ROZDZIAŁ SIÓDMY
Przenikliwe zimno przyjęła z zadowoleniem. Walcząc z natłokiem myśli,
starała się omijać kałuże. Miała wrażenie, że jej mózg zmienił się w motek poplątanej wełny. Idąc za truchtającą Dotty, skręciła w Holland
Park Avenue. Dudnienie czarnych taksówek i piętrowych autobusów
przypomniało jej, że znajduje się w jednym ze swoich ulubionych miejsc
na świecie: w bijącym sercu miasta. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że
mogłaby mieszkać gdzie indziej, choć praca w tętniącej życiem metropolii
niosła ze sobą potężne wyzwania. Seria brutalnych przestępstw nie
ustawała i w ostatnich kilku latach Amy winą za nocne koszmary obarczała
właśnie swoją pracę. Kontakty z mordercami i psychopatami nie mogły nie
wywrzeć na nią wpływu. Teraz jednak zdała sobie sprawę, że w tych snach
patrzyła oczyma dziecka: gdy wchodziła do pełnej pająków piwnicy, gdy
szukała, zawsze szukała... i nie mogła znaleźć drogi na zewnątrz. Panujący
tam zapach, ciężki i obrzydliwy, identyczny jak ten, który wielokrotnie
towarzyszył jej w pracy. To był zapach śmierci.
Podczas gdy Dotty dreptała obok niej, Amy poczuła, jak nagle, bez
ostrzeżenia żołądek podchodzi jej do gardła. Pośpiesznie sięgnęła po
torebkę na psie kupy, w ostatniej chwili rozchyliła cienki plastik i zwymiotowała do torebki przygotowane przez matkę śniadanie. Ignorując
ciekawskie spojrzenia przechodniów, zawiązała torebkę i wrzuciła ją do
najbliższego kosza na śmieci. Dotty, wpatrując się w nią wielkimi jak z kreskówki oczami, zaskamlała.
- Już dobrze. - Amy wytarła usta wierzchem dłoni. - Nic nam nie będzie.
Jednak słowa te nie zabrzmiały przekonująco. Od śmierci Roberta czuła,
że goni resztkami sił. Skąd, do licha, miałaby wziąć energię niezbędną
do stawienia czoła Lillian Grimes? Gdyby tylko ojciec był tutaj... Gdyby
tylko mogła to z nim omówić. Nie była w stanie oprzeć się wrażeniu, że
ją zdradził. Przecież mógł jej jakoś powiedzieć o wszystkim, kiedy była
młodsza. Pomóc uporać się z przeszłością. A może on i matka wstydzili
się tego, kim naprawdę jest przybrana córka? Szła zamyślona i dopiero
gdy smycz się napięła, zauważyła, że Dotty za nią nie nadąża.
- Co się dzieje? - spytała i ogarnęły ją wyrzuty sumienia, że tak
pędziła. - Masz dość? - Suczka stała z wywieszonym na bok językiem. Była
damą, która nie lubi się śpieszyć. - Chcesz iść do domu?
W odpowiedzi Dotty zamachała ogonkiem, kręcąc przy tym całym ciałem, a potem ruszyła z powrotem drogą, którą przyszły. Amy spojrzała w niebo.
Zapowiadało się, że znowu będzie padać. Z myślami równie
przytłaczającymi jak ciemniejące chmury nad głową, powlokła się w kierunku domu. Czubki jej butów zwilgotniały od niedawno spadłego
deszczu.
Kiedy skręciła w Royal Crescent, z zadumy wyrwał ją odgłos ciężkich
kroków.
- Dotty!
Gdy smycz szarpnęła, Amy wzięła gwałtowny wdech. Nagłe podekscytowanie
suczki, zazwyczaj obojętnej wobec obcych, sugerowało, że za nimi
znajduje się ktoś znajomy.
Odwróciła się i, mrużąc oczy przed mżawką, rozpoznała mężczyznę.
- Och! Co tu robisz? - W jej głosie dało się usłyszeć niezadowolenie.
Adam Rossi jako dziennikarz nieraz spotykał się z odmową, ale w życiu
prywatnym raczej nie doświadczał odrzucenia ze strony przedstawicielek
płci przeciwnej. Zwolnił teraz kroku i szedł obok Amy. Nie zmienił się
przez te sześć miesięcy, czyli od momentu, gdy widziała go po raz
ostatni. Tak samo pewny siebie, ten sam błysk w oku. Włoskie pochodzenie
zapewniało mu zarówno atrakcyjny wygląd, jak i wdzięk, dzięki którym
potrafił sobie poradzić niemal w każdej sytuacji. Ale nie teraz. Amy
maszerowała jak automat, żałując, że w ogóle wyszła na dwór.
- Przestałaś odbierać moje telefony - wytknął jej. - Domyślam się
również, że twój program blokuje moje e-maile.
- Zablokowałam cię z konkretnego powodu. - Wbiła wzrok w drogę przed
sobą. Nie widziała sensu w roztrząsaniu tej starej sprawy. - Co tutaj
robisz? Myślałam, że się przeniosłeś.
- Nie wyszło. Tęskniłem za Londynem. Tęskniłem... za tobą. - Uśmiechnął
się, napotykając jej niezbyt przyjazne spojrzenie. - Daj spokój,
dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Nie odpowiadam za swoją mimikę, kiedy mówisz - odburknęła.
Skupiła się na pęknięciach w betonie i na chwastach wyciągających się ku
nikłemu porannemu światłu. Nie, nie da mu się znowu nabrać.
- Przykro mi z powodu twojego taty. Wiem, że mnie nie lubił, ale był
dobrym człowiekiem. Twoja mama jest na pewno zdruzgotana.
- Tak - przyznała Amy półgębkiem. Dostrzegłszy dom, przyspieszyła kroku.
Nie zaprzeczyła, ponieważ powiedział prawdę. Flora była zachwycona ich
zaręczynami, Craig także zaaprobował narzeczonego siostry. Nawet Dotty
łagodniała w obecności Adama. Ale Robert... Od pierwszego dnia podchodził
do niego z rezerwą. Teraz rozumiała powody. Powściągliwość ojca nie
miała związku z faktem, że Adam oszukiwał, chodziło raczej o jego
profesję. Możliwość, że jako dziennikarz odkryje prawdę.
- Znowu pracuję dla "The London Echo". Dostałem awans. Jestem szefem
aktualności - ciągnął mężczyzna.
- Cieszę się, że wszystko ci się ułożyło. - Amy oparła palce na ostrych
metalowych kolcach ogrodzenia, które otaczało jej dom. - Muszę wejść,
więc...
- Zastanawiałem się - przerwał jej Adam, pochylając się i drapiąc po
łbie tańczącą wokół jego stóp Dotty. - Pogrzeb twojego taty ponownie
przyciągnął uwagę do sprawy Grimesów. Pomyślałem, że dobrze byłoby
przeprowadzić wywiady z członkami jego rodziny, porozmawiać o śledztwie
i zatrzymaniu tych - podniósł palce i pokazał znaki cudzysłowu - Bestii
z Brentwood.
Amy znieruchomiała, przerażona. Adamowi nawet w najlepszych czasach
brakowało delikatności, tym razem jednak naprawdę sięgnął dna. Jego
słowa posłużyły jako otrzeźwiające przypomnienie przyczyn, dla których
ich związek się zakończył. Kolejna straszna myśl błysnęła jak grom z jasnego nieba. A co, jeśli Adam już wiedział, kim ona naprawdę jest?
Szarpnęła Dotty, zaciskając pięści na smyczy.
- Ty hieno - wyrzuciła z siebie z kamienną twarzą. - Tato ledwie spoczął
w grobie, a ty już przeszukujesz jego zwłoki.
- Hej, przychodzę w pokoju. - Adam uśmiechnął się, podnosząc dłonie. -
Bardzo szanowałem Roberta. Chciałem po prostu złożyć mu hołd.
Przygotowaliśmy wywiady z członkami rodzin ofiar...
Amy przewróciła oczyma, dotknięta jego brakiem kultury.
- Hołd? - wściekła się. Uniosła palec i dźgała go w pierś po każdym
wypowiadanym zdaniu. - Hołdem byłoby pójście na pogrzeb i złożenie
uszanowania. Hołdem byłoby pozostanie po ceremonii i pocieszenie mojej
pogrążonej w smutku mamy. Funkcjonariusze stojący w samych mundurach w ulewnym deszczu - to był hołd. Nie masz pojęcia, co to słowo oznacza...
Szukała wśród kluczy tego od drzwi wejściowych, a gdy nie udało jej się
go znaleźć, wypuściła gwałtownie powietrze.
- Gdybyś mnie tylko wysłuchała - naciskał Adam, a w jego tonie pojawiło
się lekkie rozdrażnienie.
- Nie, to ty mnie posłuchaj. Nie zapraszałam cię, a ty zajmujesz mi
czas. Zjawiasz się tutaj i idziesz za mną... Nie mam zamiaru słuchać tego,
co masz do powiedzenia. - Zamarła, gdy złapał ją za ramię. - Nie dotykaj
mnie - syknęła i mężczyzna natychmiast ją puścił.
Nie odwracając się za siebie, pokonała kilka stopni dzielących ją od
drzwi.
- Porca miseria!1 - dotarło do niej włoskie przekleństwo. -
Zadzwoń do mnie, kiedy ochłoniesz - krzyknął Adam, a potem odszedł.
Gdy zamykała za sobą drzwi, usłyszała głos dobiegający z kuchni:
- Czy to ty, kochanie? - spytała matka, pogodniej niż wcześniej.
- Tak, przyjdę do ciebie za minutkę - odpowiedziała. Odpięła suczce
smycz i powiesiła na haku w korytarzu. - Zdrajczyni. - Wpatrzyła się z gniewem w Dotty, która w odpowiedzi niewinnie zamachała zakręconym
ogonkiem.
Amy się uśmiechnęła. Nigdy nie potrafiła się na nią długo gniewać.
Wsunęła palce do kieszeni, wyjęła list i jeszcze raz go przeczytała.
Gdyby Adam się o tym wszystkim dowiedział, informacja o jej pochodzeniu
mogłaby trafić na pierwsze strony gazet. Co pomyśleliby wtedy inni
funkcjonariusze, koledzy z pracy? Świat Amy by runął, jeden element po
drugim, niczym kostki domina. Tak łatwo byłoby wrzucić kartkę do
płonącego w kominku ognia i zostawić wszystko, jak było. Ale słowa z listu na to nie pozwalały. Dawały szansę na spełnienie ostatniego
życzenia jej ojca. "Są jeszcze trzy pogrzebane ciała. Trzy rodziny,
które dzięki tobie mogłyby zaznać spokoju".
Otworzyła kopertę i już miała wsunąć list z powrotem do środka, kiedy
zauważyła karteczkę samoprzylepną. Za pierwszym razem tak się śpieszyła,
że przegapiła dodatkową wiadomość. Oderwała karteczkę i na widok tego
samego, pełnego zawijasów pisma oczy jej się rozszerzyły.
"Zapisałam cię na odwiedziny w ten czwartek o 14.30".
W czwartek? To było jutro. Prawdopodobnie Lillian zarezerwowała termin
już po napisaniu listu, dając Amy niewiele czasu na odmowę. Obecnie mało
kto rezerwował odwiedziny inaczej niż przez Internet.
- Filiżankę herbaty? - głos Flory ponownie dobiegł z kuchni.
- Tak, poproszę - zawołała Amy, chowając list z powrotem do kieszeni.
Rzuciła okiem na lustro w korytarzu przygładziła jasnobrązowe włosy,
które od deszczu znów zaczęły się kręcić. Wiedziała, że Flora spróbuje
jej wyperswadować pomysł, ostrzec przed ponownym spotkaniem z Lillian.
Nie mogła powiedzieć matce, co zamierza zrobić. Mimo zdenerwowania była
zdecydowana; wystarczającym powodem do złożenia wizyty była chęć
odnalezienia miejsc pochówku trzech zaginionych dziewczynek.
Paradoksalnie widok matki pogrążonej w żałobie dodawał Amy sił, czyniąc
ją osobą, która nad wszystkim panuje. Zamiast tego, co było łatwe,
musiała zrobić to, co było właściwe. Odłożyć na bok własne uczucia,
wypełnić ostatnią wolę ojca i sprowadzić te dziewczynki do domu.
Zrzuciła buty i cicho poszła do kuchni, bezgłośnie powtarzając jak
mantrę: "Potrafię to zrobić. Zrobię to". Ale na myśl o tym, że ma stanąć
twarzą w twarz z kobietą, która może zniszczyć jej życie, nogi się pod
nią ugięły.
Porca miseria (wł.) - cholera. [wróć]
29 października 1987
Zabójczyni z duetu zwanego "Bestiami z Brentwood" otrzymuje wyrok
dożywotniego więzienia
Za zamordowanie dziewięciu młodych kobiet sąd koronny Chelmsford skazał
Lillian Grimes z duetu zabójców nazwanych "Bestiami z Brentwood" na
dożywotni pobyt w więzieniu. Sędzia Michael Devine oświadczył, że
wielokrotna morderczyni, która nie przyznaje się do udziału w zbrodniach, stanowi zagrożenie dla społeczeństwa i nigdy nie powinna
wyjść na wolność. Ciała sześciu młodych kobiet, w wieku od trzynastu do
dwudziestu trzech lat, znaleziono na terenie posesji Newbold Street
numer 13 w Brentwood, która od 1972 roku należała do Lillian Grimes i jej męża Jacka. Za zabitym deskami kominkiem odkryto też szczątki córki
zabójców, Sally-Ann Grimes.
Oskarżona, 34-letnia matka czworga dzieci - mimo przytłaczających
dowodów przeciwko niej - w trakcie procesu niezmiennie twierdziła, że
jest niewinna. Zdaniem jej adwokata dowody te sfałszowała policja, chcąc
się pochwalić sukcesem w postaci szybkiego skazania. Lillian Grimes
będzie się odwoływać od wyroku.
Jej męża Jacka, lat 39, znaleziono martwego w celi dwa miesiące przed
rozprawą, podczas której podobno zamierzał ujawnić miejsca pochówku
kolejnych trzech ofiar. Według źródeł oficjalnych, jego zgon spowodowała
niezdiagnozowana wcześniej choroba serca.
Jacka i Lillian Grimesów aresztowano w następstwie wizyty
przedstawicieli opieki społecznej w ich domu w związku ze zniknięciem
15-letniej Sally-Ann Grimes. Pozostała trójka dzieci morderczej pary
trafiła do ośrodka opiekuńczego.
Przysięgłym, pięciu mężczyznom i sześciu kobietom, przedstawiono w sądzie dowody, łącznie z odrażającymi szczegółami opowieści, w jaki
sposób para zwabiła osiem z dziewięciu ofiar do swojego domu, gdzie
dopuściła się wobec nich przemocy seksualnej. Następnie Grimesowie
brutalnie zamordowali i pogrzebali kobiety w ogrodzie, we wnękach
ściennych oraz w domu pod podłogą. Lillian utrzymywała, że do śmierci
córki Sally-Ann doszło przypadkowo, lecz w wyniku badań
kryminalistycznych ustalono, że dziewczynka otrzymała silny cios w głowę. Sędziowie nie dali wiary zapewnieniom o niewinności oskarżonej i po jedenastu godzinach obrad uznali Lillian Grimes za winną zarzucanych
jej czynów.
Oficer śledczy, nadkomisarz Robert Winter z Policji Essex, oświadczył,
że nadal prowadzone jest dochodzenie celem ustalenia miejsc pochówku
trzech ofiar, których ciała nie zostały do tej pory odnalezione.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
1986
Na dół, do miejsca, gdzie nie wolno było jej schodzić, przyciągnął Poppy
odgłos skrobania. Kiedy dotknęła bosymi stopami schodów, zmarszczyła
nos, żałując, że nie potrafi przegonić tego okropnego zapachu. Nie
chciała nawet myśleć o pająku, który utkał olbrzymie pajęczyny zwisające
z piwnicznych krokwi. Rozejrzała się po pomieszczeniu i zobaczyła
łuszczącą się farbę i kartonowe pudła piętrzące się wysoko pod ścianami.
- Hammy - wyszeptała, czując, jak serce trzepocze jej w piersi niczym
motyl. Wcześniej wylała swój specjalny wieczorny napój, ponieważ nie
chciała mieć koszmarów, które ją po nim nawiedzały. Potem leżała w łóżku
i nie mogła zasnąć. Nie była w stanie przestać myśleć o zwierzątku,
zaginionym i samotnym w ciemnościach. - Hammy - szepnęła po raz drugi,
czując pod stopami zimną podłogę piwnicy. Uważnie wpatrując się w przyćmione światło, przeszła na paluszkach obok leżącego na podłodze
starego jednoosobowego materaca. Nie wiedziała, dlaczego ojciec trzyma
łóżko w pomieszczeniu, w którym pracuje. Wystraszyła się na widok
czerwonych plam. Zerknęła za siebie, na prowadzące do piwnicy stopnie, i zadała sobie pytanie, czy jej chomik umiałby sam pokonać tę drogę w dół,
aż tutaj. Zgrzyt... zgrzyt... zgrzyt... Dźwięk dochodził z wielkiego
drewnianego kufra w kącie, lecz wydawał się zbyt głośny jak na chomika.
Poppy zesztywniała. Jeśli nie skrobał Hammy, to kto?
- Co tu robisz? - spytała chrapliwie ze szczytu schodów Sally-Ann, tak,
że Poppy podskoczyła.
Starsza siostra była dla niej jak matka, bo gdy rodzice przebywali
daleko, dbała o nią. Ale dzisiaj oczy Sally-Ann wyglądały jak duże
spodki, a twarz miała bardzo bladą.
Poppy zagryzła wargi. Złamała zasady. Miała kłopoty.
- Hammy wyszedł - wyszeptała. Wskazała na narożnik pomieszczenia. -
Jest, o, tam.
Jednak skrobanie już ustało i zastąpiły je ciche jęki. Poppy odwinęła
rękawy koszuli nocnej z My Little Pony, zakryte palce zacisnęła w pięści. Rozpaczliwie chciała wsunąć sobie do buzi kciuk, ale dostałaby
za to kolejne upomnienie od siostry, a przecież miała już dość
problemów.
Sally-Ann szybko zeszła, zeskakując po kilka stopni, i stanęła obok.
- To nie Hammy - szepnęła, zerkając w górę, na snop światła u szczytu
schodów, a potem znów popatrzyła na Poppy. - I nie powinnaś tu
przebywać. - Gdy na piętrze trzasnęły drzwi, jej głos zmienił się w pisk. - To tato! O Boże, jeśli nas złapie, to będzie koniec.
Chwyciła Poppy za ramię i pociągnęła ją, planując ucieczkę drogą, którą
tu przyszły. Niestety, było na to za późno. Ciężkie kroki coraz głośniej
rozbrzmiewały echem w korytarzu.
Na ten odgłos Poppy zacisnęła pięści tak mocno, że wbiła sobie paznokcie
w dłonie. Jeśli tato przyłapie je tu, na dole, stłucze je pasem.
- Szybko, ukryj się - wyszeptała Sally-Ann, zaciskając palce na ramieniu
siostry i starając się ją odciągnąć.
- Auu, boli - zapiszczała dziewczynka i łzy stanęły jej w oczach.
Tak naprawdę chciała powiedzieć, że jest przerażona, bardziej niż
kiedykolwiek w całym swoim życiu. Strach w oczach siostry mówił jej, że
ryzykują coś więcej niż tylko pasy. Miała świadomość, że Sally-Ann
widziała różne rzeczy, rzeczy tajemne, którymi nie mogła się z nią
podzielić. Odgłos kroków był teraz wyraźny. Ojciec zjawi się za kilka
sekund.
- Ukryj się tutaj - wykrztusiła Sally-Ann, wsuwając ręce pod pachy Poppy
i unosząc ją w powietrze. - Nie płacz. Nie wydawaj żadnego dźwięku,
obojętnie, co się stanie. Słyszysz? Bądź cicho bez względu na wszystko,
albo i ty zginiesz!
Poppy znalazła się w koszu na pranie częściowo zapełnionym brudną
bielizną pościelową. Plamy na materiale były tego samego koloru, co te
na materacu - burgundowoczerwone. Kiedy wsuwała się w wąską przestrzeń,
serce biło jej jak młotem. Dzięki jednej, zbyt przerażającej dla jej
czteroletniego mózgu, myśli zrozumiała, że zaschniętą aż do twardej
skorupy cieczą jest krew. Zdławiła krzyk, gdy Sally-Ann przykryła ją
prześcieradłem, a następnie nałożyła z powrotem pokrywę. Powstrzymując
się od płaczu, Poppy wyplątała się z otulającego ją prześcieradła. Przez
szczelinę w wiklinowym koszu zobaczyła ojca, który chwiejnym krokiem
schodził po schodach. Wysoki i barczysty, zdawał się olbrzymem, gdy
wypijał duży łyk z niesionej butelki. Z grymasem na twarzy rozejrzał się
szybko po pomieszczeniu, a Poppy zaczęła się modlić, żeby siostra na
czas znalazła kryjówkę. Nie mogła sobie pozwolić na myśli o krwi na
pościeli ani zastanawiać się, dlaczego ojciec ciągnie kufer z narożnika.
Przez jego twarz przemknął uśmiech, lecz nie był on miły.
Podbródek jej zadrżał i cicho westchnęła, żałując, że w ogóle wstawała z łóżka.
Kiedy ojciec dźwignął z kufra nagie, zakrwawione ciało, Poppy - starając
się powstrzymać krzyk - przycisnęła do ust najpierw jedną rączkę, a potem obie. Ale Sally-Ann sama nie skorzystała z rady, której udzieliła
młodszej siostrze, i Poppy wzdrygnęła się, słysząc jej gwałtowny wdech.
Ojciec zareagował natychmiast. Wielkimi krokami przeszedł za stos
kartonów i wyciągnął Sally-Ann za warkocze, po czym wziął butelkę, którą
wcześniej postawił na podłodze. Ryknął wściekle i szarpnął dziewczynkę
mocno za włosy, równocześnie unosząc butelkę nad głowę.
Poppy zamknęła mocno oczy i wcisnęła sobie palce w uszy, żeby nie
słyszeć hałasów. To się nie działo! Nie mogło! Ciepły mocz pociekł jej
po wnętrzach ud. Ogarnął ją potworny strach. Wiedziała, że cała sytuacja
jest aż do bólu rzeczywista. Mimowolnie otworzyła oczy i dostrzegła
schodzącą po schodach matkę.
- Co zrobiłeś? - Lillian, oceniając sytuację, sapnęła z przerażeniem.
Przełykając łzy, Poppy podążyła za spojrzeniem matki i zobaczyła
Sally-Ann, leżącą na podłodze piwnicy, nienaturalnie skręconą i bez
życia.
ROZDZIAŁ DRUGI
Wrzesień 2018
Deszcz ciężko bębnił o czarne parasole, nie mógł jednak zagłuszyć
szlochów żałobników. Amy, zazdroszcząc im umiejętności płaczu, na znak
szacunku pochyliła głowę. To byli koledzy jej ojca z policji miejskiej
The Met1, z których był dumny i którzy byli również jej kolegami
po fachu. Przyklęknęła, wzięła garść wilgotnej ziemi i cisnęła ją na
trumnę. Potem rzuciła też kilkanaście pojedynczych róż i czerpała
pociechę z widoku skropionych deszczem mundurów stojących w rzędzie
funkcjonariuszy, którzy przybyli pożegnać zmarłego.
Gdy Craig, jej brat, otoczył ją ramieniem, nie zdołała się powstrzymać i napięła wszystkie mięśnie. Uścisnął ją i od razu się odsunął, a ona
odpowiedziała skruszonym półuśmiechem. Dlaczego zachowywała się tak
dziwnie? Nie potrafiła się rozpłakać na pogrzebie własnego ojca, a teraz
najwyraźniej nie umiała przyjąć braterskiego uścisku. Zdjęła rękawiczki,
wepchnęła je do kieszeni płaszcza, dotknęła twardych krawędzi breloczka
na klucze z napisem "007", prezentu od ojca sprzed sześciu miesięcy.
Odchrząknęła, czując gulę w gardle i usiłując zapanować nad ogarniającym
ją żalem. Kto będzie z nią teraz oglądał filmy o Bondzie?
* * *
Zaledwie dwadzieścia cztery godziny po pogrzebie usiadła w skórzanym
fotelu w parterowym domu Dougiego Griffithsa. Raz na tydzień przez
ostatnie osiem lat dokładnie ten sam fotel zajmował jej ojciec, gdy
odwiedzał swojego byłego partnera. Szare oczy Amy patrzyły na zdjęcia
zdobiące kominek, które przedstawiały historię życia Dougiego: zamazana
fotografia jego rodziców, którzy przybyli tutaj z Jamajki, emigrując w nadziei na lepsze życie, ujęcie mieszkania we wschodnim Londynie, gdzie
Dougie dorastał, oraz fotka z jego pierwszego dnia w szkole. Następne
zdjęcie wywołało u niej uśmiech - zobaczyła młodego Dougiego, gdy po raz
pierwszy włożył policyjny mundur, z piersią wypiętą z dumy i wciśniętym
pod hełm afro. Ojca Amy poznał w policji Essex i w tym samym czasie
przenieśli się do miejskiej londyńskiej. Niestety ich współpracę
przerwał wypadek, w którym Dougie odniósł poważne obrażenia i już na
zawsze utknął na wózku inwalidzkim. Wzrok Amy padł na ostatnią
fotografię, na wzniesione szklaneczki Griffithsa i jej ojca, w pubie,
gdzie świętowali jeden ze swoich policyjnych sukcesów. Nie potrafiła
zrozumieć, jak czyjeś serce, które wcześniej zaciekle biło dla
sprawiedliwości, mogło zatrzymać się bez ostrzeżenia, i to tak nagle, że
nawet nie zdążyli się pożegnać. Westchnęła. Człowiek tak silny jak
ojciec nie powinien po prostu zgasnąć. Jakaś jego część, jego duch, na
pewno gdzieś tu była, namawiając Amy do kontynuowania jego pracy.
- Kazałbym ci wrócić do domu, ale przypuszczam, że tylko strzępiłbym
sobie język. - Z zadumy wyrwał ją wschodniolondyński akcent Dougiego.
- Dzięki - powiedziała, wypijając łyk gorącego, słodkiego napoju i posyłając mężczyźnie porozumiewawczy uśmiech. - Wiesz, jak tato kochał
te swoje rytuały. Nie zamierzam zrywać z tradycją.
Dougie podjechał do niej na wózku, nie wylewając ani kropli herbaty na
tacę, którą postawił sobie na kolanach. Długo musiał walczyć o te drobne
sukcesy, a ojciec Amy miał udział w każdym z nich.
- Kochanie - powiedział cicho, a jego miodowobrązowe oczy przepełniało
głębokie współczucie - twój ojciec dopiero co umarł. Masz prawo przez
jakiś czas go opłakiwać. Nie myśl, że musisz cokolwiek po nim
przejmować.
- Obawiam się, że tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - Amy, mrugając,
starała się powstrzymać łzy. - I nie myśl, że robię to z poczucia
obowiązku. Nikt nie parzy takiej herbaty jak ty.
Mężczyzna zachichotał.
- W takim razie moje drzwi są zawsze dla ciebie otwarte. - Napił się
herbaty. - Jak sobie radzisz z nowym zespołem? Dostaliście już jakąś
dużą sprawę?
Odprężyła się w fotelu, zadowolona, że może skupić się na robocie.
- Nieźle się dogaduję z sierżantem. Znasz go? Patrick Byrne? Kiedyś był
moim szefem. Przez kilka lat służył w jednostce szybkiego reagowania, a później przeniósł się do wydziału poważnych przestępstw. Ciemne włosy,
czterdzieści pięć lat...
Wielu funkcjonariuszy policji niejednokrotnie w trakcie kariery
zawodowej zmieniało jednostki i nie było w tym nic niezwykłego.
- Paddy Byrne? Taaak, znam gościa. Współpraca wyjdzie wam obojgu na
dobre.
Amy skinęła głową. Patrick "Paddy" Byrne był jej najbardziej zaufanym
kolegą po fachu i razem tworzyli niezwykłą parę. Paddy, dziesięć lat
starszy i trzydzieści centymetrów wyższy, zdecydowanie górował nad jej
metr pięćdziesiąt osiem, z kolei Amy brak wzrostu nadrabiała animuszem,
a razem potrafili wystraszyć niejednego przestępcę.
- Reszta zespołu wygląda na zadowoloną z mojego dowództwa, chociaż
pewnie ze względu na reputację taty.
- Szybko się wykażesz. - Dougie obrzucił ją znaczącym spojrzeniem. - Jak
się miewa Craig? Na pogrzebie nie udało mi się z nim pogadać.
Tak jak Amy, jej brat wstąpił do policji w dniu swoich osiemnastych
urodzin. Ale ponieważ był starszy o pięć lat, miał nad nią przewagę.
Zawodowa rywalizacja stanowiła źródło tarć między nimi, a Craig dopiero
niedawno otrzymał awans na komisarza w wydziale kryminalnym.
- Wyszedł wcześnie - wyjaśniła, nie chcąc wchodzić w szczegóły. Kochała
brata i nie zamierzała plotkować za jego plecami.
Dougie najwyraźniej wyczuł jej zakłopotanie, bo zmienił temat.
- Będę tęsknić za twoim ojcem. Bez niego nie będzie już tak samo.
Dopiła herbatę. Potrafiła sobie wyobrazić ojca i Dougiego, jak
wspominali stare dzieje. Ponownie uświadomiła sobie, że już nigdy go nie
zobaczy, i przez jej twarz przemknął cień smutku. Odwróciła się do
Dougiego i z powagą spojrzała mu w oczy.
- Będę pracować tak, żeby był ze mnie dumny. Nie zawiodę jego zaufania.
- Zawsze był z ciebie dumny. Pomyśl o wszystkim, co przezwyciężyłaś. -
Potrząsnął głową. - Nie miałaś najłatwiejszego startu w życiu, to na
pewno.
Amy odstawiła pusty kubek na niski stolik i popatrzyła na Dougiego z mieszaniną ciekawości i zdziwienia.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Mężczyzna poruszył się nerwowo w fotelu i odwrócił wzrok.
- Och, chyba za bardzo się rozkleiłem. Może zrobię ci drinka i wzniesiemy toast za twojego ojca.
Amy doskonale wiedziała, że lepiej nie proponować mu pomocy w przyniesieniu butelki jamajskiego rumu, która stała na półce w jednej z kuchennych szafek. Podczas gdy Dougie wrzucał lód do szklanek, poczuła
na kręgosłupie zimny dreszcz. Ukryła palce, naciągając na nie rękawy
wełnianego swetra, w który przebrała się godzinę wcześniej. Zaciskając
dłonie w pięści, nie była w stanie wskazać przyczyny nagłego ataku lęku.
Nienawykła do uczucia niepokoju i zaskoczona, wstrzymała oddech. Kiedy
gospodarz wrócił, uwolniła dłonie i przyjęła szklaneczkę rumu z lodem,
równocześnie zmuszając się do uśmiechu.
- Za twojego tatę. - Mężczyzna podniósł szklankę, zadarł głowę i na
moment zapatrzył się w sufit. - I za twoją przyszłość.
Amy stuknęła swoją szklaneczką o jego i powtórzyła słowa Dougiego. Ale
dreszcz, który poczuła, wywołał dziwne emocje. Takie, które sugerowały,
że przeszłość jeszcze z nią nie skończyła.
The Met - potoczna nazwa Metropolitan Police Service, londyńskiej
policji terytorialnej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
ROZDZIAŁ TRZECI
Lillian przyłożyła policzek do zimnych krat. Upłynęło pięćdziesiąt osiem
minut, odkąd po raz ostatni widziała słońce. Żyła dla tych chwil na
spacerniaku, bo wtedy mogła napełnić płuca czystym świeżym powietrzem.
Nadal czuła w nim zapach deszczu, chociaż oddychając, nie miała już
odwagi zamykać oczu. Poprzednim razem, gdy to zrobiła, otrzymała cios
pięścią w brzuch, a później - po upadku - kilka kopniaków w plecy.
Dotknęła łysawego miejsca z tyłu głowy i odrastające włoski przyprawiły
ją o ciarki. To był jeden z wielu urazów, których doznała w tym
tygodniu. Strażniczki niby jej pilnowały, ale z powodu redukcji etatów
nie było ich dostatecznie dużo. Gniew we współwięźniarkach wzbudził
pogrzeb tego gliniarza. Pogrzeb i ta głupia krowa, która sprzedała jej
historię prasie. Gladys Thompson ledwie ją znała, ale gazety natychmiast
podchwyciły informację o śmiertelnej chorobie baby i jej ostatnim
życzeniu porządnego pogrzebu dla zamordowanej córeczki. Lillian
prychnęła. Skoro Gladys była taką wspaniałą matką, dlaczego jej
dwunastoletnia latorośl błąkała się samotnie po ulicach? Od tych
zabójstw minęło tyle czasu, a mimo to ludzie nie zamierzali jej
odpuścić.
Tak, naprawdę ją wkurzały fizyczne ataki kobiet z celi, doniesienia
prasowe i strumień nienawistnych listów. Dlaczego Jack po prostu umarł i zostawił ją, każąc samej wypić piwo, którego wspólnie nawarzyli? Nie
wytrzymał napięcia związanego z aresztowaniem? Akurat kiedy miał puścić
farbę? Dopadły go wyrzuty sumienia, czy może za podanie miejsc pochówku
chciał sobie załatwić lepsze traktowanie? Z jej strony milczenie w tej
kwestii było aktem buntu. Dlaczego miałaby pomagać policjantom po
wszystkim, co jej zrobili? Przynajmniej tak myślała wcześniej - aż do
tej pory. Może da Gladys to, czego chce, ale tylko pod warunkiem, że
dostanie coś w zamian. Odwróciła się do stolika, wygładzając dłonią
list, który napisała przed godziną. Zostawiła go, chcąc odpocząć, a jednocześnie jeszcze raz przemyśleć spisane słowa, które wciąż
dźwięczały jej w głowie. Przeczytała go teraz po raz ostatni i wiedziała, że postąpiła słusznie.
Droga Amy, wiem, że będzie to dla ciebie szok. Wątpię, czy rodzice
powiedzieli ci prawdę o twoim pochodzeniu. Być może w ogóle cię nie
powiadomili, że zostałaś adoptowana. Nie chcę siedzieć do końca moich
dni w więziennej celi bez ujrzenia cię jeszcze raz. Jestem twoją rodzoną
matką. Osobą, która wydała cię na świat.
Kiedy wyrwano cię z moich ramion, miałaś ledwo kilka latek. A spójrz na
siebie teraz. Wiem, że gdy przeczytasz ten list, nie zechcesz
zaakceptować prawdy. Może poczujesz się zniesmaczona albo spróbujesz
zaprzeczyć? Łatwiej stawiać czoła przyszłości, wierząc, że w twoich
żyłach nie płynie skażona krew. Ale nigdy nie miałaś w zwyczaju wybierać
najprostszych wyjść, prawda? Moja Poppy. Moje dziecko.
W głębi swego serca nie możesz się mnie wyprzeć, niezależnie od tego,
jak niewygodna jest dla ciebie ta prawda. W twoich żyłach płynie moja
krew. Moja i twojego ojca. Bez względu na to, jakie kłamstwa mówili ci
przybrani rodzice, oboje, ja i Jack, bardzo cię kochaliśmy.
Wiem, że nie zechciałabyś mnie odwiedzić ot tak, więc postanowiłam cię
ściągnąć w jedyny znany mi sposób. Są jeszcze trzy pochowane ciała. Trzy
rodziny, które dzięki tobie mogą odzyskać spokój. Pomogę ci te ciała
odnaleźć. Ale nie każ mi czekać w nieskończoność. Odpowiedz w ciągu
tygodnia albo zabiorę swoje tajemnice do grobu.
Na zawsze ci oddana,
Lillian
ROZDZIAŁ CZWARTY
Snop wczesnoporannego światła słonecznego rozjaśnił rząd ruchomych
bieżni równo rozmieszczonych w niedawno wyposażonej siłowni. Britney
Spears zapewniała motywację swoją Work Bitch rytmicznie bębniącą z głośników nad głowami. Amy złapała podgrzany zrolowany ręcznik ze sterty
obok automatu z chłodzoną wodą. Siłownia Five Star stanowiła ogromny
postęp w porównaniu z zastawioną sprzętami do ćwiczeń piwnicą rodziców,
gdzie w każdym kącie czaiły się pająki.
- Nie sądziłam, że się dziś zobaczymy. - To był głos jej szefowej,
nadkomisarz Hazel Pike, chrapliwy od nałogu nikotynowego, który rzuciła,
gdy wprowadzono w życie zakaz palenia w miejscach pracy.
- Dlaczego nie? Jest czwartek. Zawsze trenujemy w czwartki -
odpowiedziała Amy, nie chcąc rozmawiać na temat prawdziwych przyczyn,
dla których Pike pytała.
Podczas ostatnich miesięcy chętnie przyjmowała zaproszenia na trening
poza godzinami otwarcia siłowni. Five Star należała do syna Hazel, a z możliwości darmowych ćwiczeń korzystały jedynie osoby cieszące się jej
względami. Amy należała do tego grona. Lubiła swoją nadkomisarz, a dzięki pogawędkom z szefową dowiadywała się wiele o pracy.
- Wiesz, co mam na myśli - stwierdziła Pike, której piwne oczy doskonale
pasowały do imienia1. Kręcone kasztanowe włosy kobieta nosiła
dłuższe na czubku głowy, krótkie natomiast z tyłu i po bokach. Figurę
miała tu i ówdzie zaokrągloną, lecz o wyraźnie zarysowanych mięśniach.
Odkąd Amy ją znała, Hazel Pike zwracała się do wszystkich po nazwisku i w zamian oczekiwała tego samego. Amy to nie przeszkadzało, chociaż
nazwisko szefowej nie należało do najładniejszych2.
- Tato wolałby, żebym się nie poddawała. - To była prawda. Czerpała siłę
ze związanych ze służbą procedur i rozkładu zajęć; póki wywiązywała się
z zobowiązań, czuła siępewnie.
- No cóż, skoro jesteś o tym przekonana. - Pike przewróciła oczyma, gdyż
z głośników popłynęła optymistyczna piosenka will.i.ama. - Nie wiem,
dlaczego musimy słuchać tego gówna. Co jest nie tak z George'em
Michaelem? Przy jego utworach zawsze wyciskam z siebie siódme poty.
Amy uśmiechnęła się, po czym sprawdziła godzinę na zegarku.
- Szybka sesja na bieżni, a potem trochę boksu? - zaproponowała.
Wiele rozmów odbywały, biegnąc obok siebie. Długonoga Pike gawędziła bez
wysiłku, a Amy z trudem próbowała dotrzymać jej kroku. Nie marnując
czasu, ustawiła bieżnię na swoje zwykłe tempo. Dzisiaj miała ochotę
pobiegać w milczeniu, ale po dziesięciu minutach nadkomisarz zaczęła
mówić. Amy uważała, że na błahe towarzyskie pogawędki jest jeszcze za
wcześnie i że jeśli rozmowa ma dotyczyć innego tematu niż praca, nie
będzie wiedziała, co powiedzieć.
- Jak tam twoja mama? - spytała Pike, kiedy już zdała dokładną relację
ze swojego życia rodzinnego.
"Biedna mama" - pomyślała Amy.
- Dobrze się trzyma. - Odwróciła wzrok, wiedząc, że to kłamstwo.
Ubiegłej nocy, gdy cicho przechodziła korytarzem, usłyszała, jak Flora
szlocha w swoim pokoju. - Co w robocie? - spytała, z szacunku dla matki
zmieniając temat.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
Stopy Hazel uderzały o bieżnię, a jednak kobieta prawie się nie pociła.
W policji zostało już niewielu nadkomisarzy, ponieważ stopień ten powoli
wygaszano. Pike udało się zachować rangę i nadal szefowała w wydziale.
Jej praca znacznie więcej miała wspólnego z administrowaniem niż z prowadzeniem dochodzeń w sprawach kryminalnych.
Amy, choć zadyszana, nacisnęła przycisk, zwiększając tempo.
- Czy sprawy wyglądają aż tak kiepsko? - spytała.
- Zastępował cię Gladwell. Wiesz, jaki jest. Nie lubi odmawiać.
Komisarz Andrew Gladwell, który od niedawna służył w policji, cechował
się tak wielką gotowością do wszelkiej pomocy, że mógł po prostu
zaszkodzić grupie. Zespół Amy utworzono sześć miesięcy temu. Miał się
zajmować wyjątkowo trudnymi sprawami, którymi na dodatek bardzo
interesowały się media. Po ostatniej fali złej prasy jednostkę uznano za
niezbędną. Amy aż jęknęła na myśl o tym, co w tej chwili mogło się tam
dziać.
- Nie jest nas zbyt wielu w zespole - mruknęła, wyobrażając sobie swoich
ludzi tkwiących po uszy w papierach związanych z dochodzeniami, z którymi powinien się uporać wydział kryminalny.
- Radzą sobie - oznajmiła Hazel Pike między regularnymi wdechami.
Jej mina świadczyła jednak o czymś wręcz przeciwnym. Amy znała swoją
szefową. Kiedy była zestresowana, w specyficzny sposób marszczyła czoło.
- Wracam. Dzisiaj. - Amy mocno poruszała ramionami, starając się
przekształcić frustrację w energię dla zmęczonych już rąk i nóg. Starła
z oczu pot, a następnie spojrzała na wyniki Hazel. Ich widok wystarczył
jej za motywację do kontynuowania treningu.
- Za szybko - stwierdziła nadkomisarz. - Ale, jeśli chcesz, wpadnij
jutro na filiżankę herbaty. Dowództwo prosi o codzienne raporty
dotyczące naszych postępów. - Przerwała, chcąc złapać oddech. - Są
liczne naciski... Zdaniem wielu powinniśmy udowodnić swoją wartość.
Rozległ się sygnał informujący, że wyznaczony na dziś cel został
osiągnięty, i Amy zerknęła na wyświetlacz. Bieżnia automatycznie
zwolniła i obie kobiety szły coraz wolniej, aż się zatrzymały. Amy
bardzo chciała poznać szczegóły. Kiedy bieżnia w końcu stanęła, wzięła
ręcznik, oklepała czoło i zaczęła:
- A więc... Hm... Do pracy...
- Gdybym wiedziała, że będziesz się martwić, nic bym ci nie powiedziała
- przerwała jej Hazel, przemierzając pomieszczenie i wkładając czerwone
rękawice bokserskie.
- Nie martwię się - skłamała Amy, żałując, że nie posiada środków
finansowych szefowej. Przed sesjami w tej prywatnej siłowni ćwiczyła na
starym worku treningowym, który zwisał z sufitu pustej piwniczki na wino
w domu rodziców. Prowizoryczna siłownia ojca była stara, lecz
funkcjonalna. To właśnie Amy przekonała nadkomisarz Pike, żeby
spróbowała boksu. Teraz podniosła tarcze i rozstawiła szeroko stopy,
przygotowana na przyjęcie ciosów. Napięła mięśnie i broniła się z niejakim poczuciem satysfakcji. Choć niezwykle sprawna, nadkomisarz
nadal nie potrafiła uderzać ani tak mocno, ani tak szybko jak ona.
- Twój eks jest dziennikarzem, prawda? - spytała Hazel. Zdjęła rękawice
i wzięła tarcze, gotowa na zamianę ról. - Pamiętam, że twój tato mi
mówił... Tak czy owak, chyba zauważyłaś, jak ci z prasy działają.
- Można tak powiedzieć.
Amy usiłowała ukryć zakłopotanie, ponieważ Hazel sugerowała to samo, co
wcześniej ojciec. Przez głowę przemknęła jej myśl, że powinna z nim
porozmawiać o zdradzaniu rodzinnych sekretów, po czym dotarło do niej,
że przecież umarł. Zrobiła głęboki wdech, przeniosła ciężar na lewą nogę
i przez chwilę zadawała ciosy - proste i prawe sierpowe - aż Pike
zrobiła krok w tył, prosząc o przerwę.
- Muszę pamiętać, że nigdy nie należy cię wkurzać - stęknęła, zanim
ponownie uniosła dłonie z tarczami, a po twarzy spłynęła jej strużka
potu.
Amy uśmiechnęła się, po czym zrobiła zamach prawą ręką i spróbowała
haka. Trzymając głowę nisko, poprawiła kilkoma innymi ciosami. Lewy,
prawy, lewy, prawy, atakowała, dając upust tłumionym do tej pory
emocjom. Skręciła w bok biodro i stopę zakroczną, a jej ciało poruszało
się harmonijnie, dokładnie tak, jak nauczył ją ojciec. Gdy jej rękawica
dotykała tarczy, cieszyła się poczuciem mocy. Taneczny kawałek dodatkowo
dodawał jej sił i nagle poczuła zapach własnego potu.
- Wpadnę około ósmej - powiedziała, ocierając czoło i kończąc trening. -
Zobaczę, jak zespół daje sobie radę.
- To za wcześnie - upierała się Pike. - Idź do domu, popłacz sobie.
Otwórz butelkę wina. Przez jakiś czas wytrzymamy bez ciebie.
- Ale ja nie wytrzymam - odcięła się Amy mimo woli stanowczym tonem.
Umilkła i obdarzyła szefową słabym uśmiechem. - Wcześniej nigdy nikogo
nie straciłam. - W głębi duszy czuła jednak, że to kłamstwo. W zakamarkach jej umysłu kryły się strzępki jakichś wspomnień, mrocznych i bolesnych. Czasem nacierały, a ostatnio coraz trudniej było je
powstrzymać. Zawahała się, zaczerpnęła tchu, poczuła ucisk w piersi. -
Nie wiem, jak mam sobie z tym radzić. Rozpacz... wszystko pochłania.
Jedyną rzeczą, która utrzyma mnie teraz przy zdrowych zmysłach, jest
praca.
- No dobra, Winter, rób, jak chcesz - podsumowała Pike. - Łatwo się
domyślić, po kim odziedziczyłaś ten upór!
- Uznam to za komplement.
Amy wykrzywiła usta na kształt uśmiechu. Wiedziała, że Hazel również
tęskni za jej ojcem. Wszyscy za nim tęsknili. Powrót do służby był dla
niej jedyną metodą walki. Zanim całkowicie pogrąży się w żałobie.
Hazel (ang.) - piwny, orzechowy. [wróć]
Pike (ang.) - szczupak, turnia, włócznia, pika, dzida. [wróć]
ROZDZIAŁ PIĄTY
Amy uśmiechnęła się, kiedy matka postawiła przed nią na stole talerz
pełen jedzenia. Kiełbasa, bekon, grzyby i fasolka wspaniale pachniały
domem.
- Jesteś pewna, że chcesz już wracać do pracy? - spytała Flora,
nalewając herbatę z dzbanka do stojących na stole dwóch kubków. - Minęło
dopiero kilka dni.
- Człowiek musi być najsilniejszy wtedy, gdy czuje się najsłabszy -
oznajmiła, cytując ojca. - Poza tym, potrzebują mnie tam. A tato również
by sobie tego życzył.
Zacisnęła palce na nożu i widelcu. Po treningu nie miała ochoty na
obfite śniadanie. Sapanie dobiegające spod stołu sugerowało, że jej
ukochany mops, suczka Dotty, z pewnością pomoże w spałaszowaniu
zawartości talerza.
Na wzmiankę o mężu Florze zaszkliły się oczy. Nie potrafiła mówić o Robercie bez łez.
Amy prawdziwą żałobę miała jeszcze przed sobą. W czasach szkolnych jej
niezdolność do płaczu dostarczała rozrywki rówieśnikom, a dla niej od
zawsze stanowiła źródło zażenowania.
- Nie musisz też dla mnie gotować. To ja powinnam opiekować się tobą. -
Widząc, że matka odwróciła się do niej plecami, wbiła widelec w kiełbasę
i rzuciła ją pod stół. Po szybkim głośnym kłapnięciu wiedziała, że Dotty
natychmiast rozprawiła się ze smakołykiem. - Wytrzymasz beze mnie kilka
godzin?
- Nie musisz się o mnie martwić, później przychodzi Winifred.
Flora zamknęła okno kuchenne, kiedy po szybie spłynęły krople deszczu.
Patrząc na postać matki, Amy westchnęła. Podobnie jak ona, Flora była
niskiego wzrostu, lecz nie była tak umięśniona. Niepokój zawsze jej
towarzyszył, a śmierć męża dodatkowo odcisnęła na niej swoje piętno. Amy
żałowała, że nie potrafi jej uściskać, zapewnić, że wszystko będzie
dobrze. Najlepszym pomysłem, na jaki wpadła, było podnajęcie własnego
mieszkania i wprowadzenie się do matki. Wiedziała, że brat nie jest w stanie się poświęcić - zrezygnować ze swojego szalonego życia
erotycznego, zamieszkać z Florą i ją pocieszać.
Dobrze chociaż, że Flora znała wielu sąsiadów z Royal Crescent, osiedla
domów szeregowych w okolicy Holland Park. Amy wydawało się zadziwiające,
że wartość nieruchomości rodziców przekracza aż dwa miliony funtów.
Wiele okolicznych domów podzielono na mieszkania, lecz niektóre
pozostały w całości, a ich mieszkańcy w słoneczne dni przesiadywali
razem w ogrodach wspólnoty. Amy nie było trudno wrócić tutaj, na stare
śmieci. Każde pomieszczenie w domu było jasne i gustownie urządzone,
również jej pokój na czwartym piętrze. Zerknęła ponad ramieniem matki na
okno. Ciągle padało. Zamierzała pojechać dziś do pracy rowerem. Zjadła
trochę fasolki, wrzuciła skrawek bekonu pod stół, po czym wstała.
- Idziesz już, kochanie? Prawie nie tknęłaś jedzenia.
- Wybacz. - Wzruszyła ramionami. - Nie jestem przyzwyczajona do obfitych
śniadań po treningu.
- A więc dobrze, że mamy Dotty! - stwierdziła Flora, rzucając okiem na
suczkę, która kręciła się wokół jej stóp, prosząc o kolejne kąski.
* * *
W drodze z komórki na rowery do biura na komisariacie Amy zatrzymano aż
czterokrotnie. Wreszcie mogła przyłożyć kartę do czytnika obok drzwi. Z godnością przyjmowała kondolencje od kolegów, a następnie szła dalej z pogodną miną, przeczącą emocjonalnym zawirowaniom, z którymi walczyła.
Przed wejściem do gabinetu zrobiła głęboki wdech, wyprostowała się i uniosła podbródek. Miała na sobie swój zwykły strój roboczy -
wykrochmaloną białą koszulę, grafitowy kostium i skórzane botki do
kostki, które dodawały jej kilka centymetrów. Proste włosy sięgały
ramion, na twarz nałożyła lekki makijaż. Pragnęła tylko normalnego dnia
w pracy. Jako pierwszego zobaczyła sierżanta Paddy'ego Byrne'a, jedynego
funkcjonariusza policji, który kiedykolwiek był świadkiem jej słabości.
Pierwszych parę lat kariery zawodowej spędziła pod jego skrzydłami i cieszyła się, że teraz Paddy należy do jej zespołu. Ale podczas gdy ona
była osobą zorganizowaną, sierżant wprost przeciwnie. Strużka
zaschniętej krwi i zacięcie przy goleniu były wciąż widoczne na jego
szyi. Koszulę miał wprawdzie wyprasowaną, najprawdopodobniej przez kogoś
innego, lecz jego pognieciona granatowa marynarka od garnituru wyglądała
jak wyjęta psu z gardła.
- Jesteś telepatą? - spytała, z wdzięcznością przyjmując z jego rąk kawę
w kubku. Kubku, który otrzymała od ojca i który stanowił kolejny element
kolekcji poświęconej Jamesowi Bondowi.
- Słyszałem w korytarzu twój głos.
Amy uśmiechnęła się w podzięce.
- Oto kolejny dzień powierzchownych uśmiechów ukrywających wewnętrzny
krzyk.
Jej sarkazm sprawił, że Paddy z troską zmarszczył czoło.
- Nic ci nie jest?
- Nie, czuję się dobrze. - Spuściła głowę i wypiła łyk. - Ale jeśli ktoś
jeszcze mnie spyta, czy nie wracam zbyt prędko, eksploduję. Jak tam
reżim treningowy? - spytała, pośpiesznie zmieniając temat.
Paddy od pięciu lat odgrażał się, że nabierze formy, czyli odkąd opuścił
oddziały prewencji. Jego coraz szerszy pas nijak się miał do tej
obietnicy, ale żartobliwe pytanie Amy rozładowało atmosferę.
- Mam pewien rytuał - zachichotał. - Codziennie rano przez dziesięć
minut siedzę wyprostowany na łóżku i myślę, jak bardzo jestem zmęczony.
Amy uśmiechnęła się rozbawiona.
- Odprawa o ósmej?
Paddy pokiwał głową.
- Nie dzieje się nic niezwykłego, ale to cisza przed burzą. Po prostu
próbujemy ogarnąć wszystkie gówniane sprawy, do których zgłosił nas
Gladwell, nie pytając nikogo o zdanie.
- Nie przejmuj się. Jeśli któraś nie spełnia naszych kryteriów, przekażę
je tym z kryminalnego.
Przyglądała się kolejnym członkom zespołu wchodzącym do pomieszczenia.
Ich siedziba na komisariacie w Notting Hill była nieduża, lecz
funkcjonalna: kilka biurek, mała wspólna kuchnia i zastawiony
przypadkowymi meblami maleńki gabinet Amy. Ze względu na charakter ich
działalności mieli dostęp do wszelkich sprzętów i urządzeń na dowolnym
posterunku należącym do jurysdykcji policji miejskiej, a funkcjonariusze, do których się zwracali, nie mieli wyboru - musieli
ustępować miejsca, bo przecież pomagali w tym czy innym głośnym
śledztwie. Z powodu cięć w budżecie nikt nie mógł narzekać na nudę.
Często okazywało się, że każdy policjant jest na wagę złota, a najlepiej
sprawdzała się praca zespołowa.
- Potrzebuję trochę czasu sam na sam z moją kawą - mruknęła, a potem
weszła do swojego biura.
Zamknęła drzwi, po czym przyłożyła czoło do chłodnej drewnianej
powierzchni i zrobiła długi, powolny wydech. Da radę. Zresztą, jaki
miała wybór? Śmierć ojca uderzyła ją jak obuchem, a szok objawiał się
fizycznym bólem w piersi. Wzrok Amy prześlizgnął się po żółtych
karteczkach przywieszonych na ścianie. Wyciągnęła rękę i zerwała jedną z nich, tę z zawiniętymi rogami. Nosiła dzisiejszą datę. "Lunch w mieście
- tato". Zgniotła ją i wrzuciła do kosza. Podczas swojego ostatniego
pobytu tutaj pozostawała w błogiej nieświadomości, że ojciec umarł.
Akurat gdy wsiadała na rower z zamiarem powrotu do domu, odsłuchała
wiadomość głosową od matki, która spanikowanym tonem nakazywała jej jak
najszybciej jechać do szpitala. Niestety, było już za późno. Amy
westchnęła; myśli o przeszłości opadły ją jak pajęcze nici. Zjawiały się
znikąd i za każdym razem, gdy chciała się ich pozbyć, musiała wykonać
świadomy wysiłek. Oparła się o biurko, a wtedy jej wzrok przyciągnęły
słowa wydrukowane na podkładce pod myszkę, pierwszym prezencie po
przeprowadzce:
Moje noworoczne postanowienia:
1. Porzucić tworzenie list.
B. Bardziej się skupiać.
7. Nauczyć się liczyć.
Żart był stary, ale i tak się uśmiechnęła. Jej uwagę zwrócił stos
korespondencji obok podkładki. Szczególnie wyróżniał się stempel na
jednej kopercie. Kto miałby do niej pisać z więzienia?
Sięgnęła po list. Na widok pisma z zawijasami z jakiegoś powodu serce
zabiło jej mocniej. Wsunęła kciuk pod brzeg koperty, rozdarła ją
nierówno i wyjęła ze środka kartkę. Przesuwała wzrokiem od lewej do
prawej, a im dłużej czytała, tym bardziej marszczyła brwi. Otworzyła
usta i gwałtownie wciągnęła powietrze. To nie była prawda! To nie mogła
być prawda! A jednak... znów atakowała ją przeszłość, przynosząc ze sobą
strach.
- Poppy.
Gdy wyszeptała to imię, koperta upadła na podłogę.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Paddy zastukał kostkami palców w drzwi, a potem wsunął głowę do biura
Amy. Jego oddech zdradzał, że przed chwilą wypalił papierosa.
- Gladwell idzie na odprawę. Powiedzieć mu, że ty ją dzisiaj
poprowadzisz? Proszę pani? - Jego głos wydawał się Amy tak odległy, jak
gdyby dochodził z tunelu.
W normalnej sytuacji ofuknęłaby go za użycie tak formalnego zwrotu.
Teraz jednak tylko nieruchomo patrzyła przed siebie, w ogóle nie
dostrzegając Paddy'ego.
Kiedy podszedł bliżej, wyrwała się z transu i szybko odwróciła.
- Wybacz - rzuciła, walcząc z nagłą falą złych przeczuć. - Nie mogę...
Muszę... gdzieś pojechać. - Pochyliła się, wzięła list i wepchnęła go do
kieszeni wraz z kopertą, w której przyszedł.
Gdy wyszła z biura, głowy podniosły się znad komputerowych klawiatur,
lecz ona patrzyła tylko na drzwi. To było dla niej za dużo. O wiele za
dużo. Musiała wrócić do domu. Musiała stanąć twarzą w twarz z matką i skonfrontować z nią informacje, które zawierał list.
* * *
- Mamo? - Głos Amy odbił się echem w korytarzu.
Zamknęła drzwi frontowe i ruszyła, stukając obcasami po płytkach
podłogowych. Jasny i przestronny dom nadal pachniał kwiatami, które
przysłano po śmierci ojca. Pchnięciem otworzyła drzwi do salonu i zdumiała się, widząc, że matka jest sama.
- Dlaczego nie jesteś ubrana? Myślałam, że przychodzi Winifred - spytała
z nieznacznym drżeniem w głosie.
Oszołomiona treścią przeczytanego listu ledwie zapamiętała, jak dotarła
z komisariatu do domu.
W zaczerwienionych oczach wpatrzonej w pusty ekran telewizora Flory
widoczna była rozpacz. Kobieta siedziała na kwiecistej sofie, w palcach
ściskała starą chusteczkę.
- Skłamałam - pociągnęła nosem, usiłując się opanować. - Muszę się
przyzwyczaić do przebywania sam na sam ze sobą.
Skulona, wciąż w kapciach i różowej podomce z falbankami, wyglądała na
tak drobną i kruchą, że Amy w jednej chwili zmiękło serce. Chciała
wyrzucić list, który niemal wypalał jej dziurę w kieszeni, i zapomnieć o wszystkim oprócz ich wspólnego żalu, wiedziała jednak, że nie jest to
takie proste. Nie potrafiła wyrzucić z pamięci przeczytanych słów.
- Mamo? - spytała ostrożnie, zajmując miejsce obok Flory.
Powstrzymując łzy, kobieta skupiła się na jej twarzy.
- Jesteś biała jak prześcieradło - zauważyła. - Wszystko w porządku?
- Nie, właściwie nie - odparła Amy zdecydowanie, zmuszając się do
kontynuowania rozmowy. Westchnęła, przez chwilę zbierając siły. -
Otrzymałam ten list... - Wyjęła z kieszeni kartkę i wepchnęła matce w ręce. - Powiedz mi, że to nieprawda.
Flora podniosła okulary z poręczy sofy i wytarła je rąbkiem podomki, po
czym włożyła na nos. Kiedy czytała, jej wargi poruszały się bezgłośnie,
a na twarzy pojawiła się konsternacja. Zszokowana, potrząsnęła głową i położyła list na kolanach.
- Nie mogę - odrzekła cicho tonem kogoś, kto się poddaje. - Już nie.
W tym momencie Amy straciła wszelką nadzieję. A tak bardzo chciała
usłyszeć, że to jakiś chory żart.
- Dlaczego Lillian Grimes pisze do mnie z więzienia? - naciskała.
Uświadomiwszy sobie, że nie usłyszy zapewnień, na które liczyła, poczuła
napięcie w całym ciele.
- Nie chcieliśmy, żebyś się dowiedziała w taki sposób. - Flora odłożyła
na bok list i sięgnęła po dłonie córki.
Amy zesztywniała.
- O czym dowiedziała? - Serce tłukło się jej w piersi.
Wprawdzie kiedyś zdawała sobie sprawę z tego, że we wczesnym
dzieciństwie została adoptowana, ale dawno temu głęboko zepchnęła
wspomnienia tamtego życia. Jack i Lillian Grimesowie byli dla niej
wyłącznie okrutnymi mordercami. Zacisnęła pięści, wbijając paznokcie we
wnętrza dłoni, i czekała, aż Flora się odezwie.
- Odebrano cię rodzicom, gdy miałaś cztery lata, więc byłaś na tyle
duża, że wiele rozumiałaś - opowiadała Flora. - Ale nigdy nie chciałaś
rozmawiać o tamtej rodzinie. Twój tato twierdził, że to
błogosławieństwo. Że dzięki temu możesz zacząć od nowa.
- Nie - szepnęła Amy łamiącym się głosem. - To niemożliwe. Te potwory...
Oni nie są ze mną spokrewnieni.
- Jedynie połączeni więzami krwi. - Flora ścisnęła mocniej dłonie Amy. -
Powiadomiono nas, że pamięć może ci wrócić, lecz to nigdy nie nastąpiło.
Jedyne, co łączyło cię z tamtym życiem, to obrazki, które rysowałaś, i przypadkowe wzmianki związane z twoim imieniem...
- Poppy - wtrąciła Amy, odnosząc wrażenie, że słowo dziwnie plami jej
wargi.
W tej sekundzie listonosz wrzucił pocztę przez otwór we frontowych
drzwiach i trzasnęła opadająca klapka. Amy o mało nie podskoczyła.
Wyrwana z drzemki Dotty ruszyła się z kuchni, jej pazurki zastukotały o płyty w korytarzu, a szczekanie zabrzmiało jak kaszel palacza.
- Dotty! - zawołała Amy, wdzięczna za obecność ulubienicy.
Zadowolona, że przegoniła listonosza, suczka wbiegła do salonu i wdrapała się jej na kolana. Dzięki tej, dobrej jak każda inna, wymówce
Amy mogła wysunąć ręce z mocnego uścisku matki.
- Kiedy skończyłaś dziesięć lat, próbowaliśmy ci powiedzieć - ciągnęła
Flora. - Lecz za każdym razem, gdy podejmowaliśmy ten temat, okazywało
się, że nie chcesz słuchać i wolisz snuć własne historie na temat
przeszłości.
Amy przypomniała sobie fantazje, którym oddawała się jako nastolatka.
Córka sławnej hollywoodzkiej aktorki, opuszczona przez matkę, która
wybrała karierę na ekranie. Albo nieślubne dziecko z rodziny
królewskiej, oddane do adopcji w wyniku skandalu i dla ratowania czyjejś
reputacji. Kiedy dorosła, skupiła się po prostu na przyszłości,
porzucając magiczne myślenie. Zawsze jednak czuła, że gdzieś głęboko w niej czai się coś mrocznego i strasznego. Coś, co ją przerażało. Jej
umysł odciął się od opowieści Flory i przez chwilę patrzyła, jak matka
porusza ustami, przepraszając, że ją zawiodła. Pomyślała, że nadszedł
czas na otwarcie starych blizn. Nie mogła obwiniać Flory o to, że prawda
była tak koszmarna.
- Proszę, postaraj się zrozumieć - kontynuowała matka. - Pamiętasz?
Robert również został adoptowany. Wierzyłam mu, gdy mówił, że najlepiej
zostawić wszystko tak, jak jest.
- Jego historia była nieco inna niż moja - stwierdziła Amy. Tak jak ona
najwyraźniej nigdy nie miał potrzeby odszukania biologicznych rodziców.
Jednak była niemal pewna, że jej przybranego ojca nie spłodziła para
seryjnych morderców.
- No właśnie - zgodziła się Flora. - Jak moglibyśmy cię zmuszać do
ponownego przeżywania tych traumatycznych zdarzeń?
- Na pewno się zastanawiałaś, czy nie okażę się taka jak oni. -
Głaszcząc łeb Dotty, Amy w końcu spojrzała matce w oczy. - Chowałaś
noże? Zamykałaś na noc drzwi waszej sypialni?
Potrząsając głową, Flora cmoknęła zniesmaczona.
- Och, Amy, gdybyś tylko mogła wówczas siebie zobaczyć. Byłaś chodzącym
biedactwem, dziewczynką bladą jak duch z niedostatku słońca. Prawie nie
wypuszczali cię z domu, nie miałaś kontaktu z normalnym światem. - Na to
wspomnienie jej rysy złagodniały. - Robert miesiącami oduczał cię
używania przekleństw. Miałaś swoje przyzwyczajenia, ale zawsze go
uszczęśliwiałaś.
- Pewnie dlatego chciał, żebym wstąpiła do policji - powiedziała Amy,
poddając się myślom, które szalały jej w głowie. - Żebym nie zeszła na
złą drogę. Ponieważ w głębi serca wiedział, że może się tak zdarzyć. -
Przerwała i pokręciła głową, gdy przeniknęła ją kolejna jadowita myśl. -
Nic dziwnego, że tak dobrze sobie radzę z seryjnymi zabójcami. Ich krew
płynie w moich żyłach. Gwałciciele i mordercy... Są częścią mnie.
Strapiona Flora zmarszczyła czoło.
- Kochanie, proszę cię, nie zadręczaj się. Twój ojciec i ja bardzo cię
kochaliśmy. On na pewno nie chciałby słyszeć, że mówisz o sobie w ten
sposób.
- Ale to tato prowadził śledztwo w ich sprawie - wytknęła Amy matce,
przypominając sobie nagłówki gazet. - Czy tak właśnie doszło do adopcji?
O zewnętrzną szybę, niczym maleńkie natarczywe palce, uderzyły krople
niespodziewanego przelotnego deszczu. Przy braku jesiennego słońca,
które rozświetliłoby dom, temperatura w pokoju mocno spadła. Flora
otuliła się szczelniej podomką i westchnęła.
- Właśnie dlatego przeprowadziliśmy się z Essex do Londynu. Byliśmy
gotowi zrezygnować ze wszystkiego, żebyś mogła zacząć od nowa. Potem
umarła babcia i odziedziczyliśmy ten dom. To było jak przeznaczenie.
Amy wiedziała, że szeregowiec z pięcioma sypialniami rodzice dostali w spadku. Był na tyle duży, że mogliby adoptować również jej rodzeństwo.
Co się z nimi stało? Usiłowała sobie przypomnieć szczegóły licznych
doniesień prasowych na temat zbrodniczej pary.
- Mój brat i siostra - spytała. - Dlaczego ich również nie wzięliście?
- Byli zdeprawowani. A ja nie czułam... - Flora spuściła wzrok na podłogę.
- Nie byłam przygotowana na zajęcie się całą waszą trójką. Twój tato
pracował po wiele godzin. Miałam tylko Craiga. Straszliwie pragnęłam
małej dziewczynki. - Na to wspomnienie łzy stanęły jej w oczach. - Nie
mogłam mieć więcej dzieci. Tęskniłam za córką, dzięki której nasza
rodzina byłaby kompletna.
Amy wiedziała, że Flora i Robert, by ją adoptować, musieli pokonać wiele
przeszkód, a jednak okrutna prawda o pochodzeniu bolała.
- A więc tato wybrał mnie jak szczeniaczka w sklepie zoologicznym, inne
pozostawiając na zatracenie - oświadczyła z goryczą. - Czy Craig wie?
- Nie. - Flora szybko przetarła oczy.
- A Dougie? - spytała Amy, przypominając sobie jego uwagę na temat jej
trudnego startu.
Matka kiwnęła głową.
- Był z nami przez cały ten czas. Pracował nad sprawą z twoim ojcem, a do londyńskiej policji przeniósł się niedługo po nim. Kiedy adopcja
doszła do skutku, bardzo się cieszyliśmy.
- Co mam teraz zrobić? - Amy jęknęła. Dotty, znudzona niedostatkiem
uwagi, zeskoczyła z jej kolan. Wzrok Amy padł na list. - Stawia mi
ultimatum. Wyzna, gdzie pochowali ostatnie trzy ofiary, ale pod
warunkiem, że odwiedzę ją w więzieniu. Te rodziny powinny zaznać
spokoju.
- Ty także - stwierdziła kategorycznie Flora, a jej rysy stwardniały. -
Ta kobieta jest nikczemnym, niegodziwym potworem. - W tym momencie
musiała zdać sobie sprawę, do kogo to mówi, i zagryzła wargę. - Gdybyś
wiedziała o wszystkim, czego się dopuściła... Dość powiedzieć, że twój
ojciec nie mógł przez to spać w nocy.
Amy podniosła rękę, chcąc przerwać matce.
- Nie jestem na to gotowa. Jeszcze nie.
- Dlaczego zaczęła cię nękać tuż po śmierci Roberta?! - krzyknęła Flora
w udręce. - Nie poradzę sobie z tym wszystkim sama.
- Gdyby nie napisała tego listu, nie poznałabym prawdy.
Matka pokiwała głową, jej twarz pobladła.
- Musisz porozmawiać o tym z psychologiem, kochanie. Po takiej bombie
trudno dalej żyć normalnie.
- Jestem to winna tym rodzinom, są najważniejsze. Teraz bardziej niż
kiedykolwiek - upierała się Amy. Wepchnęła do kieszeni zmięty list i wstała. - Idę na spacer. Nie będę długo.
Zawołała Dotty, zdjęła smycz z haka w korytarzu i przypięła ją suczce do
obroży. Dla niej najlepszym terapeutą było biegające na czterech łapach
sierściaste stworzenie. Zgarbiona pod ciężarem prawdy, odwróciła się w stronę drzwi.