Pragnij mnie - Abbi Glines

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Prolog -

Sien­na

- Sze­rzej nogi! - wy­dy­szał mi Du­stin do ucha, przy­ci­ska­jąc moje lewe ko­la­no do skó­rza­nej ta­pi­cer­ki tyl­nej ka­na­py jego auta.

Zwy­kle ro­bi­li­śmy to w taki sam spo­sób, ale od cza­su do cza­su mój chło­pak miał ocho­tę spró­bo­wać cze­goś no­we­go, więc mu­sia­łam się do nie­go do­pa­so­wać. A jed­no­cze­śnie uda­wać, że mam z tego przy­jem­ność, co nie było ła­twe.

Na po­cząt­ku czu­łam ból, ale te­raz było mi już tyl­ko nie­wy­god­nie. Ko­cha­łam Du­sti­na, a on do­ma­gał się sek­su, więc się na to go­dzi­łam. Wła­śnie dla­te­go parę razy w ty­go­dniu cier­pli­wie zno­si­łam, jak mię­to­si i bo­le­śnie szczy­pie mi sut­ki. Po­tem ro­bił swo­je i po chwi­li mia­łam spo­kój. Po­świę­ca­łam się jed­nak, bo chcia­łam być przy nim i czuć jego bli­skość. Od ja­kie­goś cza­su mia­łam wra­że­nie, że się od nie­go od­da­lam, więc seks po­zwa­lał mi uspo­ko­ić su­mie­nie. Kie­dy by­li­śmy ze sobą, wszyst­ko wra­ca­ło do nor­my.

- Tak? - upew­ni­łam się, pod­no­sząc nogę i opie­ra­jąc ją o opar­cie tyl­ne­go sie­dze­nia.

- O kur­wa, tak! Wła­śnie tak, skar­bie. Je­steś cho­ler­nie cia­sna. Le­d­wo mogę w cie­bie wejść.

Pod tym wzglę­dem miał ab­so­lut­ną ra­cję. Nic dziw­ne­go, że seks nie spra­wiał mi żad­nej przy­jem­no­ści. Na pew­no ist­niał ja­kiś spo­sób, żeby to zmie­nić, ale Du­stin ni­g­dy o tym nie wspo­mi­nał, więc sama nie py­ta­łam.

- Ożeż ku...! Aaaa, tak! O w mor­dę, kot­ku, ale do­brze! Aaaa! - krzyk­nął na całe gar­dło, od­rzu­ca­jąc gło­wę do tyłu i prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

To ozna­cza­ło, że już po wszyst­kim. Uff, na­resz­cie.

Kie­dy Du­stin zsu­nął się ze mnie, szyb­ko po­de­rwa­łam się i usia­dłam, w oba­wie, że na­bie­rze ocho­ty na dru­gi raz. Czu­łam się, jak­by zmu­sił mnie do zro­bie­nia szpa­ga­tu, więc nie uśmie­cha­ła mi się po­wtór­ka.

- Wiesz, że kie­dyś się po­bie­rze­my, praw­da? - ode­zwał się Du­stin, po­ma­ga­jąc mi ob­cią­gnąć spód­nicz­kę. Po­tem wrę­czył mi moje maj­tecz­ki.

Ni­g­dy nie skar­ży­łam się na to, że cią­gle upra­wia­my seks, ale on znał mnie aż za do­brze. Był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem od dzie­ciń­stwa, więc kie­dy na­sza przy­jaźń sta­ła się czymś wię­cej, nikt ani tro­chę się nie zdzi­wił.

Ko­cha­łam Du­sti­na Fal­co od dziec­ka, więc moż­na się było spo­dzie­wać, że mię­dzy nami skoń­czy się tak, jak się skoń­czy­ło. Choć praw­dę mó­wiąc, nie by­łam do koń­ca pew­na, czy to jest to, cze­go na­praw­dę chcę. Nasz zwią­zek bar­dzo się zmie­nił w cią­gu ostat­nich dwóch lat.

A może to ra­czej Du­stin bar­dzo się zmie­nił w cią­gu ostat­nich dwóch lat.

Chwi­la­mi mia­łam wra­że­nie, że go nie po­zna­ję. Nie był już tam­tym bez­tro­skim i god­nym za­ufa­nia kum­plem z na­prze­ciw­ka, za któ­rym kie­dyś prze­pa­da­łam. Jego miej­sce za­jął bi­ją­cy ko­lej­ne re­kor­dy gwiaz­dor ko­szy­ków­ki, któ­re­go już w dru­giej kla­sie li­ceum mie­li na oku łow­cy ta­len­tów z dru­żyn uni­wer­sy­tec­kich. Dziew­czy­ny za nim sza­la­ły, ko­le­dzy uwa­ża­li za ido­la. A on pła­wił się w sła­wie. Do­brze wie­dział, że jest kimś wy­jąt­ko­wym, i nie za­mie­rzał się z tym kryć.

Ko­cha­łam Du­sti­na, więc po­go­dzi­łam się z jego prze­mia­ną. A przy­naj­mniej bar­dzo się sta­ra­łam. Na­wet je­śli mu­sia­łam przy­jąć do wia­do­mo­ści fakt, że po­świę­ca mi czas tyl­ko wte­dy, gdy ma ocho­tę na seks. Resz­tę cza­su zaj­mo­wa­ły mu ko­szy­ków­ka i po­pi­ja­wy z ko­le­ga­mi. Tego ostat­nie­go nie by­łam w sta­nie za­ak­cep­to­wać i ka­te­go­rycz­nie od­ma­wia­łam to­wa­rzy­sze­nia mu na im­pre­zach. Za­li­czy­łam ra­zem z nim tyl­ko dwie i za każ­dym ra­zem tak się upił, że mu­sia­łam wra­cać do domu pie­szo, sama jak pa­lec. Gdy­bym nie do­tar­ła na czas, do­sta­ła­bym szla­ban co naj­mniej do trzy­dziest­ki.

Moi ro­dzi­ce ufa­li Du­sti­no­wi, ale nie mie­li po­ję­cia, jaki na­praw­dę jest i jak bar­dzo się zmie­nił. Ni­g­dy nie po­zwa­la­li mi cho­dzić na im­pre­zy. Wie­czo­ra­mi mu­sia­łam wra­cać do domu o wie­le wcze­śniej niż inni. To iry­to­wa­ło Du­sti­na, ale za­wsze mnie za­pew­niał, że wszyst­ko w po­rząd­ku i ja­koś so­bie z tym ra­dzi.

- Oho, zno­wu się nie od­zy­wasz. Coś mu­sia­ło cię wku­rzyć. To co tym ra­zem zro­bi­łem nie tak? - spy­tał Du­stin, gdy za­kła­da­łam z po­wro­tem maj­tecz­ki.

- Nic. Tyl­ko się za­my­śli­łam. Wca­le nie je­stem wku­rzo­na - za­pew­ni­łam go. Za­wsze ro­bi­łam wszyst­ko, byle tyl­ko był za­do­wo­lo­ny i nie mu­siał się ni­czym de­ner­wo­wać.

Du­stin na­chy­lił się i do­tknął dło­nią mo­je­go po­licz­ka. Jego czu­łe, ła­god­ne spoj­rze­nie przy­po­mnia­ło mi o chło­pa­ku, w któ­rym za­ko­cha­łam się wie­le lat temu.

- Li­czysz dla mnie tyl­ko ty, Sien­no Roy. Nikt inny, tyl­ko ty. Wiesz o tym, praw­da?

Po­ki­wa­łam gło­wą. Po­wta­rzał to od na­sze­go pierw­sze­go po­ca­łun­ku. Po­ca­łun­ku, do któ­re­go pew­nie ni­g­dy by nie do­szło, gdy­by nie za­in­te­re­so­wał się mną jego star­szy brat, De­way­ne. Nie, to nie był ten ro­dzaj za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie prze­ja­wiał wo­bec dziew­czyn w jego wie­ku. Bo kie­dy my za­czy­na­li­śmy li­ceum, De­way­ne był już w ostat­niej kla­sie. On i jego pacz­ka trzę­śli całą szko­łą.

W pierw­szym dniu na­uki w li­ceum Du­stin zo­sta­wił mnie samą i po­szedł do chło­pa­ków z dru­ży­ny ko­szy­kar­skiej oraz star­szych ko­le­gów, któ­rzy ocho­czo przy­ję­li go do swo­je­go to­wa­rzy­stwa. Ja z ko­lei mia­łam bar­dzo su­ro­wych ro­dzi­ców, więc nie zna­łam pra­wie ni­ko­go w no­wej szko­le. Na szczę­ście De­way­ne na­tknął się na mnie na ko­ry­ta­rzu i po­mógł mi się od­na­leźć. Kie­dy na­de­szła pora obia­du, Du­stin usiadł w sto­łów­ce z ko­le­ga­mi i nie za­pro­sił mnie do sto­li­ka. Prze­ra­ża­ły mnie tłu­my, nowe miej­sce, więc wy­szłam na ze­wnątrz i usia­dłam pod drze­wem. Ja­dłam obiad w sa­mot­no­ści do mo­men­tu, gdy po­ja­wił się De­way­ne Fal­co i usiadł obok mnie. Przez ja­kiś czas tak to wy­glą­da­ło. Ale im wię­cej uwa­gi po­świę­cał mi star­szy brat, tym bar­dziej młod­szy za­czy­nał się mną in­te­re­so­wać. Nie­dłu­go póź­niej ofi­cjal­nie zo­sta­łam dziew­czy­ną Du­sti­na.

- Ko­cham cię, skar­bie. Je­steś tyl­ko moja. Wku­rza mnie, że mu­si­my się ukry­wać i wiecz­nie śpie­szyć. Że nie mogę cię za­brać do łóż­ka z za­pa­lo­ny­mi do­oko­ła świe­ca­mi, jak na to za­słu­gu­jesz. Bar­dzo bym tego chciał, ale na ra­zie mu­si­my się ukry­wać przed two­imi ro­dzi­ca­mi. Kie­dyś bę­dziesz wol­na, nie będą cię już tak bar­dzo pil­no­wać.

Po­ki­wa­łam gło­wą. Du­stin miał ra­cję, za ja­kiś czas wy­ja­dę na stu­dia i uwol­nię się od czuj­ne­go wzro­ku ojca. Będę sama o wszyst­kim de­cy­do­wać.

- Ja też cię ko­cham - za­pew­ni­łam go.

