Prawda - Emil Zola

Kup ebooka

22.49 zł
18.44 zł (10,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Dnia poprzedniego, we środę wieczorem, przybył Marek Froment, nauczyciel z Jonville, wraz z żoną swoją, Genowefą i małą córeczką Ludwiką - do Maillebois, gdzie spędzał zazwyczaj miesiąc wakacyi u babki i u matki swojej żony, pani Duparque i pani Berthereau, u tych dam, jak je nazywano w okolicy. Maillebois, stołeczne miasto kantonu, liczące dwa tysiące mieszkańców, odległem było o dziesięć kilometrów od wioski Jonville, a o sześć tylko od dużego i starego miasta uniwersyteckiego, Beaumont. Przykre tam były pierwsze dni sierpnia. W niedzielę, podczas rozdawania nagród, straszna burza się wzmagała. Tej nocy jeszcze, około godziny drugiej, spadł istny potop deszczu i nie odświeżył wcale nieba, które pozostało, jak było, zamglonem, żółtem i ołowiano-ciężkiem. A te damy wstały już o godzinie szóstej, by o siódmej być na mszy czekały na dole w sali jadalnej, na młode małżeństwo, które się wcale nie spieszyło na śniadanie. Na stole, nakrytym białym obrusem, stały już cztery filiżanki a i Pelagia już weszła z dzbankiem, w ręku. Ta mała, ruda służąca, z nosem długim i wargami cienkiemi, od dwudziestu lat na służbie u pani Duparque miała zupełną wolność słowa. - Dobrze! - przemówiła - kawa będzie zimna, ale nie z mojej winy. Gdy z niewypowiedzianym żalem wróciła do kuchni, pani Duparque sama poczęła swoje niezadowolenie objawiać. - To nie do zniesienia, chyba Marek stroi żarty z nami i chce, byśmy nie poszły na mszę wtedy, kiedy on tu jest obecnym. Ale pani Berthereau, pobłażliwsza, ośmieliła się na skromną wymówkę. - Zapewne im burza spać nie dala, ale co dopiero słyszałam, jak się prędko zbierali. Pani Duparque, sześćdziesięcio trzech letnia kobieta, wysoka, czarnowłosa jeszcze, z twarzą zimną, głęboko i symetrycznie zmarszczoną, z oczyma srogiemi i z poważnym nosem, była przez długie lata przedtem właścicielką magazynu nowości "Pod Aniołem Stróżem", na placu Świętego Maksana, przed katedrą, w Beaumont. A było to po nagłej śmierci jej męża, spowodowanej, jak utrzymywano, upadkiem banku katolickiego, kiedy pani Duparque okazała się na tyle roztropną, żeby zlikwidować interes i wycofać się z resztą, wynoszącą sześć tysięcy franków, do Maillebois, gdzie miała swój domek. Dwunasty już rok mijał od chwili, kiedy i córka jej, pani Berthereau, wróciła do niej, też jako wdowa, ze swą jedenastoletnią córeczką Genowefą. Przykra to była dla niej nowina, ta nagła śmierć zięcia, urzędnika finansowego, w którego przyszłość niesłusznie wierzyła, bo umarł ubogo i pozostawił jej na karku żonę z dzieckiem. Od owej chwili żyły wspólnie te dwie wdowy, pod dachem małego a ponurego domku, życiem ciasnem, zamkniętem, które coraz to więcej się zwężało przez ścisłe praktyki religijne. Ale mimo to pani Berthereau, którą mąż ubóstwiał, zachowała coś jeszcze z tej słodyczy i rzewności, którą daje ocknienie się do miłości i do życia; wysoka, brunetka, jak matka, miała rysy przygniatającego smutku, oczy zdradzające pokorę, twarz zmęczoną, z której czasami wyczytać było można tę nie wy mówioną rozpacz z powodu utraconego szczęścia. Przyjaciel zmarłego Berthereau, dawny nauczyciel z Beaumont, Salvan, który był później inspektorem szkół ludowych, zanim został dyrektorem szkoły normalnej, wyswatał małżeństwo Marka z Genowefą, której był opiekunem. Berthereau, który był umysłem bardzo liberalnym, sam nie odbywał praktyk religijnych, ale pozwalał je żonie wykonywać, a z czułości odprowadzał ją nawet na mszę do kościoła. Salvan, który był jeszcze bardziej wyemancypowanym a dowierzał tylko pewności doświadczenia, popełnił również czyn nieroztropny, choć z serdeczności pochodzący, że związał Marka z rodziną tak nabożną, nie zdawszy sobie sprawy, do jakich starć może dojść pomiędzy nimi. Marek i Genowefa, którzy się kochali namiętnie, umieliby się zawsze pogodzić. Ale od trzech lat, t. j., od chwili, gdy wyszła za mąż, Genowefa, która była jedną z najlepszych uczennic w klasztorze Wizytek, w Beaumont, poczęła w istocie zaniedbywać praktyki religijne a nawet i modlić się przestała, naśladując w tem męża, którego kochała. Pani Duparque okazywała, że jest bardzo strapioną, chociaż wnuczka starała się jej zawsze podobać, gdy spędzała u niej miesiąc wakacyi w Maillebois i uważała za obowiązek chodzić z nią do kościoła. Ale nieubłagana babka, która wszystkiemi siłami starała się unicestwić małżeństwo Genowefy z Markiem, nie przestała go nienawidzieć, wciąż winiąc o kradzież duszy jej wnuczce. - Trzy kwandranse na siódmą - szemrała, słysząc trzykrotne bicie zegara na sąsiednim kościele. Zbliżyła się do okna i spojrzała na plac Kapucynów. Domek stał na rogu tego placu i ulicy, wiodącej do kościoła. Był to jednopiętrowy domek: na parterze, na prawo i na lewo od sieni, znajdowały się: pokój jadalny i salon a w głębi od podwórza stęchłego i ciemnego, były kuchnia i pralnia; na piętrze zaś dwa pokoje, na prawo pani Duparque i dwa na lewo pani Berthareau a wreszcie na poddaszu, naprzeciwko pokoju Pelagii i strychu, były dwa jeszcze pokoiki, umeblowano kiedyś dla Genowefy, gdy była panienką a w których na nowo z wesołym śmiechem zamieszkała, gdy wróciła z mężem do Maillebois. Ale co za wilgoć, milczenie ciężkie, chłód grobowy wśród tych murów ściemniałych! Ulica, która się ciągnęła od samego kościoła parafialnego Świętego Marcina, była jak o zmroku wśród spleśniałych domów, z brukiem zamszałym i smrodliwym od wylewanych nań pomyj kuchennych. A plac Kapucynów z północnej strony, bez drzewa jednego, był zaćmiony wysoką fasadą dawnego klasztoru, który podzielili między siebie Kapucyni, pełniący zastępstwo duchowne w dużej a pięknej kaplicy i braciszkowie szkół chrześciańskich, którzy założyli szkołę, pomyślnie się rozwijającą, w budynkach przynależnych do klasztoru. Przez chwilę patrzała pani Duparque na ten pusty zakątek, gdzie panował spokój klerykalny, tylko cienie nabożnych przesuwały się tamtędy a trochę ożywienia dawały podczas pauz dzieci ze szkoły braciszków. Zwolna głos dzwonu roznosić się począł w powietrzu zamarłem. Zniecierpliwiona odeszła od okna, gdy wtem drzwi się roztwarły i weszła Genowefa. - Nareszcie! - rzekła babka. - Zjedzmy szybko śniadanie, bo oto co dzwonić zaczęło. Blondyna, smukła i delikatna, z włosami cudownemi z twarzą namiętną i rozkoszną, w czem podobną była do ojca, śmiała się, swe zęby białe pokazując, jak dziecko, choć miała już dwadzieścia dwa lat. Ale widząc, że jest sama, pani Duparque wrzasnęła. - Jakto, Marek jeszcze nie gotów! - Schodzi już, babciu, z Ludwiką. I ucałowawszy babkę, usiadła ze spokojem, poczem wypowiadać zaczęła swoją radość, że się znowu znalazła, zamężna, w tym domu, w którym spędziła spokojną młodość. Ah! ten plac Kapucynów, każdy kamień znała na nim, jak stare przyjaciółki witała na nim najdrobniejsze pęki trawy! I żeby być miłą i na czasie zyskać, w zachwyceniu stała przed oknem, patrząc, jak się przesunęły dwa cienie czarne, które poznała. - Patrz! ojciec Philibin i braciszek Fulgence, dokąd to oni idą o tak wczesnej porze? Dwóch duchownych przechodziło powoli przez mały plac, który, zdawało się, że to oni wypełniali cieniem swych sutan, pod niebem ciężkiem i burzliwem. Ojciec Philibin, pochodzenia chłopskiego, barczysty, tłusty, z twarzą okrągłą i rumianą, z oczyma dużemi, z ustami poważnemi i szczękami solidnemi, był już w czterdziestym roku życia prefektem nauk w kolegium Valmarie, we wspaniałej siedzibie okolicznej Jezuitów. W tym samym wieku, ale mały, czarny i szczupły, braciszek Fulgence był przełożonym trzech innych braciszków, którzy utrzymywali wraz z nim sąsiednią szkołę chrześciańską. To on, syn, jak mówiono, lekarza obłąkanych, który umarł w domu waryatów i służącej, nerwowy, zapalczywy, zarozumiały, który mówił bardzo głośno i robił przytem wielkie gęsta. - Dziś po południu - tłómaczyła pani Duparque - odbędzie się rozdawanie nagród w szkole. A ojciec Philibin, który lubi bardzo naszych braciszków, przyjął z ochotą przewodnictwo podczas tej uroczystości. Więc to on przybywa z Valmarie i przypuszczam, że idzie w towarzystwie braciszka Fulgence'a, by załatwić pewne szczegóły. Ale jej przerwał Marek, który zeszedł nareszcie, trzymając na ręku swą córeczkę, Ludwikę, liczącą zaledwie dwa lata, która mu zawisła na szyi swemi rączkami, radując się i śmiejąc ze szczęścia. - Hop la! Hop la! - wołał, wchodząc. - Przyjeżdżamy koleją żelazną, nie można prędzej przybyć! Mniejszego wzrostu, niż trzej inni bracia jego, Mateusz, Łukasz i Jan, z twarzą więcej wydłużoną i chudszą, Marek miał bardzo wyraziste, wysokie czoło. Ale najbardziej go charakteryzowały oczy i głos czarujący, oczy jasne, bardzo łagodne, które przenikały do głębi duszy, głos porywający, zdobywczy, którym jednał sobie rozumy i serca. Wąsy i nieduża broda nie zasłaniały twarzy mocnej, ściśniętej i dobrej. Jak wszyscy synowie Piotra i Maryi Fromentów, nauczył się on rzemiosła litografii; jako bakałarz w siedemnastym roku przybył do Beaumont, by skończyć naukę w dużym domu, Papon-Laroche, który dostarczał map geograficznych i tablic szkolnych, prawie wszystkim szkołom we Francyi. Tu też odezwała się w nim namiętność do nauczycielstwa, tak, że zdał egzamin na dyplom elementarny i mógł wstąpić w ten sposób do szkoły normalnej w Beaumont, którą opuścił w dwudziestym roku jako nauczyciel pomocniczy z dyplomem wyższym. Po zdaniu jeszcze na certyfikał z pedagogii, otrzymał później tytuł i - w dwudziestym siódmym roku mianowany został nauczycielem w Jonville, gdzie się ożenił z Genowefą, dzięki swemu wielkiemu przyjacielowi, Salvanowi, który go wprowadził był do tych dam i rozrzewniał się szczerą miłością tych dwojga młodych ludzi. A od trzech lat, Marek i Genowefa, nie bardzo zamożni, wśród ciągłych kłopotów pieniężnych i gospodarczych, wiedli, kochając się, życie godne w wiosce, liczącej zaledwie osiemset mieszkańców. Niezadowolona pani Duparque, wcale się nie rozweseliła dobrym śmiechem ojca i dziecka. - Oto kolej żelazna, odezwała się, która nie warta przewozów z czasów mojej młodości... Prędzej, zjedzmy szybko śniadanie, nigdy nie zajdziemy. Usiadła i nalewała już mleko do filiżanek. Kiedy Genowefa przesuwała wysoki stołek małej Ludwiki na miejsce pomiędzy sobą a matką, by czuwać nad dzieckiem, Marek z miną pojednawczą, chciał uzyskać przebaczenie. - Tak, nieprawda? przezemnie spóźniłyście się... To wina babki, bo tu się śpi bardzo dobrze, jest się tak spokojnym! Pani Duparque, spiesząc się, z nosem wetkniętym w filiżankę, nie raczyła odpowiedzieć. Ale pani Berthereau, która się długo patrzała na swoją córkę Genowefę szczęśliwą z męża i dziecka, smutnie się zaśmiała. I głosem nizkim, jakby od niechcenia, wyszeptała, spoglądając na około siebie: - Tak! tak, spokojnie, tak spokojnie, że się nawet nie czuje tu własnego życia. - A przecież - odparł Marek - był krzyk na placu o dziesiątej godzinie. Genowefa była niespokojną. Hałas w nocy, na placu Kapucynów. Żartował w dobrej wierze, by zmusić innych do śmiechu. Babka odpowiedziała tym razem z miną obrażoną: - To wychodzili z kaplicy Kapucynów. Wczoraj wieczorem, o godzinie dziewiątej, było uczczenie Świętego Sakramentu. Braciszkowie przyprowadzili tych uczniów, którzy odbyli pierwszą Komun>9 w tym roku a dzieci te, wyzwoliwszy cię nieco, rozmawiały i śmiały się, przechodząc przez plac... Lepsze to, niż wstrętne zabawy dzieci bez moralności i bez religii. Nagle nastało milczenie głębokie i niepokojące. Słyszano tylko poruszanie łyżeczkami w filiżankach. To do szkoły Marka, do świeckiego nauczycielstwa, odnosił się przytyk o wstrętnych zabawach. Kiedy Genowefa spojrzała nań błagająco, on nie gniewał się wcale i rozpoczął na nowo rozmowę, opowiadał pani Berthereau o pożyciu ich w Jonville, nawet o uczniach wspominał, jako kochający ich nauczyciel, że był z nich zadowolony niezmiernie. Trzech z nich otrzymało certyfikaty nauk. Wtem po nad tą ponurą i pustą dzielnicą rozległ się silny głos dzwonu; zdawało się, że płacze w ciężkiem powietrzu. - Ostatnie uderzenie! - zawołała pani Duparque. - Mówiłam że nie zajdziemy nigdy! I wstała, popychając córkę i wnuczkę, które kończyły już pić, gdy wtem zjawiła się Pelagia, drżąca i wzruszona z dzienniczkiem "le Petit Beaumontais" w ręku. - Oh! pani, oh! pani, jakie to straszne!... chłopiec, który przyniósł gazetę, opowiedział mi... - Co takiego? Spiesz się! Służąca wykrztusić z siebie nie mogła. - Znaleziono zamordowanego małego Zefiryna, bratanka nauczyciela, tu, tu blizko, w jego pokoju. - Jakto? zamordowanego? - Tak, pani, uduszonego - i to kiedy był w koszuli i po rozmaitych obrzydliwościach. Okropne dreszcze przeszły po wszystkich; pani Duparque sama drżała: - Mały Zefiryn, bratanek Simona, tego nauczyciela żydowskiego, dziecko ułomne, ale takie ładne; był katolikiem, chodził na naukę do braciszków, powinien był być wczoraj wieczór na ceremonii, bo odbył pierwszą Komunię... Co robić? Są rodziny przeklęte. Marek, słuchając tego, był zmrożony, burzył się cały. I krzyczał, nie szczędząc nikogo tym razem: - Simon, znam Simona. Był razem ze mną w szkole normalnej, starszy on odemnie tylko o dwa lata. Nie znam poważniejszego umysłu i tkliwszego serca. To biedne dziecko, tego bratanka katolickiego przygarnął do siebie, posyłał do braciszków przez jakiś rzadki skrupuł sumienia... To straszne, to nieszczęście, które go spotkało! Drżąc powstał Marek i dodał: - Pójdę do niego... Chcę się dowiedzieć, chcę tam być, by go wesprzeć w nieszczęściu. Pani Duparque nie słyszała więcej, wypchnęła panią Berthereau i Genowefę, ledwie im czasu zostawiła na włożenie kapelusza na głowę. Dzwon już zamilkł. Te panie śpieszyły się do kościoła wśród przygniatającej ciszy, przez pustą dzielnicę. A powierzywszy Pelagii małą Ludwikę, wyszedł i Marek. Szkoła ludowa w Maillebois, zupełnie nora składająca się z dwóch pawilonów - jednego dla chłopców - a drugiego dla dziewcząt, stała na placu Republiki naprzeciwko ratusza, równie nowego i w tym samym stylu budowanego. Szeroka droga, która prowadziła z Beaumont do Jonville, przecinając plac, oddzielała te dwa budynki jak kreda białe, z których cała okolica była dumną. Ulica ta, handlowa, na której trochę niżej, wznosiła się także fasada parafialnego kościoła Św. Marcina, była zaludnioną, ruchliwą, bo wciąż na niej widać było fury i przechodniów. Ale w tyle, za szkołą, panowały pustka i cisza, trawa rosła na marnym bruku. Jedna uliczka, ulica Krótka, gdzie były plebania i skład papieru pań Milhomme, łączyła ten koniec placu Republiki, gdzie świeciło słońce czasami, z placem Kapucynów. To też Marek miał tylko trzy kroki do zrobienia. Dwa podwórza na rekreacye były od strony ulicy Krótkiej, oddzielone od siebie dwoma wązkiemi ogródkami, jednym dla nauczyciela, drugim dla nauczycielki. A było to na parterze, w szkole chłopców, na końcu podwórza, gdzie Simon udzielił małego kątka Zefirynowi, przyjmując go do siebie. Dziecko było bratankiem jego żony Racheli Lehmann, wnukiem Lehmannów, biednych krawców żydowskich, którzy zajmowali nędzny dom przy ulicy Lichej, najnędzniejszej ulicy w Maillebois. Ojciec, Daniel Lehmann, młodszy od brata swego, krawca, mechanik z zawodu, pojął z miłości za żonę katoliczkę Maryę Prunier, krawczynię, która będąc sierotą, odebrała wychowanie u Sióstr. Małżonkowie ubóstwiali się nawzajem a kiedy przyszedł na świat mały Zefiryn, nie chrzczono go, w żadnej go religii nie chowano, bo ani ojciec, ani matka nie chcieli sobie wzajem robić przykrości, by go ktoś z nich uczył się modlić do swego Boga. Ale w sześć lat później spadł piorun, Daniel umarł śmiercią okropną, porwany, zmiażdżony przez koło maszyny, w oczach żony, w chwili, gdy mu śniadanie przyniosła do warsztatu. A Marya, przywalona tem nieszczęściem, nawróciła się na religię ze swych lat młodych, dopatrując się w tem, co ją spotkało, kary Boskiej za to, że wyszła za mąż, za żyda. Ochrzciła syna i oddała do szkoły, utrzymywanej przez braciszków. Najgorszem było to, że dziecko się nie trzymało prosto, stawało gai batem, poniekąd przez dziedziczność, w czem upatrywała matka nieubłaganą zemstę nieba i zaciekała się z gniewu, bo nie mogła zatracić pamięci o mężu, którego kochała. Ten niepokój, tę walkę wewnętrzną w połączeniu ze żmudną pracą krawiecka, przypłaciła życiem nareszcie, w chwili, gdy mały Zefiryn, licząc już lat jedenaście, przyspasabiał się do pierwszej Komunii. I wtedy to Simon, choć sam biedny, przyjął go do siebie, żeby ciężarem nie spadł krewnym jego żony a jako człowiek wielkiej dobroci i tolerancyi, chował, żywił u siebie, posyłał do spowiedzi i na dalszą naukę do szkoły braciszków w sąsiedztwie. W izbie, w której sypiał Zefiryn, w malej, biednej izdebce, schludnie urządzonej, było okno, które się prawie wprost od ulicy otwierało, za szkołą, w najsamotniejszym kącie placu. A zrana dnia tego, młody pomocnik nauczyciela, Mignot, mieszkający na piętrze, schodząc o godzinie siódmej, spostrzegł, że okno było całkiem otwarte. Mignot, korzystając z pierwszych dni wakacyi, jako namiętny rybak, wyszedł w kapeluszu słomianym i w owelichowym kaftanie, z laską na ramieniu, by ryby łowić w Verpille, małej rzeczce, która przepływa przez dzielnicę fabryczna Maillebois. Jako syn chłopa, wstąpił do szkoły normalnej w Beaumont, jakby był wstąpił do seminaryum, by tylko porzucić ciężką pracę na polu; miał włosy blond, krótko strzyżone, twarz pełną i dziobatą, co mu nadawało minę surową, choć z gruntu był niezły, dobry raczej, nie żądny nikomu wchodzić w drogę. W dwudziestym piątym roku życia nie spieszno mu było się żenić, bo jak we wszystkiem zdawał się na przeznaczenie losu. Tak go zastanowiło, że okno Zefiryna było zupełnie otwarte tego rana, iż podszedł i zajrzał do pokoju, jakkolwiek fakt ten nic w sobie nie miał osobliwego, gdyż zazwyczaj malec budził się o wczesnej porze. Ale zdrętwienie na miejscu przybiło Mignota, ze strachu krzyczeć zaczął: - Mój Boże! biedne dziecko!... Mój Boże! mój Boże, co się stało, jakie to straszne nieszczęście! Mała izdebka, białym papierem wylepiona, zachowała swój spokój, swój wygląd szczęścia dziecinnego. Na stole stał malowany posążek Matki Boskiej, było kilka książek, obrazki święte, ułożone w największym porządku. Małe łóżko nie było nawet rozesłane, bo chłopak spać się nie kładł. A na ziemi włóczyło się krzesło złamane. Przed łóżkiem zaś leżało biedne ciało małego Zefiryna, w koszuli, uduszone, z twarzą siną, z śladami okropnych palców mordercy na gołej szyi. Koszula zbrukana. rozerwana, na poły podarta, odsłaniała chude nogi, gwałtownie odłączone od siebie, w położeniu, które już żadnej wątpliwości nie pozostawiało co do niegodziwego zamachu - a wystająca kość pacierzowa też była widoczną, biedny ten garb, który lewe ramię, podrzucone ponad głowę, odsłaniało. Ale ta głowa, mimo sinej bladości, zachowała swój słodki czar jasnej i uczesanej głowy anioła, z twarzą subtelną, dziewczęcą, oczyma niebieskiemi, nosem delikatnym, czarującemi ustami małemi, z dołkami w policzkach, kiedy się śmiał chłopak serdecznie. Mignot osłupiały nie przestał krzyczeć ze strachu. - Oh, mój Boże! oh, mój Boże! straszna rzecz!... Oh, mój Boże, ratunku, przybywajcie! I przybiegła, usłyszawszy te krzyki, nauczycielka panna Rouzaire. Wcześnie zeszła do ogrodu, doglądała sałaty, która wyrosła po deszczu. Miała już lat trzydzieści dwa, była ruda, nieładna, wysoka, silna, z twarzą okrągłą, przesianą znakami rudości, z dużemi oczami siwemi, ustami bezbarwnemi pod nosem kanciastym, który zdradzał nieczułość, chytrość i skąpstwo. Choć brzydka, umiała się - jak mówiono - przypodobać inspektorowi, pięknemu Maurisinowi, co jej też dopomogło do awansu. Była zresztą oddana także księdzu Quandieu, proboszczowi parafii, kapucynom, dobrym braciszkom nawet i sama prowadziła swe uczennice na katechizm i nabożeństwa do kościoła. Skoro spostrzegła ten straszny obraz, krzyczeć zaczęła. - Dobroci Boże! zlituj się nad nami!... To mordownia, rzeź, dzieło szatana, o Boże litościwy! Poczem, widząc, że Mignot chciał wejść przez okno, przeszkodziła mu. - Nie, nie! nie wchodź pan, trzeba wiedzieć, trzeba zawołać. Ale właśnie, gdy się odwracała, by zawołać na ludzi, spostrzegła ojca Philibina i braciszka Fulgence'a, którzy wchodzili na ulicę Krótką, idąc z placu Kapucynów, gdzie ich widziały przechodzących Genowefa i te damy. Poznała ich, wzniosła ręce do nieba, jakby się sam Pan Bóg objawił. - Oh! mój ojcze, oh! mój braciszku, bieżcie, przybądźcie szybko, dyabeł przeszedł tędy! Obydwaj duchowni podeszli i doznali strasznego wstrząśnienia. Podczas gdy ojciec Philibin, energiczny i rozważny stał milcząc, braciszek Fulgence, popędliwy, zanosił się od okrzyków. - Oh! biedne dziecko!... Oh! obrzydła zbrodnia! dziecko takie łagodne, takie dobre, najlepsze ze wszystkich uczniów - i takie nabożne, takie gorliwe!... A więc trzeba sobie samym sprawę zdać, nie możemy tak tego pozostawić. I nim panna Rouzaire znowu mogła przeszkodzić, wskoczył pierwszy przez okno a za nim ojciec Philibin, który, spostrzegłszy blizko trupa skrawek papieru, zwinięty nakształt korka, natychmiast go podniósł. Nauczycielka ze strachu a raczej przez roztropność nie weszła i zatrzymała nawet na chwilę jeszcze Mignota. Ale na co sobie mogli pozwolić słudzy Boga, nie było może zdrowem dla zwyczajnych nauczycieli. Gdy tymczasem braciszek Fulgence obchodził trupa, nie dotykając go i wciąż głośne krzyki wydawał; ojciec Philibin, milczący, odwijał zwitek tajemniczo tak, że zobaczyć nie można było tego papieru, którego szelest słyszano tylko. Trwało to kilka sekund. I kiedy Mignot wskoczył do pokoju, spostrzegł, że zwitek był zrobiony z gazety i że przy tej gazecie była mała kartka papieru białego, zmięta, splamiona. - Co to takiego? Jezuita spojrzał na pomocnika i spokojnie się odezwał swym głosem grubym i powolnym: - To numer gazety "Petit Beaumontais", z datą dnia wczorajszego, drugiego sierpnia a szczególnem jest to, że zmięty w tym numerze znajduje się wzorek kaligrafii.... Spójrz pan. Musiał pokazać, bo Mignot już go spostrzegł. A trzymał ten papier w swych grubych palcach i nie dawał więcej z niego przeczytać jak słowa: Kochajcie się nawzajem, pisane kaligraficznie pięknem pismem angielskiem. Dziury i plamy zniszczyły zupełnie ten wzór. Pomocnik mógł tylko nań spojrzeć, bo nowe, straszne krzyki rozległy się pod oknem. Marek to przybył a widok nieszczęsnego trupa wzbudził w nim wstręt i oburzenie. Nie słuchając opowiadań nauczycielki, roztworzył okno i wskoczył, bo chciał o wszystkiem się dowiedzieć. Obecność dwóch duchownych zdziwiła go, dowiedział się od pomocnika Mignota, że on z panną Rouzaire zawezwali ich, kiedy przechodzili w chwili odkrycia zbrodni. - Nie dotykajcie się niczego, nic nie rozrzucajcie - krzyczał Marek. - Należy pobiedz natychmiast do mera i do policyi. Ludzie poczęli się schodzić, młody chłopak podjął się wykonać zlecenie, pobiegł cwałem a tymczasem Marek śledził w dalszym ciągu po izbie. Przy trupie spostrzegł braciszka Fulgenca, który się zanosił od żalu, oczy miał pełne łez, jako człowiek nerwowy, którego silne emocye wyprowadzały z równowagi. Wzruszyło go takie zachowanie się, sam drżał dowiadując się szczegółów o wstrętnem zgwałceniu natury, w którem się przejawiał niegodziwy i zuchwały sadyzm a nawet podpis był gwałciciela i mordercy. To go nagle naprowadziło na tę pewność, do której miał dojść później. Ale wrażenie się zatarło i nie widział już więcej nikogo prócz ojca Philibina, który z wyzywającym spokojem wciąż trzymał w ręce numer gazety i wzorek kaligraficzny. Po chwili odszedł jezuita, jakby chciał coś zobaczyć pod łóżkiem, poczem znowu się wrócił. - Patrz pan! - odezwał się, pokazując numer gazety i wzorek kaligrafii - com znalazł na ziemi, zwinięte w korek; jestem pewny, że morderca chciał wepchnąć ten knebel chłopcu do ust, by zdusić w nim krzyk. Nie osiągnąwszy celu w ten sposób, udusił go... I, widzicie, wzorek zaśliniony, ma jeszcze na sobie ślady zębów nieszczęśliwego chłopca,.. Nieprawda? panie Mignot, korek był tu, blizko łóżka. Widziałeś pan. - Oh! zapewne - odpowiedział pomocnik. Zaraz go spostrzegłem. A kiedy się zbliżał, by zbadać raz jeszcze wzorek kaligrafi, miał jakieś uczucie niespodzianki, sprawdzając, że prawego końca, u góry nie było więcej, bo był oddarty. Był pewien, że nie widział, jakoby był oddarty, kiedy mu go pokazywał jezuita. Ale bezwątpienia ukryty był pod grubemi palcami, które trzymały małą kartkę papieru. Pamięć mu się zagmatwała, nie wiedział już nic i nie byłby w stanie potwierdzić tego faktu. Tymczasem Marek wziął do ręki wzorek, badał go myśląc o górnym końcu. - Tak, tak, zęby pogryzły... Oh! wskazówka ta nie przyda się na wiele, bo te wzorki są w handlu i wszędzie się je napotyka. Pismo litograficzne jest nieosobiste... Ah! ale tu na dole jest jakby sztrych, początkowe litery podpisu, których przeczytać dobrze nie można! Bez pośpiechu przybliżył się ojciec Philibin. Sztrych, przypuszcza pan? Zdawało mi się, że to plama atramentu, wytarte do połowy przez ślinę i zęby, które przegryzły tę kartkę. - Plama atramentu, nie! To są napewno początkowe litery, ale są nieczytelne. Poczem Marek dostrzegł, że kartka była podarta. - Brak końca u góry. Bezwątpienia drugi raz pokąsały zęby... Czy znalazłeś pan ten kawałek? Ojciec Philibin odpowiedział, że go nie szukał. I znowu rozłożył numer dziennika, starannie go przeglądał, podczas, gdy Mignot schylony szukał czegoś na ziemi. Nic nie znaleziono. Nie przykładano jednak do tego wielkiego znaczenia. Marek zgodził się na to z duchownymi, że zbrodniarz, ze strachu musiał udusić dziecię, nie mogąc zagłuszyć jego krzyków, wciskając mu w usta knebel z papieru. Co pozostało szczególnem, to ten wzorek kaligraficzny, który znaleziono w dzienniku. Numer "Petit Beaumontais" z owego dnia, rozumiało się samo przez się, że mógł się znaleźć w czyjejkolwiek kieszeni. Ale zkąd się wziął ów wzorek, w jaki sposób znalazł się zmięty, jakby wraz z gazetą pognieciony? Wszelakiego rodzaju hypotezy były dozwolone a tylko władza sądowa mogła śledztwo rozpocząć, by zbadać prawdę. Marek poczuł jakiś powiew tragiczny w ciemnościach dramatu, jakby nagle zapadła noc okropna. - Ah! - wyszepnął od niechcenia - to monstrum na dnie swej ciemnej otchłani! Tymczasem coraz więcej ludzi wystawało przed oknem a między innymi były panie Milhomme, właścicielki składu papieru, które przybiegły na widok tego zbiegowiska, ze swego sąsiedniego sklepu. Pani Aleksandrowa, duża blondynka, z miną bardzo słodką i pani Edwardowa, także duża, ale brunetka i surowa, były o tyle więcej wzruszone, że Wiktor, syn ostatniej, uczęszczał do braciszków a Sebastyan, syn pierwszej, do szkoły Simona. I słuchały panny Rouzaire, która czekając na przybycie Wera i żandarmów, stała wśród tłumu i opowiadała szczegóły. - Byłam wczoraj wieczór w kaplicy Kapucynów na uczczenie Sw. Sakramentu, które było tak wzruszającem a mały Zefiryn też był tam wraz z innymi towarzyszami szkolnymi, którzy swą pierwszą Komunię odbyli w tym roku. Oczarował nas wszystkich, miał minę małego aniołka. - Mój syn, Wiktor, nie poszedł, ma dopiero dziewięć lat - odezwała się pani Edwardowa. - Ale czy Zefiryn sam tam poszedł? Czy go więc nikt nie zaprowadził? - Oh! - tłómaczyła nauczycielka - tylko krok jeden ztąd do kaplicy. Wiem o tem, że braciszek Gorgias miał zlecone odprowadzić dzieci, których rodzice przyjść nie mogli a mieszkają dość daleko. Zresztą prosiła mnie pani Simonowa, bym czuwała nad Zefirynem i ja go odprowadziłam. Był bardzo wesół, roztworzył wprost okienice, wszedł do tego pokoju, wskakując przez-okno, śmiejąc i radując się, mówił, że jest tak o wiele krócej. Przez chwilę stałam tu i czekałam, aż zapalił świecę. Marek, który się był zbliżył, słuchał z uwagą. Wreszcie zapytał: - A która to była godzina? - Akurat dziesiąta - odpowiedziała panna Rouzaire. - Zegar bił na kościele Świętego Marcina. Dreszcze się udzielały. Ten szczegół o biednym chłopcu, który wskoczył do swego pokoju, by zginąć tam tak tragicznie, rozrzewnił serca. A pani Aleksandrowa łagodnie zrobiła uwagę, która jej na myśl przyszła: - Nie było to wcale roztropnie, pozwalać tak temu dziecku sypiać samemu, w tym pokoju odzielnym, wychodzącym na ulicę. Trzeba było na noc drąg postawić przed okienice. - Oh! zamykał je - odpowiedziała panna Rouzaire. I znowu się wtrącił Marek. - Czy wczoraj wieczorem je zamknął, kiedy pani tu stała? - Nie, nie mogę tego powiedzieć. Kiedym go opuściła, by wrócić do siebie, okrążając, zapalił był świecę i układał obrazki na stole a okno było zupełnie otwarte. Następnie i pomocnik Mignot wtrącił się do rozmowy. - To okno niepokoiło pana Simona, wolałby był dać inny pokój malcowi. Zawsze mu zresztą rozkazywał dobrze zamykać okiennice. Ale zdaje mi się, że dziecię nie słuchało go wcale. Obydwaj duchowni postanowili także opuścić ten pokój. Ojciec Philibin, złożywszy na stole numer "Petit Beaumontais" i wzorek kaligraficzny, nie odzywał się więcej, oglądał, słuchał, łowił szczególnie z wielką uwagą każde słowo, każdy gest Marka; braciszek Fulgence tymczasem zanosił się od krzyków. Jezuita zaś, który, zdawało się, że czytał w oczach młodego nauczyciela, odezwał się nareszcie:. - Więc sądzisz pan, że to włóczęga nocny, widząc, że dziecko było samo w pokoju, wszedł przez okno? Marek był na tyle roztropny, żeby nie odezwać się. - Oh! nic nie myślę, rzeczą to władz sprawiedliwości szukać i znaleźć winowajcę... Zresztą, łóżko nie jest rozesłane, dziecku w koszuli, chciało się zapewne dopiero spać położyć i to wskazuje, że zbrodnia musiała być popełnioną w bardzo krótkim czasie po godzinie dziesiątej. Dajmy na to, że dziecko zajętem było przez kwadrans, pół godziny najwięcej, swojemi obrazkami. Następnie krzyczałoby widząc, że nieznajomy się wdziera do niego i z pewnością usłyszanoby go... Nic pani nie słyszała? - Nic - odpowiedziała nauczycielka. Ja spać się położyłam o wpół do jedenastej. Dzielnica była bardzo spokojna. Zbudziła mnie dopiero o godzinie pierwszej nad ranem burza. - Świeca się bardzo krótko paliła, zrobił jeszcze uwagę Mignot. Zapewne ją zdmuchnął morderca, uciekając oknem, które pozostawił całkiem otwarte, jak je spostrzegłem przed chwilą. Takie sprawdzenie, które osłabiło nieco przypuszczenie o włóczędze nocnym, gwałcącym i duszącym swą ofiarę, zaniepokoiło mocno to małe zbiegowisko ludzi, którzy tu wystawali. Nikt się nie chciał skompromitować, każdy chował swe myśli o niemożebnościach i nieprawdopodobieństwach. Wreszcie, gdy mer i żandarmi, na których czekano, nie przychodzili jeszcze, zapytał się po chwili milczenia ojciec Philibin: - Czy niema więc pana Simona w Maillebois? Nie otrząsnąwszy się jeszcze z silnego wruszenia, Mignot spojrzał na niego, zaskoczony. Nawet sam Marek musiał się zdumieć. - Simon jest zapewne u siebie... Nie zawiadomiono go więc? - Zdaje mi się, że nie! - wołał pomocnik. - Nie wiem, gdziem głowę stracił. Pan Simon był wczoraj wieczorem na bankiecie w Beaumont, ale wrócił zapewne tej nocy. Żona jego jest trochę chorą, muszą oni spać jeszcze. Było już wpół do ósmej, ale zamglone niebo tak ciężkie, że pomyślećby można, iż to dopiero zamglony świt w tym pustym zakątku placu. A pomocnik postanowił wejść na górę po Simona. Piękne przebudzenie, jak się wyraził, przyjemną misyę miął spełnić wobec swego zwierzchnika. Simon był synem biednego zegarmistrza żydowskiego z Beaumont; miał brata, Dawida, starszego od siebie o trzy lata. Skończył lat piętnaście a brat jego ośmnaście, kiedy ich ojciec, zrujnowany procesami, umarł nagłą śmiercią. W trzy lata potem i matka ich umarła w wielkiej biedzie. Simon właśnie co był wstąpił do szkoły normalnej, kiedy brat jego, Dawid, wziął na siebie służbę wojskową. Opuściwszy szkołę z bardzo dobrym stopniem, został pomocnikiem nauczyciela w Dherbecourt, w wielkiej wsi sąsiedniej i był tam blizko dziesięć lat. Tutaj ożenił się w dwudziestym szóstym roku z miłości, z Rachelą Lehmann, córką krawca z ulicy Lichej, który miał w Maillebois dość dobrą klientelę. Była ona cudnej piękności, brunetka z prześlicznemi włosami, z szerokiemi, pieszczotliwemi oczyma a mąż ją ubóstwiał i otaczał czcią namiętną. Dwoje dzieci już im na świat przyszło, mały chłopiec czteroletni: Józef i dwuletnia córeczka - Sara otrzymawszy certyfikat z pedagogii, okazywał wielką dumę z tego powodu, że w trzydziestym drugim roku, został przeznaczony do Maillebois, gdzie już zostawał od dwóch lat, co było rzadkim przykładem szybkiego awansu wpośród nauczycieli elementarnych. Marek, który nie lubił żydów, przez jakąś odrazę i niechęć dziedziczną, nad której przyczynami, mimo swej wielkiej emancypacyi umysłu, nie chciał się zastanawiać nigdy, zachował przecież dla Simona, z którym się tykał, przyjacielskie wspomnienie z czasów wspólnego pobytu w szkole normalnej. Mawiał o nim, że bardzo inteligentny, że to doskonały nauczyciel, przejęty swemi obowiązkami. Ale wydawał mu się zanadto pedantem, zanadto przywiązanym do litery napisanej, niewolnikiem regulaminu, nagiętym do ciasnej dyscypliny, zawsze niespokojny o to, żeby nie być źle zapisanym, gdyby swych przełożonych w czemkolwiek nie zadowolnił. Sprawdzał się też na nim strach, pokora rasy, która po tylowiekowych prześladowaniach zachowała ciągłą obawę obelg i niesprawiedliwości. Zresztą, miał słuszność Simon być przezornym, gdyż zamianowanie go w Maillebois, w tej małej mieścinie klerykalnej, gdzie istniała szkoła braciszków i bardzo znaczny klasztor Kapucynów, było prawie, że zgorszeniem. A wybaczano mu tylko dlatego pochodzenie żydowskie, że był bardzo skrupulatny a przedewszystkiem gorliwym patryotą, wysławiającym w swojej klasie Francyę militarną, marząc o niej, jako pełnej sławy pani świata. Nagle zjawił się Simon, przyprowadzony przez Mignota. Mały, chudy, nerwowy, miał włosy rude, krótko strzyżone a brodę rzadką. Oczy miał niebieskie, łagodne, usta delikatne - pod rasowym nosem, dużym i cienkim; ale fizyonomia pozostała dość niewdzięczną, nieokreśloną, zmieszaną, o wyrazie mizernym. A w owej chwili był tak wstrząśnięty straszną nowiną, iż pomyśleć można było, że to człowiek pijany, chwiejący się, jąkający, z drżącemi rękami. - Czyż to możliwe? wielki Boże! taką okropność, podobna monstrualność! Kiedy stanął pod oknem, był jakby unicestwiony; patrząc na zwłoki malca, nie znajdywał słowa, drżał cały w dalszym ciągu od instynktownego wstrząśnienia. Ludzie, którzy się tu zebrali, dwóch duchownych, właścicielki sklepu papieru, nauczycielka, patrzyli na niego w milczeniu, dziwiąc się, że nie płakał. Trzeba było, by zdjęty litością Marek wziął go za ręce i pocałował. - Patrz, mój przyjacielu, odwaga ci konieczna, powinieneś wszystkie siły zebrać. Ale nie słuchając go wcale, Simon się zwrócił do pomocnika. - Błagam pana, mój Mignocie, wróć do mojej żony. Nie chcę, by widziała to. Kochała bardzo swego bratanka a nie jest bardzo zdrową, aby znieść ten straszny widok. Poczem, gdy młody człowiek odszedł, ciągnął swym głosem złamanym: - Ah! co za przebudzenie! Raz jeden spaliśmy za długo. Moja biedna Rachela spała; a niechcąc zakłócać tego dobrego spokoju, byłem blizko niej, z oczyma otwartemi, myśląc, marząc o rozkoszach naszych wakacyi... Tej nocy zbudziłem ją wchodząc a nie zasnęła pierwej, aż o trzeciej godzinie, bo ją zdenerwowała burza. - O której to godzinie wróciłeś? - zapytał Marek. - W dwadzieścia minut przed dwunastą. Żona zapytała mnie, która godzina i spojrzałem na zegar ścienny. Panna Rouzaire objawiła zdziwienie i bardzo głośno zauważyła. - Ale niema pociągu z Beaumont o tej godzinie. - Nie wróciłem koleją żelazną - tłómaczył Simon. - Bankiet się przedłużył, spóźniłem się na pociąg o godzinie wpół do jedenastej, postanowiłem pieszo zrobić sześć kilometrów, by nie czekać do północy na pociąg... Spieszyło mi się z powrotem do żony. Ojciec Philibin milczał wciąż z miną spokojną; ale braciszek Fulgence nie mógł się powstrzymać i zadał pytanie: - Dwadzieścia minut przed dwunastą, zbrodnia więc miała być popełnioną... I nic pan nie widziałeś, nic nie słyszałeś? - Zupełnie nic. Plac był pusty, burza się wzmagała zdaleka... Wróciłem, nie-spotkawszy żywej duszy. Cały dom tonął w głębokiem milczeniu. - Nie myślałeś więc pan o tem, by pójść zobaczyć, czy biedny Zefiryn wrócił szczęśliwie z kaplicy i czy spał? Czyś mu pan nie składał takiej wizyty co wieczór? - Nie. Drogie dziecię było już zupełnie roztropnym chłopcem, pozostawialiśmy mu o ile możliwe, jaknajwięcej swobody. Zresztą, wszystko miało wygląd tak spokojny, że mi nie mogło przyjść na myśl przeszkodzić mu we śnie. Poszedłem wprost do mego pokoju, stukając, o ile to możliwe, jaknajmniej. Ucałowałem dzieci, które spały i położyłem się spać zaraz, szczęśliw, że znalazłem żonę w lepszym nieco stanie i mogłem z nią rozmawiać pocichu. Ojciec Philibin potrząsł potakiwająco głową, odzywając się nareszcie: - Oczywiście, wszystko to tłómaczy się doskonale. I osoby obecne, zdawało się to przekonywać, wieść o włóczędze nocnym, który dopuścił się zbrodni około godziny wpół do jedenastej, wchodząc i wychodząc oknem, okazywała się coraz to pewniejszą. To co opowiedział Simon, potwierdzało wiadomości udzielone przez pannę Rouzaire. A tylko panie Milhomme, właścicielki sklepu z papierem, z sąsiedztwa, utrzymywały jeszcze, że widziały o zmroku człowieka z kiepską miną, włóczącego się po placu. - Tyle jest złych ludzi do drogach! dokończył ojciec jezuita. - Miejmy nadzieję, że policya uchwyci zbrodniarza, mimo, że to praca nie zawsze łatwa. Tylko Marek pozostał w niepewności i w kłopocie. Mimo, że pierwszy pomyślał o nieznanym, który się targnął na Zefiryna, poczuł później, jak to mało prawdopodobne. Czyż nie było możliwem, że człowiek znał chłopca, że rozmawiał z nim z początku, pieszcząc go, zapewniając? Poczem nagła i ohydna pokusa nastąpić musiała i szalone pastwienie się, krzyki przytłumione, gwałt i morderstwo w strachu. Ale to było tak niepewne, że Marek, po gwałtownie szybkiej intuicyi tego, wpadł napowrót w ciemności, w trwożliwe i sprzeczne z sobą hypotezy. Zadowolnił się powiedzeniem Simonowi, by go uspokoić nareszcie: - Wszystkie świadectwa się zgadzają, prawda szybko się wyświetli. Wreszcie, w chwili, gdy Mignot wracał, skłoniwszy panią Simon do nieopuszczenia swego pokoju, przybył mer Darras, przyprowadzając z sobą trzech żandarmów. Darras, przedsiębiorca budowlany w drodze do pięknej fortuny, był tęgim mężczyzną czterdziestodwuletnim, z twarzą okrągłą i rumianą, blondyn, z włosami krótkiemi, z brodą ogoloną. Natychmiast kazał roztworzyć okiennice, ustawił dwóch żandarmów przed oknem, podczas gdy trzeci poszedł do sieni wewnętrznej, aby stać na straży pokoju, który był tylko zaryglowany. Zefiryn nigdy go nie zamykał na klucz. I od chwili tej surowy rozkaz był wydany, by niczego nie tykać, by się więcej nie zbliżać do miejsca zbrodni. Mer natychmiast zatelegrafował do Beaumont, do urzędu sprawiedliwości i oczekiwano sędziów, którzy zapewne powinni byli pierwszym pociągiem przyjechać. Po chwili odeszli ojciec Philibin i braciszek Fulgence pod pretekstem swoich interesów, rozdawania nagród po południu, które mieli spełnić; mer Darras radził im się spieszyć, poczem wrócić, bo zapewne zapyta ich sędzia śledczy, w sprawie numeru gazety "Petit Beaumontais" i wzorku kaligraficznego, które znaleźli przy trupie. A podczas, gdy na placu dwaj żandarmi mieli wiele kłopotu z uspakajaniem coraz to liczniejszego tłumu, gwałtownego, wydającego krzyki, Simon wszedł i czekał z Darrasem, Markiem, panną Rouzaire i Mignotem w wielkiej izbie szkolnej, do której przenikało słońce po przez wielkie ogrodzenie podwórza rekreacye. O godzinie ósmej wypadła gwałtowna ulewa, poczem niebo się wypogodziło i nastał cudowny dzień. Dopiero o godzinie dziewiątej przybyli sędziowie. Prokurator republiki, Raoul de la Bissonniére, osobiście przyszedł w towarzystwie sędziego śledczego, Daixa; obydwaj byli pod wrażeniem strasznej zbrodni, w przewidywaniu wielkiej sprawy. Mały, brunet, z lalkowatą twarzą, okoloną porządnemi faworytami, La Bissonni?re, nadzwyczajnie ambitny, nie mogąc się doczekać w czterdziestym piątym roku życia szybszego awansu, wciąż węszył za jakimś wybitnym procesem, któryby popchnął go do Paryża, gdzie mu się uśmiechało wysokie stanowisko, jakie mógł zdobyć, dzięki swej gibkiej postawie, poszanowaniu, dla władzy, jakąkolwiekby ona była. Przeciwnie, Daix, wysoki i suchy, z twarzą, ostrokończystą, był skrupulatnym sędzią śledczym, jak przystało jego zajęciu, przesadnie bojaźliwy, jego żona, brzydka i kokietka, rozrzutnica, do rozpaczy doprowadzała z powodu ubóstwa domowego, terroryzowała i trapiła z goryczą, zarzucając mu brak ambicyi. Obydwaj weszli do szkoły i chcieli się najsamprzód udać do pokoju, aby zabrać się przedewszystkiem do poszukiwań, zanim mieli kilku świadków przesłuchać. Simon i Darras odprowadzali ich, podczas, gdy Marek, panna Rouzaire i Mignot czekali na nich w dużej sali, dokąd i ojciec Phillibin i braciszek Fulgence pospieszyli przybyć. Kiedy się zjawili tylko sędziowie, wszystkie rzeczowe okoliczności zbrodni już znali, dowiedzieli się o najmniejszych, znanych już szczegółach. I przynieśli numer gazety "Petit Beanmontais" - i wzorek kaligraficzny, do których zdawało się, że przywiązują duże znaczenie. Zająwszy miejsca za stołem nauczycielskim, egzaminowali te dwa kawałki, rozprawiając o nich, pokazywali przedewszystkiem wzorek dwóm nauczycielom: Markowi i Simonowi, jak również nauczycielce i dwóm duchownym. Stało się to zresztą tylko dla zasiągnięcia wiadomości, gdyż nie było pisarza sądowego, coby zapisywał zapytania i odpowiedzi. - Oh! - opowiadał Marek - te wzorki są ogólnie używane we wszystkich szkołach, równie w szkołach świeckich, jak i w szkołach kongregacyjuych. - Wybornie - potwierdził braciszek Fulgence - znalazłyby się podobne u nas, tak samo, jak znajdywać się powinny i tutaj. La Bissonniere chciał stwierdzić to dokładnie. - Ale - zapytał Simona - nie przypomina pan sobie, czyś podobny wzór nie oddał do rąk któremuś ze swych uczniów? "Kochajcie się nawzajem", powinno to było pana uderzyć. - Nigdy nie używano tego wzorku w mojej klasie - odpowiedział stanowczo Simon. - Jak pan słusznie utrzymujesz, przypomniałbym sobie. A kiedy prokurator postawił to samo pytanie braciszkowi Fulgenc'owi, ten zawahał się lekko z początku. - Mam trzech braciszków przy sobie: brata Izydora, Łazarza i Gorgiasa i trudno mi cokolwiek stwierdzić. Poczem, gdy milczenie nastało: - Nie, nie, nigdy ten wzorek nie był u nas, byłby mi wpadł w oczy. Sędziowie nie napierali, okazując rezerwę i nie chcąc zdradzić więcej jeszcze, ile wagi przykładali do tego papieru. Wyrazili jednak swoje zdumienie, że nie odnaleziono oddartego kawałka. - Czy czasami - zapytał Daix - wzorki kaligraficzne nie mają na swym rogu stempla szkoły? - Tak, czasami - odpowiedział brat Fulgence. Ale Marek zawołał: - Nigdy, co do mnie, nie stemplowałem wzorów kaligraficznych. Tego się nie robi u nas. - Przepraszam - oświadczył Simon z swym wielkim spokojem - mam tutaj takie, na których można znaleźć stempel. Ale stempluje się z dołu, w tem miejscu. Wobec widocznego zdumienia sędziów, ojciec Philibin, niemy i uważny aż dotąd, pozwolił sobie na lekki uśmiech. - To dowodzi - powiedział - jak trudno dojść do prawdy... Proszę, panie prokuratorze, to jest plama, którą badasz w tej chwili. Chciano już w tem widzieć nieokreślone inicyały, coś, jakby podpis. Ja raczej myślę, że to żyd, którego chciał wytrzeć uczeń palcem. - Czy to w zwyczaju? - zapytał znowu Daix - że nauczyciele podpisują się na wzorkach. - Tak - przyznał brat Fulgence - to się robi u nas! - Ah! nie - krzyczeli do spółki Simon i Marek, my tego nie robimy w szkołach komunalnych. - Mylicie się - odezwała się panna Rouzaire - jeśli nie stempluję wzorów, to zdarzą mi się, że je podpisuję swemi literami początkowemi. La Bissonni?re skinieniem przerwał dyskusyę, gdyż wiedział z doświadczenia, do jakiego to nieładu się dochodzi w tych podrzędnych kwestyach, co do zwyczajów szkolnych. Było to rzeczą śledztwa zbadać ten poważny kawałek papieru, który się zagubił jako możliwy dowód stempla i podpisu. Zadowolnił się więc tem, by mu świadkowie opowiedzieli o odkryciu zbrodni. Mignot opowiedział, jakto na okno zupełnie otwarte zwrócił swą uwagę i jak krzyczał, widząc ciało malca, znieważone tak okropnie; panna Rouzaire tłómaczyła, jak przybiegła, poczem szczegóły opowiedziała o ceremonii poprzedniego dnia, w jaki to sposób odprowadziła Zefiryna aż pod okno, przez które wskoczył, by wejść do siebie. Ojciec Philibin i brat Fulgence z kolei opowiedzieli, jakim to przypadkiem i oni się wmieszali do tego dramatu, opisując stan, w jakim znaleźli pokój, wskazując dokładnie miejsce, gdzie leżał knebel z papieru, który ośmielili się tylko rozwinąć, zanim go umieścili na stole. I wreszcie Marek opowiedział, jakie mu uwagi na myśl przyszły, kiedy nareszcie nadszedł. Zwrócił się tedy La Bisssonni?re do Simona, pytając go. - Powiedziałeś nam pan, żeś wrócił w dwadzieścia minut przed dwunastą i że cały dom, zdawało się, był w wielkim spokoju... Pańska żona spała. Ale Daix pozwolił sobie przerwać. - Panie prokuratorze, czyby nie przydało się, aby pani Simonowa była obecną? Czyby nie mogła zejść na chwilę? Skinieniem głowy, La Bissonni?re się zgodził, a Simon poszedł po żonę, która po chwili zjawiła się z nim. W pudremantlu z grubego, najzwyklejszego płótna, Rachela była tak piękną, że wejście jej w milczeniu, wszystkich zlekka poruszyło z podziwu i oczarowania. Była to kwitnąca piękność żydowska, rozkoszna twarz owalna, cudowne czarne włosy, złota cera, duże, pieszczotliwe oczy, czerwone usta z zębami błyszczącemi i czystemi. I czuło się, że cała z miłości, trochę obojętna, zamknęła się w swym domu z mężem i z dziećmi, jak kobieta wschodnia w swym ukrytym, małym ogródku. Simon zamykał drzwi, kiedy dwoje dzieci, Józef i Sara, cztero i dwuletnie, zdrowe i cudowne, wpadły, mimo że im zabroniono schodzić; przyleciały, szukając schronienia w fałdach sukni matczynej, ale sędziowie dali znać gestem, by je wpuszczono. La Bissonniére, uprzejmy, oczarowany taką pięknością, jak flet, słodko się odezwał, by postawić kilka pytań: - Proszę pani, było dwadzieścia minut przed dwunastą, kiedy mąż pański wrócił? - Tak, panie, spojrzał na zegar ścienny i spać się położył, rozmawialiśmy jeszcze półgłosem przy zgaszonem świetle, by dzieci nie przebudzić, kiedy bił zegar dwunastą. - Ale czy pani przed przybyciem swego męża, od wpół do jedenastej aż do wpół do dwunastej nie słyszała nic, kroków, głosów, hałasu walczących, krzyków przytłumionych. - Nie, panie, nic zgoła. Spałam i dopiero mąż mnie zbudził, gdy wchodził do pokoju... Pozostawił mnie dość cierpiącą i był szczęśliwy, że mnie zastał zdrowszą, śmiał się i radował tak wesoło, całując mnie, żem go napominała, by się uspokoił, by nie zamącić spokoju dzieciom, tak głębokie było milczenie naokoło nas... Ah! któżby nam to mógł był powiedzieć, że tak straszne nieszczęście zwaliło się na nasz dom? Była wstrząśnięta, łzy się jej toczyły po policzkach, kiedy się zwróciła do męża, jakby go uspokoić i sił mu dodać chciała. A on też rozpłakał się na widok jej łez, zapominając, gdzie był, namiętnie ją ujął w swe ramiona, pocałował w uniesieniu nieskończonej czułości. Dwoje dzieci podniosło swe niespokojne główki, była to chwila głębokiej emocyi i wielkiej żałosnej dobroci. - Byłam nieco niespokojna, bo niema pociągu o tej porze - na nowo opowiadać zaczęła sama pani Simonowa. - Ale kiedy spać się położył, opowiedział mi mój mąż przyczynę... - Tak - tłómaczył Simon - nie mogłem inaczej zrobić, jak pójść na ten bankiet; i byłem niemile zawiedziony, przybywszy na dworzec, gdy pociąg o godzinie wpół do jedenastej przed nosem mi odjechał; nie chcąc czekać na następny aż do północy, natychmiast pieszo wybrałem się w drogę. Sześć kilometrów, to nie tak wiele. Noc była bardzo piękna, bardzo gorąca... Około godziny pierwszej, kiedy się burza zerwała, opowiadałem jeszcze o wieczorze spędzonym, rozmawiałem pocichu z moją żoną, która nie mogła zasnąć na nowo. To nas właśnie zatrzymało w łóżku dzisiejszego rana, kiedy straszna śmierć nawiedziła ten dom. A Sara znowu płacząc, pocałowała go raz jeszcze jak kochanka i ojca! - Mój drogi, uspokój się, kochaliśmy całem sercem biednego malca, obchodziliśmy się z nim, jak z własnem dzieckiem, a sumienie nic nam nie może wyrzucać w tej strasznej katastrofie. Było to zdanie osób obecnych. Mer Darras zaświadczył wielki szacunek dla nauczyciela Simona. Mignot i panna Rouzaire, wcale nie lubiący żydów, byli w zgodzie, że on starał się bardzo o uznanie swem nienagannem zachowaniem się. Pozostali tylko ojciec Philibin i braciszek Fulgence, wobec tego ogólnego wzruszenia obojętni, milczący, patrząc się surowym wzrokiem i przenikając ludzi i przedmioty. A sędziowie, mogli tylko te pierwsze sprawdzenia wynieść, z jedyną hypotezą o nieznanym, który wszedł i wyszedł oknem. Tylko godzina o której stała się zbrodnia, okazała się sprawdzoną stało się to między godziną wpół do jedenastej a dwunastą - a co do samej zbrodni, bezecnej i dzikiej, straszne jeszcze ciemności zalegały. Marek, zostawiając sędziów dla uporządkowania pewnych szczegółów, chciał pójść na śniadanie, po bratersku ucałowawszy Simona. Scena pomiędzy mężem a żoną nic mu nowego nie przyniosła, bo znał ich gorącą miłość. Ale miał łzy w oczach, wzruszony do głębi taką miłością i bolesną dobrocią. Zegar na kościele św. Marcina zaczął bić południe, kiedy znalazł się na placu, zapełnionym tłumem coraz to rosnącym, tak, że mu się trudno było przedostać. W miarę, jak się rozszerzała wiadomość o zbrodni, ludzie schodzili ze wszech stron, tłocząc przed zamkniętem oknem, które z wielkim trudem strzegli policyanci a opowiadania, jakie z ust do ust krążyły, przeinaczone, przesadzone, straszne, budziły gniew zapalczywy wśród wyjącego tłumu. Kiedy się przedostał by Marek, pewien ksiądz podszedł do niego. - Wychodzi pan ze szkoły panie Froment, czy to prawdziwe, wszystkie te okropne szczegóły? Był to ksiądz Quandien, proboszcz parafialnego kościoła św. Marcina, człowiek czterdziestoletni, wysoki i silny, ale z twarzą łagodną i dobrą, oczami jasno-niebieskiemi, okrągłemi policzkami i delikatnym podbródkiem. Marek go poznał u pani Duparque, której był przyjacielem - a choć księży nie lubił, miał jednak dla niego pewien szacunek, wiedząc, że jest tolerancyjny, rozumny, więcej ma zresztą sentymentu, niż prawdziwej inteligentyi. W kilku słowach powtórzył Marek fakty, dość już okropne. - Ah! ten biedny pan Simon - odezwał się znowu ksiądz głosem miłosiernym, co za zmartwienie to być musi dla niego, bo on kochał bardzo swego bratanka i bardzo się dobrze z nim obchodził! Miałem dowody tego. To naturalne współczucie ucieszyło Marka, który rozmawiał jeszcze przez chwilę z księdzem. Ale zbliżył się jeden z ojców Kapucynów, ojciec Teodozyusz, przełożony niewielkiego zakonu, który zastępstwo duchowne pełnił przy sąsiedniej kaplicy. Wspaniały mężczyzna z piękną, twarzą o dużych, płonących oczach a którą długa broda czarna, czyniła majestatyczną, był sławnym spowiednikiem, mistycznym kaznodzieją, którego głos gorący ściągał pobożnych. Choć cichą wojnę prowadził z księdzem Quandien, zachowywał jednak względem niego postawę uszanowania, jako młodszy i niższy sługa Boży. Natychmiast objawił swoje wrażenie, swój ból: to biedne dziecię, które poprzedniego dnia wieczorem zauważył w kaplicy, bo tak żywą była jego nabożność, prawdziwy był anioł niebieski, z cudowną swą główką blond i jak cherubin uczesaną! Po chwili, Marek, usłyszawszy pierwsze słowa ojca Teodozyusza, któremu nie ufał i miał dlań nieprzezwyciężoną niechęć, pospieszył się z odejściem. Ale tym razem, gdy wracał na śniadanie, przyjazna ręka znowu spoczywała na jego ramieniu, zatrzymując go. - Patrzcie, Feron!... Jesteś więc pan w Maillebois? Feron był nauczycielem w Moreux, o cztery kilometry od Jonville, małej, odosobnionej gminie, która nie miała nawet swego proboszcza a zastępstwo duchowne pełnił tam ksiądz Cognasse, proboszcz z Jonville. Pędził też tam Feron życie w najokropniejszej nędzy, wraz z żoną swoją i trojgiem dzieci, to jest trzema córkami. Był to wysoki, trzydziestoletni mężczyzna, w odzieniu zaniedbanem, które wyglądało nie na jego miarę. Czupryna włosów czarnych jeżyła się na głowie długiej i kościstej, z nosem garbatym, ustami szerokiemi, z brodą wystającą. Nie wiedział do czego użyć swych długich nóg i dużych rąk. - Wie pan dobrze - odpowiedział że żona moja ma ciotkę, kupcowę korzenną w Maillebois. Przyjechaliśmy zatem widzieć się z nią. Ale powiedz pan, co za ohyda, ten chłopiec, biedny malec garbaty, znieważony, uduszony! I znowu historya, która pozwoli tym niegodziwym klechom napadać na nas, trucicieli świecczyzny! Marek widział w nim człowieka inteligentnego, który dużo czytał, ale stł się cierpkim przez ciasne, pełne braków życie i znajdywał ujście niezmiernej goryczy w skrajnych ideach odwetowania i pomszczenia się za to. Przecież go zmieszał ten cierpki ton. - Jakto, napadać na nas? - zapytał. Nie widzę, cobyśmy mieli z tem wspólnego. - Ah tak! jesteś pan naiwny. Nie znasz tego gatunku, zobaczysz pan, jak ci wszyscy w sutannach, ci wszyscy dobrzy ojcowie i drodzy braciszkowie wezmą się do dzieła... Powiedz-no mi pan, czyż nie rzucili już podejrzenia, że to Simon znieważył i udusił swego bratanka? Marek odrazu się rozgniewał. Zaprawdę, Feron za daleko się posuwał w swej nienawiści do kościoła. - Ale zwaryowałeś pan! Nikt nie podejrzewa, nie śmiałby nawet przez chwilę podejrzewać Simona. Wszyscy oddają sprawiedliwość jego uczciwości i dobroci. Ksiądz Quandieu dopieroco powiedział mi, że miał dowody jego ojcowskiego postępowania względem tej smutnej ofiary. Konwulsyjny śmiech trząsł dużem, chudem cielskiem Ferona, włosy jego jeszcze bardziej się jeżyły na długiej, końskiej głowie. - Ah! nie, jesteś pan za nadto śmiesznym, myślisz, że się będą trapić o parszywego żyda! Czy żyd parszywy zasługuje na prawdę? Pański Quandieu i cała banda objaśnią, co potrzeba powiedzieć, jeśli będzie koniecznem, by parszywy żyd był winowajcą, dzięki temu, żeśmy wszyscy winni, wszyscy jesteśmy bez Boga i bez miłości ojczyzny, którzy zgniłą czynią młodzież francuzką! A kiedy Marek, chłodno wciąż protestował, Feron ciągnął dalej jeszcze silniej: - Wiesz pan przecież dobrze, co się dzieje w Moreux. Przymieram z głodu, jestem w pogardzie, bardziej przybity, niż nędzny robotnik, który przy drogach kamienie tłucze. Ksiądz Cognasse po odprawieniu mszy plunąłby na mnie, gdyby mnie spotkał, za to, żem nie chciał śpiewać na chórze w kościele. Chleba nie mam codziennie... Znasz go pan, księdza Cognasse'a, upokorzyłeś go pan trochę w Jonville, gdy się udało panu pozyskać dla siebie mera. Ale mimo to, wciąż z nim pan wojujesz i pożarłby cię, gdy byś mu na to pozwolił... Nauczyciel to zwierzę w gruncie rzeczy, to lokaj wszystkich, wydziedziczony, zwichnięty, któremu nie ufają chłopi a któregoby księża spalili, by nad całym krajem ustalić jedyny rząd katechizmu! Cierpko ciągnął dalej, opowiadając wszystką nędzę i cierpienia skazańców na nauczycielstwo ludowe, jak ich nazywał. On, syn owczarza, odznaczywszy się w szkole wiejskiej, opuścił później szkolę normalną ze stopniem celującym, zawsze cierpiał z powodu zupełnego braku środków; bo przez uczciwość pozwolił sobie na głupstwo, by się ożenić z dziewczyną sklepową, równie biedną jak i on, dlatego, że ją dzieckiem obciążył, kiedy był jeszcze zwyczajnym pomocnikiem nauczyciela w Maillebois. Ale czyż Marek sam, którego żona miała babkę, wciąż jej podarunki przysyłającą, był o wiele szczęśliwszym w Jonville, wciąż pod groźbą długów, w ciągłej walce z księdzem, by sobie zapewnić powagę i niezależność? Szczęściem miał sojusznicę w nauczycielce szkoły żeńskiej, w pannie Mazeline, która swym rozumem prawym i sercem niewyczerpanej dobroci, dopomogła mu, by zwolna zdobył sobie całą radę gminną. Przykład może jedyny w departamencie, dzięki szczęśliwym okolicznościom. A to, co się działo w Maillebois, czyż nie dopełniało obrazu? Ta panna Rouzaire, oddana księżom i mnichom, prowadząca w godzinach szkolnych do kościoła swe uczennice, wypełnia tak dobrze ogłupiającą role dobrych sióstr, których kongregacya uważała za niekorzystne założenie szkoły dla dziewcząt w Maillebois! A ten biedny Simon, będący zapewne uczciwym człowiekiem, ale z obawy, by się z nim nie obchodzono jak z parszywym żydem, oszczędzający wszystkich, pozwalający uczęszczać bratankowi do szkoły drogich braciszków, kłaniający się bardzo nizko klechom, którzy kraj zatruwają! - Żyd parszywy - kończył gwałtownie Feron - jest i zawsze będzie parszywym żydem tylko! Nauczyciel ludowy i żyd, to najwyższy stopień parszywości. Zobaczysz pan, zobaczysz pan... Zginął w tłumie, z ruchami gwałtownemi, które wstrząsały dużą, rozczochraną jego postawą. Marek pozostał na rogu chodnika, wzruszając ramionami, patrząc za nim, jak nawpół zwaryowanego; gdyż rzeczywiście, obraz mu się wydawał zanadto przesadzonym. Pocóż odpowiadać temu biednemu człowiekowi, którego niedola doprowadzi jeszcze do pomieszania zmysłów? I poszedł swoją drogą ku placowi Kapucynów, zdziwiony jednak tein wszystkiem, co usłyszał przed chwilą i zaniepokojony trochę. Było już kwadrans na pierwszą, kiedy Marek wrócił do domu na placu Kapucynów. Od kwadransa czekały na niego te panie i Genowefa w sali jadalnej, przy nakrytym stole. To nowe spóźnienie się wyprowadziło z równowagi panią Duparque. Nie mówiła nic, ale gwałtowność z jaką usiadła, rozwijając nerwowo swą serwetkę, tłumaczyła, jaką zbrodnię upatrywała w tej odrobinie niepunktualności. - Przepraszam - tłómaczył się młody człowiek - musiałem czekać na sędziów i tylu jest ludzi na placu, że przedostać się nie mogłem. Jakkolwiek babka chciała zmilczeć, powiedziała jednak. - Myślę, że się pan zajmować nie będziesz tą wstrętną bistoryą. - Zapewne - odpowiedział z prostotą - sądzę także, że nie mam się czego zajmować nią, chybaby mi obowiązek to nakazał czynić. Po podaniu przez Pelagię jajecznicy a następnie sztuki baraniny smażonej z kartoflami, zaczął opowiadać ze wszystkiemi szczegółami, co wiedział. Genowefa słuchała go, drżąc ze wstrętu i politowania, podczas, gdy jej matka, pani Bertherau, również bardzo wzruszona, łzy wstrzymywała, ukradkiem rzucając wzrokiem na panią Duparque, jakby chcąc się dowiedzieć, dokąd sięgać mogło jej współczucie. Ale ta obojętną była na wszystko co się jej wydało przeciwnem regule. Jedząc niewiele, odezwała się nareszcie: - W czasach mej młodości, przypominam sobie bardzo dobrze, jak znikło dziecko w Beaumont. Znaleziono je pod krużgankiem kościoła świętego Maksansa, pokrajane na cztery sztuki a tylko serca tam brakowało... Oskarżono żydów, że oni to potrzebowali serca do macy na swe święta Wielkanocne. Marek zdumiony spojrzał na nią. - Nie mówi babka zapewne poważnie, chyba nie wierzy tym niegodziwym głupstwom? Ona zwróciła na niego swe oczy zimne a jasne i rzekła: - To poprostu stare wspomnienie, które mi powraca... Nikogo nie oskarżam, samo przez się rozumie. Ale Pelagia, przynosząc deser, ośmieliła, się wmieszać do rozmowy z poufałością starej sługi: - Pani zupełną ma słuszność, nikogo nie oskarżać, ludzie powinni zrozumieć panią... Cała dzielnica buntuje się od czasu tej zbrodni; pojęcia się niema o tych strasznych historyach, które krążą; dopieroco słyszałam, jak jeden robotnik krzyczał, że należałoby spalić szkołę braciszków. Słowo to padło wśród wielkiego milczenia. Marek zdumiony, poruszył żywo ręką i cofnął się w tej chwili jak człowiek, który uznaje, że rozsądniej dla siebie chować swe uwagi. A Pelagia mogła dodać. - Pani pozwoli mi pójść na rozdawanie nagród, po południu. Zdaje mi się, że mój kuzyn Polidor nic nie otrzyma, ale w każdym razie przyjemność mi to sprawi, być tam obecną... Ah! ci dobrzy braciszkowie, niewesołą będzie dla nich ta uroczystość, dzień, w którym im zabijają jednego z najlepszych uczniów. Pani Duparque pozwoliła skinieniem głowy, poczem mówiono o innych rzeczach. Śniadanie się kończyło, nieco rozweselone śmiechem malej Ludwiki, która ze zdumieniem patrzała na zakłopotane twarze ojca i matki, tak jasne, tak uśmiechnięte zazwyczaj. Był spokój, rodzina rozmawiała przez chwilę w serdecznej poufałości. Popołudniowe rozdawanie nagród w szkole braciszków wywołało wielkie ożywienie w mieście. Nigdy ta uroczystość nie ściągnęła takich tłumów ludzi. Przedewszystkiem fakt ten, że przewodniczył ojciec Philibin, prefekt nauk w kolegium w Valmarie, dodawał uroczystości szczególnego znaczenia. Rektor tego kolegium, ojciec Crabot, sławny jezuita, z powodu swych stosunków w świecie i wielkiego wpływu, jaki mu przyznawano na wypadki współczesne, też się tu znajdował, chcąc publicznie złożyć braciszkom świadectwo swego uznania. Był jeszcze i reakcyjny poseł z departamentu, hrabia Hektor de Sangleboeuf, właściciel Destrade, wspaniałej posiadłości w okolicy, którą mu przyniosła w posagu raz z kilkoma milionami żona jego, córka wielkiego bankiera żydowskiego, barona Nathana. Ale co przedewszystkiem podniecało umysły, co zapełniało nerwowym tłumem plac Kapucynów, tak opustoszały i tak spokojny zazwyczaj, to poranne odkrycie okropnej zbrodni, zabójstwa biednego dziecka, ucznia braciszków, znieważonego, uduszonego. I był ten malec jakby obecnym, nikogo nie widziano, tylko jego na cienistem podwórzu, gdzie się wznosiła estrada, przed zbitemi rzędami krzeseł, kiedy ojciec Philibin wygłaszał pochwałę zakładu, kierowanego przez znakomitego brata Fulgence'a i jego trzech pomocników, braciszków Izydora, Łazarza i Gorgiasza. To uczucie spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy ten ostatni, człowiek chudy i skrzywiony, z czołem nizkiem a twardem pod czarnemi włosami kędzierzawemi, z dużym nosem w kształcie orlego dzioba, pomiędzy dwoma wystającemi policzkami, z tłustemi ustami, w których widzieć było można wilcze zęby - wstał, by odczytać listę odznaczeń. Zefiryn był najlepszym uczniem w klasie, w której otrzymał wszystkie nagrody - a imię jego bez przestanku wracało i brat Gorgiasz, w swej długiej, czarnej sutannie, z białą plamą kołnierza, w sposób tak powolny a ponury wymawiał to nazwisko, że za każdym razem wzrastający dreszcz przebiegał po tłumie. Za każdym razem zdawało się, że biedny malec zmarły podnosił się na to wołanie, by pójść, odebrać swoją koronę i książkę ze złoconemi brzegami. Korony i książki piętrzyły się nagromadzone na stole. Nic nad to nie było bardziej przygniatającem jak milczenie i pustka w miejscu, gdzie tyle nagród złożono, dla tego wzorowego ucznia, tak tragicznie zmarłego, którego biedne ciało, storturowane i splugawione, leżało o kilka ztąd domów. Wrażenie uczestników stało się zbyt silnem, łkania wybuchły nareszcie, kiedy brat Gorgiasz. w dalszym ciągu wymieniał to imię, ze swem zwyczajnem podnoszeniem warg, odsłaniającym szereg jego białych zębów w ustach, w których widniała złośliwość i okrucieństwo. Uroczystość zakończyła się wśród powszechnego wzruszenia. Mimo wielkiego uczestnictwa ludzi prz byłych, by uczcić braciszków, trwoga się gromadziła, jakiś niepokój, jak groźba zdaleka idąca powstawał w myślach każdego. A najgorszem było wyjście wśród szemrań i głuchych przekleństw ze strony zgromadzonych wieśniaków, którzy się zebrali garstkami na placu. Okropne opowieści o których wspominała Pelagia, krążyły wśród tego tłumu, podnieconego zbrodnią. Przypominano sobie niegodziwą historyę, stłumioną roku zeszłego, o braciszku, któremu przełożeni jego dopomogli schronić się przed trybunałem karnym. Wszelakiego rodzaju brzydkie wieści krążyły od owego czasu o okropnościach, jakie się działy w tej szkole, o dzieciach, które wzbraniały się mówić o tem pod naciskiem strachu niezmiernego. Naturalnie przesadzano jeszcze te tajemnicze okropności, o których z ust do ust powtarzano. A oburzenie ludzi zebranych na placu wzrosło z powodu odnowienia pogłosek rozdmuchiwanych wspomnieniami o zniesławieniu i katowaniu ucznia dobrych braciszków. Poczęto wyraźnie ich oskarżać, słowa zemsty krążyły: czy się i tym razem pozwoli umknąć winowajcy? czy się nie zamknie tej budy, krwawo zagnojonej? A kiedy lepsze rozchodziło się towarzystwo, kiedy się pojawiły suknie mnisze i sutanny księże, pięści tłumu zacisnęły się, krzyki i wrzaski podniosły, cały zastęp ludzi zaczął miotać obelgi na ojców Carabota i Philibina, którzy zbledli i zatrwożyli się, gdy tymczasem brat Fulgence porządnie kazał zaryglować bramę szkolną. Marek przez ciekawość śledził za tą sceną z okna domku pani Duparque - a żywo zaciekawiony, wyszedł nawet na chwilę przed próg, by lepiej widzieć i słyszeć. Cóż to więc przypuszczał Feron w swem proroctwie, że na żyda zwalą zbrodnię, że świecki nauczyciel stałby się kozłem ofiarnym wszystkich tych klechów jadowitych? Daleko, by do tego doszło, sprawa bowiem zanosiła się bardzo źle dla dobrych braciszków. Ten wzrastający gniew tłumu, te krzyki gwałtowne wskazywały, że awantura mogła przybrać wielkie rozmiary, wydobyć winnego z pośród mniszego zgromadzenia, rozszerzyć się, zachwiać samym kościołem nawet, jeśliby rzeczywiście winowajca był jednym ze sług jego. Marek pytał się siebie samego, nie znajdując jeszcze żadnego ustalonego przekonania, tak, że samo podejrzewanie wydawało mu się rzeczą hazardowną i nie bardzo uczciwą. Zachowanie się ojca Philibina i brata Fulgence'a wydało mu się poprawnem, zupełnie spokojnem. Silił się na pełną tolerancyę i wielką sprawiedliwość z obawy, by nie ustąpić przed swą namiętnością wolnomyślnego, wyzwolonego ze wszystkich względów. A spodziewał się, że więcej się dowie wpośród tych ciemności okropnej zbrodni. Tymczasem, stojąc tu, spostrzegł wracającą Pelagię, w świątecznym stroju, a obok kuzyna jej Polydora Souqueta, jedenastoletniego chłopca, który trzymał pod pacha piękną książkę z okładka wyciskaną i złoconą. - To nagroda za dobre obyczaje panie! - krzyczała Pelagia z radości. - To więcej jeszcze warte niż nagroda za czytanie lub pisanie, nieprawdaż? Prawdą było, że Polydor, cichy i milczący, zadziwiał samych nawet braciszków swem nadzwyczajnem lenistwem. Było to dziecko tłuste i blade, z jasnemi włosami, z dużą twarzą. Syn robotnika wiecznie pijanego, wcześnie straciwszy matkę, żył pozostawiony losowi, kiedy ojciec jego tłukł kamienie po drogach. Przez wstręt do wszelkiej pracy, na samą myśl cię trwożąc, że i na niego kolej przyjdzie tłuc kamienie, pozwalał ciotce swej marzyć 0 tem, że go zobaczy pewnego dnia nieukiem; tyle wiedział co ona, przychodził do niej do kuchni w nadziei, że dostanie mu się jaki dobry kawałek. Tymczasem Pelagia, mimo swej radości odwróciła się z trwogą, patrząc na ten tłum z miną złośliwą i niechętną. - Słyszy pan, panie, słyszy pan tych anarchistów! Braciszkowie tak oddani, którzy kochają dzieci i mają rodzicielskie staranie o nich, tak, rodzicielskie!... Patrz pan! Polydor mieszka ze swym ojcem, przy drodze do Jonville, o kilometr drogi ztąd. A więc dobrze! wczoraj wieczorem, po tej uroczystości, bano się jakiegoś niedobrego spotkania, to go braciszek Gorgiasz odprowadził aż do drzwi samych... Czy nie tak, Polydorze? - Tak - lakonicznie odpowiedział chłopiec swym cichym głosem. - A to ich się lży, im się grozi! - ciągnęła dalej służąca. - Widzi pan tego biednego braciszka Gorgiasza, idącego wśród czarnej nocy dwa kilometry, tam i napowrót, by nic się nie stało temu malcowi. Prawda, toby zniechęciło być ostrożnym i grzecznym! Marek, który badał dziecko, uderzony był jego dobrowolnem milczeniem, senną skrytością. Nie słuchał więcej Pelagii, której opowiadania zazwyczaj lekceważył sobie. Ale kiedy wrócił do małej salki, gdzie czytała Genowefa a pani Bertherau zajętą była wiecznie swem dzierganiem rzeczy kościelnych, zatrwożył się, widząc swą żonę z książką opuszczoną, bardzo wzruszoną tem, co się działo na placu. Podeszła naprzeciw niego, rzuciła mu się wprost na szyję, w uniesieniu bojaźliwej czułości, cudownie piękna w swem wzruszeniu. - Cóż się tam takiego dzieje? - zapytała. - Czy się bić chcą? A on ją uspakajał, gdy tymczasem pani Duparque, podnosząc oczy od swojej robótki, powtórzyła surowo swą wolę. - Marku, spodziewam się, że pan się nie będzie mieszać do tej brzydkiej historyi... Podejrzewać, złorzeczyć braciszkom, to naprawdę szaleństwo! Pan Bóg się zemści nareszcie za swoich.

Rozdział II

W nocy Marek nie mógł zasnąć. Był oszołomiony ostatniemi wypadkami, tą zbrodnią okropną, której straszną zagadką miał umysł zaprzątnięty. A kiedy Genowefa, jego ukochana żona, cicho obok niego wypoczywała i słyszał miarowy oddech z małego sąsiedniego łóżeczka swojej drogiej Ludwiki, każdy szczegół zbrodni przeżywał na nowo, porządkował wiadomości, silił się przeniknąć ciemności i prawdę wyświetlić. Marek posiadał umysł logiczny. Rozum jego doskonały i niezmiernie czysty, czuł potrzebę opierania wszystkiego na pewności. Ztąd powstała jego wielka namiętność prawdy. Niebyło w oczach jego możliwego spokoju, szczęścia prawdziwego gdzieindziej, jak w pewności, kiedy była zupełną, określoną i stanowczą w swej istocie. Nie był wielkim uczonym, ale co znał, to znał dobrze, by nie wątpić więcej w posiadanie prawdy, prawdy przez doświadczenie na zawsze zdobytej. Cierpienia jego kończyły się z powątpiewaniem, stawał się na nowo wesół, bardzo dobrze się czuł a jego namiętność prawdy miała tylko sobie równą w namiętności nauczania jej innych, by weszła do czaszki i do serca każdego. Wówczas na jaw występowały jego znakomite zdolności, przynosił metodę, która upraszcza, porządkuje, zalewa wszystko swojem światłem. Spokojne jego przekonanie narzucało się, pojęcia ciemne wyjaśniały, okazywały łatwemi i prostemi. Budził zajęcie, duszę, życie w rzeczach najsuchszych. Doprowadzał do tego, że gramatykę i arytmetykę ożywiał, jak bajki, czynił je ciekawemi dla swych uczniów. Byłto w istocie urodzony nauczyciel. Dar pedagoga odkrył w sobie, kiedy jako bakałarz, w siedemnastym roku życia wstąpił na dokończenie nauki rysunków litograficznych do Papon-Laroche'a w Beaumont. Mając tam zlecone wykonywać mapy szkolne, zadał sobie trud, by je jeszcze więcej uprościć i stworzył prawdziwe arcydzieła jasności i dokładności, co mu wskazało na jego powołanie, na jego szczęście w nauczaniu maluczkich na tym świecie. Także u Papon-Laroche'a poznał Salvana, obecnego dyrektora szkoły normalnej, który, uderzony jego zdolnościami, radził je zużytkować, aby zostać biednym nauczycielem ludowym, jakim jest dzisiaj, przekonanym o szlachetnej korzyści swej roli, szczęśliwym, że ją spełnia w głębi zapomnianej wioski. Jego miłość do biednych zadecydowała o jego życiu. Na swem skromnym urzędzie zasycał coraz więcej swą żądzę prawdy, jak potrzebę coraz to bardziej wymagającą. Wreszcie stała się jego zdrowiem i samem istnieniem, bo w niej tylko żył normalnie. W chwili, kiedy prawdy nie posiadał, wpadał w smutek, w trwogę, tortury, z powodu natychmiastowej konieczności zdobycia jej, by mieć całą dla siebie i módz nauczać innych, pod grozą, nieznośnej dolegliwości moralnej i fizycznej. Zapewne z tego powodu powstał niepokój, który go o bezsenność przyprawiał obok śpiącej żony. Cierpiał, że nie mógł zrozumieć, zbłądziwszy w strasznych ciemnościach, tej zniewagi i mordu, dokonanego na dziecku. Stał w obecności zbrodni ohydnej, czuł po za sobą mętną głębię, ciemną i groźną, przepaść całą. Czy jego cierpienia się nie skończą, jeśli się nigdy nie dowie, wobec tego nagromadzenia cieni, które jakby się zgęszczały w miarę, jak je chciał rozproszyć? Zdjęty niepewnością i obawą, począł nareszcie czekać na brzask dnia, by czemprędzej oddać się swym poszukiwaniom. Ale we śnie żona jego lekko się zaśmiała; bezwątpienia śniła o rozkoszy i o czułości a twarz okropnej babki stanęła mu przed oczyma, słyszał ją powtarzającą, że nie powinien się zajmować tą brzydką sprawą. Starcie z rodzi ją jego żony wydało mu się pewnem, co go czyniło wahającym i nieszczęśliwym. Aż dotąd nie miał żadnej poważnej przykrości ze strony tej nabożnej rodziny, z pośród której wybrał sobie młodą dziewczynę, by ją uczynić żoną i matką, towarzyszką życia, on który nie wierzył, nie praktykował, był wyzwolonym ze wszystkich religii. Nie posuwając I swej tolerancyi aż do tego, by chodzić z żoną na mszę do kościoła, jak to czynił ojciec jej, wolnomyślny Bertheran, dał jednak ochrzcić córeczkę, Ludwikę, nie interesując się kwestyą religijną a chcąc tylko mieć spokój z temi paniami. Zresztą, choć żona z miłości dla niego przestała praktyki religijne odbywać, od pierwszych czasów małżeńskich, żadne nieporozumienie nie mogło powstać aż dotąd. Czasami jednak spostrzegał u niej przebłyski długiego wychowania klasztornego, pojęcia o absolucie, które go obrażały, przesądy, spuszczanie się na Boga egoistycznego. Ale to były zaledwie westchnienia; był pewien, że ich miłość dość silna, aby mogła panować nad temi różnicami; rzucali się sobie zawsze w ramiona, po chwili, gdy się czuli obcy dla siebie, jakby spadli z dwóch światów odrębnych. Ona była jedną z dobrych uczennic u sióstr Wizytek, opuściła ich zakład z wyższym dyplomem, z myślą, którą też miała zrazu, by zostać nauczycielką. Poczem, nie mogąc otrzymać miejsca w Jonville, gdzie znakomita panna Mazeline kierowała szkołą żeńską bez pomocnicy, nie chciała naturalnie, opuścić męża a zajęta swem gospodarstwem, mając już córeczkę, pierwszą swą skłonność odkładała na później, na nigdy bezwątpienia. Czyż nie było to szczęście, to doskonałe porozumienie się, którego żadna burza dosięgnąć nie mogła. Jeśli uczciwy Salvan, wierny przyjaciel Bertheran, przed wydaniem za mąż córki drogiego mu nieboszczyka, córki, wychowanej u zakonnic, wędzonej w dewocyi przez matkę i babkę a miłującej wolnomyślnego chłopca, co nie wierzył ani w Boga, ani w dyabła i głosił zbawczą potrzebę zniesienia Kościoła - jeżeli Salvan miał kiedyś przez chwilę myśl, dla własnego ich szczęścia, sprzeciwić się tej niepokonanej miłości, to teraz musiał się uspokoić, patrząc na ich czułe pożycie po trzech latach małżeństwa. Tej nocy jednak, gdy żona pogrążyła się w słodkim śnie, Marek uczuł po raz pierwszy niepokój wobec powstających skrupułów. Przewidywał niezgodę z kobietami a w następstwie różne przykre zajścia domowe, jeżeli ulegnie niezwalczonej potrzebie prawdy. Usnął nareszcie głęboko a nazajutrz lano, obudzony jasną, słoneczną pogodą, sam się dziwił swej zmorze na jawie. Był to zapewne wpływ okropnej zbrodni. Wzruszona i rozczulona Genowefa sama mówić o niej poczęła: - Biedny Simon musi być bardzo zmartwiony. Nie powinieneś go opuszczać. Idź do niego zaraz zrana i przyrzeknij mu swą pomoc. Uściskał żonę, rad, że jest tak dzielną i dobrą. - Ale babcia znowu będzie się gniewała. Zycie w tym domu stanie się nieznośne. Roześmiała się lekko, wzruszając dobrotliwie ramionami. - O, babcia nawet aniołom przygania. Jeżeli robimy połowę tego, czego chce, to i tak robimy dosyć. Rozweselili się oboje. W tej chwili obudziła się Ludwika, podeszli więc do łóżeczka dzieciny i na zabawie z nią spędzili kilka rozkosznych chwil. Marek postanowił zatem prowadzić dalej dochodzenie, zaraz po śniadaniu. Ubierając się, rozważał rozsądnie i spokojnie. Znał dobrze miasteczko Maillebois. Składało je dwa tysiące mieszkańców, drobni mieszczanie, sklepikarze i robotnicy, pracujący w czterech lub pięciu warsztatach większych przedsiębiorców, którym się nieźle wiodło, dzięki sąsiedztwu z Beaumontem. Złożona w równej prawie części z dwóch odmiennych żywiołów, ludność miasteczka walczyła ciągle o władzę a rada miejska będąca wiernym podziału obrazem: w połowie klerykalna i zacofana, w połowic republikańska i postępowa - w wiecznej żyła walce. Należało do niej także dwóch, czy trzech socyalistów, ale ci tonęli w masie i wpływu nie mieli żadnego. Mer, pan Darras, majster mularski, był otwartym republikaninem. Wybór swój zawdzięczał temu jedynie, że w radzie partye znajdowały się w równowadze. Jako kandydatowi bogatemu, czynnemu, zatrudniającemu setkę robotników, dano większością dwu głosów pierwszeństwo przed drobnym kapitalistą Philisem, który usunął się od fabrykacyi parcianego płótna z dziesięcioma tysiącami franków dochodu a prowadził życie ciasne, surowe i wyznawał zasady skrajnego klerykalizmu. Darras musiał więc okazywać nieznużoną przezorność, wiedząc, że zależy od kilku zaledwie głosów. Gdybyż miał za sobą mocną większość republikańską! Jakżeby pracował dzielnie dla wolności, dla prawdy i sprawiedliwości, gdy tymczasem dzisiaj zmuszony jest do najbardziej dyplomatycznego oportunizmu! Wiadomem też było Markowi, że podział miasteczka na dwa przeciwne obozy wzrastał coraz więcej, pod wpływem rosnącej potęgi partyi klerykalnej, która groziła opanowaniem całej okolicy. Oddział zakonu Kapucynów, od lat dziesięciu osiadły w dawnym klasztorze, część którego odstąpił braciszkom szkół chrześciańskich, coraz jawniej i śmielej urządzał różne praktyki kultu św. Antoniego Padewskiego a powodzenie miał takie, że dochody dosięgały niesłychanych rozmiarów. Braciszkowie, korzystając z powodzenia sąsiedniej kaplicy, cieszyli się wzrostem swej szkoły i wzmagającą się liczbą uczniów; kapucyni zaś eksploatowali kaplicę, jak się eksploatuje dystylarnię spirytusu, to jest wydobywając z niej wszelkie możliwe trucizny. Święty królował na złotym tronie, zdobnym w kwiaty i światło; na każdym kroku widniały skarbonki a w zakrystyi było istne biuro handlowe, od rana do wieczora pełne klientów. Święty Antoni rozwinął swoją działalność; zajmował się nietylko odszukiwaniem zaginionych przedmiotów, lecz obiecywał, za kilka franków, powodzenie w egzaminach najlępszym nieukom, zapewniał szczęśliwy skutek nieczystych procesów, uwolnienie od wojska synów bogatych patryotycznych rodzin, nie mówiąc już o rzeczywistych cudach, jak uzdrawianie chorych i kalek, ochrona od nędzy i śmierci a nawet powrócenie do życia zmarłej od dwóch dni dziewczyny. I, naturalnie, po każdej nowej historyi napływały nowe pieniądze a klientela rozszerzała się od Maillebois reakcyjnych mieszczuchów i sklepikarzy do Maillebois republikańskiego, do sfer robotniczych, które powoli ulegały zatruciu. Napróżno ksiądz Quandieu, proboszcz kościoła św. Marcina, powstawał gwałtownie w kazaniach niedzielnych, przeciwko ciemnym zabobonom - nie słuchano go. Światły ksiądz ubolewał nad szkodą, jaką wyrządzała religii chciwość Kapucynów. Niszczyli mu parafię, zagarniając do Kaplicy wszystkie ofiary i jałmużny. Lecz zmartwienie jego miało też pobudkę wyższą. Był zanadto inteligentny, aby bez zastrzeżeń uchylać czoło przed Rzymem i wierzył w możliwość liberalnego i niezależnego Kościoła francuzkiego, któryby się wyłonił z ogólnego ruchu demokratycznego. Walczył więc z przekupniami w kościele, co zabijali po raz wtóry Chrystusa. Mówiono, iż biskup z Beaumontu, jego ekscelencya Bergerot, zapatrywał się tak samo na Kapucynów, co im nie przeszkadzało święcić coraz nowe tryumfy, podbijać Maillebois i zamieniać je na miejsce cudami słynące. Marek wiedział również i to, że gdy proboszcz Quandieu miał za sobą biskupa - Kapucyni i braciszkowie cieszyli się poparciem wszechwładnego ojca Crabot, rektora sławnego kolegium w Valmarie. Ztąd to prefekt, ojciec Philibin, przewodniczył na dorocznym popisie uczniów w szkole, aby zaznaczyć publicznie swój wysoki szacunek i uznanie. Czuć w tem było jezuitów, jak mówiły złe języki. Nauczyciel Simon, żyd, wpadł w tę plątaninę sporów, w okolicę szarpaną namiętnościami religijnemi, śród niebezpiecznej chwili, gdy zwyciężają najbezczelniejsi. Wszystkie serca były wzburzone; wystarczała jedna iskra, by zapalić i pustoszyć umysły. Dotąd jednak szkoła gminna świecka nie straciła ani jednego ucznia; wytrzymywała, co do ilości i powodzenia konkurencyę ze szkołą braciszków. To względne zwycięztwo zawdzięczała rozważnej zręczności Simona, który umiał zadowolnić wszystkich, oraz otwartemu poparciu Darrasa, a skrytemu - księdza Quandieu. Na tem polu współzawodnictwa dwóch szkół, toczyła się prawdziwa walka; tam to odbyć się będzie musiał prędzej lub później straszny atak bojowy, bo nie mogą one istnieć obok siebie, jedna musi pochłonąć drugą. Kościół przestanie żyć, gdy straci możność nauczania, owego cennego środka ujarzmiania prostaczków. Podczas wspólnego śniadania w ciemnej, ciasnej jadalni, Marek stroskany rozmyślaniami, poczuł, że go ogarnia rozstrój. Pani Duparque opowiadała najspokojniej, że Polydor dostał nagrodę, dzięki jedynie pobożnej przezorności Pelagii, która złożyła franka na ofiarę świętemu Antoniemu Padewskiemu. Pani Bertherau kiwała potakująco głową a nawet Genowefa słuchała bez uśmiechu tych cudowności. Babcia opowiadała dalej, wymieniała nadzwyczajne wypadki, różne żywoty ocalone, majątki uratowane, dzięki dwóm, lub trzem frankom, zagarniętym przez ajencyę Kapucynów. Zrozumiałem się stawało, w jaki sposób płynęły do nich rzeki złota, składane z drobnych sum, niby podatek, nałożony na cierpienie i głupotę ludzką. Tymczasem przyniesiono dziennik "Le Petit Beaumontais", drukowany w nocy, i Marek z zadowoleniem znalazł, po długim artykule, opisującym zbrodnię w Maillebois, pochlebną wzmiankę o Simonie. Pisano tam, że szanowany przez wszystkich nauczyciel, odbierał wzruszające dowody sympatyi w swem okropnem nieszczęściu. Widocznie korespondent napisał tę wzmiankę poprzedniego dnia, po wyjściu z tłumnego popisu szkolnego, gdy się domyślał, jaki obrót wezmą sprawy. Jasnem bowiem było, że opinia publiczna zwracała się nieprzyjaźnie przeciw braciszkom. Głuche wieści, krążące zdawna, wszelkie brzydkie historye. przytłumione niegdyś, obciążały teraz ich sprawę i groziły strasznym skandalem, który mógł zabić na zawsze całą partyę katolicką i zachowawczą. To też Marek zdziwił się mocno, widząc rozradowaną i tryumfującą minę Pelagii, gdy przyszła sprzątać ze stołu. Zatrzymał się i wyciągnął ją na swobodną rozmowę. - Doskonałe nowiny, proszę pana! Dziś rano, załatwiając sprawunki, dowiedziałam się pięknych rzeczy! Wiedziałam ja to dobrze, że ci anarchiści, co wymyślali wczoraj na braciszków, to kłamcy. I Pelagia wyładowała pospiesznie wszystkie plotki, które zebrała na ulicy i po sąsiadkach. W ciężkiej atmosferze przerażenia i dręczącej tajemnicy, co zaciężyła nad miastem od dnia poprzedniego wyobraźnie rodzić zaczęły waryackie domysły. Wśród nocy puściła, zda się, kiełki jakaś ogromna, potworna roślinność. Zrazu były to niejasne przypuszczenia, niepewne dowody, lekkie powiewy, muskające grunt. Potem dowolne wyjaśnienia stawały się pewnikami, naciągnięty zbieg wypadków zamieniał się w niezbity dowód. Szczególna, że cała ta podziemna robota szła na korzyść braciszków a przeciw Simonowi. Zaszedł zwrot cichy, lecz wyraźny; powstał niewiadomo zkąd a rósł z każdą godziną, siejąc w umysłach zwątpienie i zamieszanie. - Wiadomo przecież, proszę pana, że nauczyciel nie lubił swego siostrzeńca. Dręczył go ciągle - widzieli ludzie - mogą opowiedzieć. Zły był, że nie chodził do jego szkoły. Kiedy malec przystąpił do pierwszej komunii, wściekał się, groził mu pięściami, bluźnił... Zresztą dziwna rzecz, że zabito tego aniołka prawie zaraz po odejściu od świętego stołu, gdy jeszcze Bóg w nim mieszkał. Marek słuchał służącej boleśnie zdumiony. - Co takiego? Czy podejrzewają Simona o zabicie siostrzeńca? - Ba, są i tacy, co tak myślą... Jakoś to podejrzane, że ten człowiek jedzie sobie na zabawę do Beaumontu, potem spóźnia się na pociąg o wpół do jedenastej i wraca piechotą. Powiada, że wrócił o dwadzieścia minut przed dwunastą. Ale nikt go nie widział. Mógł sobie spokojnie przyjechać koleją o godzinę wcześniej, właśnie w chwili, kiedy stała się zbrodnia. A potem, gdy zrobił swoje, mógł zgasić światło i otworzyć okno, aby myślano, że zbrodniarz wszedł ze dworu... Panna Rouzaire, nauczycielka, słyszała doskonale, o trzy kwadranse na jedenastą odgłosy kroków w szkole, jęki, krzyki, otwieranie i zamykanie drzwi. - Jakto, panna Rouzaire! - zawołał Marek. - Ani pisnęła o tem przy pierwszem zeznaniu. Przecież byłem tam obecny. - Przepraszam pana. Tylko co, u rzeźnika panna Rouzaire opowiadała to samo każdziutkiemu; sama słyszałam. Oszołomiony Marek pozwolił jej mówić dalej: - Pomocnik, pan Mignot, opowiada też, że dziwił g-o mocny sen nauczyciela, nazajutrz rano. Bo i szczególne, doprawdy, że trzeba aż budzić człowieka w dniu, kiedy w jego domu popełniają morderstwo. Mówią, że wcale nie był wzruszony a potem drżał jak liść, gdy patrzał na trup dziecka. Chciał przerwać, ale kobieta ciągnęła z zawziętą złością: - Napewno - on! Przecież znaleziono w ustach dziecka wzór pisma z jego klasy. Tylko nauczyciel mógł mieć taki wzór w kieszeni, prawda? Nawet był jego podpis. A zresztą w sklepiku owocowym jedna pani mówiła, że sąd znalazł w jego szafie pełno takich wzorów. Tu dopiero Marek zaprzeczył i prawdę całą łożył. Opowiedział, że znak podpisu był nieczytelny, że Simon przysiągł, iż nigdy wzorów takich nie miał w ręku, chociaż będąc w powszechnem użyciu, mogły były znaleźć się w każdej szkole. Lecz gdy Pelagia znowu zapewniała, że rano, przy zejściu sądu, odkryto obciążające dowody, zmieszał się i zamilkł, czując bezpłodność sprzeczki wobec strasznego obłędu, co opanował umysły. - Jak się ma, proszę pana, do czynienia z żydem, wszystkiego spodziewać się można. Mleczarz mówił mi dopieroco, że ci ludzie nie mają ani ojczyzny, zadają się tylko z dyabłem, rabują i zabijają ot, tak sobie, żeby tylko robić zło... Niech pan mówi, co chce a ludzie nie przestaną przecież wierzyć, że ten żyd musiał zabić dziecko dla jakiejś nieczystej sprawy z dyabłem i że czekał skrycie pierwszej Komunii swego siostrzenica, aby go zniesławić i udusić, niewinnego i napełnionego jeszcze zapachem świętej Hostyi. Wracało więc znowu oskarżenie o morderstwo rytualne, owa zmora tłuszczy, tułająca się od wieków odżywająca przy pierwszej lepszej sposobności, aby ścigać żydów, co zatruwają studnie i katują niemowlęta. Dwukrotnie Genowefa, cierpiąc za Marka, chciała przerwać opowiadanie i protestować z nim razem. Zamilkła jednak, bojąc się rozgniewać babkę, bo czuła, jak staruszka rada płotkom, które potwierdzała kiwaniem głową. Pani Duparque tryumfowała. Nie racząc przekonywać męża wnuczki, którego miała za zwyciężonego, zwróciła się tylko do milczącej wciąż pani Berthereau: - To zupełnie tak samo jak z tein dzieckiem, co je kiedyś znaleziono umarłe pod kościołem świętego Maksencyusza. O mało nie skazano kobiety, która służyła u żydów a przecież nikt inny jak ci żydzi nie mógł być zabójcą. Stosunki z tymi ludźmi zawsze ściągają karę Bożą. Marek w milczeniu wyszedł. Zaczęło go jednak ogarniać zwątpienie. A może Simon był winowajcą? Podejrzenie opanowywało go, jak gorączka, nabyta w niezdrowej okolicy. Czuł potrzebę opamiętania i zastanowienia, zanim się zobaczy z nauczycielem. Krążył długo, chodząc samotną drogą, wiodącą ku Valmarie, przeżywał dzień wczorajszy, roztrząsając fakty i sądy. Nie, nie! Niepodobna podejrzewać Simona! Pewność utrwalały, wszystkie okoliczności. Nie miał żadnego powodu do spełnienia ohydnej zbrodni; było to nielogiczne, niemożliwe. Simon był zdrów na ciele i umyśle, bez żadnych zboczeń fizyologicznych, temperament miał łagodny i wesoły - dowód normalnego ustroju. Miał prześliczną żonę, którą ubóstwiał; żył u jej boku, przejęty czułem uwielbieniem i wdzięcznością za piękne dzieci, zrodzone z miłości a stanowiące uosobienie ich uczucia i przedmiot ich czci. Jakie przypuścić choć na chwilę, że mógł był uledz napadowi obmierzłego szału, wtedy właśnie, gdy szedł spocząć przy ukochanej żonie i dzieciach? Z jaką też prostotą i prawdą mówił ten człowiek, obsaczony zewsząd przez wrogów, miłujący swój zawód do bohaterstwa, cierpiący niedostatek bez skargi. Opowiadanie o tem, jak spędził wieczór było dostatecznie jasne; żona potwierdzała godziny, które wskazywał - każdy szczegół był niezbity. A gdyby nawet istniały niepewności, gdyby ten wzór, zgnieciony w gałkę, wraz z numerem "Le Petit Beaumontais" tkwił jak nierozwiązalna zagadka - wszechpotężny rozsądek kazał szukać winowajcy gdzieindziej. Życie Simona, jego charakter, warunki jego bytu, wykluczały go ze sprawy. Ustaliła się w umyśle Marka pewność, oparta na rozumowaniu, prawda niewzruszona, bo wynikła z obserwącyi i dedukcyi faktów. Teraz wyrobił już sobie przekonanie, miał wytknięte punkty, do których sprowadzi wszystko. Może się dowiadywać o wszelkich pomyłkach i kłamstwach; odrzuci je, gdy się nie zgodzą ze szczegółami prawdy znanej mu i dowiedzionej. Uspokojony, pozbywszy się ciężaru zwątpienia, wrócił Marek do Maillebois, przechodząc koło dworca w chwili, gdy podróżni wysiadali z pociągu. Spostrzegł inspektora szkół początkowych, pięknego Mauraisina, trzydziestoośmioletniego człowieczka, eleganckiego bruneta, któremu cienkie usta zakrywały starannie utrzymane wąsy i broda a żywe oczy przesłaniały nieśmiertelne binokle. Był niegdyś profesorem szkoły normalnej a należał do nowego pokolenia karyerowiczów, czyhających na awans, więc stających zawsze po stronie silniejszego. Mówiono, iż spodziewał się otrzymać miejsce dyrektora szkoły normalnej, które się dostało Salvanowi. Żywił do niego głuchą odrazę, zachowując jednak wszelkie pozory, wiedział bowiem, jakie Salvan miał poważanie u inspektora akademii Le Barazera, od którego sam zależał. Wobec równowagi partyj, jakie panowały w podległym mu okręgu, nie wypowiadał dotychczas swych przekonań otwarcie, pomimo osobistych sympatyj dla klerykałów, księży i zakonników, których uznawał za dyabelnie mądrych. Spostrzegłszy go, Marek przypuszczał, że Le Barazer, którego przekonania były mu znane, przysyła go na pomoc Simonowi, wobec strasznej katastrofy, grożącej ruiną nauczycielowi z Maillebois i jego szkole. Przyspieszył kroku, chcąc się z nim przywitać, nagle jednak zaszła okoliczność, która go zatrzymała. Z bocznej uliczki wysunęła się sutanna i Marek poznał rektora kolegium w Valmarie, ojca Crabot, we własnej osobie. Wysoki, strojny, bez jednego siwego włosa, mimo lat czterdziestu pięciu, miał szeroką twarz o rysach regularnych, dużym nosie, słodkich oczach i grubych ustach. Miano mu do zarzucenia to jedynie, że zawiele bywa, że ma ułożenie światowe, któremu starał się nadawać maniery arystokratycze. Nie przeszkadzało to jednak wzrastaniu jego władzy. Nie bez powodu utrzymywano, że jest potajemnym władcą departamentu, że blizkie, niezawodne zwycięztwo kościoła od niego tylko zależy. Marek zdziwił się i zaniepokoił, spotykając go tak wcześnie w Maillebois. Musiał wyjść z Valmarie bardzo rano. Jakaż ważna sprawa, co za nagłe wizyty sprowadzały go tutaj? Zkąd przychodził, dokąd dążył przez ulice miasteczka, rozgorączkowanego pogłoskami i plotkami, kłaniając się i uśmiechając na wszystkie strony? Marek zobaczył, że zatrzymał się nagle, spostrzegłszy Mauraisina i serdecznie do niego rękę wyciągnął. Rozmawiali niedługo i zapewne o zwykłych błahostkach, widocznem jednak było, że żyli w dobrej komitywie, w cichem i naturalnem porozumieniu. Gdy się rozstali, inspektor wyprostował swą małą figurkę, dumny zapewne z uścisku ręki, w którym czerpał przekonanie, czy postanowienie chwiejne dotychczas. Idąc dalej, ksiądz Crabot zbliżył się do Marka a że widywał go u pani Duparque, którą raczył odwiedzać czasami, poznał go i ukłonił mu się głęboko. Marek oddał mu ukłon i patrzał, jak ksiądz się oddalał wśród mieszkańców Maillebois, uszczęśliwionych i ujarzmionych. Marek zwolna skierował się ku Szkole. Rozmyślania jego znów się zmieniły Chmurniały, jakgdyby wszedł w środowisko, dotknięte zarazą, zatruwane zwolna, aż stało się zupełnie wrogiem. Domy zdawały mu się inne niż wczoraj, zwłaszcza twarze ludzkie - zmienione. To też, gdy wszedł do Simona, zdziwił się niemało, widząc, że siedzi w domu i spokojnie porządkuje papiery. Rachela siedziała przy oknie, dzieci bawiły się w kąciku. Gdyby nie smutek, wyryty na ich twarzach, możnaby pomyśleć, że nic nadzwyczajnego nie zaszło. Simon uścisnął mu dłonie ze wzruszeniem, czując, jakiego poświęcenia i przyjaźni odwiedziny te były dowodem. Zaczęto zaraz rozmawiać o rewizyi. - Miałeś u siebie policyę? - spytał Marek. - Tak, bardzo naturalnie. Spodziewałem się tego. Oczywiście, nic nie znaleziono, odeszli z pustemi rękami. Marek powstrzymał w sobie wyraz zdziwienia. Cóż więc opowiadano mu o obciążających dowodach, o wzorach takich samych, jakie odkryto na miejscu zbrodni? Kłamano zatem. - A teraz jak widzisz, porządkuję papiery, które mi porozrzucali. Co za straszna przygoda, mój drogi! Nie wiemy, co się z nami dzieje. Sekcya zwłok Zefiryna miała się odbyć tegoż dnia; czekano na doktora, wyznaczonego od sądu. Pogrzeb nastąpi zapewne dopiero nazajutrz. - Pojmujesz, że żyję, jak we śnie okrutnym 1 pytani się, czy możliwe takie straszne nieszczęście. Od wczorajszego ranka nie mogę myśleć o czem innem. Ciągle to samo wkółko: moja podróż pieszo, spóźniony, spokojny powrót i to okropne przebudzenie nazajutrz rano. Korzystając ze sposobności, Marek zadał kilka pytań: - Nie spotkałeś nikogo na drodze? Nikt cię nie widział o godzinie, którą wskazałeś? - Nie! Nie spotkałem nikogo i myślę, że nikt mię nie widział w powrocie. O tej porze Maillebois jest zupełnie puste. Zamilkli na chwilę. - Jeżeli nie wracałeś koleją, to nie zużytkowałeś pewno powrotnego biletu. Czy masz go jeszcze? - Nie! Taka mię złość ogarnęła, gdy pociąg odszedł mi z przed nosa, że rzuciłem bilet na dziedziniec dworca i postanowiłem wrócić piechotą. Znowu zapanowało milczenie a Simon spojrzał bacznie na przyjaciela. - Dlaczego zapytujesz mię o to? Marek wziął go znowu serdecznie za ręce i trzymał je tak przez chwilę. Zdecydowany był uprzedzić go o niebezpieczeństwie, powiedzieć mu wszystko. - Doprawdy, żałuję, że nikt cię nie widział a jeszcze więcej żałuję, że nie zachowałeś swego biletu powrotnego. Tyle przecież na świecie ludzi głupich i złych. Rozpuszczają wieści, że policya odkryła u ciebie dowody obciążające, egzemplarze wzoru pisma, podpisanego tym samym znakiem. Mignota zadziwił jakoby głęboki sen, w jakim zastał cię rano a panna Rouzaire przypomina sobie podobno teraz, że około kwadrans do jedenastej słyszała głosy i kroki, jakby ktoś wchodził tutaj. Nauczyciel, bardzo blady, ale bardzo spokojny, uśmiechnął się, wzruszając ramionami. - A, więc to tak? więc mnie podejrzewają? Rozumiem teraz wyraz twarzy ludzi, gdy koło mnie przechodzą i podnoszą głowy od samego rana!... Mignot, zacny w gruncie chłopiec, będzie mówił jak wszyscy, z obawy, aby go nie posądzono o porozumienie z takim jak ja żydem. Co się zaś tyczy panny Rouzaire, odda mnie na ofiarę dziesięć razy, jeżeli jej to szepnie spowiednik, albo, gdy w tym pięknym czynie znajdzie jakąkolwiek korzyść: awansu lub poprostu poważania... Podejrzewają mnie i oto wypuszczona już cała sfora klerykalna! Siniał się prawie. Ale Rachela, pomimo swej zwykłej ociężałości, którą wielki smutek, zda się, zwiększył jeszcze, zerwała się nagle a piękną twarz, rozpłomienił wyraz bolesnego buntu. - Jakto? Ciebie? Ciebie podejrzewać o podobną nikczemność? Ciebie? Wróciłeś wczoraj taki dobry, taki łagodny, wziąłeś mnie w objęcia i mówiłeś do mnie tak czule... To wściekła waryacya. Czyż nie wystarczy, gdy powiem prawdę, gdy oznaczę godzinę, o której wróciłeś, gdy opowiem o nocy, którą spędziliśmy razem? I rzuciła mu się z płaczem na szyję, oddając znowu słabości kobiety pieszczonej i ukochanej. Simon przycisnął ją do serca, pocieszał, uspakajał - Nie obawiaj się, droga! To przecież głupie, bezsensowne historye. Jestem zupełnie spokojny. Mogą poprzewracać tu wszystko, mogą szperać w całem mojm życiu, nie znajdą nic zdrożnego. Pozostaje mi tylko powiedzieć prawdę, a wiesz, że nic się przeciw prawdzie nie robi - jest wielką, wieczną tryumfatorką... Potem, zwracając się do przyjaciela, zawołał: - Czyż nie racya, Marku, że kto ma prawdę za sobą, jest niezwyciężonym? Jeżeli Marek nie był dotychczas przekonany, opuściły go ostatnie wątpliwości po tej scenie wzruszającej. Uległ wreszcie wzruszeniu wezbranego serca, pocałował męża i żonę, jakby pragnął oddać im się całkowicie, pomódz w ciężkiem doświadczeniu losu, które przewidywał. I chcąc działać natychmiast, naprowadził rozmowę na wzór pisma, czuł bowiem dobrze, że to dokument ważny, jedyny, na którym musi stanąć całe rusztowanie sprawy. - Ale jakąż zagadkę mieści ten pognieciony, pogryziony wzór, którego kawałek przywarł zapewne do zębów ofiary a na którym śliny zamazały, lub do połowy zatarły kleksy i znak podpisu! Pisane piękną, pozbawioną indywidualności, kursywą, wyrazy; "Kochajcie się wzajem", brzmiały strasznie ironicznie. Zkąd ten papier pochodził? Kto go przyniósł - dziecko, czy morderca? Jakże o tem wiedzieć, skoro panie Milhomme, właścicielki sąsiedniego sklepu materyałów piśmiennych, miały w handlu podobne wzory. Simon mógł więc z przekonaniem zapewniać, że nigdy nie miał takiego w swej klasie. - Powiedzą wszyscy moi uczniowie, że wzoru tego nigdy nie było w mej szkole, że nigdy go na oczy nie widzieli. Było to dla Marka cenną wskazówką. - A więc mogliby o tem świadczyć - zawołał. Wobec fałszywych wieści, że policya przyjęła u ciebie jako obciążające dowody, całkiem podobne wzory, należy natychmiast wyświetlić prawdę, trzeba zobaczyć się z twymi uczniami u ich rodziców, żądać ich świadectwa, zanim zamącą ich dziecięcą pamięć... Wymień mi kilka nazwisk; biorę na siebie tę wyprawę, odbędę ją dziś po południu. Simon odmawiał, ufny w swą niewinność. Wreszcie wskazał na fermera Bongarda, przy drodze Desirade, mularza Doloira, przy ulicy Plaisir i oficyalistę Sovina, przy ulicy Fauche. Ci trzej wystarczą; może zresztą zajść także do owych właścicielek sklepu materyałów piśmiennych, pań Milhomme. Wszystko zostało ułożone. Marek poszedł na śniadanie, obiecując wrócić wieczorem, aby zdać sprawę ze swych poszukiwań. Ale na placu natknął się znowu na pięknego Mauraisina. Tymczasem inspektor szkół początkowych prowadził ważną, konferencyę z panną Rouzaire. Stał sie bardzo przyzwoity i bardzo rozsądny z nauczycielkami, od czasu, kiedy pewna młoda pomocnica byłaby go naraziła na wielkie nieprzyjemności, bo krzyczeć zaczęła jak błaźnica dlatego, że ją chciał pocałować. Panna Rouzaire, chociaż brzydka, podobno... nie krzyczała, czem się tłómaczyły doskonałe o niej świadectwa u władz, oraz zupełnie pewny awans, jaki ją oczekiwał. Stojąc we drzwiach ogródka, rozmawiała ze swadą, gestykulowała żywo, pokazując palcem na sąsiednią szkołę chłopców. Mauraisin słuchał jej uważnie i kiwał głową. Potem oboje weszli do ogrodu i drzwi zamknęły się za nimi łagodnie a dyskretnie. Widocznie opowiadała mu o zbrodni, o własnej swej roli, o odgłosach kroków i głosów, które, jak teraz mówiła, słyszała. Marek poczuł w sobie znowu dreszcz ranny, poczuł kształtowanie się głuchej zmowy mroków, co zbierały się jakby na burzę i czyniły powietrze coraz cięższem. Bo też inspektor szkół początkowych w szczególny sposób przychodził z pomocą zagrożonemu nauczycielowi: słuchał przedewszystkiem języka miejscowych zazdrości i nienawiści. O drugiej znalazł się Marek na drodze Desirade, tuż przy Maillebois. Bongard posiadał tam drobną fermę, przy niej nieco ziemi, którą uprawiał sam z trudem, tyle tylko, aby, jak mówił, wystarczyło na chleb. Markowi udało się spotkać go właśnie, gdy wracał z wózkiem siana. Był to chłop tęgi, ryży, barczysty i silny, oczy miał okrągłe, twarz spokojną i niemą, golił się, ale brodę rzadko utrzymywał w porządku. Bongardowa przyprawiała jadło dla krowy. Była to wysoka, koścista i nieładna blondynka, z wyrazem statecznym, z czerwonemi, wydatnemi policzkami, o twarzy mocno piegowatej. Oboje patrzeli nieufnie na nieznanego przybysza, co wchodził w ich podwórze. - Jestem nauczycielem z Jonville. Podobno synek wasz chodzi do szkoły gminnej w Maillebois? Ferdynand, łobuz, rozbawiony na drodze, przybiegł spiesznie. Był to tęgi, dziewięcioletni chłopiec, jakby wyciosany sierpem, o nizkiem czole, nabrzmiałej twarzy. Za nim podążyła siedmioletnia siostrzyczka, Anielka, o twarzy również nalanej, ale żywszej, oczach bystrych, w których budziła się inteligencya, co chciała przebić twarde więzienie ciała. Usłyszała pytanie i zawołała krzykliwie: - Ja chodzę do panny Rouzaire a Ferdynand do Simona. Bongard oddał rzeczywiście swe dzieci do szkoły państwowej, najpierw dlatego, że to nic nie kosztowało a następnie, iż nie żył z księżmi, wiedziony poprostu instynktem, bez żadnej innej racyi. Sam nie wypełniał praktyk religijnych, Bongardowa zaś, jeżeli chodziła do kościoła, to raczej z przyzwyczajenia i dla rozrywki. Nie miał żadnego wykształcenia, umiał zaledwie czytać i pisać; w żonie zaś swojej, jeszcze bardziej ciemnej, szacował hart bydlęcia roboczego, które pracowało od rana do wieczora bez skargi. To też nie zajmował się wcale postępami swych dzieci. Pracowity Ferdynand męczył się nadmiernie, nie mogąc wbić sobie do głowy niczego; zawzięta zaś Anielka zamęczała się jeszcze więcej, aż stała się znośną uczennicą. Nasuwali oboje myśl o pierwotnej, dopiero co ulepionej z mułu materyi ludzkiej, w której długi, bolesny wysiłek budzi inteligencyę. - Jestem przyjacielem pana Simona - zaczął znowu Marek - i przychodzę od niego w sprawie tego co zaszło. Czyście słyszeli o tej zbrodni? Słyszeli o niej, oczywiście. Oblicza ich, już przedtem niespokojne, zamknęły się jeszcze więcej; nie wyrażały już ani uczuć, ani myśli. Bo i pocóż przychodzą badać ich w taki sposób? Przecież nikogo nie obchodzą ich poglądy. Zresztą, trzeba być rozważnym w podobnych historyach, gdzie często jeden wyraz niepotrzebny wystarcza, aby skazać człowieka na śmierć. - W takim razie - ciągnął Marek dalej chciałbym wiedzieć, czy wasz chłopiec widział w samej klasie wzór pisma, podobny do tego. Napisał starannie na skrawku papieru wyrazy: "kochajcie się wzajem", napisał piękną grubą kursywą. Gdy skończył wyjaśnienie, pokazał papier Ferdynandowi a ten patrzał głupowato, nie mogąc sobie pomieścić pytania w tępej mózgownicy. - Popatrz dobrze, mój kochanku, czy widziałeś podobny wzór w szkole? Zanim się dzieciak zdecydował, Bongard wtrącił przezornie: - Ależ dzieciak nie wie. Skądże ma wiedzieć? Bongardowa zaś, jako wierny cień męża, powtórzyła: - A juści, że dziecko to przecież nigdy wiedzieć nie może. Nie słuchając tych uwag, Marek nalegał dalej, podał wzór pisma Ferdynandowi, aż chłopiec, bojąc się kary, wybąkał: - Nie, panie, nie widziałem. Podniósł głowę i spotkał się z oczyma ojca, tak twardo utkwionemi w jego oczy, że bełkocąc dodał spiesznie: - Może zresztą widziałem. Nie wiem. I ani rusz dalej. Marek nie mógł wydobyć z niego żadnej sensownej odpowiedzi a rodzice raz potwierdzali, to znowu przeczyli, stosownie do tego, jak im własny dyktował interes. Bongard miał przezorny zwyczaj kiwania głową, schlebiając w ten sposób wszelkim zdaniom, aby się nie narazić. Ano, juści, że to straszna zbrodnia i jeżeli złapią mordercę, słusznie zrobią, ścinając mu głowę. Każdy robi, co do niego należy; żandarmi także znają swe rzemiosło; łajdaków nie braknie na świecie, księża mają dobre strony, ale przecież wolno każdemu robić podług swoich myśli. I Marek musiał na tein poprzestać; odszedł, ścigany ciekawem wejrzeniem dzieci. Zdaleka dochodził go przenikliwy głos Anielki, która teraz, gdy gość już nie słyszał, paplała zawzięcie z bratem. Wracając do Maillebois, Marek rozmyślał smutnie. Stanął wobec grubej warstwy ciemnoty, wobec ogromnej masy ślepej i głuchej, śpiącej głębokim snem ziemi. Po za Bongardami te wioski żyły uporczywem życiem roślinnem - niełatwe do zbudzenia. Trzeba było cały lud wychować, aby go uczynić wrażliwym na prawdę i sprawiedliwość. Ale jakiż to trud olbrzymi, Jakże go wyciągnąć z mułu, w którym grzęznął? Ile pokoleń przejdzie jeszcze, zanim się wydobdzie z ciemnoty całe plemię! Dziś ogromna jeszcze większość organizmu społecznego pozostaje w dzieciństwie, w stanie pierwotnej bezmyślności. Bongard, to przecież materya pierwotna, niezdolna do uczucia sprawiedliwości, bo nic nie wie i o niczem wiedzieć nie chce. Skręcił na lewo a minąwszy główną ulicę, wszedł w ubogą dzielnicę Maillebois. Liczne fabryki zanieczyszczały tam wodę w rzece Verpilie, całe tłumy robotników zamieszkiwały brudne domostwa, położone w ciasnych uliczkach. Przy ulicy Plaisir mieszkał mularz Doloir. Zajmował cztery spore izby na pierwszem piętrze, nad szynkiem. Niedokładnie poinformowany, Marek rozpoczął poszukiwania. Napotkał gromadę robotników mularskich, pracujących przy poblizkiej budowie. Wstąpili na kieliszek i gwałtownie rozprawiali o zbrodni. - Mówię ci, że żyd zdolny do wszystkiego - wołał wysoki blondyn. - Gdy byłem w wojsku, mieliśmy żyda, który kradł. Zrobili go jednak kapralom, bo żyd ze wszystkiego się wykręci. Inny malarz, szczupły brunet, wzruszył ramionami. - Masz racyę, żydzi nie wiele warci, ale i księża nie lepsi. - Jużci, że są księża gałgany - odparł pierwszy - ale są i porządni. A zresztą księża to zawsze Francuzi a żydzi, parszywcy, dwa razy już sprzedali Francyę cudzoziemcom. Na pytanie zachwianego nieco kolegi, czy wyczytał to w "Le Petit Beaumontais": - Ale! - odrzekł - ja tam sobie głowy nad gazetami nie łamię. Mówili mi koledzy, wszystkim to przecież wiadomo. Przekonani mularze zamilkli, wychylając powoli kieliszki Wychodzili właśnie z szynku, gdy Marek zbliżył się i zapytał blondyna o adres mularza Doloira. Robotnik zaczął się śmiać. - Doloir - to ja, proszę pana. Mieszkam tutaj: widzi pan te trzy okna, to moje. Tęgi chłop o postawie nieco wojskowej, rozbawiony był przygodą. Błyskał białemi zębami z pod jasnych, obfitych wąsów a błękitne, poczciwe oczy śmiały się wśród czerstwej twarzy. - A co? Dobrze pan trafił. Czego pan sobie życzy odemnie? Marek poczuł do niego sympatyę, pomimo szkaradnych słów, usłyszanych przed chwilą. Doloir, pracujący od wielu lat u mera Darrasa, był dobrym robotnikiem a chociaż zdarzało mu się czasem wypić trochę za wiele, zarobek święcie oddawał żonie. Wyrzekał wprawdzie na patronów, nazywał ich podłą szajką, uważając się, niezbyt świadomie, za socyalistę. Ale miał szacunek dla Darrasa, który zarabiał dużo a starał się być koleżeńskim wobec swych robotników. Tylko owe trzy lata pobytu w koszarach zostawiły na nim niezatarte piętno. Opuszczając służbę, szalenie się cieszył z wolności, przeklinał wstrętne rzemiosło, w którem przestaje się być człowiekiem. Potem jednak ciągle przeżywał myślą te trzy lata, codzień odnajdywał jakieś wspomnienie. Ręka, jakby znieprawiona przez karabin, męczyła się kielnią, wziął się do pracy niedbale, bez energii, bo przywykł, po za ćwiczeniami, do długich godzin próżniactwa. Nie był już tym doskonałym robotnikiem, co dawniej. Ciągle marzył o sprawach wojskowych, rozprawiał o nich przy każdej sposobności, bez ładu zresztą i bez znajomości rzeczy. Nie wiedział i nie czytał nic, mocny tylko i uparty w kwestyi patryotyzmu, który, według niego, polegał na tem, aby nie pozwolić żydom wydać Francyę na łup cudzoziemców. - Macie dwoje dzieci w szkole gminnej - rzekł Marek. - Przychodzę od nauczyciela Simona, mego przyjaciela, prosić was o pewne wyjaśnienie... Ale widzę, że nie jesteście przyjacielem żydów. Doloir roześmiał się znowu. - Prawda, że pan Simon jest żydem, ale dotychczas miałem go za porządnego człowieka... O co panu chodzi? A gdy się dowiedział, że chodziło poprostu o to, by pokazać dzieciom wzór pisma i zapytać, czy widziały podobny w szkole, zawołał: - Nic łatwiejszego, jeżeli to panu potrzebne... Proszę wejść ze mną na chwilę, dzieci muszą być na górze. Drzwi otworzyła pani Doloir. Mała, tęga brunetka, o wyrazie twarzy poważnym i upartym, czoło miała nizkie, szczękę wydatną, oczy szczere. W dwudziestym roku była już matką trojga dzieci a oczekiwała czwartego. Chociaż była w ostatnich miesiącach ciąży, wstawała rano najwcześniej ze wszystkich, kładła się spać ostatnia, ciągle porządkowała, ogromnie była pracowita i oszczędna. Przy trzeciem dziecku porzuciła szwalnię i zajmowała się tylko gospodarstwem, ale darmo chleba nie jadła. - Ten pan jest przyjacielem nauczyciela i chce pomówić z dziećmi - wyjaśnił Doloir. Marek wszedł do małej, czystej jadalni. Na lewo widać było kuchnię, naprzeciwko zaś - pokoje rodziców i dzieci. - August! Karol! - zawołał ojciec. Chłopcy nadbiegli. Jeden miał osiem, drugi sześć lat. Za nimi podążyła siostra, czteroletnia Łucya. Ładne, zdrowe dzieciaki przedstawiały mieszaninę podobieństwa do obojga rodziców. Młodszy drobniejszy był i sprytniejszy od starszego, dziewczynka - ładna blondyneczka o słodkim uśmiechu. Gdy Marek pokazał chłopcom wzór pisma i zaczął ich wypytywać, pani Doloirowa, milcząca dotychczas, ciężka, ale zawsze czujna, stojąc oparta o krzesło, wtrąciła szybko: - Przepraszam pana, ale nie życzę sobie, aby dzieci odpowiadały. Powiedziała grzecznie, bez uniesienia, z miną dobrej matki, spełniającej obowiązek. - Dlaczego? - spytał ze zdziwieniem Marek. - Bo, proszę pana, nie potrzebujemy wdawać się w sprawę, która może się źle skończyć. Mam jej pełne uszy od wczoraj i poprostu nie chcę się w to mieszać. A gdy Marek nastawał, broniąc Simona, odparła: - Nie zarzucam nic panu Simonowi, dzieci nigdy nie skarżyły się na niego. Jeżeli go obwiniają, niech się sam broni - to jego sprawa. Zawsze odradzałam mężowi zajmowanie się polityką. Gdyby mnie chciał słuchać, trzymałby język za zębami, wziął się do kielni, nie zajmował się żydami i księżmi. Bo to wszystko, w gruncie rzeczy, tylko polityka. Doloirowa nie bywała nigdy w kościele, chociaż kazała chrzcić dzieci i zdecydowana była posłać je do pierwszej komunii. Tak trzeba było zrobić. Instynktownie była zachowawczą, przyjmującą istniejący porządek, zgadzając się ze swem ciasnem życiem, w obawie przed katastrofami, któreby urwały chleba rodzinie. Z twardym uporem dodała: - Nie chcemy się narażać. Był to argument tak ważny, że sam Doloir skłonił głowę. Zazwyczaj, choć dał się powodować żonie, nie lubił, aby okazywała swą władzę wobec ludzi. Tym razem jednak ustąpił. - Nie zastanowiłem się, proszę pana - tłómaczył. - Ma słuszność żona. Takie jak my biedaki najlepiej robią, siedząc cicho. W wojsku był jeden, co wiedział różne historye o kapitanie. Wysiedział się też w kozie, wysiedział! Marek także musiał ustąpić; zrzekł się tedy dochodzenia, mówiąc: - Chciałem się zapytać chłopców o to, o co sąd ich może zapyta. Wtedy będą musieli odpowiedzieć. - Dobrze - odezwała się znów Doloirowa spokojnie. - Niech ich sąd zapyta; zobaczymy, co się zrobi. Może odpowiedzą, może nie odpowiedzą; dzieci są moje, więc to do mnie należy. Marek skłonił się i wyszedł razem z Doloirem, który się spieszył do roboty Na ulicy mularz tłómaczył się prawie: z żoną nie łatwo, ale kiedy ma racyę, to ma racyę, trudno! Gdy Marek pozostał sam, czuł się zniechęconym. Wahał się, czy pójść do Savina, drobnego urzędnika. U Doloirów nie było już tej grubej ciemnoty, jaką napotkał u Bongardów. Stali o stopień wyżej, zaczynali się polerować a chociaż nie mieli wykształcenia, ocierali się o inne klasy społeczne, znali więc lepiej życie. Ale jakiż niepewny jeszcze brzask, jakie błądzenie poomacku wśród bezmyślnego egoizmu! W jakim zresztą, okropnym błędzie trzymał biedaków brak wzajemnej spójni. Nie byli szczęśliwymi, bo nie pojmowali warunków życia obywatelskiego, nie rozumieli, że szczęście innych jest nieodzownem dla ich własnego szczęścia. I Marek rozmyślał o tym domu ludzkim, gdzie od wieków usiłują trzymać drzwi i okna szczelnie zamknięte, kiedy przeciwnie, trzeba byłoby otworzyć je naoścież, aby wpuścić fale świeżego, wolnego powietrza, ciepła i światła. Wyszedł tymczasem z ulicy Plaisir i skręcił na ulicę Fauche, gdzie mieszkali Savinowie. Zawstydził się swego zniechęcenia. Wszedł i znalazł się wobec pani Savinowej, która przybiegł na odgłos dzwonka. - Mój mąż? Jest właśnie w domu, bo miał trochę gorączki zrana i nie mógł pójść do biura. Niech pan pozwoli. Pani Savinowa była bardzo powolną. Subtelna, wesoła brunetka, z przyjemnym uśmiechem na ustach, wyglądała pomimo dwudziestu ośmiu lat tak młodo, jakby była starszą siostrą swych dzieci. Najprzód miała córkę, Hortensyę, potem dwóch bliźniaków, Achillesa i Filipa a nakoniec przybył jej jeszcze jeden chłopak, Julian, którego właśnie karmiła. Mówiono, że mąż był strasznie zazdrosny, podejrzewał ją, szpiegował, ciągle niespokojny, bez żadnego zresztą, powodu. Była niegdyś biedną sierotą, z zawodu robotnicą wianków paciorkowych. Savin zaślubił ją dla jej piękności, gdy po śmierci ciotki pozostała sama na świecie. Była mu wdzięczną i prowadziła się uczciwie, jak dobra żona i dobra matka. W chwili, gdy miała wprowadzić Marka, zakłopotała się nagle. Zlękła się zapewne niezadowolenia męża, wciąż gotowego do kłótni, nieznośnego w pożyciu, chociaż zgodnie i z wdziękiem ulegała zawsze, aby mieć spokój w domu. - Kogo mam oznajmić? Marek wymienił nazwisko i powód przybycia. Wsunęła się zgrabnie w otwarte drzwi. Oczekując, rozglądał się Marek po mieszkaniu. Składało się z pięciu pokojów, zajmujących całe piętro. Jako drobny urzędnik skarbowy, ekspedytor u poborcy, Savin musiał dbać o pozory, o pewien zewnętrzny zbytek. Żona nosiła kapelusz, on zaś ukazywał się zawsze w tużurku. Tem przykrzejszym był niedostatek, ukryty po za tą złudną wystawnością. Savin zgorzkniał niezmiernie, że mając lat trzydzieści jeden, czuł się przykutym do marnego miejsca, bez nadziei awansu, skazany na bezmyślną pracę zwierzęcia roboczego, z płacą tak lichą, że zaledwie chroniła od głodowej śmierci. Słabego zdrowia, skwaszony, wciąż był zirytowany; pokorny i wściekły zarazem, szarpał się w złości i strachu, by nie utracić łaski przełożonych. W biurze płaszczył się i poniżał, w domu terroryzował żonę wybuchami gniewu i kaprysami chorego dziecka. Znosiła wszystko z łagodnym uśmiechem i, mimo zajęcia około gospodarstwa i dzieci, znajdowała jeszcze czas robienie kwiatów paciorkowych do sklepu w Beaumont. Z tej pracy delikatnej a dobrze płatnej można było sprawić niektóre wygody w domu. Ale mieszczańska duma męża nie pozwalała na to, aby mówiono, że żona musi zarabiać, to też pracowała i odwoziła zamówienia ukradkiem. Przez chwilę do uszu Marka dochodził ostry, gniewny głos. Potem nastąpił cichy szept i milczenie. Pani Savinowa ukazała się we drzwiach. - Niech pan będzie łaskaw wejść. Savin zaledwie się uniósł na fotelu, do którego przykuła go gorączka. Fatygować się dla jakiegoś tam nauczyciela wiejskiego! Zawiędły, łysy, z twarzą szarawą, o rysach cienkich i zmęczonych, miał oczy wyblakłe i bardzo rzadką, żółtawą brodę. W domu dodzierał stare tużurki. Chustka kolorowa na szyi dawała mu w tej chwili wygląd schorowanego i zaniedbanego staruszka. - Mówi mi żona, że przychodzi pan z powodu tej ohydnej historyi, w której nauczyciel Simon, ma być podobno skompromitowany. Przyznani się, ze miałem zamiar nie przyjąć pana... Przerwał nagle. Spostrzegł na stole paciorkowe kwiaty, które żona robiła przy zamkniętych drzwiach, podczas, gdy on czytał "Le Petit Beaumontais". Rzucił jej straszne wejrzenie. Zrozumiała i pospieszyła zakryć robotę dziennikiem, rzuconym od niechcenia. - Niech mnie pan jednak nie bierze za wstecznika. Jestem republikaninem, bardzo nawet postępowym i nie ukrywam tego wcale. Władza moja wie o tem dobrze. Kiedy się służy republice, prosta przecież uczciwość wymaga, aby być republikaninem. Jestem za rządem zawsze i we wszystkiemu Zmuszony słuchać grzecznie, Marek poprzestał na kiwnięciu głową. - W kwestyi religii myślę poprostu, że księża powinni siedzieć spokojnie, Jestem tak samo antiklerykalnym, jak jestem republikaninem. Spieszę jednak dodać, że, podług mnie, potrzebną jest religia dla dzieci i dla kobiet, a dopóki religia katolicka będzie panująca, toć u pana Boga, taka ona dobra, jak każda inna!... Więc też przekonałem obecną tu żonę moją, że należy i wypada, aby kobieta w jej wieku i położeniu spełniała obowiązki religijne, aby okazywała ludziom, że ma zasady i moralność. Chodzi ona do Kapucynów. Pani Savinowa słuchała zawstydzona, rumieniąc się i spuszczając oczy. Bo kwestya praktyk religijnych przez długi czas była powodem niezgody w małżeństwie. Delikatność uczuć kobiety, jej prawe i łagodne serce opierało się przymusowi. Mąż, do szaleństwa zazdrosny, prześladował ją za to, co nazywał zdradą myślową, widział jedynie w spowiedzi i komunii wyborny hamulec moralny do zatrzymania kobiety na drodze upadku. Musiała wreszcie ustąpić, przyjąć wybranego przez męża spowiednika, ojca Teodozego, w którym czuła gwałciciela. To też urażona, zawstydzona, zarumieniona, wzruszyła ramionami, ulegając, jak zawsze, dla spokoju domowego... - Co zaś do dzieci, środki nie pozwalają mi posyłać moich bliźniaków do kolegium; zresztą, jako urzędnik i republikanin, umieściłem ich w szkole rządowej. Córka, Hortensya, również chodzi do szkoły panny Rouzaire; ale w głębi ducha rad jestem, że osoba ta ma uczucia religijne, że bywa z dziećmi w kościele, byłbym niezadowolony, gdyby było inaczej... Chłopcy jakoś zawsze sobie dadzą radę. A jednak, gdybym nie zależał od przełożonych, czy sądzisz pan, że nie rozsądniej byłoby umieścić ich w szkole braciszków?... W przyszłości byliby protegowani, dostaliby miejsca i poparcie a tak, będą wegetowali, jak ja dziś wegetuję. Wybuchnął goryczą, ale po chwili zniżył głos, przerażony: - Widzi pan, księża są bardzo potężni, lepiej byłoby z nimi trzymać. Marek uczuł litość; tak bardzo ta istota nędzna, drżąca, pełna miernoty i głupstwa, wydala mu się godną pożałowania. Wstał, przewidując jak się zakończy7 cała gadanina. - A więc, co się tyczy zapytania, które chciałem zadać dzieciom pana?... - Dzieci niema w domu - odpowiedział Savin - sąsiadka zabrała je na przechadzkę... Ale gdyby były obecne, czy miałbym pozwolić im, aby panu odpowiedziały? Niech pan sam osądzi. Urzędnik w żadnym wypadku nie może stawać po jakiejś stronie. Dość mam przykrości w biurze, nie potrzebuję narażać się na odpowiedzialność z powodu tej obrzydliwej sprawy. A gdy Marek żegnał go, spiesznie dodał: - Chociaż żydzi obłupiają naszą biedną Francyę, nie mam nic do zarzucenia panu Simonowi, chyba to, że nie powinno się dawać miejsca nauczyciela żydowi. Mam nadzieję, że "Petit Beaumontais" przeprowadzi kampanię w tej kwestyi... Wolność i sprawiedliwość dla wszystkich - tak, to życzenie każdego dobrego republikanina... Ale, proszę pana, ojczyzna przedewszystkiem, zwłaszcza gdy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie. Milcząca ciągle pani Savinowa odprowadziła Marka do drzwi. Miała minę niewolnicy, która się czuje wyższą od swego okrutnego pana, więc, zawstydzona, uśmiechała się tylko czarująco. Wychodząc na ulicę, spotkał Marek na dole przed schodami, dzieci, wracające w towarzystwie sąsiadki. Dziewięcioletnia Hortensya wyglądała na osóbkę ładną i zalotną, o wejrzeniu zdradnem i sprytnem, o ile nie nadawała mu wyrazu fałszywej pobożności, wyuczonej u panny Rouzaire. Ale bliźniaki, Achilles i Filip, zajęli go więcej; obaj szczupli i mizerni, chorowici, jak ojciec, wskutek upartej anemii, rozwijali się zwolna. Popchnęli siostrę na schodach tak, że o mało nie upadla. A gdy otworzyli drzwi na górze, słychać było przeraźliwe krzyki najmłodszego chłopca, Juliana, który się obudził i zabierał się do ssania matki. Na ulicy Marek spostrzegł, że mówi sam do siebie. Ma teraz całą skalę: na jednym krańcu ciemny chłop, na drugim głupi, zahukany urzędniczek a wpośrodku zidyociały robotnik, zgniły owoc koszar i najmu. Im dalej w górę, tem ciaśniejszy egoizm i podlejsze tchórzostwo. W e wszystkich "warstwach gruba ciemnota a niedostateczne wykształcenie, pozbawione metody i podstaw poważnej nauki, zda się, zatruwa tylko inteligencyę, znieprawiając ją w sposób zatrważający. Wykształcenie? - dobrze! ale niechże będzie zupełnem, wolnem od fałszu i kłamstwa, takiem, co rwie pęta, dając poznać całą prawdę! Rozważając ciasny zakres posłannictwa, którego się podjął z zapałem dla ratowania kolegi, zadrżał Marek przed otchłanią ciemnoty, fałszu i złości, co się przed nim otwarła. Niepokój jego wzrastał. Jakieżby ohydne było bankructwo, gdyby kiedyś potrzebowano tych ludzi do dzieła prawdy i sprawiedliwości! A ludzie ci, to przecież Francya cała, ogromny, ciężki, bezwładny tłum, wielu zapewne zacnych ludzi, ale większość - masa ołowiana, przykuwająca naród cały do ziemi, niezdolna do życia lepszego, do wolności, sprawiedliwości i szczęścia, bo bezmyślna i zatruta. Kierując się zwolna ku szkole, aby opowiedzieć Simonowi o smutnym rezultacie swych starań, przypomniał sobie Marek, że nie był jeszcze u pań Milhomme, w sklepie materyałów piśmiennych przy ulicy Courte. Chociaż, i tąm nie spodziewał się niczego lepszego, postanowił wypełnić swe zadanie do końca. Milhomme'owie byli to dwaj bracia, rodem z Maillebois. Starszy, Edward, odziedziczył po wuju sklepik z papierem, z którego żył skromnie wraz z żoną; posiadał mało wymagań i był wielkim domatorem. Młodszy zaś, Aleksander, ruchliwy i ambitny, szukał fortuny, jeżdżąc po prowincyi jako komiwojażer. Śmierć zabrała obu: starszy pierwszy zginął tragicznym zgonem, spadłszy ze schodów do piwnicy; młodszy zmarł w sześć miesięcy potem, na przeciwnym krańcu Francyi, z gwałtownego zapalenia płuc. Obie kobiety owdowiały; jedna posiadała drobny sklepik, druga - dwadzieścia tysięcy franków, pierwszy zadatek spodziewanego majątku. Pani Edwardowa, kobieta stanowcza i zręczna, namówiła bratowę, panią Aleksandrowę, aby z nią weszła do spółki; przedstawiła jej, że gdy się włoży w handel dwadzieścia tysięcy franków, można będzie, oprócz papieru, trzymać również klasyków i materyały szkolne. Każda z nich miała syna i odtąd obie "panie Milhomme", jak je nazywano - pani Edwardowa z synem Wiktorem i pani Aleksandrowa z małym Schastyanem żyły razem, związane wspólnym interesem, pomimo przeciwieństwa charakterów. Pani Edwardowa odprawiała wszelkie praktyki religijne, nie dlatego, żeby miała silną, wiarę, dbając przedewszystkiem o pomyślność handlu, nie chciała sobie narazić swej pobożnej klienteli. Pani Aleksandrowa przeciwnie, mając męża hulakę i atesza, stała się wolnomyślną, porzuciła kościół i nie chciała doń wracać. Z tej różnicy zasad skorzystała bardzo dowcipnie mądra dyplomatka, pani Edwardowa. Klientela ich wzrosła; sklep, położony szczęśliwie pomiędzy szkołą braciszków i rządową, posiadał książki klasyczne, wzory, obrazki, kajety, pióra i ołówki, słowem wszystko, czego o szkoły potrzebować mogły. To też postanowiły pozostać każda przy swoim sposobie myślenia i postępowania, jedna zajmowała się księżmi, druga wolnomyślnymi, tak, aby zadowolnić obie partye. I aby nadać sprawie sankcyę publiczną i uczynić ją powszechnie wiadomą, Sebastyana oddano do szkoły rządowej, do żyda Simona a Wiktor pozostał u braciszków. Tak urządzona i prowadzona z wyższą zręcznością spółka - szła bardzo pomyślnie; panie Milhomme miały najliczniejszą klientelę w Meilebois. Marek zatrzymał się chwilę na ulicy Comte, liczącej dwa domy tylko: sklep z materyałami piśmiennemi i plebanię - i przyglądał się temu sklepowi. W oknach obrazki święte widniały tam obok tablic szkolnych, wysławiających republikę a pisma ilustrowane, wiszące na sznurkach, zasłaniały drzwi. Już miał wejść, gdy na progu ukazała się pani Aleksandrowa, wysoka blondyna, o łagodnym wyrazie twarzy, zwiędłej, choć miała lat trzydzieści, lecz rozjaśnionej lekkim uśmiechem. Tulił się do niej jej ukochany Sebastyanek, siedmioletnie dziecko, ładny, łagodny, jak ona, blondynek, o niebieskich oczach, zgrabnym nosie i uśmiechniętych ustach. Znała Marka, sama więc zaczęła z nim mówić o strasznej zbrodni, której widmo ją prześladowało. - Ach, co za historya, panie Froment! Jak pomyślę, że to się stało tuż koło nas! Biedny Zefirynek, widywałam go ciągle jak chodził do szkoły i wracał; często też zabiegał do nas po kajety i pióra!... Spać nie mogę, odkąd widziałam, prawie najpierwsza, jego ciało. Mówiła potem ze współczuciem o Simonie o jego zmartwieniu. Uważała go za bardzo dobrego i uczciwego, gdyż zajmował się wyjątkowo jej Sebastyankiem, jako inteligentnym i posłusznym uczniem. Nie uwierzy nigdy, aby był zdolnym do tak okropnego czynu. Wzór pisma, o którym tyle mówiono, nie dowodzi niczego, nawet, gdyby znaleziono podobny w szkole. - Sprzedajemy wzory, panie Froment, więc szukałam wśród tych, jakie mamy na składzie... Na żadnym, coprawda, nie było słów: "Kochajcie się wzajemnie". W tej chwili Sebastyan, który słuchał uważnie, podniósł głowę: - A ja widziałem taki wzór, Wiktor przyniósł od braciszków, tak samo było napisane. Matka stanęła zdumiona. - Co takiego? Przecież nigdy mi o tem nie mówiłeś! - A nie, bo mama się nie pytała. Zresztą, Wiktor nie pozwolił mi mówić, bo nie wolno wynosić wzorów. - Więc gdzie on jest? - Nie wiem, Wiktor gdzieś schował, żeby się nie gniewali na niego. Marek słuchał, silnie uradowany, z błogą nadzieją w sercu. Czyż przemówi nareszcie prawda przez usta tego dziecka? Może to będzie slaby promyk, co rozszerzy i zabłyśnie oślepiającem światłem. I zadawał właśnie jasne i dokładne pytania Sebastyanowi, gdy nadeszła z Wiktorem pani Edwardowa, która, pod pozorem dostawy szkolnej, chodziła w odwiedziny do brata Fulgentego. Wyższa jeszcze od bratowej, pani Edwardowa była brunetką a o wyglądzie męzkim, z szeroką twarzą, mówiła głośno, z gestami szorstkimi. Dobra w gruncie i na swój sposób uczciwa, nie skrzywdziłaby ani na grosz swojej spólniczki, nie ciążyła na niej swoją wolą. Ona była mężczyzną w tym domu, druga zaś miała na obronę tylko silę bezwładności, słodycz, która po tygodniach i miesiącach działania dawała jej czasem zwycięztwo. Dziewięcioletni Wiktor był dużym, silnym chłopcem; czarna jego głowa, twarz o grubych rysach, przedstawiała silny kontrast z Sebastyanem. Gdy powiedziano o co chodzi, pani Edwardowa spojrzała srogo na syna. - Jakto, wzór? Ukradłeś u braciszków wzór i przyniosłeś do domu? Wiktor rzucił Sebastyanowi wejrzenie pełne złości i rozpaczy. - Nie, mamo! - Tak, mój paniczu! Przecież twój kuzyn go widział a on nie ma zwyczaju kłamać. Chłopiec nie odpowiadał, spoglądając na kuzyna groźnie. A ten zmieszał się, gdyż uwielbiał silnego towarzysza zabaw, wobec którego chętnie odgrywał rolę zwyciężonego i pobitego nieprzyjaciela, gdy bawili się w wojnę. Pod dowództwem starszego wyprawiali nieskończone harce po całym domu, do których młodszy, łagodny i delikatny, dawał się wciągnąć, przestraszony i zachwycony jednocześnie. - Nie ukradł, oczywiście - zauważyła pobłażliwie pani Aleksandrowa. Zabrał może przez nieuwagę. Chcąc wybłagać przebaczenie kuzyna, Sebastyan pospieszył potwierdzić. - Ma się rozumieć, przecież ja nie powiedziałem, że on ukradł wzór. Tymczasem pani Edwardowa, uspokojona, nie domagała się już tak gwałtownie odpowiedzi, wobec upartego milczenia Wiktora. Zastanowiła się zapewne, że nieostrożnem było rozbierać tę sprawę w obecności obcego człowieka, nie obliczywszy wszelkich ważnych następstw, jakie ztą mogą wyniknąć. Zrozumiała, że popierając jedną ze stron narażała sobie szkołę braciszków, lub rządową stracić mogła jedną lub drugą klientelę, więc rzuciwszy pani Ąleksandrowej wejrzenie rozkazujące, rzekła do syna: - Dobrze, proszę iść do domu, załatwimy się potem. Zastanów się a jeżeli nie powiesz mi szczerej prawdy, będziesz miał ze mną do czyniema. A zwracając się ku Markowi, dodała. - Powiemy panu później a może pan być pewien, że wyzna wszystko, jeżeli nie zechce dostać chłosty, którą długo popamięta. Marek nie mógł nastawać, jakkolwiek bardzo pragnął dowiedzieć się natychmiast prawdy, aby ją zanieść Simonowi na pociechę. Nie wątpił już teraz o stanowczym fakcie, o zwycięzkim dowodzie, który przypadek wydał mu w ręce, to też pospieszył opowiedzieć przyjacielowi, jak spędził popołudnie, jakich niepowodzeń doznał kolejno u Bongardów, Doloirów i Savinów a nakoniec, jakie niespodziane odkrycie zrobił u pań Milhomme. Simon słuchał spokojnie, nie wyrażając spodziewanej przez Marka radości. Więc takie wzory były u braciszków? Nie dziwiło go to wcale. Po cóż zresztą miałby się dręczyć, skoro był niewinny. - Dziękuję ci, mój drogi, - dodał - za trud, jaki sobie zadajesz. Pojmuję całą doniosłość świadectwa tego dziecka. Ale nie mogę żadną miarą przypuścić, aby los mój zależał od gadaniny ludzkiej, skoro jestem bez winy. Dla mnie to przecież jasne jak słońce. Marek, rozweselony roześmiał się serdecznie. Podzielał teraz jego ufność. Po krótkiej rozmowie wyszedł, ale wrócił zaraz i zapytał: - A cóż piękny Mauraisin, był u ciebie nareszcie? - Nie jeszcze. - No, bo chciał przedtem wymacać opinię całego Maillebois. Dziś rano widziałem go z ojcem Crabotem, potem z panną Rouzaire. Zdaje mi się także, że spostrzegłem go dwa razy po południu: raz chyłkiem sunął w uliczkę Kapucynów, to znów wchodził do mera... Nabiera języka, aby potem nie żałować, że nie stanął po stronie silniejszych. Spokojny dotychczas Simon drgnął lekko, bo był nieśmiały z usposobienia, czuł zawsze szacunek i obawę przed przełożonymi. W całej katastrofie troszczył się o to tylko, że wywoła ona gruby skandal, który może go pozbawić miejsca lub przynajmniej ściągnąć naganę. Miał to wyznać Markowi, kiedy właśnie nadszedł Mauraisin, zimny i zmarszczony. Zdecydował się nareszcie. - Tak, panie Simon, przyjechałem z powodu tej okropnej historyi. Rozpaczliwy cios ula szkoły, dla was wszystkich, a nawet dla nas. Bardzo, bardzo ważna sprawa. Kusy inspektor prostował się, wymawiając wyrazy ze wzmagającą się surowością. Podał obojętnie rękę Markowi, bo wiedział, że jest ulubieńcem inspektora akademii, Le Barazera. Spoglądał nań jednak zukosa, z po za nieśmiertelnych binokli, jakby zachęcając go do odejścia. Marek nie mógł zostać dłużej, choć przykro mu było opuszczać Simona, blednącego wobec człowieka, od którego zależał. Poszedł wreszcie do domu pod nowem wrążeniem niełaski Mauraisina, w którym przeczuwał zdrajcę. Wieczór upłynął spokojnie. Ani pani Duparque, ani pani Berthereau nie mówiły o zbrodni i domostwo pogrążyło się w cichym śnie, jakby tragedya ulicy nie przeniknęła do wnętrza. Marek uważał też za stosowne nie wspominać jak ruchliwie spędził popołudnie. Tylko wieczorem, idąc na spoczynek, powiedział żonie, że jest zupełnie spokojnym o los Simona. Wiadomość ta ucieszyła Genowefę i rozmawiali długo w noc, bo nigdy nie bywali sami i nie mogli mówić swobodnie. Dopiero słodki sen łączył ich razem. Zrana, Marek z bolesnem zdziwieniem wyczytał w "Le Petit Beaumontais" szkaradny artykuł przeciw Simonowi. Pamiętał sympatyczną wzmiankę z dnia poprzedniego, tak pochlebną dla nauczyciela; dość więc dnia jednego, aby nastąpił zwrot zupełny! Była tam dzika napaść na żyda; wyraźnie oskarżano go o popełnienie ohydnej zbrodni, nagromadzając z nadzwyczajną przewrotnością fałszywe przypuszczenia i wyjaśnienia. Co się stało, jaki tu przemożny wpływ podziałał, zkąd pochodził ten zatruty artykuł, tak starannie wymierzony, aby potępić żyda wobec ludowej ciemnoty, zawsze kłamstw chciwej? Przewidywał, że taki melodramat, zbudowany z tajemniczych powikłań, z nadzwyczajnych nieprawdopodobieństw, przypominających bajki cudowne, stanie się z legendy rzeczywistością, a potem niezbitą prawdą, w którą ludzie uwierzą na zawsze. I znowu doznał wrażenia jakiejś podziemnej, głuchej roboty, dokonywanej od wczoraj przez tajemnicze siły, aby zgubić człowieka niewinnego a ocalić nieznanego winowajcę. Nic jednak nowego nie zaszło jeszcze, sąd się nie ukazywał, tylko żandarmi stali na straży pokoju, w którym zaszła zbrodnia u gdzie leżało jeszcze biedne ciało, czekając pogrzebu. Sekcya, dokonana dnia poprzedniego, potwierdziła brutalne zniesławienie z ohydnemi szczegółami. Zefiryn skonał uduszony, okazywały to sine znaki dziesięciu palców na jego szyi. Pogrzeb naznaczono na ten dzień po południu i zrobiono przygotowania, aby nadać uroczystości charakter mściwego odwetu. Mówiono, że mają wystąpić władze, wszyscy koledzy zmarłego, oraz cała szkoła braciszków w komplecie. Stroskany Marek znowu źle spędził ranek. Nie zachodził do Simona, zamierzając odwiedzić go wieczorem, po pogrzebie. Przechadzał się tylko po miasteczku, które dziś wyglądało, jakby nasycone zgrozą i uśpione w oczekiwaniu nowego widowiska. Uspokojony nieco, kończył śniadanie w gronie rodiny, bawiąc się szczebiotem wesołej Ludwini, kiedy Pelagia, wnosząc na deser piękne ciastko ze śliwkami, zawołała z niepowstrzymaną radością: - Wie pani, aresztują tego zbójeckiego żyda... Nareszcie! Chwałaż ci, panie Boże! Marek pobladł nagle i zapytał: - Aresztują Simona? Kto wam mówił? - Gadają w całej ulicy, proszę pana. Nasz rzeźnik poleciał zobaczyć. Marek cisnął serwetę i wybiegł, nie ruszywszy ciasta. Staruszki skamieniały, oburzone tą nieprzyzwoitością. Nawet Genowefa była niezadowolona. - Zwaryował - zauważyła sucho pani Duparque. - Uprzedzałam cię, moja droga. Niema prawdziwego szczęścia bez religii. Na ulicy Marek spostrzegł istotnie jakiś ruch niezwykły. Wszyscy kupcy stali we drzwiach, ludzie biegli tam i napowrót, słychać było krzyki i hałas. Chcąc pospieszyć, skierował się przez ulicę Courte, gdy spostrzegł przed sklepem panie Milhomme z dziećmi, zaciekawione również wypadkami. Przypomniał sobie, że znajdzie tam świadectwo przychylne. - Więc istotnie aresztują Simona? - Tak, panie Froment - odparła pani Aleksandrowa łagodnie. - Dopieroco przechodził komisarz. - A wie pan - odezwała się pani Edwardowa, patrząc mu bacznie w oczy i uprzedzając jego pytanie - przekonałam się, że tego niby wzoru pisma Wiktor nie miał nigdy w ręku. Wybadałam go i wiem, że nie kłamie. Chłopiec podniósł głowę i patrząc bezczelnie, zawołał: - Ma się rozumieć, że nie skłamałem. Zdumiony, z sercem boleśnie ściśniętem, Marek zwrócił się do pani Aleksandrowej. - Cóż więc mówił syn pani? Twierdził przecie, że widział ten wzór u kuzyna? Zmieszana matka nie zaraz dała odpowiedź. Sebastyan wsunął się za nią, jakgdyby chciał skryć swe oczy a ona drżącą ręką gładziła mu włosy, zdawała się osłaniać go lękliwie przed niebezpieczeństwem. - Zapewne, proszę pana, że widział; w każdym razie zdawało mu się, że widział, Ale teraz nie jest już bardzo pewny, boi się pomyłki.,. Niema więc o czem mówić. Nie chcąc napierać na kobiety, Marek zwrócił się wprost do chłopca: - Czy to istotna prawda, że nie widziałeś wzoru? Kłamstwo, moje dziecko, to najbrzydsza wada na świecie. Sebastyan nie odpowiedział nic, tylko ukrywszy się głębiej w fałdy sukni matczynej, wybuchnął płaczem. Widocznem było, że pani Edwardowa narzuciła swą wolę, jako dobra kupcowa, która nie chce stracić ani jednej, ani drugiej klienteli. Stała się niewzruszoną, jak skała. Raczyła jednak powiedzieć na usprawiedliwienie: - Rozumie pan, panie Froment, my nie możemy oświadczać się przeciw komukolwiek, musimy być dobrze ze wszystkimi, z powodu naszego handlu... Tylko, trzeba przyznać, że wszystkie pozory są przeciw panu Simonowi. Ten pociąg, na który miał się spóźnić, bilet, porzucony na dworcu, sześć kilometrów powrotnej podróży pieszo, podczas której nie spotkał nikogo... A potem, proszę pana, panna Rouzaire wybornie słyszała hałas o dwadzieścia minut przed jedenastą, kiedy on dowodzi, że wrócił o godzinę później. Proszę mi także wytłómaczyć, dlaczego pan Mignot musiał się budzić około godziny ósmej, kiedy on zwykle wstaje tak wcześnie... Może się zresztą usprawiedliwi, miejmy nadzieję. Mąrek powstrzymał jej mowę ruchem ręki. Przeraził się, bo recytowała artykuł, wyczytany w "Le Petit Beaumontais". Objął wzrokiem obie kobiety: jedna bezmyślnie uparta, druga drżąca. Przejął go także dreszcz wobec ich nagłego kłamstwa, które mogło pociągnąć za sobą poważne skutki. Pobiegł szybko do Simona. Przed drzwiami, strzeżonemi przez dwóch polcyantów, stał zamknięty powóz. Mimo surowego zakazu, zdołał Marek wejść do domu. Dwóch innych policyantów pilnowało Simona w sali szkolnej a komisarz policyi, który przyszedł z rozkazem aresztowania, podpisanym przez sędziego śledczego Daixa, odbywał szczegółową, rewizyę w całym domu, poszukując zapewne sławnego wzoru. Nie znajdywał jednak nic a gdy Marek pozwolił sobie zapytać jednego z policyantów, czy zrobiono podobne poszukiwania u braciszków, ten spojrzał na niego z wyrazem zdumienia: robić rewizyę u braciszków, po co? Zresztą Marek sam wzruszał ramionami nad swoją naiwnością. Gdyby nawet zrobiono poszukiwania u braciszków, toć przecie oddawna musieli wszystko popalić, zniszczyć. Hamował się, aby nie wybuchnąć oburzeniem; poczucie bezsilności w dowiedzeniu prawdy, napełniało go prawdziwą rozpaczą. Godzinę całą czekać musiał w przedpokoju, zanim komisarz skończył rewizyę. Nareszcie zobaczył na chwilę Simona, jak go wyprowadzali policyanci. Simonowa z dziećmi wyszła również. Rzuciła się z płaczem na szyję mężowi a poczciwy komisarz odwrócił się, udając, że ma coś do rozporządzenia. Nastąpiła scena rozdzierająca. Simon wybladły, złamany wobec takiej ruiny całej swojej karyery, usiłował pokazać wielki spokój. - Nie martw się, droga. Przecież to tylko pomyłka, straszna pomyłka. Wszystko się napewno wyjaśni przy badaniu i niezadługo powrócę. Ale ona, z twarzą błędną, zalaną łzami, łkała coraz gwałtowniej, podając mu do ucałowania dzieci, Józefa i Sarę. - Drogie dzieci... Zajmuj się niemi, kochaj je, pielęgnuj dobrze do mego powrotu... Błagam cię, nie płacz, odbierasz mi całą odwagę. Wyrwał się z jej objęć a gdy ujrzał Marka, oczy zajaśniały mu niezmierną radością. Żywo pochwycił wyciągniętą ku sobie rękę przyjaciela. - O, dzięki ci, drogi kolego! Zawiadom zaraz mego brata, Dawida i zapewnij go, że jestem niewinny. Będzie szukał i znajdzie winowajcę. Jemu to powierzam honor mój i moich dzieci. - Bądź spokojny - odpowiedział Marek, dławiony wzruszeniem - będę mu pomagał. Przybycie komisarza położyło koniec pożegnaniom. Omdlewającą panią Simonowę musiano odprowadzić do pokoju a Simon wyszedł w towarzystwie dwóch policyantów. To, co wówczas nastąpiło, było potwornem. Pogrzeb Zefiryna naznaczono na godzinę trzecią, aresztowanie zaś zdecydowano na pierwszą, aby uniknąć przykrego zbiegu wypadków. Rewizya jednak przeciągnęła się tak długo, że nastąpiło spotkanie. Gdy Simon ukazał się na ganku, plac pełen już był ciekawych, którzy przyszli zobaczyć pogrzeb i okazać gorączkową, hałaśliwą litość. To też tłum ten, karmiony bajkami z "Le Petit Beaumontais", wzburzony zgrozą zbrodni, wydał okrzyk na widok Simona, przeklętego żyda, który krwi niewinnej, uświęconej hostyą, używał do swoich czarów. Bo legenda stała się już niezbitą, przechodziła z ust do ust, bałamucąc szemrzącą groźnie tłuszczę. - Śmierć! Śmierć zabójcy, śmierć bluźniercy!... Śmierć żydowi! Zlodowaciały, blady i sztywny Simon, stanął na schodach i odpowiedział okrzykiem, który dotąd powtarzał ciągle, jak odgłos sumienia: - Jestem niewinny! jestem niewinny! Wtedy wybuchła wściekłość, wzniosła się burza obelg i tłum całą falą sunął, aby porwać nieszczęsnego, powalić go na ziemię i rozszarpać. - Śmierć, śmierć żydowi! Policyanci szybko wepchnęli Simona do powozu i woźnica ruszył galopem, on zaś bezustanku, starając się zagłuszyć burzę, wołał: - Jestem niewinny! Jestem niewinny! Jestem niewinny! A tłum przez całą główną ulicę pędził za powozem, wyjąc coraz mocniej. Marek został na miejscu; oszołomiony, z sercem ściśniętem, myślał o innej manifestacyi, o pogłoskach oburzających, o wybuchach buntu, które zaszły na niedawnym popisie w szkole braciszków. Dość było dwóch dni, aby przenicować opinię ogólną i przerażony był niezrównaną zręcznością, okrutnym pośpiechem, z jakim manewrowały tajemnicze ręce, nagromadzające tyle mroków. Nadzieje jego rozsypywały się w gruzy, czuł, że prawda gaśnie, że jest zwyciężoną, że grozi jej śmierć. Nigdy jeszcze nie czuł takiego znękania. Tymczasem pochód żałobny zaczął się szykować. Marek dostrzegł, że panna Rouzaire, która przyprowadziła dziewczęta ze swej szkoły, patrz na mękę Simona bez śladu współczucia, z miną na urząd pobożną. Mignot, w gronie kilku uczniów, również nie podał ręki swemu dyrektorowi. Stał ponury i zawstydzony, cierpiąc zapewne nad walką, jaką dobre jego serce toczyło z interesem. Orszak pogrzebowy, ułożony nadzwyczaj okazale, ruszył nareszcie ku kościołowi świętego Marcina. I tu widocznem było, że umiejętne ręce wszystko urządziły ku rozczuleniu tłumu i pobudzeniu go do litości i zemsty. Za trumienką szli najpierw towarzysze Zefiryna, którzy z nim razem przystępowali o pierwszej komunii. Następnie mer Darras z miejscową władzą prowadził kondukt. Dalej cała szkoła braciszków w komplecie a na czele kroczył brat Fulgenty z pomocnikami, braćmi Izydorem, Łazarzem i Gorgiaszem. Brat Fulgenty powszechną zwracał uwagę; wszędzie go było pełno, wszystkiem kierował, zajmował się nawet uczennicami panny Rouzaire, jakgdyby były pod jego władzą. Przybyli i kapucyni ze swym przeorem, ojcem Teodozym, jezuici z kolegium Valmarie z rektorem, ojcem Crabotem i wielu innych księży z różnych stron, same sutanny i habity, jakgdyby zmobilizowano Kościół cały dla zapewnienia zwycięztwa, wiodąc we wspaniałym orszaku, niby swoją własność to biedne, shańbione i skrwawione ciało. Po drodze słychać było płacz i wściekłe okrzyki: - Śmierć żydom! Zaszedł jeszcze jeden wypadek, który, zalewając goryczą serce Marka, uświadomił go ostatecznie. W tłumie spostrzegł inspektora Mauraisina; przybył znowu z Beaumontu, aby sobie określić drogę postępowania. W chwili, gdy ojciec Crabot przechodził koło niego, uśmiechnęli się do siebie obydwaj i zamienili lekki ukłon porozumiewawczy. Cała potworna intryga, snuta potajemnie od dwóch dni, ukazała się teraz jasno, przy dźwięku dzwonów, bijących na cześć małego nieboszczyka, którego zgon tragiczny starano się wyzyskać. Nagle, jakaś ciężka ręka oparła się na ramieniu Marka a głos, brzmiący wściekłą ironią, zwrócił jego uwagę. - A co, mój poczciwy, naiwny kolego, czynie mówiłem? Parszywy żyd, oskarżony o gwałt i zabójstwo, jedzie do więzienia w Beaumont a tymczasem braciszkowie tryumfują! Był to nauczyciel Ferou, zbuntowany nędzarz, jeszcze bardziej niż zwykle rozbity. Na długiej, kościstej głowie sterczała mu strzecha włosów a szerokie usta otwierał śmiech szyderczy. - Czyż można ich oskarżać, kiedy zmarły należy do nich, do nich tylko i do ich Boga. A napewno nikt ich podejrzewać nie będzie, teraz zwłaszcza, kiedy całe Maillebois widziało, z jaką uroczystością go grzebali!... Najśmieszniejsze w tem wszystkiem - to brzęczenie tej dziwacznej muchy, tego głupiego brata Fulgentego, co potrąca wszystkich. Jakoś zadużo gorliwości! A widziałeś pan ojca Crabota? Po za jego mądrym uśmieszkiem musi się u potężna głupota, mimo, że uchodzi za bardzo zręcznego. Ale zapamiętaj pan sobie jedno: najmądrzejszy, jedynie mądry między nimi to ojciec Philibin, co przybiera miny bydlęcia. Możesz go pan szukać, napewno się tu nie pokaże. Siedzi gdzieś w kącie i dobrze pracuje... Nie wiem, kto jest winowajcą, pewnie żaden z nich, ale że zbrodniarz należy do ich paczki - to widoczne - i to także, ze pruszą raczej niebo i ziemię, ale go nie wydadzą. A widząc, że przygnębiony Marek milczy, dodał: - Pojmuje pan, co za wyborna sposobność, żeby zgnieść szkołę świecką. Nauczyciel rządowy pederasta i morderca, jakaż to broń doskonała, jak się rozprawią z nami wszystkimi, wyrzutkami Boga i ojczyzny! Śmierć zdrajcom i zaprzedańcom. Śmierć żydom! I zginął w tłumie, wymachując długiemi rękami. Dowodził z gorzką ironią, że kpi sobie w gruncie rzeczy, czy zginie na stosie, obleczony w nasiarkowaną koszulę, czy zdechnie z głodu w swojej nędznej szkółce, w Moreux. Gdy po obiedzie, spożytym w milczeniu, Marek udał się na spoczynek, Genowefa uścisnęła go miłośnie a widząc jego rozpacz, zaczęła płakać. Wzruszyło go to niezmiernie, bo w ostatnich czasach czuł między sobą a żoną jakieś nieporozumienie, jakby początek rozstroju. Przytulił ją do serca i długo płakali oboje, nie mówiąc do siebie ani słowa. Nareszcie Genowefa, wahając się nieco, zagadnęła: - Słuchaj, Marku, zdaje mi się, że lepiej byłoby nie zostawać dłużej u babki. Wyjedźmy ztąd jutro. Ogromnie ździwiony, zapytał: - Czyśmy się jej naprzykrzyli? Czy ci kazała zawiadomić mię o tem? - O, nie, nie!... Przeciwnie, zmartwiłaby się bardzo. Ale trzeba znaleźć pozór, wymyślić jaką depeszę. - Dlaczegóż nie moglibyśmy spędzić tutaj całego miesiąca, jak zwykle? Zachodzą, coprawda, drobne nieporozumienia, ale to nic ważnego. Genowefa czuła się jakby zawstydzoną a nie śmiała wyznać mężowi głuchego niepokoju, który ją ogarnął na myśl, że przez jeden wieczór była zniechęconą do niego w atmosferze sztywnej pobożności, jaką ją otaczała babka. Zdawało jej się, że uczucia i przekonania, jakie miała za czasów panieńskich, powracały teraz i kłóciły się z obecnem jej życiem małżonki i matki. Minęło to jednak prędko i przez pieszczoty Marka odzyskała znowu ufność i wesołość. Obok siebie, w kołysce słyszała cichy, spokojny oddech Ludwiki. - Masz słuszność, zostańmy i rób, jak ci każe obowiązek. Tak się przecież kochamy, że wszędzie nam będzie dobrze.