. Nie sprze­ci­wił się jed­nak, przy­jął go z uśmie­chem i wziął duży łyk. Sma­ko­wał do­brze, był nie­mal do­sko­nale zrów­no­wa­żony, ale nie tak per­fek­cyj­nie jak pierw­szy.

- Prze­pra­szam cię - rzu­ciła He­lene, za­raz po tym, jak Carl od­chrząk­nął i wła­śnie miał jej po­dzię­ko­wać za nie­spo­dziankę. Do­ło­żyła sta­rań, by pierw­szy wie­czór w no­wym miej­scu był udany.

- Za co? - za­py­tał.

- Że by­łam taka... - He­lene urwała i wzru­szyła ra­mio­nami. - Sama nie wiem... Prze­wraż­li­wiona. Ale mia­łam wra­że­nie, że kiedy tylko wy­sie­dli­śmy z tak­sówki, po­sta­no­wi­łeś dać mi do zro­zu­mie­nia, że to był nie­tra­fiony po­mysł.

- Ko­cha­nie, to nie­prawda. Uwa­żam, że to...

- Pro­szę, daj mi skoń­czyć - prze­rwała mu i ob­ró­ciła się tak, by sie­dzieć przo­dem do niego. - Na­prawdę za­leży mi na tym, że­by­śmy miło spę­dzili czas. A na­wet le­piej niż miło. Te ostat­nie lata były dla mnie... nie wiem, jak to ująć... nie­udane i trudne. A przez ostat­nie sześć mie­sięcy czu­łam się naj­go­rzej. Choć wcze­śniej też nie było do­brze. Ale nie mó­wię o tym po to, żeby so­bie po­na­rze­kać ani się z tobą po­kłó­cić, tylko dla­tego, że chcę, że­by­śmy od­zy­skali to, co daw­niej nas łą­czyło. Kie­dyś cie­szy­li­śmy się swoim to­wa­rzy­stwem, śmia­li­śmy się z tych sa­mych żar­tów i po­tra­fi­li­śmy prze­ga­dać całą noc. I wła­śnie o to mi cho­dziło, kiedy za­pro­po­no­wa­łam ten wy­jazd. Chcę, że­by­śmy od­bu­do­wali tę więź, bo je­śli tego nie zro­bimy... - He­lene za­mil­kła i ucie­kła wzro­kiem w bok. - Boję się, że to na­sza ostat­nia szansa - do­dała po chwili. - Ro­zu­miesz, co pró­buję ci po­wie­dzieć?

- He­lene, to ja po­wi­nie­nem cię prze­pro­sić - od­parł Carl. - To ja za­re­ago­wa­łem prze­sad­nie, nie ty.

- Nie po­doba ci się ten dom, prawda?

- Nie o to cho­dzi. Po pro­stu chciało mi się jeść i pić po po­dróży.

- Carl, prze­cież do­brze cię znam. Wiem, jak bar­dzo ci za­leży na...

- Okej, przy­znaję - wszedł jej w słowo. - Mar­twy szczur w ba­se­nie to nie naj­lep­szy pre­zent po­wi­talny i je­śli mam być szczery, wciąż się nie otrzą­sną­łem po tej przy­go­dzie.

- Wy­obra­żam so­bie...

- Ale poza tym je­stem go­towy do współ­pracy. Uda­wajmy, że ten in­cy­dent nie miał miej­sca, i wznie­śmy to­ast, bo bę­dzie nam tu na­prawdę do­brze. - Uniósł szklankę i stuk­nął nią o szklankę He­lene.

- Mó­wisz po­waż­nie? - Roz­pro­mie­niła się. - By­łam pewna, że zdą­ży­łeś się już skon­tak­to­wać z Mirją i po­pro­si­łeś ją o za­re­zer­wo­wa­nie nam apar­ta­mentu w ja­kimś luk­su­so­wym ho­telu.

- Bez kon­sul­ta­cji z tobą? Po co miał­bym to ro­bić?

He­lene wzru­szyła ra­mio­nami.

- Bo już taki je­steś. Za­wsze tak ro­bisz, kiedy ci coś nie pa­suje. Przej­mu­jesz stery i usta­wiasz wszystko tak, żeby było po two­jemu.

- Masz ra­cję. - Carl kiw­nął głową, by pod­kre­ślić swoje słowa. - Jest do­kład­nie tak, jak mó­wisz. Ale nie tym ra­zem. Tym ra­zem ty po­dej­mu­jesz de­cy­zje, a ja pro­szę o wy­ba­cze­nie.

- My­ślisz, że nam się uda? - spy­tała He­lene po chwili mil­cze­nia.

- Ja­sne, że tak - za­pew­nił, od­sta­wia­jąc szklankę. - Ko­cha­nie, oczy­wi­ście, że nam się uda.

Był kom­plet­nie nie­przy­go­to­wany na ten ruch i za­nim zdą­żył za­re­ago­wać, He­lene wstała, usia­dła na nim okra­kiem i przy­tknęła usta do jego ust.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki