Rozdział 2
Bruno Söderstjärna, przeskakując co drugi stopień, wbiegł na trzecie piętro komisariatu. Tuż przed lunchem udał się do piwnicy i wreszcie oddał swój mundur policyjny magazynierowi Gunnarowi. W świetnym nastroju wkroczył na korytarz, gdzie pracowali jego dawni koledzy. Służba w drogówce, do której został dyscyplinarnie oddelegowany za to, że trochę za daleko się posunął w trakcie śledztwa pół roku wcześniej, dobiegła końca. Po wielu długich rozmowach z trenerem rozwoju osobistego z działu kadr uznano, że Bruno może wrócić na poprzednie stanowisko - śledczego w wydziale kryminalnym na komisariacie w Lund.
Starannie zaplanował powrót do pracy. Poszedł do fryzjera i ściął czuprynę na krótko, co w jego mniemaniu wyglądało bardzo męsko. Chcąc wyraźnie zaznaczyć, że nie ma wiele wspólnego ze zwykłymi policjantami w mundurach, tego dnia włożył kraciastą tweedową marynarkę i modny czarny golf. Zatrzymał się przy jednej z sal konferencyjnych i spojrzał na swoje odbicie w szybie, po czym ruszył dalej. Nie różnił się zanadto od detektywów z klasycznych amerykańskich seriali. Przypominał Huntera. Albo Kojaka. Choć oni raczej nie nosili golfów... Właściwie najbliżej mu było do Baretty. I on, i Bruno mieli trochę bardziej wyluzowany styl...
Zapukał do drzwi pokoju Vendeli, szefowej wydziału. Chociaż to ona zawiesiła go w obowiązkach służbowych pamiętnego dnia przed sześcioma miesiącami, nie stracił do niej szacunku. Najzwyczajniej w świecie wykonywała swoją pracę, a on wyraźnie czuł, że podoba jej się jego systematyczny sposób prowadzenia śledztw i prawdopodobnie dlatego tak bardzo chciała, by wrócił.
- O, cześć, Bruno! Witaj! - przywitała się Vendela, podnosząc się zza biurka, by uścisnąć mu dłoń.
- Dziękuję, dziękuję! - odparł, stojąc w progu.
- Wejdź i usiądź! Miło cię znowu widzieć. Wyglądasz jakoś inaczej. Masz nowe okulary?
- Wczoraj byłem u fryzjera, może to to.
- Nie, nie, chodzi raczej o całokształt. - Vendela szeroko się uśmiechnęła. - Świetny styl! Golf, marynarka i cała reszta. Przypominasz mi kogoś... chwila, tylko kogo?
- Może kogoś z telewizji? - zasugerował z zadowoleniem Bruno.
- Nie, już wiem! Wyglądasz jak taki nasz jeden lokalny polityk z Bor?s w latach siedemdziesiątych. Lennart coś tam... Ha, ha, jota w jotę!
- Być może... - Bruno usiłował ukryć oburzenie. - Cóż, w każdym razie wróciłem. Jakie masz dla mnie ciekawe wyzwania?
- Hm, zobaczymy... Na początek to niewiele. Chciałabym, żebyś najpierw stopniowo się wdrażał, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się wiosną. Mam kilka mniejszych spraw, którymi możesz się zająć samodzielnie. Jedna to próba włamania na basen, a druga to zapytanie od irackiej policji, przy czym akurat ta sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Chodzi o czarny rynek irackich antyków. Podobno otrzymali informacje, że w rejonie południowej Szwecji i Danii prowadzony jest nielegalny handel tego typu. Zapoznaj się z materiałami, nie zagłębiałam się w szczegóły i nie mamy podejrzanych.
- Od razu się za to zabiorę - rzekł Bruno, próbując nie okazać rozczarowania, że przydzielono mu tak nieistotne zadania.
- Ach, prawie bym zapomniała. Pojawiła się nowa, większa sprawa, pomyślmy...
- Super!
- Mhm, w tym przypadku będziesz pracował z Kajem, jako jego pomocnik, żebyś mógł na nowo wdrożyć się w rytm pracy.
- Aha, z Kajem, to świetnie. - Bruno uśmiechnął się uprzejmie.
Lubił Kaja. I choć to właśnie on pół roku wcześniej doprowadził do aresztowania Brunona jako podejrzanego w sprawie niejasnego morderstwa, trzeba mu oddać, że miał rację i podjął słuszne decyzje. W końcu znaleziono zakopane ciało w ogrodzie Brunona - to uzasadniało podejrzliwość. Kaj po prostu wykonywał swoją pracę, tak trzeba na to patrzeć.
- Kaj tu dowodzi, tak żebyś miał jasność - kontynuowała Vendela. - Ma wprawdzie mniej lat stażu niż ty, ale ponieważ przez jakiś czas byłeś w drogówce, proponuję, żebyś zaczął na spokojnie. Kaj będzie zdawał mi raporty z twoich postępów i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wkrótce wrócisz na dawną pozycję.
- Nie zawiodę cię. Na pewno uda nam się wiele osiągnąć, w końcu co dwie głowy to nie jedna.
- Raczej półtorej.
- Co masz na myśli? - Bruno uśmiechnął się nerwowo. Właściwie wiedział, o co jej chodzi, ale chciał się upewnić, że dobrze ją zrozumiał. Czy nie uważała go już za w pełni wydajnego pracownika?
- Kaj jest właśnie na odprawie z prokuratorem, który przekazuje mu informacje na temat nowej sprawy - odparła Vendela, ignorując pytanie Brunona. - Tam na półce leży twój laptop i kartka z nowymi danymi do logowania. Zajmij jakieś wolne miejsce w biurze. Kaj do ciebie przyjdzie, jak skończy.
- Oczywiście. - Bruno zerwał się z krzesła, chcąc sprawić wrażenie pojętnego. - Czy coś jeszcze powinienem uwzględnić w dalszych etapach pracy?
- Tak, możesz zamknąć za sobą drzwi. Powodzenia!
Bruno wyszedł tyłem z biura Vendeli, z laptopem pod pachą. No dobrze, teraz na każdym kroku będzie musiał pokazać się z jak najlepszej strony. Żaden problem! Vendela i Kaj niebawem się przekonają, jaki z niego bystry policjant. Po drodze wstąpił do pomieszczenia z artykułami biurowymi i wziął dwa duże kołonotatniki oraz kilka nowych długopisów. Zabrał też trzy zakreślacze w różnych kolorach. Praca musiała być wykonywana profesjonalnie na wszystkich poziomach.
W biurze panował spokój, większość ludzi najwyraźniej przebywała w terenie.
- Bruno! Wróciłeś! Witaj!
To była Monika, koleżanka, którą akurat najmniej lubił. Straszna gaduła, większość czasu w pracy spędzała na oglądaniu głupich filmików na YouTubie lub udostępnianiu zdjęć w mediach społecznościowych ze swoich niezliczonych wakacji w kamperze.
- Tak, teraz trzeba wcisnąć gaz do dechy - odparł, by podkreślić, że od pierwszego dnia ma wielkie ambicje.
- Gaz do dechy, ha, ha, ha, tak się pewnie mówi w drogówce, co? Łapaliście dużo piratów czy głównie ścigaliście rowerzystów jadących pod prąd?
- W wydziale ruchu drogowego wykonują naprawdę bardzo dobrą robotę. - Bruno zacisnął usta.
Wybrał biurko w rzędzie przed Moniką, by siedzieć do niej plecami i w ten sposób zaznaczyć dystans oraz nie dać się wciągnąć w męczące rozmowy. Wyjął z teczki dwie ramki ze zdjęciami córek, Liny i Mai. Trzymał je tam od czasu, kiedy został przeniesiony. Czuł pewnego rodzaju triumf, ustawiając je teraz na biurku i znowu zajmując miejsce przy komputerze.
- A propos ruchu drogowego. Słyszałeś, co spotkało mojego męża Kennerta, jak jechał w poniedziałek kamperem i zatrzymała go policja?
- Kennert? Czy on nie ma na imię Kennet?
- To znaczy ma na imię Kennert, ale wychował się w Halmstad w regionie Halland, a w tamtym dialekcie nie wymawia się litery "r", więc w Halmstad mówi się na niego Kennet, a kiedy jest u mnie w Skanii, nazywam go Kennert.
- O! Cześć, Bruno!
Wreszcie pojawił się Kaj! Wszedł sprężystym krokiem i stanął przy biurku Brunona z grubym segregatorem pod jedną pachą i laptopem pod drugą. Podobnie jak Brunon, miał na sobie golf i kraciastą marynarkę dopasowaną kolorystycznie do szarych spodni garniturowych z ostro zaprasowanymi kantami.
- Cześć, Kaj - przywitał się Bruno, siląc się na swobodny i zrelaksowany ton. - No i jestem...
- Cieszę się, że wróciłeś. Czy Vendela ci mówiła, że będziemy razem pracować?
- Tak jest! Czas dobrać się do skóry bandziorom! - Bruno próbował przybić piątkę, jednak Kaj w tym momencie podszedł, by go uściskać.
- Och, jak słodko! - zachichotała Monika. - Czy wasze mamy postanowiły was dzisiaj ubrać tak samo? Ha, ha, ha. Cudnie razem wyglądacie, muszę wam zrobić zdjęcie!
- Aha, no tak - przyznali Bruno z Kajem, udając, że nie zauważyli tego wcześniej.
- Żadnych zdjęć, Moniko. - Kaj podniósł rękę na znak, żeby przestała. - Wiesz, że nie robimy tu zdjęć ze względu na poufność.
Brunonowi podobał się taki profesjonalizm.
- Ech, ależ ty nudzisz - jęknęła Monika. Czy ty w ogóle myślisz o czymś innym niż regulamin?
- Kaj ma rację - odezwał się Bruno. - Możesz nam później zrobić zdjęcie na zewnątrz, jeśli chcesz...
Przez złośliwy komentarz Moniki ich rozmowa przestała się kleić i zapadło krępujące milczenie. Bruno zastanawiał się, czy wrócić do biurka, czy może lepiej wypadnie, jeśli dalej będzie tam stał. Za wszelką cenę chciał zaznaczyć, że należy się z nim liczyć, ustępując jednak miejsca Kajowi, skoro to on przejął stery. To była sztuka zachowania równowagi.
- Czy wypiłeś już popołudniową kawę? - spytał Kaj, przerywając ciszę.
- Nie, właśnie o tym myślałem - skłamał Bruno. - Możemy pójdziemy razem po kawę i przedyskutujemy sprawę?
- Och, jak miło! Czy można się przyłączyć? - Monika zerwała się z krzesła.
- Innym razem - odparł Kaj. - Muszę porozmawiać z Brunonem w cztery oczy, mamy naprawdę ważny temat.
Położył rękę na ramieniu kolegi i delikatnie popchnął go w stronę drzwi. Bruno poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. On i Kaj. Gdyby się postarali, mogliby zostać najskuteczniejszym duetem śledczym w jednostce. To pewne. Uraza do Moniki wywołana jej drwinami z powodu ich jednakowych strojów niespodziewanie zgasła, a w jej miejsce pojawiło się poczucie, że to właśnie podobny ubiór ich do siebie zbliżył i dał im moc - byli trochę jak Crockett i Tubbs z serialu Policjanci z Miami. Bruno wyszedł na korytarz z podniesionym czołem, udając się w stronę pokoju socjalnego.
Z kubkami świeżo nalanej kawy weszli do jednej z mniejszych sal konferencyjnych. Bruno usiadł podekscytowany i otworzył pusty notatnik, tymczasem Kaj zamknął drzwi.
- Posłuchaj, Bruno - zaczął i otworzył segregator. - Właśnie przydzielono mi zupełnie nową sprawę, którą, jak sądzę, razem możemy dość łatwo rozwiązać.
- Świetnie. - Bruno się wyprostował, by pokazać, że jest gotowy do działania.
- Podejrzenie morderstwa w centrum miasta. Wstępne śledztwo jednoznacznie wskazuje na potencjalnego sprawcę, ale potrzebujemy więcej dowodów. Dopiero wtedy będziemy mogli wezwać tę osobę na przesłuchanie.
- Ojejć! - Bruno aż się wzdrygnął.
- Na zdrowie - rzekł Kaj, nie odrywając wzroku od segregatora.
- Dzięki - zdziwił się Bruno. Nie widział sensu wyprowadzać kolegi z błędu, że źle usłyszał. Teraz najważniejsze było, żeby się zgrali i potrafili współpracować w trakcie śledztwa.
- Ofiarą morderstwa jest Harriet Nordmark, antykwariuszka. Od ponad dwudziestu lat prowadziła sklep ze starociami przy ulicy Stora Gr?brödersgatan siedemnaście i mieszkała w tym samym budynku. Wczoraj o siedemnastej szesnaście służby ratunkowe otrzymały telefon od jej siostry, Clotilde - nie wiem, jak to się wymawia - która znalazła martwą Harriet w mieszkaniu nad sklepem.
- Czy mamy pewność, że to zabójstwo?
- Sposób, w jaki ją zamordowano, jest dziwny, jednak lekarz medycyny sądowej nie ma wątpliwości.
- Czy udało się zabezpieczyć narzędzie zbrodni? - Bruno cieszył się, że podczas każdego dochodzenia w sprawie o morderstwo przestrzegano tej samej procedury, która zakładała ustalenie trzech elementów: ofiary, przyczyny śmierci, narzędzia zbrodni. To ostatnie prawdopodobnie było najważniejsze na tym wczesnym etapie postępowania. Broń wiele mówiła o profilu sprawcy, a ponadto, przy odrobinie szczęścia, gdyby udało się zdjąć odciski palców, może pasowałyby do jakichś w rejestrze.
- To rozkładana sofa.
- Słucham?
- Narzędziem zbrodni jest rozkładana sofa. Nie da się tego inaczej ująć. Z raportu wynika, że Nordmark została wepchnięta do rozkładanej sofy i złamała kark o metalowy pręt pod oparciem. Czas zgonu nie został dokładnie ustalony, ale istnieją przesłanki sugerujące, że zmarła tego samego dnia, w którym została znaleziona, między godziną jedenastą a czternastą. Przejrzyj sobie te zdjęcia. - Kaj podał kopertę.
Bruno od razu wykonał polecenie. Blada, łysa starsza kobieta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Najwyraźniej była to Harriet Nordmark. Bruno nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zwrócił uwagę na jej sklep. Nie interesowały go antyki, wolał nowe i nowoczesne rzeczy, najlepiej niedrogie.
- Jak wspomniałem, mamy potencjalnego sprawcę: Kjella Nilssona. Z billingu telefonu komórkowego Harriet wynika, że rano w dniu morderstwa dwukrotnie ze sobą rozmawiali, czyli raptem kilka godzin przed jej śmiercią. Clotilde zeznała, że jej siostra znała Nilssona pobieżnie, że jest stałym klientem od wielu lat.
- To niewiele na niego mamy - rzekł Bruno nieco rozczarowany. - Co jeszcze wiemy o Nilssonie?
- Urodzony w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku. Nieżonaty. Adres zamieszkania: Clemenstorget dwa. Pracuje w butiku Larssona jako sprzedawca. Nie figuruje w rejestrze karnym.
- Czekaj, powiedziałeś butik Larssona? Znam ten sklep! - Bruno triumfalnie uniósł długopis.
- Tak, tak, większość ludzi go zna. Przecież od stu lat znajduje się w tym samym miejscu. Chyba że co innego masz na myśli?
- Albin Larsson, właściciel, przewijał się w kilku moich poprzednich śledztwach dotyczących morderstw.
- Czy został za coś skazany? - Kaj uniósł brwi.
- Właściwie nie, ale zawsze wydawał mi się podejrzany.
Bruno wiedział, że nie zabrzmiało to wiarygodnie. Nie można przecież opierać dochodzenia na tym, że ktoś wydaje się podejrzany.
- No cóż, w trakcie nadchodzących postępowań musisz pamiętać, żeby nie polegać jedynie na intuicji. Szczególnie biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło ostatnio. Jeśli mógłbym ci coś poradzić... Ach, zresztą rozumiesz. Pracujmy nad tym, co wiemy i co możemy udowodnić.
- Oczywiście, Kaj, trochę się zapędziłem. - Bruno poczuł, że się rumieni. - Wracajmy do procedur!
- Tak, choć zacznijmy jednak od sklepu Larssona. W końcu to miejsce pracy Nilssona i, jeśli dobrze zrozumiałem, Albin jest jego szefem. Przejdźmy się tam i zbierzmy informacje. To będzie pierwsze zadanie na jutro. Do tego czasu zapoznaj się ze sprawą i zaaklimatyzuj na nowym miejscu. Chyba nawet nie zdążyłeś się zalogować do komputera, prawda?
- Nie, od razu rzucili mnie na głęboką wodę. - Bruno uśmiechnął się z dumnie uniesioną głową. - Ale to świetnie! Do dzieła! Cała naprzód!
Bruno wrócił do biura i z ulgą stwierdził, że Monika w końcu wyszła. Usiadł i zabrał się do przeglądania akt dotyczących zamordowanej antykwariuszki. Nie do pomyślenia, że została zamordowana za pomocą rozkładanej sofy! Czy naprawdę tak było? A może w jakiś sposób tam utknęła i po prostu umarła? Sam jako dziecko przytrzasnął sobie palec przy rozkładaniu kanapy. Choć to raczej mało prawdopodobne, żeby złamać sobie samemu kark. W takim razie dziwnym trafem Kjell Nilsson musiał być w to zamieszany. Bruno przejrzał materiały ze śledztwa. Wydawały się niekompletne. Oprócz billingu z telefonu właściwie nic nie łączyło Nilssona z ofiarą. Zamknął oczy i próbował sobie przypomnieć Kjella Nilssona - spotkał go kilkakrotnie w tym podejrzanym sklepie z odzieżą męską - jednak nie potrafił przywołać wyraźnego obrazu sprzedawcy.
- Halo, Bruno, nie spać! Ha, ha, co z ciebie za gość! Chyba powrót do pracy tutaj okazał się trudny po leniwych dniach w drogówce, co? Ho, ho! Witaj w prawdziwym świecie! - wołała Monika z rękami przyłożonymi do ust jak megafon.
- Rozmyślałem nad pewną teorią - wyjaśnił kwaśno Bruno, piorunując ją wzrokiem.
- Ach tak! Ty powinieneś wiedzieć najlepiej, że nie wolno pozostawać na biegu jałowym dłużej niż minutę. Ha, ha, to było dobre, przyznaj!
- Bardzo zabawne, Moniko. - Bruno westchnął demonstracyjnie. - Może dasz mi trochę popracować?
- Przepraszam. Obiecuję, że nie będę cię budzić... to znaczy nie będę ci przeszkadzać. Właściwie tylko wpadłam po kurtkę, kończę dzisiaj o piętnastej, tak że zaraz znów będziesz mógł siedzieć samodzielnie.
- Potrafię siedzieć samodzielnie, od kiedy skończyłem sześć miesięcy. - Bruno posłał jej złośliwy uśmiech.
- Co takiego?
- Chciałaś chyba powiedzieć, że będę mógł tu "siedzieć sam".
- Jak zwykle nie rozumiem nic z tego, co mówisz, ale życzę ci miłej reszty dnia, kiedy mnie tu nie będzie. - Z tymi słowy Monika zniknęła w korytarzu.
Choć Bruno nie miał pewności, czy koleżanka zrozumiała różnicę między "samodzielnie" a "samemu", był zadowolony ze swojego ciętego komentarza, który zabrzmiał jak typowa uwaga jego żony Malin, purystki językowej. Tym razem to jemu udało się dokuczyć komuś innemu.
Kiedy Monika w końcu sobie poszła, Bruno zabrał się za przeszukiwanie wszystkich baz danych, do których miał dostęp. Sprawdził kataster nieruchomości, rejestr karny oraz dane urzędu skarbowego dotyczące dochodów i długów, lecz nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy, ani w przypadku Kjella, ani ofiary morderstwa. Oboje mieli dość niskie pensje, żadne z nich nie posiadało samochodu, żadne też nie było nigdy karane. W tej sytuacji należało spojrzeć na sprawę szerzej. Zebrać informacje na temat zwyczajów Kjella i jego powiązań z innymi, potencjalnie kluczowymi osobami mogącymi mieć znaczenie dla śledztwa. Rozmowa z Albinem Larssonem, którą wraz z Kajem zaplanowali na następny dzień, mogła rzucić nowe światło na sprawę.
Spojrzał na zegarek, dochodziła szesnasta trzydzieści. Chyba powinien wracać do domu. Czy Malin nie miała wieczorem gdzieś wyjść? Sprawdził w kalendarzu - używał tradycyjnego terminarza kieszonkowego w ciemnozielonej okładce z ekoskóry. Rzeczywiście figurowało tam jakieś wydarzenie, ponadto zanotował to długopisem, czyli musiało być szczególnie ważne. Widniało tam: "Słój Malin". Prawdopodobnie. Tusz rozmazał się na kartce. Spojrzał przed siebie, ale nie mógł sobie przypomnieć, o co chodziło. Słój? Nie, gotowanie nie należało do mocnych stron Malin. W zasadzie nie potrafiła przyrządzić nic poza paluszkami rybnymi i ziemniaczanym purée z proszku - a i to nie na pewno. Bruno zebrał papiery, uznawszy, że najlepiej będzie wrócić do domu na siedemnastą i dowiedzieć się, co takiego Malin planuje.
- Świetnie, wracasz do domu za pięć piąta - przywitała go żona w holu ich domu z wapienno-piaskowej cegły.
- Na piątą chyba coś zaplanowałaś - odparł Bruno, przyglądając się żonie w nietypowym stroju i wypatrując wskazówek, dokąd się wybiera. Miała na głowie włóczkową czapkę i była ubrana w obcisły czarny kombinezon ze spandeksu. Bruno zadrżał na jej widok. Miała figurę modelki!
- Chciałam wyjechać punkt piąta - oznajmiła Malin. - Naprawdę nie można było wrócić wcześniej, żeby przed moim wyjściem dzieciaki pobyły z obojgiem rodziców? - Pochyliła się, żeby zawiązać buty do biegania.
- Przepraszam, musiało mi się coś pomieszać. Jedliście już? - Bruno wciągnął powietrze nosem i wyczuł zapach czegoś, co Malin przypaliła w kuchni.
- Nie, ale paluszki rybne są na patelni. Wystarczy przełożyć je na talerz.
- Dokąd się wybierasz?
- Na spotkanie z ekipą z SOJA, już ci mówiłam.
- SOJA? To jakiś sport?
- Jezu, Bruno, przecież wszystko ci tłumaczyłam w zeszłym tygodniu. SOJA to Straż Ochrony Języka Akademickiego. Założyłyśmy z Sophie, chyba pamiętasz? Podobno twoja koleżanka Sandra należy do tej grupy. Świetnie się tam bawimy. Sophie już jest! Baw się dobrze z dziewczynkami. Wrócę przed dwudziestą drugą, może wcześniej.
Bruno posłał Malin całusa, gdy ta schodziła ścieżką przez ogród do czekającego na ulicy samochodu. Niespecjalnie cieszyło go zaangażowanie Malin w grupę SOJA. Ich działania balansowały na granicy prawa, a polegały na wyszukiwaniu i poprawianiu wszelkiego rodzaju błędnie napisanych znaków. W ogóle go nie dziwiło, że do tej grupy należy Sandra. Ostatnio poprawili ponad trzydzieści tabliczek, malując myślniki między niewłaściwie rozdzielonymi słowami, które powinny być zapisane łącznie. Śledził też inne wydarzenie na ich profilu na Instagramie i widział, jak "Uprasza się o nie palenie", "Przed zimą kup nowy swetr" czy "remament" zyskały poprawne formy. Co za głupota!
- Tato! - zawołała młodsza córka Maja, która podbiegła do niego ubrana jedynie w koszulkę z nadrukiem policyjnego munduru.
- Cześć, bąbelku - przywitał się. - Co u ciebie?
- Dobrze... ale dlaczego nie masz na sobie munduru, tato?
- Oddałem go. Teraz jestem takim policjantem, który nie nosi munduru - wyjaśnił Bruno i posadził Maję na dywaniku w przedpokoju.
- Twoje nowe ubrania są brzydkie - oznajmiła dziewczynka, szarpiąc ojca za marynarkę. - O wiele bardziej mi się podobałeś, kiedy byłeś prawdziwym policjantem.
- Co ja poradzę... - odparł Bruno oszołomiony. - Chcesz paluszki rybne?
- Tak, paluszki rybne! - wykrzyknęła Maja i pobiegła do kuchni.