- Rozdział I -
Sześć lat później
Sienna
Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek pokażę się w swoim rodzinnym miasteczku Sea Breeze w Alabamie. Kiedy rodzice spakowali moje rzeczy i wysłali mnie do Fort Worth w Teksasie, gdzie miałam mieszkać ze słabo mi znaną siostrą mamy, obiecywali, że wrócę do nich, kiedy już urodzę. Nie poinformowali mnie jednak, że planują mój powrót bez dziecka.
Zerknęłam do tyłu na Micaha, śpiącego w foteliku samochodowym z zaciśniętą w rączce figurką Dartha Vadera. Nasze życie nie należało do najłatwiejszych, ale mieliśmy siebie. Gdybym mogła cofnąć czas, postąpiłabym tak samo. Micah był całym moim życiem. Uleczył mnie, gdy byłam przekonana, że nikt i nic na świecie nie jest w stanie ulżyć mi w bólu.
Nie pozwalając na oddanie Micaha, sama skazałam się na wygnanie ze swojej niezwykle religijnej rodziny. Ciotka nie należała do szczególnie wylewnych osób, ale nie podzielała poglądów moich rodziców i nie zgadzała się z ich decyzją. Co prawda musiałam pracować na swoje utrzymanie, ale zapewniła mnie i dziecku dach nad głową.
Nie miałam innego wyjścia, jak tylko zrezygnować z liceum i zdawać eksternistycznie egzamin GED*. Ciotka Cathy była dyrektorką miejscowego liceum, więc pomogła mi dostać stypendium na uczelni zawodowej. Kiedy Micah skończył półtora roku, zaczęłam studiować, a tuż przed jego trzecimi urodzinami uzyskałam dyplom z kosmetologii.
*Egzamin uznawany w USA za odpowiednik dyplomu szkoły średniej.
Wszystko dzięki ciotce. Chyba nigdy nie zdołam się jej za to odwdzięczyć.
Dopiero w zeszłym roku w końcu wyprowadziliśmy się wraz z Micahem do wynajętego mieszkania. Przez cały ten czas z nikim się nie umawiałam ze względu na synka - po prostu nie potrafiłam nikomu zaufać. Poza tym nie uśmiechało mi się płacić opiekunce, gdy potrzebowaliśmy pieniędzy na ważniejsze rzeczy: czynsz, przedszkole i jedzenie. Co nie oznacza, że mężczyźni ze mną nie flirtowali i nie próbowali umówić się na randkę. Janell, właścicielka salonu kosmetycznego, w którym pracowałam, twierdziła, że zdaniem facetów tylko udaję niedostępną, a przez to robią się jeszcze bardziej namolni.
W głębi duszy musiałam przyznać, że czasami czułam się samotna. Wystarczyło jednak, że Micah się do mnie uśmiechnął, a wtedy widziałam w nim jego ojca. Przypominałam sobie wówczas, że miałam u swojego boku kogoś wyjątkowego przez prawie dziesięć lat życia. I że teraz mam synka, więc nikogo więcej mi nie potrzeba.
Kiedy dwa miesiące temu mama zadzwoniła z wiadomością, że ojciec miał zawał serca, nie wiedziałam do końca, co tak naprawdę czuję. Nigdy nie widział Micaha i jak się okazało, miał go już nie zobaczyć. Matka wykorzystała pieniądze z ubezpieczenia ojca i przeprowadziła się na osiedle dla seniorów na Florydzie, a nasz dawny dom podarowała Micahowi i mnie.
Nigdy jednak nie przeprosiła za to, że odwróciła się ode mnie, kiedy najbardziej jej potrzebowałam. Ani że nie interesowała się swoim jedynym wnukiem. Ale sam fakt, że oddała nam dom, już coś znaczył. Mogłam tylko mieć nadzieję, że kiedyś w końcu do niej dotrze, co traci, nie uczestnicząc w życiu Micaha.
Janell wystawiła mi świetne referencje, dzięki czemu dostałam pracę w jednym z najbardziej ekskluzywnych salonów piękności w Sea Breeze. Miałam zarabiać więcej niż do tej pory, a dodatkowo odpadały mi opłaty za czynsz. Wszystko wskazywało na to, że w Sea Breeze będzie się nam żyło o wiele lepiej niż dotychczas. I co najważniejsze, Micah będzie się wychowywał w tym samym nadmorskim miasteczku, które pamiętałam z dzieciństwa i za którym tęskniłam.
Jedynym, czego się obawiałam i co o mały włos nie powstrzymało mnie przed przeprowadzką, była perspektywa spotkania z rodziną Falco. Kiedy zorientowałam się, że rodzice nie chcą, żebym zatrzymała synka, wysłałam list do Tabby Falco, matki Dustina.
Nic mi nie odpowiedziała.
Przez cały pierwszy rok życia Micaha wysłałam im dziesiątki listów ze zdjęciami małego. Był niesamowicie podobny do ojca. Chciałam uświadomić jego rodzinie, że coś pozostało po Dustinie i że nie całkiem go utraciliśmy.
Ale ani razu nie odpisali.
Kilka razy brałam do ręki telefon, żeby do nich zadzwonić, ale doszłam do wniosku, że skoro nie odpowiadają na moje listy, nie będą też chcieli ze mną rozmawiać. Najwyraźniej uznali, że nie chcą mieć nic wspólnego z Micahem. To mnie zraniło, nawet mocniej niż obojętność własnych rodziców. Znienawidziłam rodzinę Falco za to, że tak paskudnie nas potraktowali. Z czasem jednak dałam sobie spokój i pogodziłam się z tym. Miałam własne, całkiem udane życie. Z moim ślicznym synkiem.
- Mamuś? Gdzie jesteśmy? - dobiegł z tylnego siedzenia mojej dwunastoletniej hondy civic zaspany głosik.
- W naszym nowym domu - odparłam, wjeżdżając na podjazd przed budynkiem, w którym mieszkałam kiedyś i który ponownie miał stać się moim miejscem na ziemi.
- Nowym domu? - powtórzył Micah z podnieceniem w głosie. Wiercił się w foteliku, żeby lepiej widzieć.
- Tak, skarbie. To nasz nowy dom. Jesteś gotów, żeby go obejrzeć? - spytałam, otwierając drzwi samochodu i wychodząc na zewnątrz.
Honda była dwudrzwiowa, musiałam więc pochylić się i sięgnąć do tyłu, żeby wydostać synka z fotelika. On jednak zdążył się już sam odpiąć z pasów, zsunął się z siedzenia i wyskoczył z samochodu.
- Czy mieszkają w nim też inni ludzie? - spytał, wpatrując się rozszerzonymi ze zdumienia oczami w drewniany dom szkieletowy z dwiema sypialniami.
- Tylko my, chłopaku. Będziesz miał własny pokój. Mój jest dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie korytarza.
- Ekstra! - ucieszył się, a w jego oczach zalśnił zachwyt.
Nawet gdy mieszkaliśmy u ciotki Cathy, musiał dzielić pokój ze mną. Kiedy się wyprowadziliśmy, przy opłatach za przedszkole stać mnie było tylko na wynajęcie małego mieszkanka. Mój rodzinny dom miał zaledwie sto dziesięć metrów kwadratowych powierzchni, ale naszej dwójce nawet się nie śniło o takiej przestrzeni. W wynajmowanym mieszkaniu gnieździliśmy się na nieco ponad trzydziestu metrach i spaliśmy razem w jednym łóżku.
- Chodź, obejrzymy twój pokój. Pewnie trzeba go będzie przemalować. Nie mam pojęcia, w jakim kolorze są teraz ściany - stwierdziłam.
Kiedy ostatni raz widziałam swoją sypialnię, była pomalowana na różowo. Micah uważał jednak, że to kolor dla dziewczynek, i unikał go jak ognia.
Wyjęłam z torebki klucz przesłany przez mamę wraz z listem i aktem własności domu. Wzięłam głęboki wdech, zanim umieściłam go w zamku i otworzyłam drzwi. Potem zrobiłam krok w tył i dałam ręką znak Micahowi, żeby wchodził.
- No dalej, sprawdź, czy ci się podoba.
Jego twarz rozjaśnił uśmiech i mały wpadł jak strzała do środka. Na widok przestronnego salonu wydał z siebie okrzyk radości, po czym odwrócił się i puścił biegiem przez krótki korytarz. Zatrzymałam się przy drzwiach, bo nie byłam już dłużej w stanie omijać wzrokiem domu naprzeciwko, i odwróciłam w jego stronę. Na podjeździe stał pikap, którego nigdy wcześniej nie widziałam, ale to o niczym nie świadczyło, bo od mojego wyjazdu upłynęło sześć lat. Byłam jednak pewna, że rodzina Falco nadal tu mieszka. Mama nie wspomniała, że się wyprowadzili.
Ciekawe, czy odezwą się do Micaha, kiedy będzie się bawił na podwórku. A może zignorują wnuczka, jak robili to od jego urodzenia? Nie miałam zamiaru informować synka, kim są nasi sąsiedzi. Nie powiedziałam mu też prawie nic na temat swoich rodziców. Nie wiedział, że kiedyś mieszkałam w tym domu i że ma dziadków. Kiedy w przedszkolu dostał zadanie, żeby opowiedzieć swojej grupie o dziadkach, mówił o cioci Cathy. Dzieciaki wyśmiały go, wytykając mu, że to nie jego babcia. Wrócił wtedy do domu kompletnie zdezorientowany i zestresowany, że nie zna swojej rodziny.
Powiedziałam mu wtedy po prostu, że ich nie ma.
Gdy synek spytał o ojca, wyjaśniłam, że był wspaniałym człowiekiem i Bóg wezwał go do siebie, żeby zamieszkał razem z nim w niebie. I że stało się to jeszcze przed jego urodzeniem.
To mu chyba wystarczyło, bo przestał zadawać pytania. Miał świadomość, że mama kocha go bezwarunkowo i że razem stanowimy rodzinę. Początkowo bywało mu ciężko, bo widział, że inne dzieci mają o wiele więcej bliskich niż on, ale gdy do niego dotarło, że każda rodzina jest inna, przyjął do wiadomości, że tak właśnie musi być.
- Mamuś! Mamuś! - zawołał rozradowanym głosem Micah. - Pokój jest niebieski. I naprawdę ekstra! Nawet są w nim zabawki!
Zabawki? Zamknęłam za sobą drzwi wejściowe i weszłam do korytarza. Chwilę potem przestąpiłam próg swojej dawnej sypialni i stanęłam jak wryta, rozglądając się ze zdumieniem dookoła. Pokój pomalowano na jasnoniebieski kolor, przypominający pogodne niebo. Stało w nim szerokie, wygodne łóżko i drewniana komoda do kompletu. Na łóżku leżała błękitna narzuta w pomarańczowe piłki do koszykówki oraz poduszka, również w kształcie piłki. Pod oknem stało otwarte pudło z zabawkami, z którego wystawały pirackie miecze, kij i rękawica baseballowa, okazały czerwony samochód strażacki i wielkie pudło klocków Lego. Na przeciwnej ścianie pokoju zawieszony był kosz do gry, a na podłodze tuż pod nim leżała piłka.
Nad łóżkiem widniał napis MICAH.
- Jak myślisz? Czy ci, co tu mieszkali wcześniej, zostawili te wszystkie rzeczy dla mnie? Czy musimy im to zwrócić? - spytał z wyrazem nadziei na buzi. - Popatrz, mamusiu, na ścianie jest moje imię!
Na widok tego, co zobaczyłam w pokoju, łzy zapiekły mnie pod powiekami i z trudem przełknęłam ślinę przez ściśnięte gardło. Nie wiedziałam, co mam myśleć, kompletnie się tego nie spodziewałam. Chociaż z drugiej strony nigdy nie przyszłoby mi też do głowy, że dostanę ten dom na własność.
Nagle wpadła mi w oczy biała koperta. Stała oparta o ścianę na blacie komody, a na jej wierzchu widniały imiona moje oraz Micaha.
Ruszyłam w jej stronę, ocierając dłonią łzę, która mimowolnie popłynęła mi z oczu. Starałam się ukryć twarz przed wzrokiem bystrego pięciolatka. Koperta była zaklejona, więc wsunęłam palec pod jej brzeg i ją rozerwałam.
Sienno,
to jest teraz Twój dom. Wiem, że to Ci nie wynagrodzi minionych lat, kiedy nie było mnie przy Tobie, choć potrzebowałaś pomocy. Ale nie mam nic innego, co mogłabym Ci podarować. Nie myśl, że chcę w ten sposób kupić Twoje przebaczenie. Urządziłam ten pokój nie tylko z myślą o Micahu, ale i dla siebie. Zawsze marzyłam, żeby kupować mu prezenty - na święta, urodziny czy tak po prostu, bez okazji, jak babcia wnuczkowi. Nie mogłam jednak tego zrobić, dopóki żył Twój ojciec.
Nie mam zamiaru wyrażać się o nim źle - nie w tym rzecz. Kochałam go. Był dobrym człowiekiem, ale jednocześnie miał swoją dumę, a ja to szanowałam. W głębi serca cały czas wierzę, że gdyby dostał drugą szansę, postąpiłby inaczej. Bardzo żałuję, że nie miał okazji poznać naszego wnuka.
Proszę, powiedz Micahowi, że ten pokój jest dla niego, z najlepszymi życzeniami od kogoś, kto ma nadzieję go poznać. Oczywiście kiedyś, gdy będziesz na to gotowa. O ile to kiedykolwiek nastąpi. Teraz jedynie proszę, żebyś spróbowała mi wybaczyć. Bardzo chcę być obecna w Waszym życiu.
Poniżej podaję swój adres i telefon. Gdybyś chciała do mnie napisać albo zadzwonić, byłoby wspaniale. A może wyślesz mi zdjęcia Micaha? Mam już cały album jego fotek dzięki Cathy. Jest śliczny, tak samo jak jego mama.
Twoja kochająca mama
- Mamuś, dlaczego płaczesz? - spytał Micah, pociągając mnie za nogawkę spodenek.
Złożyłam list na pół i wsunęłam do tylnej kieszeni, a potem pochyliłam się i spojrzałam synkowi w oczy.
Uniósł rączki i otarł mi twarz swoimi małymi łapkami.
- Jeśli nie możemy tu zostać, nic się nie stało. Rozumiem. - Smutek pobrzmiewający w jego głosie sprawił, że ścisnęło mi się serce.
Nadal nie wierzył, że możemy zamieszkać w takim wspaniałym domu. Złapałam go za obie rączki i mocno je uścisnęłam.
- Dom jest nasz. Osoba, która nam go podarowała, urządziła ten pokój specjalnie dla ciebie. Dlatego płaczę. Nie ze smutku, tylko ze szczęścia - zapewniłam synka.
Nie byłam jeszcze gotowa porozmawiać z nim na temat babci. Nie wiedziałam, co mam myśleć o ich ewentualnym spotkaniu. Na razie wspomnienia były zbyt bolesne, żebym mogła się na to zdobyć. Ale jej list i ten pokój wiele dla mnie znaczyły. Wciąż nie potrafiłam jej wybaczyć, że mnie opuściła, ale gdy na własne oczy przekonałam się, że kocha Micaha, zaczęłam zastanawiać się, czy nie pozwolić jej się z nim spotkać.
- Więc mogę zatrzymać wszystkie te rzeczy? - upewnił się Micah, wodząc po pokoju szeroko otwartymi z podziwu oczami.
- Tak, są twoje. Tylko twoje, nikogo innego. Masz teraz własny pokój, swoje łóżko i nawet całą szafę tylko dla siebie.
Micah podszedł do łóżka i przeciągnął dłonią po narzucie. Doskonale wiedział, jak się gra w koszykówkę. Kupiłam mu piłkę do kosza ze swojej pierwszej wypłaty, bo była częścią życia jego ojca i pomyślałam, że synek też powinien ją mieć.
- Czy ta osoba, która mi to kupiła, wiedziała, że mój tatuś był najlepszym koszykarzem na świecie? - spytał, zerkając na mnie.
Pokiwałam głową, tłumiąc uśmiech.
- Będzie nam tu dobrze, mamuś - stwierdził, a potem odwrócił się i podszedł do pudła z zabawkami.
Przyglądałam się przez kilka minut, jak ogląda rzeczy kupione przez moją matkę, a potem wymknęłam się z pokoju, żeby zobaczyć resztę domu.
W liście, który mama przysłała mi razem z kluczem i aktem własności, napisała, że zostawia mi meble, bo jej nowe mieszkanie jest kompletnie urządzone. Miałam mieszane uczucia, jeśli chodzi o spanie w łóżku rodziców, ale nie było innego wyjścia. Zwłaszcza że cały mój dotychczasowy dobytek stanowił materac, który i tak zostawiłam w Teksasie.
Otworzywszy drzwi do głównej sypialni, zamarłam w bezruchu i poczułam ogromną ulgę. Przeniesiono do niej moje stare łóżko, komodę i toaletkę, a nawet biurko. Mama widocznie kazała je tutaj wstawić, domyślając się, że nie będę chciała używać ich mebli. Na łóżku leżała ta sama narzuta, jaką zapamiętałam sprzed sześciu lat - jasnoróżowa w wielkie stokrotki.
Wróciłam do domu.
Teraz
Dewayne
Wjechałem na podjazd domu rodziców i zaparkowałem obok pikapa ojca. Zwykle odwiedzałem rodziców raz w tygodniu, ale przez ostatnie pół miesiąca najzwyczajniej nie byłem w nastroju do tych wizyt. Ostatnio mama nie wytrzymała i rozpłakała się, uświadamiając nam, że mija już szósta rocznica śmierci mojego młodszego brata.
Jedynym znanym mi sposobem, żeby jakoś poradzić sobie z rozpaczą, było picie na umór noc w noc, aż znów całkiem zobojętnieję. Aż minie żal i pustka w sercu przestanie tak cholernie boleć. Dopiero gdy udało mi się przetrwać na trzeźwo dwa kolejne dni, zdecydowałem, że pora odwiedzić mamę, zanim zacznie się niepokoić i mnie szukać.
Matka miała spory temperament, dlatego wolałem z nią nie zadzierać. Niełatwo było napędzić mi stracha, ale Tabby Falco należała do tych nielicznych osób, przed którymi czułem respekt. Kochałem ją bezwarunkowo, ale trochę się jej bałem.
Obejrzałem się i zauważyłem zaparkowaną po drugiej stronie ulicy wysłużoną białą hondę civic. Ale złom. Nina Roy wyprowadziła się z domu naprzeciwko jakiś miesiąc temu, kilka tygodni po śmierci męża. Dowiedziałem się od mamy, że wyjechała na Florydę. Dom od miesiąca stał pusty. Czyżby ktoś się tam wprowadził? Jeśli tak, nie będzie to najlepsze sąsiedztwo, sądząc po tym gracie. Może powinienem tam zajrzeć i przekonać się, czy rodzice mają się czego obawiać?
Nie miałem zamiaru pozwolić, żeby znosili hałaśliwe imprezy nowych sąsiadów albo mieli pod domem melinę narkomanów. Podszedłem nieco bliżej i wtedy dostrzegłem, że samochód ma teksańską rejestrację. Teksas? Teraz do moich początkowych obaw dołączyła ciekawość. Komu, do cholery, Nina Roy sprzedała dom? Nawet nie widziałem na nim tabliczki "Na sprzedaż". Jeśli go wynajęła, to faktycznie możemy mieć problem. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu aż w trzech wynajętych domach tylko o godzinę drogi stąd zlikwidowano wytwórnie metamfetaminy.
- Co się tak gapisz na auto nowych sąsiadów? Właź do środka i przywitaj się z mamą!
Odwróciłem się i zobaczyłem ojca, stojącego z poirytowaną miną w szeroko otwartych drzwiach naszego domu. Dawniej nie czułbym potrzeby, żeby się o niego troszczyć i go ochraniać. Kiedyś każdy schodził mu z drogi. Ale odkąd miał udar, wszystko się zmieniło. Oficjalnie przejąłem stery w Falco Construction, firmie budowlanej ojca, bo zdrowie nie pozwalało mu jej dłużej prowadzić. Zawsze wydawało mi się, że tego człowieka nie można złamać, ale od śmierci Dustina nic już nie było takie, jak kiedyś.
- Poznałeś ich? - spytałem, wskazując głową dom naprzeciwko.
Tato pokręcił głową.
- Pojawił się samochód, ale nie widziałem, kto nim przyjechał. Nie było żadnej firmy od przeprowadzek. Tylko ta honda. Przyjechała wczoraj, tak około południa. Dziś, gdy wyjrzałem o drugiej, auta nie było, ale jak podlewałem kwiaty o czwartej, znowu stało.
Nie wyglądało to dobrze. Ktoś wprowadził się bez mebli. Nasza dzielnica nie należała do najbardziej prestiżowych w Sea Breeze, ale jak dotąd udawało się nam uniknąć sąsiedztwa podejrzanych typów czy handlarzy narkotyków. O nie, na pewno nie pozwolę, żeby takie rzeczy działy się prawie pod nosem moich rodziców.
- Zaraz przyjdę - oznajmiłem i szybko ruszyłem na drugą stronę ulicy, żeby ojciec nie zaczął mnie od tego odwodzić. Co nie oznacza, że byłby w stanie mnie powstrzymać.
- Daj spokój, wracaj! - zawołał za mną ojciec, ale podniosłem rękę w uspokajającym geście.
- Tylko na moment. Muszę coś sprawdzić - krzyknąłem, nie odrywając wzroku od drzwi i okien domu naprzeciwko. Nie chciałem spłoszyć jego lokatorów i dostać kulki w łeb, jeśli akurat instalują fabrykę dragów.
Nina Roy powinna była się zastanowić, kogo wpuszcza do swojego domu. Choć z drugiej strony, miałem wątpliwości, czy ta kobieta w ogóle ma serce. Odesłała córkę z domu krótko po śmierci mojego brata. Sienna już nigdy nie wróciła. Ona i Dustin przyjaźnili się praktycznie od dziecka, nic więc dziwnego, że z czasem zaczęli ze sobą chodzić. Plotka głosiła, że mała, urocza Sienna przeżyła załamanie nerwowe i musieli odesłać ją do wariatkowa. W każdym razie nikt więcej jej tutaj nie widział. Przez dłuższy czas nie potrafiłem się z tym pogodzić. Choć bałem się przyznać do tego przed samym sobą, jej zniknięcie dotknęło mnie mocniej, niż powinno. Zwłaszcza że wiedziałem, jak bardzo przeżywała śmierć Dustina. Utrata Sienny to kolejna pozycja na liście spraw, które pochrzaniły się w moim życiu.
Zapukałem do drzwi i chwilę odczekałem, nie spuszczając wzroku z gałki, żeby zobaczyć, czy się powoli nie przekręca. Gdyby gnojek w środku miał gnata, byłem przygotowany, żeby go rozbroić. Zanim jednak zdążyłem przemyśleć taktykę, drzwi otworzyły się z impetem i z dołu spojrzała na mnie para zaciekawionych piwnych oczu.
- Cześć - odezwał się chłopczyk, wpatrując się we mnie niepewnym wzrokiem, jakby wahał się, czy dobrze zrobił, otwierając mi drzwi.
Jego widok kompletnie mnie zaskoczył. W życiu nie pomyślałbym, że może tu zamieszkać rodzina z dzieckiem, sądząc po zaparkowanym przed domem wysłużonym gracie. Trudno było uznać go za auto dla rodziny - był niebezpieczny dla dorosłych, a co dopiero mówić o dzieciach.
- Cześć. Rodzice w domu? - spytałem, na co mały posłał mi przeciągłe spojrzenie, po czym zmarszczył czoło.
- Nie mam rodziców, tylko mamę, ale poszła do łazienki. Zachciało jej się siusiu. Chyba nie powinienem sam otwierać drzwi.
Bystry dzieciak. Miał rację - nie powinien. Ani zdradzać kompletnie obcemu facetowi informacji o sobie. Jeśli miał tylko mamę, rzęch przed domem zaniepokoił mnie jeszcze z innego powodu. Jeśli jeździła takim złomem, jakim cudem stać ją na ten dom? Nie żeby był specjalnie ekskluzywny, ale jej auto sprawiało wrażenie, że właścicielka nie może sobie pozwolić na lokum droższe niż używana przyczepa kempingowa.
- Faktycznie następnym razem poczekaj na mamę, zanim otworzysz. Ale tym razem miałeś szczęście. - Wskazałem palcem dom po drugiej stronie ulicy. Na ganku stał ojciec i nas obserwował. - Tam mieszkają moi rodzice. Przyszedłem poznać ich nowych sąsiadów.
Dzieciak wyjrzał zza moich nóg, spoglądając we wskazanym kierunku na dom i mojego ojca, a potem z powrotem podniósł wzrok na mnie.
- Mieszkasz z rodzicami? Moja mamusia nie ma rodziców.
Super, kolejna rzecz z ich prywatnego życia, której nie powinien mi zdradzać. Co jest, do cholery? Czy ta kobieta nie uczy dzieciaka, żeby nie gadał z nieznajomymi i nie opowiadał im o sobie? Przecież to niebezpieczne.
- Nie powinieneś mówić takich rzeczy obcym ludziom, kolego.
Mały zmarszczył brwi, po czym wyciągnął do mnie rękę na powitanie.
- Mam na imię Micah. A ty?
Choć tego też nie powinien mi mówić, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Ten mały to istny czaruś. Uścisnąłem mu dłoń i mocno potrząsnąłem.
- Miło cię poznać, Micahu. Ja jestem Dewayne.
Mały uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Jak Dewyane Wade? Wiesz, ten z Miami Heat.
Niezbyt pasjonowałem się koszykówką, ale oczywiście wiedziałem, kim jest Dewyane Wade, więc przytaknąłem.
- Szkoda, że nie mam takiego superowego imienia. Najbardziej chciałbym się nazywać Chris Bosh.
- Widzę, że jesteś fanem Miami Heat. Sam też grasz w kosza?
Mały pokiwał skwapliwie głową.
- Pewnie. Kiedyś zostanę gwiazdą. Mój tatuś był najlepszym koszykarzem na świecie. Ja też będę.
No proszę. A mówił, że nie ma ojca, tylko mamę.
- Micah? - rozległ się łagodny kobiecy głos.
Malec otworzył szerzej oczy i obejrzał się za siebie.
- Tak, mamuś? Jestem tutaj, z naszym sąsiadem. Przyszedł nas odwiedzić.
Podniosłem głowę w samą porę, by zobaczyć nogi. Długie do nieba, gładkie i diabelnie zgrabne, w króciutkich dżinsowych spodenkach. Niech mnie jasny szlag! Powędrowałem wzrokiem w górę po szczupłej talii i kształtnym biuście wyzierającym z dekoltu obcisłej koszulki, aż dotarłem do twarzy.
O, kurwa! Nie. To. Absolutnie. Niemożliwe.
Znałem tę dziewczynę jako nastolatkę. Była teraz starsza i stała się kobietą, ale przenigdy nie zapomniałbym jej twarzy. Ani tych jasnobłękitnych oczu, długich, jedwabistych rudych włosów i różowych ust, o których fantazjowali wszyscy faceci bez wyjątku, zarówno młodzi, jak i starzy. Ale przecież... Czyżby ona...
Zamarłem, a potem zrobiłem krok w tył i ponownie przyjrzałem się stojącemu przede mną chłopczykowi.
- Micah, idź do swojego pokoju - odezwała się cichym, lecz stanowczym głosem. - Już, natychmiast.
- Ale to fajny... - zaczął mały, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
- Idź, proszę, Micah.
Patrzyłem za dzieckiem, jak odchodzi. Bardzo chciałem ponownie spojrzeć mu w twarz i tym razem lepiej się jej przyjrzeć. To nie był... Nie mógł być... Nie, na pewno nie... Był za mały, nie mógł być synem Dustina. Nie ma mowy, żeby ona urodziła dziecko mojego brata i ukryła to przede mną... przed naszą rodziną. Poza tym dzieciak powiedział, że jego tata był koszykarzem. To nie Dustin. Mały sprawiał wrażenie, jakby znał ojca.
- Cześć, Dewayne - odezwała się Sienna tonem, w którym wyraźnie wyczułem ostrzeżenie.
Miałem kompletny mętlik w głowie. Jakim cudem ona ma dziecko? Myślałem, że pomieszało się jej w głowie po śmierci mojego brata. Nie przyszłoby mi do głowy, że wyjechała i tak szybko założyła rodzinę.
Nie odzywałem się, a jedynie gapiłem na Siennę bezmyślnym wzrokiem. Nic z tego nie rozumiałem. Gorączkowo próbowałem połączyć w myślach fakty. Ile lat mógł mieć mały? I gdzie, u diabła, jest jego ojciec? Jaki normalny facet pozwoliłby odejść tak atrakcyjnej kobiecie? Na dodatek z takim uroczym dzieciakiem?
- Sienna - wykrztusiłem w końcu. - Kopę lat.