Uśmiech­nął się i po­chy­lił, żeby mnie po­ca­ło­wać. De­li­kat­nie i czu­le. Zwy­kle po sek­sie trak­to­wał mnie jak naj­cen­niej­szy skarb, że­bym nie mia­ła cie­nia wąt­pli­wo­ści, że za mną sza­le­je. Dla tych kil­ku chwil war­to było się prze­mę­czyć. Bo praw­da była taka, że seks wca­le nie spra­wiał mi przy­jem­no­ści. Bo­la­ło i było mi nie­wy­god­nie, więc nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, dla­cze­go dziew­czy­ny za nim prze­pa­da­ją. Po wy­ra­zie twa­rzy Du­sti­na, kie­dy miał or­gazm, wi­dać było, że to dla nie­go fan­ta­stycz­ne prze­ży­cie. Ale ja ni­g­dy cze­goś po­dob­ne­go nie po­czu­łam. Wręcz prze­ciw­nie, nie cier­pia­łam sek­su i go­dzi­łam się na nie­go tyl­ko ze wzglę­du na Du­sti­na.

- Mamy pięt­na­ście mi­nut, żeby od­sta­wić cię do ro­dzi­ców - oznaj­mił Du­stin.

W ten spo­sób koń­czy­ła się każ­da na­sza wie­czor­na rand­ka - od­wo­ził mnie do domu, a sam je­chał na im­pre­zę albo grać w ko­sza. Moja wy­obraź­nia za­czy­na­ła wte­dy dzia­łać i cięż­ko mi było po­go­dzić się z my­ślą, że mój chło­pak im­pre­zu­je do póź­na w to­wa­rzy­stwie in­nych dziew­czyn. Wspo­mnia­łam mu raz o swo­ich oba­wach, że w koń­cu bę­dzie miał do­syć za­sad mo­ich ro­dzi­ców i ze mną ze­rwie. Za­pro­te­sto­wał i za­pew­nił, że ko­cha tyl­ko mnie i że to się ni­g­dy nie zmie­ni.

- O, kur­wa!

Od­wró­ci­łam gwał­tow­nie gło­wę w jego stro­nę, za­sko­czo­na tym na­głym wy­bu­chem, i zo­ba­czy­łam, że trzy­ma w ręce zu­ży­tą pre­zer­wa­ty­wę. Była z wierz­chu mo­kra od sper­my, któ­ra po­win­na znaj­do­wać się w środ­ku.

- Pę­kła! Pie­przo­na guma - za­klął, po czym ci­snął ją za okno. - To już dru­ga z tej sa­mej pacz­ki, któ­rą ku­pi­łem w ze­szłym ty­go­dniu. Mu­szę się prze­rzu­cić na inną mar­kę - wy­mam­ro­tał pod no­sem.

- Nie mó­wi­łeś, że już jed­na nam pę­kła - zdzi­wi­łam się, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć na­sze rand­ki z ostat­nie­go ty­go­dnia, gdy upra­wia­li­śmy seks w sa­mo­cho­dzie.

Du­stin po­bladł na twa­rzy, ale za­raz wzru­szył lek­ce­wa­żą­co ra­mio­na­mi.

- Nie chcia­łem cię mar­twić. Wku­rzy­łem się po fak­cie, a po­tem za­po­mnia­łem. A te­raz zno­wu. Ku­pię nową pacz­kę, nie przej­muj się - rzu­cił, mru­ga­jąc do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo, a po­tem wcią­gnął dżin­sy i za­piął za­mek. - Chodź, od­wio­zę cię do domu.

Otwo­rzył drzwi i wy­sko­czył z wozu, a po­tem wy­cią­gnął do mnie rękę i po­mógł mi wy­siąść. Kie­dy obo­je zna­leź­li­śmy się na ze­wnątrz, ob­jął mnie i głę­bo­ko wes­tchnął.

- Co ja bym bez cie­bie zro­bił, Sien­na... Tak strasz­nie cię ko­cham. Je­steś dla mnie wszyst­kim. Tyl­ko dzię­ki to­bie ja­koś funk­cjo­nu­ję. Tyl­ko to­bie mogę we wszyst­kim za­ufać.

To był daw­ny Du­stin. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, chło­pak z na­prze­ciw­ka, ja­kie­go zna­łam od uro­dze­nia. Nie ten uwiel­bia­ny przez wszyst­kich gwiaz­dor, któ­ry im­pre­zo­wał i upi­jał się do nie­przy­tom­no­ści.

Sta­nę­łam na pal­cach, żeby go po­ca­ło­wać, ale on i tak mu­siał się po­chy­lić, abym mo­gła do­się­gnąć jego ust. Du­stin był o do­bre pięć cen­ty­me­trów wyż­szy od star­sze­go bra­ta, a on rów­nież wy­róż­niał się wzro­stem. De­way­ne miał za to szer­sze bar­ki i wy­ro­bio­ne mię­śnie, jak u do­ro­słe­go męż­czy­zny. W po­rów­na­niu z nim Du­stin wciąż jesz­cze był chło­pa­kiem. Ale za to był mój.

Co nie prze­szka­dza­ło mi zer­kać ukrad­kiem na De­way­ne'a, kie­dy nikt nie wi­dział. Gdy mył przed do­mem sa­mo­chód, ob­ser­wo­wa­łam go z okna swo­je­go po­ko­ju, ukry­ta za fi­ran­ką. Wy­ko­rzy­sty­wa­łam każ­dą oka­zję, żeby choć przez chwi­lę na nie­go po­pa­trzeć.

Od mo­men­tu, gdy De­way­ne usiadł obok mnie na prze­rwie obia­do­wej pierw­sze­go dnia szko­ły, stał się w mo­ich oczach wręcz bo­ha­te­rem. Nic dziw­ne­go, prze­cież przy­był mi na po­moc. Od tam­te­go cza­su ra­to­wał mnie jesz­cze nie­je­den raz. Za­in­te­re­so­wa­nie ze stro­ny ta­kie­go fan­ta­stycz­ne­go chło­pa­ka bu­dzi­ło we mnie uczu­cia, któ­rych nie umia­łam okieł­znać. I choć sta­ra­łam się je tłu­mić, po pro­stu mi się to nie uda­wa­ło.

By­łam za­ko­cha­na w Du­sti­nie Fal­co, ale moim ido­lem był jego star­szy brat, do cze­go oczy­wi­ście ni­ko­mu się nie przy­zna­wa­łam. Nic dziw­ne­go, miał w so­bie to coś i żad­na dziew­czy­na nie by­ła­by w sta­nie mu się oprzeć.

Tam­tej nocy le­ża­łam już w łóż­ku po­grą­żo­na w fan­ta­zjach o De­way­nie (bo tyl­ko w ta­kich chwi­lach po­zwa­la­łam so­bie zdra­dzać w my­ślach swo­je­go chło­pa­ka z jego star­szym bra­tem), gdy na­gle roz­le­gły się sy­re­ny. Nie sły­sze­li­śmy ich czę­sto w Sea Bre­eze. W ta­kim ma­łym mia­stecz­ku jak na­sze po­go­to­wie, po­li­cja i wozy stra­żac­kie rzad­ko mia­ły oka­zję pę­dzić na sy­gna­le w jed­no miej­sce. Wy­cie stop­nio­wo się na­si­la­ło i wte­dy do­tar­ło do mnie, że sta­ło się coś po­waż­ne­go. Wsta­łam z łóż­ka i po­de­szłam do okna, żeby wyj­rzeć na dro­gę. Wciąż sły­sza­łam ja­dą­ce wozy, ale nie uda­ło mi się ni­cze­go zo­ba­czyć. Wie­dzia­łam je­dy­nie, że są bli­sko nas.

Wy­cie sy­ren nie usta­wa­ło, wręcz prze­ciw­nie, do­łą­czy­ły do nich ko­lej­ne. Otu­li­łam się ko­cem i usia­dłam w wy­ku­szu okna. I tak nie mo­głam za­snąć, więc po­sta­no­wi­łam po­mo­dlić się za tego ko­goś, kto spo­wo­do­wał alarm w na­szym mie­ście. Ro­dzi­cie byli bar­dzo re­li­gij­ni i tak mnie wy­cho­wa­li, więc wie­rzy­łam w siłę mo­dli­twy.

Zdą­ży­łam przy­mknąć oczy, gdy drzwi mo­je­go po­ko­ju otwo­rzy­ły się i sta­nę­ła w nich mama z prze­ra­żo­ną miną. Coś z oj­cem? Wsta­łam, czu­jąc, jak ogar­nia mnie strach, i spoj­rza­łam jej w oczy.

- Co się sta­ło, mamo? - spy­ta­łam. - Tata jest w domu? Jest, praw­da?

Po­ki­wa­ła gło­wą.

- Je­ste­śmy w kom­ple­cie - od­par­ła, po czym po­ło­ży­ła dłoń na ser­cu i za­czerp­nę­ła głę­bo­ko po­wie­trza. - Nie o to cho­dzi... - urwa­ła i przy­mknę­ła oczy.

Ru­szy­łam gwał­tow­nie w jej stro­nę, zrzu­ca­jąc z sie­bie koc. Po­wo­li za­czy­na­łam wpa­dać w pa­ni­kę.

- Mamo, po­wiedz, co się sta­ło - po­pro­si­łam.

Unio­sła na mnie wzrok, a wte­dy za­uwa­ży­łam, że ma oczy peł­ne łez.

- Cho­dzi o Du­sti­na, ko­cha­nie.

- O Du­sti­na? - zdzi­wi­łam się, przy­sta­jąc w pół kro­ku i kur­czo­wo za­ci­ska­jąc dłoń na pierw­szym z brze­gu me­blu, żeby nie upaść.

Mama po­ki­wa­ła gło­wą.

- Tata wła­śnie roz­ma­wiał przez te­le­fon z pa­sto­rem. On już je­dzie do pań­stwa Fal­co. Du­stin roz­bił się swo­im sa­mo­cho­dem na drze­wie... - po­wie­dzia­ła ła­mią­cym się gło­sem.

Roz­bił się sa­mo­cho­dem na drze­wie? Jak to moż­li­we? Prze­cież wi­dzie­li­śmy się za­le­d­wie dwie go­dzi­ny temu.

- Ale nic mu się nie sta­ło, praw­da? - spy­ta­łam na­iw­nie, cho­ciaż prze­raź­li­we wy­cie wska­zy­wa­ło na coś zu­peł­nie in­ne­go. Gdy­by nic po­waż­ne­go się nie wy­da­rzy­ło, po co ka­ret­ka, wozy po­li­cyj­ne i stra­ża­cy?

Mama po­trzą­snę­ła prze­czą­co gło­wą.

- Nie, Sien­no. Nie­ste­ty. On... nie żyje, có­recz­ko.

- Rozdział I -

Sześć lat póź­niej

Sien­na

Nie spo­dzie­wa­łam się, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek po­ka­żę się w swo­im ro­dzin­nym mia­stecz­ku Sea Bre­eze w Ala­ba­mie. Kie­dy ro­dzi­ce spa­ko­wa­li moje rze­czy i wy­sła­li mnie do Fort Worth w Tek­sa­sie, gdzie mia­łam miesz­kać ze sła­bo mi zna­ną sio­strą mamy, obie­cy­wa­li, że wró­cę do nich, kie­dy już uro­dzę. Nie po­in­for­mo­wa­li mnie jed­nak, że pla­nu­ją mój po­wrót bez dziec­ka.

Zer­k­nę­łam do tyłu na Mi­ca­ha, śpią­ce­go w fo­te­li­ku sa­mo­cho­do­wym z za­ci­śnię­tą w rącz­ce fi­gur­ką Dar­tha Va­de­ra. Na­sze ży­cie nie na­le­ża­ło do naj­ła­twiej­szych, ale mie­li­śmy sie­bie. Gdy­bym mo­gła cof­nąć czas, po­stą­pi­ła­bym tak samo. Mi­cah był ca­łym moim ży­ciem. Ule­czył mnie, gdy by­łam prze­ko­na­na, że nikt i nic na świe­cie nie jest w sta­nie ulżyć mi w bólu.

Nie po­zwa­la­jąc na od­da­nie Mi­ca­ha, sama ska­za­łam się na wy­gna­nie ze swo­jej nie­zwy­kle re­li­gij­nej ro­dzi­ny. Ciot­ka nie na­le­ża­ła do szcze­gól­nie wy­lew­nych osób, ale nie po­dzie­la­ła po­glą­dów mo­ich ro­dzi­ców i nie zga­dza­ła się z ich de­cy­zją. Co praw­da mu­sia­łam pra­co­wać na swo­je utrzy­ma­nie, ale za­pew­ni­ła mnie i dziec­ku dach nad gło­wą.

Nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia, jak tyl­ko zre­zy­gno­wać z li­ceum i zda­wać eks­ter­ni­stycz­nie eg­za­min GED*. Ciot­ka Ca­thy była dy­rek­tor­ką miej­sco­we­go li­ceum, więc po­mo­gła mi do­stać sty­pen­dium na uczel­ni za­wo­do­wej. Kie­dy Mi­cah skoń­czył pół­to­ra roku, za­czę­łam stu­dio­wać, a tuż przed jego trze­ci­mi uro­dzi­na­mi uzy­ska­łam dy­plom z ko­sme­to­lo­gii.

*Eg­za­min uzna­wa­ny w USA za od­po­wied­nik dy­plo­mu szko­ły śred­niej.

Wszyst­ko dzię­ki ciot­ce. Chy­ba ni­g­dy nie zdo­łam się jej za to od­wdzię­czyć.

Do­pie­ro w ze­szłym roku w koń­cu wy­pro­wa­dzi­li­śmy się wraz z Mi­ca­hem do wy­na­ję­te­go miesz­ka­nia. Przez cały ten czas z ni­kim się nie uma­wia­łam ze wzglę­du na syn­ka - po pro­stu nie po­tra­fi­łam ni­ko­mu za­ufać. Poza tym nie uśmie­cha­ło mi się pła­cić opie­kun­ce, gdy po­trze­bo­wa­li­śmy pie­nię­dzy na waż­niej­sze rze­czy: czynsz, przed­szko­le i je­dze­nie. Co nie ozna­cza, że męż­czyź­ni ze mną nie flir­to­wa­li i nie pró­bo­wa­li umó­wić się na rand­kę. Ja­nell, wła­ści­ciel­ka sa­lo­nu ko­sme­tycz­ne­go, w któ­rym pra­co­wa­łam, twier­dzi­ła, że zda­niem fa­ce­tów tyl­ko uda­ję nie­do­stęp­ną, a przez to ro­bią się jesz­cze bar­dziej na­mol­ni.

W głę­bi du­szy mu­sia­łam przy­znać, że cza­sa­mi czu­łam się sa­mot­na. Wy­star­czy­ło jed­nak, że Mi­cah się do mnie uśmiech­nął, a wte­dy wi­dzia­łam w nim jego ojca. Przy­po­mi­na­łam so­bie wów­czas, że mia­łam u swo­je­go boku ko­goś wy­jąt­ko­we­go przez pra­wie dzie­sięć lat ży­cia. I że te­raz mam syn­ka, więc ni­ko­go wię­cej mi nie po­trze­ba.

Kie­dy dwa mie­sią­ce temu mama za­dzwo­ni­ła z wia­do­mo­ścią, że oj­ciec miał za­wał ser­ca, nie wie­dzia­łam do koń­ca, co tak na­praw­dę czu­ję. Ni­g­dy nie wi­dział Mi­ca­ha i jak się oka­za­ło, miał go już nie zo­ba­czyć. Mat­ka wy­ko­rzy­sta­ła pie­nią­dze z ubez­pie­cze­nia ojca i prze­pro­wa­dzi­ła się na osie­dle dla se­nio­rów na Flo­ry­dzie, a nasz daw­ny dom po­da­ro­wa­ła Mi­ca­ho­wi i mnie.

Ni­g­dy jed­nak nie prze­pro­si­ła za to, że od­wró­ci­ła się ode mnie, kie­dy naj­bar­dziej jej po­trze­bo­wa­łam. Ani że nie in­te­re­so­wa­ła się swo­im je­dy­nym wnu­kiem. Ale sam fakt, że od­da­ła nam dom, już coś zna­czył. Mo­głam tyl­ko mieć na­dzie­ję, że kie­dyś w koń­cu do niej do­trze, co tra­ci, nie uczest­ni­cząc w ży­ciu Mi­ca­ha.

Ja­nell wy­sta­wi­ła mi świet­ne re­fe­ren­cje, dzię­ki cze­mu do­sta­łam pra­cę w jed­nym z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych sa­lo­nów pięk­no­ści w Sea Bre­eze. Mia­łam za­ra­biać wię­cej niż do tej pory, a do­dat­ko­wo od­pa­da­ły mi opła­ty za czynsz. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że w Sea Bre­eze bę­dzie się nam żyło o wie­le le­piej niż do­tych­czas. I co naj­waż­niej­sze, Mi­cah bę­dzie się wy­cho­wy­wał w tym sa­mym nad­mor­skim mia­stecz­ku, któ­re pa­mię­ta­łam z dzie­ciń­stwa i za któ­rym tę­sk­ni­łam.

Je­dy­nym, cze­go się oba­wia­łam i co o mały włos nie po­wstrzy­ma­ło mnie przed prze­pro­wadz­ką, była per­spek­ty­wa spo­tka­nia z ro­dzi­ną Fal­co. Kie­dy zo­rien­to­wa­łam się, że ro­dzi­ce nie chcą, że­bym za­trzy­ma­ła syn­ka, wy­sła­łam list do Tab­by Fal­co, mat­ki Du­sti­na.

Nic mi nie od­po­wie­dzia­ła.

Przez cały pierw­szy rok ży­cia Mi­ca­ha wy­sła­łam im dzie­siąt­ki li­stów ze zdję­cia­mi ma­łe­go. Był nie­sa­mo­wi­cie po­dob­ny do ojca. Chcia­łam uświa­do­mić jego ro­dzi­nie, że coś po­zo­sta­ło po Du­sti­nie i że nie cał­kiem go utra­ci­li­śmy.

Ale ani razu nie od­pi­sa­li.

Kil­ka razy bra­łam do ręki te­le­fon, żeby do nich za­dzwo­nić, ale do­szłam do wnio­sku, że sko­ro nie od­po­wia­da­ją na moje li­sty, nie będą też chcie­li ze mną roz­ma­wiać. Naj­wy­raź­niej uzna­li, że nie chcą mieć nic wspól­ne­go z Mi­ca­hem. To mnie zra­ni­ło, na­wet moc­niej niż obo­jęt­ność wła­snych ro­dzi­ców. Znie­na­wi­dzi­łam ro­dzi­nę Fal­co za to, że tak pa­skud­nie nas po­trak­to­wa­li. Z cza­sem jed­nak da­łam so­bie spo­kój i po­go­dzi­łam się z tym. Mia­łam wła­sne, cał­kiem uda­ne ży­cie. Z moim ślicz­nym syn­kiem.

- Ma­muś? Gdzie je­ste­śmy? - do­biegł z tyl­ne­go sie­dze­nia mo­jej dwu­na­sto­let­niej hon­dy ci­vic za­spa­ny gło­sik.

- W na­szym no­wym domu - od­par­łam, wjeż­dża­jąc na pod­jazd przed bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­ka­łam kie­dyś i któ­ry po­now­nie miał stać się moim miej­scem na zie­mi.

- No­wym domu? - po­wtó­rzył Mi­cah z pod­nie­ce­niem w gło­sie. Wier­cił się w fo­te­li­ku, żeby le­piej wi­dzieć.

- Tak, skar­bie. To nasz nowy dom. Je­steś go­tów, żeby go obej­rzeć? - spy­ta­łam, otwie­ra­jąc drzwi sa­mo­cho­du i wy­cho­dząc na ze­wnątrz.

Hon­da była dwu­drzwio­wa, mu­sia­łam więc po­chy­lić się i się­gnąć do tyłu, żeby wy­do­stać syn­ka z fo­te­li­ka. On jed­nak zdą­żył się już sam od­piąć z pa­sów, zsu­nął się z sie­dze­nia i wy­sko­czył z sa­mo­cho­du.

- Czy miesz­ka­ją w nim też inni lu­dzie? - spy­tał, wpa­tru­jąc się roz­sze­rzo­ny­mi ze zdu­mie­nia ocza­mi w drew­nia­ny dom szkie­le­to­wy z dwie­ma sy­pial­nia­mi.

- Tyl­ko my, chło­pa­ku. Bę­dziesz miał wła­sny po­kój. Mój jest do­kład­nie na­prze­ciw­ko, po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza.

- Eks­tra! - ucie­szył się, a w jego oczach za­lśnił za­chwyt.

Na­wet gdy miesz­ka­li­śmy u ciot­ki Ca­thy, mu­siał dzie­lić po­kój ze mną. Kie­dy się wy­pro­wa­dzi­li­śmy, przy opła­tach za przed­szko­le stać mnie było tyl­ko na wy­na­ję­cie ma­łe­go miesz­kan­ka. Mój ro­dzin­ny dom miał za­le­d­wie sto dzie­sięć me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni, ale na­szej dwój­ce na­wet się nie śni­ło o ta­kiej prze­strze­ni. W wy­naj­mo­wa­nym miesz­ka­niu gnieź­dzi­li­śmy się na nie­co po­nad trzy­dzie­stu me­trach i spa­li­śmy ra­zem w jed­nym łóż­ku.

- Chodź, obej­rzy­my twój po­kój. Pew­nie trze­ba go bę­dzie prze­ma­lo­wać. Nie mam po­ję­cia, w ja­kim ko­lo­rze są te­raz ścia­ny - stwier­dzi­łam.

Kie­dy ostat­ni raz wi­dzia­łam swo­ją sy­pial­nię, była po­ma­lo­wa­na na ró­żo­wo. Mi­cah uwa­żał jed­nak, że to ko­lor dla dziew­czy­nek, i uni­kał go jak ognia.

Wy­ję­łam z to­reb­ki klucz prze­sła­ny przez mamę wraz z li­stem i ak­tem wła­sno­ści domu. Wzię­łam głę­bo­ki wdech, za­nim umie­ści­łam go w zam­ku i otwo­rzy­łam drzwi. Po­tem zro­bi­łam krok w tył i da­łam ręką znak Mi­ca­ho­wi, żeby wcho­dził.

- No da­lej, sprawdź, czy ci się po­do­ba.

Jego twarz roz­ja­śnił uśmiech i mały wpadł jak strza­ła do środ­ka. Na wi­dok prze­stron­ne­go sa­lo­nu wy­dał z sie­bie okrzyk ra­do­ści, po czym od­wró­cił się i pu­ścił bie­giem przez krót­ki ko­ry­tarz. Za­trzy­ma­łam się przy drzwiach, bo nie by­łam już dłu­żej w sta­nie omi­jać wzro­kiem domu na­prze­ciw­ko, i od­wró­ci­łam w jego stro­nę. Na pod­jeź­dzie stał pi­kap, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam, ale to o ni­czym nie świad­czy­ło, bo od mo­je­go wy­jaz­du upły­nę­ło sześć lat. By­łam jed­nak pew­na, że ro­dzi­na Fal­co na­dal tu miesz­ka. Mama nie wspo­mnia­ła, że się wy­pro­wa­dzi­li.

Cie­ka­we, czy ode­zwą się do Mi­ca­ha, kie­dy bę­dzie się ba­wił na po­dwór­ku. A może zi­gno­ru­ją wnucz­ka, jak ro­bi­li to od jego uro­dze­nia? Nie mia­łam za­mia­ru in­for­mo­wać syn­ka, kim są nasi są­sie­dzi. Nie po­wie­dzia­łam mu też pra­wie nic na te­mat swo­ich ro­dzi­ców. Nie wie­dział, że kie­dyś miesz­ka­łam w tym domu i że ma dziad­ków. Kie­dy w przed­szko­lu do­stał za­da­nie, żeby opo­wie­dzieć swo­jej gru­pie o dziad­kach, mó­wił o cio­ci Ca­thy. Dzie­cia­ki wy­śmia­ły go, wy­ty­ka­jąc mu, że to nie jego bab­cia. Wró­cił wte­dy do domu kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ny i ze­stre­so­wa­ny, że nie zna swo­jej ro­dzi­ny.

Po­wie­dzia­łam mu wte­dy po pro­stu, że ich nie ma.

Gdy sy­nek spy­tał o ojca, wy­ja­śni­łam, że był wspa­nia­łym czło­wie­kiem i Bóg we­zwał go do sie­bie, żeby za­miesz­kał ra­zem z nim w nie­bie. I że sta­ło się to jesz­cze przed jego uro­dze­niem.

To mu chy­ba wy­star­czy­ło, bo prze­stał za­da­wać py­ta­nia. Miał świa­do­mość, że mama ko­cha go bez­wa­run­ko­wo i że ra­zem sta­no­wi­my ro­dzi­nę. Po­cząt­ko­wo by­wa­ło mu cięż­ko, bo wi­dział, że inne dzie­ci mają o wie­le wię­cej bli­skich niż on, ale gdy do nie­go do­tar­ło, że każ­da ro­dzi­na jest inna, przy­jął do wia­do­mo­ści, że tak wła­śnie musi być.

- Ma­muś! Ma­muś! - za­wo­łał roz­ra­do­wa­nym gło­sem Mi­cah. - Po­kój jest nie­bie­ski. I na­praw­dę eks­tra! Na­wet są w nim za­baw­ki!

Za­baw­ki? Za­mknę­łam za sobą drzwi wej­ścio­we i we­szłam do ko­ry­ta­rza. Chwi­lę po­tem prze­stą­pi­łam próg swo­jej daw­nej sy­pial­ni i sta­nę­łam jak wry­ta, roz­glą­da­jąc się ze zdu­mie­niem do­oko­ła. Po­kój po­ma­lo­wa­no na ja­sno­nie­bie­ski ko­lor, przy­po­mi­na­ją­cy po­god­ne nie­bo. Sta­ło w nim sze­ro­kie, wy­god­ne łóż­ko i drew­nia­na ko­mo­da do kom­ple­tu. Na łóż­ku le­ża­ła błę­kit­na na­rzu­ta w po­ma­rań­czo­we pił­ki do ko­szy­ków­ki oraz po­dusz­ka, rów­nież w kształ­cie pił­ki. Pod oknem sta­ło otwar­te pu­dło z za­baw­ka­mi, z któ­re­go wy­sta­wa­ły pi­rac­kie mie­cze, kij i rę­ka­wi­ca ba­se­bal­lo­wa, oka­za­ły czer­wo­ny sa­mo­chód stra­żac­ki i wiel­kie pu­dło kloc­ków Lego. Na prze­ciw­nej ścia­nie po­ko­ju za­wie­szo­ny był kosz do gry, a na pod­ło­dze tuż pod nim le­ża­ła pił­ka.

Nad łóż­kiem wid­niał na­pis MI­CAH.

- Jak my­ślisz? Czy ci, co tu miesz­ka­li wcze­śniej, zo­sta­wi­li te wszyst­kie rze­czy dla mnie? Czy mu­si­my im to zwró­cić? - spy­tał z wy­ra­zem na­dziei na buzi. - Po­patrz, ma­mu­siu, na ścia­nie jest moje imię!

Na wi­dok tego, co zo­ba­czy­łam w po­ko­ju, łzy za­pie­kły mnie pod po­wie­ka­mi i z tru­dem prze­łknę­łam śli­nę przez ści­śnię­te gar­dło. Nie wie­dzia­łam, co mam my­śleć, kom­plet­nie się tego nie spo­dzie­wa­łam. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny ni­g­dy nie przy­szło­by mi też do gło­wy, że do­sta­nę ten dom na wła­sność.

Na­gle wpa­dła mi w oczy bia­ła ko­per­ta. Sta­ła opar­ta o ścia­nę na bla­cie ko­mo­dy, a na jej wierz­chu wid­nia­ły imio­na moje oraz Mi­ca­ha.

Ru­szy­łam w jej stro­nę, ocie­ra­jąc dło­nią łzę, któ­ra mi­mo­wol­nie po­pły­nę­ła mi z oczu. Sta­ra­łam się ukryć twarz przed wzro­kiem by­stre­go pię­cio­lat­ka. Ko­per­ta była za­kle­jo­na, więc wsu­nę­łam pa­lec pod jej brzeg i ją ro­ze­rwa­łam.

Sien­no,

to jest te­raz Twój dom. Wiem, że to Ci nie wy­na­gro­dzi mi­nio­nych lat, kie­dy nie było mnie przy To­bie, choć po­trze­bo­wa­łaś po­mo­cy. Ale nie mam nic in­ne­go, co mo­gła­bym Ci po­da­ro­wać. Nie myśl, że chcę w ten spo­sób ku­pić Two­je prze­ba­cze­nie. Urzą­dzi­łam ten po­kój nie tyl­ko z my­ślą o Mi­ca­hu, ale i dla sie­bie. Za­wsze ma­rzy­łam, żeby ku­po­wać mu pre­zen­ty - na świę­ta, uro­dzi­ny czy tak po pro­stu, bez oka­zji, jak bab­cia wnucz­ko­wi. Nie mo­głam jed­nak tego zro­bić, do­pó­ki żył Twój oj­ciec.

Nie mam za­mia­ru wy­ra­żać się o nim źle - nie w tym rzecz. Ko­cha­łam go. Był do­brym czło­wie­kiem, ale jed­no­cze­śnie miał swo­ją dumę, a ja to sza­no­wa­łam. W głę­bi ser­ca cały czas wie­rzę, że gdy­by do­stał dru­gą szan­sę, po­stą­pił­by ina­czej. Bar­dzo ża­łu­ję, że nie miał oka­zji po­znać na­sze­go wnu­ka.

Pro­szę, po­wiedz Mi­ca­ho­wi, że ten po­kój jest dla nie­go, z naj­lep­szy­mi ży­cze­nia­mi od ko­goś, kto ma na­dzie­ję go po­znać. Oczy­wi­ście kie­dyś, gdy bę­dziesz na to go­to­wa. O ile to kie­dy­kol­wiek na­stą­pi. Te­raz je­dy­nie pro­szę, że­byś spró­bo­wa­ła mi wy­ba­czyć. Bar­dzo chcę być obec­na w Wa­szym ży­ciu.

Po­ni­żej po­da­ję swój ad­res i te­le­fon. Gdy­byś chcia­ła do mnie na­pi­sać albo za­dzwo­nić, by­ło­by wspa­nia­le. A może wy­ślesz mi zdję­cia Mi­ca­ha? Mam już cały al­bum jego fo­tek dzię­ki Ca­thy. Jest ślicz­ny, tak samo jak jego mama.

Two­ja ko­cha­ją­ca mama

- Ma­muś, dla­cze­go pła­czesz? - spy­tał Mi­cah, po­cią­ga­jąc mnie za no­gaw­kę spode­nek.

Zło­ży­łam list na pół i wsu­nę­łam do tyl­nej kie­sze­ni, a po­tem po­chy­li­łam się i spoj­rza­łam syn­ko­wi w oczy.

Uniósł rącz­ki i otarł mi twarz swo­imi ma­ły­mi łap­ka­mi.

- Je­śli nie mo­że­my tu zo­stać, nic się nie sta­ło. Ro­zu­miem. - Smu­tek po­brzmie­wa­ją­cy w jego gło­sie spra­wił, że ści­snę­ło mi się ser­ce.

Na­dal nie wie­rzył, że mo­że­my za­miesz­kać w ta­kim wspa­nia­łym domu. Zła­pa­łam go za obie rącz­ki i moc­no je uści­snę­łam.

- Dom jest nasz. Oso­ba, któ­ra nam go po­da­ro­wa­ła, urzą­dzi­ła ten po­kój spe­cjal­nie dla cie­bie. Dla­te­go pła­czę. Nie ze smut­ku, tyl­ko ze szczę­ścia - za­pew­ni­łam syn­ka.

Nie by­łam jesz­cze go­to­wa po­roz­ma­wiać z nim na te­mat bab­ci. Nie wie­dzia­łam, co mam my­śleć o ich ewen­tu­al­nym spo­tka­niu. Na ra­zie wspo­mnie­nia były zbyt bo­le­sne, że­bym mo­gła się na to zdo­być. Ale jej list i ten po­kój wie­le dla mnie zna­czy­ły. Wciąż nie po­tra­fi­łam jej wy­ba­czyć, że mnie opu­ści­ła, ale gdy na wła­sne oczy prze­ko­na­łam się, że ko­cha Mi­ca­ha, za­czę­łam za­sta­na­wiać się, czy nie po­zwo­lić jej się z nim spo­tkać.

- Więc mogę za­trzy­mać wszyst­kie te rze­czy? - upew­nił się Mi­cah, wo­dząc po po­ko­ju sze­ro­ko otwar­ty­mi z po­dzi­wu ocza­mi.

- Tak, są two­je. Tyl­ko two­je, ni­ko­go in­ne­go. Masz te­raz wła­sny po­kój, swo­je łóż­ko i na­wet całą sza­fę tyl­ko dla sie­bie.

Mi­cah pod­szedł do łóż­ka i prze­cią­gnął dło­nią po na­rzu­cie. Do­sko­na­le wie­dział, jak się gra w ko­szy­ków­kę. Ku­pi­łam mu pił­kę do ko­sza ze swo­jej pierw­szej wy­pła­ty, bo była czę­ścią ży­cia jego ojca i po­my­śla­łam, że sy­nek też po­wi­nien ją mieć.

- Czy ta oso­ba, któ­ra mi to ku­pi­ła, wie­dzia­ła, że mój ta­tuś był naj­lep­szym ko­szy­ka­rzem na świe­cie? - spy­tał, zer­ka­jąc na mnie.

Po­ki­wa­łam gło­wą, tłu­miąc uśmiech.

- Bę­dzie nam tu do­brze, ma­muś - stwier­dził, a po­tem od­wró­cił się i pod­szedł do pu­dła z za­baw­ka­mi.

Przy­glą­da­łam się przez kil­ka mi­nut, jak oglą­da rze­czy ku­pio­ne przez moją mat­kę, a po­tem wy­mknę­łam się z po­ko­ju, żeby zo­ba­czyć resz­tę domu.

W li­ście, któ­ry mama przy­sła­ła mi ra­zem z klu­czem i ak­tem wła­sno­ści, na­pi­sa­ła, że zo­sta­wia mi me­ble, bo jej nowe miesz­ka­nie jest kom­plet­nie urzą­dzo­ne. Mia­łam mie­sza­ne uczu­cia, je­śli cho­dzi o spa­nie w łóż­ku ro­dzi­ców, ale nie było in­ne­go wyj­ścia. Zwłasz­cza że cały mój do­tych­cza­so­wy do­by­tek sta­no­wił ma­te­rac, któ­ry i tak zo­sta­wi­łam w Tek­sa­sie.

Otwo­rzyw­szy drzwi do głów­nej sy­pial­ni, za­mar­łam w bez­ru­chu i po­czu­łam ogrom­ną ulgę. Prze­nie­sio­no do niej moje sta­re łóż­ko, ko­mo­dę i to­a­let­kę, a na­wet biur­ko. Mama wi­docz­nie ka­za­ła je tu­taj wsta­wić, do­my­śla­jąc się, że nie będę chcia­ła uży­wać ich me­bli. Na łóż­ku le­ża­ła ta sama na­rzu­ta, jaką za­pa­mię­ta­łam sprzed sze­ściu lat - ja­sno­ró­żo­wa w wiel­kie sto­krot­ki.

Wró­ci­łam do domu.

Te­raz

De­way­ne

Wje­cha­łem na pod­jazd domu ro­dzi­ców i za­par­ko­wa­łem obok pi­ka­pa ojca. Zwy­kle od­wie­dza­łem ro­dzi­ców raz w ty­go­dniu, ale przez ostat­nie pół mie­sią­ca naj­zwy­czaj­niej nie by­łem w na­stro­ju do tych wi­zyt. Ostat­nio mama nie wy­trzy­ma­ła i roz­pła­ka­ła się, uświa­da­mia­jąc nam, że mija już szó­sta rocz­ni­ca śmier­ci mo­je­go młod­sze­go bra­ta.

Je­dy­nym zna­nym mi spo­so­bem, żeby ja­koś po­ra­dzić so­bie z roz­pa­czą, było pi­cie na umór noc w noc, aż znów cał­kiem zo­bo­jęt­nie­ję. Aż mi­nie żal i pust­ka w ser­cu prze­sta­nie tak cho­ler­nie bo­leć. Do­pie­ro gdy uda­ło mi się prze­trwać na trzeź­wo dwa ko­lej­ne dni, zde­cy­do­wa­łem, że pora od­wie­dzić mamę, za­nim za­cznie się nie­po­ko­ić i mnie szu­kać.

Mat­ka mia­ła spo­ry tem­pe­ra­ment, dla­te­go wo­la­łem z nią nie za­dzie­rać. Nie­ła­two było na­pę­dzić mi stra­cha, ale Tab­by Fal­co na­le­ża­ła do tych nie­licz­nych osób, przed któ­ry­mi czu­łem re­spekt. Ko­cha­łem ją bez­wa­run­ko­wo, ale tro­chę się jej ba­łem.

Obej­rza­łem się i za­uwa­ży­łem za­par­ko­wa­ną po dru­giej stro­nie uli­cy wy­słu­żo­ną bia­łą hon­dę ci­vic. Ale złom. Nina Roy wy­pro­wa­dzi­ła się z domu na­prze­ciw­ko ja­kiś mie­siąc temu, kil­ka ty­go­dni po śmier­ci męża. Do­wie­dzia­łem się od mamy, że wy­je­cha­ła na Flo­ry­dę. Dom od mie­sią­ca stał pu­sty. Czyż­by ktoś się tam wpro­wa­dził? Je­śli tak, nie bę­dzie to naj­lep­sze są­siedz­two, są­dząc po tym gra­cie. Może po­wi­nie­nem tam zaj­rzeć i prze­ko­nać się, czy ro­dzi­ce mają się cze­go oba­wiać?

Nie mia­łem za­mia­ru po­zwo­lić, żeby zno­si­li ha­ła­śli­we im­pre­zy no­wych są­sia­dów albo mie­li pod do­mem me­li­nę nar­ko­ma­nów. Pod­sze­dłem nie­co bli­żej i wte­dy do­strze­głem, że sa­mo­chód ma tek­sań­ską re­je­stra­cję. Tek­sas? Te­raz do mo­ich po­cząt­ko­wych obaw do­łą­czy­ła cie­ka­wość. Komu, do cho­le­ry, Nina Roy sprze­da­ła dom? Na­wet nie wi­dzia­łem na nim ta­blicz­ki "Na sprze­daż". Je­śli go wy­na­ję­ła, to fak­tycz­nie mo­że­my mieć pro­blem. Nie da­lej jak w ze­szłym ty­go­dniu aż w trzech wy­na­ję­tych do­mach tyl­ko o go­dzi­nę dro­gi stąd zli­kwi­do­wa­no wy­twór­nie me­tam­fe­ta­mi­ny.

- Co się tak ga­pisz na auto no­wych są­sia­dów? Właź do środ­ka i przy­wi­taj się z mamą!

Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem ojca, sto­ją­ce­go z po­iry­to­wa­ną miną w sze­ro­ko otwar­tych drzwiach na­sze­go domu. Daw­niej nie czuł­bym po­trze­by, żeby się o nie­go trosz­czyć i go ochra­niać. Kie­dyś każ­dy scho­dził mu z dro­gi. Ale od­kąd miał udar, wszyst­ko się zmie­ni­ło. Ofi­cjal­nie prze­ją­łem ste­ry w Fal­co Con­struc­tion, fir­mie bu­dow­la­nej ojca, bo zdro­wie nie po­zwa­la­ło mu jej dłu­żej pro­wa­dzić. Za­wsze wy­da­wa­ło mi się, że tego czło­wie­ka nie moż­na zła­mać, ale od śmier­ci Du­sti­na nic już nie było ta­kie, jak kie­dyś.

- Po­zna­łeś ich? - spy­ta­łem, wska­zu­jąc gło­wą dom na­prze­ciw­ko.

Tato po­krę­cił gło­wą.

- Po­ja­wił się sa­mo­chód, ale nie wi­dzia­łem, kto nim przy­je­chał. Nie było żad­nej fir­my od prze­pro­wa­dzek. Tyl­ko ta hon­da. Przy­je­cha­ła wczo­raj, tak oko­ło po­łu­dnia. Dziś, gdy wyj­rza­łem o dru­giej, auta nie było, ale jak pod­le­wa­łem kwia­ty o czwar­tej, zno­wu sta­ło.

Nie wy­glą­da­ło to do­brze. Ktoś wpro­wa­dził się bez me­bli. Na­sza dziel­ni­ca nie na­le­ża­ła do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych w Sea Bre­eze, ale jak do­tąd uda­wa­ło się nam unik­nąć są­siedz­twa po­dej­rza­nych ty­pów czy han­dla­rzy nar­ko­ty­ków. O nie, na pew­no nie po­zwo­lę, żeby ta­kie rze­czy dzia­ły się pra­wie pod no­sem mo­ich ro­dzi­ców.

- Za­raz przyj­dę - oznaj­mi­łem i szyb­ko ru­szy­łem na dru­gą stro­nę uli­cy, żeby oj­ciec nie za­czął mnie od tego od­wo­dzić. Co nie ozna­cza, że był­by w sta­nie mnie po­wstrzy­mać.

- Daj spo­kój, wra­caj! - za­wo­łał za mną oj­ciec, ale pod­nio­słem rękę w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście.

- Tyl­ko na mo­ment. Mu­szę coś spraw­dzić - krzyk­ną­łem, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od drzwi i okien domu na­prze­ciw­ko. Nie chcia­łem spło­szyć jego lo­ka­to­rów i do­stać kul­ki w łeb, je­śli aku­rat in­sta­lu­ją fa­bry­kę dra­gów.

Nina Roy po­win­na była się za­sta­no­wić, kogo wpusz­cza do swo­je­go domu. Choć z dru­giej stro­ny, mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy ta ko­bie­ta w ogó­le ma ser­ce. Ode­sła­ła cór­kę z domu krót­ko po śmier­ci mo­je­go bra­ta. Sien­na już ni­g­dy nie wró­ci­ła. Ona i Du­stin przy­jaź­ni­li się prak­tycz­nie od dziec­ka, nic więc dziw­ne­go, że z cza­sem za­czę­li ze sobą cho­dzić. Plot­ka gło­si­ła, że mała, uro­cza Sien­na prze­ży­ła za­ła­ma­nie ner­wo­we i mu­sie­li ode­słać ją do wa­riat­ko­wa. W każ­dym ra­zie nikt wię­cej jej tu­taj nie wi­dział. Przez dłuż­szy czas nie po­tra­fi­łem się z tym po­go­dzić. Choć ba­łem się przy­znać do tego przed sa­mym sobą, jej znik­nię­cie do­tknę­ło mnie moc­niej, niż po­win­no. Zwłasz­cza że wie­dzia­łem, jak bar­dzo prze­ży­wa­ła śmierć Du­sti­na. Utra­ta Sien­ny to ko­lej­na po­zy­cja na li­ście spraw, któ­re po­chrza­ni­ły się w moim ży­ciu.

Za­pu­ka­łem do drzwi i chwi­lę od­cze­ka­łem, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z gał­ki, żeby zo­ba­czyć, czy się po­wo­li nie prze­krę­ca. Gdy­by gno­jek w środ­ku miał gna­ta, by­łem przy­go­to­wa­ny, żeby go roz­bro­ić. Za­nim jed­nak zdą­ży­łem prze­my­śleć tak­ty­kę, drzwi otwo­rzy­ły się z im­pe­tem i z dołu spoj­rza­ła na mnie para za­cie­ka­wio­nych piw­nych oczu.

- Cześć - ode­zwał się chłop­czyk, wpa­tru­jąc się we mnie nie­pew­nym wzro­kiem, jak­by wa­hał się, czy do­brze zro­bił, otwie­ra­jąc mi drzwi.

Jego wi­dok kom­plet­nie mnie za­sko­czył. W ży­ciu nie po­my­ślał­bym, że może tu za­miesz­kać ro­dzi­na z dziec­kiem, są­dząc po za­par­ko­wa­nym przed do­mem wy­słu­żo­nym gra­cie. Trud­no było uznać go za auto dla ro­dzi­ny - był nie­bez­piecz­ny dla do­ro­słych, a co do­pie­ro mó­wić o dzie­ciach.

- Cześć. Ro­dzi­ce w domu? - spy­ta­łem, na co mały po­słał mi prze­cią­głe spoj­rze­nie, po czym zmarsz­czył czo­ło.

- Nie mam ro­dzi­ców, tyl­ko mamę, ale po­szła do ła­zien­ki. Za­chcia­ło jej się siu­siu. Chy­ba nie po­wi­nie­nem sam otwie­rać drzwi.

By­stry dzie­ciak. Miał ra­cję - nie po­wi­nien. Ani zdra­dzać kom­plet­nie ob­ce­mu fa­ce­to­wi in­for­ma­cji o so­bie. Je­śli miał tyl­ko mamę, rzęch przed do­mem za­nie­po­ko­ił mnie jesz­cze z in­ne­go po­wo­du. Je­śli jeź­dzi­ła ta­kim zło­mem, ja­kim cu­dem stać ją na ten dom? Nie żeby był spe­cjal­nie eks­klu­zyw­ny, ale jej auto spra­wia­ło wra­że­nie, że wła­ści­ciel­ka nie może so­bie po­zwo­lić na lo­kum droż­sze niż uży­wa­na przy­cze­pa kem­pin­go­wa.

- Fak­tycz­nie na­stęp­nym ra­zem po­cze­kaj na mamę, za­nim otwo­rzysz. Ale tym ra­zem mia­łeś szczę­ście. - Wska­za­łem pal­cem dom po dru­giej stro­nie uli­cy. Na gan­ku stał oj­ciec i nas ob­ser­wo­wał. - Tam miesz­ka­ją moi ro­dzi­ce. Przy­sze­dłem po­znać ich no­wych są­sia­dów.

Dzie­ciak wyj­rzał zza mo­ich nóg, spo­glą­da­jąc we wska­za­nym kie­run­ku na dom i mo­je­go ojca, a po­tem z po­wro­tem pod­niósł wzrok na mnie.

- Miesz­kasz z ro­dzi­ca­mi? Moja ma­mu­sia nie ma ro­dzi­ców.

Su­per, ko­lej­na rzecz z ich pry­wat­ne­go ży­cia, któ­rej nie po­wi­nien mi zdra­dzać. Co jest, do cho­le­ry? Czy ta ko­bie­ta nie uczy dzie­cia­ka, żeby nie ga­dał z nie­zna­jo­my­mi i nie opo­wia­dał im o so­bie? Prze­cież to nie­bez­piecz­ne.

- Nie po­wi­nie­neś mó­wić ta­kich rze­czy ob­cym lu­dziom, ko­le­go.

Mały zmarsz­czył brwi, po czym wy­cią­gnął do mnie rękę na po­wi­ta­nie.

- Mam na imię Mi­cah. A ty?

Choć tego też nie po­wi­nien mi mó­wić, nie mo­głem po­wstrzy­mać uśmie­chu. Ten mały to ist­ny cza­ruś. Uścis­ną­łem mu dłoń i moc­no po­trzą­sną­łem.

- Miło cię po­znać, Mi­ca­hu. Ja je­stem De­way­ne.

Mały uśmiech­nął się od ucha do ucha.

- Jak De­wy­ane Wade? Wiesz, ten z Mia­mi Heat.

Nie­zbyt pa­sjo­no­wa­łem się ko­szy­ków­ką, ale oczy­wi­ście wie­dzia­łem, kim jest De­wy­ane Wade, więc przy­tak­ną­łem.

- Szko­da, że nie mam ta­kie­go su­per­o­we­go imie­nia. Naj­bar­dziej chciał­bym się na­zy­wać Chris Bosh.

- Wi­dzę, że je­steś fa­nem Mia­mi Heat. Sam też grasz w ko­sza?

Mały po­ki­wał skwa­pli­wie gło­wą.

- Pew­nie. Kie­dyś zo­sta­nę gwiaz­dą. Mój ta­tuś był naj­lep­szym ko­szy­ka­rzem na świe­cie. Ja też będę.

No pro­szę. A mó­wił, że nie ma ojca, tyl­ko mamę.

- Mi­cah? - roz­legł się ła­god­ny ko­bie­cy głos.

Ma­lec otwo­rzył sze­rzej oczy i obej­rzał się za sie­bie.

- Tak, ma­muś? Je­stem tu­taj, z na­szym są­sia­dem. Przy­szedł nas od­wie­dzić.

Pod­nio­słem gło­wę w samą porę, by zo­ba­czyć nogi. Dłu­gie do nie­ba, gład­kie i dia­bel­nie zgrab­ne, w kró­ciut­kich dżin­so­wych spoden­kach. Niech mnie ja­sny szlag! Po­wę­dro­wa­łem wzro­kiem w górę po szczu­płej ta­lii i kształt­nym biu­ście wy­zie­ra­ją­cym z de­kol­tu ob­ci­słej ko­szul­ki, aż do­tar­łem do twa­rzy.

O, kur­wa! Nie. To. Ab­so­lut­nie. Nie­moż­li­we.

Zna­łem tę dziew­czy­nę jako na­sto­lat­kę. Była te­raz star­sza i sta­ła się ko­bie­tą, ale prze­nig­dy nie za­po­mniał­bym jej twa­rzy. Ani tych ja­sno­błę­kit­nych oczu, dłu­gich, je­dwa­bi­stych ru­dych wło­sów i ró­żo­wych ust, o któ­rych fan­ta­zjo­wa­li wszy­scy fa­ce­ci bez wy­jąt­ku, za­rów­no mło­dzi, jak i sta­rzy. Ale prze­cież... Czyż­by ona...

Za­mar­łem, a po­tem zro­bi­łem krok w tył i po­now­nie przyj­rza­łem się sto­ją­ce­mu przede mną chłop­czy­ko­wi.

- Mi­cah, idź do swo­je­go po­ko­ju - ode­zwa­ła się ci­chym, lecz sta­now­czym gło­sem. - Już, na­tych­miast.

- Ale to faj­ny... - za­czął mały, ale nie po­zwo­li­ła mu do­koń­czyć.

- Idź, pro­szę, Mi­cah.

Pa­trzy­łem za dziec­kiem, jak od­cho­dzi. Bar­dzo chcia­łem po­now­nie spoj­rzeć mu w twarz i tym ra­zem le­piej się jej przyj­rzeć. To nie był... Nie mógł być... Nie, na pew­no nie... Był za mały, nie mógł być sy­nem Du­sti­na. Nie ma mowy, żeby ona uro­dzi­ła dziec­ko mo­je­go bra­ta i ukry­ła to przede mną... przed na­szą ro­dzi­ną. Poza tym dzie­ciak po­wie­dział, że jego tata był ko­szy­ka­rzem. To nie Du­stin. Mały spra­wiał wra­że­nie, jak­by znał ojca.

- Cześć, De­way­ne - ode­zwa­ła się Sien­na to­nem, w któ­rym wy­raź­nie wy­czu­łem ostrze­że­nie.

Mia­łem kom­plet­ny mę­tlik w gło­wie. Ja­kim cu­dem ona ma dziec­ko? My­śla­łem, że po­mie­sza­ło się jej w gło­wie po śmier­ci mo­je­go bra­ta. Nie przy­szło­by mi do gło­wy, że wy­je­cha­ła i tak szyb­ko za­ło­ży­ła ro­dzi­nę.

Nie od­zy­wa­łem się, a je­dy­nie ga­pi­łem na Sien­nę bez­myśl­nym wzro­kiem. Nic z tego nie ro­zu­mia­łem. Go­rącz­ko­wo pró­bo­wa­łem po­łą­czyć w my­ślach fak­ty. Ile lat mógł mieć mały? I gdzie, u dia­bła, jest jego oj­ciec? Jaki nor­mal­ny fa­cet po­zwo­lił­by odejść tak atrak­cyj­nej ko­bie­cie? Na do­da­tek z ta­kim uro­czym dzie­cia­kiem?

- Sien­na - wy­krztu­si­łem w koń­cu. - Kopę lat.

- Rozdział II -

Osiem lat temu

De­way­ne

- Ko­ooociii­ce - za­mru­czał prze­cią­gle Pre­ston Dra­ke z za­do­wo­le­niem w gło­sie, roz­glą­da­jąc się po ko­ry­ta­rzu. - Jaka szko­da, że już za rok bę­dzie nam za nie gro­ził pro­ku­ra­tor. Trze­ba się wy­sza­leć przed osiem­nast­ką, póki mo­że­my.

- Ale z cie­bie du­pek, sta­ry. Do­brze, że moja sio­stra przyj­dzie tu do­pie­ro za rok, kie­dy nas już nie bę­dzie.

Pre­ston za­śmiał się. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że nie przy­szło­by mu do gło­wy tknąć Aman­dy Har­dy. Prze­cież była dla nas wszyst­kich jak młod­sza sio­stra. A przy­naj­mniej tak się przy niej czu­li­śmy. Nic dziw­ne­go, sko­ro przy­jaź­ni­li­śmy się z Mar­cu­sem od cza­sów, gdy Aman­da no­si­ła pie­lu­chy.

- Wi­dzie­li­ście Tri­shę? - spy­tał Rock, pod­cho­dząc do nas z po­iry­to­wa­ną miną. Miną, któ­ra wy­raź­nie mó­wi­ła, że ma wiel­ką ocho­tę dać ko­muś w zęby.

- Nie. A co? Nie przy­je­cha­ła au­to­bu­sem? - zdzi­wił się Mar­cus.

Rock po­krę­cił gło­wą.

- Wszyst­ko przez tę jej po­rą­ba­ną mat­kę. Mu­szę jej po­szu­kać. Nie­dłu­go wró­cę. Kryj­cie mnie, jak­by co - rzu­cił, po czym od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę tyl­ne­go wyj­ścia ze szko­ły.

Zno­wu to samo. Mat­ka Tri­shy wy­dzie­ra­ła się na nią o byle co. W ze­szłym ty­go­dniu jej nowy ko­chaś ude­rzył Kri­ta, młod­sze­go bra­ta Tri­shy, na co dziew­czy­na w od­we­cie sko­czy­ła mu na ple­cy i za­czę­ła szar­pać za wło­sy. Fa­cet rzu­cił nią, aż po­le­cia­ła na dru­gi ko­niec po­ko­ju. Gdy­by aku­rat nie po­ja­wił się Rock, Tri­sha skoń­czy­ła­by w szpi­ta­lu albo jesz­cze go­rzej. Rock pró­bo­wał ją stam­tąd wy­rwać, ale mu­siał jesz­cze wy­my­ślić, co z jej bra­tem. Tri­sha za nic nie chcia­ła zo­sta­wiać go sa­me­go w ro­dzin­nym pie­kle.

- Czy to nie przy­pad­kiem dziew­czy­na Du­sti­na? - spy­tał Mar­cus, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia i przy­wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści.

Prze­bie­głem wzro­kiem po tłu­mie li­ce­ali­stów i wy­ło­wi­łem z nie­go Sien­nę Roy. Sta­ła cał­kiem sama, przy­ci­ska­jąc ple­cak z książ­ka­mi do pier­si jak­by w obron­nym ge­ście, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Wy­glą­da­ła na kom­plet­nie za­gu­bio­ną. Gdzie, do cho­le­ry, po­dział się mój brat? Z tej dziew­czy­ny prak­tycz­nie z dnia na dzień zro­bi­ła się praw­dzi­wa ślicz­not­ka. Le­d­wie mie­siąc temu ostrze­ga­łem go, że po­wi­nien dać wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że ofi­cjal­nie są parą, bo gdy ona po­ja­wi się w szko­le, chło­pa­ki mo­men­tal­nie za­czną się nią in­te­re­so­wać.

- Tak, to ona. A tego dur­nia ni­g­dzie nie wi­dać - mruk­ną­łem pod no­sem.

Sien­na mia­ła strasz­li­wie na­do­pie­kuń­czych sta­rych i rzad­ko wy­cho­dzi­ła z domu, więc prak­tycz­nie nie by­wa­ła ni­g­dzie in­dziej, tyl­ko u nas. Mój brat cho­dził na im­pre­zy, ale jej nie po­zwa­la­li. Ni­g­dy też nikt jej nie od­wie­dzał. Przy­jaź­ni­ła się tyl­ko z Du­sti­nem, ale te­raz nie było go przy niej. Kre­tyn.

- Ze­rwa­li? - spy­tał z oży­wie­niem Pre­ston.

Hola, hola. Na­pa­lo­ny po­pa­pra­niec. Niech na­wet nie my­śli o pod­ry­wa­niu Sien­ny.

- Ni­g­dy nie byli parą. Ale nie waż się do niej star­to­wać, bo bę­dziesz miał do czy­nie­nia ze mną. Ja­sne?

Pre­ston po­słał mi za­ro­zu­mia­łe spoj­rze­nie, za któ­re mógł­bym dać mu w zęby, gdy­by nie był jed­nym z mo­ich naj­lep­szych kum­pli. Mimo to mia­łem strasz­ną ocho­tę ze­trzeć mu z twa­rzy ten za­do­wo­lo­ny uśmie­szek.

- Nie wku­rzaj go, Pre­ston. Nie czu­ję się dziś na si­łach, żeby cię przed nim ra­to­wać - rzu­cił Mar­cus, po­sy­ła­jąc Pre­sto­no­wi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

Nie mo­głem po­zwo­lić, żeby mój młod­szy brat zo­sta­wiał Sien­nę samą na po­żar­cie. Zwłasz­cza że po szko­le krą­ży­ło mnó­stwo wy­głod­nia­łych wil­ków.

- Do­bra, wi­dzi­my się na pierw­szej prze­rwie. Mam te­raz coś do za­ła­twie­nia - oznaj­mi­łem ko­le­gom, uni­ka­jąc ich wzro­ku. Wo­la­łem nie wi­dzieć ich min.

Ni­g­dy nie za­da­wa­łem się z pierw­szo­kla­sist­ka­mi. Ale ta kon­kret­na wy­raź­nie po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, więc je­śli mój brat nie miał za­mia­ru się nią za­jąć, uzna­łem, że mu­szę zro­bić to sam.

Nie mu­sia­łem prze­ci­skać się przez tłum na ko­ry­ta­rzu, gdy sze­dłem w stro­nę Sien­ny - sam po­słusz­nie się przede mną roz­stę­po­wał. By­łem w po­ło­wie dro­gi, gdy mnie do­strze­gła. Naj­pierw otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy ze zdu­mie­nia, a chwi­lę po­tem jej twarz roz­ja­śnił lek­ki, nie­śmia­ły uśmiech. O rany, ależ była ład­na. Sta­now­czo za ład­na. Mój brat to jed­nak kre­tyn.

- Cześć, wie­wió­ro. Wi­dzę, że w koń­cu tra­fi­łaś do pierw­szej ligi - za­żar­to­wa­łem, chwy­ta­jąc ją lek­ko za ra­mię i po­cią­ga­jąc pod ścia­nę za­tło­czo­ne­go ko­ry­ta­rza. - Zna­la­złaś już swo­ją szaf­kę?

Sien­na za­czer­wie­ni­ła się i opu­ści­ła gło­wę. Po­dą­ży­łem za jej wzro­kiem i za­uwa­ży­łem, że za­ło­ży­ła do spód­nicz­ki kow­boj­ki. Wy­glą­da­ła w nich dia­bel­nie sek­sow­nie. Cho­le­ra ja­sna! Prze­cież to ko­ci­ca, jesz­cze dzie­ciak. Na do­da­tek dziew­czy­na mo­je­go wła­sne­go bra­ta. Smar­kacz mu­siał tyl­ko do­ro­snąć i to za­uwa­żyć.

- Szu­ka­łam jej, ale jest strasz­ny tłok, a ja nie za­pa­mię­ta­łam, czy nu­me­ry na sto są na pierw­szym, czy na dru­gim pię­trze. Po­my­śla­łam więc, że na ra­zie będę no­sić książ­ki ze sobą, a po­tem zo­sta­nę po lek­cjach i spo­koj­nie po­szu­kam.

Tyle że jej pod­ręcz­ni­ki wa­ży­ły chy­ba wię­cej niż ona sama.

- Jaki masz nu­mer? - spy­ta­łem. Nie mo­głem prze­cież po­zwo­lić, żeby tar­ga­ła ze sobą na lek­cje taki cię­żar.

- Sto osiem­dzie­siąt osiem - po­wie­dzia­ła, marsz­cząc czo­ło i znów roz­glą­da­jąc się bez­rad­nie do­oko­ła. Ko­ry­tarz był tak prze­peł­nio­ny, że przy jej wzro­ście nie dało się zo­ba­czyć nu­me­rów sza­fek.

- Chodź, nie mo­żesz po­krzy­wić so­bie krę­go­słu­pa w pierw­szym dniu szko­ły - stwier­dzi­łem, po czym po­ło­ży­łem dłoń na jej ple­cach i po­pro­wa­dzi­łem ją przez za­tło­czo­ny ko­ry­tarz.

Wi­dząc, że wie­le osób się nam przy­glą­da, mia­łem wiel­ką ocho­tę od­wró­cić się do nich i za­po­wie­dzieć ostro, że mają trzy­mać się z da­le­ka od Sien­ny. Ale tego nie zro­bi­łem, po­prze­sta­łem na ostrze­gaw­czych spoj­rze­niach.

Nie od­ry­wa­jąc dło­ni od jej ple­ców, prze­pro­wa­dzi­łem Sien­nę przez cały ko­ry­tarz. Po­tem skrę­ci­łem w lewo do za­chod­nie­go skrzy­dła szko­ły, gdzie w pierw­szym rzę­dzie znaj­do­wa­ła się jej szaf­ka.

- Oto i ona. Masz szyfr?

Sien­na ode­tchnę­ła z wy­raź­ną ulgą. Po­tem po­sta­wi­ła ple­cak na pod­ło­dze i za­czę­ła w nim szpe­rać, aż po chwi­li wy­ję­ła ka­wa­łek pa­pie­ru.

- Jest - oznaj­mi­ła, uśmie­cha­jąc się do mnie z za­do­wo­le­niem, po czym ostroż­nie wpro­wa­dzi­ła kom­bi­na­cję cyfr i otwo­rzy­ła szaf­kę.

Pod­sze­dłem do drzwi­czek i chwi­lę po­maj­stro­wa­łem przy zam­ku od we­wnątrz.

- A te­raz ją za­mknij, to ci coś po­ka­żę - po­le­ci­łem.

Za­mknę­ła szaf­kę bez sło­wa i spoj­rza­ła na mnie py­ta­ją­cym wzro­kiem.

- Wal­nij w nią dwa razy.

Ude­rzy­ła lek­ko dło­nią w drzwicz­ki.

Za­śmia­łem się, krę­cąc gło­wą.

- Nie tak, wie­wió­ro. Mó­wi­łem: wal­nij. Dwa razy. O tak.

Po­ka­za­łem jej, jak na­le­ży to zro­bić, a po­tem prze­krę­ci­łem je­den raz po­krę­tło zam­ka i drzwicz­ki od­sko­czy­ły.

Sien­na otwo­rzy­ła sze­rzej oczy ze zdu­mie­nia.

- Jak to zro­bi­łeś?

Mru­gną­łem po­ro­zu­mie­waw­czo, pod­nio­słem z pod­ło­gi jej ple­cak z książ­ka­mi i we­pchną­łem do szaf­ki.

- Cza­ry-mary, mała. - Za­mkną­łem po­now­nie szaf­kę. - Pro­szę bar­dzo, two­ja ko­lej.

Tym ra­zem ude­rzy­ła w drzwicz­ki moc­niej i gdy prze­krę­ci­ła za­mek, szaf­ka sama się otwo­rzy­ła. Sien­na za­śmia­ła się i za­kla­ska­ła z ra­do­ści w dło­nie.

- Eks­tra! Dzię­ki, De­way­ne.

Du­stin na se­rio po­wi­nien się po­śpie­szyć, bo taka la­ska jak ona nie zo­sta­nie dłu­go sama. Mu­szę do­pil­no­wać, żeby nikt się koło niej nie krę­cił, do­pó­ki mój brat kre­tyn się nie ock­nie i nią nie zaj­mie.

Te­raz

Sien­na

Mia­łam na­dzie­ję przy­go­to­wać się ja­koś do tego spo­tka­nia. Po­trze­bo­wa­łam cza­su, żeby wszyst­ko spo­koj­nie prze­my­śleć. Czy to ro­dzi­ce wy­sła­li do mnie De­way­ne'a, żeby przyj­rzał się Mi­ca­ho­wi? Chcie­li się upew­nić, że jest dziec­kiem Du­sti­na? A może cho­dzi­ło o coś in­ne­go?

Po­czu­łam skurcz w żo­łąd­ku, aż prze­stra­szy­łam się, że lada mo­ment zwy­mio­tu­ję De­way­ne'owi na buty. Mi­cah nie znał ni­ko­go z ro­dzi­ny Fal­co. Ani razu nie pró­bo­wa­li się z nami skon­tak­to­wać. Nie mo­głam tak po pro­stu po­zwo­lić im wkro­czyć w na­sze ży­cie. Nie w ten spo­sób.

- Tak, kopę lat. Po co przy­sze­dłeś? - spy­ta­łam, nie od­ry­wa­jąc oczu od De­way­ne'a.

Na­dal po­tra­fił zro­bić wra­że­nie na ko­bie­cie, chy­ba na­wet moc­niej­sze niż jako na­sto­la­tek. No­sił jesz­cze wię­cej kol­czy­ków i miał kil­ka no­wych ta­tu­aży. A do tego sze­ro­kie bar­ki i im­po­nu­ją­co umię­śnio­ne ra­mio­na. Mó­wiąc krót­ko, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny fa­cet.

Ale nie dało się nie za­uwa­żyć jego rzęs, zde­cy­do­wa­nie za dłu­gich jak na męż­czy­znę, czy peł­nych warg - choć prze­kłu­tych kol­czy­kiem - któ­rych z pew­no­ścią po­zaz­dro­ści­ła­by mu nie­jed­na ko­bie­ta. A zwłasz­cza te, któ­re mu­sia­ły spo­ro wy­dać, żeby osią­gnąć taki efekt na swo­ich ustach. Sfa­ty­go­wa­ne dżin­sy, któ­re chy­ba od daw­na nie wi­dzia­ły pral­ki, opi­na­ły go tak cia­sno, że trud­no mi było ode­rwać od nich wzrok. Ale mu­sia­łam to zro­bić, bo wie­dzia­łam, że ten męż­czy­zna jest poza moim za­się­giem.

De­way­ne nie był już tam­tym mi­łym chło­pa­kiem, z któ­rym przy­jaź­ni­łam się jako na­sto­lat­ka. Stał się do­ro­słym męż­czy­zną, któ­ry od­wró­cił się ode mnie, gdy roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łam czy­je­goś wspar­cia. Choć był te­raz praw­dzi­wym cia­chem - z ga­tun­ku tych, o któ­rych fan­ta­zju­ją ko­bie­ty - ni­g­dy mu nie wy­ba­czę. Du­stin go uwiel­biał, tym­cza­sem jego syn na­wet nie miał oka­zji go po­znać.

De­way­ne uniósł brew, jak­by zdzi­wi­ła go moja re­ak­cja na jego wi­dok.

- Przy­sze­dłem po­znać no­wych są­sia­dów. Za­nie­po­ko­ił mnie rzęch za­par­ko­wa­ny przed do­mem, bo kie­dyś to była po­rząd­na dziel­ni­ca.

Daw­niej pa­trząc na te ide­al­nie wy­rzeź­bio­ne rysy twa­rzy i zmy­sło­we usta, nie by­ła­bym w sta­nie na se­rio się na nie­go roz­gnie­wać. Ale to się zmie­ni­ło. Za­ci­snę­łam obie dło­nie, le­d­wo po­wstrzy­mu­jąc się, by nie dać mu pię­ścią w nos. Na­zwał moje auto rzę­chem, a ja tak cięż­ko pra­co­wa­łam, żeby je ku­pić.

- Będę o tym pa­mię­tać. Mo­żesz być pew­ny, że nie na­ro­bi­my wam pro­ble­mów - od­par­łam, opie­ra­jąc dłoń o drzwi. Mia­łam na­dzie­ję, że ten gest da mu do zro­zu­mie­nia, że nie mam ocho­ty cią­gnąć roz­mo­wy i chcę, żeby so­bie po­szedł.

De­way­ne na­chmu­rzył się, mru­żąc swo­je ciem­ne oczy. Te same, któ­re w mo­ich daw­nych ma­rze­niach pa­trzy­ły na mnie tak, jak dziś, gdy po­ja­wi­łam się przed nim w drzwiach. No, pięk­nie. Wła­śnie uda­ło mi się wku­rzyć fa­ce­ta wiel­kie­go jak góra, któ­ry po­ra­dził­by so­bie ze mną jed­nym pal­cem.

- Gdzie się po­dzia­ła ta mi­lut­ka dziew­czy­na, któ­rą kie­dyś zna­łem? Co się z nią sta­ło? - spy­tał De­way­ne spo­koj­nym gło­sem, w któ­rym po­brzmie­wał jed­nak nie­po­ko­ją­cy, ni­ski i groź­ny ton.

Cze­go on ode mnie ocze­ki­wał? Że za­trze­po­cę rzę­sa­mi i wpad­nę w za­chwyt na jego wi­dok, jak daw­niej, gdy by­łam na­sto­lat­ką?

- Ży­cie ją za­har­to­wa­ło i te­raz ni­ko­mu nie ufa. - Zła­pa­łam za gał­kę u drzwi, z tru­dem zwal­cza­jąc po­ku­sę, żeby za­trza­snąć mu je przed no­sem. Mia­łam świa­do­mość, że spro­wo­ko­wa­ny bez tru­du wy­rwał­by je z za­wia­sów. - Dzię­ki, że wpa­dłeś. Te­raz, kie­dy już wiesz, że nie za­kłó­ci­my spo­ko­ju są­sia­dom, mo­żesz spo­koj­nie wra­cać do ro­dzi­ców. Nie bę­dzie­my wam prze­szka­dzać.

Pchnę­łam lek­ko drzwi, a wte­dy De­way­ne zro­bił krok w tył i ku mo­je­mu zdzi­wie­niu, od­wró­cił się i od­szedł.

Jak wi­dać, po­tra­fił zro­zu­mieć alu­zję. Ulży­ło mi, a jed­no­cze­śnie ogar­nę­ła mnie wście­kłość. Ow­szem, po­szedł, nie ro­biąc mi scen, za co by­łam mu wdzięcz­na ze wzglę­du na Mi­ca­ha, ale z dru­giej stro­ny... W ogó­le się nim nie za­in­te­re­so­wał. Nie spy­tał, czy może się z nim spo­tkać, ani nie po­pro­sił, że­bym po­zwo­li­ła go zo­ba­czyć ro­dzi­com. Na­dal tkwi­ła we mnie ta za­dra, choć wy­da­wa­ło mi się, że po­zby­łam się jej już lata temu. Dzi­siej­szy in­cy­dent uświa­do­mił mi, że wca­le tak nie jest. I że po­wrót tu­taj bę­dzie cią­głym roz­dra­py­wa­niem sta­rych ran. Za­czną bo­leć na nowo.

Za­mknę­łam drzwi na klucz, a po­tem po­de­szłam do okna i zer­k­nę­łam zza fi­ran­ki na uli­cę. Zo­ba­czy­łam, jak De­way­ne roz­ma­wia z oj­cem, a po­tem ra­zem wcho­dzą do domu. Jak to moż­li­we, że oka­za­li się ludź­mi bez ser­ca? Ko­cha­łam ich jak swo­ją wła­sną ro­dzi­nę. W dzie­ciń­stwie zda­rza­ło mi się na­wet ża­ło­wać, że nią nie są. Tab­by była dla mnie miła i nie­raz bra­ła mnie w ob­ję­cia, gdy tego po­trze­bo­wa­łam. Ni­g­dy w ży­ciu nie po­my­śla­ła­bym, że w ogó­le nie za­in­te­re­su­ją się dziec­kiem uko­cha­ne­go syna.

A prze­cież Mi­cah był wy­jąt­ko­wy. Odzie­dzi­czył po ojcu urok i był nie­sa­mo­wi­cie by­stry. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że roz­ma­wiam z do­ro­słym w skó­rze dziec­ka. Każ­dy, kto się z nim ze­tknął, mo­men­tal­nie był nim ocza­ro­wa­ny. Wy­ka­pa­ny tata. Miał uśmiech ojca i śmiał się iden­tycz­nie jak on. Mia­łam wra­że­nie, jak­by cząst­ka Du­sti­na była cały czas obec­na w moim ży­ciu. Ale Mi­cah był jed­no­cze­śnie nie­za­leż­nym by­tem i miał jesz­cze inne za­le­ty, ja­kich bra­ko­wa­ło jego ojcu. In­ny­mi sło­wy, był ide­ałem.

Du­stin na pew­no ży­czył­by so­bie, żeby Mi­cah no­sił jego na­zwi­sko. Nie­ste­ty, nie mia­łam ta­kiej moż­li­wo­ści. Dla­te­go w za­mian da­łam mu po ojcu dru­gie imię. Mi­cah Du­stin Roy - tak miał wpi­sa­ne w ak­cie uro­dze­nia. Wte­dy jesz­cze łu­dzi­łam się, że któ­re­goś dnia jego ro­dzi­na po­zwo­li mi zmie­nić na­zwi­sko syn­ka na Fal­co. Ale po­rzu­ci­łam to ma­rze­nie już daw­no temu.

- Ma­muś? - roz­legł się prze­stra­szo­ny gło­sik Mi­ca­ha.

Po­de­szłam do syn­ka i kuc­nę­łam, żeby spoj­rzeć mu pro­sto w oczy. Do­sko­na­le wie­dział, że nie może sam otwie­rać ni­ko­mu drzwi. Po­wta­rza­łam mu to do znu­dze­nia, od­kąd wy­pro­wa­dzi­li­śmy się od ciot­ki Ca­thy. Jak wi­dać, na­dal trze­ba mu było o tym przy­po­mi­nać. Czuł się tu bez­piecz­nie, ale to nie ozna­cza­ło, że nic mu nie gro­zi.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej