Prawda i realizm tom I O wojnie i Polsce Ludowej - Andrzej Werblan

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Au­tora

Za­miesz­czone w tych dwóch to­mach tek­sty sta­no­wią część mo­jego do­robku pu­bli­ka­cyj­nego z ostat­nich czter­dzie­stu lat. W 1982 roku wy­co­fa­łem się z czyn­nego udziału w ży­ciu po­li­tycz­nym i sku­pi­łem się wy­łącz­nie na pracy na­uko­wej i pu­bli­cy­stycz­nej. Efek­tem tej pracy są cztery książki, w tym jedna na­pi­sana wspól­nie z przed­wcze­śnie zmar­łym pro­fe­so­rem Ka­ro­lem Mo­dze­lew­skim, oraz około 500 więk­szych lub mniej­szych ar­ty­ku­łów na­uko­wych, po­pu­lar­no­nau­ko­wych i pu­bli­cy­stycz­nych. Ści­śle na­ukowe tek­sty sta­ra­łem się za­miesz­czać w pi­smach spe­cja­li­stycz­nych, ta­kich jak "Dzieje Naj­now­sze". Po­nie­waż re­pre­zen­tuję sta­no­wi­sko le­wi­cowe, pu­bli­ko­wa­łem przede wszyst­kim w cza­so­pi­smach le­wi­co­wych. W mie­sięcz­niku "Dziś. Prze­gląd Spo­łeczny", w kra­kow­skim "Zda­niu", w "My­śli So­cjal­de­mo­kra­tycz­nej", w "Res Hu­mana" oraz w ty­go­dni­kach "Prze­gląd" i "Nie", oka­zjo­nal­nie w in­nych pe­rio­dy­kach i książ­kach. Sta­ty­stycz­nie rzecz uj­mu­jąc, naj­wię­cej pu­bli­ka­cji mia­łem w pro­wa­dzo­nym przez Mie­czy­sława F. Ra­kow­skiego w la­tach 1991-2008 mie­sięcz­niku "Dziś". La­tem 1992 roku Ra­kow­ski, z któ­rym łą­czyła mnie dawna przy­jaźń, za­pro­po­no­wał, abym na prze­mian z nim pi­sał do "Dziś" krót­kie od­re­dak­cyjne ko­men­ta­rze po­li­tyczne, pod ty­tu­łem "na­szym zda­niem" - bez pod­pisu, w imie­niu re­dak­cji. Zgo­dzi­łem się. Mie­li­śmy to ro­bić na prze­mian, wy­szło ina­czej; 197 tych ko­men­ta­rzy, wszyst­kie, które uka­zały się od 23. do 219. nu­meru pi­sma, na­pi­sa­łem ja. Oczy­wi­ście Ra­kow­ski je czy­tał i ak­cep­to­wał, a liczne po­wsta­wały w wy­niku wspól­nej z nim dys­ku­sji. Nie za­mie­ści­łem żad­nego z tych tek­stów w tych to­mach, gdyż po­świę­cone były wy­da­rze­niom dnia, sta­no­wiły swo­istą kro­nikę czasu. Włą­czy­łem tu na­to­miast kilka tek­stów do­tąd nie­pu­bli­ko­wa­nych. Były przy­go­to­wane i wy­gło­szone na ze­bra­niach i kon­fe­ren­cjach, ale nie zo­stały wy­dru­ko­wane.

Do pod­ję­cia się wy­boru i przy­go­to­wa­nia do druku czę­ści mych pu­bli­ka­cji skło­nił mnie re­dak­tor na­czelny "Prze­glądu" Je­rzy Do­mań­ski. Je­stem mu za to wdzięczny, gdyż dzięki temu do­ko­na­łem po la­tach prze­glądu ca­ło­ści swego pi­śmien­nic­twa i czę­ściowo przy­naj­mniej upo­rząd­ko­wa­łem do­mowe ar­chi­wum. Wspól­nie z re­dak­to­rem Do­mań­skim i re­dak­to­rem Paw­łem Dy­bi­czem, który ku mej ra­do­ści i wdzięcz­no­ści pod­jął się re­dak­cji obu to­mów, zde­cy­do­wa­li­śmy wy­bór ogra­ni­czyć do pu­bli­cy­styki hi­sto­rycz­nej z za­kresu chro­no­lo­gicz­nego II wojny świa­to­wej i Pol­ski Lu­do­wej. Za ta­kim ogra­ni­cze­niem chro­no­lo­gicz­nym prze­ma­wiało rów­nież i to, że te okresy są już za­mknięte, ich rze­czy­wi­sta hi­sto­ria zo­stała za­koń­czona. Wy­bra­łem, ko­rzy­sta­jąc z rad re­dak­tora Dy­bi­cza, kil­ka­dzie­siąt ar­ty­ku­łów, a także sześć waż­nych ma­te­ria­łów źró­dło­wych w moim opra­co­wa­niu do Anek­sów w obu to­mach.

Za­uważę przy oka­zji, że pu­bli­ka­cje na­ukowe lub o am­bi­cjach na­uko­wych, a także wspo­mnie­nia i re­cen­zje, zwy­kłem sy­gno­wać na­zwi­skiem, po­zo­stałe tek­sty - czę­sto pseu­do­ni­mami: Ma­te­usz Zgry­zota, M.Z., L. Po­słu­gi­wa­łem się pseu­do­ni­mami w na­dziei, że skłoni to ewen­tu­al­nych po­le­mi­stów do sporu ad rem, a nie, jak to w na­szych cza­sach bywa w mo­dzie, do po­ła­ja­nek ad per­so­nam. Wy­znam, że za­wio­dłem się, gdyż pu­bli­cy­styka z po­zy­cji le­wi­co­wych naj­czę­ściej jest przez opo­nen­tów zby­wana mil­cze­niem, nie­zau­wa­żana. Ta­kie na­stały oby­czaje.

Oprócz osób już wy­mie­nio­nych chciał­bym z wdzięczną pa­mię­cią wspo­mnieć ge­ne­rała Woj­cie­cha Ja­ru­zel­skiego i re­dak­tora Je­rzego Urbana, któ­rzy już wcze­śniej życz­li­wie mnie za­chę­cali do wy­da­nia tej pu­bli­cy­styki. Nie po­do­łał­bym jed­nak tru­dom wy­do­by­cia z ar­chi­wów i przej­rze­nia tego ob­szer­nego ma­te­riału, a zwłasz­cza ze­bra­nia go w for­mie za­pisu elek­tro­nicz­nego, dziś ru­ty­nowo wy­ma­ga­nego, bez po­mocy wielu osób. Ogromne wspar­cie i po­moc oka­zała mi moja naj­bliż­sza ro­dzina. Wy­soko kwa­li­fi­ko­wani in­for­ma­tycy - mój zięć dr An­drzej Ja­ku­biec i wnuki mgr Jo­anna Ra­ta­je­wicz-Ja­ku­biec oraz mgr inż. Ma­ciej Ja­ku­biec. Po­moc tę or­ga­ni­zo­wała i mo­bi­li­zo­wała moja córka dr Hanna Wer­blan-Ja­ku­biec. Nie­oce­nioną oka­zała się też po­moc re­dak­tor Anny Ja­sie­wicz, która prze­ka­zała wszyst­kie po­szu­ki­wane tek­sty z "Dziś" w po­staci za­pisu elek­tro­nicz­nego. Po­dob­nie in­for­ma­ty­ków z re­dak­cji "Nie", Krzysz­tofa Olej­nika i Wło­dzi­mie­rza Kie­rusa, któ­rzy wy­do­byli z za­so­bów ar­chi­wal­nych ty­go­dnika za­pisy wielu nie­zbęd­nych ar­ty­ku­łów. Spo­tka­łem się z życz­li­wym wspar­ciem wszyst­kich, któ­rych o to po­pro­si­łem.

Ca­łość tej pracy po­świę­cam pa­mięci mo­jej żony, pro­fe­sor Li­dii Wer­blan, zmar­łej w marcu 2021 roku.

An­drzej Wer­blan

Z po­zy­cji prawdy i re­ali­zmu o woj­nie i Pol­sce Lu­do­wej

Roz­mowa z prof. An­drze­jem Wer­bla­nem prze­pro­wa­dzona przez Pawła Dy­bi­cza

Te dwa tomy Pana pu­bli­cy­styki to prze­szłość opi­sy­wana nie tylko pió­rem hi­sto­ryka, ale i świadka tam­tych cza­sów. I to wi­dzia­nych długo z wy­so­kiego szcze­bla wła­dzy. By­cie na jej szczy­tach uła­twia osąd czy jed­nak bar­dziej są przy­datne prace wła­sne i efekty ba­dań na­uko­wych in­nych uczo­nych?

My­ślę, że jed­nak ba­da­nia na­ukowe. Mam za sobą na do­brym po­zio­mie stu­dia hi­sto­ryczne w uczelni zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Adama Schaffa, w In­sty­tu­cie Nauk Spo­łecz­nych, w któ­rym wy­kła­dał kwiat pol­skiej na­uki. Uczel­nia ta zor­ga­ni­zo­wana była we­dług an­glo­sa­skiego wzorca, każdy miał swo­jego na­uko­wego opie­kuna. Wy­kła­dali uczeni z pierw­szego sze­regu - Hen­ryk Łow­miań­ski, au­tor fun­da­men­tal­nych prac o po­cząt­kach pań­stwa pol­skiego, Ze­non Kle­men­sie­wicz, Bo­gu­sław Le­śno­dor­ski, Sta­ni­sław Ar­nold czy Ta­de­usz Ko­tar­biń­ski. Po­tem ma­gi­ste­rium zro­bi­łem na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Przez cały czas dzia­łal­no­ści we wła­dzach sta­ra­łem się nie ze­rwać więzi z za­wo­dem hi­sto­ryka.

Pa­nie Pro­fe­so­rze, czy uczest­nic­two we wła­dzach uła­twiało Panu pracę hi­sto­ryka?

Ow­szem uła­twiało, ale do­piero po­tem, kiedy wy­co­fa­łem się z czyn­nego ży­cia po­li­tycz­nego i za­ją­łem się wy­łącz­nie na­ukową dzia­łal­no­ścią.

Bę­dąc we wła­dzach, po­zna­łem me­cha­ni­zmy rzą­dze­nia, spo­sób my­śle­nia lu­dzi wła­dzy. Uzy­ska­łem sporo wie­dzy zwa­nej po­za­źró­dłową, do­cie­rały do mnie różne in­for­ma­cje, które były nie­do­stępne dla ogółu. Rów­nież ta­kie, o któ­rych inne źró­dła mil­czą. Poza tym mia­łem oka­zję do roz­mów z po­li­tycz­nymi de­cy­den­tami. Od­by­łem dzie­siątki roz­mów z Wła­dy­sła­wem Go­mułką, Jó­ze­fem Cy­ran­kie­wi­czem, na różne te­maty, w róż­nych sy­tu­acjach, oczy­wi­ście także na te­maty hi­sto­ryczne. Wiele z tych roz­mów utkwiło mi w pa­mięci, z nie­któ­rych spo­rzą­dzi­łem no­tatki.

Ro­bił Pan no­tatki?

Ro­bi­łem, ale nie­sys­te­ma­tyczne. Nie pro­wa­dzi­łem dzien­nika. Różne rze­czy no­to­wa­łem w ze­szy­tach. Za­pi­sy­wa­łem też na kar­tecz­kach i po­tem moje se­kre­tarki wkła­dały je do ko­pert. Wszystko za­cho­wa­łem, także ze­szyty. Czę­sto z nich ko­rzy­sta­łem.

Czy oso­bi­sta zna­jo­mość po­wo­do­wała, że lu­dzie ze świecz­nika bar­dziej Panu wie­rzyli, bar­dziej się otwie­rali?

Chyba tak, cie­szy­łem się opi­nią po­waż­nego czło­wieka, stąd też szcze­rze ze mną roz­ma­wiali.

A nie było ta­kich sy­tu­acji, że Go­mułka czy Gie­rek mó­wili Panu: "wiesz, to tylko dla cie­bie, nie pu­bli­kuj tego, zo­staw to w swo­jej pa­mięci".

Nie było ta­kich sy­tu­acji, bo oni nie przy­pusz­czali, że ja będę pu­bli­ko­wał rze­czy, o któ­rych roz­ma­wia­li­śmy. Z Go­mułką kilka razy roz­ma­wia­łem, kiedy był na eme­ry­tu­rze i wtedy już wie­dział, że ja mogę te roz­mowy wy­ko­rzy­stać w pracy hi­sto­rycz­nej. Nie wy­czu­wa­łem z jego strony obaw i sprze­ciwu, był roz­mowny i jak są­dzę szczery. W kwe­stiach spor­nych za­pa­lał się, za­le­żało mu, abym po­znał jego sta­no­wi­sko. Pa­mięć miał zna­ko­mitą, fo­to­gra­ficzną.

Przejdźmy do Pań­skiej bio­gra­fii. Czy wojna była dla Pana i Pana ro­dziny za­sko­cze­niem?

Wojna nie, wi­siała w po­wie­trzu. Dla ni­kogo nie była za­sko­cze­niem, a dla in­te­li­gen­cji szcze­gól­nie. Od doj­ścia Hi­tlera do wła­dzy w Niem­czech, a już w 1938 r. wy­da­wała się bli­ska, rok póź­niej nie­unik­niona.

A za­sko­cze­niem nie był jej ry­chły fi­nał?

Fi­nał chyba tak. Za­sko­cze­niem na­to­miast była agre­sja ze Wschodu. My, na Kre­sach, ale chyba nie tylko tu, zo­sta­li­śmy za­sko­czeni pak­tem Rib­ben­trop-Mo­ło­tow. Zda­wa­li­śmy so­bie też sprawę z tego, że ozna­cza wkro­cze­nie Ar­mii Czer­wo­nej na na­sze zie­mie.

Czy dla Pana ro­dziny 17 Wrze­śnia był za­sko­cze­niem?

Dla mo­ich ro­dzi­ców z pew­no­ścią nie, dla mnie chyba też nie. Pro­szę jed­nak pa­mię­tać, że mia­łem wtedy 15 lat. Miesz­ka­li­śmy na przed­mie­ściu Tar­no­pola. Mój dzia­dek, za­wo­dowy pod­ofi­cer w ar­mii au­striac­kiej, po zwol­nie­niu z woj­ska do­stał po­sadę na po­czcie, sprze­dał we wsi Okno kilka mor­gów odzie­dzi­czo­nej ziemi i ku­pił w Tar­no­polu duży dom z ogro­dem, oto­czony drew­nia­nym pło­tem. Miesz­ka­li­śmy tam w trzy ro­dziny, dzia­dek z bab­cią, sio­stra matki z ro­dziną i my. Dom miał piękną bramę ze słu­pami, na któ­rych lu­bi­łem sia­dać i oglą­dać oko­licę. 17 wrze­śnia sie­dzia­łem na słupku, kiedy wra­cał z pracy mój wu­jek. Był ma­szy­ni­stą ko­le­jo­wym. Kiedy się zbli­żył na ja­kieś 10 me­trów, po­wie­dział: "An­drzej, szlag tra­fia na­szą Pol­skę. Wra­cam z Pod­wo­łol­czysk. To­wa­rzy­sze idą. Już ich tam wi­dzia­łem". Za­milkł na chwilę, po czym do­dał: "no cóż, je­stem ro­bot­ni­kiem, nie­wiele chyba mi za­szko­dzą, ale z wami bę­dzie go­rzej".

Z uwagi na pro­fe­sję ojca?

Oj­ciec zo­stał aresz­to­wany 17 paź­dzier­nika, w mie­siąc po przyj­ściu wła­dzy ra­dziec­kiej. Ska­zany na osiem lat i wy­wie­ziony na Ko­łymę. Moja matka po­słała mnie do pro­ku­ra­tora, żeby się do­wie­dzieć o przy­czyny jego ska­za­nia, więc je po­zna­łem. Oj­ciec był na­uczy­cie­lem ję­zyka pol­skiego i hi­sto­rii w dwóch gim­na­zjach. W pań­stwo­wym i w pry­wat­nym, ukra­iń­skim. Tu po­trzebna jest mała dy­gre­sja. W roku 1926 zli­kwi­do­wano wszyst­kie pu­bliczne szkoły śred­nie z ukra­iń­skim ję­zy­kiem wy­kła­do­wym. Mo­gły po­zo­stać je­dy­nie pry­watne. Ale żeby uzy­skać prawa szkół pań­stwo­wych, dwa przed­mioty, ję­zyk pol­ski i hi­sto­ria, mu­siały być w nich na­uczane w ję­zyku pol­skim. A na­uczy­ciele tych przed­mio­tów byli za­twier­dzani przez ku­ra­to­rium. I na ta­kiej za­sa­dzie oj­ciec mój uczył w tym ukra­iń­skim gim­na­zjum pol­skiego i hi­sto­rii. Zo­stał przez NKWD oskar­żony o współ­pracę z wła­dzami pol­skimi na szkodę na­rodu ukra­iń­skiego, jako po­lo­ni­za­tor.

Na rzecz po­lo­ni­za­cji tam­tych te­re­nów, tam­tej­szej lud­no­ści?

To była oczy­wi­sta bzdura, bo on nie pro­wa­dził żad­nej an­ty­ukra­iń­skiej dzia­łal­no­ści, wy­kła­dał hi­sto­rię w ję­zyku pol­skim po to, żeby ta szkoła mo­gła ist­nieć. 8 kwiet­nia 1940 roku wy­wie­ziono moją ro­dzinę na Sy­be­rię, a kon­kret­nie do sow­chozu ho­dow­la­nego w pół­noc­nym Ka­zach­sta­nie, nad Ir­ty­szem. Zo­sta­łem pa­stu­chem. Matka za­trud­niła się przy cie­lę­tach, co po­zwa­lało ukraść tro­chę mleka, tak jak ro­biły to wszyst­kie inne ro­bot­nice. Ka­zaszki pra­cu­jące przy kro­wach no­siły ze sobą czaj­niki, żeby do domu móc za­brać tro­chę mleka. I matka też tak po­stę­po­wała.

W cza­sie wy­wózki miał Pan prze­czu­cie, że do Tar­no­pola już nie wróci?

Do Tar­no­pola już nie wró­ci­łem. W maju 1944 roku by­łem tam służ­bowo je­den dzień, od­wie­dzi­łem bab­cię i sio­strę matki przy oka­zji. Nasz dom spło­nął, miesz­kali u są­sia­dów. Tar­no­pol po­zo­stał w pa­mięci i oswoił mnie z tra­dy­cją po­gra­ni­cza. Było to mia­sto wo­je­wódz­kie, ale małe, 35 ty­sięcy miesz­kań­ców. Po­łowa Ży­dzi, a po­zo­stali w po­ło­wie Po­lacy, w po­ło­wie Ukra­ińcy, w cza­sach mego dzie­ciń­stwa zwani Ru­si­nami. Pra­wo­sła­wia nie było, Po­lacy i Ukra­ińcy byli wy­zna­nia rzym­sko­ka­to­lic­kiego, tylko jedni ob­rządku ła­ciń­skiego, a dru­dzy grec­ko­ka­to­lic­kiego. Ta sy­tu­acja sprzy­jała mał­żeń­stwom mie­sza­nym, re­li­gia nie stała na prze­szko­dzie. Moja ro­dzina też była mie­szana. Ro­dzi­ców ojca nie pa­mię­tam, zmarli na po­wo­jenną epi­de­mię hisz­panki, byli rol­ni­kami w po­wie­cie trem­bo­wel­skim. Dzia­dek po matce, Ba­zyli, był gre­ko­ka­to­li­kiem, a bab­cia Ma­ria ob­rządku ła­ciń­skiego. Sy­nów chrzcili w cer­kwi, córki w ko­ściele, byli dwu­ję­zyczni. Pa­mię­tam, że bab­cia na co­dzienne na­bo­żeń­stwa cho­dziła do po­bli­skiej cer­kwi, ale do spo­wie­dzi i ko­mu­nii do ko­ścioła pa­ra­fial­nego w cen­trum mia­sta. Mie­li­śmy też stały kon­takt z Ży­dami. Ku­po­wa­li­śmy w ży­dow­skich skle­pach, le­ka­rzem do­mo­wym był dok­tor Hir­szberg, ap­te­ka­rzem ma­gi­ster Katz. W dzie­ciń­stwie ży­cie mi ura­to­wał przy­ja­ciel dok­tora Hir­szberga, dok­tor Dre­szer z ży­dow­skiego szpi­tala. Tar­no­pol po­wo­jenny to już inne mia­sto.

Mie­li­ście ja­ki­kol­wiek kon­takt z oj­cem?

Z rzadka przy­cho­dziły li­sty, je­den na dwa mie­siące. List od ojca był sy­gna­łem, że żyje. Jed­nak pod ko­niec 1940 roku za­ka­zali ko­re­spon­den­cji. Po ukła­dzie Si­kor­ski-Maj­ski, w lipcu 1941 przy­je­chał do na­szej fermy sow­cho­zo­wej ofi­cer NKWD. Ze­brał wszyst­kie dzie­sięć ro­dzin pol­skich ze­słań­ców i prze­czy­tał de­kret Rady Naj­wyż­szej o udzie­le­niu nam amne­stii jako oby­wa­te­lom pol­skim. Za­brał nam ra­dziec­kie pasz­porty. Do­sta­li­śmy za­świad­cze­nia stwier­dza­jące, że jako oby­wa­tele pol­scy mamy prawo swo­bod­nego za­miesz­ki­wa­nia na te­ry­to­rium Związku Ra­dziec­kiego. To na­pi­sano na pierw­szej stro­nie, a cała druga za­wie­rała in­for­ma­cje, gdzie nie mamy prawa za­miesz­ki­wać, a kon­kret­nie w eu­ro­pej­skiej czę­ści Związku Ra­dziec­kiego, w więk­szych mia­stach oraz w stre­fach spe­cjal­nych.

To nie­wiele się po­pra­wiła wa­sza sy­tu­acja...

W pew­nym sen­sie jed­nak tak, zy­ska­li­śmy ja­kiś wy­bór. W re­zul­ta­cie wszyst­kie dzie­sięć pol­skich ro­dzin opu­ściło ów sow­choz i w ciągu dwóch, trzech mie­sięcy prze­nie­śli­śmy się do od­da­lo­nego o 20 km mia­sta. Z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze mie­li­śmy na­dzieję na cho­ciaż troszkę bar­dziej od­po­wied­nią dla nas pracę niż pa­sie­nie owiec czy do­je­nie krów. Po dru­gie je­sie­nią 1941 roku zaj­rzał nam w oczy głód. Wraz z wy­bu­chem wojny opu­sto­szały sklepy, a na te­re­nach wiej­skich nie wpro­wa­dzono kar­tek żyw­no­ścio­wych. Lud­ność miej­scowa miała małe go­spo­dar­stwa, krowę, ogród itp., a my po pro­stu umie­ra­li­śmy z głodu. Jak prze­nie­śli­śmy się do mia­sta, to do­sta­li­śmy kartki żyw­no­ściowe. Na te kartki był tylko chleb. 40 dkg dzien­nie na osobę. Ale jed­nak coś. Na­dal nie do­ja­da­li­śmy, ale nie umie­rało się z głodu. Po kilku mie­sią­cach po­wstała De­le­ga­tura am­ba­sady pol­skiej i za­częła się zaj­mo­wać po­mocą dla Po­la­ków, jaka przy­cho­dziła z Wiel­kiej Bry­ta­nii, głów­nie od strony In­dii i Au­stra­lii. Kie­ro­wała tą po­mocą pani Ma­ria Wi­dacka, żona pre­zy­denta Tar­no­pola, za­mor­do­wa­nego z li­sty ka­tyń­skiej, o czym wtedy ona nie wie­działa. Za­trud­niła mnie u sie­bie jako gońca. A to ozna­czało, że do­sta­łem ja­kieś ubra­nie z tych przy­dzia­łów, taki na zie­lono za­bar­wiony an­giel­ski bat­tle dress i buty. Wspo­ma­gała też nas i in­nych ze­słań­ców żyw­no­ścią.

A oj­ciec po 30 lipca 41 roku wró­cił z Ko­łymy?

Oj­ciec nie zdą­żył sko­rzy­stać z amne­stii 41 roku, gdyż je­sie­nią usta­wała ko­mu­ni­ka­cja Ko­łymy z Sy­be­rią. A po­tem prze­stała dzia­łać amne­stia. Oj­ciec do­piero w 1947 roku wró­cił do Tar­no­pola, ale bar­dzo szybko zmarł, ła­gier go wy­koń­czył.

Pan nie zna­lazł się w ar­mii An­dersa...

By­łem w od­po­wied­nim wieku, w 1942 roku koń­czy­łem 18 lat i zo­sta­łem po­wo­łany do ar­mii An­dersa przez ra­dziecki apa­rat woj­skowy. Ra­zem z kilku ko­le­gami je­cha­li­śmy do tej ar­mii. W dro­dze po wa­go­nach cho­dziły sa­ni­ta­riuszki i świe­ciły la­tarką w oczy. Wy­bie­rały tych, któ­rzy mieli po­więk­szone źre­nice, i mie­rzyły im tem­pe­ra­turę. Ja i mój ko­lega mie­li­śmy 38 stopni. Wtedy ma­sowo wy­stę­po­wał ty­fus pla­mi­sty. Koło Ałma-Aty woj­skowa służba sa­ni­tarna wy­jęła nas obu z po­ciągu i umie­ściła w woj­sko­wym szpi­talu za­kaź­nym. Ciężko prze­cho­ro­wa­łem ten ty­fus, dla­tego dość długo prze­by­wa­łem w szpi­talu. Kiedy z niego wy­sze­dłem, w woj­sko­wym ko­mi­sa­ria­cie uzu­peł­nień po­wie­dzieli mi, że "wa­szej ar­mii uże niet, ani uje­chali". Zwol­nili mnie z woj­ska i wy­słali z po­wro­tem do domu.

I tak za­miast pod Monte Cas­sino, tra­fił Pan pod Le­nino.

Tak cza­sami bywa, że przy­pa­dek de­cy­duje o dal­szym lo­sie czło­wieka. I tak było ze mną.

Gdyby był Pan w ar­mii An­dersa, to wró­ciłby po woj­nie do kraju?

My­ślę, że wró­cił­bym.

W ja­kim stop­niu, jak bar­dzo, po­byt wśród ko­ściusz­kow­ców wpły­nął na Pana po­glądy?

Tro­chę, ale nie za bar­dzo. My, ko­ściusz­kowcy, wy­wo­dzi­li­śmy się z Kre­sów, swoje prze­szli­śmy i do­sko­nale wie­dzie­li­śmy, czym jest Zwią­zek Ra­dziecki. Nie było wśród nas do niego en­tu­zja­zmu. Ale, i to mu­szę pod­kre­ślić, po­byt w ar­mii ko­ściusz­kow­skiej przy­czy­nił się do tego, że za­przy­jaź­nia­li­śmy się z żoł­nie­rzami ra­dziec­kimi. Za­ist­niało coś w ro­dzaju bra­ter­stwa broni, pewne po­czu­cie wspól­noty losu. My­ślę, że nie tylko ja, ale wszy­scy na­bra­li­śmy prze­ko­na­nia, że Zwią­zek Ra­dziecki tę wojnę wy­gra, bo to był już rok 1943.

To już było po Sta­lin­gra­dzie...

To było po Sta­lin­gra­dzie i rów­nież po Łuku Kur­skim. Mie­li­śmy po­czu­cie siły tej ar­mii. Otrzy­ma­li­śmy do­brą broń i umun­du­ro­wa­nie we­dług ka­te­go­rii gwar­dyj­skich. Cie­szy­li­śmy się, że wra­camy do Pol­ski, że sy­be­ryj­ski dra­mat się skoń­czy. I że na­sze ro­dziny wrócą. To nas wią­zało z woj­skiem Ber­linga. I z Wandą Wa­si­lew­ską. By­li­śmy prze­ko­nani, że to ona wy­pro­wa­dza nas z domu nie­woli. Ofi­ce­ro­wie po­li­tyczni, któ­rzy re­kru­to­wali się głów­nie z by­łych KPP-owców, pro­wa­dzili tak drę­twą agitkę, że ni­kogo prze­ko­nać nie mo­gli do ra­dziec­kiego ustroju. Oni zresztą nie prze­ko­ny­wali do so­cja­li­zmu czy ko­mu­ni­zmu. Gło­sili przy­jaźń ze Związ­kiem Ra­dziec­kim i za­po­wia­dali de­mo­kra­tyczną Pol­skę.

To bar­dzo sze­ro­kie po­ję­cia, szcze­gól­nie de­mo­kra­tyczna.

My pa­mię­ta­li­śmy swój kraj. Wi­dzie­li­śmy, że nie był on naj­lep­szy, prze­ciwko de­mo­kra­ty­za­cji nic nie mie­li­śmy. Ja za­wsze in­te­re­so­wa­łem się po­li­tyką. Czy­ta­łem ga­zety wy­da­wane przez na­sze woj­sko, ale i ra­dziec­kie, czę­sto roz­ma­wia­łem z ko­le­gami o po­li­tyce i Związku Ra­dziec­kim. Jest, a ra­czej był, o tym ślad. Na prze­ło­mie lat 1989/1990, po upadku Pol­ski Lu­do­wej, Mie­czy­sław Ra­kow­ski, wów­czas I se­kre­tarz KC PZPR, za­rzą­dził, by Wy­dział Kadr KC wszyst­kim, na któ­rych były tam teczki, wy­dał je za­in­te­re­so­wa­nym. Ja swoją za­bra­łem i po przy­ja­ciel­sku wzią­łem też teczkę Adama Schaffa, który był za gra­nicą, bo o to pro­sił. Otóż po przej­rze­niu tych te­czek zo­rien­to­wa­łem się, że w 1956 roku były one czysz­czone. Usu­nięto z nich wszyst­kie bez­piecz­niac­kie opi­nie i do­nosy. W mo­jej teczce zna­la­zła się jed­nak pewna ko­perta. Był w niej list, który tra­fił w 1951 roku do Wy­działu Kadr KC. Na­pi­sany przez Ana­tola Fej­gina, dy­rek­tora X De­par­ta­mentu MBP. Fej­gin ze­brał do­nosy na mnie z czasu wojny. Wi­docz­nie wśród mo­ich ko­le­gów był agent in­for­ma­cji woj­sko­wej. Z tych do­no­sów wy­ni­kało, że mia­łem sporo an­ty­ra­dziec­kich wy­po­wie­dzi. Chyba tak rze­czy­wi­ście było... Fej­gin te do­nosy zre­la­cjo­no­wał i prze­słał do kie­row­nika Wy­działu Kadr KC Ka­zi­mie­rza Wi­ta­szew­skiego. Ten po­słał je do Ze­nona No­waka, se­kre­ta­rza KC, któ­remu pod­le­gał. Z py­ta­niem, czy nadać tej spra­wie dal­szy bieg. No­wak od­pi­sał od­ręcz­nie: "To gów­niane śmie­cie, wy­rzu­cić do ko­sza. Żad­nego biegu!". Wi­ta­szew­ski jed­nak ich nie wy­rzu­cił, za­cho­wał w mo­jej teczce i tra­fiły do mnie. W su­mie jed­nak z ze­sła­nia sy­be­ryj­skiego i woj­ska wy­sze­dłem z bar­dziej le­wi­co­wym na­sta­wie­niem niż z domu ro­dzin­nego.

Jest Pan jed­nym z, jak to się te­raz mówi, ber­lin­gow­ców. Wielu z nich zro­biło ka­riery, wiele zna­czyli w Pol­sce Lu­do­wej. Czy za­dzia­łał taki me­cha­nizm awan­so­wa­nia, ja­kiego do­świad­czyli le­gio­ni­ści Pił­sud­skiego w cza­sach sa­na­cji?

Tak nie było, cho­ciaż żar­to­wa­li­śmy, że bę­dziemy "pierw­szą bry­gadą", bo słu­ży­łem w 1 Bry­ga­dzie Pan­cer­nej. Ber­lin­gowcy jed­nak nie ro­bili ka­rier w Pol­sce Lu­do­wej na po­do­bień­stwo 1 Bry­gady Le­gio­nów Pił­sud­skiego. Ow­szem awan­so­wali, ro­bili ka­riery w woj­sku, ale ina­czej być nie mo­gło, bo Pol­ska Lu­dowa in­nych kadr tam nie miała. W ar­mii Ber­linga i po­wo­jen­nej pol­skiej ar­mii nie zwra­cano uwagi na ze­sła­nie w ZSRR, nie prze­szka­dzała prze­szłość ła­gier­nika, na­wet po­cho­dze­nie szla­chec­kie, jak w przy­padku Ja­ru­zel­skiego. Flo­rian Si­wicki był sy­nem za­wo­do­wego ofi­cera, który zgi­nął w Ka­ty­niu. Po woj­nie zro­biono sporo bez­myśl­nych czy­stek w woj­sku, ale in­nych. Na przy­kład w cza­sie wojny w na­szej ar­mii słu­żyło tro­chę Ślą­za­ków, któ­rzy jako żoł­nie­rze We­hr­machtu do­stali się do nie­woli ra­dziec­kiej. Po pew­nej fil­tra­cji część z nich tra­fiła do na­szej ar­mii. Na­zy­wa­li­śmy ich fry­cami. Byli to bar­dzo do­brzy, dzielni żoł­nie­rze, mieli za sobą do­sko­nałe nie­miec­kie wy­szko­le­nie. Nie­któ­rzy w cza­sie wojny zro­bili ka­rierę. W moim ba­ta­lio­nie pod ko­niec wojny za­stępcą do­wódcy był we­hr­mach­to­wiec Jo­achim Ko­czy z Cho­rzowa. W 1948 r. był ma­jo­rem. Rok póź­niej wszyst­kich, któ­rzy byli w We­hr­mach­cie, wy­wa­lili z woj­ska, na­wet ka­wa­le­rów Vir­tuti Mi­li­tari.

Na­to­miast w cy­wilu ber­lin­gowcy ka­rier nie ro­bili. Ow­szem ro­bili je byli KPP-owcy. Wielu z nich prze­szło przez 1 Ar­mię Woj­ska Pol­skiego. Jak tylko ona prze­kro­czyła Bug, to w ciągu kilku mie­sięcy wszyst­kich z woj­ska wy­co­fano i za­an­ga­żo­wano do apa­ratu par­tyj­nego lub pań­stwo­wego. Jesz­cze w 1946 roku po­słu­gi­wali się stop­niami woj­sko­wymi. Se­kre­tarka Ro­mana Za­mbrow­skiego nie mó­wiła o nim ina­czej jak puł­kow­nik Za­mbrow­ski. I w li­stach pi­sała, że płk Za­mbrow­ski po­leca to czy tamto. Przez pierw­sze 10 lat po woj­nie dwa ty­siące by­łych KPP-owców de facto rzą­dziło Pol­ską.

Ale już wtedy, nie tylko w oko­li­cach 1968 r., były na­pię­cia mię­dzy tymi, któ­rzy przy­szli ze Wschodu a kra­jow­cami.

Oczy­wi­ście. Już od 1944 można mó­wić o ci­chym kon­flik­cie po­mię­dzy kra­jow­cami a emi­gran­tami, któ­rzy szli z I Ar­mią WP albo za nią. Po­wo­jenne kie­row­nic­two PPR po­wstało z po­łą­cze­nia kra­jo­wej PPR i Cen­tral­nego Biura Ko­mu­ni­stów Pol­ski w Związku Ra­dziec­kim. Róż­nice po­mię­dzy tymi ludźmi były znaczne. Emi­granci nie do­świad­czyli nie­miec­kiej oku­pa­cji, ich po­li­tyczne do­świad­cze­nie było przed­wo­jenne, znali inną Pol­skę niż ta rze­czy­wi­sta po woj­nie. Po­nadto kra­jowcy byli w więk­szo­ści ro­bot­ni­czymi lub chłop­skimi sa­mo­ukami, a ci ze Wschodu wy­wo­dzili się z pół in­te­li­genc­kich lub in­te­li­genc­kich śro­do­wisk.

Mieli czę­sto za sobą stu­dia za gra­nicą w zna­nych uczel­niach.

Oni byli le­piej przy­go­to­wani do rzą­dze­nia niż kra­jowcy. Mieli jed­nak jedną "skazę", o któ­rej Al­fred Lampe na­pi­sał otwar­tym tek­stem: "w więk­szo­ści Ży­dzi!". Na­wet je­śli prze­sa­dził, to pro­blem był. Otóż oba te śro­do­wi­ska spo­tkały się w Cheł­mie za­raz po prze­kro­cze­niu gra­nicy. Zo­stało za­warte mię­dzy nimi po­ro­zu­mie­nie o pa­ry­te­cie we wła­dzach PPR. Biuro Po­li­tyczne miało się skła­dać z trzech przed­sta­wi­cieli każ­dej grupy. Alek­san­der Za­wadzki zgło­sił sie­bie oraz Ja­kuba Ber­mana i Hi­la­rego Minca. Bie­rut zgło­sił tylko sie­bie i Go­mułkę. Po­mi­nął Fran­ciszka Jóź­wiaka, który był do­wódcą Ar­mii Lu­do­wej. Go­mułka we wspo­mnie­niach na­pi­sał, że py­tał Bie­ruta: "dla­czego skre­śli­łeś Franka? Prze­cież jemu się na­le­żało. Był jed­nym z trzech!". Bie­rut od­po­wie­dział, że Joź­wiak nie nada­wał do BP. Go­mułka od sie­bie sko­men­to­wał: "Trudno było od­mó­wić mu ra­cji".

W pierw­szym, wy­bra­nym w 1945 roku, kil­ku­na­sto­oso­bo­wym Ko­mi­te­cie Cen­tral­nym PPR wszy­scy mieli prze­szłość ka­pe­pow­ską, z wy­jąt­kiem Eu­ge­niu­sza Iwań­czyka-Wi­śni­cza, wy­wo­dzą­cego się z le­wi­co­wej lu­do­wej par­ty­zantki. Spo­śród 1200 de­le­ga­tów na I Zjazd PPR 800 było z KPP, w tym 700 - z emi­gra­cji w ZSRR.

Pan nie wy­wo­dził się z tego śro­do­wi­ska, a jed­nak zro­bił ka­rierę.

Zde­cy­do­wał przy­pa­dek. Wstą­pi­łem do PPS, jesz­cze słu­żąc w Głów­nym In­spek­to­ra­cie Broni Pan­cer­nej WP. Wstę­po­wa­nie woj­sko­wych do par­tii było ofi­cjal­nie za­bro­nione, ale moi ko­le­dzy, przy­ja­ciele ma­sowo za­pi­sy­wali się do PPR, która po­ta­jem­nie bu­do­wała swoje struk­tury w woj­sku. Mnie ta par­tia nie od­po­wia­dała, wy­czu­wa­łem w niej ja­kiś fałsz. By­łem oczy­tany już w li­te­ra­tu­rze po­li­tycz­nej i zda­wa­łem so­bie sprawę, że PPR tak na­prawdę jest par­tią typu ra­dziec­kiego, w po­li­tyce dyk­ta­tor­ską. Mnie ujęła lek­tura książki Ju­liana Hoch­felda My so­cja­li­ści (ze sta­no­wi­ska re­ali­zmu so­cja­li­stycz­nego). Zresztą już przed wojną czy­ta­łem "Ro­bot­nika", bo ku­po­wał go mój wuj, który był w związku za­wo­do­wym ko­le­ja­rzy. La­tem 1946 roku, pod­czas po­bytu w War­sza­wie, po­sze­dłem do sie­dziby CKW PPS. Po­wie­dzia­łem, że chcę wstą­pić do par­tii, by­łem w mun­du­rze, pa­trzyli na mnie jak na wa­riata. Kie­row­nik wy­działu woj­sko­wego, który przed­sta­wił mi się jako puł­kow­nik, od­był ze mną dość długą roz­mowę, wy­py­tu­jąc, kto je­stem zacz. Przy­jął do PPS i po­wie­dział, że­bym w woj­sku się z tym nie afi­szo­wał. Ja jed­nak się nie kry­łem, wszyst­kim ko­le­gom o tym opo­wia­da­łem. Pa­mię­tam roz­mowę z jed­nym z nich, ka­pi­ta­nem, który wy­wo­dził się z przed­wo­jen­nego woj­ska. Ten mój przy­ja­ciel po­wie­dział: "Słu­chaj An­drzej, czy ty zwa­rio­wa­łeś, po co wstą­pi­łeś do PPS?". Od­po­wie­dzia­łem: "A ty, wstę­pu­jąc do PPR, by­łeś przy zdro­wych zmy­słach?". A on na to: "PPR jest za de­mo­kra­cją, a PPS za so­cja­li­zmem. Ja je­stem prze­ciw so­cja­li­zmowi". Po­my­śla­łem so­bie: chło­pie, od­le­cia­łeś. Efekt mo­jego wstą­pie­nia był taki, że w grud­niu wy­wa­lili mnie z woj­ska, co spo­wo­do­wało, że za­czą­łem pracę w PPS i "Ro­bot­niku". Za­pi­sa­łem się też na kurs wstępny na wy­dział hi­sto­rii UW. Była to prze­wi­dziana ustawą skró­cona droga na stu­dia, z omi­nię­ciem ma­tury, dla po­szko­do­wa­nych edu­ka­cyj­nie przez wojnę. W PPS zo­sta­łem skie­ro­wany do trzy­mie­sięcz­nej szkoły par­tyj­nej, a póź­niej do pracy w Wy­dziale Pro­pa­gandy CKW. Po kilku mie­sią­cach wy­bu­chła ja­kaś afera w Bia­łym­stoku. Za ma­chlojki usu­nięto całe kie­row­nic­two tam­tej­szego ko­mi­tetu i po­wo­łano ko­mi­sa­ryczny za­rząd, w któ­rego skład wsze­dłem. La­tem 1948 r. zo­sta­łem człon­kiem Rady Na­czel­nej PPS, a na Zjeź­dzie Zjed­no­cze­nio­wym za­stępcą członka KC PZPR. No i w ten spo­sób się za­częła moja ka­riera po­li­tyczna.

Pa­nie Pro­fe­so­rze, przez całe lata od­po­wia­dał Pan lub miał wpływ na pol­ską na­ukę...

Mia­łem wpływ, to le­piej od­po­wiada rze­czy­wi­sto­ści.

Dziś mówi się, że pol­ska na­uka pod­le­gała ra­dy­kal­nej sta­li­ni­za­cji i ko­mu­ni­za­cji. W ja­kim stop­niu te opi­nie są praw­dziwe i od­no­szą się do oglądu i opisu hi­sto­rii w Pol­sce Lu­do­wej?

Trzy­majmy się na­uki hi­sto­rycz­nej. Czy była sko­mu­ni­zo­wana? To bar­dzo zło­żone py­ta­nie. Kie­dyś długo na ten te­mat roz­ma­wia­łem z Ka­ro­lem Mo­dze­lew­skim. Otóż do­szli­śmy do wnio­sku, że nie. We­dług Mo­dze­lew­skiego w 1945 roku prof. Ta­de­usz Man­teuf­fel, ofi­cer AK współ­pra­cu­jący z Biu­rem In­for­ma­cji i Pro­pa­gandy KG AK, który za­czął od­gry­wać wio­dącą rolę w od­bu­do­wie Wy­działu Hi­sto­rycz­nego UW, mu­siał dojść do ja­kie­goś po­ro­zu­mie­nia z Ja­ku­bem Ber­ma­nem. Mia­no­wi­cie do ta­kiego: śro­do­wi­sko hi­sto­ryczne nie bę­dzie wy­stę­po­wać i spi­sko­wać prze­ciwko wła­dzy i nie bę­dzie się wią­zać z pod­zie­miem, wła­dza na­to­miast nie do­kona czy­stek w ka­drze na­uko­wej, która na­dal bę­dzie wy­kła­dać so­lidną hi­sto­rię. I w isto­cie tak było. I ta słynna Kon­fe­ren­cja Hi­sto­ry­ków w Otwocku (ko­niec 1951 r.) w isto­cie to po­twier­dziła.

Pod­czas tej kon­fe­ren­cji nie bra­ko­wało na­wo­ły­wa­nia do wpro­wa­dze­nia re­wo­lu­cyj­nych zmian w na­ucza­niu hi­sto­rii.

Rze­czy­wi­ście było kilka osób, jak Żanna Kor­ma­nowa, które na­wo­ły­wały, by hi­sto­ria prze­szła na mark­sizm, ale na kon­fe­ren­cję za­pro­szono wszyst­kich li­czą­cych się uczo­nych. Na­wet kry­ty­ko­wa­nych pu­blicz­nie. Mo­gli się wy­po­wie­dzieć. Trzeba pa­mię­tać, że w wy­niku tego po­ro­zu­mie­nia wła­dzy z hi­sto­ry­kami ni­kogo z nich z uczelni nie usu­nięto. Poza jed­nym wy­jąt­kiem, Wła­dy­sła­wem Ko­nop­czyń­skim, któ­rego ode­słano na eme­ry­turę. To była hańba dla ów­cze­snej wła­dzy. Ko­nop­czyń­ski był, moim zda­niem, naj­wy­bit­niej­szym hi­sto­ry­kiem epoki no­wo­żyt­nej, twórcą Pol­skiego Słow­nika Bio­gra­ficz­nego, ode­brano mu na­wet jego re­dak­cję. Ko­nop­czyń­ski nada­wał się na so­jusz­nika no­wej wła­dzy. Mam w domu jego pierw­szy po­wo­jenny cykl rocz­nych wy­kła­dów. O mię­dzy­wo­jen­nej hi­sto­rii Pol­ski. Ta­kiej kry­tyki sa­na­cji, jaka jest w tych wy­kła­dach, ża­den ko­mu­ni­sta nie prze­pro­wa­dził.

To zro­zu­miałe, był prze­cież en­de­kiem.

Był wielką po­sta­cią na­uki, a jed­nak go usu­nęli. To była ze­msta na­szych ży­dow­skich ko­mu­ni­stów za to, że po­parł getto ław­kowe.

Oce­nia­jąc pol­ską na­ukę w PRL, trzeba po­wie­dzieć, że w pol­skiej na­uce ni­gdy nie było ły­sen­ki­zmu, nie do­szło też do po­tę­pie­nia teo­rii względ­no­ści. Ow­szem skła­dano słowną da­ninę mark­si­zmowi i le­ni­ni­zmowi, były en­klawy chwal­ców, ale więk­szość szła swoją na­ukową drogą...

Co w PRL było naj­bar­dziej nie­zgodne z prawdą hi­sto­ryczną?

Opo­wieść o sto­sun­kach pol­sko-ra­dziec­kich, ale już o wcze­śniej­szych pol­sko-ro­syj­skich w nie­wiel­kim stop­niu. Ow­szem, te naj­now­sze były tro­chę ko­lo­ry­zo­wane, ale daw­niej­sza hi­sto­ria była pod wzglę­dem po­ziomu, na­wet za cza­sów sta­li­ni­zmu, bez za­rzutu. Prace hi­sto­ry­ków, poza sto­sun­kami pol­sko-ra­dziec­kimi, były zgodne z re­gu­łami na­uki. I poza ry­tu­al­nym przy­to­cze­niem we wstę­pie paru cy­ta­tów z mark­si­zmu-le­ni­ni­zmu hi­sto­rycy rze­tel­nie pi­sali o prze­szło­ści. Po Paź­dzier­niku '56 po­li­tyka na­ukowa ule­gła znacz­nej nor­ma­li­za­cji, poza owymi sto­sun­kami pol­sko-ra­dziec­kimi. Go­mułka po­pie­rał te ob­ostrze­nia, mó­wił, że mamy dość pro­ble­mów z Krem­lem, żeby jesz­cze do­da­wać so­bie spory hi­sto­ryczne. Coś w ro­dzaju: Wiem, że nie je­ste­śmy w po­rządku, ale uwa­żam, że tak trzeba, bo tego wy­maga in­te­res pań­stwa...

Ten spo­sób my­śle­nia Go­mułki obo­wią­zy­wał za Gierka i wcze­snego Ja­ru­zel­skiego.

W la­tach 70. i 80. znacz­nie zmie­niły się oceny prze­szło­ści, szcze­gól­nie II RP, Pił­sud­skiego i AK, a na­wet obozu lon­dyń­skiego. Pro­szę za­uwa­żyć, ile wy­dano źró­deł do wy­mie­nio­nych okre­sów, wręcz fun­da­men­tal­nych. Już nie mó­wię o do­stę­pie do li­te­ra­tury wy­da­wa­nej na Za­cho­dzie.

Ostat­nie lata PRL w za­sa­dzie były już bez cen­zury.

To prawda, po­szcze­gólne wy­daw­nic­twa prze­ści­gały się, by wy­da­wać w du­żych na­kła­dach książki za­gra­nicz­nych au­to­rów, także pol­skich, pre­zen­tu­ją­cych swoje usta­le­nia w pro­ce­sie ba­dań hi­sto­rycz­nych. Pawła Ja­sie­nicy Rzecz­po­spo­lita obojga na­ro­dów biła re­kordy na­kła­dów.

Pa­nie Pro­fe­so­rze, przejdźmy do współ­cze­sno­ści. Na­stą­piła zmiana ustroju. Na­stała III RP, w któ­rej ge­ne­ral­nie za­kwe­stio­no­wano po­li­tykę hi­sto­ryczną Pol­ski Lu­do­wej.

To, co wy­pra­wia się w ra­mach tejże po­li­tyki, jest bar­dzo pry­mi­tywne. Po­wiem otwar­cie, ta­kiego za­kła­ma­nia w na­uce hi­sto­rycz­nej, tej ofi­cjal­nej, je­żeli cho­dzi o Pol­skę Lu­dową, ale nie tylko, ni­gdy przed­tem nie było. To, co wy­pra­wia IPN, przy­po­mi­nać może je­dy­nie czasy sta­li­now­skie. Uza­sad­nione jest po­rów­na­nie IPN do Za­kładu Hi­sto­rii Par­tii, ale wtedy to był mar­gi­nes na­uki hi­sto­rycz­nej. Otrzy­my­wał mar­gi­nes pie­nię­dzy prze­zna­cza­nych na ba­da­nia. A dziś? IPN ma bu­dżet dwa razy więk­szy niż cała Pol­ska Aka­de­mia Nauk na wszyst­kie dzie­dziny na­uki!

Uni­wer­sy­tecka na­uka hi­sto­ryczna przez pierw­sze dzie­się­cio­le­cie po upadku PRL re­ago­wała bier­nie na wszyst­kie hi­sto­ryczne kłam­stwa i bzdury. Jak gdyby za­chły­snęła się uzy­ska­niem su­we­ren­no­ści i nie prze­ciw­sta­wiała się róż­nym dzi­wac­twom i fał­szom hi­sto­rycz­nym. Jed­nak od ja­kichś 15 lat na­uki hi­sto­ryczne, w wy­da­niu uni­wer­sy­tec­kim i PAN, co­raz bar­dziej bro­nią się przed na­rzu­ca­niem wi­zji prze­szło­ści ro­dem z IPN. Po­wstają co­raz wy­bit­niej­sze, bar­dzo obiek­tywne na­ukowo prace, rów­nież o Pol­sce Lu­do­wej.

Hi­sto­ria Po­li­tyczna Pol­ski 1944-1991 An­drzeja Le­ona Sowy sta­nowi wzór pracy ba­da­cza.

Po­ja­wiło się też wiele in­nych prac, jak An­drzeja Le­dera Prze­śniona re­wo­lu­cja czy Hi­sto­ria lu­dowa Pol­ski Adama Lesz­czyń­skiego. A prace An­drzeja Frisz­kego? Pi­sze hi­sto­rię opo­zy­cji z po­zy­cji opo­zy­cji, ale przed­sta­wia ją obiek­tyw­nie. Tak więc jest co­raz wię­cej rze­tel­nej hi­sto­rycz­nej li­te­ra­tury, po­wsta­łej w opo­zy­cji do ofi­cjal­nej pro­pa­gandy hi­sto­rycz­nej, i dla­tego są­dzę, że pol­ska na­uka hi­sto­ryczna się obroni. Z do­brym skut­kiem dla Pol­ski i Po­la­ków.

A co, Pana zda­niem, w po­li­tyce hi­sto­rycz­nej pra­wicy i sa­mego IPN jest naj­bar­dziej za­fał­szo­wane, prze­mil­czane?

Fun­da­men­tal­nie za­fał­szo­wany jest cały okres Pol­ski Lu­do­wej, w za­sa­dzie usuwa się ją z hi­sto­rii Pol­ski. Wię­cej, można po­wie­dzieć, że całe ostat­nie stu­le­cie Pol­ski jest za­fał­szo­wane. Glo­ry­fi­kuje się bez­kry­tycz­nie okres mię­dzy­wo­jenny. Po pew­nych pró­bach przy­zwo­itego opi­sa­nia hi­sto­rii wo­jen­nej, ją też zdo­łano za­fał­szo­wać, czego Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skiego jest do­bit­nym przy­kła­dem. Za­fał­szo­wano nie tylko hi­sto­rię po­wsta­nia, ale też dzieje AK. A to, co się wy­ra­bia w ra­mach kultu żoł­nie­rzy wy­klę­tych, to już czy­sta kpina z prze­szło­ści i ro­zumu. Prze­cież ci żoł­nie­rze to bun­tow­nicy wo­bec rządu emi­gra­cyj­nego i Ar­mii Kra­jo­wej. Te­raz zo­stali wy­nie­sieni na oł­ta­rze.

Do tego do­cho­dzi nie­sa­mo­wity kult źró­deł po­li­cyj­nych.

W Pol­sce Lu­do­wej po­li­cja po­li­tyczna była pa­skudna. Mało kom­pe­tentna, mało pro­fe­sjo­nalna. In­try­gancka i po­li­ty­kier­ska. Jej źró­dła, te wszyst­kie teczki, są kłam­liwe. Wielu lu­dzi w nich oplu­skwiono. Jako kie­row­nik Wy­działu Na­uki KC, a po­tem se­kre­tarz KC, sporo czasu po­świę­ca­łem na utarczki z opi­niami bez­pieki o lu­dziach na­uki. For­mu­ło­wa­nymi na pod­sta­wie pod­słu­chów i do­no­sów. Nie tylko prze­ciw opo­zy­cjo­ni­stom, ale też prze­ciwko człon­kom par­tii. Te­raz za­pa­no­wał zdu­mie­wa­jący kult tych bez­piecz­niac­kich pa­pie­rów. Spo­rej czę­ści mło­dych hi­sto­ry­ków to, co na­pi­sano w tych tecz­kach, wy­daje się świętą prawdą... Cie­kawe jest przy tym, że Ko­ściół też do­stał za swoje. Wielu du­chow­nych po­są­dzono o współ­pracę ze Służbą Bez­pie­czeń­stwa. Oni nie byli żad­nymi agen­tami, taj­nymi współ­pra­cow­ni­kami. Po pro­stu pro­wa­dzili swoją grę z bez­pieką po to, żeby uzy­skać moż­li­wo­ści wy­jazdu do Wa­ty­kanu lub po­zwo­le­nie na bu­dowę ko­ścioła i uchro­nić jego fi­nanse.

Mieli kon­takty z bez­piecz­nia­kami rów­nież z uwagi na swoje za­cho­wa­nia sek­su­alne, pe­do­fil­skie. W pew­nym sen­sie ich chro­niono.

Prze­pra­szam, a dziś, w rze­komo wol­nej Pol­sce ich się nie chroni w prze­różny spo­sób? Dziś du­chowni nie są po­li­tycz­nie wy­ko­rzy­sty­wani przez wła­dzę?

Te dwa Pań­skie tomy to ele­ment walki z do­ko­na­niami IPN? Czy ra­czej są od­trutką na fał­szo­wa­nie hi­sto­rii?

Bar­dziej od­trutką na fał­sze niż walką z nimi. W mo­ich tek­stach sta­ra­łem się przed­sta­wiać, moż­li­wie naj­rze­tel­niej, jak było na­prawdę. Prze­ciw­sta­wiać się fał­szowi nie tyle po­le­micz­nie, lecz po­przez przed­sta­wie­nie prze­szło­ści taką, jaką była, bez oczer­nia­nia i ko­lo­ry­zo­wa­nia. To, co jest za­warte w tych dwóch to­mach, to rzec można obrona sta­no­wi­ska re­ali­zmu po­li­tycz­nego. Tak jak w książce Ju­liana Hoch­felda i, bar­dziej do­bit­nie, w jego wy­stą­pie­niu z wrze­śnia 1946 r., które włą­czy­łem do Aneksu w to­mie pierw­szym.

W tek­stach skła­da­ją­cych się na oba tomy szu­kam od­po­wie­dzi na za­sad­ni­cze py­ta­nie: ja­kie Pol­ska miała szanse w cza­sie II wojny świa­to­wej i czy było ją stać po tej woj­nie na re­ali­styczną po­li­tykę. I które z tych szans zo­stały zmar­no­wane, a które czę­ściowo przy­naj­mniej wy­ko­rzy­stano. Po­nadto - dzi­siej­szych stan­dar­dów nie przy­kła­dam do mi­nio­nych cza­sów. A to dziś zda­rza się na­gmin­nie, zwłasz­cza w an­ty­pe­ere­low­skiej pu­bli­cy­styce.

Bar­dzo dzię­kuję za roz­mowę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki