Prawda i iluzja - Jennifer Sommersby

-
Proszę czekać

 

PROLOG

Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka o włosach jak płomienne słońce, stopach niczym wiatr i dłoniach, które rzucały czar na nawet najciężej chorych.

Każdego ranka dziewczynka budziła się, słysząc śpiew matki, który oznajmiał początek dnia. Do przycupniętej na skraju ogromnej pustyni apteki jej matki przybywali ludzie z najdalszych krain, z gór i znad morza. Niektórzy szeptali, że to czary, ale dziewczynka wiedziała, że żadna wiedźma nie dorównuje jej matce.

Pewnego razu śpiew został zagłuszony przez łoskot, który wstrząsnął chatą, a po nim rozległ się krzyk matki:

- Uciekaj!

Rozmawiały o tym wielokrotnie, dziewczynka i jej matka. Mówiły, co się stanie, jeśli ktoś zjawi się, by zabrać ich rodzinny skarb, ukryty w drewnianej skrzynce, która przekazywana była z pokolenia na pokolenie. Otwierał ją jeden jedyny klucz, ukryty pod kamiennym murem w głębi lasu, zakopany w ziemi pełnej dżdżownic i pękatych żuków.

- Przecież za złoto dziadka mogłybyśmy sobie kupić wspaniały pałac ze służącymi i pokojówkami - mówiła często dziewczynka.

- Powiedziałam tylko, że to skarb. Skąd ci przyszło do głowy, że to złoto? - brzmiała odpowiedź matki.

Śmigłe bose stopy niosły lekko dziewczynkę, kolczaste pnącza szarpały ją za nocną koszulę, aż dopadła kamiennego muru w głębi lasu. Słowa matki brzmiały wyraźnie w jej uszach: "Zabierz skarb. Weź konia, by przemierzyć pustynię. Kieruj się wzdłuż rzeki do miejsca, w którym spoczywają kości królów".

Dziewczynka ukryła się wysoko na drzewie. Czekała - głodna, zziębnięta, wystraszona - aż na gałęzi nad jej głową wylądowała sowa. Nastała noc. Dopiero wtedy dziewczynka zsunęła się na zamarzniętą ziemię.

Wszędzie panowała cisza.

Kamienny mur, kryjący klucz do skarbu, znajdował się na zboczu góry. Dziewczynka odliczyła - tak jak nauczyła ją matka - czwarty kamień od zachodniej strony. Zamknęła oczy, wstrzymała oddech (ze względu na zrozumiały strach przed robakami) i włożyła rękę w jamę wyciosaną wewnątrz góry.

Gdy tylko dotknęła ciężkiego żelaznego klucza, w jej uszach rozległo się brzęczenie. Uniosła wzrok na kamienną ścianę, na jej jednolitą gładź - i ujrzała oślepiające światło bijące ze skały.

Dziurka od klucza.

Dziewczynka wyjęła klucz z kryjówki i wsunęła go w rozjaśnioną ścianę; płomienie liznęły jej dłoń, lecz przegub ręki pozostał lodowaty.

Klucz obrócił się i kamienne drzwi stanęły otworem.

Dziewczynka ujrzała przed sobą komnatę - i nowe źródło światła. Weszła do środka.

I oto jej oczom ukazała się drewniana szkatułka, rodzinny skarb. Wielkości kota, ustawiona na kamiennym piedestale, nie wśród robaków czy żuków, pokryta była jedynie cienkim kożuszkiem jaśniejącego mchu.

"Zabierz skarb. Weź konia, by przemierzyć pustynię. Kieruj się wzdłuż rzeki do miejsca, w którym spoczywają kości królów".

Dziewczynka podeszła do szkatułki.

Otworzyła zardzewiały skobelek i uniosła wieko.

 

1

GALA SYLWESTROWA

 

Na chwilę przed zaśnięciem zawsze widzę jej twarz. Widzę ją, leżącą na miałkim piasku areny, z krwią cieknącą z nosa i rozpaczą w oczach. Nie mogę jej nie widzieć. Wędrowna Trupa Cyrkowa Cinzio, doskonale działający mechanizm, ma scenariusz na każdą sytuację. Na prawie każdą. Nikt nie przewidział śmiertelnego upadku Delii.

 

Zawsze sama sprawdzam sprzęt, nie zostawiam tego obsłudze. Udzieliły mi się przesądy matki. Obejrzeć węzły, ósemkę, koło, na który matka tańczy w powietrzu. Taśma nie jest wytarta ani lepka. Liny są całe. Żadnych rozdarć, ubytków ani naderwań szarf czy pętli na kostki.

Możemy startować.

Artyści ustawiają się w szeregu do parady otwierającej przedstawienie, ciała pokryte cekinami i twarze obsypane brokatem mienią się w świetle kulis. Orkiestra zaczyna grać, ksylofony łaskoczą powietrze, to uczucie, które się ma chwilę przed tym, gdy wagonik kolejki śmierci po raz pierwszy zjedzie w dół. Spóźnieni widzowie wbiegają do namiotu z popcornem lub obłoczkami waty cukrowej. Każda wizyta w cyrku wymaga przekąsek. W żołądku mi burczy od zapachu masła i cukru, zagłuszających nawet odór zwierząt i mokrego siana.

Choć w kulisach jest tłoczno, Delia - albo mama (mogę ją nazywać tak i tak, ale publicznie wybieram to pierwsze) - robi szpagat, żeby się rozciągnąć. Burzę rudych włosów zwinęła w kok. Porusza ustami, rozmawiając bezgłośnie ze swoimi "przyjaciółmi", których żadne z nas nie może dostrzec. Twierdzi, że przynoszą jej szczęście. Dorastałam, słysząc opowieści o tych "przyjaciołach" - Alicii i pradziadku Udishu - choć teraz wydają mi się jak postacie zaczerpnięte z bajek braci Grimm. Ale jeśli Alicia i Udish ją uspokajają i dają jej siły do występu, to jestem za.

W końcu cyrkowcy to przesądny ludek.

Dotykam jej ramienia, a ona urywa w połowie zdania i spogląda na mnie z uśmiechem. Mruży oczy, cyrkonie przyklejone do jej policzków migoczą. Prostuje się jak gazela, stawiając jedną smukłą nogę za drugą. Wcielenie gracji.

Na kufrze nieopodal leży bukiet w celofanie. Zrywam mały, więdnący kwiatek i podaję go mamie.

- Proszę.

Delia ujmuje w dłonie omdlewającą łodyżkę, szepcze i kwiat odzyskuje siły, żółte płatki rozpościerają się szeroko ku słońcu, oddalonemu o sto pięćdziesiąt tysięcy mil. Magia mojej mamy nie ogranicza się do duchów - jej palce mają nadnaturalną moc.

Ja też ją mam. Może nie za bardzo mi idzie z duchami i roślinami, za to z resztą stworzeń - jak najbardziej. Złam sobie coś, nos, palec u stopy albo dłoni, rękę, co wolisz. Wyleczę cię w sekundę. Możesz spytać tego drozda, który rozbił się o naszą przyczepę, kiedy miałam trzy lata. To był pierwszy raz. Mama kazała mi dotknąć jego skrzydła. Dotknęłam. Jasna gwiazdka, świecąca w mojej głowie, rozbłysła, jakby miała eksplodować, ale mój dotyk uleczył ptaka, który odfrunął, cały i zdrowy.

- Nie mów o tym nikomu, dobrze, Geni? - poprosiła mama. I nie powiedziałam. W każdym razie przez jakiś czas.

Delia wsunęła ożywiony kwiatek za dekolt mojego kostiumu.

- Piękno dla mojej piękności - powiedziała.

Mały ze słuchawkami na grubej szyi pojawia się w tylnym wejściu. Ten ironiczny przydomek zyskał ze względu na swoje rozmiary, może dlatego, że nieruchawe angielskie języki łamią się, usiłując wymówić jego maoryskie imię - Te Kahurangi Kauriki. Mnie zawsze wydawało się tak samo imponujące jak on.

W Cinzio pracuje jako kierownik techniczny, ale jego prawdziwe powołanie to bycie drugą połową mojej matki. Gdy byłam mała, powiedział mi, że jego imię znaczy "obejmujący wszystko nieboskłon".

- Ale skoro jesteś z nieba, to czy jesteś bogiem? - spytałam.

Delia parsknęła śmiechem.

- Chciałby tak myśleć. Lepiej go nie zachęcaj, ptaszku.

- Nie, to znaczy, że choć pracuję dla wujka Teda i cioci Cece, tak naprawdę mam za zadanie chronić ciebie i twoją mamusię przed kłopotami - odparł Mały - bo wszyscy wiemy, jak bardzo twoja mamusia kocha kłopoty.

Potargał mi włosy, a potem chwycił Delię w objęcia, żeby ją pocałować. Nie mogłam uwierzyć własnemu szczęściu: miałam własnego boga, który się mną opiekował!

Dziś, choć nie sprawiamy żadnych kłopotów, Mały nadal nas strzeże. Jego twarz - pokryta grubymi t? moko, tradycyjnymi tatuażami - promienieje. Dla niego świat zaczyna się i kończy na mojej matce. Teraz całuje ją w skroń, gdy Delia staje koło naszej prawdziwej szefowej, Gertrudy. Ta wyciąga pomarszczoną trąbę, na której czubku Mały także składa całusa.

Potem podsadza Delię na grzbiet słonicy, a Gert znowu wyciąga trąbę po tradycyjny smakołyk przed występem: dorodne mango.

Mały chce pomóc także mnie, ale najpierw tajny uścisk dłoni z moją przyjaciółką Violet: ręka, ręka, skrzyżowane, łokieć, łokieć, cmok, cmok. Robimy to, odkąd jako siedmiolatka zostałam włączona do występów. Jesteśmy rówieśniczkami, ale szalona Violet śmiga na trapezie ze swoim bliźniakiem Ashem i rodzicami - Rodziną Latających Jónásów - odkąd skończyła cztery lata. To jasnowłosa, uwielbiająca szminki wariatka, która śmieje się z niebezpieczeństwa i żyje dla blasku cyrkowych cekinów.

Gdy raz zapomniałyśmy o uścisku, Ash skończył z pękniętym nadgarstkiem. Logika podpowiada, że to przez jego włosy - cudowne, czekoladowe loki - które zasłoniły mu oczy na trapezie, ale Vi i ja uznałyśmy, że to my przyniosłyśmy mu pecha.

Teraz już nie pomijamy tego rytuału.

Jeszcze raz przytulam się do Houdiniego, muskając twarzą rozczochrane, szorstkie włoski na czubku głowy małego słonika. On owija trąbę wokół mojej dłoni - jestem jego żywą maskotką - a ja podaję mu zielone jabłko. Wystarczy szepnąć mu coś do szerokiego, żylastego ucha, a on już jest gotowy do zabawy. Ma trzynaście miesięcy i występuje od niedawna, ale niemal na wszystkich przedstawieniach zachowywał się jak wzór grzeczności.

- Genevieve, teraz ty - mówi Mały. Nasze czoła i nosy stykają się w hongi, tradycyjnym maoryskim powitaniu, zwykle zarezerwowanym na ważne spotkania, choć dla nas oznaczającym "Kocham cię, uważaj na siebie, wróć do mnie cała i zdrowa".

Wdrapuję się na Gertrudę i siadam za matką, która pachnie wodą po goleniu Małego.

- Powodzenia, ptaszku - mówi Mały, posyłając mi ojcowski pocałunek.

Dwieście trzydzieści parę występów rocznie, a ja za każdym razem mam tremę.

 

Dzisiejsze przedstawienie nie jest zwyczajne. Dzięki takim galom zapewniamy sobie fundusze na nadchodzący sezon. Na widowni nie ma ani jednej osoby we flanelowej koszuli czy dżinsach. Nawet dzieci są wystrojone w cylinderki i diademy, by nie odstawać od swoich opalonych, wybotoksowanych rodziców.

Jednak Cinzio działa sprawnie, po latach ćwiczeń wszyscy znają swoje obowiązki na pamięć. Idzie jak po maśle, przynajmniej początkowo. Gert wkracza rozkołysanym krokiem w światła reflektorów, ukazując wszystkim swoje trzy i pół tony. Houdini podąża za nią, machając ogonkiem i prychając w piasek. Brokatowa derka obejmuje jego brzuszek na tyle mocno, żeby się z niego nie zsunąć. Mam nadzieję, że słonik jej nie zerwie - po raz kolejny - i nie rzuci nią w idące za nim konie.

Gdy zaczyna grać orkiestra - głośne czynele! - dzieci na widowni podrywają się z miejsc. Gertruda kroczy powoli, a nas ogrzewa ciepły blask reflektorów. Pyłki z areny wirują w powietrzu jak świetliki. Widzowie - mali i dorośli - wiwatują, gdy robimy rundę po arenie. Cyrk jest jak wielki wzmacniacz. Jeśli się nie uśmiechasz, to znaczy, że nie żyjesz. Choć zdaniem mojej matki martwi także się uśmiechają.

Za kulisami Delia i ja zostajemy zdjęte z Gert, która wraz z Houdinim podąża za opiekunem z kieszeniami wypchanymi soczystymi przysmakami. Trybiki się obracają, muzyka się zmienia, na arenę wypadają klauni, a Rodzina Latających Jónásów wspina się po drabinkach na szczyt. Vi macha ręką. Trapez otwiera i zamyka przedstawienie.

- Geni, mama... - szepcze Mały.

Delia stoi w wejściu płóciennego namiotu i ze zmartwiałą twarzą spogląda na sufit.

O nie.

Podbiegam do niej i biorę w dłonie jej lodowate ręce, rozcieram je.

- Mamo, co się dzieje?

- Pająk. Ogromny.

Widzenie. Jeśli nie jest to jeden z przyjaznych duchów, mama widzi pająki. Jej lęk przybiera postać widocznych tylko dla niej ogromnych, ośmionożnych paskud. Te pająki są zawsze ostrzeżeniem, jak aura przed atakiem epilepsji.

Ja także podnoszę głowę, wiedząc - mając nadzieję - że nie ujrzę żadnego pajęczaka.

- Ale chyba już poszedł.

- Geni... był ogromny.

Mama rozgląda się nerwowo. Wiem, co się wydarzy. Spoglądam na Małego, ale stoi odwrócony plecami, pomagając artystom dosiadać koni.

- Mamo... czujesz smród?

Kiedy Delia widzi pająki, często towarzyszy temu straszny odór - ona nazywa go beknięciem piekła. Potem... potem moja matka zaczyna szaleć, przerażona czymś, co dostrzega tylko ona. Krzyczy "Etemmu!", dopóki Mały nie przybiegnie, by szeptać jej do ucha i uspokajać galopujące serce. Jeśli nie ma go w pobliżu, możemy tylko stać bezradnie i patrzeć, dopóki Delia nie opadnie z sił.

Widzenie plus straszny odór oznaczają, że do występu nie dojdzie.

- Mamo?

Jej nozdrza się rozszerzają, Delia robi głęboki wdech, kręci głową.

- Nie. Nic. - Spojrzenie jej łagodnieje. Głaszcze moją dłoń, spoczywającą na jej ramieniu. - Może jednak nie widziałam tego pająka - mówi z uśmiechem.

Potem, gdy miliony razy odtwarzałam w pamięci wydarzenia tamtego wieczoru, nienawidziłam się za to, że nie dostrzegłam, iż uśmiech Delii nie dotarł do jej oczu. Martwiła się, a ja tego nie zauważyłam.

Jednak wtedy trzeba było wyjść na scenę. Cyrk nie zatrzymuje się dla nikogo.

 

Mój przybrany wujek Ted, właściciel cyrku i kierownik sceny, nazywa nasz numer "zatrzymywaczem przedstawienia". Niewielu akrobatów potrafi zrobić to, co my. Uczyłam się baletu i akrobatyki z taśmami, ale podczas występów przeważnie gram na skrzypcach, zwisając głową w dół na wysokości ośmiu metrów, z kostkami spętanymi miękką pętlą, podczas gdy moja matka wykonuje skomplikowany układ, złożony z obrotów, szpagatów i przewrotów na zawieszonym w powietrzu kole.

Muzyka znowu się zmienia i wiem, że już prawie pora.

Staram się przypomnieć Delii o przedstawieniu.

- Czyli... czekam do twojego pierwszego szpagatu...

Nie słucha mnie, patrzy gdzieś daleko.

- Mały... - zaczynam.

Mijają nas klauni z pieskami; jeden zatrzymuje się, by pocałować ją po bratersku w policzek, zostawiając czerwoną smugę.

- Stłucz sobie nos, lady Delio!

To takie ich życzenia powodzenia.

- Wszystko w porządku, dziewczyny? - pyta Mały.

Podnosi palcem brodę Delii i zagląda jej w oczy. Delia opiera się o niego.

- Ka nui te aroha - mówi. "Kocham cię".

Na widowni rozlega się krzyk. Wstrzymuję oddech. To znaczy, że któryś z trapezistów - pewnie Ash albo Violet - puścił trapez i koziołkuje w powietrzu, czekając, aż partner go złapie. Wiem, że mają siatkę bezpieczeństwa, ale... Mogą się nie złapać.

Choć stoję w kulisach, wyobrażam sobie, jak cała czteroosobowa Rodzina Latających Jónásów spada na rozpiętą w dole siatkę. Gdy Ash, Violet i ich rodzice się ukłonią, na arenę wypadną jeźdźcy - to znak, że Delia i ja mamy się przygotować.

Violet mija nas, przybijając mi piątkę. Ash jak zwykle wita mnie żółwikiem: "Do boju, Wiewióreczko". W moich romantycznych fantazjach dostaję upajający pocałunek albo długi uścisk. Niestety, Ash traktuje mnie jak drugą siostrę. Z czego Mały i moja matka się cieszą.

Zerkam przez szparę w kurtynie: uwielbiam przyglądać się, jak konie i jeźdźcy galopują płynnie niczym jeden organizm. Na zakończenie konie przyklękają, a dzieciom i dorosłym wyrywa się jęk zachwytu.

Konie wychodzą w lewą kulisę, a ja czuję w brzuchu trzepotanie motylich skrzydełek. Mama bierze mnie za rękę i uśmiecha się do mnie. Ona nigdy nie ma tremy.

Wybiegamy na środek pierwszego kręgu. Reflektor przepala nas żarem, a my kłaniamy się nisko, z gracją, przy huku oklasków.

Delia prostuje się i nagle kamienieje. Mocno ściska moje palce.

Spoglądam tam, gdzie ona.

Wujek Ted stoi w mroku na lewo od naszej areny. Rozmawia z jakimś wysokim mężczyzną o kanciastej szczęce. Czarny frak, okrywający jego szerokie bary i długie nogi, wydaje się szyty na miarę (ale nie przez kogoś takiego jak żona wujka Teda, który w porównaniu z nim wygląda niemal jak obszarpaniec). Ostry jak nóż nos mężczyzny lekko się kołysze. Grube brwi wyglądają nienaturalnie przy niemal zupełnie łysej głowie. Nieznajomy kiwa nią, nie odrywając od nas wzroku.

Wygląda mniej więcej tak delikatnie jak tarantula.

- Mały... - szepcze Delia.

Z zaplecza dobiega dwukrotne trąbienie Houdiniego - pewnie mu czegoś zabroniono - i obie podskakujemy. Dyrygent orkiestry, który między numerami pełni rolę konferansjera, żartuje, że mama zabrała Houdiniemu iPada. Widzowie chichoczą nerwowo.

- Mamo?

Delia zerka na mnie. Dyga - odruchowo odpowiadam tym samym - i zamyka mnie w objęciach. Dość nietypowe, zważywszy, że oświetla nas reflektor.

Delia ma przy sobie swój talizman - zabytkowy kluczyk na grubym srebrnym łańcuszku; na ścianach naszej przyczepy wiszą oprawione w ramki kluczyki zebrane przez nią w trakcie naszych podróży. Całuje mnie w oba policzki.

- Klucz do dobra znajdziesz w prawdzie.

To jej zaklęcie, przypominające mi, że mam być najlepsza, jak mogę. Powtarza to przed każdym występem.

Ale jeszcze nigdy nie dała mi klucza.

Nie zdążywszy nawet zareagować, już się wspinam po wąskiej drabince w mroku pod sklepieniem namiotu. Matka zwisa z wdziękiem z koła.

Nic jej nie będzie. Wszystko będzie dobrze.

Na platformie w górze stoi asystent z moimi skrzypcami i smyczkiem. Za piętnaście minut mama pozwoli mi wypić ukradkiem trochę szampana i odświeżymy makijaż, żeby przygotować się na powitania z dobroczyńcami i żeby Ash w końcu sobie uświadomił, że jestem dziewczyną w sam raz dla niego. To samo płonne marzenie powraca podczas każdej gali sylwestrowej.

Docieram na metalową platformę i patrzę na widownię w całej jej okazałości - misterne fryzury, migoczące suknie, mężczyźni jak pingwiny cesarskie. Wnętrzności mi się skręcają. Choć nie wolno fotografować z fleszem, dostrzegam parę błysków. Klauni nadal dokazują, malutkie lampki na pulpitach oświetlają twarze muzyków. Delia siedzi na swojej obręczy w mroku, kołysząc się lekko. Czeka.

Widzę tego łysego, który rozmawiał z Tedem. Trzyma cylinder w złożonych rękach i wpatruje się we mnie. Ted wbiega na arenę, żeby nas zapowiedzieć.

Z nogami w pętli ze skóry wyłożonej kożuszkiem zawisam nad nicością. Przy pierwszym spojrzeniu w dół zawsze trochę kurczy mi się żołądek. Asystent podaje mi skrzypce i mruga. Zjeżdżam ku arenie, tuląc instrument do piersi. Rękę ze smyczkiem mam wyciągniętą w dół.

Parę spokojnych oddechów, żeby przywyknąć do pozycji. Mechanizm obręczy Delii rusza, wyciągając ją na wysokość dziesięciu metrów, trochę wyżej ode mnie. Matka siedzi z wdzięcznie złożonymi stopami. Nie asekurują jej żadne liny ani uprzęże - szybkość manewrów wyklucza ich użycie.

Delia robi szpagat - promienie reflektorów z wolna pełzną w górę, jeden skierowany na nią, drugi na mnie - a ja pociągam mocno smyczkiem, wydobywając pierwsze dźwięki. Ciche i powolne - takie lubi moja matka, kiedy zaczyna numer, zwisając głową w dół w szpagacie.

Obraca się w tej obręczy jak zawieszona na pajęczej nitce. Wisząc głową do dołu, zaczepiona jedną stopą i jedną ręką, w szpagacie, kręci się wokół własnej osi. Tyle samo piękna, co grozy - kiedy się ją obserwuje z dołu, ma się ochotę wstrzymać oddech.

Po trzech minutach otwieram oczy, żeby się upewnić, czy nadal poruszamy się synchronicznie.

Delia nie tańczy. Stoi na obręczy i wpatruje się w nicość.

- Możesz mnie atakować, ale nigdy jej nie znajdziesz - mówi.

- Mamo! - krzyczę.

Delia uśmiecha się do czegoś, co widzi tylko ona...

Coś w nią uderza. Obręcz wiruje jak moneta.

Matka traci równowagę.

I spada.

 

Najpierw słychać mój krzyk. Potem dołączają się dzieci z widowni. Ich płacz miesza się z głosami przerażonych rodziców. Szyjka moich skrzypiec pęka, uderzając o piasek tuż obok mojej matki.

Mały porusza się z prędkością nieprawdopodobną przy jego rozmiarach. Po paru sekundach jest przy Delii i woła, żeby wezwano karetkę. Obsługa sceny tworzy kordon, a Ted, obracając się z furkotem peleryny, daje znak reżyserce. Ten znak.

Reflektory gasną. Orkiestra zaczyna grać Stars and Stripes Forever Johna Philipa Sousy. Jak kwintet Wallace'a Hartleya na tonącym Titanicu.

- Nie mogę się ruszyć! Opuśćcie mnie! - krzyczę.

Gdzie jest asystent? Widzę Asha, wbiegającego po drabince po parę szczebli naraz. Dociera do platformy i podciąga mnie. Usiłuje mnie przytulić, ale ja wyszarpuję nogę z pętli, sięgam po błękitną szarfę i zjeżdżam w dół jak Tarzan na lianie.

- Genevieve, nie podchodź! Nie podchodź!

Czyjeś ręce szarpią mnie i ciągną. Padam na ziemię obok Delii, policzkiem w miałki piasek. Mama stara się uśmiechnąć, choć z nosa płynie jej krew, barwiąca jej zęby i wargi.

Muszę ją uzdrowić.

Chwytam jej lewą rękę w obie dłonie. Delia krzyczy - ma złamaną kość.

- Już dobrze, mamo, dobrze. Wszystko naprawię. Zostań ze mną... - Zamykam oczy i zapalam gwiazdę wewnątrz mojej głowy. Jeszcze tylko parę chwil...

- Mój ptaszku... - mówi Delia. - Tak cię przepraszam...

- Cicho - rzucam, wtłaczając w jej rękę fale palącej energii. Czuję mdłości, to oznacza, że obrażenia są wielkie. Mam wrażenie, że ktoś mi rozpłatał głowę. Widzę Delię po drugiej stronie swoich powiek, otoczoną światłem, ale oddala się ode mnie, a jej wyciągnięta ręka znika.

- Słodka Genevieve - mówi. Otwieram oczy. - Kto mówił o złocie? - powtarza zdanie z mojej ulubionej bajki, smutny uśmiech znika z jej twarzy, która wiotczeje. Tak jak jej dłoń.

Ash podnosi mnie z ziemi. Jestem bardzo osłabiona po próbach ratowania Delii. Mijają mnie nosze na kółkach.

Ash wyprowadza mnie z namiotu. Dystyngowany mężczyzna we fraku przygląda się całej scenie. Następnie wkłada cylinder, odwraca się i znika za zasłoną.

 

2

Trzy tygodnie później

 

Śmierć to największy złodziej.

Okrada nas ze zdolności do czucia i myślenia. To przez nią po miłości, poczuciu bezpieczeństwa i szczęściu zostają nam w piersi czarne dziury. Gdy w końcu wydaje się, że się zasklepiły, coś - jakiś zapach, wspomnienie, przedmiot - rozrywa je na nowo.

Po co to wszystko? Moja matka, tuląca życie w swoich czarodziejskich dłoniach i dziękująca za każdy dzień, nawet gdy wiła się w mękach szaleństwa.

Pławię się w wodzie w Cannon Beach w stanie Oregon tak długo, aż wydaje mi się, że palce mi rozmiękną. Trochę dalej fale z białymi grzywami atakują piasek. Kiedy do mnie dopełzają, są już grzeczne. Choć zęby mi szczękają, chcę, żeby moje ciało zostawiło odcisk w ciemnym piasku, nim ocean znowu wciągnie mnie na głębinę.

Zimno mi, ale przynajmniej coś czuję.

Mały, stojący trzy metry za mną na wyrzuconej przez morze kłodzie - tam, gdzie skarpa osłania plażę przed wiatrem - wrzeszczy, żebym wracała. Kręcę głową. Jeszcze nie.

Obejmuję kolana dłońmi. Moje łzy spadają na urnę z białego marmuru, którą ściskam nogami. Resztka mojej Delii, którą zaniosę do namiotu. Gdy jej ataki szaleństwa stały się tak gwałtowne, że Mały nie potrafił ich opanować i musiała iść do szpitala, powiedziała mi, że chce być jednocześnie w dwóch miejscach - tam, gdzie lekarze ją wyleczą, i w domu, ze mną.

Och, mamo. W końcu twoje marzenie się spełniło.

W tym małym nadbrzeżnym miasteczku, twoim najukochańszym miejscu na ziemi, przyjdzie nam się pożegnać.

Widzę ją oczami duszy. Sto metrów od miejsca, w którym siedzę, na Haystack Rock. Chodziłaby po zboczu, zaglądała w zagłębienia pełne morskiej wody, wołałaby do mnie i szeptałaby z Alicią i Udishem. Wspięłaby się na szczyt pobrudzony ptasimi odchodami, jakby natura stworzyła go specjalnie dla niej.

Dziś wdrapałam się na tę skałę z Małym i szeptaliśmy do ptaków, rozgwiazd i anemonów, rozrzucając garściami prochy Delii.

- Będzie nad wami czuwać, dopóki asteroidy nie zgotują nam tego samego losu, co dinozaurom - powiedziałam.

Umyliśmy ręce w czystej wodzie, zmoczyliśmy włosy. Mały umył mahunga - głowę, najświętszą (tapu) część ciała.

- Tak trzeba, żeby oczyścić się ze śmierci - wyjaśnił.

Po odejściu Delii nie jestem sama.

Mam Małego. I ciocię Cecelię - w skrócie Cece - oraz wujka Teda, krewnych nie z urodzenia, lecz z wyboru, Violet i Asha i... słonie. Mam nadzieję, że Gertruda się nie martwi. Słonie są inteligentne - Gert poczuła zapach krwi Delii na moim kostiumie. Gdy wróciłam do domu ze szpitalnej kostnicy, słonica dotykała trąbą moich włosów i twarzy, przy okazji ocierając mi łzy. Lubi się przytulać.

To zabrzmi dziwnie, ale mam też Alicię i Udisha. Niewidzialni powiernicy mojej matki to też w pewnym stopniu rodzina, a Delia szeptała do nich, odkąd pamiętam. Twierdziła, że Udish jest jej prapraprapradziadkiem, a Alicia to jej najbliższa przyjaciółka, choć nie żyje od prawie dwudziestu lat.

Dotykam zapiaszczonymi dłońmi lodowatego marmuru.

- Nigdy sobie nie wybaczę, mamo - mówię.

Od trzech tygodni nie czułam nic. Teraz, siedząc nad Pacyfikiem i ryzykując zamarznięcie, nagle zaczęłam czuć zbyt wiele.

Byłam za słaba, żeby uratować moją matkę.

Mały gwiżdże. Znowu się oglądam.

Pokazuje mi termos. Ma w nim kakao, pewnie doprawione irlandzką whisky. Mam siedemnaście lat. Mały czasem pozwala mi na odrobinę alkoholu, gdy Delia nie patrzy.

Podnoszę rękę - jeszcze pięć minut. Nie skończyłam rozmawiać z Delią.

W jej żyłach nie płynęła krew Maorysów, ale Mały odprawił skróconą wersję tradycyjnej ceremonii pogrzebowej, tangihanga. Żartował, że z racji ich długiego związku mama stała się honorową Maoryską. Po jej śmierci musiał jej jakoś oddać honory, choć chciała - wbrew jego przekonaniom - zostać skremowana.

Rytuał nie trwał trzech dni, jak należy, ale Mały wygospodarował tyle czasu, żeby przygotować jej ciało, odśpiewać pieśni, wezwać jej whanau - bliskich - którzy już odeszli, by powitali ją w Hawaiki, dokąd - zgodnie z maoryskimi wierzeniami - ludzie idą po śmierci. Powiedział nawet, że są tam Alicia i prapraprapradziadek Udish wraz z tymi krewnymi, którzy się jeszcze nie narodzili. Mam nadzieję, że ma rację, że Delia jest z nimi, a nie samotna i przerażona.

Mały daje mi jeszcze pięć minut, a potem w pole mojego widzenia wchodzą odrapane czubki jego czarnych workerów.

- Chodź, Geni. Jeśli wrócisz z zapaleniem płuc, Cece obedrze mnie żywcem ze skóry. - Wyciąga mnie z błota, okrywa kraciastym wełnianym kocem i podaje mi termos. Odkręcam go: tak, jest tam alkohol. Nie zawracam sobie głowy nalewaniem do nakrętki. Płyn pali mnie w gardle.

- Widzisz? Za bardzo zmarzłaś. Chodź. - Mały podnosi urnę i przytula ją do piersi jak niemowlaka.

Potem zarzuca mi na okryte kocem ramiona swój wielki wełniany płaszcz, choć jego ręka pokrywa się gęsią skórką.

 

Nagła i gwałtowna śmierć pociąga za sobą wiele obowiązków, zwłaszcza jeśli jest to wypadek przy pracy, a szczególnie - na oczach tłumu. Wkrótce wszyscy zaczęliśmy rozpoznawać odwiedzających nas pracowników Państwowej Inspekcji Pracy.

Wspomniane obowiązki uniemożliwiły nam odjazd do miejsca naszego następnego występu. Pytania, odpowiedzi, nowe pytania. Większość przeczekałam, ukrywając się w przyczepie. Skubiąc jedzenie, które przynieśli koledzy, gdy przesłuchania się skończyły, a oni mieli wyjechać z miasta na krótki urlop, jak zawsze na początku nowego roku. Czekając, aż Cece zagoni mnie pod prysznic, by rozczesać moje rozwichrzone z rozpaczy włosy. Patrząc, jak Cece cicho chowa pusty futerał skrzypcowy w szafce pod ławą w kuchennej wnęce. Podlewając więdnące z tęsknoty za Delią lawendę, szałwię, aloes i koperek. Przekładając jej książki - zielniki medyczne i zbiory receptur, odkurzając i ustawiając jej apteczne słoje w kolejności alfabetycznej.

Delia miała rozległą wiedzę na temat naturalnych lekarstw. Dzięki swojemu obwoźnemu ogródkowi wyleczyła wiele zaziębień i gryp. "Doktor Delia", żartowali artyści, zażywając wzmacniające nalewki, ziołowe mieszanki leczące wszystko, od kaszlu i alergii po tremę. Gdy dokuczały mi zakwasy, Delia wyjmowała lek i mówiła: "Nie ruszaj się, ptaszku", po czym zaczynała ugniatać i masować, a w powietrzu rozchodził się intensywny zapach olejku miętowego. Jej mocne palce przeganiały ból mięśni.

- Opowiedzieć ci coś? - pytała.

Jej historie sprawiały, że wszystko stawało się lepsze.

- O dziewczynce ze złotem - mówiłam.

Delia parskała śmiechem.

- Dlaczego zawsze uważasz, że to złoto?

- Co jeszcze można ukryć w górskim zboczu?

- Posłuchaj uważnie... - I opowiadała mi o dziewczynce o włosach jak ogniste słońce, która uciekła z domu, by uratować rodzinny skarb.

- Dlaczego nigdy nie mówisz, co było w tej szkatułce? - pytałam.

- Bo wtedy znikłaby tajemnica, wiesz? - odpowiadała.

Potem przychodziła kolej na nią - ale nie potrzebowała olejów ani kompresów. Kładła się na kuchennym stoliku, zmienionym w leżankę.

- Co boli najbardziej? - pytałam.

- Znowu plecy. Tylko nie rozgrzewaj rąk za mocno, żebyś tego nie odchorowała.

Zamknięte oczy, miarowy oddech, skupienie na rozpalonej do białości gwieździe w mojej głowie. To właściwie nie gwiazda, bardziej przypomina to mały reaktor atomowy, który wysyła przez moje palce promienie, leczące moich ukochanych.

Po chwili Delia się odprężała. Jej mięśnie goiły się pod wpływem energii moich rąk. Na koniec padałam na ławę, zmęczona. Zawsze musiało minąć parę chwil, zanim moje dłonie ostygły, a zawroty głowy minęły.

- Chciałabym wiedzieć, co jest w tej szkatułce - szeptałam.

- To twoja opowieść - odpowiadała mama, całując mnie w skroń. - W szkatułce jest to, co podpowiada ci serce, mój czarodziejski ptaszku.

 

Mały stoi na warcie przed plażową łazienką. Mój prywatny strażnik. To niemal zabawne, biorąc pod uwagę, jak niewiele dziś tutaj osób. I jak jest wcześnie. Z pobliskiego hotelu wygrzebali się tylko najwięksi twardziele.

Wyjmuję mokre włosy spod kołnierza suchej bluzy. Łańcuszek przynoszącego szczęście kluczyka Delii wplątuje mi się w kosmyki włosów. Uwalniam go i ujmuję w dłoń poczerniałe żelazo, na którym widnieje wygrawerowane słowo Vérité - "prawda". Matka nigdy nie rozstawała się ze swoim talizmanem. Gdy przyłapała mnie na kłamstwie o tym, ile ćwiczyłam na skrzypcach, albo jeśli Violet i ja pożarłyśmy babeczki kuchmistrza, dotykała kluczyka ukrytego pod koszulą.

Jedno dotknięcie - nie musiała nic mówić.

Wychodzę z mokrymi ubraniami w reklamówce. Mały idzie obok mnie, jego potężne bicepsy wyglądają spod podwiniętych rękawów, mięśnie żuchwy pulsują pod t? moko, którego spirale, sięgające od policzków po uszy, wpełzają na czoło i zatrzymują się tuż przed linią krótko obciętych włosów. Człowiek o wytatuowanej twarzy stanowi idealne uzupełnienie naszej trupy wyrzutków, ale Mały nie jest zwykłym człowiekiem. On i Haystack Rock pochodzą z bryły tej samej komety, dlatego tak trudno mi znieść widok jego smutku.

Mały wsuwa lżejszą już urnę do kartonowego pudełka pod przednim siedzeniem i rozciera dłonie w strumieniu ciepłego powietrza z nawiewu.

- Co zjemy, Geni?

- Co chcesz.

Mały spogląda na mnie oczami pociemniałymi z bólu. Ani razu jej nie opuścił, nigdy jej nie krytykował - jej, kobiety, która przyjaźniła się z duchami. Inni nazywali ją wariatką, on - matakite, jasnowidzącą, ponieważ potrafiła porozumiewać się ze zmarłymi i łączyć się ze wszystkimi energiami kosmosu. Udish i Alicia stali się naszymi codziennymi gośćmi. Delia mawiała, że muszę poznać opowieści, by zrozumieć, w jaki sposób działali dawni uzdrowiciele, co mi wyjaśni, dlaczego moje dłonie leczą skórę i kości, dlaczego "nasi" mają talenty niedostępne innym.

Mały podaje mi dłoń; przyjmuję ją. Jest bardzo ciepła. Obejmuję obiema rękami jego ramię jak w dzieciństwie, gdy podnosił mnie aż do nieba.

- Naleśniki? - pyta.

Ulubione danie Delii.

- Tak. Naleśniki.

 

Kelnerka podaje Małemu menu, wypinając biust. Spogląda to na mnie, to na niego, jakby usiłowała zgadnąć, co nas łączy.

Mały składa zamówienie - kawa, naleśniki, smażone ziemniaki - i prosi o trzeci talerz.

- Spodziewasz się kogoś, przystojniaku?

- Tak - mówi on, odwracając wzrok.

Uśmiech kelnerki trochę blednie. Nie wiem, dlaczego mnie to śmieszy.

Po chwili dostajemy śniadanie i trzeci pusty talerz. Mały stawia go na stole obok siebie, tak jak to robi przy każdym posiłku od jej odejścia. "Dzięki temu czuję, że mogłaby wrócić, że lada chwila stanie w drzwiach z naręczem kwiatów", wyjaśnił pierwszego dnia.

- Może spróbuj to jeść, a nie układać we wzorki na talerzu - mówi, kończąc swój stosik naleśników.

Dziabię widelcem pokrojone owoce.

- Zastanawiam się, jak sobie radzą słonie...

- Pewnie trochę za tobą tęsknią.

- Gert nie rozumie, gdzie się podziała Delia.

Mały wyciąga dłoń, obejmuje mój policzek, szerokim kciukiem ściera łzę. Moje oczy ostatnio robią, co chcą.

- Przestań, E k?. Nie rób sobie tego. - Nie jestem jego córką, ale nazywa mnie swoją małą dziewczynką. E k?. - Tak długo się trzymała... Nie wiem, dlaczego straciłem czujność.

 

Zjawia się kelnerka z dzbankiem świeżej kawy. Pochyla się nad Małym - niżej niż to konieczne - by zabrać talerz Delii. Kładę na nim rękę. Kobieta marszczy brwi i odwraca się na pięcie, by napełnić kubki gościom przy sąsiednim stoliku.

Mały ciężko opada na siedzenie. Smutny, ale prawdziwy uśmiech unosi mu kącik ust.

- Naprawdę jesteś córką swojej matki - mówi, zabierając się do kolejnego ociekającego tłuszczem kawałka boczku.

Zauważam zadrapanie na środkowym palcu jego lewej ręki, więc chwytam ją, najpierw przesuwając palcem po płowiejącym tatuażu na jego palcu serdecznym - ozdobne litery, układające się w słowo "Delia". Takie same, jak w "Kahurangi" na jej palcu. Ich wzajemna obietnica była wieczna.

Rozchylam jego palce, żeby lepiej zobaczyć długi strup.

Nie proszę o pozwolenie. Muszę to naprawić.

Oczy powleka mi mgła, zaczynam czuć ciepło. Szybkie zaczerpnięcie energii z gwiazdy w głowie, nie na tyle duże, żeby żołądek zaczął mi się burzyć - i rana znika. Skóra jest znowu nieskazitelna. Mrugam, żeby przepędzić mgłę. Mały obejmuje moje drżące palce.

- Była z ciebie bardzo dumna - szepcze. Potem się prostuje. - Po naszym przyjeździe w poniedziałek wieczorem rozmawiałem z Tedem.

- Jak się czują?

- Są smutni. Ale zajmują się sprawami cyrku.

- Mamy jeszcze jakiś cyrk?

Do tej pory nawet nie pomyślałam, jak wypadek Delii wpłynie na losy trupy. Sylwestrowa gala, na której Ted Cinzio zdobywa kolejne dwunastomiesięczne gwarancje inwestorów, daje nam finanse na cały rok. Przypuszczam, że sytuacja się komplikuje, gdy ktoś ginie w trakcie przedstawienia.

Nawet jeśli będziemy występować dalej... jak mam wyjść na scenę bez niej?

- Na początku sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Inwestorzy się wycofali. Byli wstrząśnięci tym, co zobaczyli, krążyło za wiele plotek, a do tego naciski z zewnątrz, wiesz, grupy protestujące przeciwko męczeniu zwierząt w cyrku.

- Idioci. Mogą obejrzeć Gertrudę, Houdiniego czy Otella, kiedy tylko zechcą. Sprawdzić, jakie są zdrowe i kochane. Nie mamy nic do ukrycia! - Gniew zabarwia mi i tak płonące od wiatru policzki. Mam dość głupich aktywistów, którzy traktują Cinzio na równi z jakimiś gównianymi cyrkami.

Mały wyjmuje telefon, przewija wiadomości i pokazuje mi.

- Ale wczoraj dostałem maila, że mamy sponsora. - Czytając, słyszę głos Teda. Słychać w nim ulgę.

- Triad Partners Group?

- Firma inwestycyjna. Jeszcze dogrywają szczegóły. Ale jedno na pewno się zmieni: będziemy występować stacjonarnie. Przez rok.

- Cały rok?

- W Eaglefern w Oregonie. - Mały dopija kawę jednym długim łykiem. - Miasto uniwersyteckie. Nieopodal autostrady dwadzieścia sześć, którą tu przyjechaliśmy.

- Nie chcę osiadać. Pewnie nikt nie zechce.

- Pomyśl o słoniach. I Otellu. Biedny kotek nie robi się młodszy. Może jeśli przez jakiś czas posiedzisz w jednym miejscu, poznasz nowych przyjaciół.

- Mam już przyjaciół.

Przychodzi kelnerka z rachunkiem, który kładzie obok łokcia Małego, ale nie zostaje. Chyba do niej dotarło.

- Mają tam mały prywatny uniwersytet. Może zamiast robić kursy internetowe pochodziłabyś do normalnej szkoły. Z prawdziwymi ludźmi mniej więcej w twoim wieku.

I tak będę młodsza od wszystkich. Od dwóch lat uczę się korespondencyjnie. Głównie biologii. Zastanawiam się nad weterynarią dużych zwierząt, żeby móc zostać ze słoniami. Ale pewnie wykłady w prawdziwej auli nie byłyby takie złe. No i fajnie mieć dostęp do przyzwoitej biblioteki.

- Kiedy?

- Jedziemy tam prosto stąd.

O! A to niespodzianka.

- Chodź. Zanim ruszymy, mamy do załatwienia jeszcze jedną sprawę.

Płacimy i wychodzimy, kuląc się na ostrym wietrze, który podczas śniadania przybrał na sile. W furgonetce Mały otwiera schowek na rękawiczki i wyjmuje kopertę w formacie A4 z pozaginanymi rogami.

Elegancki charakter pisma mojej matki - "Przeczytać w Cannon Beach, Oregon" - wyjaśnia wszystko.

Czuję na ramieniu ciężką rękę.

- Genevieve, kazała mi przysiąc. Miałem ci to dać tu, na plaży.

Łamię pieczęć; w furgonetce rozchodzi się zapach mojej matki. Na grubym czerpanym papierze widnieje pojedyncza linijka starannego pisma Delii - "Cannon Beach, UP na North Hemlock Street". Na kolana upada mi maleńki srebrny kluczyk z breloczkiem wielkości małej monety na sznurku. Napis na nim głosi "Wszystkiego najlepszego".

Podnoszę kluczyk - metal lśni w promieniach słońca, przedzierających się przez chmury.

- Wiesz, do czego to?

Mały kręci głową.

Pociągam nosem i prostuję ramiona. Miejmy to już za sobą.

- Chyba muszę odwiedzić pocztę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI